Wydawca: Wydawnictwo Galeria Książki Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Bitwa w Labiryncie. Tom IV Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy ebook

Rick Riordan  

4.609375 (64)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 391 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bitwa w Labiryncie. Tom IV Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy - Rick Riordan

Percy Jackson nie spodziewa się niczego dobrego po dniu otwartym w nowej szkole. Ale kiedy nagle pojawia się jego tajemnicza znajoma śmiertelniczka oraz demoniczne cheerleaderki, sytuacja staje się po prostu dramatyczna. Czas ucieka, a wojna między Olimpijczykami a straszliwym królem tytanów Kronosem zbliża się nieuchronnie. Zagrożony Obóz Herosów z każdą minutą coraz mniej przypomina bezpieczną przystań, ponieważ armia Kronosa szykuje się do ataku na jego dotąd niedostępne granice. Żeby powstrzymać inwazję, Percy i jego przyjaciele muszą wyruszyć na wyprawę przez Labirynt – ogromną podziemną krainę, gdzie za każdym zakrętem czają się potwory i zdumiewające niespodzianki.

Opinie o ebooku Bitwa w Labiryncie. Tom IV Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy - Rick Riordan

Fragment ebooka Bitwa w Labiryncie. Tom IV Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy - Rick Riordan

Okładka

Strona tytułowa

Rick Riordan

Bitwa w Labiryncie

Przełożyła Agnieszka Fulińska

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału: PERCY JACKSON & THE OLYMPIANS BOOK FOUR THE BATTLE OF THE LABYRINTH

Copyright © 2008 by Rick Riordan. All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Fulińska, 2010 Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Galeria Książki, 2010 Cover art © John Rocco

Opracowanie redakcyjne i DTP:

Pracownia Edytorska „Od A do Z” (oda-doz.com.pl)

Wydanie I ISBN: 978-83-62170-87-6

Wydawca: Wydawnictwo Galeria Książkiwww.galeriaksiazki.plbiuro@galeriaksiazki.pl

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o.

Dedykacja

Dla Becky, która zawsze

ROZDZIAŁ I BITWA Z DRUŻYNĄ CHEERLEADEREK

Ostatnią rzeczą, na jaką miałem ochotę w wakacje, było wysadzenie kolejnej szkoły. Mimo to w poniedziałkowy ranek pierwszego czerwca siedziałem w samochodzie mamy, zaparkowanym przed budynkiem szkoły średniej Goode przy 81. ulicy.

Goode mieściła się w wielkim gmachu z brązowego piaskowca, usytuowanym nad East River. Przed bramą parkowało kilka BMW i limuzyn. Wpatrując się w fantazyjny kamienny łuk nad wejściem, zastanawiałem się, jak szybko mnie stąd wywalą.

– Wyluzuj. – Mama wcale nie była rozluźniona. – To tylko dzień otwarty. No i pamiętaj, kochanie, że w tej szkole uczy Paul. Dlatego postaraj się... No wiesz.

– Nie zniszczyć jej?

– Tak.

Paul Blofis, chłopak mojej mamy, stał przed bramą, witając wchodzących po schodach przyszłych uczniów dziewiątej klasy. Ze szpakowatymi włosami, w dżinsach i skórzanej kurtce wyglądał jak aktor z telewizji, ale był tylko nauczycielem angielskiego. Udało mu się przekonać Goode, żeby przyjęli mnie do dziewiątej klasy, mimo że wylatywałem po kolei ze wszystkich dotychczasowych szkół. Ostrzegałem go, że to może nie być dobry pomysł, ale nie chciał słuchać.

Spojrzałem na mamę.

– Nie powiedziałaś mu prawdy o mnie, co?

Nerwowo bębniła palcami w kierownicę. Ubrała się elegancko na rozmowę o pracę – w swoją najlepszą niebieską sukienkę i buty na wysokich obcasach.

– Uznałam, że powinniśmy z tym poczekać – odparła.

– Żeby go nie odstraszyć?

– Jestem przekonana, że dzień otwarty minie spokojnie, Percy. To tylko jedno przedpołudnie.

– Super – mruknąłem. – Mogą mnie wyrzucić jeszcze przed początkiem roku.

– Myśl pozytywnie. Jutro jedziesz na obóz! Po lekcjach masz randkę...

– To nie jest żadna randka! – zaprotestowałem. – To tylko Annabeth, mamo. Rany!

– Przyjedzie z obozu specjalnie po ciebie.

– No i co?

– Idziecie do kina.

– Aha.

– Tylko we dwoje.

– Mamo!

Uniosła ręce, jakby się poddawała, ale byłem pewny, że bardzo się stara nie roześmiać.

– Idź już do środka, kochanie. Zobaczymy się wieczorem.

Miałem właśnie wysiąść z samochodu, kiedy mój wzrok powędrował ku stopniom wiodącym do szkoły. Paul Blofis witał dziewczynę z kręconymi rudymi włosami. Miała na sobie brązowy podkoszulek i sprane dżinsy popisane mazakami. Kiedy się odwróciła, dostrzegłem jej twarz i dostałem gęsiej skórki.

– Percy? – spytała mama. – Coś nie tak?

– N-nic – wyjąkałem. – Czy w tej szkole jest boczne wejście?

– Z tamtej ulicy po prawej. Po co ci to?

– Do zobaczenia.

Mama miała już coś powiedzieć, ale wyskoczyłem z samochodu i pobiegłem z nadzieją, że rudowłosa dziewczyna mnie nie zauważyła.

Co ona tu robi? Nawet ja nie mogę mieć takiego pecha.

No dobra. Wkrótce miałem się przekonać, że mój pech może być znacznie większy.

Niespecjalnie udało mi się wślizgnąć na dzień otwarty niezauważonym. Dwie cheerleaderki w fioletowo-białych mundurkach stały przy bocznym wejściu, licząc, że zaskoczą nowych uczniów.

– Hej! – Uśmiechnęły się, a ja uznałem, że to moja pierwsza i ostatnia szansa na to, że jakakolwiek cheerleaderka będzie dla mnie miła.

Jedna z nich była blondynką o lodowatych niebieskich oczach, druga, czarnoskóra, miała ciemne kręcone włosy jak Meduza (a wierzcie mi, znam się na tym). Obie dziewczyny miały imiona wyszyte ukośnymi literami na mundurkach, ale przy mojej dysleksji wyglądało to jak pozbawione sensu spaghetti.

– Witaj w Goode – odezwała się blondynka. – Zobaczysz, będzie cuuudnie.

Kiedy jednak mierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów, wyraz jej twarzy mówił co innego: Ble, co to za łajza?

Druga dziewczyna podeszła nieprzyjemnie blisko. Przyjrzałem się literom wyszytym na jej mundurku i odszyfrowałem imię Kelli. Pachniała różami i czymś jeszcze, co rozpoznałem dzięki lekcjom jeździectwa na obozie: był to zapach świeżo umytych koni. Dziwaczny zapach jak na cheerleaderkę. Może uprawiała jeździectwo czy coś w tym rodzaju. W każdym razie podeszła tak blisko, że mogła mnie zepchnąć ze schodów.

