Wydawca: Wydawnictwo Galeria Książki Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Czerwona piramida. Tom I. Kroniki rodu Kane ebook

Rick Riordan  

4.61111111111111 (36)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 577 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czerwona piramida. Tom I. Kroniki rodu Kane - Rick Riordan

Od śmierci matki Carter i Sadie są sobie niemal obcy. Dziewczyna mieszka z dziadkami w Londynie, jej brat natomiast podróżuje po świecie z ojcem, wybitnym egiptologiem doktorem Juliusem Kane.
Pewnej nocy doktor Kane zabiera Cartera i Sadie na „eksperyment naukowy” do British Museum, w nadziei że uda mu się z powrotem połączyć rodzinę. Zamiast tego jednak uwalnia egipskiego boga Seta, który skazuje doktora na wygnanie, a jego dzieci zmusza do ucieczki.
Wkrótce Sadie i Carter odkrywają, że budzą się wszyscy bogowie Egiptu, a najgorszy z nich – Set – chce zniszczyć rodzinę Kane. Aby go powstrzymać, dzieci muszą podjąć niebezpieczną podróż po całym świecie. Będzie to zadanie, które przybliży je do prawdy o rodzinie i ujawni jej powiązania z tajnym stowarzyszeniem istniejącym od czasów faraonów.

Opinie o ebooku Czerwona piramida. Tom I. Kroniki rodu Kane - Rick Riordan

Fragment ebooka Czerwona piramida. Tom I. Kroniki rodu Kane - Rick Riordan

Okładka

Strona tytułowa

Rick Riordan

Czerwona Piramida

Przełożyła Agnieszka

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału THE KANE CHRONICLES. BOOK ONE THE RED PYRAMID

Text copyright © 2010 by Rick Riordan. All rights reserved. Zezwolenie na niniejsze wydanie zostało uzyskane za pośrednictwem agencji Nancy Gallt Literary Agency. Permission for this edition was arranged through the Nancy Gallt Literary Agency. Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Fulińska, 2011 Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Galeria Książki, 2011 Cover art © John Rocco

Rysunki hieroglifówMichelle Gengaro-Kokmen

Konsultacja egiptologicznadr Andrzej Ćwiek

Opracowanie redakcyjne i DTPPracownia Edytorska „Od A do Z” (oda-doz.com.pl)

RedakcjaEwa Wiąckowska

KorektaMarzena Kwietniewska-Talarczyk, Katarzyna Kolowca-Chmura

Opracowanie graficzne okładki, typografia i DTPStefan Łaskawiec

Wydanie I ISBN: 978-83-62170-89-0

Wydawnictwo Galeria Książkiwww.galeriaksiazki.plbiuro@galeriaksiazki.pl

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o.

Dedykacja

Dla wszystkich moich przyjaciół – bibliotekarzy, obrońców książek, prawdziwych magów Domu Życia. Bez Was autor zgubiłby się w Duat.

Ostrzeżenie

Poniższy tekst jest zapisem cyfrowego nagrania. W pewnych miejscach jakość dźwięku była bardzo niska, toteż niektóre słowa i zdania zostały odtworzone przez autora na podstawie uzasadnionych domysłów. Tam gdzie było to możliwe, zamieszczono obrazki przedstawiające ważne symbole wspominane w nagraniu. Dźwięki tła, takie jak szuranie, odgłosy uderzeń i przekleństwa wydawane przez dwoje mówiących, nie zostały uwzględnione w transkrypcji. Autor nie ponosi odpowiedzialności za autentyczność nagrania. Wydaje się niemożliwe, żeby dwójka młodych narratorów mówiła prawdę, ale ocenę pozostawiam Tobie, Czytelniku.

1. Igła i śmierć

Mamy zaledwie kilka godzin, więc słuchajcie uważnie.

Jeśli nas słyszycie, to już jesteście w niebezpieczeństwie. Sadie i ja możemy być waszą jedyną nadzieją.

Idźcie do szkoły. Znajdźcie szafkę. Nie powiem, do której szkoły ani którą szafkę, bo właściwa osoba sama je odnajdzie. Kod do zamka szyfrowego to 13/32/33. Zanim skończy się nagranie, będziecie wiedzieć, co znaczą te liczby. Pamiętajcie, że nasza opowieść nie jest zakończona. Jej finał zależy od was.

I najważniejsze: kto otworzy paczkę i przekona się, co jest w środku, niech nie trzyma jej w domu dłużej niż przez tydzień. To będzie kuszące. Ten przedmiot daje prawie nieograniczoną moc. Ale jeśli posiądziecie go na zbyt długo, on was pochłonie. Nauczcie się jego sekretów i przekażcie go dalej. Schowajcie dla następnej osoby, tak jak Sadie i ja ukryliśmy go dla was. A potem przygotujcie się na mnóstwo przygód.

Dobra, Sadie każe mi skończyć wstęp i zabrać się za opowieść. Niech będzie. Zaczęło się chyba w Londynie, tego wieczoru kiedy nasz tato wysadził w powietrze Muzeum Brytyjskie.

Nazywam się Carter Kane. Mam czternaście lat, a moim domem jest walizka.

Nie żartuję. Odkąd skończyłem osiem lat, podróżuję z tatą po świecie. Urodziłem się w Los Angeles, ale tato jest archeologiem, więc praca rzuca go w różne zakątki świata. Głównie jeździmy do Egiptu, bo jest jego specjalnością. Idźcie do księgarni, poszukajcie książek o Egipcie – jest spora szansa, że którąś z nich napisał doktor Julius Kane. Chcecie wiedzieć, jak Egipcjanie wyciągali mózgi z czaszek mumii albo budowali piramidy, albo może jak nałożyli klątwę na grobowiec Tutanchamona? Spytajcie mojego ojca. Oczywiście istniały również inne powody, dla których tato tyle podróżował, ale wtedy jeszcze nie znałem jego sekretu.

Nie chodziłem do szkoły. Tato uczył mnie w domu, jeśli można tak powiedzieć, kiedy całe życie spędza się w podróży. Przekazywał mi wszystko, co sam uważał za ważne, więc dowiedziałem się dużo o Egipcie i wynikach meczów koszykówki, a także o jego ulubionej muzyce. Czytałem dużo – co tylko wpadło mi w ręce, poczynając od historycznych książek ojca, a na powieściach fantastycznych kończąc – ponieważ mnóstwo czasu spędzałem w hotelach i na lotniskach, a także na stanowiskach wykopaliskowych w obcych krajach, gdzie nikogo nie znałem. Tato zawsze mówił, że powinienem odłożyć książkę i pograć trochę w piłkę. Nie jest łatwo grać w podwórkową koszykówkę w Asuanie.

Tak więc tato wcześnie nauczył mnie pakować cały mój dobytek do jednej walizeczki. On też tak się pakował, tyle że miał jeszcze dodatkową torbę na narzędzia archeologiczne. Zasada numer jeden: do tej torby nie wolno zaglądać. Zakaz złamałem dopiero w dniu eksplozji.

Zdarzyło się to w Wigilię. Przyjechaliśmy do Londynu, żeby odwiedzić moją siostrę Sadie.

Bo to jest tak, że tato ma tylko dwa dni odwiedzin u niej – jeden w zimie i jeden w lecie – a wszystko przez to, że nasi dziadkowie go nienawidzą. Kiedy zmarła nasza mama, jej rodzice (czyli nasi dziadkowie) stoczyli w sądzie batalię z tatą. Z pomocą sześciu prawników, po dwóch walkach na pięści i prawie śmiertelnym ataku chochlą (nie pytajcie o szczegóły) w końcu zdobyli prawo do zatrzymania Sadie w Anglii. Ona miała tylko sześć lat, o dwa mniej niż ja, a nie mogli wziąć na wychowanie nas obojga – tak w każdym razie tłumaczyli się z tego, że mnie nie zatrzymali. Sadie uczyła się więc w brytyjskiej szkole, a ja podróżowałem po świecie z naszym ojcem. Widywaliśmy się dwa razy do roku, co jak dla mnie było w porządku.

[Zamknij się, Sadie. Tak... już do tego zmierzam].

W każdym razie właśnie wylądowaliśmy z tatą na Heathrow po kilku opóźnieniach. To było dżdżyste, zimne popołudnie. Przez całą jazdę taksówką do centrum tato był jakby podenerwowany.

To potężny facet. Nie wygląda na kogoś, kogo łatwo przestraszyć. Ma brązową skórę jak ja, przenikliwe brązowe oczy, jest łysy, ale nosi bródkę, co w sumie sprawia, że wygląda jak wysportowany szalony naukowiec. Tego wieczoru miał na sobie wełniany zimowy płaszcz i swój najlepszy brązowy garnitur – ten, w którym wygłasza wykłady. Zazwyczaj emanuje taką pewnością siebie, że natychmiast zdobywa serca wszystkich słuchaczy, ale czasami – jak wtedy – widuję inne jego oblicze, którego w ogóle nie rozumiem. Ciągle oglądał się przez ramię, jakby ktoś nas ścigał.

– Tato? – zapytałem, kiedy skręcaliśmy z autostrady A-40. – Czy coś się stało?

– Nie widzę ich – mruknął, po czym chyba się zorientował, że powiedział to na głos, ponieważ spojrzał na mnie trochę zdziwiony. – Nic, Carter. Wszystko gra.

Te słowa mnie zmartwiły, ponieważ on zupełnie nie umie kłamać. Zawsze widzę, kiedy coś ukrywa, ale wiem też, że żadnym jęczeniem nie wydobędę z niego prawdy. Zapewne usiłował mnie chronić, choć nie wiedziałem, przed czym. Czasami zastanawiałem się, czy w jego przeszłości kryje się jakiś mroczny sekret, może dawny wróg, który go ściga – ale sam taki pomysł wydawał mi się śmieszny. On jest przecież tylko archeologiem.

