Wydawca: Wydawnictwo Galeria Książki Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Morze Potworów. Tom II serii Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy ebook

Rick Riordan  

4.5 (70)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 305 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Morze Potworów. Tom II serii Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy - Rick Riordan

W porywającym, dowcipnym i cieszącym się ogromną popularnością dalszym ciągu opowieści rozpoczętej w Złodzieju pioruna Percy wraz z przyjaciółmi musi udać się w rejs po Morzu Potworów, aby ocalić obóz. Najpierw jednak odkryje szokującą rodzinną tajemnicę, która każe mu się zastanowić, czy to, że Posejdon uznał go za syna, jest zaszczytem czy okrutnym żartem. Siódma klasa była dla Percy’ego Jacksona wyjątkowo spokojna. Żaden potwór nie przedostał się na teren jego nowojorskiej szkoły. Ale kiedy niewinna gra w zbijanego z kolegami z klasy zmienia się w śmiertelną rozgrywkę z brutalną bandą olbrzymów-ludożerców… sprawy przyjmują paskudny obrót. Niespodziewana wizyta Annabeth, przyjaciółki Percy’ego, oznacza kolejne złe wieści: magiczna granica broniąca Obozu Herosów została zniszczona przez truciznę podrzuconą przez tajemniczego wroga. Jeśli lekarstwo nie znajdzie się na czas, jedyna bezpieczna przystań dla herosów przestanie istnieć.

Opinie o ebooku Morze Potworów. Tom II serii Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy - Rick Riordan

Cytaty z ebooka Morze Potworów. Tom II serii Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy - Rick Riordan

Grover jest satyrem. Od pasa w górę wygląda jak każdy inny chudy nastolatek z ledwie widoczną kozią bródką i paskudnym trądzikiem. Chodzi dziwacznym krokiem, ale jeśli nie zdarzyłoby się wam przyłapać go bez portek (czego nie polecam), nie domyślilibyście się, że nie jest do końca człowiekiem. Luźne dżinsy i sztuczne stopy ukrywają jego porośnięty sierścią tyłek oraz kopyta.
Jedni o ciałach czarnych ogierów arabskich, inni o złotej maści izabelowatej, a także nakrapiani. Niektórzy mieli na ludzkich torsach kolorowe koszulki z odblaskowymi napisami WYPOŻYCZALNIA KUCYKÓW NA PRZYJĘCIA – ODDZIAŁ FLORYDA. Niektórzy byli uzbrojeni w łuki, inni w kije bejsbolowe, jeszcze inni w karabiny do paintballa. Któryś miał twarz wymalowaną niczym wojownik Komanczów i wymachiwał wielką dłonią z pomarańczowego styropianu z uniesionym w górę palcem wskazującym. Inny miał gołą klatę i był cały pomalowany na zielono. Kolejny nosił komiczne okulary z gałkami ocznymi tańczącymi na sprężynkach, przyozdobione dodatkowo bejsbolówkami i parasolkami koktajlowymi.
mężczyzna w średnim wieku, ubrany w mundur jakiejś firmy przesyłkowej. Był szczupły, spod białego korkowego hełmu wymykały się czarne kędzierzawe włosy, a przez ramię miał przewieszoną torbę. – Her-mes? –

Fragment ebooka Morze Potworów. Tom II serii Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy - Rick Riordan

Okładka

Strona tytułowa

Rick Riordan

Morze Potworów

Przełożyła Agnieszka

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału: PERCY JACKSON & THE OLYMPIANS BOOK TWO THE SEA OF MONSTERS

Copyright © 2006 by Rick Riordan. All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Fulińska, 2009 Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Galeria Książki, 2009 Autor okładki: John Rocco

Opracowanie redakcyjne i DTP:

Pracownia Edytorska „Od A do Z” (oda-doz.com.pl)

Wydanie I ISBN: 978-83-62170-85-2

Wydawca: Wydawnictwo Galeria Książkiwww.galeriaksiazki.plbiuro@galeriaksiazki.pl

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o.

Dedykacja

Dla Patricka Johna Riordana, który najlepiej z całej rodziny opowiada baśnie

ROZDZIAŁ I MÓJ NAJLEPSZY KUMPEL WYBIERA SUKNIĘ ŚLUBNĄ

Koszmar zaczął się tak:

Stałem pośrodku wyludnionej ulicy w jakimś nadmorskim miasteczku. Był środek nocy. Szalał sztorm. Wichura i deszcz szarpały palmami rosnącymi wzdłuż chodnika. Po obu stronach ulicy stały otynkowane na różowo i żółto budynki z zasłoniętymi oknami. Przecznicę dalej, za krzakami hibiskusa, wrzał ocean.

Floryda – pomyślałem, choć nie miałem pojęcia, skąd to wiem. Nigdy wcześniej nie byłem na Florydzie.

Wtedy usłyszałem stukot kopyt. Odwróciłem się i zobaczyłem mojego przyjaciela Grovera, który uciekał w panicznym strachu.

Tak, powiedziałem kopyt.

Grover jest satyrem. Od pasa w górę wygląda jak każdy inny chudy nastolatek z ledwie widoczną kozią bródką i paskudnym trądzikiem. Chodzi dziwacznym krokiem, ale jeśli nie zdarzyłoby się wam przyłapać go bez portek (czego nie polecam), nie domyślilibyście się, że nie jest do końca człowiekiem. Luźne dżinsy i sztuczne stopy ukrywają jego porośnięty sierścią tyłek oraz kopyta.

Grover jest moim kumplem od szóstej klasy. Towarzyszył mi wraz z dziewczyną o imieniu Annabeth w wyprawie mającej na celu uratowanie świata. Ale nie widzieliśmy się od lipca zeszłego roku, kiedy udał się samotnie na niebezpieczną misję – wyprawę, z której jeszcze żaden satyr nie powrócił.

