Mroczna przepowiednia - Rick Riordan - ebook

11 osób właśnie czyta

Opis

Zeus ukarał swojego syna Apollina – boga słońca, muzyki, łucznictwa, poezji i wielu innych rzeczy – zsyłając go na ziemię w postaci niezdarnego, pryszczatego, śmiertelnego szesnastolatka imieniem Lester. Aby odzyskać miejsce na Olimpie, Apollo musi przywrócić do działania kilka Wyroczni, które znikły z radarów. Co szkodzi Wyroczniom i jak Apollo/Lester ma cokolwiek w tej sprawie zrobić pozbawiony swoich mocy?

Po serii niebezpiecznych – i, po prawdzie, upokarzających – prób w Obozie Herosów Lester musi porzucić względnie bezpieczne tereny treningowe półbogów i udać się w przerażającą podróż przez Amerykę Północną. Gdzieś na Środkowym Zachodzie ma wraz z towarzyszami odnaleźć najniebezpieczniejszą ze starożytnych Wyroczni: nawiedzoną jaskinię, która może ujawnić odpowiedź na pytanie, jak Apollo może na powrót stać się bogiem – o ile wcześniej go nie zabije albo nie wpędzi w szaleństwo. Na drodze Apollina staje drugi z członków złowrogiego Triumwiratu, rzymski cesarz, którego zamiłowanie do rozlewu krwi i widowisk czyni Nerona barankiem. Aby przeżyć to spotkanie, Apollo będzie potrzebował pomocy syna Hefajstosa Leo Valdeza, czarodziejki Kalipso, która jest teraz śmiertelniczką, spiżowego smoka Festusa i innych niespodziewanych sojuszników – po części znanych, po części nowych – ze świata herosów. Zapraszamy na przerażającą, komiczną i pełną haiku wyprawę…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 398

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


RICK RIORDAN

 II MROCZNA PRZEPOWIEDNIA

Przełożyła Agnieszka Fulińska

Kraków 2017

Tytuł oryginału

The Trials of Apollo, Book Two: The Dark Prophecy

Copyright © 2017 by Rick Riordan. All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Fulińska, 2017

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Galeria Książki, 2017

Jacket illustration © 2016 by John Rocco

Jacket design by SJI Associates, Inc.

Opracowanie redakcyjne i DTP

Pracownia Edytorska „Od A do Z” (oda-doz.pl)

Redakcja

Katarzyna Kolowca-Chmura

Korekta

Katarzyna Kierejsza

Opracowanie okładki i DTP

Stefan Łaskawiec

Opracowanie wersji elektronicznej:

Wydanie I, Kraków 2017

ISBN 978-83-65534-56-9

Wydawnictwo Galeria Książki

www.galeriaksiazki.pl

[email protected]

Dla Ursuli K. Le Guin,

która nauczyła mnie,

że reguły zmieniają się na Rubieżach

1

Lester (Apollo), wciąż człowiekMiło, że zapytałeśBogowie, nienawidzę życia

KIEDY NASZ SMOK wypowiedział wojnę Indianie, wiedziałem, że to będzie zły dzień.

Podróżowaliśmy od sześciu tygodni, ale Festus nigdy wcześ­niej nie wykazywał takiej wrogości wobec stanu. New Jersey zignorował całkowicie. Pensylwania chyba mu się spodobała, mimo że w Pittsburghu stoczyliśmy bitwę z cyklopami. Ohio jakoś tolerował, aczkolwiek napotkaliśmy tam Potinę, rzymską boginię pokarmów dla dzieci, która ścigała nas pod postacią ogromnego czerwonego termosu z wymalowaną uśmiechniętą buźką.

Tymczasem z niewiadomych powodów Festus uznał, że nie lubi Indiany. Wylądował na kopule lokalnego kapitolu, zamachał metalowymi skrzydłami i zionął ogniem, który zmiótł flagę stanową z masztu.

– Ej, chłopie! – Leo Valdez ściągnął wodze smoka. – Już to przerabialiśmy. Miałeś nie podpalać ważnych budynków publicznych!

Siedząca za Leo Kalipso chwyciła się mocniej łusek Festusa, usiłując utrzymać równowagę.