Niepokoiło mnie coś jeszcze: ściskał swoją torbę z narzędziami. Zazwyczaj kiedy tak robi, znaczy to, że jesteśmy w niebezpieczeństwie. Jednego razu jacyś uzbrojeni faceci wdarli się do naszego hotelu w Kairze. Słyszałem strzały w holu, więc pobiegłem sprawdzić, co z tatą. Kiedy tam dotarłem, całkiem spokojnie zamykał swoją torbę, podczas gdy trzej nieprzytomni napastnicy zwisali z żyrandola do góry nogami, a szaty opadły im na głowy, tak że widać było bokserki. Tato twierdził, że nic nie widział, więc policja w końcu uznała, że to wina niezwykle dziwnej awarii żyrandola.

Innym razem dostaliśmy się w sam środek zamieszek w Paryżu. Tato znalazł najbliższy zaparkowany samochód, wepchnął mnie na tylne siedzenie i kazał nie wychylać głowy. Przykucnąłem na podłodze i zacisnąłem powieki. Słyszałem, jak tato, siedząc z przodu, grzebał w torbie i mamrotał coś do siebie, podczas gdy dziki tłum z wrzaskiem demolował wszystko na zewnątrz. Kilka minut później powiedział mi, że mogę już bezpiecznie wysiąść. Wszystkie pozostałe samochody w okolicy były przewrócone na dach i podpalone. Nasz był świeżo umyty i wypucowany, a za wycieraczkami tkwiły wetknięte banknoty po dwadzieścia euro.

Czułem szacunek dla tej torby. Była naszym talizmanem. Ale kiedy tato przyciskał ją do piersi, oznaczało to, że szczęście będzie nam potrzebne.

Jechaliśmy przez centrum miasta, kierując się na wschód, w stronę mieszkania dziadków. Minęliśmy złotą bramę pałacu Buckingham i wielką kamienną kolumnę na Trafalgar Square. Londyn to całkiem fajne miejsce, ale jak się dużo podróżuje, wszystkie miasta wydają się podobne. Zdarza mi się, że spotykane dzieciaki mówią: „Ale masz szczęście, że tyle jeździsz po świecie”. Problem tylko w tym, że my nie zwiedzamy ani też nie mamy tyle pieniędzy, żeby podróżować z klasą. Zdarzało nam się nocować w całkiem podłych warunkach, no i nigdy nigdzie się nie zatrzymujemy na dłużej niż kilka dni. Przez większość czasu mam wrażenie, że jesteśmy uciekinierami, a nie turystami.

Zasadniczo praca taty nie sprawia wrażenia niebezpiecznej. Jego wykłady dotyczą takich tematów jak „Czy egipska magia może zabić?” albo „Wieczne kary w egipskiej Krainie Umarłych”, no i mnóstwa innych rzeczy, które większości ludzi wcale nie obchodzą. Jednak jak już mówiłem, jest jeszcze ta jego druga strona. Jest zawsze bardzo ostrożny, sprawdza każdy pokój hotelowy, zanim pozwoli mi wejść do środka. Czasem wpada do muzeum, żeby zobaczyć kilka zabytków, robi jakieś notatki i wypada, jakby się bał, że zarejestrują go kamery.

Kiedyś, gdy byłem młodszy, pędziliśmy przez lotnisko de Gaulle’a w Paryżu, żeby złapać samolot, a tato był bardzo spięty aż do samego startu. Zapytałem go wtedy wprost, przed czym uciekamy, a on spojrzał na mnie tak, jakbym właśnie odbezpieczył granat. Przez moment bałem się, że powie mi prawdę. Ale on odrzekł: „To nic takiego, Carter”, tonem takim, jakby to „nic” było najstraszliwszą rzeczą na świecie.

Po tym zdarzeniu uznałem, że lepiej nie zadawać pytań.

Moi dziadkowie, państwo Faustowie, mieszkają na osiedlu w pobliżu Canary Wharf, nad samą Tamizą. Z taksówki wysiedliśmy na chodnik, ale tato poprosił kierowcę, żeby zaczekał.

Byliśmy już w połowie ścieżki prowadzącej do domku, kiedy tato zamarł. Odwrócił się i spojrzał za siebie.

– Co się dzieje? – zapytałem.

I wtedy zobaczyłem przysadzistego mężczyznę w trenczu. Stał po drugiej stronie ulicy, oparty o wielkie zeschnięte drzewo. Jego skóra była koloru palonej kawy, a płaszcz i garnitur w prążki wyglądały na drogie. Miał długie zaplecione włosy, czarny kapelusz typu fedora zsunięty głęboko na twarz i ciemne okulary o okrągłych szkłach. Przypominał mi muzyków jazzowych, na których koncerty zabierał mnie tato. Nie widziałem oczu tego człowieka, ale miałem wrażenie, że nas obserwuje. Może był jakimś dawnym kumplem albo znajomym ojca. Dokądkolwiek byśmy pojechali, on zawsze spotykał znajomych. Wydawało mi się jednak dziwne, że ten facet czekał tu, pod domem dziadków. I nie miał radosnej miny.

– Carter – powiedział tato. – Idź dalej.

– Ale...

– Zabierz siostrę. Spotkamy się przy taksówce.

Przeszedł przez ulicę, zbliżając się do mężczyzny w trenczu, co pozostawiało mi dwie możliwości do wyboru: iść za nim i sprawdzić, o co chodzi, albo zrobić, co mi kazał.

Wybrałem tę nieco mniej niebezpieczną opcję. Poszedłem po moją siostrę.

Zanim zdążyłem zapukać, Sadie otwarła drzwi.

– Jak zwykle się spóźniacie – oznajmiła.

Miała na rękach swoją kotkę Muffinkę, którą sześć lat temu dostała jako „pożegnalny” prezent od taty. Muffinka wyglądała tak, jakby w ogóle nie rosła ani się nie starzała. Miała żółto-czarne futerko niczym miniaturowy lampart, czujne żółte oczy i spiczaste uszy. Z obróżki zwisała jej srebrna egipska zawieszka. Kotka zupełnie nie przypominała ciastka, ale Sadie była malutka, kiedy dała jej imię, więc chyba trzeba jej wybaczyć.

Sadie nie zmieniła się wiele od zeszłego lata.

[Kiedy to nagrywam, stoi obok, rzucając mi gniewne spojrzenia, więc lepiej będę o niej mówił ostrożnie].

Nikt by się nie domyślił, że jest moją siostrą. Po pierwsze, mieszka tak długo w Anglii, że ma brytyjski akcent. Po drugie, przypomina naszą mamę, która była biała, więc jej skóra jest znacznie jaśniejsza od mojej. Ma proste włosy w odcieniu karmelu, nie całkiem jasne, ale też nie brązowe, i zazwyczaj farbuje pojedyncze kosmyki na jaskrawe kolory. Tego dnia po lewej stronie twarzy miała czerwony. No i ma niebieskie oczy. Mówię poważnie. Prawdziwe niebieskie oczy, jak nasza mama. Ma dopiero dwanaście lat, ale jest dokładnie mojego wzrostu, co jest strasznie irytujące. Jak zwykle żuła gumę, ubrana na dzień z tatą w zniszczone dżinsy, skórzaną kurtkę i glany, jakby wybierała się na koncert i zamierzała rozdeptać parę osób. Z szyi zwisały jej słuchawki – zabezpieczenie na wypadek gdybyśmy ją znudzili.

[Okej, nie oberwałem, więc chyba udało mi się w miarę dobrze ją opisać].

– Samolot miał opóźnienie – powiedziałem.

Strzeliła balonem, podrapała Muffinkę po głowie i wrzuciła kotkę do domu.

– Babciu, wychodzę!

Ze środka domu dobiegł mnie głos babci Faust, ale nie zrozumiałem słów. Prawdopodobnie mówiła: „Nie wpuszczaj ich!”.

Sadie zamknęła drzwi i obrzuciła mnie takim spojrzeniem, jakbym był zdechłą myszą, którą jej kotka przywlekła do domu.

– No, znowu tu jesteś.

– Aha.

– No to chodź – westchnęła. – Miejmy to z głowy.

Ona taka właśnie jest. Żadnego: „Hej, jak minęło ostatnie pół roku? Fajnie znów cię widzieć!” – nic z tych rzeczy. Ale jak dla mnie to okej. Kiedy widuje się kogoś dwa razy do roku, to jakby się było dalekimi kuzynami, a nie rodzeństwem. Jeśli nie liczyć rodziców, nie mieliśmy z sobą absolutnie nic wspólnego.

Zeszliśmy po schodach. Myślałem właśnie o tym, że Sadie pachnie jak połączenie domu starych ludzi i gumy do żucia, kiedy zatrzymała się tak gwałtownie, że na nią wpadłem.

– Kto to jest? – zapytała.

Prawie zapomniałem o facecie w płaszczu. On i tato stali po drugiej stronie ulicy pod wielkim drzewem i wyglądało na to, że zawzięcie się kłócą. Tato był do nas odwrócony plecami, więc nie widziałem jego twarzy, ale wymachiwał rękami jak zwykle, kiedy się denerwuje. Drugi mężczyzna rzucił mu spojrzenie z ukosa i potrząsnął głową.

– Nie mam pojęcia – odparłem. – Stał tam, kiedy przyjechaliśmy.

– Wygląda znajomo. – Sadie zmarszczyła brwi, jakby usiłowała sobie coś przypomnieć. – Chodź.

– Tato chciał, żebyśmy zaczekali w taksówce – przypomniałem, choć wiedziałem, że to nic nie da. Sadie już ruszyła.