– Jak masz na imię, kotku?

– Kotku?

– Wszyscy nowi to nasze kotki.

– Yyy. Percy.

Dziewczyny spojrzały po sobie.

– Ach, Percy Jackson – powiedziała blondynka. – Czekałyśmy na ciebie.

Te słowa zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Dziewczyny blokowały wejście, uśmiechając się bynajmniej nie przyjacielsko. Moja ręka powędrowała do kieszeni, gdzie trzymałem zabójczy długopis imieniem Orkan.

Nagle z wnętrza budynku dobiegł inny głos.

– Percy?

To był Paul Blofis, który musiał stać gdzieś w głębi korytarza. Pierwszy raz ucieszyłem się aż tak bardzo na dźwięk tego głosu.

Cheerleaderki cofnęły się. Przepchnąłem się między nimi tak ochoczo, że przypadkiem trąciłem Kelli kolanem w udo.

Brzdęk.

Jej noga wydała głuchy, metaliczny odgłos, jakbym kopnął w maszt na flagę.

– Au – mruknęła. – Uważaj, kocie.

Spojrzałem w dół, ale jej noga wyglądała całkiem zwyczajnie. Byłem zbyt przerażony, żeby zadawać dalsze pytania. Rzuciłem się w głąb korytarza, słysząc za sobą śmiech dziewczyn.

– Jesteś! – powitał mnie Paul. – Witaj w Goode!

– Hej, Paul... To znaczy, dzień dobry, panie Blofis. – Obejrzałem się, ale dziwaczne cheerleaderki zniknęły.

– Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha, Percy.

– Yyy... No...

Paul poklepał mnie po plecach.

– Wiem, że się denerwujesz, ale nie przejmuj się tak. Mamy tu mnóstwo dzieciaków z ADHD i dysleksją. Nauczyciele wiedzą, jak sobie z tym radzić.

Omal się nie roześmiałem. Jakby to ADHD i dysleksja były moimi największymi zmartwieniami. Oczywiście wiedziałem, że Paul stara się mi pomóc, ale gdybym mu powiedział prawdę, albo uznałby mnie za wariata, albo uciekłby z krzykiem. Na przykład te cheerleaderki. Miałem co do nich złe przeczucia...

Mój wzrok powędrował w głąb korytarza i przypomniałem sobie kolejny problem. Rudowłosa dziewczyna, którą widziałem na frontowych schodach, pojawiła się właśnie w głównym wejściu.

Nie patrz na mnie, błagałem w myślach.

Zauważyła mnie. Zrobiła wielkie oczy.

– Gdzie ten dzień otwarty? – zapytałem Paula.

– W sali gimnastycznej. Tam. Ale...

– Dozo.

– Percy? – zawołał za mną, ale ja już puściłem się pędem.

Myślałem, że ją zgubiłem.

Ku sali gimnastycznej kierowała się grupka dzieciaków i wkrótce wmieszałem się w tłum trzystu czternastolatków stłoczonych na trybunach. Orkiestra dęta fałszowała jakąś melodię – brzmiało to tak, jakby ktoś walił metalowym kijem bejsbolowym w worek pełen kotów. Na środku stali starsi uczniowie, pewnie z samorządu – poprawiali mundurki i starali się wyglądać luzacko. Wokół kręcili się nauczyciele, uśmiechając się i witając z uczniami. Na ścianach sali gimnastycznej wisiały wielkie fioletowo-białe banery z napisami w stylu „WITAMY PRZYSZŁYCH UCZNIÓW”, „GOODE TO CUD”, „JESTEŚMY RODZINĄ” i podobnie radosnymi sloganami, na których widok robiło mi się niedobrze.

Żaden z przyszłych uczniów nie wyglądał na zachwyconego. Wiecie, dni otwarte w czerwcu nie są zabawne, zważywszy, że szkoła zaczyna się dopiero we wrześniu – ale w Goode „zaczynamy wyścig po sukces już teraz!”. W każdym razie tak informowała ulotka.

Orkiestra skończyła grać. Facet w prążkowanym garniturze podszedł do mikrofonu i zaczął gadkę, ale w sali był taki pogłos, że nie miałem pojęcia, co mówi. Równie dobrze mógł sobie płukać gardło.

Ktoś chwycił mnie za ramię.

– Co ty tu robisz?

To była ona: mój rudowłosy koszmar.

– Rachel Elizabeth Dare – powiedziałem.

Szczęka jej opadła, jakby nie wierzyła, że zdołałem zapamiętać jej imię.

– A ty jesteś Percy coś tam. Nie dosłyszałam twojego nazwiska w grudniu, kiedy próbowałeś mnie zabić.

– Słuchaj, ja wcale... Ja nie... Co ty tu robisz?

– Chyba to samo co ty. Przyszłam na dzień otwarty.

– Mieszkasz w Nowym Jorku?

– A co, myślałeś, że na Zaporze Hoovera?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Ile razy o niej myślałem (nie rozmyślałem o niej, po prostu czasem mi się przypominała, dobra?), zawsze wyobrażałem sobie, że mieszka gdzieś w okolicy Zapory Hoovera, ponieważ tam się spotkaliśmy. Spędziliśmy razem jakieś dziesięć minut, podczas których przypadkiem zamachnąłem się na nią mieczem, ona uratowała mi życie, po czym uciekłem ścigany przez bandę maszyn do zabijania. Wiecie, typowa przypadkowa znajomość.

– Ej, zamknijcie się – szepnął jakiś koleś za nami. – Cheerleaderki mówią!

– Siema, chłopaki! – zaświergotała do mikrofonu dziewczyna. Była to ta blondynka, którą spotkałem przy wejściu. – Mam na imię Tammi, a to moja kumpela Kelli.

Kelli wykonała młynek.

Siedząca koło mnie Rachel wrzasnęła, jakby ktoś ukłuł ją szpilką. Kilku uczniów spojrzało w jej stronę i parsknęło karcąco, ale Rachel dalej wpatrywała się z przerażeniem w cheerleaderki. Tammi chyba nie zauważyła tego wybuchu. Nawijała o tym, jakie wspaniałe rzeczy czekają nas w nowej szkole.

– Uciekaj – powiedziała do mnie Rachel. – Już.

– Dlaczego?

Nie wyjaśniła. Przepchnęła się na koniec trybuny, nie zważając na zdziwione spojrzenia nauczycieli i pomruki dzieciaków, którym następowała na palce.

Zawahałem się. Tammi wyjaśniała, że mamy podzielić się na małe grupki i zwiedzić szkołę. Kelli złapała moje spojrzenie i uśmiechnęła się do mnie rozbawiona, jakby czekała, co zrobię. Nie wyglądałoby to dobrze, gdybym teraz zwiał. Paul Blofis siedział na dole wśród nauczycieli. Zacząłby się zastanawiać, co się stało.

W tej samej chwili przypomniało mi się, jaką to szczególną cechą wykazała się Rachel Elizabeth Dare zeszłej zimy na Zaporze Hoovera. Była w stanie dostrzec, że grupka ochroniarzy to wcale nie ochroniarze – nie byli nawet ludźmi. Z bijącym mocno sercem wstałem i wyszedłem za nią z sali gimnastycznej.