– Możemy wylądować na ziemi? Tylko tym razem łagodnie, proszę.

Jak na byłą nieśmiertelną czarodziejkę, która niegdyś władała duchami powietrza, Kalipso niezbyt przepadała za lataniem. Chłodna bryza zwiewała jej kasztanowe włosy prosto na moją twarz, przez co musiałem mrugać i pluć.

Właśnie tak, drogi czytelniku.

Ja, najważniejszy pasażer, młodzieniec, który kiedyś był przewspaniałym bogiem Apollinem, musiałem zadowolić się miejscem na końcu smoka. Och, jakież niedogodności znoszę, odkąd Zeus pozbawił mnie boskich mocy! Nie wystarczyło, że zostałem szesnastoletnim śmiertelnikiem o okropnie brzmiącym imieniu i nazwisku Lester Papadopoulos. Nie wystarczyło, że musiałem męczyć się na ziemi, dokonując (uch) heroicznych czynów, dopóki znów nie zasłużę na łaskę mojego ojca, ani że trafił mi się lekooporny trądzik. Mimo że posiadałem prawo jazdy stanu Nowy Jork, Leo Valdez nie ufał mi na tyle, by pozwolić powozić swoim powietrznym rumakiem ze spiżu!

Festus usiłował utrzymać się szponami na spatynowanym miedzianym dachu, który był za mały dla smoka jego rozmiarów. Przypomniało mi się, jak kiedyś zamontowałem na moim rydwanie słonecznym posąg muzy Kaliope naturalnej wielkości, a ciężar tej ozdoby na masce sprawił, że runąłem na łeb na szyję i spadłem na Chiny, tworząc pustynię Gobi.

Leo zerknął za siebie. Miał twarz umazaną sadzą.

– Wyczuwasz coś, Apollinie?

– Dlaczego to ja mam cokolwiek wyczuwać? To, że kiedyś byłem bogiem przepowiedni…

– To ty miewasz wizje – przypomniała mi Kalipso. – I ty powiedziałeś, że twoja przyjaciółka Meg jest gdzieś tutaj.

Poczułem ból na sam dźwięk imienia Meg.

– To nie oznacza, że jestem w stanie określić jej położenie samym umysłem! Zeus odebrał mi dostęp do GPS!

– GPS? – zapytała Kalipso.

– Globalne Pozycjonowanie Superbogów.

– Coś takiego nie istnieje!

– Dajcie spokój. – Leo poklepał smoka po szyi. – Apollinie, spróbuj, dobrze? Czy to wygląda jak miasto z twoich snów, czy nie?

Omiotłem wzrokiem horyzont.

Indiana jest płaska – porośnięte karłowatą roślinnością równiny poprzecinane autostradami, cienie zimowych chmur unoszące się nad miejską zabudową. Dookoła nas wznosiły się nieliczne wieżowce śródmieścia, góry kamienia i szkła przypominające czarno-białe kliny lukrecji. (Nie takiej pysznej lukrecji na dodatek, ale tej paskudnej, która od tysiącleci leżała w pudełku na cukierki na stoliczku macochy. I nie, Hero, dlaczego miałbym mówić o tobie?)

Po upadku na ziemię w Nowym Jorku Indianapolis wydało mi się opuszczone i nieciekawe, jakby jedna porządna dzielnica Nowego Jorku – na przykład Midtown – została rozciąg­nięta do rozmiarów całego Manhattanu, pozbawiona dwóch trzecich ludności, wyprana i odwirowana.

Nie miałem pojęcia, dlaczego złowrogi triumwirat starożytnych rzymskich cesarzy miałby interesować się takim miejscem. Nie wyobrażałem też sobie, dlaczego Meg McCaffrey miałaby zostać wysłana akurat tu, żeby mnie schwytać. Niemniej moja wizja była jasna. Widziałem właśnie te wieżowce. Słyszałem rozkaz wydany Meg przez mojego starego wroga Nerona: „Udaj się na zachód. Schwytaj Apollina, zanim zdoła odnaleźć następną Wyrocznię. Jeśli nie będziesz mogła przyprowadzić mi go żywego, zabij go”.