Zamiast przejść prosto przez ulicę, pobiegła chodnikiem prawie do następnej przecznicy, kryjąc się za samochodami, po czym przeskoczyła na drugą stronę i przykucnęła za niskim kamiennym murkiem. Następnie zaczęła się skradać w kierunku taty. Nie miałem wielkiego wyboru: udałem się za nią, choć wydawało mi się to głupie.

– Sześć lat w Anglii – wymamrotałem – i wydaje się jej, że jest Jamesem Bondem.

Sadie pacnęła mnie, nie odwróciwszy się nawet, i skradała się dalej.

Po kilku krokach znaleźliśmy się za wielkim zeschniętym drzewem. Usłyszałem głos taty po drugiej stronie pnia:

– Muszę, Amosie. Wiesz, że tak trzeba.

– Nie – odparł ten drugi, który widocznie nazywał się Amos. Jego głos był głęboki i spokojny... bardzo stanowczy. Akcent miał amerykański. – Jeśli ja cię nie powstrzymam, Juliusie, oni to zrobią. Per Anch depcze ci po piętach.

Sadie odwróciła się do mnie i wyszeptała bezgłośnie:

– Per co?

Pokręciłem głową, równie zdumiony jak ona.

– Spadajmy stąd – szepnąłem, ponieważ wyobrażałem sobie, że w każdej chwili możemy zostać odkryci, a to oznaczałoby poważne tarapaty. Sadie, oczywiście, zignorowała mnie.

– Nie znają mojego planu – odparł tato. – A kiedy domyślą się, co zamierzam...

– A co z dziećmi? – zapytał Amos, a mnie włosy stanęły na głowie. – Co z nimi?

– Postarałem się, żeby miały ochronę – odrzekł nasz ojciec. – A poza tym, jeśli tego nie zrobię, wszyscy będziemy mieć kłopoty. Odejdź.

– Nie mogę, Juliusie.

– W takim razie chcesz pojedynku? – Głos taty zabrzmiał śmiertelnie poważnie. – Nie zdołasz mnie pokonać, Amosie.

Od czasu Wielkiego Wypadku z Chochlą nie widziałem, żeby tato stosował przemoc, a nie miałem ochoty oglądać z tego powtórki, ale ci dwaj najwyraźniej zmierzali do konfrontacji.

Zanim zdążyłem zareagować, Sadie wyskoczyła zza drzewa, krzycząc: – Tato!

Zrobił zaskoczoną minę, kiedy objęła go ramionami, ale ten Amos był jeszcze bardziej zdumiony. Cofnął się tak szybko, że potknął się o własny płaszcz.

Zdjął okulary. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że Sadie miała rację. Wyglądał znajomo... Jak z bardzo odległych wspomnień.

– M-muszę już iść – powiedział. Poprawił kapelusz i ruszył powoli ulicą.

Tato spoglądał za nim. Opiekuńczo objął Sadie jedną ręką, a drugą zanurzył w torbie zarzuconej na ramię. Kiedy wreszcie Amos znikł za rogiem, tato się rozluźnił. Wyjął dłoń z torby i uśmiechnął się do córki.

– Cześć, słoneczko.

Sadie wyrwała mu się i skrzyżowała ręce.

– Ach, teraz jestem „słoneczkiem”, tak? Spóźniłeś się. Dzień widzenia prawie już minął! No i o co w tym wszystkim chodzi? Kim jest Amos i co to jest Per Anch?

Tato drgnął. Zerknął na mnie, jakby się zastanawiał, ile podsłuchaliśmy.

– To nic – odpowiedział, siląc się na optymistyczny ton. – Zaplanowałem dla nas wspaniały wieczór. Kto chce się wybrać na prywatną przechadzkę po Muzeum Brytyjskim?

Sadie opadła na tylne siedzenie taksówki między tatą a mną.

– No nie wierzę – burknęła. – Jeden wspólny wieczór, a ty chcesz prowadzić badania.

Tato usiłował się uśmiechnąć.

– Kochanie, będzie fajnie. Kustosz kolekcji egipskiej osobiście zaprosił...

– Jasne, wielka niespodzianka. – Sadie zdmuchnęła z twarzy czerwony kosmyk. – Jest Wigilia, a my będziemy oglądać jakieś zatęchłe egipskie truchła. Czy ty w ogóle myślisz o czymkolwiek innym?

Tato się nie rozzłościł. On nigdy się na nią nie gniewa. Zapatrzył się na ciemniejące niebo i deszcz za oknem.

– Tak – odparł cicho. – Myślę.

Ilekroć mówi tym cichym głosem i wpatruje się w przestrzeń, wiem, że myśli o naszej mamie. W ostatnich miesiącach często się to zdarzało. Wchodziłem do pokoju hotelowego i zastawałem go z komórką w ręce i zdjęciem mamy uśmiechającym się do niego z wyświetlacza – włosy przewiązane chustką, niebieskie oczy, zaskakująco jaskrawe na tle pustyni.

Albo kiedy byliśmy na jakimś wykopie. Widziałem, jak gapi się na horyzont, i wiedziałem, że wspomina ich pierwsze spotkanie: dwoje młodych naukowców w Dolinie Królów, podczas wykopalisk w poszukiwaniu jakiegoś zaginionego grobowca. On jest egiptologiem. Mama była antropologiem i zajmowała się starożytnym DNA. Tato opowiadał mi o tym tysiące razy.

Taksówka jechała zakosami wzdłuż Tamizy. Tuż za mostem Waterloo nasz ojciec zesztywniał.

– Proszę pana – zwrócił się do kierowcy. – Proszę się tu na chwilę zatrzymać.

Taksówkarz przystanął na Victoria Embankment.

– Co się stało, tato? – zapytałem.

Wysiadł z samochodu, jakby mnie nie słyszał. Kiedy razem z Sadie dołączyliśmy do niego na chodniku, wpatrywał się w Igłę Kleopatry.

Dla kogoś, kto nigdy jej nie widział: Igła jest obeliskiem, a nie żadną igłą, i nie ma nic wspólnego z Kleopatrą.

Obawiam się, że Brytyjczycy po prostu uznali, że to fajnie brzmi, kiedy przywlekli ten obelisk do Londynu. Ma on około dwudziestu pięciu metrów wysokości, co pewnie robiło wrażenie w starożytnym Egipcie, ale nad Tamizą, gdzie dookoła wznoszą się naprawdę wysokie budynki, wygląda niepozornie i smutno. Można go minąć, nawet nie podejrzewając, że przejechało się obok czegoś o kilka tysięcy lat starszego od Londynu.

– O rany! – Sadie krążyła niecierpliwie po chodniku. – Czy musimy się zatrzymywać przy każdym zabytku?

Tato wpatrywał się w czubek obelisku.

– Musiałem go jeszcze raz zobaczyć – wymruczał. – Tu, gdzie to się stało...

Od rzeki zawiał lodowaty wiatr. Chciałem wrócić do taksówki, ale zaczynałem martwić się o tatę. Nigdy nie widziałem, żeby był taki roztargniony.

– Co, tato? – zapytałem. – Co tu się stało?

– Tutaj widziałem ją po raz ostatni.

Sadie przestała chodzić w kółko. Rzuciła mi niepewne spojrzenie i zwróciła się do taty:

– Czekaj. Masz na myśli mamę?

Odgarnął jej włosy za ucho, co zdziwiło ją tak bardzo, że nawet go nie odepchnęła.

Czułem się tak, jakby deszcz zmroził mnie na sopel. Śmierć mamy była zawsze zakazanym tematem. Wiedziałem, że zginęła w jakimś wypadku w Londynie. Wiedziałem, że dziadkowie winili o to tatę. Ale nikt nigdy nie powiedział nam nic więcej. Przestałem go wypytywać, po części dlatego, że robił się wtedy smutny, a częściowo dlatego, że bezwzględnie odmawiał wyjawienia mi jakichkolwiek szczegółów. „Jak będziesz starszy” – mówił wtedy, co jest najbardziej irytującą odpowiedzią, jaką znam.

– Mówisz, że zginęła tutaj? – odezwałem się. – Przy obelisku Kleopatry? Co się stało?

Spuścił głowę.

– Tato! – zaprotestowała Sadie. – Chodzę tędy codziennie, a ty mówisz... że przez cały ten czas... I ja nic nie wiedziałam?

– Masz dalej tego kota? – Pytanie wydawało się idiotyczne.

– Oczywiście, że mam dalej tego kota! – odparła. – Co to ma do rzeczy?

– A amulet?

Sięgnęła ręką do szyi. Kiedy byliśmy mali, tuż przed tym, zanim Sadie zamieszkała z dziadkami, tato dał nam obojgu egipskie amulety. Na moim było Oko Horusa, które jest popularnym staroegipskim symbolem opiekuńczym.

Tato mówi nawet, że współczesny znak farmaceutów, R, to uproszczona wersja Oka Horusa – zadaniem medycyny jest przecież opieka i ochrona.

W każdym razie zawsze nosiłem amulet pod ubraniem, ale obawiałem się, że Sadie swój zgubiła lub wyrzuciła.

Ona jednak ku mojemu zdumieniu przytaknęła.

– Oczywiście, że go mam, tato, ale nie zmieniaj tematu. Babcia zawsze mówi, że jesteś winny śmierci mamy. To nieprawda, tak?

Czekaliśmy. Po raz pierwszy w życiu Sadie i ja pragnęliśmy dokładnie tego samego – poznać prawdę.

– Tej nocy, kiedy zginęła wasza matka – zaczął tato – tu, pod obeliskiem...