Znalazłem Rachel w pokoju orkiestry. Chowała się za wielkim bębnem w sekcji perkusji.

– Chodź tu! – zawołała. – I pochyl się!

Czułem się idiotycznie, kryjąc się za bongosami, ale przykucnąłem obok niej.

– Poszły za tobą? – zapytała Rachel.

– Masz na myśli cheerleaderki?

Potaknęła nerwowo.

– Nie sądzę – odrzekłem. – Czym one są? Co widziałaś?

W jej zielonych oczach czaił się strach. Na twarzy miała trochę piegów, które przywodziły mi na myśl gwiazdozbiory. Na brązowym podkoszulku widniał napis „HARVARD – WYDZIAŁ SZTUKI”.

– Nie... Nie uwierzysz.

– Właśnie, że uwierzę – zapewniłem. – Wiem, że potrafisz przejrzeć Mgłę.

– Co?

– Mgłę. To jest... no, coś w rodzaju zasłony, która ukrywa prawdziwą naturę rzeczy. Niektórzy śmiertelnicy rodzą się z umiejętnością patrzenia przez nią. Tak jak ty.

Przyglądała mi się uważnie.

– To samo zrobiłeś na zaporze. Nazwałeś mnie śmiertelniczką. Tak jakbyś ty nie był śmiertelnikiem.

Miałem ochotę walnąć pięścią w bongo. Co ja sobie wyobrażam? Nigdy jej tego nie wytłumaczę, nie ma sensu próbować.

– Powiedz mi – prosiła. – Wiesz, co to znaczy? Te wszystkie przerażające rzeczy, które widzę?

– Słuchaj, to zabrzmi dziwnie. Znasz mity greckie?

– Takie jak... minotaur czy hydra?

– Tak, tylko nie wymieniaj tych imion, kiedy ja jestem w pobliżu, okej?

– I Erynie – mówiła, wyraźnie się rozkręcając. – I syreny, i...

– Okej! – Rozejrzałem się po pokoju, przekonany, że na słowa Rachel ze ścian wynurzą się gromady krwiożerczych potworności, ale nadal byliśmy sami. Z głębi korytarza dobiegały mnie odgłosy tłumu dzieciaków wychodzących z sali gimnastycznej. Zaczynało się grupowe oprowadzanie. Nie zostało nam dużo czasu na rozmowę.

– Wszystkie te potwory – powiedziałem – i wszyscy greccy bogowie... oni istnieją naprawdę.

– Wiedziałam!

Czułbym się lepiej, gdyby nazwała mnie łgarzem, ale Rachel wyglądała tak, jakbym właśnie potwierdził jej najgorsze przeczucia.

– Nie masz pojęcia, jak mi było ciężko – oznajmiła. – Przez lata myślałam, że wariuję. Nie mogłam nikomu powiedzieć. Nie mogłam... – Zmrużyła oczy. – Czekaj. Kim ty jesteś? To znaczy kim naprawdę?

– Nie jestem potworem.

– To wiem. Widziałabym, gdybyś był. A ty wyglądasz jak... ty. Ale nie jesteś człowiekiem, prawda?

Przełknąłem ślinę. Mimo że od trzech lat zdążyłem przywyknąć do tego, kim jestem, nigdy wcześniej nie rozmawiałem o tym ze zwykłym śmiertelnikiem – oczywiście z wyjątkiem mojej mamy, ale ona i tak wiedziała. Nie wiem czemu, ale postanowiłem wyjawić jej wszystko.

– Jestem półkrwi – powiedziałem. – Półczłowiekiem.

– I pół czym?

W tej samej chwili do sali weszły Tammi i Kelli. Drzwi zatrzasnęły się za nimi.

– Tu jesteś, Percy Jacksonie – powiedziała Tammi. – Teraz ty dostaniesz lekcję.

– Ależ one okropne! – jęknęła Rachel.

Dziewczyny nadal miały na sobie swoje fioletowo-białe kostiumy cheerleaderek, a w rękach trzymały pompony.

– Jak one naprawdę wyglądają? – zapytałem, ale Rachel była zbyt oszołomiona, żeby odpowiedzieć.

– Nie myśl o niej. – Tammi uśmiechnęła się do mnie promiennie i ruszyła w naszą stronę. Kelli została przy drzwiach, odcinając nam drogę ucieczki.

Byliśmy w pułapce. Wiedziałem, że będę musiał walczyć, ale uśmiech Tammi był tak zniewalający, że mnie rozpraszał. Miała piękne błękitne oczy, a włosy opadające jej na ramiona...

– Percy – ostrzegła mnie Rachel.

Wymamrotałem w odpowiedzi coś niezwykle inteligentnego, w rodzaju „Eee?”.

Tammi zbliżała się z pomponami w wyciągniętych rękach.

– Percy! – Głos Rachel zdawał się dochodzić z bardzo daleka. – Otrząśnij się!

Kosztowało mnie to sporo wysiłku, ale wyciągnąłem z kieszeni długopis i odetkałem go. Orkan urósł w długi na metr spiżowy miecz, którego ostrze lśniło słabym złotym światłem. Uśmiech Tammi zmienił się w drwinę.

– Oj, nie przesadzaj – zaprotestowała. – To nie będzie potrzebne. Może by tak pocałunek?

Pachniała różami i czystą zwierzęcą sierścią: kombinacja dziwaczna, ale w jakiś sposób pociągająca.

Rachel uszczypnęła mnie mocno w rękę.

– Percy, ona chce cię ugryźć! Spójrz na nią.

– Ona jest tylko zazdrosna. – Tammi zerknęła za siebie, na Kelli. – Mogę, pani?

Kelli wciąż blokowała drzwi, oblizując ze smakiem wargi.

– Jasne, Tammi. Świetnie sobie radzisz.

Tammi zrobiła kolejny krok do przodu, ale ja skierowałem ostrze miecza w jej pierś.

– Cofnij się.

Warknęła.

– Kocie – powiedziała z obrzydzeniem. – Tonasza szkoła, herosku. Żywimy się, kim mamy ochotę!

W tej samej chwili zaczęła się zmieniać. Twarz i ręce jej pobladły. Skóra zrobiła się biała jak kreda, a oczy całkiem czerwone. Zęby zamieniły się w kły.

– Wampirzyca! – wyjąkałem. Wtedy dostrzegłem jej nogi. Pod spódniczką cheerleaderki lewa noga była brązowa, włochata i zakończona oślim kopytem, a prawa miała kształt ludzkiej nogi, ale była z brązu.

– Yyy, wampirzyca z...

– Nie mów nic o nogach! – burknęła Tammi. – Niegrzecznie jest się wyśmiewać!

Zbliżała się do mnie na tych dziwacznych, niedobranych nogach. Wyglądała absurdalnie, zwłaszcza z tymi pomponami w rękach, ale nie byłem w stanie się śmiać, widząc jej czerwone oczy i ostre kły.

– Wampirzyca, mówisz? – Kelli zaśmiała się. – Te głupie legendy opowiadano o nas, głupcze. Jesteśmy empuzami, służymy Hekate.