W każdym razie w moim śnie Grover machał kozim ogonem i trzymał w ręku swoje ludzkie buty – jak zawsze, kiedy chce się poruszać naprawdę szybko. Pędził wzdłuż niewielkich sklepików z pamiątkami i wypożyczalni sprzętu surfingowego. Wicher zginał palmy niemal do ziemi.

Grovera przerażało coś, co było za nim. Musiał przed chwilą zejść z plaży, gdyż sierść miał pełną mokrego piasku. Najwyraźniej udało mu się skądś uciec. Dalej uciekał przed... czymś.

Na tle wycia wiatru rozległ się przerażający ryk. Daleko za Groverem, po drugiej stronie ulicy pojawiła się mroczna postać. Przewróciła uliczną latarnię, która wybuchła deszczem iskier.

Mój kumpel potknął się i jęknął przerażony. Muszę się stąd wydostać – mamrotał pod nosem. – Muszę ich ostrzec!

Nie widziałem, co go ściga, ale słyszałem, jak to coś mruczy i przeklina. Ziemia zadrżała, kiedy się przybliżyło. Grover skoczył za róg ulicy i zawahał się, po czym skręcił w ślepy zaułek pełen sklepików. Nie miał czasu, żeby się wycofać. Wicher wyrwał z zawiasów najbliższe drzwi. Szyld nad ciemną teraz witryną głosił: BUTIK ŚLUBNY.

Grover wpadł do środka i zanurkował wprost pod wieszak z białymi sukniami.

Przed sklepem przesunął się cień potwora. Wyczułem jego smród: mdlącą kombinację wilgotnej wełny i gnijącego mięsa, no i ten dziwaczny, kwaskowaty odór, jaki wydzielają ciała potworów – niczym skunksy, które żywiły się wyłącznie meksykańskim żarciem.

Ukryty za sukniami ślubnymi Grover zadrżał. Cień potwora przemknął dalej.

Zapadła cisza, jeśli nie liczyć deszczu. Grover odetchnął głęboko. Może to coś sobie poszło.

W tej samej chwili niebo rozdarła błyskawica. Cały front sklepu eksplodował, a potworny głos ryknął:

– MAAAM CIĘĘĘ!

Skoczyłem na łóżku, drżąc z przerażenia.

Nie było żadnego sztormu. Ani potwora.

Przez okno do mojego pokoju wpadało poranne słońce.

Wydało mi się, że widzę cień przemykający po szkle – coś na kształt człowieka. Ale potem rozległo się pukanie do drzwi i głos mamy:

– Spóźnisz się, Percy!

I cień za oknem znikł.

To chyba tylko wyobraźnia płatała mi figle. Okno na piątym piętrze i rozklekotana drabina pożarowa za nim... nikogo nie mogło tam być.

– Chodź, kochanie – zawołała znów mama. – Dziś ostatni dzień szkoły. Powinieneś się cieszyć! Prawie ci się udało!

– Już idę – wydusiłem z siebie.

Pomacałem pod poduszką. Zacisnąłem palce na długopisie, z którym zawsze sypiam, i to podziałało uspokajająco. Wyciągnąłem go i przyjrzałem się wyrytemu na nim starogreckiemu napisowi: Anaklysmos. Orkan.

Miałem ochotę go odetkać, ale coś mnie powstrzymywało. Od tak dawna nie używałem Orkana...

Poza tym mama wymogła na mnie obietnicę, że nie będę posługiwał się śmiercionośną bronią w mieszkaniu, po tym jak rzuciłem oszczepem w złą stronę i zlikwidowałem jej szafkę z porcelaną. Odłożyłem Anaklysmosa na nocną szafkę i wygramoliłem się z łóżka.

Ubrałem się tak szybko, jak tylko mogłem. Starałem się nie myśleć o koszmarze, potworach i cieniu za moim oknem.

Muszę się stąd wydostać. Muszę ich ostrzec!

Co Grover miał na myśli?

Zgiąłem trzy palce w pazury na wysokości serca i wykonałem taki gest, jakbym coś od siebie odpychał – starożytny znak odpędzający złe moce, którego kiedyś mnie nauczył.

Ten sen nie mógł być prawdą.

Ostatni dzień szkoły. Mama miała rację, powinienem się cieszyć. Po raz pierwszy w życiu niemal skończyłem rok i nie zostałem wyrzucony. Nie wydarzyło się nic dziwacznego. Ani jednej bójki w klasie. Żaden z nauczycieli nie zmienił się w potwora i nie usiłował otruć mnie drugim śniadaniem w stołówce czy też wysadzić w powietrze w czasie klasówki. Jutro będę już w drodze do najfajniejszego miejsca na świecie – Obozu Herosów.

Jeszcze tylko jeden dzień. Chyba nawet ja nie jestem już w stanie wiele namieszać.

Jak zwykle nie miałem pojęcia, jak bardzo się myliłem.

Mama zrobiła niebieskie gofry i niebieskie jajka na śniadanie. To jej osobista śmiesznostka: lubi obchodzić specjalne okazje, przygotowując niebieskie jedzenie – jakby w ten sposób udowadniała, że wszystko jest możliwe. Percy może skończyć siódmą klasę. Gofry mogą być niebieskie. Takie drobne cuda.

Jadłem śniadanie przy kuchennym stole, a mama zmywała naczynia. Miała na sobie strój firmowy: niebieską spódnicę w gwiazdki i bluzkę w czerwono-białe paski, w których sprzedawała słodycze w sieciowej cukierni „Słodka Ameryka”. Długie brązowe włosy związała w koński ogon.

Gofry były pyszne, ale najwyraźniej nie jadłem ich z takim zapałem jak zwykle. Mama odwróciła się do mnie i zmarszczyła brwi.

– Wszystko w porządku, Percy?

– Taaa... wszystko gra.

Ale ona zawsze wyczuwała, kiedy coś mnie gnębiło. Wytarła ręce i usiadła naprzeciwko.

– Chodzi o szkołę czy...

Nie musiała kończyć pytania. Wiedziałem, o czym mówi.