Nabrzeże oświetlił nagły rozbłysk światła. Odwróciłem się, częściowo oślepiony, i przez ułamek sekundy dostrzegłem dwie postacie: wysokiego, bladego mężczyznę z rozdwojoną brodą, odzianego w kremowe szaty, i dziewczynę o miedzianej skórze, w ciemnoniebieskiej sukni i chuście na głowie – setki razy widywałem takie ubrania w Egipcie. Stali obok siebie, mniej niż dziesięć metrów od nas, przyglądając się nam. Następnie światło zgasło. Postacie rozpłynęły się w mgliste powidoki. Kiedy moje oczy przyzwyczaiły się z powrotem do ciemności, nikogo już nie było widać.

– Yyy... – odezwała się nerwowo Sadie. – Widziałeś to?

– Wsiadajcie do taksówki – powiedział tato, popychając nas w stronę krawężnika. – Spóźnimy się.

Od tej chwili zamknął się w sobie.

– To nie miejsce na rozmowy – oznajmił, spoglądając w przestrzeń za nami.

Obiecał taksówkarzowi dodatkowe dziesięć funtów, jeśli dowiezie nas do muzeum w czasie krótszym niż pięć minut, więc kierowca robił, co mógł.

– Tato – zagadnąłem – ci ludzie nad rzeką...

– I tamten facet, Amos – dodała Sadie. – Czy oni są z egipskiej policji albo coś w tym rodzaju?

– Słuchajcie, oboje – odparł tato. – Będę dziś potrzebował waszej pomocy. Wiem, że to trudne, ale musicie zachować cierpliwość. Obiecuję, że wszystko wyjaśnię, kiedy już znajdziemy się na miejscu. Wszystko znów będzie w porządku.

– O czym ty mówisz? – zdziwiła się Sadie. – Co będzie w porządku?

Wyraz twarzy taty był więcej niż smutny. To było prawie poczucie winy. Poczułem dreszcz na myśl o tym, co powiedziała Sadie: że nasi dziadkowie obarczają go winą za śmierć mamy. On nie mówił o tym, prawda?

Taksówkarz skręcił gwałtownie w Great Russell Street i z piskiem opon zatrzymał się pod główną bramą muzeum.

– Chodźcie za mną – poinstruował nas tato. – A kiedy spotkamy kustosza, zachowujcie się normalnie.

Pomyślałem, że Sadie nigdy nie zachowuje się normalnie, ale uznałem, że lepiej nie mówić tego głośno.

Wysiedliśmy z taksówki. Wyciągnąłem bagaż, a tato zapłacił kierowcy sporym zwitkiem banknotów. Następnie zrobił coś dziwnego. Rzucił na tylne siedzenie garść drobnych przedmiotów: chyba kamyków, ale w tych ciemnościach nie byłem tego pewny.

– Proszę jechać dalej – odezwał się do taksówkarza. – Do Chelsea.

Nie miało to wielkiego sensu, zważywszy, że byliśmy już poza taksówką, ale kierowca ruszył gazem. Zerknąłem na tatę, a następnie ponownie na samochód, i zanim skręcił za róg, znikając w ciemności, dostrzegłem dziwaczny cień trojga pasażerów na tylnym siedzeniu: mężczyzny i dwójki dzieci.

Zamrugałem powiekami. Niemożliwe, żeby taksówkarz tak szybko znalazł następnych klientów.

– Tato...

– Londyńskie taksówki nie pozostają długo puste – odpowiedział obojętnym tonem. – Chodźcie, dzieci.

Ruszył ku bramie z kutego żelaza. Przez moment Sadie i ja wahaliśmy się.

– Co tu się dzieje, Carter?

Pokręciłem głową.

– Nie jestem pewny, czy chcę to wiedzieć.

– No to stój tu na zimnie, jeśli chcesz, ale ja nie ustąpię bez wyjaśnienia. – Odwróciła się i ruszyła za tatą.

Teraz uważam, że powinienem był wtedy uciekać. Trzeba było odciągnąć stamtąd Sadie i uciekać najdalej jak się dało. Ja jednak wszedłem za nią w bramę.

2. Eksplozja pod choinkę

Bywałem już wcześniej w Muzeum Brytyjskim. Wolałbym się nawet nie przyznawać, w jak wielu muzeach już bywałem – nie chcę wyjść na totalnego świra.

[Sadie właśnie drze mi się zza pleców, że i tak jestem totalnym świrem. Dzięki, siostruś].

W każdym razie muzeum było zamknięte, a światła zgaszone, ale kustosz i dwaj strażnicy czekali na nas na frontowych schodach.

– Doktorze Kane! – Kustosz okazał się niedużym tłustawym facecikiem w tanim garniturze. Widywałem mumie, które miały więcej włosów i zdrowsze zęby. Potrząsnął ręką taty, jakby witał gwiazdę rocka. – Pański ostatni artykuł o Imhotepie... znakomity! Nie wiem, jak się panu udało przetłumaczyć te zaklęcia!

– Im-ho-kim? – wymamrotała mi do ucha Sadie.

– Imhotepie – wyjaśniłem. – Był kapłanem i architektem. Niektórzy twierdzą, że także magiem. Zaprojektował pierwszą piramidę schodkową. No wiesz.

– Nie wiem – odparła. – I nic mnie to nie obchodzi. Ale dzięki.

Tato podziękował kustoszowi, że wpuścił nas do muzeum w święto. Następnie położył mi dłoń na ramieniu.

– Doktorze Martin, chciałbym przedstawić Cartera i Sadie.

– Ach! Pański syn, oczywiście, i... – Kustosz spojrzał niepewnie na Sadie. – A ta młoda dama?

– Moja córka – odparł tato.

Doktor Martin wybałuszył oczy. Ludzie mogą sobie myśleć, że są nie wiem jak otwarci i uprzejmi, ale zawsze jest taki moment zmieszania, który odbija się na ich twarzach, kiedy uświadamiają sobie, że Sadie należy do naszej rodziny. Nienawidzę tego, ale zdążyłem się przyzwyczaić.

Kustosz odzyskał rezon.

– Ach, tak, oczywiście. Proszę tędy, doktorze Kane. Jesteśmy zaszczyceni!

Strażnicy zamknęli za nami drzwi. Wzięli nasze bagaże, a jeden z nich sięgnął po torbę taty.

– Ach, nie – powiedział tato, wyginając zaciśnięte usta w uśmiech. – Tę zatrzymam przy sobie.

Strażnicy zostali w holu, a my poszliśmy za kustoszem na wielki dziedziniec. W nocy wyglądał złowieszczo. Przyćmione światło sączące się przez szklany sufit rzucało na ściany przecinające się cienie, przypominające gigantyczną pajęczynę. Nasze kroki stukały na marmurowej podłodze.

– A zatem – powiedział tato – kamień.

– Tak! – odparł kustosz. – Aczkolwiek nie wiem, jakie jeszcze może pan wydobyć z niego informacje. Został przebadany na wszystkie strony... To w końcu nasz najsłynniejszy zabytek.

– Oczywiście – przytaknął tato. – Ale może zaskoczę pana.

– O czym on teraz gada? – szepnęła do mnie Sadie.

Nie odpowiedziałem. Podejrzewałem, o jakim kamieniu rozmawiają, ale nie miałem pojęcia, dlaczego tato ciągnął nas w Wigilię do muzeum, żeby go zobaczyć.

Zastanawiałem się, co chciał nam powiedzieć pod Igłą Kleopatry – coś o naszej mamie i tej nocy, kiedy zginęła. No i dlaczego wciąż się rozglądał, jakby się spodziewał, że gdzieś znów pojawią się ci dziwaczni ludzie spod obelisku? Byliśmy zamknięci w muzeum pełnym strażników i najnowocześniejszych zabezpieczeń. Nikt nie będzie nam tu przeszkadzał – taką miałem nadzieję.

Skręciliśmy w lewo, do skrzydła egipskiego. Pod ścianami stały olbrzymie posągi faraonów i bogów, ale tato minął je wszystkie i skierował się prosto do głównej atrakcji, stojącej pośrodku sali.

– Piękny – mruknął. – To nie jest replika?

– Nie, nie – zapewnił kustosz. – Nie zawsze wystawiamy oryginał, ale teraz, dla pana... jest prawdziwy.

Wpatrywaliśmy się w płytę z ciemnoszarego kamienia, mającą mniej więcej metr wysokości i nieco ponad pół metra szerokości. Stała na cokole, zamknięta w szklanej skrzyni. Gładka powierzchnia kamienia pokryta była trzema różnymi pasami pisma. Na samej górze znajdowało się obrazkowe pismo starożytnych Egipcjan: hieroglify. Pośrodku... Musiałem wysilić umysł, żeby przypomnieć sobie, jak tato nazywał to pismo: demotyczne. Z czasów kiedy Grecy rządzili Egiptem i mnóstwo greckich słów przeniknęło do języka egipskiego. Ostatni pas pisma to była greka.

– Kamień z Rosetty – powiedziałem.

– To nie jest program komputerowy? – zapytała Sadie.

Już miałem jej powiedzieć, że jest głupia, ale kustosz uprzedził mnie, chichocząc nerwowo.

– Młoda damo, kamień z Rosetty był kluczem do odczytania hieroglifów! Został odkryty przez armię Napoleona w 1799 roku i...

– Ach, tak – przerwała mu Sadie. – Przypominam sobie.

Wiedziałem, że powiedziała to tylko po to, żeby się zamknął, ale tato widocznie uznał, że to ważne.

– Sadie – odezwał się – do czasu kiedy odkryto ten kamień, zwykli śmiertelnicy... to znaczy nikt od stuleci nie był w stanie czytać hieroglifów. Pismo Egiptu zostało całkowicie zapomniane. A potem Anglik Thomas Young wykazał, że trzy zapisy na kamieniu z Rosetty zawierają ten sam tekst. Potem zajął się tym Francuz Jean-François Champollion i złamał kod hieroglificzny.