– Mmm. – Tammi była coraz bliżej. – Mroczna magia uformowała nas ze zwierząt, spiżu i duchów! Żywimy się krwią młodych mężczyzn. Chodź, pocałuj mnie!

Obnażyła kły. Byłem jak sparaliżowany, ale Rachel rzuciła małym bębenkiem prosto w głowę empuzy.

Demonica syknęła i odtrąciła instrument. Potoczył się między pulpity, zahaczając o nie i grzechocząc. Rachel cisnęła ksylofonem, ale Tammi znów odbiła pocisk.

– Zazwyczaj nie zabijam dziewczyn – warknęła demonica. – Ale dla ciebie, śmiertelniczko, zrobię wyjątek. Masz nieco zbyt dobry wzrok!

Rzuciła się na Rachel.

– Nie! – Zamachnąłem się Orkanem.

Tammi usiłowała uchylić się przed ciosem, ale ciąłem dokładnie w jej mundurek, a ona z potwornym wrzaskiem rozpadła się w pył, który obsypał Rachel.

Dziewczyna zakaszlała. Wyglądała tak, jakby ktoś właśnie wysypał jej worek mąki na głowę.

– Fuj!

– Potwory tak mają – powiedziałem. – Przepraszam.

– Zabiłeś moją uczennicę! – krzyknęła Kelli. – Potrzeba ci lekcji z ducha szkoły, herosku!

Teraz ona zaczęła się przemieniać. Jej skręcone włosy przeistoczyły się w płomyki. Oczy zrobiły się czerwone. W ustach pojawiły się kły. Demonica skoczyła ku nam, stukając nieregularnie w posadzkę spiżową stopą i kopytem.

– Jestem starszą empuzą – warknęła. – Żaden heros nie dał mi rady od tysiąca lat.

– Serio? – zapytałem. – Więc jesteś przeterminowana!

Była znacznie szybsza niż Tammi. Uchyliła się przed moim kolejnym cięciem i wpadła w sekcję dętą – rząd puzonów przewrócił się z hukiem. Rachel usunęła jej się z drogi. Stanąłem przed nią. Kelli okrążała nas, a jej wzrok wędrował między mną a moim mieczem.

– Cóż za śliczny mieczyk – powiedziała. – Co za szkoda, że nas rozdziela.

Jej kształty zmieniały się co chwilę: raz była demonem, raz śliczną cheerleaderką. Próbowałem skupić myśli, ale bardzo mnie to rozpraszało.

– Biedactwo. – Kelli zachichotała. – Nawet nie wiesz, co się dzieje, prawda? Wkrótce twój ukochany obozik stanie w płomieniach, kumple zostaną niewolnikami Pana Czasu, a ty nie będziesz w stanie tego powstrzymać. Powinnam z litości zakończyć tu i teraz twoje życie, żebyś nie musiał tego oglądać.

Z głębi korytarza dobiegły mnie głosy. Zbliżała się grupa zwiedzających. Jakiś mężczyzna opowiadał coś o szyfrowych zamkach w szafkach.

Oczy empuzy rozbłysły.

– Doskonale! Będziemy mieć towarzystwo!

Podniosła tubę i rzuciła nią we mnie. Razem z Rachel uchyliliśmy się. Tuba przefrunęła nad naszymi głowami i wyleciała przez okno.

Głosy na korytarzu ucichły.

– Percy! – krzyknęła Kelli, udając przerażoną. – Czemu to wyrzuciłeś?

Zatkało mnie – nie byłem w stanie odpowiedzieć. Następnie podniosła pulpit i cisnęła z rozmachem w rząd klarnetów i fletów. Krzesła i instrumenty muzyczne poleciały na ziemię.

– Przestań! – powiedziałem.

Ludzie biegli korytarzem w naszym kierunku.

– Czas powitać gości! – Kelli obnażyła kły i pobiegła w kierunku drzwi.

Rzuciłem się za nią z Orkanem w ręku. Nie mogłem dopuścić, żeby skrzywdziła śmiertelników.

– Percy, nie! – krzyknęła Rachel.

Ja jednak zbyt późno zdałem sobie sprawę z zamiarów Kelli.

Demonica szeroko otwarła drzwi. Paul Blofis z grupką nowych uczniów cofnęli się przerażeni. Uniosłem miecz.

W ostatniej chwili empuza zwróciła się do mnie niczym przestraszona ofiara.

– Och, nie, proszę! – krzyknęła.

Nie byłem w stanie zatrzymać ostrza. Było już w ruchu.

Jednak zanim dotknęło jej ostrze z niebiańskiego spiżu, Kelli eksplodowała jak koktajl Mołotowa. Wszystko pokryła fala ognia. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby potwór zrobił coś takiego, ale nie miałem czasu się nad tym zastanawiać. Cofnąłem się do sali prób, kiedy płomień ogarnął drzwi.

– Percy? – Całkowicie oszołomiony Paul Blofis wpatrywał się we mnie przez ścianę ognia. – Co ty zrobiłeś?

Dzieciaki z krzykiem pobiegły korytarzem. Alarm przeciwpożarowy wył. Umieszczone w suficie spryskiwacze włączały się z sykiem.

W całym tym chaosie poczułem, że Rachel ciągnie mnie za rękaw.

– Musisz się stąd wydostać!

Miała rację. Szkoła stanęła w płomieniach, a oskarżą o to mnie. Śmiertelni nie widzą dobrze przez Mgłę. Dla nich to wyglądało, jakbym zaatakował bezbronną cheerleaderkę na oczach świadków. Nie było szans, żebym zdołał się wytłumaczyć. Odwróciłem się od Paula i rzuciłem w stronę rozbitego okna.

Wybiegłem pędem z zaułka na 81. ulicę i wpadłem prosto na Annabeth.

– Hej, jesteś wcześniej! – roześmiała się, chwytając mnie w ramiona i ratując w ten sposób przed wpadnięciem na jezdnię. – Uważaj, dokąd idziesz, Glonomóżdżku.

Przez ułamek sekundy była w dobrym humorze i wszystko było w porządku. Miała na sobie dżinsy, pomarańczowy obozowy podkoszulek i swój naszyjnik z glinianych paciorków. Jasne włosy były spięte w koński ogon. Szare oczy błyszczały. Była gotowa biec do kina i spędzić ze mną fajne popołudnie.

W tej samej chwili z zaułka wynurzyła się Rachel Elizabeth Dare, wciąż pokryta potworowym pyłem.

– Percy, zaczekaj! – krzyknęła.

Uśmiech zniknął z twarzy Annabeth. Gapiła się to na Rachel, to na szkołę. Dopiero teraz zauważyła czarny dym i wyjące syreny alarmowe.

Spojrzała na mnie posępnie.

– Co tym razem narobiłeś? I kto to jest?

– Och, Rachel – Annabeth. Annabeth – Rachel. Yyy... to przyjaciółka, jak mi się wydaje.

Nie wiedziałem, jak inaczej określić Rachel. To znaczy ledwie ją znałem, ale po dwóch wspólnych spotkaniach oko w oko ze śmiercią nie mogłem zbyć jej jakimś „nie wiem”.