– Obawiam się, że Grover jest w tarapatach – odpowiedziałem i opisałem jej mój senny koszmar.

Zacisnęła usta. Nie rozmawialiśmy dużo o tej drugiej stronie mojego życia. Usiłowaliśmy żyć zupełnie zwyczajnie, ale mama wiedziała wszystko o Groverze.

– Nie przejmowałabym się tym zbytnio, kochanie – powiedziała. – Grover jest już dorosłym satyrem. Gdyby były jakieś kłopoty, z pewnością dowiedzielibyśmy się czegoś... z obozu... – Zobaczyłem, że sztywnieje, wymawiając słowo „obóz”.

– O co chodzi? – spytałem.

– O nic – odrzekła. – Wiesz co? Dziś po południu świętujemy zakończenie roku szkolnego. Zabieram ciebie i Tysona do Rockefeller Center... do tego waszego ulubionego sklepu dla skejtów.

Rany, to było kuszące. Zawsze mieliśmy problemy z funduszami. Płaciliśmy za wieczorowe kursy mamy i moją prywatną szkołę, więc nie starczało nam pieniędzy na kupowanie takich rzeczy jak deskorolki. W jej głosie coś jednak mnie zaniepokoiło.

– Zaraz, zaraz – powiedziałem. – Dziś wieczorem mieliśmy się pakować na wyjazd na obóz.

Zacisnęła palce na ścierce.

– Och, jeśli o to chodzi, kochanie... Dostałam w nocy wiadomość od Chejrona.

Serce podskoczyło mi do gardła. Chejron był koordynatorem zajęć na Obozie Herosów. Nie kontaktowałby się z nami, gdyby nie chodziło o coś poważnego.

– Co powiedział?

– Uważa... że być może powinieneś odłożyć wyjazd na obóz. Może tam być dla ciebie niebezpiecznie.

– Niebezpiecznie? I jak to odłożyć, mamo? Jestem istotą półkrwi! To dla mnie jedyne bezpieczne miejsce na ziemi!

– Zazwyczaj, kochanie. Ale zważywszy, jakie tam mają kłopoty...

– Jakie kłopoty?

– Percy... Tak bardzo mi przykro. Miałam nadzieję, że porozmawiamy o tym po południu. Nie jestem w stanie teraz ci tego wytłumaczyć i podejrzewam, że nawet Chejron miałby z tym problem. Wszystko wydarzyło się tak nagle.

Moje myśli szalały. Jak mógłbym nie pojechać na obóz? Chciałem zadać jeszcze setki pytań, ale właśnie w tej chwili zaczął bić zegar.

Na twarzy mamy dostrzegłem wyraz ulgi.

– Siódma trzydzieści, kochanie. Musisz już iść. Tyson na pewno już czeka.

– Ale...

– Porozmawiamy po południu, Percy. Idź do szkoły.

To była ostatnia rzecz, na jaką miałbym ochotę, ale na twarzy mamy malowała się bezradność – rodzaj ostrzeżenia, że jeśli będę dalej naciskał, to ona się rozpłacze. A poza tym miała rację co do Tysona. Muszę spotkać się z nim na stacji metra o umówionej godzinie, inaczej będzie nieszczęśliwy. Bał się sam podróżować kolejką podziemną.

Zebrałem swoje rzeczy, ale zatrzymałem się w drzwiach.

– Te kłopoty na obozie, mamo. Czy to... czy to może mieć jakiś związek z moim snem o Groverze?

Nie spojrzała mi prosto w oczy.

– Porozmawiamy po południu, kochanie. Wyjaśnię ci wszystko... co będę mogła.

Niechętnie się z nią pożegnałem i zbiegłem po schodach, żeby zdążyć na pociąg numer dwa.

Nie miałem jeszcze pojęcia, że do mojej popołudniowej rozmowy z mamą nie dojdzie.

Właściwie miało minąć dużo czasu, zanim znów zobaczę dom.

Wychodząc na ulicę, spojrzałem na stojący po drugiej stronie brązowy kamienny budynek. Jakiś ciemny kształt mignął mi w świetle słonecznym przez ułamek sekundy – ludzka sylwetka na tle muru, cień bez właściciela.

Następnie ów cień zafalował i zniknął.

ROZDZIAŁ II MECZ ZBIJANEGO Z KANIBALAMI

Dzień zaczął się normalnie. A w każdym razie nie mniej normalnie niż zazwyczaj w szkole podstawowej Meriwether.

Rozumiecie, to jest jedna z tych „postępowych” szkół w centrum Manhattanu, gdzie siedzi się na pufach zamiast w ławkach, nie dostaje się ocen, a nauczyciele przychodzą do pracy w dżinsach i koszulkach zespołów rockowych.

Mnie się to podoba. Mam ADHD i jestem dyslektykiem, podobnie jak większość dzieci półkrwi, więc słabo mi szło w zwykłych szkołach, z których zresztą w końcu mnie wywalano. Problem z Meriwether jest jednak taki, że tutejsi nauczyciele zawsze widzą wszystko w jasnych kolorach, a większość dzieciaków to... no, ciemnota.

Weźmy na przykład moją pierwszą lekcję tego dnia: angielski. Starsze klasy czytały powieść Władca much, w której grupka dzieci ląduje na bezludnej wyspie i wszystkim odbija. W ramach pracy zaliczeniowej nauczyciele wysłali nas na godzinę na podwórko bez opieki dorosłych, żeby zobaczyć, co się wydarzy. I co się wydarzyło? Wielka bijatyka między klasą siódmą i ósmą, dwie bójki na kamienie i pełnokontaktowy mecz koszykówki. Większości tych zabaw przewodził szkolny tyran, Matt Sloan.

Sloan nie jest ani specjalnie wysoki, ani silny, ale zachowuje się tak, jakby był. Ma oczy bulteriera, potargane czarne włosy i zawsze nosi drogie, ale niechlujne ciuchy, jakby chciał wszystkim pokazać, że nic sobie nie robi z rodzinnych pieniędzy. Jeden z jego przednich zębów jest ułamany od czasu, kiedy zwinął ojcu z garażu porsche i wjechał na znak nakazujący zmniejszenie prędkości koło szkoły.