Wiecie, co w tym jest naprawdę smutne? Meg była jedną z moich lepszych kumpelek. Była również herosem, który miał nade mną władzę, co zawdzięczam pokręconemu poczuciu humoru Zeusa. Dopóki pozostawałem śmiertelnikiem, Meg mogła mi kazać zrobić cokolwiek, nawet się zabić… Nie. Nie myślmy lepiej o takich możliwościach.

Poprawiłem się na metalowym siedzisku. Po tylu tygodniach podróży byłem zmęczony i bolał mnie tyłek. Chciałem znaleźć jakieś bezpieczne miejsce i odpocząć. A to nie było odpowiednie miasto. Coś w krajobrazie, który mieliśmy pod sobą, sprawiało, że byłem równie niespokojny jak Festus.

Niestety byłem również pewny, że to tu właśnie mieliśmy się znaleźć. Pomimo niebezpieczeństwa, gdybym miał szansę zobaczyć znów Meg McCaffrey, wyrwać ją ze szponów złowrogiego ojczyma, musiałbym spróbować.

– To jest to miejsce – powiedziałem. – Sugeruję wylądować na ziemi, zanim ta kopuła zapadnie się pod nami.

– Już to mówiłam – burknęła po minojsku Kalipso.

– Och, wybacz mi, czarodziejko! – odparłem w tym samym języku. – Może gdybyś miała pomocne wizje, częściej bym cię słuchał!

Kalipso nazwała mnie na kilka sposobów, które przypomniały mi, jak bardzo obrazowy był język minojski, zanim stał się martwy.

– Ej, wy dwoje – wtrącił się Leo. – Żadnych starożytnych języków. Hiszpański albo angielski, proszę. Albo maszynowy.

Festus zaskrzypiał na znak zgody.

– Wszystko w porządku, chłopie – zwrócił się do niego Valdez. – Jestem pewny, że nie chcieli nas wykluczyć. A teraz sfruniemy na ulicę, co?

Rubinowe oczy Festusa rozbłysły. Metalowe zębiska zawirowały jak świdry. Wyobraziłem sobie, że pomyślał: Chwilowo nie miałbym nic przeciwko Illinois.

Zamachał jednak skrzydłami i zeskoczył z kopuły. Runęliśmy w dół i wylądowaliśmy przed kapitolem z impetem zdolnym roztrzaskać chodnik. Gałki oczne podskakiwały mi jak napełnione wodą balony.

Festus kołysał łbem na boki, a z nozdrzy unosił mu się dym.

Nie dostrzegałem bezpośrednich zagrożeń. Po West Washington Street sunęły leniwie samochody. Mijali nas piesi: kobieta w średnim wieku w kwiecistej sukience, potężnie zbudowany policjant niosący papierowy kubek na kawę z napisem: „CAFÉ PATACHOU”, elegancki mężczyzna w niebieskim garniturze z kory.

Człowiek w niebieskim zamachał do nas uprzejmie.

– Dzień dobry.

– Siema, chłopie! – odkrzyknął Leo.

Kalipso przechyliła głowę.

– Dlaczego on był taki przyjacielski? Nie widzi, że siedzimy na grzbiecie pięćdziesięciotonowego metalowego smoka?

Leo rozpromienił się.

– To Mgła, słonko. Miesza w umysłach śmiertelników. Sprawia, że potwory wyglądają jak bezpańskie psy. Miecze jak parasolki. A ja staję się jeszcze przystojniejszy niż zwykle!

Kalipso dała mu kuksańca w bok.

– Au! – jęknął Leo.

– Wiem, czym jest Mgła, Leonidasie…

– Ej, mówiłem, żebyś się tak do mnie nie zwracała.

– …ale Mgła musi być tu bardzo silna, skoro jest w stanie ukryć potwora wielkości Festusa z tak niewielkiej odległości. Apollinie, nie uważasz tego za troszkę dziwne?

Przyglądałem się przechodniom.

To prawda, widywałem miejsca, gdzie Mgła była szczególnie gęsta. Pod Troją niebo nad polem bitwy było tak napakowane bogami, że nie dało się skręcić rydwanem, nie wpadając na inne bóstwo, a jednak Trojanie i Grecy dostrzegali jedynie przebłyski naszej obecności. Na Three Mile Island w 1979 roku śmiertelnicy jakoś zdołali zignorować fakt, że wyciek nuklearny został spowodowany przez wielki pojedynek na piły łańcuchowe między Aresem a Hefajstosem. (O ile pamiętam, Hefajstos obraził dżinsowe dzwony Aresa).