– Hej – powiedziała Rachel i odwróciła się do mnie. – Ale masz kłopoty. I nadal wisisz mi wyjaśnienie!

Z oddali dobiegał jazgot policyjnych syren.

– Percy – powiedziała chłodno Annabeth. – Chodźmy stąd.

– Chcę wiedzieć coś więcej o ludziach półkrwi – upierała się Rachel. – I potworach. I to wszystko o bogach. – Chwyciła mnie za ramię, wyciągnęła z kieszeni wodoodporny pisak i nabazgrała mi na ręce numer telefonu. – Zadzwonisz i wyjaśnisz mi wszystko, zgoda? Jesteś mi to winien. A teraz zmykaj.

– Ale...

– Coś wymyślę – odparła Rachel. – Powiem im, że to nie była twoja wina. Uciekaj!

Pobiegła w kierunku szkoły, pozostawiając Annabeth i mnie na ulicy.

Annabeth gapiła się na mnie przez chwilę, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie.

– Hej! – Truchtałem za nią. – Tam były dwie empuzy – usiłowałem wyjaśniać. – Przebrane za cheerleaderki, wiesz? I powiedziały, że obóz spłonie, i...

– Powiedziałeś śmiertelniczce o herosach?

– Ona widzi przez Mgłę. Dostrzegła potwory dużo wcześniej niż ja.

– Dlatego musiałeś powiedzieć jej prawdę.

– Pamiętała mnie z Zapory Hoovera, więc...

– To wyście się już wcześniej spotkali?

– Zeszłej zimy. Ale poważnie, ja jej w ogóle nie znam.

– Całkiem śliczniutka.

– N-nie przyszło mi to do głowy.

Annabeth maszerowała w kierunku York Avenue.

– Dam sobie radę ze szkołą – obiecałem, marząc o zmianie tematu. – Naprawdę, wszystko będzie w porządku.

Nawet na mnie nie spojrzała.

– Obawiam się, że nici z naszych planów na popołudnie. Musimy cię stąd wywieźć, bo policja będzie cię szukać.

Za nami nad szkołą unosił się pióropusz dymu. Wydawało mi się, że dostrzegam w ciemnej kolumnie popiołu twarz – demonicę o czerwonych oczach, naśmiewającą się ze mnie.

Twój ukochany obozik stanie w płomieniach, powiedziała Kelli. Twoi kumple zostaną niewolnikami Pana Czasu.

– Masz rację – powiedziałem Annabeth, czując, że serce mi zamiera. – Musimy się dostać do Obozu Herosów. Natychmiast.

ROZDZIAŁ II PODZIEMIE ROBI MI KAWAŁ TELEFONICZNY

Nic tak nie dopełnia cudownego poranka jak długa jazda taksówką z wściekłą dziewczyną.

Usiłowałem rozmawiać z Annabeth, ale ona zachowywała się tak, jakbym właśnie pobił jej babcię. Udało mi się wyciągnąć z niej tyle, że miała pełną potworów wiosnę w San Francisco, była w obozie dwa razy od świąt, ale nie chciała mi powiedzieć po co (to mnie dodatkowo zirytowało, ponieważ nawet nie dała mi znać, że była w Nowym Jorku), i że nie udało jej się dowiedzieć niczego o miejscu pobytu Nica di Angelo (długa historia).

– Jakieś wieści o Luke’u? – spytałem.

Pokręciła przecząco głową. Wiedziałem, że to dla niej delikatny temat. Annabeth zawsze podziwiała Luke’a, byłego grupowego domku Hermesa, który nas zdradził i skumał się ze złowrogim królem tytanów Kronosem. Nie chciała się do tego przyznać, ale Luke nadal się jej podobał. Kiedy z nim walczyła na górze Tamalpais zeszłej zimy, udało mu się jakimś cudem przeżyć upadek z wysokiego na dwadzieścia metrów urwiska. A teraz, o ile wiedziałem, krążył wciąż po morzach na swoim pełnym demonów liniowcu, podczas gdy porąbane na części ciało Kronosa odtwarzało się, kawałek po kawałku w złotym sarkofagu, czekając na moment, kiedy odzyska moc – dostatecznie, by rzucić wyzwanie bogom olimpijskim. W języku herosów oznacza to „problem”.

– Góra Tam wciąż jest pełna potworów – powiedziała Annabeth. – Nie odważyłam się podejść blisko, ale nie sądzę, żeby Luke tam był. Chyba bym wiedziała, gdyby był.

Niezbyt podniosło mnie to na duchu.

– A co z Groverem?

– Jest w obozie – odparła. – Dziś się z nim zobaczymy.

– Poszczęściło mu się? Z poszukiwaniem Pana?

Annabeth obracała w palcach paciorki, jak zawsze, kiedy się niepokoiła.

– Zobaczysz – odparła, ale nie doczekałem się dalszego wyjaśnienia.

Kiedy jechaliśmy przez Brooklyn, użyłem jej telefonu, żeby zadzwonić do mamy. Herosi starają się nie używać komórek, jeśli da się tego uniknąć, ponieważ przesyłanie głosu jest jak puszczanie racy do potworów: Tu jestem! Zjedz mnie, proszę! Uznałem jednak, że ten telefon jest ważny. Zostawiłem wiadomość na sekretarce w domu, wyjaśniając, co się stało w szkole. Pewnie nie wyszło to najlepiej. Powiedziałem mamie, że jestem cały, że nie powinna się martwić, ale że zostanę w obozie, dopóki sprawa nie przycichnie. Poprosiłem ją też, aby powiedziała Paulowi Blofisowi, że przepraszam.

Jechaliśmy dalej w milczeniu. Miasto znikało za nami, aż wreszcie znaleźliśmy się poza autostradą, na wiejskiej drodze wijącej się po północnej części Long Island, wśród sadów, winnic i straganów ze świeżymi produktami.

Wpatrywałem się w numer telefonu, który Rachel Elizabeth Dare nabazgrała mi na ręce. Wiedziałem, że to szaleństwo, ale kusiło mnie, żeby do niej zadzwonić. Może ona będzie w stanie mi pomóc zrozumieć, co powiedziała empuza: o spalonym obozie i uwięzieniu moich przyjaciół. No i dlaczego Kelli wybuchnęła ogniem?

Wiedziałem, że potwory nigdy naprawdę nie umierają. W końcu – po kilku tygodniach, miesiącach albo latach – Kelli uformuje się na powrót z pierwotnego paskudztwa zalegającego otchłanie Podziemia. A jednak zazwyczaj potwory nie dają się aż tak łatwo niszczyć. O ile ją rzeczywiście zniszczyłem.

Taksówka wjechała na drogę 25A. Jechaliśmy przez lasy na północnym wybrzeżu, aż po naszej lewej pojawiło się pasmo niskich wzgórz. Annabeth poprosiła taksówkarza, żeby zatrzymał się przy bitej drodze oznaczonej numerem 3-141, u podnóża Wzgórza Herosów.

Kierowca zmarszczył brwi.

– Tam przecież nic nie ma, panienko. Jesteś pewna, że chcecie tu wysiąść?