W każdym razie Sloan rozdawał wszystkim kuksańce, aż w końcu szturchnął również mojego kumpla Tysona, a to był błąd.

Tyson był jedynym bezdomnym dzieckiem w Meriwether. O ile byliśmy w stanie się zorientować razem z mamą, rodzice porzucili go we wczesnym dzieciństwie, pewnie dlatego, że jest taki... inny. Tyson ma prawie dwa metry wzrostu i jest zbudowany jak yeti, ale bez przerwy płacze i boi się wszystkiego, łącznie z własnym odbiciem w lustrze. Jego twarz jest nieco zdeformowana i mało przyjemna. Nie udało mi się zobaczyć, jaki ma kolor oczu, ponieważ nigdy nie zdołałem sięgnąć wzrokiem ponad jego krzywe zęby. Głos ma niski, ale mówi śmiesznie, jak dużo młodsze dziecko – zapewne dlatego, że przed pojawieniem się w Meriwether nigdy nie chodził do szkoły. Nosi zawsze powycierane dżinsy, brudne sportowe buty rozmiaru 50 i dziurawą flanelową koszulę. Śmierdzi wielkomiejskimi zaułkami, ponieważ tam właśnie mieszka: w sporym tekturowym pudle po lodówce niedaleko 72. ulicy na Manhattanie.

Szkoła Meriwether przyjęła go w ramach programu integracyjnego, którego celem miało być polepszenie relacji między dziećmi. Problem w tym, że uczniowie w większości nie znosili Tysona. A kiedy odkryli, że to cienias, pomimo potężnej siły i przerażającego wyglądu, zajęli się polepszaniem relacji między sobą, solidarnie go dręcząc. W rezultacie byłem jego jedynym kumplem, co oznaczało, iż również on był moim jedynym kumplem.

Mama tysiąc razy skarżyła się w szkole, że nic nie robią, żeby Tyson lepiej tutaj się poczuł. Wzywała nawet pomoc społeczną, ale to nic nie dało. Pracownicy opieki uważali, że Tyson nie istnieje. Przysięgali na wszystkie świętości, że wielokrotnie odwiedzali zaułek, który im opisywaliśmy, i nie byli w stanie znaleźć Tysona, choć nie mam pojęcia, jak można nie zauważyć dwumetrowego nastolatka mieszkającego w pudle po lodówce.

W każdym razie Matt Sloan zaczaił się za plecami Tysona i usiłował go szturchnąć, a Tyson spanikował i odepchnął go nieco zbyt mocno. Sloan przeleciał jakieś pięć metrów i zaplątał się w huśtawkę z opon dla pierwszoklasistów.

– Ty kretynie! – wrzasnął Matt. – Wracaj do swojego kartonu!

Tyson zaczął pochlipywać. Usiadł na drabince z takim rozmachem, że skrzywił drążek, i ukrył twarz w dłoniach.

– Odszczekaj to, Sloan! – krzyknąłem.

Sloan spojrzał na mnie szyderczo.

– O co ci chodzi, Jackson? Mógłbyś mieć kumpli, gdybyś nie trzymał zawsze strony tego kretyna.

Zacisnąłem pięści. Miałem nadzieję, że moja twarz nie jest aż tak czerwona, jak mi się wydawało.

– On nie jest kretynem. On jest tylko...

Usiłowałem wymyślić, co mam powiedzieć, ale Sloan nie słuchał. On i jego wielcy, paskudni kolesie byli zanadto zajęci wyśmiewaniem nas. Zastanawiałem się, czy to wyobraźnia płata mi figle, czy też rzeczywiście wokół Sloana zgromadziło się więcej osiłków niż zwykle. Zazwyczaj widywało się go w towarzystwie jednego lub dwóch potężnie zbudowanych chłopaków, ale dziś kręciło się przy nim prawie dziesięciu, a ja byłem niemal pewny, że nigdy wcześniej ich nie widziałem.

– Zaczekaj tylko do wuefu, Jackson – zawołał Sloan. – Już nie żyjesz!

Kiedy skończyła się przerwa, nauczyciel angielskiego, pan de Milo, wyszedł na podwórko, żeby ocenić szkody, i oznajmił, że zrozumieliśmy Władcę much doskonale i wszyscy zaliczyliśmy przedmiot, ale nigdy, przenigdy nie powinniśmy wyrosnąć na gwałtowników. Matt Sloan kiwał ochoczo głową, po czym posłał mi uśmiech ułamanego zęba.

A ja musiałem obiecać Tysonowi, że na przerwie śniadaniowej kupię mu dodatkową kanapkę z masłem orzechowym, żeby przestał płakać.

– Czy ja... czy ja jestem kretynem? – zapytał.

– Nie – odpowiedziałem z naciskiem, zgrzytając zębami. – To Matt Sloan jest kretynem.

Tyson pociągnął nosem.

– Dobry z ciebie kumpel. Będzie mi ciebie brakowało za rok, jeśli... jeśli nie będę...

Głos mu drżał. Uświadomiłem sobie, że Tyson nie ma pojęcia, czy dostanie się do szkoły w ramach kolejnego programu integracyjnego. Wątpiłem, czy dyrektor raczył z nim o tym porozmawiać.

– Nie martw się, wielkoludzie – wydusiłem z siebie. – Wszystko będzie w porządku.

Tyson spojrzał na mnie z taką wdzięcznością, że poczułem się jak najpodlejszy kłamca. Jak mogłem obiecać komuś takiemu jak on, że cokolwiek będzie dobrze?

Zaraz potem mieliśmy egzamin z nauk przyrodniczych. Pani Tesla powiedziała nam, że mamy tak zmieszać chemikalia, żeby wywołać wybuch. Tyson był moim partnerem w laboratorium. Jego dłonie były o wiele za duże na maleńkie naczynka, którymi mieliśmy się posługiwać. Przez przypadek strącił z ławki tacę z odczynnikami i sprawił, że z kosza na śmieci wzniosła się pomarańczowa chmura w kształcie grzyba.