Sadie żuła gumę jak gdyby nigdy nic.

– No i co tu jest napisane?

Tato wzruszył ramionami.

– Nic ważnego. To właściwie list z podziękowaniami kilku kapłanów dla króla Ptolemeusza V. Kiedy wyryto ten napis, kamień nie był niczym szczególnym. Ale przez stulecia... Przez stulecia stał się ważnym symbolem. Być może najważniejszym ogniwem łączącym starożytny Egipt z nowoczesnym światem. Byłem głupcem, że nie odkryłem tego wcześniej.

Pogubiłem się, a kustosz najwyraźniej również.

– Doktorze Kane? – zapytał. – Wszystko w porządku?

Tato wziął głęboki oddech.

– Bardzo przepraszam, doktorze Martin. Ja tylko... myślałem na głos. Można by zdjąć tę gablotę? I czy mógłby pan przynieść z archiwum dokumenty, o które prosiłem?

Doktor Martin przytaknął. Wystukał na niedużym pilocie kod i uniosła się przednia szyba gabloty.

– Potrzebuję kilku minut, żeby przynieść notatki – powiedział. – W każdym innym przypadku nie zgodziłbym się na badanie kamienia bez obecności strażników, jak pan prosił. Ale wierzę, że będzie pan ostrożny.

Zerknął na nas, jakbyśmy byli wcieleniem kłopotów.

– Będziemy ostrożni – obiecał tato.

Gdy tylko kroki kustosza ucichły, tato zwrócił się do nas z szaleństwem w oczach.

– Dzieci, to bardzo ważne. Musicie wyjść z tej sali.

Zsunął torbę z ramienia i rozpiął nieco jej zamek, żeby wyciągnąć łańcuch i kłódkę.

– Idźcie za doktorem Martinem. Jego gabinet jest na końcu wielkiego dziedzińca po lewej. Ma tylko jedne drzwi. Jak wejdzie do środka, owiniecie tym klamki i zamkniecie pokój. Musimy opóźnić jego powrót.

– Chcesz, żebyśmy go zamknęli? – zapytała Sadie z nagłym błyskiem zainteresowania w oczach. – Bosko!

– Tato – odezwałem się – o co chodzi?

– Nie mamy czasu na wyjaśnienia – odpowiedział. – To nasza jedyna szansa. Oni nadchodzą.

– Kto nadchodzi? – spytała Sadie.

Tato wziął ją za ramiona.

– Kocham cię, malutka. I przepraszam... przepraszam za wszystko, ale teraz nie mamy czasu. Jeśli to zadziała, obiecuję, że wszystko znów będzie dobrze. Carter, jesteś moim dzielnym chłopcem. Musisz mi zaufać. Pamiętaj, zamknijcie doktora Martina. A potem nie wchodźcie do tej sali.

Zablokowanie gabinetu kustosza nie było trudne. Zaraz potem spojrzeliśmy jednak w kierunku, z którego przyszliśmy, i dostrzegliśmy wydobywające się z galerii egipskiej niebieskie światło, jakby tato zainstalował tam ogromne świecące akwarium.

Spojrzeliśmy z Sadie po sobie.

– Ty naprawdę nie wiesz, co on wyprawia?

– Nie mam pojęcia – odparłem. – Ale ostatnio dziwnie się zachowywał. Dużo myślał o mamie. Ma jej zdjęcie...

Nie chciałem mówić więcej. Na szczęście Sadie kiwnęła głową, jakby zrozumiała.

– Co jest w tej jego torbie? – zapytała.

– Nie wiem. Zabronił mi zaglądać.

Uniosła brew.

– A ty posłuchałeś? Rany, to cały ty. Jesteś beznadziejny.

Chciałem się bronić, ale w tej właśnie chwili posadzka zadrżała.

Zaskoczona Sadie chwyciła mnie za rękę.

– Kazał nam trzymać się z daleka. Rozumiem, że tego polecenia też zamierzasz posłuchać?

Prawdę mówiąc, polecenie wydało mi się sensowne, ale ona już popędziła korytarzem, więc po chwili wahania pobiegłem za nią.

Kiedy dotarliśmy do wejścia do galerii egipskiej, stanęliśmy jak wryci. Tato stał przed kamieniem z Rosetty, odwrócony do nas tyłem. Na podłodze wokół jego stóp błyszczał niebieski krąg, jakby ktoś włączył ukryte w podłodze neonówki.

Tato zrzucił płaszcz. Jego torba leżała otwarta u jego stóp, a w niej zobaczyłem drewnianą skrzyneczkę długości nieco ponad pół metra, pomalowaną w egipskie symbole.

– Co on ma w ręce? – szepnęła do mnie Sadie. – Czy to bumerang?

Rzeczywiście, tato uniósł rękę i zaczął wymachiwać zakrzywionym białym kijkiem... wyglądającym jak bumerang. Ale zamiast nim rzucić, dotknął nim kamienia z Rosetty. Sadie wstrzymała oddech. Tato pisał na kamieniu. Gdzie tylko bumerang dotknął powierzchni, na granicie pojawiały się lśniące niebieskie linie. Hieroglify.

To nie miało sensu. Jak mógł pisać błyszczące litery patykiem? Ale obraz był jasny i wyraźny: baranie rogi nad skrzynką oraz X.

– Otwórz się – wymamrotała Sadie. Gapiłem się na nią, bo zabrzmiało to tak, jakby właśnie przetłumaczyła to słowo, ale to było niemożliwe. Włóczyłem się z tatą przez kilka lat, a umiałem odczytać zaledwie parę hieroglifów. Są naprawdę trudne.

Tato uniósł ręce.

– U-sir, i-i – zaintonował, a na powierzchni kamienia z Rosetty pojawiły się kolejne dwa zestawy błyszczących niebieskich hieroglifów.

Pomimo zdumienia rozpoznałem pierwsze słowo. Było to imię egipskiego boga umarłych.

– Usir – wyszeptałem. Nigdy nie słyszałem takiej wymowy, ale wiedziałem, co to znaczy. – Ozyrys.

– Przybądź, Ozyrysie – powiedziała Sadie jakby w transie. Po czym zrobiła wielkie oczy. – Nie! – krzyknęła. – Tato, nie!

Tato odwrócił się ze zdziwieniem.

– Dzieci... – zaczął, ale było już za późno. Ziemia się zatrzęsła. Niebieskie światło zmieniło się w oślepiającą biel, a kamień z Rosetty eksplodował.

Kiedy odzyskałem przytomność, pierwszym dźwiękiem, jaki usłyszałem, był śmiech: straszliwy, radosny śmiech, zmieszany z wyciem alarmów w muzeum.

Czułem się tak, jakby właśnie rozjechał mnie traktor. Usiadłem, zamroczony, i wyplułem z ust kawałek kamienia z Rosetty. Galeria leżała w gruzach. Na podłodze płonęły ogniska. Ogromne posągi leżały przewrócone. Sarkofagi pospadały z cokołów. Kawałki kamienia poleciały na wszystkie strony z taką mocą, że powbijały się w kolumny, ściany i inne eksponaty.

Sadie leżała bez ruchu tuż koło mnie, ale była cała. Potrząsnąłem ją za ramię – jęknęła.

– Au.

Przed nami, w miejscu gdzie wcześniej znajdował się kamień z Rosetty, stał dymiący, rozbity cokół. Podłoga była pokryta czarnym pyłem, jeśli nie liczyć błyszczącego niebieskiego kręgu wokół naszego taty.

On sam patrzył w naszą stronę, ale jakby nas nie zauważał. Na głowie miał krwawiącą ranę. Ściskał mocno bumerang.

Nie miałem pojęcia, w co się wpatruje. Nagle w sali rozległ się ponownie straszliwy śmiech, a ja uświadomiłem sobie, że jego źródło znajduje się dokładnie przede mną.

Coś stało między tatą a nami. Z początku ledwie to dostrzegałem – jakby fala ciepłego powietrza. Ale skupiwszy wzrok, ujrzałem niewyraźny kształt: ognisty zarys człowieka.

Był wyższy od taty, a jego śmiech rozdzierał mnie niczym piła łańcuchowa.

– Doskonała robota – odezwał się do mojego ojca. – Doskonała robota, Juliusie.

– Nie ciebie wzywałem! – Głos taty drżał. Uniósł bumerang, ale ognisty człowiek pstryknął palcem i patyk wyleciał z dłoni taty, rozbijając się o ścianę.

– Nikt mnie nigdy nie wzywa, Juliusie – mężczyzna mruczał jak kot. – Ale kiedy otwierasz drzwi, musisz być przygotowany na to, że pojawią się goście.

– Wracaj do Duat! – ryknął tato. – Posiadam moc Wielkiego Króla!

– Och, to straszne – odpowiedział z rozbawieniem ognisty. – A nawet gdybyś wiedział, jak posługiwać się tą mocą, o czym nie masz pojęcia, on nigdy nie był dla mnie godnym przeciwnikiem. Ja jestem najpotężniejszy. A teraz podzielisz jego los.

Nic z tego nie rozumiałem, ale wiedziałem, że muszę jakoś pomóc tacie. Usiłowałem chwycić najbliższy okruch kamienia, ale z przerażenia palce miałem zmrożone i pozbawione czucia. Dłonie były bezużyteczne.

Tato rzucił mi w milczeniu ostrzegawcze spojrzenie: Uciekaj. Uświadomiłem sobie, że celowo trzymał ognistego tyłem do nas, w nadziei że Sadie i ja zdołamy uciec niezauważeni.

Sadie wciąż była oszołomiona. Udało mi się zaciągnąć ją za kolumnę, w cień. Kiedy zaczęła protestować, zasłoniłem jej usta dłonią. To ją ocuciło. Zobaczyła, co się dzieje, i przestała się wyrywać.