– Tak, proszę. – Annabeth podała mu zwitek pieniędzy śmiertelników, a taksiarz na ten widok zapewne uznał, że nie warto się spierać.

Następnie wspięliśmy się na wzgórze. Młody smok pilnujący drzemał, zwinięty wokół sosny, ale uniósł miedzianą głowę, kiedy się zbliżyliśmy, i pozwolił Annabeth podrapać się pod brodą.

– Cześć, Peleusie – powiedziała. – Wszystko w porządku?

Kiedy ostatnim razem widziałem smoka, miał dwa metry długości. Teraz był co najmniej dwa razy dłuższy i gruby jak pień drzewa. Nad jego głową, na najniższym konarze sosny migotało Złote Runo, którego magia strzegła granic obozu przed napaścią. Smok wydawał się rozluźniony, jakby nic się nie działo. Pod nami Obóz Herosów wyglądał spokojnie: zielone pola, las, lśniące bielą budynki. Trzypiętrowa farma, którą nazywaliśmy Wielkim Domem, stała dumnie na środku pola truskawek. Na północy, poza plażą, zatoka Long Island lśniła w promieniach słońca.

A jednak... coś było nie w porządku. W powietrzu wyczuwało się napięcie, jakby całe wzgórze wstrzymywało oddech, czekając na coś niedobrego, co miało się wydarzyć.

Zeszliśmy do doliny i zastaliśmy letnie zajęcia w pełnym rozkwicie. Większość obozowiczów przyjechała już w poprzedni piątek, więc natychmiast poczułem się wyłączony z głównego nurtu. Satyrowie grali na piszczałkach na polach truskawek, wspomagając rosnące krzaczki leśną magią. Obozowicze unosili się nad lasem na pegazach, ćwicząc ujeżdżanie skrzydlatych koni. Z kuźni unosił się dym i słychać było brzęk młotów – dzieciaki uczyły się wykuwania broni na lekcjach rzemiosł i sztuk. Zespoły Ateny i Demeter ścigały się na rydwanach, a na jeziorze kajakowym jakaś grupka na greckiej trierze walczyła z wielkim pomarańczowym wężem morskim. Najzwyklejszy dzień na obozie.

– Muszę porozmawiać z Clarisse – oznajmiła Annabeth.

Wybałuszyłem na nią oczy, jakby powiedziała: Muszę zjeść wielką, śmierdzącą skarpetę.

– Po co?

Clarisse z domku Aresa była jedną z najbardziej przeze mnie nielubianych osób. Była wrednym, niewdzięcznym dziewczyniskiem. Jej tato, bóg wojny, pragnął mojej śmierci. Ona zaś regularnie starała się zrobić ze mnie mielonkę. Poza tym była całkiem fajna.

– Pracujemy nad czymś – odparła Annabeth. – Do zobaczenia później.

– Pracujecie nad czym?

Annabeth zerknęła w stronę lasu.

– Dam znać Chejronowi, że przyjechałeś – powiedziała. – Będzie chciał porozmawiać z tobą przed przesłuchaniem.

– Jakim przesłuchaniem?

Ona jednak odbiegła ścieżką wiodącą ku strzelnicy, nie odwracając nawet głowy.

– Aha – mruknąłem. – Dzięki za rozmowę.

Idąc przez obóz, przywitałem się z kilkorgiem przyjaciół. Na podjeździe Wielkiego Domu Connor i Travis Hoodowie z domku Hermesa naprawiali obozową terenówkę. Silena Beauregard, grupowa domku Afrodyty, pomachała mi z pegaza. Wypatrywałem Grovera, ale nigdzie go nie widziałem. W końcu zawędrowałem na arenę szermierczą, dokąd zazwyczaj mnie ciągnęło, kiedy byłem w złym humorze. Ćwiczenia zawsze działają na mnie uspokajająco. Może dlatego, że walka na miecze jest jedną z nielicznych rzeczy, które naprawdę rozumiem.

Wszedłem na arenę i dech zamarł mi w piersi. Na samym środku, zwrócony do mnie tyłem, siedział największy ogar piekielny, jakiego w życiu widziałem.

Widywałem już całkiem duże piekielne ogary. Jeden, wielkości nosorożca, chciał mnie zabić, kiedy miałem dwanaście lat. Ale ten był większy od czołgu. Nie miałem pojęcia, jak przedarł się przez magiczne granice obozu. Na dodatek czuł się jak we własnym domu: leżał na brzuchu, pomrukując z zadowolenia i przeżuwając głowę ćwiczebnego manekina. Nie zauważył mnie jeszcze, ale gdybym tylko wydał jakikolwiek dźwięk, z pewnością by mnie wyczuł. Nie było czasu, żeby biec po pomoc. Wyciągnąłem Orkan i odetkałem go.

– Haaa! – zaszarżowałem.

Opuściłem klingę ku olbrzymiemu karkowi potwora, kiedy nie wiadomo skąd pojawił się drugi miecz i sparował moje cięcie.

BRZĘK!

Piekielny ogar nastawił uszu.

– HAU!

Odskoczyłem w tył i instynktownie uderzyłem na posiadacza miecza – siwowłosego mężczyznę w greckiej zbroi. Odparł mój atak bez najmniejszego problemu.

– Ej! – zawołał. – Rozejm!

– HAU! – szczekanie piekielnego ogara wstrząsnęło areną.

– Przecież to ogar piekielny! – krzyknąłem.

– Jest nieszkodliwa – odparł tamten mężczyzna. – To Pani O’Leary.

Zamrugałem powiekami.

– Pani O’Leary?

Na dźwięk swojego imienia piekielna suka zaszczekała znowu. Uświadomiłem sobie, że nie jest rozgniewana. Była podekscytowana. Popchnęła mokrego, źle przeżutego manekina w kierunku mężczyzny z mieczem.

– Dobra dziewczynka – powiedział. Wolną ręką chwycił uzbrojonego manekina za kark i rzucił nim w kierunku trybun. – Łap Greka! Łap Greka!

Pani O’Leary skoczyła za swoją zdobyczą i przygniotła manekina do ziemi, spłaszczając jego zbroję. Po czym zabrała się za przeżuwanie hełmu.

Mężczyzna z mieczem uśmiechnął się sucho. Na moje oko miał jakieś pięćdziesiąt lat. Krótko strzygł siwiejące włosy i brodę. Był w świetnej formie jak na niemłodego już człowieka. Miał na sobie czarne spodnie wspinaczkowe i spiżowy pancerz na pomarańczowym podkoszulku. Na jego karku widniał dziwaczny znak: fioletowawa plama, jak jakieś znamię czy tatuaż, ale zanim zdołałem się lepiej przyjrzeć, poprawił rzemyki zbroi i znamię znikło pod koszulką.

– Pani O’Leary to moja wychowanica – oznajmił. – Nie mogłem pozwolić ci ciachnąć ją mieczem po zadku, prawda? Mogłaby się przestraszyć.

– A kim ty jesteś?

– Nie zabijesz mnie, jeśli odłożę miecz?

– Chyba nie.

Wsunął miecz do pochwy i wyciągnął do mnie rękę.