Mimo to nie wydawało mi się, żeby gęsta Mgła stanowiła w tym miejscu główny problem. Niepokoiło mnie coś w tutejszych mieszkańcach. Ich twarze były zbyt spokojne. Lekko nieobecne uśmiechy przypominały mi starożytnych Ateńczyków tuż przed Wielkimi Dionizjami – wszyscy w doskonałym nastroju, roztargnieni, myślący już o zbliżających się pijackich burdach i rozpuście.

– Powinniśmy zejść z widoku publicznego – oznajmiłem. – Może…

Festus zachwiał się i otrząsnął jak zmoczony pies. Z jego piersi dobiegł dźwięk przypominający przerwanie łańcucha rowerowego.

– Au, nie teraz – powiedział Leo. – Wszyscy zsiadać!

Kalipso i ja szybko zeskoczyliśmy na ziemię.

Leo pobiegł przed Festusa i rozłożył ręce w klasycznej pozie ujeżdżacza smoków.

– Ej, chłopie, wszystko w porządku! Muszę tylko na moment cię wyłączyć, okej? Krótka chwila, żeby…

Festus zionął snopem ognia, który pochłonął Leo. Na szczęście Valdez jest ognioodporny. Ale jego ciuchy nie. Z tego co mówił mi Leo, był zasadniczo w stanie chronić swoje ubranie, kiedy się skoncentrował. Jeśli jednak został wzięty z zaskoczenia, nie zawsze to działało.

Gdy płomienie znikły, Leo stał przed nami jedynie w azbestowych bokserkach, przepasany swoim magicznym pasem z narzędziami i w dymiących, częściowo stopionych trampkach.

– Niech to! – jęknął. – Festus, tu jest zimno!

Smok zachwiał się. Leo skoczył do niego i przełożył dźwignię znajdującą się za lewą przednią łapą. Festus zaczął się składać.

Jego skrzydła, łapy, szyja i ogon schowały się we wnętrzu ciała, a spiżowe blachy zachodziły jedna na drugą, składając się do środka. W kilka sekund nasz przyjaciel robot zmniejszył się do rozmiarów sporej spiżowej walizki.

To oczywiście powinno być niemożliwe z punktu widzenia nauki, ale podobnie jak każdy przyzwoity bóg, heros czy inżynier Leo Valdez nie pozwalał, by ograniczały go prawa fizyki.

Spojrzał krzywo na swoją nową sztukę bagażu.

– Ludzie… myślałem, że naprawiłem jego żyrokondensator. Obawiam się, że tu ugrzęźliśmy, dopóki nie znajdę sklepu z częściami zamiennymi.

Kalipso skrzywiła się. Jej różowa kurtka narciarska połyskiwała rosą z chmur, przez które przelatywaliśmy.

– A kiedy już znajdziesz ten sklep, ile zajmie ci naprawa Festusa?

Leo wzruszył ramionami.

– Dwanaście godzin? Piętnaście? – Nacisnął guzik na boku walizki. Pojawił się uchwyt. – Nieźle byłoby też namierzyć sklep z męskimi ubraniami.

Wyobraziłem sobie, jak wchodzimy do T.K. Maxxa z Valdezem w bokserkach i stopionych trampkach, ciągnącym za sobą spiżową walizkę. Nie rozbawiła mnie ta perspektywa.

W tej samej chwili usłyszeliśmy głos dobiegający od strony chodnika:

– Cześć!

Kobieta w kwiecistej sukience wróciła. W każdym razie ktoś, kto wyglądał jak ta kobieta. Albo też mnóstwo pań w Indianapolis nosiło sukienki w fioletowo-żółty wzór wiciokrzewu i tapirowane fryzury w stylu lat pięćdziesiątych.

Uśmiechnęła się z nieobecnym wyrazem twarzy.

– Piękny poranek!