Kiedy pani Tesla ewakuowała już laboratorium i wezwała służby zajmujące się niebezpiecznymi odpadami, pochwaliła Tysona i mnie jako urodzonych chemików. Byliśmy pierwszymi uczniami w historii szkoły, którym udało się zdać u niej egzamin w niecałe pół minuty.

Cieszyłem się, że przedpołudnie mija szybko, ponieważ dzięki temu nie miałem czasu na rozmyślanie nad własnymi problemami. Nie mogłem wytrzymać z myślą, że pewnie coś złego dzieje się w Obozie Herosów. A co gorsza, nie udawało mi się odpędzić wspomnienia mojego nocnego koszmaru. Miałem okropne przeczucie, że Grover jest w opałach.

Podczas testu z nauk społecznych, kiedy mieliśmy wyznaczać na mapie szerokość i długość geograficzną, otworzyłem notatnik i wpatrywałem się w zdjęcie, które było w środku – moja przyjaciółka Annabeth na wakacjach w Waszyngtonie. Miała na sobie dżinsy i dżinsową kurtkę narzuconą na pomarańczową koszulkę Obozu Herosów. Na jasnych włosach zawiązała chustkę. Stała z rękami skrzyżowanymi na piersi przed Lincoln Memorial – budowlą, w której znajduje się pomnik Lincolna – i wyglądała na niezwykle zadowoloną z siebie, zupełnie jakby to ona ją zaprojektowała. Annabeth zamierza zostać architektem, jak dorośnie, toteż zawsze stara się odwiedzić wszystkie ważne budowle i takie tam. To jej osobiste dziwactwo. Wysłała mi e-mailem to zdjęcie podczas ferii zimowych, więc zerkałem na nie raz po raz, żeby nie zapomnieć, że ona naprawdę istnieje, a Obóz Herosów nie jest tylko tworem mojej wyobraźni.

Bardzo żałowałem, że Annabeth nie ma przy mnie. Ona wiedziałaby, co sądzić o moim śnie. Nigdy się przed nią do tego nie przyznam, ale wiem, że jest ode mnie bystrzejsza, nawet jeśli czasem mnie to irytuje.

Miałem właśnie zamknąć notatnik, kiedy Matt Sloan wyciągnął rękę i wyrwał mi zdjęcie.

– Ej! – zaprotestowałem.

Sloan spojrzał na fotografię i wybałuszył oczy ze zdumienia.

– Niemożliwe, Jackson. Kto to jest? To chyba nie twoja...

– Oddawaj! – czułem, że czerwienię się po same uszy.

Sloan podał zdjęcie swoim paskudnym kolesiom, którzy zarechotali i zaczęli je drzeć, żeby ze strzępków zrobić sobie kulki do strzelania. Oni zdecydowanie byli nowi, pewnie z wizytą z innej szkoły, ponieważ wszyscy mieli przypięte do koszulek te głupie plakietki z napisem „CZEŚĆ! MAM NA IMIĘ...”, które dostaje się w sekretariacie. Musieli mieć również specyficzne poczucie humoru, ponieważ wszyscy wpisali sobie dziwaczne przezwiska typu WYSYSACZ SZPIKU, POŻERACZ CZASZEK i JOE BOB. Żaden normalny człowiek tak się nie nazywa.

– Oni dołączą do naszej klasy w przyszłym roku – powiedział Sloan takim tonem, jakby to miało mnie przerazić. – Jestem pewny, że będą w stanie opłacić czesne w przeciwieństwie do twojego opóźnionego kumpla.

– On nie jest opóźniony – musiałem się naprawdę bardzo powstrzymywać, żeby nie trzasnąć Sloana w dziób.

– Ależ z ciebie frajer, Jackson. Całe szczęście, że w przyszłym półroczu zakończę twoje nieszczęścia.

Jego wielcy kumple przeżuwali moje zdjęcie. Miałem ochotę rozetrzeć ich na proszek, ale Chejron bardzo wyraźnie przykazał mi, że nie wolno wyładowywać gniewu na zwykłych śmiertelnikach, niezależnie od tego, jak bardzo byliby nieznośni. Walczyć wolno jedynie z potworami.

A jednak coś mi podpowiadało, że gdyby tylko Sloan wiedział, kim naprawdę jestem...

Rozległ się dzwonek.

Kiedy wraz z Tysonem wychodziliśmy z klasy, usłyszałem za sobą szept jakiejś dziewczyny.

– Percy!

Rozejrzałem się po korytarzu z szafkami, ale nikt na mnie nie patrzył. Jakby to w ogóle było możliwe, żeby dziewczyna z Meriwether zawołała mnie po imieniu.

Zanim zdążyłem się zastanowić, czy znów wyobraźnia płata mi figle, tłum uczniów ruszył ku sali gimnastycznej, porywając Tysona i mnie z sobą. Czas na wuef. Trener obiecał nam wielki mecz w zbijanego, a Matt Sloan obiecał, że mnie zabije.

Stroje sportowe w Meriwether składają się z błękitnych spodenek i wielokolorowych, ręcznie farbowanych koszulek. Na szczęście większość zajęć odbywa się na terenie szkoły, toteż nie musimy biegać po Nowym Jorku niczym banda młodocianych hipisów z obozu poprawczego.

Przebrałem się w szatni tak szybko, jak tylko się dało, bo nie chciałem się spotykać ze Sloanem. Miałem już wychodzić, kiedy zawołał mnie Tyson.

– Percy?

Jeszcze się nie przebrał. Stał w drzwiach siłowni, ściskając w ręce strój.

– Czy mógłbyś... no...

– Ach. Tak – usiłowałem ukryć irytację. – Jasne, chłopie.