– Kwintus.

Potrząsnąłem jego dłoń. Była szorstka jak papier ścierny.

– Percy Jackson – odpowiedziałem. – Przepraszam za... Jak ty, no...

– Udomowiłem piekielnego ogara? To długa opowieść, pełna spotkań twarzą w twarz ze śmiercią oraz wielu ogromnych zabawek do żucia. Tak poza tym, to jestem tu nowym nauczycielem szermierki. Pomagam Chejronowi pod nieobecność Pana D.

– Aha. – Usiłowałem się nie gapić na Panią O’Leary odgryzającą tarczę manekina z wciąż przyczepioną do niej ręką, a następnie potrząsającą nią niczym dyskiem. – Jak to... Pan D. wyjechał?

– Tak, cóż... ciężkie czasy. Nawet stary Dionizos musi pomóc. Pojechał w odwiedziny do kilku starych kumpli. Żeby się upewnić, że stoją po właściwej stronie. Zapewne nie powinienem nic więcej mówić.

Nieobecność Dionizosa była najlepszą wiadomością, jaką otrzymałem tego dnia. Był on dyrektorem obozu, ponieważ Zeus zesłał go tutaj za karę w związku z podrywaniem niedostępnej nimfy leśnej. Nienawidził obozowiczów i starał się, jak mógł, uprzykrzać nam życie. Skoro wyjechał, lato zapowiadało się fajnie. Z drugiej jednak strony, jeśli nawet Dionizos ruszył tyłek i zaczął pomagać bogom zbierać armię przeciwko tytanom, to sytuacja musiała być naprawdę groźna.

Po mojej lewej rozległo się głośne BUM. Sześć stojących nieopodal drewnianych skrzyń wielkości stolików piknikowych zaczęło drżeć. Pani O’Leary przechyliła głowę i powlokła się ku nim.

– Ej, dziewczynko! – zawołał za nią Kwintus. – To nie dla ciebie.

Rzucił jej tarczę na przynętę.

Skrzynie trzęsły się i wydawały głuche odgłosy. Na ich bokach były wypisane jakieś słowa, ale z moją dysleksją potrzebowałem dłuższej chwili, żeby je odszyfrować:

RANCZO POTRÓJNE G OSTROŻNIE TĄ STRONĄ DO GÓRY

Na dole mniejszymi literami wypisano:

ZACHOWAĆ OSTROŻNOŚĆ PRZY OTWIERANIU. RANCZO POTRÓJNE G NIE ODPOWIADA ZA ZNISZCZENIA, KALECTWO ANI WYJĄTKOWO BOLESNĄ ŚMIERĆ.

– Co jest w tych skrzyniach? – zapytałem.

– Mała niespodzianka – odparł Kwintus. – Do jutrzejszych ćwiczeń. Spodoba ci się.

– Aha, okej – odpowiedziałem, choć nie byłem pewny, czy podoba mi się ten kawałek o „wyjątkowo bolesnej śmierci”.

Kwintus rzucił spiżową tarczę i Pani O’Leary skoczyła za nią.

– Wam, młodym, potrzeba prawdziwych wyzwań. Kiedy ja byłem chłopcem, nie mieliśmy takich obozów.

– Ty... Ty jesteś herosem? – Nie chciałem, żeby w moich słowach zabrzmiało aż takie zdumienie, ale nigdy wcześniej nie widziałem dorosłego herosa.

Kwintus zaśmiał się.

– Niektórzy z nas dożywają dorosłości, wiesz? Nie wszyscy są przedmiotem straszliwych przepowiedni.

– Słyszałeś o mojej przepowiedni?

– Słyszałem to i owo.

Miałem ochotę zapytać, co to za „to i owo”, ale w tej chwili na arenie rozległ się stukot kopyt Chejrona.

– Tu jesteś, Percy!

Musiał wracać z lekcji łucznictwa: przez koszulkę z napisem CENTAUR NR 1 miał przewieszony łuk i kołczan. Przystrzygł na lato swoje bujne brązowe włosy i brodę, a dolną część jego ciała, która była białym ogierem, pokrywały plamy błota i trawy.

– Widzę, że zapoznałeś się z naszym nowym trenerem. – Ton Chejrona był lekki, ale w oczach dostrzegałem niepokój. – Kwintusie, nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli wypożyczę Percy’ego?

– Absolutnie, mistrzu Chejronie.

– Nie musisz nazywać mnie „mistrzem” – odparł Chejron, chociaż wyglądał na zadowolonego. – Chodź, Percy. Mamy mnóstwo spraw do omówienia.

Zerknąłem raz jeszcze na Panią O’Leary, która odgryzała właśnie nogi manekina.

– Do zobaczenia – powiedziałem do Kwintusa.

Kiedy się oddaliliśmy, szepnąłem do Chejrona: – Kwintus wydaje się trochę...

– Tajemniczy? – podpowiedział Chejron. – Zagadkowy?

– Aha.

Chejron potaknął.

– Doskonale wyszkolony heros. Znakomity szermierz. Gdyby tylko rozumiał...

Cokolwiek zamierzał powiedzieć, najwyraźniej się rozmyślił.

– Najpierw o sprawach najważniejszych, Percy. Annabeth powiedziała mi, że spotkałeś kilka empuz.

– Mhm. – Opowiedziałem mu o walce w Goode i o tym, jak Kelli wybuchnęła płomieniem.

– Hmmm – odparł Chejron. – Te potężniejsze umieją to robić. Ona nie zginęła, Percy. Po prostu uciekła. Niedobrze, że te demonice się budzą.

– Co one tam robiły? – spytałem. – Czekały na mnie?

– Być może. – Chejron zamyślił się. – Zadziwiające, że przeżyłeś. Ich zdolności do oszukiwania... Niemal każdy heros płci męskiej wpada w ich sidła i zostaje pożarty.

– Ze mną też by się tak stało – przyznałem się. – Gdyby nie Rachel.

Chejron pokiwał głową.

– Co za ironia, żeby zostać ocalonym przez śmiertelniczkę, ale jesteśmy jej dłużnikami. A o tym, co empuza powiedziała o ataku na obóz, musimy porozmawiać. Ale na razie chodź, trzeba iść do lasu. Grover chce, żebyś tam był.

– Gdzie?

– Na jego oficjalnym przesłuchaniu – odpowiedział posępnie Chejron. – Rada Starszych Kopytnych zbiera się, żeby zdecydować o jego losie.

Chejron powiedział, że powinniśmy się pospieszyć, więc pozwoliłem mu przewieźć się na grzbiecie. Kiedy galopem mijaliśmy domki, zerknąłem w stronę jadalni – utrzymanego w greckim stylu pawilonu na wzgórzu z widokiem na morze. Oglądałem to miejsce po raz pierwszy od zimy, przypomniały mi się więc mało przyjemne rzeczy.

Chejron wbiegł do lasu. Nimfy wyglądały z drzew, żeby się nam przyjrzeć. W cieniu przemykały wielkie postacie – trzymane tu jako wyzwania dla obozowiczów potwory.