Syreny alarmowe wyły. Wokół drzwi prowadzących do galerii pełgały ogniki. Strażnicy musieli już być w drodze, ale nie byłem pewny, czy to dla nas dobrze.

Tato przykucnął na podłodze, nie spuszczając oczu z wroga, i otwarł swoją malowaną drewnianą skrzynkę. Wyciągnął z niej niewielką różdżkę przypominającą linijkę. Wymruczał coś pod nosem i różdżka wydłużyła się w drewnianą laskę wysokości człowieka.

Sadie pisnęła. Ja też nie wierzyłem własnym oczom, ale potem zrobiło się jeszcze dziwniej.

Tato rzucił laskę pod nogi ognistego, a ona zamieniła się w ogromnego węża – długiego na trzy metry i o grubości mniej więcej mojego ciała – o miedzianych łuskach i błyszczących czerwonych oczach. Wąż rzucił się na ognistego, który bez trudu chwycił go za kark. Jego ręka wybuchła oślepiającym białym płomieniem i wąż zamienił się w popiół.

– Stara sztuczka, Juliusie – zakpił.

Tato zerknął w naszym kierunku, poganiając nas do ucieczki. Coś we mnie nie chciało uwierzyć, że to wszystko prawda. Może byłem nieprzytomny, a to był tylko senny koszmar. Tuż koło mnie Sadie podniosła kawałek kamienia.

– Ilu? – zapytał szybko tato, usiłując skupić na sobie uwagę ognistego. – Ilu uwolniłem?

– Cóż, całą piątkę – odparł tamten, jakby tłumaczył coś małemu dziecku. – Powinieneś wiedzieć, że działamy w grupie, Juliusie. Wkrótce ja uwolnię następnych, a oni będą mi wdzięczni. Znów zostanę nazwany królem.

– Dni Demonów – powiedział tato. – Zatrzymają was, zanim będzie za późno.

Ognisty zaśmiał się.

– Myślisz, że Dom jest w stanie mnie powstrzymać? Ci starzy głupcy nie potrafią nawet przestać się kłócić między sobą. Teraz opowiemy tę historię na nowo. I tym razem wy nigdy nie powstaniecie!

Ognisty machnął ręką. Błękitny krąg wokół stóp taty zgasł. Tato sięgnął po swoją torbę, ale ona poleciała po podłodze.

– Żegnaj, Ozyrysie – powiedział ognisty. Machnął znów ręką i wokół naszego taty pojawił się lśniący sarkofag. Z początku był przezroczysty, ale kiedy tato walił pięściami, usiłując się wyrwać, jego ściany stawały się coraz bardziej solidne: złoty egipski sarkofag wykładany klejnotami. Ojciec po raz ostatni złapał moje spojrzenie i bezgłośnie rozkazał: Uciekajcie! Chwilę później sarkofag zanurzył się w podłogę, jakby była z wody.

– Tato! – krzyknąłem.

Sadie rzuciła kamieniem, który jednak przeleciał przez głowę ognistego, nie robiąc mu najmniejszej krzywdy.

Ognisty odwrócił się i przez straszliwą chwilę jego twarz ukazała się w płomieniach. To, co zobaczyłem, nie miało sensu. Było to tak, jakby ktoś nałożył na siebie dwie różne twarze: jedną niemal ludzką, o bladej skórze, z pełnymi okrucieństwa kanciastymi rysami i lśniącymi czerwonymi oczami, a drugą zwierzęcą, o ciemnej sierści i ostrych kłach. Było to coś groźniejszego niż pies, wilk czy lew – jakieś zwierzę, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Czerwone oczy wpatrywały się we mnie i wiedziałem, że umrę.

Za mną rozległy się ciężkie kroki na marmurowej posadzce wielkiego dziedzińca. Głosy wykrzykiwały rozkazy. Byli to strażnicy, a może policja – ale nie mieli szans dotrzeć tu na czas.

Ognisty rzucił się na mnie. Kilkanaście centymetrów od mojej twarzy coś odrzuciło go do tyłu. Powietrze zaiskrzyło od elektryczności. Amulet na mojej szyi zrobił się nieprzyjemnie gorący.

Ognisty syknął, przyglądając mi się uważnie.

– A więc... to ty.

Budynek zatrząsł się ponownie. W drugim końcu sali część ściany eksplodowała oślepiającym rozbłyskiem światła. Przez otwór weszło dwoje ludzi: mężczyzna i dziewczyna, których widzieliśmy pod obeliskiem, w rozwianych szatach. Oboje trzymali laski.

Ognisty warknął. Spojrzał na mnie jeszcze raz.

– Wkrótce, chłopcze – powiedział.

Następnie cała sala wybuchła ogniem. Żar wyssał całe powietrze z moich płuc i upadłem na ziemię.

Zdążyłem jeszcze tylko zapamiętać mężczyznę z rozdwojoną brodą i dziewczynę w niebieskiej szacie stojących nade mną. Słyszałem strażników biegnących z krzykiem, zbliżających się. Dziewczyna pochyliła się nade mną i wyciągnęła zza pasa długi zakrzywiony nóż.

– Musimy działać szybko – powiedziała do mężczyzny.

– Jeszcze nie – odparł niechętnie. Miał francuski akcent. – Musimy mieć pewność, zanim ich zniszczymy.

Zamknąłem oczy i straciłem przytomność.

3. Uwięziona z kotem

Daj mi ten cholerny mikrofon].

Cześć. Tu Sadie. Mój brat opowiada beznadziejnie. Przykro mi. Teraz będę mówić ja, więc wszystko będzie w porządku.

Dobra. Eksplozja. Kamień z Rosetty rozsypany w drobny mak. Ognisty czarny charakter. Tato zamknięty w trumnie. Przerażający Francuz i arabska dziewczyna z nożem. My mdlejemy. Zgadza się.

Kiedy się obudziłam, było wokół nas pełno policji, jak się nietrudno domyślić. Rozdzielili nas z bratem. To mi akurat nie przeszkadzało. On i tak jest okropny. Ale zamknęli mnie w gabinecie kustosza na całe wieki. W dodatku posłużyli się w tym celu naszym łańcuchem. Idioci.

Byłam oczywiście roztrzęsiona. Dopiero co straciłam przytomność przez ognistego nie wiadomo kogo. Patrzyłam, jak mojego tatę pakuje się do sarkofagu i wysyła pod ziemię. Usiłowałam opowiedzieć o tym policji, ale czy ich to w ogóle obeszło? Nie.

A najgorsze, że czułam nieopuszczający mnie chłód, jakby ktoś wbijał mi w kark lodowate szpilki. To się zaczęło, kiedy patrzyłam na te błyszczące na niebiesko słowa, które tato narysował na kamieniu z Rosetty, a ja znałam ich znaczenie. Może to jakaś choroba genetyczna? Czy wiedza o nudnych egipskich sprawach może być dziedziczna? Z moim szczęściem, pewnie tak.

Długo po tym jak moja guma całkiem straciła smak, policjantka w końcu wyprowadziła mnie z gabinetu kustosza. Nie zadawała mi pytań. Po prostu wepchnęła mnie do radiowozu i odwiozła do domu. Nawet wtedy nie pozwolili mi niczego wyjaśnić babci i dziadkowi. Policjantka po prostu wrzuciła mnie do mojego pokoju, i czekałam. I czekałam.

Nie lubię czekać.

Krążyłam po pokoju. Nie jest on interesujący: po prostu pomieszczenie na poddaszu, z oknem, łóżkiem i biurkiem. Nie miałam wiele do roboty. Muffinka obwąchała moje nogi, a jej ogon napuszył się niczym szczotka do butelek. Pomyślałam, że pewnie nie przepada za zapachem muzeów. Syknęła i znikła pod łóżkiem.

– Dzięki – mruknęłam.

Otwarłam drzwi, ale policjantka stała na warcie.

– Inspektor porozmawia z tobą za chwilę – oznajmiła. – Zostań w środku.

Widziałam parter: dziadka krążącego po pokoju i załamującego ręce, podczas gdy Carter rozmawiał z inspektorem na kanapie. Nie słyszałam słów.

– Mogę iść do toalety? – zapytałam miłej pani władzy.

– Nie. – Zamknęła mi drzwi przed nosem. Tak jakbym mogła w klopie wywołać eksplozję. Nie wierzę.

Wyciągnęłam iPoda i przeleciałam listę utworów. Nic nie przyciągnęło mojej uwagi. Rzuciłam go z niechęcią na łóżko. Kiedy jestem zbyt roztargniona, żeby słuchać muzyki, to już zły znak. Zastanawiałam się, dlaczego policja rozmawiała najpierw z Carterem. To nie było w porządku.

Obracałam w palcach naszyjnik, który dostałam od taty. Nigdy nie byłam pewna, co oznaczał ten symbol. Carter niewątpliwie miał oko, ale to coś na moim przypominało trochę anioła, a jeszcze bardziej robota zabójcę z kosmosu.

Dlaczego tato pytał, czy ciągle to mam? Oczywiście, że miałam. To był jedyny prezent, jaki kiedykolwiek od niego dostałam. No, jeśli nie liczyć Muffinki, ale zważywszy usposobienie tego kota, nie jestem pewna, czy mogę ją uznać za prawdziwy dar.

Przecież tato praktycznie porzucił mnie, kiedy miałam sześć lat. Naszyjnik był jedynym, co mnie z nim łączyło. W dobre dni wpatrywałam się w zawieszkę i wspominałam tatę czule. W złe dni (czyli znacznie częściej) rzucałam nią po pokoju, deptałam po niej i przeklinałam go za to, że nie ma go przy mnie. Bardzo mi to pomagało. Ale w końcu zawsze zakładałam wisiorek z powrotem.