Po prawdzie poranek był paskudny: zimny, pochmurny, a w powietrzu czuło się nadciągającą śnieżycę. Uznałem jednak, że nie byłoby uprzejmie całkowicie zignorować tę kobietę.

Pomachałem do niej tak, jak zwykłem machać do wyznawców, kiedy czołgali się przed moim ołtarzem. Jak dla mnie przekaz był jasny: zobaczyłem cię, nędzny śmiertelniku, a teraz spadaj. Bogowie rozmawiają.

Kobieta nie zrozumiała aluzji. Podeszła bliżej i stanęła przed nami. Nie była bardzo duża, ale coś było nie tak z jej proporcjami. Ramiona wydawały się zbyt szerokie w stosunku do głowy. Pierś i brzuch wylewały się pofałdowaną masą, jakby wepchnęła pod sukienkę worek owoców. Z chudymi rękami i nogami przypominała ogromnego chrząszcza. Gdyby kiedykolwiek się przewróciła, raczej niełatwo byłoby się jej podnieść.

– Ojej! – Chwyciła obiema rękami torebkę. – Ależ z was słodkie dzieciaczki!

Jej szminka i cienie na powiekach były we wściekle fioletowym kolorze. Zastanawiałem się, czy jej mózg otrzymuje wystarczającą dawkę tlenu.

– Proszę pani, nie jesteśmy dziećmi. – Mogłem dodać, że mam ponad cztery tysiące lat, a Kalipso jest jeszcze starsza, ale postanowiłem sobie darować. – Jeśli pani pozwoli, musimy naprawić walizkę, a mój przyjaciel bardzo potrzebuje nowych spodni.

Usiłowałem ją wyminąć, ale zablokowała mi drogę.

– Nie możecie jeszcze iść, moi drodzy! Nie powitaliśmy was przecież w Indianie! – Wyjęła z torebki smartfon. Ekran był jasny, jakby już wybrała numer. – Tak, to on – powiedziała do telefonu. – Wszyscy do mnie. Apollo przybył!

Zatkało mnie.

W dawnych czasach spodziewałbym się, że zostanę rozpoznany, kiedy tylko zjawię się w mieście. Oczywiście mieszkańcy przybiegną, by mnie witać. Będą śpiewać, tańczyć i rzucać mi pod nogi kwiaty. I natychmiast zabiorą się za budowę nowej świątyni.

Ale bycie Lesterem Papadopoulosem nie gwarantowało takiego przyjęcia. Nie wyglądałem wcale jak dawny prześwietny ja. To, że mieszkańcy Indiany rozpoznali mnie pomimo potarganych włosów, trądziku i oponki na brzuchu, było jednocześnie obraźliwe i przerażające. Co jeśli wystawią posąg przedstawiający mnie w obecnej formie – ogromnego złotego Lestera w samym środku miasta? Inni bogowie nigdy nie dadzą mi spokoju!

– Proszę pani – powiedziałem. – Obawiam się, że pomyliła mnie pani…

– Nie bądź taki skromny! – Kobieta odrzuciła telefon i torebkę. Chwyciła mnie za rękę z siłą ciężarowca. – Nasz pan będzie zachwycony, mogąc mieć na ciebie oko. I mów mi, proszę, Nanette.

Kalipso ruszyła do ataku. Albo zamierzała mnie bronić (mało prawdopodobne), albo nie przepadała za imieniem Nanette. Uderzyła kobietę pięścią w twarz.

Samo to mnie nie zaskoczyło. Po tym jak utraciła nieśmiertelne moce, Kalipso usiłowała obecnie opanować inne umiejętności. Jak do tej pory nie wyszło jej z mieczami, włóczniami, shurikenami, batami i komiczną improwizacją. (Szczerze jej współczułem). Dziś postanowiła spróbować rękoczynów.

Zaskoczyło mnie głośne TRZASK, jakie wydała jej pięść w zetknięciu z twarzą Nanette – był to odgłos łamiących się paliczków.

– Au! – Kalipso cofnęła się, chwytając się za dłoń.