Myślałem, że nieźle znam las, po tym jak dwa lata z rzędu grałem tu w bitwę o sztandar, ale Chejron pokłusował ścieżką, której nie rozpoznawałem, wiodącą przez tunel starych wierzb, za niewielki wodospad, na polanę porośniętą dzikimi kwiatami.

Na trawie kręgiem siedziała grupka satyrów. Grover stał pośrodku, zwrócony twarzą do trójki naprawdę starych i naprawdę grubych satyrów, którzy zajęli miejsca na tronach z fantazyjnie przyciętych krzaków róż. Nigdy wcześniej ich nie widziałem, domyśliłem się więc, że to Rada Starszych Kopytnych.

Grover coś im opowiadał. Miął w palcach brzeg swojego podkoszulka, przestępując nerwowo z kopyta na kopyto. Nie zmienił się wiele od ostatniej zimy, może dlatego że satyrowie starzeją się dwa razy wolniej niż ludzie. Za to jego trądzik miał się coraz lepiej. Różki urosły nieco, wystając spomiędzy kędzierzawych włosów. Ze zdumieniem uzmysłowiłem sobie, że jestem wyższy od Grovera.

Po jednej stronie kręgu stały Annabeth, Clarisse i jeszcze jedna dziewczyna, której nigdy nie widziałem. Chejron zsadził mnie z grzbietu koło nich.

Proste brązowe włosy Clarisse były związane do tyłu chustką moro. Clarisse wyglądała na jeszcze bardziej przypakowaną niż zwykle, o ile to możliwe, jakby ćwiczyła na siłowni. Rzuciła mi gniewne spojrzenie, sycząc w moją stronę „śśśmieć!”, co znaczyło, że jest w dobrym humorze. Zazwyczaj na powitanie próbuje mnie zabić.

Annabeth obejmowała ramieniem tę trzecią dziewczynę, która chyba chwilę wcześniej płakała. Była niska – rozmiar XS, że tak powiem – miała delikatne włosy w kolorze bursztynu i śliczną, elfią buzię. Ubrana była w zielony chiton i sznurowane sandały i raz po raz przecierała oczy chusteczką.

– Fatalnie idzie – powiedziała ze szlochem.

– Nie, nie. – Annabeth poklepała ją po ramieniu. – Wszystko będzie w porządku, Kalinko.

Następnie spojrzała na mnie i ułożyła usta w dwa słowa: Dziewczyna Grovera.

W każdym razie tak mi się wydawało, choć nie miało to sensu. Grover i dziewczyna? Przyjrzałem się lepiej Kalinie i zobaczyłem, że jej uszy są lekko spiczaste. A oczy, zamiast poczerwienieć od płaczu, miały zielonkawą barwę jak chlorofil. Była nimfą leśną, driadą.

– Panie Underwood! – krzyczał siedzący po prawej członek rady, przerywając za każdym razem, kiedy Grover zaczynał mówić. – Naprawdę mamy w to uwierzyć?

– A-ależ, Sylenie – wyjąkał Grover. – To prawda!

Sylen zwrócił się do swoich kolegów, mamrocząc coś pod nosem. Chejron pokłusował ku nim i stanął obok. W sumie wiedziałem, że był honorowym członkiem Rady, ale nigdy o tym nie myślałem. Starsi nie wyglądali bardzo imponująco. Przypominali mi kozy w małym zoo: wielkie brzuchy, senny wyraz twarzy, szkliste spojrzenia, które nie są w stanie dostrzec nic poza kolejną porcją paszy. Nie wiedziałem, dlaczego Grover tak się denerwuje.

Sylen naciągnął żółtą koszulkę polo na brzuch i poprawił się na różanym tronie.

– Panie Underwood, od pół roku – pół roku – słyszymy te skandaliczne przechwałki, że usłyszałeś głos boga dzikiej natury, Pana.

– Ale tak było!

– Bezczelność! – krzyknął Starszy siedzący po lewej.

– Spokojnie, Maronie – odezwał się Chejron. – Cierpliwości.

– Cierpliwości, doprawdy! – oburzył się Maron. – Mam po rogi tych bzdur. Jakby bóg dzikiej natury zamierzał rozmawiać z... z nim.

Kalina wyglądała tak, jakby miała ochotę rzucić się na starego satyra i pobić go, ale Annabeth i Clarisse ją powstrzymały.

– Nie rzucaj się, dziewczynko – mruknęła Clarisse. – Zaczekaj.

Nie wiem, co mnie bardziej zdumiało: Clarisse powstrzymująca kogokolwiek od walki czy też to, że ona i Annabeth, nieznoszące się wzajemnie, wyglądały niemalże tak, jakby grały w jednej drużynie.

– Przez sześć miesięcy – ciągnął Sylen – folgowaliśmy ci, panie Underwood. Pozwalaliśmy ci na wędrówki. Mogłeś zatrzymać licencję poszukiwacza. Czekaliśmy, że przedstawisz jakieś dowody na poparcie swoich niedorzecznych roszczeń. I co znalazłeś przez pół roku wędrówek?

– Potrzebuję więcej czasu – powiedział Grover błagalnie.

– Nic! – wtrącił się piskliwie Starszy siedzący pośrodku. – Nic nie znalazłeś.

– Ależ, Leneusie...

Sylen uniósł rękę. Chejron pochylił się i powiedział coś do satyrów. Nie wyglądali na zadowolonych. Pomrukiwali i dysputowali między sobą, ale Chejron powiedział coś jeszcze i Sylen westchnął. Skinął niechętnie głową.

– Panie Underwood – oznajmił – dostaniesz jeszcze jedną szansę.

Grover rozpromienił się.

– Dziękuję!

– Jeden tydzień.

– Co? Sylenie! To niemożliwe.

– Jeszcze jeden tydzień, panie Underwood. Później, jeśli nie zdołasz dostarczyć dowodów, będziesz musiał znaleźć sobie inne zajęcie. Coś, co będzie lepiej przystawało do twoich scenicznych talentów. Sugeruję teatrzyk lalkowy. Albo stepowanie.

– Ależ, Sylenie, ja... ja nie mogę stracić licencji poszukiwacza. Całe moje życie...

– Spotkanie Rady zakończone – przerwał mu Sylen. – Pora na południowy posiłek!

Stary satyr klasnął w ręce i spomiędzy drzew wynurzyła się grupka nimf niosących tace jarzyn, owoców, metalowych puszek i innych kozich specjałów. Krąg satyrów przerwał się, kiedy wszyscy rzucili się na jedzenie. Przygnębiony Grover przyczłapał do nas. Na wyblakłej niebieskiej koszulce miał obrazek z satyrem. I napis: Masz kopyta?

– Cześć, Percy – powiedział tonem tak załamanym, że nawet nie wyciągnął do mnie ręki na powitanie. – Nieźle poszło, co?

– Stare capy! – wybuchnęła Kalina. – Och, Grover, oni nie mają pojęcia, jak bardzo się starałeś!

– Jest jeszcze inna możliwość – wtrąciła ponuro Clarisse.

– Nie. Nie. – Kalina pokręciła głową. – Nie pozwolę ci, Grover.

Mój przyjaciel pobladł.