W każdym razie podczas tych dziwacznych wydarzeń w muzeum – i niczego nie zmyślam – naszyjnik rozgrzał się. Omal go nie zdjęłam, ale nie mogłam oprzeć się myśli, że może on naprawdę jakoś mnie chroni.

„Wszystko znów będzie dobrze” – powiedział tato, mając w oczach to poczucie winy, z jakim często na mnie patrzy.

Cóż, poniosłeś spektakularną klęskę, tato.

Co on sobie myślał? Chciałam wierzyć, że to wszystko był zły sen: lśniące hieroglify, wężowa laska, sarkofag. Takie rzeczy nie istnieją. Wiedziałam jednak, że jest inaczej. Nie byłabym w stanie wyśnić nic tak okropnego jak twarz tego ognistego mężczyzny, kiedy się do nas odwrócił. „Wkrótce, chłopcze” – powiedział do Cartera, jakby zamierzał nas odnaleźć. Na samą myśl o tym trzęsły mi się ręce. Nie mogłam też przestać myśleć o naszym postoju pod obeliskiem Kleopatry: ojciec uparł się, żeby go oglądać, jakby uzbrajał się w odwagę, jakby to, co zrobił w Muzeum Brytyjskim, miało coś wspólnego z moją mamą.

Poszukałam wzrokiem biurka.

Nie – pomyślałam. – Nie zrobię tego.

Ale podeszłam i otwarłam szufladę. Odsunęłam na bok kilka starych magazynów, zapas słodyczy, stertę zadań z matematyki, które zapomniałam oddać w szkole, i kilka zdjęć, na których ja i moje koleżanki Liz i Emmy mierzymy zabawne kapelusze na targu w Camden. Na dnie leżało zdjęcie mamy.

Dziadkowie mają mnóstwo jej zdjęć. W wielkim kredensie w holu jest prawdziwa kapliczka Ruby: dziecinne rysunki mamy, jej świadectwa z samymi piątkami, zdjęcie z dnia wręczenia dyplomów na uniwersytecie, jej ulubiona biżuteria. Można od tego zwariować. Postanowiłam, że nie będę taka jak oni, nie będę żyć przeszłością. W końcu ledwie pamiętam mamę i nic nie zmieni faktu, że ona nie żyje.

Niemniej zachowałam jedno zdjęcie. Przedstawia mamę i mnie w naszym domu w Los Angeles, tuż po tym jak się urodziłam. Mama stoi na balkonie, za nią widać Pacyfik, a w ramionach trzyma zawiniątko z niemowlęciem, z którego pewnego dnia wyrośnie mówiąca te słowa. Niemowlę (czyli ja) nie wygląda na tym zdjęciu szczególnie interesująco, ale mama jest fantastyczna, mimo że ma na sobie szorty i wymięty podkoszulek. Ma głęboko niebieskie oczy. Jasne włosy upięte z tyłu głowy. Piękną skórę. Strasznie mnie to dołuje, kiedy patrzę na swoją. Ludzie zawsze mówią, że jestem do niej podobna, ale ja nie potrafię nawet pozbyć się pryszcza z podbródka, a co dopiero wyglądać tak dojrzale i pięknie.

[Przestań prychać, Carter].

To zdjęcie zawsze mnie fascynowało, ponieważ nie bardzo pamiętałam nasze wspólne życie, choć zatrzymałam je głównie ze względu na znak, który widnieje na podkoszulku mamy: jeden z tych symboli życia – anch.

Moja nieżyjąca matka miała na sobie symbol życia. Nie wyobrażam sobie niczego smutniejszego. Ale uśmiechała się do obiektywu, jakby znała jakąś tajemnicę. Jakby razem z tatą potajemnie sobie żartowali.

Coś nie dawało mi spokoju. Ten krępy mężczyzna w trenczu, który kłócił się z tatą po drugiej stronie ulicy – powiedział coś o „Per Anch”.

Czy miał na myśli anch jako symbol życia, a jeśli tak, to czym było to per? Zakładałam, że nie chodziło o takie per jak w wyrażeniu „mówić komuś per ty”...

Miałam dziwaczne przekonanie, że gdybym zobaczyła słowa „Per Anch” zapisane hieroglifami, wiedziałabym, co znaczą.

Odłożyłam zdjęcie mamy. Wzięłam ołówek i odwróciłam kartkę ze starym zadaniem. Zastanawiałam się, co by się stało, gdybym spróbowała narysować słowa „Per Anch”. Czy przyjdą mi do głowy właściwe znaki?

W chwili gdy dotknęłam ołówkiem papieru, otwarły się drzwi mojego pokoju.

– Sadie Kane?

Odwróciłam się szybko, upuszczając ołówek.

W drzwiach stał inspektor policji ze zmarszczonym czołem.

– Co robisz?

– Zadanie z matmy – odparłam.

Sufit w moim pokoju jest dość niski, więc policjant musiał się pochylić, żeby wejść. Miał na sobie popielaty garnitur, pasujący do szpakowatych włosów i szarej twarzy.

– Słuchaj, Sadie. Jestem starszy inspektor Williams. Porozmawiamy, dobrze? Usiądź.

Nie usiadłam, on też nie, co go pewnie zirytowało. Trudno jest wyglądać poważnie, kiedy człowiek kuli się niczym Quasimodo.

– Opowiedz mi wszystko, proszę – powiedział. – Od chwili, kiedy twój tato przyjechał tu po ciebie.

– Opowiedziałam już wszystko policji w muzeum.

– Zrób to jeszcze raz, jeśli możesz.

No więc opowiedziałam mu wszystko. Czemu nie? Jego lewa brew unosiła się coraz wyżej, kiedy mówiłam o tych dziwacznych świecących literach i wężowej lasce.

– Wiesz co, Sadie – oznajmił inspektor Williams. – Masz bujną wyobraźnię.

– Nie kłamię, panie inspektorze. A pańska brew chyba usiłuje uciec.

Spróbował przyjrzeć się własnym brwiom, po czym rzucił mi spojrzenie z ukosa.

– Słuchaj, Sadie, rozumiem, że jest ci bardzo trudno. Rozumiem, że chciałabyś chronić opinię twojego ojca. Ale jego już nie ma...

– Owszem, zjechał w sarkofagu przez podłogę – upierałam się. – On nie zginął.

Inspektor Williams rozłożył ręce.

– Tak mi przykro, Sadie. Po prostu musimy się dowiedzieć, dlaczego popełnił ten czyn będący... no...

– Czym?

Odchrząknął niepewnie.

– Twój ojciec zniszczył bezcenne zabytki, a przy okazji najwyraźniej zabił sam siebie. Bardzo byśmy chcieli wiedzieć, dlaczego to zrobił.

Gapiłam się na niego.

– Pan twierdzi, że mój ojciec jest terrorystą? Zwariował pan?

– Rozmawialiśmy z kilkoma z jego współpracowników. Rozumiem, że jego zachowanie stało się chaotyczne od czasu śmierci waszej matki. Wycofał się, dostał obsesji naukowej, coraz więcej czasu spędzał w Egipcie...

– Przecież on jest egiptologiem, do cholery! Powinniście go szukać, a nie zadawać głupie pytania!

– Sadie – powtórzył, a ja wyczułam w jego głosie, że powstrzymuje chęć uduszenia mnie. Dziwnym trafem u wielu dorosłych zdarza mi się słyszeć ten ton. – W Egipcie są grupy ekstremistów, którzy niszczą zabytki egipskie znajdujące się w zagranicznych muzeach. Ci ludzie mogli zwerbować twojego ojca. Może w swoim stanie psychicznym stał się dla nich łatwym celem. Jeśli słyszałaś z jego ust jakieś nazwiska...

Podbiegłam do okna. Byłam tak zła, że z trudem myślałam. Nie wierzyłam, że tato nie żyje. Nie, nie, nie. A terroryzm? Proszę. Dlaczego dorośli są tacy tępi? Zawsze mówią: „Powiedz prawdę”, a kiedy się to zrobi, nie wierzą. Czego oni chcą?

Wpatrywałam się w ciemną ulicę. Nagle to uczucie lodowatych igiełek zrobiło się gorsze niż wcześniej. Skupiłam się na zeschniętym drzewie, gdzie widziałam tatę. Teraz, w mdłym świetle latarni, stał tam i patrzył prosto na mnie gruby facecik w czarnym trenczu, okrągłych okularach i kapeluszu – ten, którego tato nazwał Amosem.

Pewnie powinnam czuć lęk na widok dziwacznego mężczyzny wpatrującego się we mnie w nocy. Ale w jego oczach widziałam troskę. No i wyglądał tak znajomo. Dręczyło mnie to, że nie wiedziałam, skąd go znam.

Za mną inspektor odchrząknął.

– Sadie, nikt cię nie oskarża w związku z wypadkiem w muzeum. Rozumiemy, że zostałaś tam zaciągnięta wbrew swojej woli.

Odwróciłam się od okna.

– Wbrew mojej woli? To ja zamknęłam kustosza w jego gabinecie.

Brwi detektywa znów zaczęły podchodzić do góry.

– Jakkolwiek było, z pewnością nie rozumiałaś, co zamierza zrobić twój ojciec. Może twój brat był w to zamieszany?

Parsknęłam.

– Carter? Bez żartów.

– A więc jego też chcesz chronić. Uważasz, że naprawdę jest twoim bratem, tak?

Nie wierzyłam własnym uszom. Miałam wielką ochotę go spoliczkować.

– A to co ma znaczyć? Że niby wyglądamy inaczej?

Inspektor zamrugał.

– Miałem tylko na myśli...