Głowa Nanette odchyliła się. Kobieta puściła mnie, usiłując złapać własną twarz, ale było już za późno. Głowa spadła z ramion. Z brzękiem potoczyła się po chodniku, wciąż mrugając i wykrzywiając fioletowe wargi. Jej podstawa była wykonana z gładkiej stali nierdzewnej. Za pomocą taśmy izolacyjnej doczepiono do niej włosy i spinki.

– Na Hefajstosa! – Leo podbiegł do Kalipso. – Kobieto, połamałaś swoją twarzą palce mojej dziewczyny. Czym ty jesteś? Automatonem?

– Nie, mój drogi – odparła zdekapitowana Nanette. Jej stłumiony głos nie dobywał się ze stalowej głowy leżącej na chodniku. Dochodził skądś wewnątrz sukienki. Tuż nad kołnierzykiem, gdzie niegdyś była szyja, w spinki zaplątał się kosmyk cienkich jasnych włosów. – I muszę dodać, że uderzanie mnie nie było zbyt uprzejme.

Poniewczasie uświadomiłem sobie, że metalowa głowa była przebraniem. Tak jak satyrowie ukrywają kopyta w ludzkich butach, ten stwór udawał śmiertelnika za pomocą ludzkiej twarzy. A jego głos dochodził z okolic brzucha, co oznaczało…

Kolana się pode mną ugięły.

– Jesteś blemmejem – powiedziałem.

Nanette zachichotała. Jej wylewający się brzuch przesunął się pod tkaniną. Rozdarła sukienkę – porządnej mieszkance Środkowego Zachodu nawet nie przeszłoby to przez myśl – i ukazała swoje prawdziwe oblicze.

Z miejsca, gdzie normalnie znajdowałby się stanik, gapiły się na mnie ogromne, wyłupiaste oczy. Z mostka wystawał wielki, lśniący nos. Brzuch przecinała ohydna gęba – połyskujące pomarańczowe wargi i zęby jak rozłożone karty do gry pozbawione obrazków.

– Tak, mój drogi – oznajmiła twarz. – I aresztuję was w imieniu Triumwiratu!

Na całej Washington Street miło wyglądający przechodnie odwrócili się i zaczęli maszerować w naszym kierunku.

2

Bezgłowi faceci i babkiNie lubię aury MidwestuO, patrzcie – serowa zjawa

„RANY, APOLLINIE”, myślicie sobie pewnie. „Dlaczego po prostu nie chwyciłeś za łuk i nie zastrzeliłeś jej? Albo też nie oczarowałeś jej piosenką do wtóru twojego bitewnego ukulele?”

Prawda, oba te przedmioty miałem przerzucone przez plecy wraz z kołczanem. Niestety nawet broń herosów wymaga odpowiedniego obchodzenia się. Moje dzieci Kayla i Aus­tin wytłumaczyły mi to, zanim opuściłem Obóz Herosów. Nie mogłem po prostu dobyć łuku i kołczana z powietrza, jak w czasach kiedy byłem bogiem. Nie mogłem zażyczyć sobie, żeby ukulele znalazło się w moich rękach idealnie nastrojone.

Moja broń i instrument muzyczny były starannie owinięte w impregnowaną tkaninę. Inaczej lot przez wilgotne zimowe niebo wykrzywiłby łuk, zniszczył strzały i zrujnował na amen struny ukulele. Wydobycie któregokolwiek z tych przedmiotów zajęłoby kilka minut, a ja ich nie miałem. Poza tym wątpię, żebym zdołał coś nimi zdziałać przeciwko blemmejowi.

Nie miałem z tymi stworami do czynienia od czasów Juliusza Cezara, a byłbym całkiem szczęśliwy, gdybym mógł nie widzieć żadnego z nich przez kolejne dwa tysiąclecia.

Jak bóg poezji i muzyki może oddziałać na gatunek, którego uszy są wepchnięte pod pachy? Na dodatek blemmjowie nie mają szacunku dla łucznictwa i nie boją się strzał. To specjaliści od walki wręcz o wyjątkowo twardej skórze. Są nawet odporni na większość chorób, co oznacza, że nigdy nie wzywają mojej pomocy medycznej ani też nie boją się niosących zarazę bełtów. A co najgorsze, są pozbawieni poczucia humoru i wyobraźni. Nie interesuje ich przyszłość, więc nie rozumieją, po co komu Wyrocznie i przepowiednie.