Tyson zanurkował do siłowni, a ja stanąłem na straży na zewnątrz, kiedy się przebierał. Czułem się z tym nieco dziwacznie, ale on zazwyczaj prosił mnie o tę przysługę. Podejrzewałem, że to dlatego, że jest bardzo owłosiony, a poza tym ma na plecach dziwaczne blizny, o których pochodzenie nigdy nie odważyłem się zapytać.

Przekonałem się jednak na własnej skórze, że jeśli ktoś naśmiewa się z Tysona, kiedy ten się przebiera, on się strasznie denerwuje i zaczyna wyrywać drzwi z framug.

Kiedy weszliśmy do sali gimnastycznej, trener Nunley siedział przy swoim niewielkim biureczku, czytając gazetę sportową. Nunley miał chyba milion lat, nosił grube okulary, brakowało mu zębów, a jego siwe włosy były zawsze tłuste. Przypominałby mi wyrocznię w Obozie Herosów – która była skurczoną mumią – gdyby nie to, że poruszał się jeszcze mniej niż ona, no i nie pluł zielonym dymem. W każdym razie nigdy go na tym nie przyłapałem.

– Trenerze – zwrócił się do niego Matt Sloan. – Czy mogę być kapitanem?

– Że co? – Nunley podniósł wzrok znad gazety. – Taaak – wymamrotał. – Mhm.

Sloan uśmiechnął się szeroko i zajął się wybieraniem drużyn. Zrobił mnie kapitanem drugiej, ale moje ewentualne wybory nie miały żadnego znaczenia, ponieważ wszyscy najlepsi gracze i najbardziej lubiani kumple przechodzili na jego stronę. Podobnie jak wielka grupa gości.

Po mojej stronie został Tyson, a poza nim maniak komputerowy Corey Bailer, matematyczny geniusz Raj Mandali i jakieś pół tuzina innych chłopaków, którym zawsze dokuczał Sloan ze swoją bandą. Normalnie Tyson by mi wystarczył – sam był wart tyle, ile pół drużyny – ale goście w przeciwnym zespole byli niemal tak samo wysocy i potężnie zbudowani jak mój kumpel, no i było ich sześciu.

Matt Sloan wyrzucił na podłogę sali gimnastycznej cały kosz piłek.

– Boję się – wymamrotał Tyson. – Dziwny zapach.

Spojrzałem na niego.

– Co ma dziwny zapach? – nie podejrzewałem, żeby mówił o sobie.

– Oni – Tyson wskazał nowych kumpli Sloana. – Dziwnie pachną.

Goście rozciągali palce, strzelając knykciami i zerkając w naszą stronę, jakby nadszedł czas na jatkę. Ciągle myślałem, skąd oni mogą być. Pewnie z jakiejś szkoły, gdzie karmi się uczniów surowym mięsem i bije trzciną.

Sloan dmuchnął w gwizdek trenera i gra się rozpoczęła. Jego drużyna popędziła ku linii środkowej. Po mojej stronie Raj Mandali wrzasnął w języku urdu coś, co zapewne znaczyło „muszę siku!”, i pognał ku wyjściu. Corey Bailer usiłował wpełznąć za stojącą pod ścianą matę i schować się za nią. Pozostali członkowie mojej drużyny, kuląc się ze strachu, robili, co mogli, żeby nie wyglądać na świetny cel.

– Tyson – powiedziałem. – Weźmy...

Dostałem piłką w brzuch. Usiadłem na środku sali gimnastycznej. Drużyna przeciwna wybuchnęła śmiechem.

Przed oczami miałem mgłę. Czułem się tak, jakbym właśnie znalazł się w uchwycie zapaśniczym goryla. Nie wydawało mi się, żeby ktokolwiek był w stanie rzucić piłką tak mocno.

– Percy, kryj się! – wrzasnął Tyson.

Przetoczyłem się po podłodze, kiedy kolejna piłka przeleciała mi koło ucha z prędkością dźwięku.

Łuuup!

Uderzyła w matę pod ścianą. Corey Bailer zawył.

– Ej! – krzyknąłem w stronę drużyny Sloana. – Możecie kogoś zabić!

Joe Bob posłał mi w odpowiedzi okrutny uśmiech. Dziwne, ale wydał mi się nagle znacznie wyższy... wyższy nawet niż Tyson. Pod koszulką rysowały się potężne bicepsy.

– Mam nadzieję, Perseuszu Jacksonie! Mam nadzieję!

Moje imię wymówił tak, że ciarki przeszły mi po plecach. Nikt nie nazywał mnie Perseuszem oprócz tych, którzy znali moją prawdziwą tożsamość. Czyli oprócz moich przyjaciół... i wrogów.

Co takiego powiedział Tyson? Że oni dziwnie pachną...

Potwory.

Goście otaczający Matta Sloana rośli w oczach. Nie byli już po prostu wyrostkami. Stali się dwuipółmetrowymi olbrzymami o dzikich oczach, ostrych zębach i owłosionych rękach wytatuowanych w węże, tancerki brzucha i przebite strzałą serduszka.

Matt upuścił piłkę.

– Rany! Nie jesteście z Detroit! Kim...

Inne dzieciaki z jego drużyny zaczęły wrzeszczeć i pchać się do wyjścia, ale olbrzym o imieniu Wysysacz Szpiku rzucił piłką z upiorną precyzją. Przeleciała tuż obok Raja Mandali, który właśnie miał wybiec z sali, i uderzyła w drzwi, zatrzaskując je magicznie. Raj i gromadka innych dzieciaków rozpaczliwie waliła w nie pięściami, ale nie ustępowały.

– Wypuśćcie ich! – wrzasnąłem w stronę olbrzymów.

Ten, który miał na imię Joe Bob, warknął w moim kierunku. Na bicepsie miał tatuaż z napisem „JB kocha Cukiereczka”.

– Mamy stracić takie smakowite kąski? Nie, synu Pana Mórz. Lajstrygonowie nie grają tylko o twoje życie. Jesteśmy głodni!