– Wiem, co pan miał na myśli. Oczywiście, że on jest moim bratem!

Inspektor Williams przepraszająco uniósł ręce, ale ja nadal dyszałam wściekłością. Carter mnie irytował, ale nienawidziłam tych uwag, że może nie jesteśmy spokrewnieni, albo tych spojrzeń rzucanych tacie, kiedy mówił, że jesteśmy rodziną... Jakbyśmy zrobili coś złego. Głupi doktor Martin w muzeum. Inspektor Williams. Zawsze tak było, kiedy byliśmy w trójkę. Za każdym cholernym razem.

– Bardzo mi przykro, Sadie – odezwał się inspektor. – Chciałbym tylko mieć pewność, że oddzielimy winnych od niewinnych. Byłoby znacznie łatwiej, gdybyś zechciała współpracować. Każda najdrobniejsza informacja. Cokolwiek, co powiedział twój ojciec. Ludzie, których wspominał.

– Amos – wypaliłam, tylko po to, żeby zobaczyć, jak zareaguje. – Spotkał się z człowiekiem imieniem Amos.

Inspektor Williams westchnął.

– Sadie, to niemożliwe. Na pewno wiesz o tym. Rozmawialiśmy z Amosem nie dalej jak godzinę temu przez telefon – był w swoim domu w Nowym Jorku.

– On nie jest w Nowym Jorku! – krzyknęłam. – On jest...

Zerknęłam przez okno. Amosa nie było. Zawsze tak jest, cholera.

– To niemożliwe – powiedziałam.

– Właśnie – odparł detektyw.

– Ale on był tutaj! – wykrzyknęłam. – Kim on jest? Jakimś kolegą taty? Skąd wiedzieliście, żeby do niego dzwonić?

– Słuchaj, Sadie. Przestań grać.

– Grać?

Inspektor przyglądał mi się przez chwilę, po czym zacisnął usta, jakby podjął decyzję.

– Carter już powiedział nam prawdę. Nie chciałem cię martwić, ale on nam wszystko wyjawił. Zrozumiał, że nie ma sensu dłużej ochraniać waszego ojca. Możesz nam też pomóc, a wtedy nie będziemy cię o nic oskarżać.

– Nie powinno się okłamywać dzieci! – wrzasnęłam, mając nadzieję, że mój głos był słyszalny na dole. – Carter nigdy nie powiedziałby złego słowa o tacie – i ja tak samo!

Inspektor nie miał nawet tyle przyzwoitości, żeby zrobić zawstydzoną minę.

Skrzyżował ręce na piersi.

– Przykro mi, że tak to odbierasz, Sadie. Obawiam się, że czas zejść na dół... omówić konsekwencje z waszymi dziadkami.

4. Porwani przez niezupełnie obcego

Po prostu uwielbiam rodzinne spotkania. Przytulne, ze świątecznymi wieńcami wokół kominka, filiżanką herbaty i detektywami ze Scotland Yardu gotowymi cię aresztować.

Mój brat przykucnął na kanapie, przyciskając do siebie torbę ojca. Zastanawiałam się, dlaczego policja pozwoliła mu ją zatrzymać. To przecież powinien być dowód rzeczowy czy coś w tym rodzaju, ale inspektor jakby jej w ogóle nie zauważał.

Carter wyglądał okropnie – to znaczy jeszcze gorzej niż zwykle. Prawdę mówiąc, ten chłopak nigdy nie chodził do prawdziwej szkoły, a ubierał się jak młody nauczyciel: spodnie khaki, zapinana koszula, mokasyny. On chyba nawet nie jest brzydki. Dość wysoki i dobrze zbudowany, włosy też nienajgorsze. Ma oczy po tacie, a moje koleżanki Liz i Emma powiedziały mi nawet, patrząc na zdjęcie, że jest z niego „niezłe ciacho”, co muszę potraktować ostrożnie, bo po pierwsze to mój brat, a po drugie one obie są nieco szalone. Jeśli chodzi o ciuchy, to Carter nie miałby pojęcia, co się nosi, nawet gdyby nadział się na wieszak.

[Och, nie patrz tak na mnie, Carter. Wiesz, że to prawda].

W każdym razie nie powinnam się na niego złościć. Przeżywał zniknięcie taty jeszcze gorzej niż ja.

Babcia i dziadek siedzieli po jego obu stronach i wyglądali na nieźle wystraszonych. Na stoliku stał czajnik z herbatą i tacka z ciasteczkami, ale nikt się nie częstował. Starszy inspektor Williams wskazał mi jedyne puste krzesło. Następnie zaczął się przechadzać przed kominkiem z miną ważniaka. Dwoje innych policjantów stało przy drzwiach wejściowych: kobieta, która mnie tu przywiozła, i potężnie zbudowany facet, który nie spuszczał wzroku z ciastek.

– Proszę państwa – odezwał się Williams – obawiam się, że mamy do czynienia z dwójką niechętnych do współpracy dzieci.

Babcia miętosiła rąbek sukienki. Trudno uwierzyć, że jest spokrewniona z mamą. Jest drobna i bezbarwna, jakby ktoś ją naszkicował ołówkiem, a mama na zdjęciach wygląda zawsze na szczęśliwą i pełną życia.

– To tylko dzieci – wydusiła z siebie. – Chyba nie uważacie, że są winni.

– Ba! – odezwał się dziadek. – To śmieszne, inspektorze. Oni nie są niczemu winni!

Dziadek był kiedyś graczem w rugby. Ma potężne ręce, brzuch stanowczo za duży w stosunku do koszuli i zapadnięte oczy, jakby oberwał pięścią (mniej więcej właściwie to się wydarzyło wiele lat temu, ale to osobna historia). Dziadek wygląda nieco przerażająco. Ludzie zazwyczaj schodzą mu z drogi, ale na inspektorze Williamsie najwyraźniej nie robił wrażenia.

– Panie Faust – powiedział detektyw – jak pan sobie wyobraża nagłówki porannych gazet? Zamach w Muzeum Brytyjskim. Kamień z Rosetty zniszczony. Pański zięć...

– Były zięć – poprawił dziadek.

– ...prawdopodobnie wyparował w wybuchu albo też zbiegł, a w tym przypadku...

– On nie uciekł! – krzyknęłam.

– Musimy się dowiedzieć, gdzie jest – ciągnął inspektor. – A jedyni naoczni świadkowie, pańskie wnuki, odmawiają wyjawienia prawdy.

– Powiedzieliśmy prawdę – odparł Carter. – Tato nie zginął. Zapadł się pod podłogę.

Inspektor Williams zerknął na dziadka, jakby mówił: „No właśnie, widzi pani?”. Następnie zwrócił się do Cartera.

– Młody człowieku, twój ojciec popełnił przestępstwo. Zostawił cię, żebyś zmierzył się z konsekwencjami...

– To nieprawda! – rzuciłam ostro, a głos drżał mi z wściekłości. Oczywiście, nie wierzyłam, że tato mógłby celowo zostawić nas na łasce policji. Ale to, że mnie porzucił... Cóż, jak już być może wspominałam, to mój czuły punkt.

– Kochanie, proszę – zwróciła się do mnie babcia. – Pan inspektor tylko wykonuje swoje obowiązki.

– Źle to robi! – odparłam.

– Napijmy się może herbaty – zaproponowała babcia.

– Nie! – krzyknęliśmy jednocześnie z Carterem, aż zrobiło mi się żal babci, która niemalże zapadła się w kanapę.

– Możemy was oskarżyć – ostrzegł inspektor, spoglądając na mnie. – Możemy to zrobić i zrobimy...

Zamarł. Następnie zamrugał kilka razy powiekami, jakby zapomniał, co ma robić.

Dziadek zmarszczył brwi.

– Ekhem, inspektorze?

– Taaak... – wymamrotał sennie starszy inspektor Williams. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej niewielką niebieską książeczkę – amerykański paszport. Rzucił go na kolana Cartera.

– Zostaniesz deportowany – oznajmił. – Musisz opuścić ten kraj w ciągu dwudziestu czterech godzin. Jeśli będziemy chcieli cię dodatkowo przesłuchać, skontaktuje się z tobą FBI.

Carterowi opadła szczęka. Spojrzał na mnie – to było dziwne jak nie wiem co. Inspektor nagle całkowicie zmienił front. Zamierzał nas aresztować. Byłam tego pewna. A następnie znienacka postanawia deportować Cartera? Nawet pozostali policjanci wyglądali na skonfundowanych.

– Inspektorze? – odezwała się policjantka. – Jest pan pewny...

– Cicho, Linley. Możecie odejść.

Policjanci wahali się, ale Williams machnął w ich kierunku ręką. Wtedy wyszli, zamykając za sobą drzwi.

– Chwileczkę – powiedział Carter. – Mój ojciec zniknął, a pan każe mi wyjechać z tego kraju?

– Twój ojciec albo nie żyje, albo jest zbiegiem, chłopcze – odparł inspektor. – Deportacja to najlepsze wyjście. Wszystko zostało już zorganizowane.

– Przez kogo? – zapytał dziadek. – Kto wydał na to zgodę?

– Przez... – Twarz detektywa znów zabawnie straciła wyraz. – Przez odpowiednie władze. Uwierzcie mi, to lepsze niż więzienie.

Carter był chyba zbyt załamany, żeby cokolwiek powiedzieć, ale zanim zdążyłam poczuć dla niego litość, inspektor Williams zwrócił się do mnie.

– Ciebie też to dotyczy, moja panno.

Równie dobrze mógł mi przywalić młotem.

– Deportuje mnie pan? – zapytałam. – Przecież ja tu mieszkam!

– Jesteś obywatelką amerykańską. A w obecnych okolicznościach lepiej będzie, jeśli wrócisz do domu.