Krótko mówiąc, trudno byłoby stworzyć rasę mniej odpowiadającą takiemu atrakcyjnemu i wszechstronnie utalentowanemu bogu jak ja. (Wierzcie mi, Ares próbował. Ci osiemnastowieczni hescy najemnicy, których wyszykował? Uch. Jerzy Waszyngton i ja mieliśmy z nimi niezły kłopot).

– Leo, uruchom smoka – poleciłem.

– Dopiero co wprowadziłem go w tryb snu.

– Szybko!

Leo zaczął majstrować przy guzikach walizki. Nic się nie stało.

– Mówiłem ci, chłopie. Nawet gdyby Festus nie miał awarii, naprawdę trudno go obudzić, kiedy już zaśnie.

Cudownie, pomyślałem. Kalipso pochylała się nad dłonią z połamanymi palcami, mamrocząc minojskie niecenzuralne słowa. Leo dygotał w samej bieliźnie. A ja… cóż, ja byłem Lesterem. Na dodatek zamiast stawiać czoła nieprzyjaciołom z ogromnym, ziejącym ogniem automatonem u boku, musieliśmy uczynić to, mając do dyspozycji nieporęczny metalowy bagaż.

Natarłem na blemmejkę.

– ODEJDŹ, wstrętna Nanette! – Usiłowałem przywołać mój dawny boski głos gniewu. – Spróbuj choćby dotknąć ponownie mojej boskiej osoby, a zostaniesz UNICESTWIONA!

Kiedy byłem bogiem, taka groźba wystarczyłaby, żeby cała armia posikała się w majtki. Nanette tylko zamrugała brązowymi krowimi oczami.

– Nie rób kłopotów – powiedziała. Jej usta były groteskowo fascynujące; było to jak przyglądanie się chirurgicznemu cięciu, kiedy służy się za manekin. – Poza tym, kochaniutki, nie jesteś już bogiem.

Dlaczego wszyscy uparli się, żeby mi to przypominać?

Kolejni mieszkańcy Indianapolis zbliżali się do nas. Po stopniach kapitolu zbiegli dwaj policjanci. Na rogu Senate Avenue trójka pracowników zakładów oczyszczania opuściła śmieciarkę i kroczyła ku nam, dzierżąc wielkie metalowe kontenery. Z drugiej strony trawnikiem nadciągało kilku mężczyzn w biurowych garniturach.

Leo zaklął.

– Czy wszyscy w tym mieście mają metal w głowach? I nie mam na myśli heavymetalowców.

– Wyluzuj, cukiereczku – powiedziała Nanette. – Poddajcie się, a nie będziemy musieli bardzo was skrzywdzić. To robota cesarza!

Mimo połamanej dłoni Kalipso najwyraźniej nie miała ochoty się poddawać. Z bojowym okrzykiem rzuciła się ponownie na Nanette, tym razem wymierzając w wielki nochal blemmeja kopniaka karate.

– Nie! – krzyknąłem, ale za późno.

Jak już wspominałem, blemmjowie to twarde sztuki. Trudno ich zranić, a jeszcze trudniej zabić. Stopa Kalipso trafiła w cel, a jej kostka wygięła się z paskudnym trzaskiem. Kalipso osunęła się na ziemię, jęcząc z bólu.

– Kal! – Leo rzucił się do niej. – Stój, torsogłowo!

– Jak ty się wyrażasz, chłopcze – upomniała go Nanette. – Obawiam się, że teraz będę musiała cię rozdeptać.

Uniosła stopę w lakierowanej szpilce, ale Leo okazał się szybszy. Przywołał kulę ognia i cisnął nią jak piłką, trafiając Nanette dokładnie między umiejscowione na torsie ogromne oczy.

Płomień otoczył ją, podpalając brwi i kwiecistą sukienkę.

Nanette wrzasnęła i zachwiała się, a Leo krzyknął:

– Pomóż mi, Apollo!