Machnął ręką i na linii środkowej pojawił się kolejny zestaw piłek – niestety, tym razem nie były one zrobione z czerwonej gumy. Były ze spiżu, wielkości kul armatnich, dziurkowane niczym kule do kręgli, a z otworów wydobywał się ogień. Musiały być koszmarnie gorące, ale olbrzymi podnosili je bez problemu gołymi rękami.

– Trenerze! – zawołałem.

Nunley spojrzał przed siebie zaspanym wzrokiem, ale jeśli nawet dostrzegł cokolwiek niezwykłego w naszym meczu, nie dał tego po sobie poznać. Na tym właśnie polega problem ze śmiertelnikami. Magiczna moc zwana mgłą zasłania przed ich wzrokiem prawdziwą naturę potworów i bogów, w związku z czym zwykli ludzie widzą jedynie to, co są w stanie zrozumieć. Niewykluczone, że wuefista widział tylko kilku ósmoklasistów jak zwykle dających wycisk młodszym uczniom. Być może pozostali chłopcy widzieli kumpli Sloana gotujących się do rzucania koktajli Mołotowa. (Nie byłby to pierwszy taki przypadek). Jednego byłem niemal pewny: nikt poza mną nie zdawał sobie sprawy, że mamy do czynienia z prawdziwymi ludożerczymi, żądnymi krwi potworami.

– Taaak. Mhm – wymamrotał trener. – Bawcie się grzecznie.

I wrócił do swojej gazety.

Olbrzym o imieniu Pożeracz Czaszek rzucił piłką. Uchyliłem się, a ognista spiżowa kometa przemknęła tuż koło mojego ramienia.

– Corey! – krzyknąłem.

Tyson wyciągnął go zza maty gimnastycznej na moment przed tym, jak rozbiła się na niej kula, pozostawiając z maty jedynie dymiące wióry.

– Uciekajcie! – poleciłem mojej drużynie. – Drugim wyjściem!

Rzucili się w stronę szatni, ale wystarczyło kolejne machnięcie ręką Joe Boba i również tamte drzwi się zatrzasnęły.

– Nikt stąd nie wyjdzie, chyba że wypadnie z gry! – ryknął Joe Bob. – A nie wypadniecie z gry, dopóki was nie zjemy!

Cisnął własną ognistą kulą. Moja drużyna rozpierzchła się, a kula wypaliła krater pośrodku sali gimnastycznej.

Sięgnąłem po Orkana, którego zawsze noszę w kieszeni, ale uświadomiłem sobie, że mam na sobie spodenki gimnastyczne, które nie mają kieszeni. Orkan tkwił w moich dżinsach w szafce w szatni. A drzwi do szatni były zamknięte. Byłem całkowicie bezbronny.

W moją stronę leciała kolejna ognista kula. Tyson popchnął mnie w bok, ale eksplozja i tak zwaliła mnie z nóg. Chwilę później leżałem na podłodze, oszołomiony dymem, w farbowanej koszulce upstrzonej nadpalonymi dziurami. Po drugiej stronie linii środkowej dwaj głodni olbrzymi wbijali we mnie wzrok.

– Mięso! – ryknęli. – Mięso herosa na śniadanie!

I obaj się zamierzyli.

– Percy potrzebuje pomocy! – wrzasnął Tyson i zasłonił mnie swoim ciałem w chwili, gdy cisnęli kule.

– Tyson! – krzyknąłem, ale było już za późno.

Obie kule uderzyły w niego... Nie... On je złapał! W jakiś sposób ten sam Tyson, który był tak niezgrabny, że regularnie strącał wyposażenie laboratoryjne i rozwalał konstrukcje na placu zabaw, złapał dwie ogniste, metalowe kule pędzące ku niemu z prędkością biliona kilometrów na godzinę. Odesłał je ku ich zaskoczonym właścicielom, którzy zdążyli wrzasnąć „ZUUUUUOOO!” w chwili, gdy spiżowe piłki wybuchły, trafiając prosto w nich.

Olbrzymi rozproszyli się w dwie ogniste kolumny – co stanowiło przynajmniej ostateczny dowód na to, że byli potworami. Potwory nie giną. Rozpadają się po prostu w dym i pył, co oszczędza herosom kłopotów ze sprzątaniem po walce.

– Moi bracia! – zawył Joe „Kanibal” Bob. Napiął mięśnie, aż tatuaż z Cukiereczkiem zafalował. – Zapłacisz za ich zniszczenie!

– Tyson! – zawołałem. – Uważaj!

Ku nam leciała kolejna kometa. Mój kumpel ledwie zdążył odrzucić ją w bok. Poleciała prosto nad głowę trenera Nunleya i wylądowała na trybunach z potężnym BUM!

Po całej sali biegali uczniowie, wrzeszcząc i próbując nie powpadać w zionące ogniem kratery, którymi poorana była podłoga. Inni walili w drzwi, wzywając pomocy. Sloan stał pośrodku sali jak skamieniały, rozglądając się z niedowierzaniem za latającymi wokół niego śmiertelnymi pociskami.

Trener Nunley wciąż niczego nie dostrzegał. Postukał w swój aparat słuchowy, jakby eksplozje powodowały jakieś zakłócenia, ale nie podnosił oczu znad gazety.

Hałas niewątpliwie było słychać w całej szkole. Ktoś w końcu przybędzie nam na pomoc – dyrektor albo policja.

– Zwycięstwo będzie nasze! – ryknął Joe „Kanibal” Bob. – Będzie jeszcze uczta z twoich kości!

Miałem ochotę powiedzieć mu, że trochę za bardzo się przejmuje grą w zbijanego, ale zanim zdążyłem otworzyć usta, uniósł kolejną kulę. Trzej pozostali olbrzymi zrobili to samo.

Wiedziałem, że już po nas. Tyson nie będzie w stanie odeprzeć wszystkich tych pocisków na raz. Musiał mieć poważnie poparzone dłonie po tym, jak zablokował pierwszy ostrzał. Bez mojego miecza...

Przyszedł mi do głowy wariacki pomysł.

Rzuciłem się ku drzwiom prowadzącym do szatni.

– Z drogi! – krzyknąłem do mojej drużyny. – Odsunąć się od drzwi!

Za mną rozległy się wybuchy. Tyson odrzucił dwie kule z powrotem ku ich właścicielom, rozbijając ich w proch.

Zatem pozostało nam jeszcze dwóch olbrzymów.

Trzecia kula leciała prosto na mnie. Zastygłem na chwilę w bezruchu – raz, dwa, trzy, cztery, pięć – po czym uchyliłem się, pozwalając jej rozwalić drzwi do szatni.

Zakładałem, że gaz zbierający się w większości szatni chłopców wystarczy, żeby wywołać eksplozję, a zatem nie zdziwiłem się, kiedy płonąca piłka do zbijanego wybuchła z głośnym ŁUUUUUP!

Ściana się rozleciała. Drzwiczki szafek, skarpetki, sprzęt z siłowni i przeróżne paskudne rzeczy osobiste zasypały całą salę gimnastyczną.

Odwróciłem się w chwili, gdy Tyson rąbnął Pożeracza Czaszek w twarz, dosłownie zgniatając olbrzyma. Ale ostatni z napastników, Joe Bob, roztropnie nie wypuszczał z ręki swojej piłki, czekając na nadarzającą się okazję. Rzucił dokładnie w chwili, kiedy Tyson odwrócił się ku niemu.

– Nie! – krzyknąłem.

Kula trafiła Tysona w sam środek piersi, odrzucając go na całą długość sali gimnastycznej, tak że uderzył w tylną ścianę, która pękła i częściowo runęła na niego. Przez dziurę było widać ulicę. Nie miałem pojęcia, jakim cudem Tyson zdołał to przeżyć, ale on wyglądał jedynie na lekko oszołomionego. Spiżowa kula dymiła u jego stóp. Usiłował ją podnieść, ale ogłuszony upadł z powrotem na stertę pustaków.

– Doskonale! – zawołał radośnie Joe Bob. – Zostałem już tylko ja! Będę miał dość mięsa, żeby przynieść Cukiereczkowi obiad!

Podniósł kolejną kulę i zamierzył się na Tysona.

– Stój! – zawołałem. – Przecież to o mnie ci chodzi!

Olbrzym się rozpromienił.

– Chcesz umrzeć pierwszy, herosku?

Usiłowałem coś wymyślić. Orkan musiał być gdzieś w pobliżu.

W tej samej chwili dostrzegłem moje dżinsy leżące na dymiącej stercie ubrań tuż pod nogami olbrzyma. Gdybym tylko zdołał się tam dostać... Wiedziałem, że to beznadziejne, ale rzuciłem się naprzód.

Olbrzym zarechotał.

– Śniadanko samo ku mnie zmierza. – Uniósł rękę do rzutu.

A ja pogodziłem się ze śmiercią.

Niespodziewanie olbrzym znieruchomiał, a wyraz jego twarzy zmienił się z triumfalnego w zaskoczony. Jego koszulka rozdarła się dokładnie w tym miejscu, gdzie powinien mieć pępek, a z dziury wyrosło coś na kształt rogu – nie, nie rogu... To było lśniące ostrze.

Kula wypadła mu z rąk. Potwór gapił się na nóż, który właśnie go przedziurawił od tyłu.

– Oj – wymamrotał i rozpadł się w chmurę zielonego płomienia, co, jak się domyślałem, raczej nie ucieszy Cukiereczka.

Pośrodku słupa dymu stała moja przyjaciółka Annabeth. Jej twarz była brudna i podrapana. Annabeth miała przerzucony przez ramię podarty plecak, z kieszeni wystawała jej bejsbolówka, w ręce niosła spiżowy sztylet, a jej stalowoszare oczy płonęły dziko, jakby przez tysiąc kilometrów ścigała ją armia upiorów.

Matt Sloan, który przez cały czas stał oszołomiony na środku sali, w końcu odzyskał zmysły. Zamrugał oczami na widok Annabeth, jakby z trudem rozpoznawał w niej osobę z mojego zdjęcia.

– To ta dziewczyna... To ta dziewczyna...

Annabeth walnęła go w nos, przewracając na ziemię.

– A ty – oznajmiła – odczep się od mojego kumpla.

Sala gimnastyczna płonęła. Wszędzie dookoła biegały dzieciaki, strasznie wrzeszcząc. Słyszałem wycie syren i zniekształcony głos w interkomie. Przez szklane drzwi wejściowe widziałem dyrektora szkoły, pana Bonsai, walczącego z zamkiem. Za nim tłoczyli się pozostali nauczyciele.

– Annabeth... – wydukałem. – Jak ci się... od kiedy tu jesteś...

– Mniej więcej od rana. – Schowała swój spiżowy sztylet. – Próbowałam znaleźć dobry moment, żeby z tobą pogadać, ale nigdy nie byłeś sam.

– Ten cień, który widziałem dziś rano... to byłaś... – Poczułem, że się rumienię. – Bogowie, to ty zaglądałaś przez moje okno?

– Nie ma czasu na wyjaśnienia! – warknęła, chociaż na jej twarzy też malowało się coś w rodzaju rumieńca. – Po prostu nie chciałam, żeby...

– Uwaga! – krzyknęła jakaś kobieta. Drzwi otwarły się i dorośli wbiegli tłumnie do sali.

– Spotkamy się na zewnątrz – powiedziała do mnie Annabeth. – On też. – Wskazała na Tysona, wciąż siedzącego w oszołomieniu pod ścianą. Rzuciła mu spojrzenie pełne niesmaku, który nie do końca rozumiałem. – Lepiej weź go z sobą.

– Że co?

– Nie ma czasu na wyjaśnienia! – odparła. – Pospiesz się!

Założyła swoją bejsbolówkę, magiczny prezent od jej matki, i natychmiast znikła.