Uświadomiłem sobie, że stoję na środku chodnika jak wmurowany, co byłoby właściwe, gdybym oglądał przebieg tych wydarzeń z bezpiecznej odległości mojego tronu na Olimpie. Niestety znajdowałem się dużo niżej, w okopach wraz z pomniejszymi istotami. Pomogłem Kalipso podnieść się na nogi (a konkretnie na jedyną zdrową nogę). Ja i Leo zarzuciliśmy sobie jej ręce na ramiona (darła się niemiłosiernie, kiedy przypadkiem chwyciłem ją za połamaną dłoń) i usiłowaliśmy odkuśtykać.

Po jakichś dziesięciu metrach Leo zatrzymał się nagle.

– Zapomniałem zabrać Festusa!

– Zostaw go – rzuciłem.

– Co?

– Nie damy rady z nim i Kalipso! Wrócimy później. Może blemmjowie nie zwrócą na niego uwagi.

– A jeśli wymyślą, jak go otworzyć? – panikował Leo. – Jeśli zrobią mu krzywdę…

– WRRR! – Nanette zdarła z siebie resztki płonącej sukienki. Od pasa w dół ciało miała pokryte jasnym, kudłatym futrem, trochę jak u satyrów. Jej brwi dymiły, ale poza tym twarz nie ucierpiała. Splunęła popiołem i rzuciła nam pełne złości spojrzenie. – To nie było miłe! BRAĆ ICH!

Biznesmeni prawie już się z nami zrównali, co przekreślało wszelkie nadzieje powrotu po Festusa i niezostania złapanym.

Wybraliśmy jedyną dostępną opcję bohaterstwa: ruszyliśmy biegiem.

Nie czułem się równie skrępowany od czasu trójnożnego wyścigu śmierci z Meg McCaffrey w Obozie Herosów. Kalipso usiłowała pomagać, kicając niczym na skoczku pogo między Leo a mną, ale ilekroć uraziła złamaną stopę lub dłoń, wrzeszczała i opierała się na nas.

– P-przepraszam, chłopcy – wymamrotała z twarzą pokrytą potem. – Chyba nie jestem stworzona do walki wręcz.

– Ja też nie – przyznałem. – Może Leo zdoła ich powstrzymać, podczas gdy…

– Ej, nie licz na mnie – burknął Leo. – Jestem tylko mechanikiem, któremu zdarza się czasem rzucić kulą ognia. Nasz wojownik ugrzązł na tyłach w trybie walizki.

– Wleczmy się szybciej – zaproponowałem.

Dotarliśmy żywi do ulicy tylko dlatego, że blemmjowie poruszali się bardzo wolno. Podejrzewam, że ja też byłbym powolny, gdybym musiał utrzymywać sztuczną metalową głowę na mojej, hm, głowie, ale nawet bez przebrań blemmjowie nie są równie szybcy jak silni. Ich fatalne postrzeganie głębi sprawia, że chodzą z przesadną ostrożnością, jakby ziemia była wielowarstwowym hologramem. Gdybyśmy tylko byli w stanie ich prześcignąć…

– Dzień dobry! – Po naszej prawej stronie pojawił się policjant z pistoletem. – Stać albo będę strzelał! Dziękuję!

Leo wyciągnął z pasa z narzędziami zakorkowaną butelkę i cisnął ją pod nogi funkcjonariusza, wokół którego eksplodowały zielone płomienie. Tamten upuścił pistolet. Zaczął zdzierać z siebie płonący mundur, ukazując torsogłowę o krzaczastych piersiowych brwiach i brzusznej brodzie błagającej o maszynkę do golenia.

– Fuj! – jęknął Leo. – Miałem nadzieję, że to blemmej. To była moja ostatnia fiolka greckiego ognia. A nie jestem w stanie rzucać kulami ognia, jeśli nie chcę zemdleć, więc…

– Musimy znaleźć schronienie – powiedziała Kalipso.

Rozsądna rada, ale schronienie wydawało się koncepcją nieznaną w Indianie. Ulice były szerokie i proste, tereny płaskie, ludzie nieliczni, widoki bezkresne. Skręciliśmy w ulicę South Capitol. Zerknąłem za siebie i zobaczyłem doganiający nas tłum przechodniów z uśmiechniętymi fałszywymi głowami. Robotnik budowlany zatrzymał się, żeby oderwać zderzak od furgonetki, po czym dołączył na powrót do parady, przerzuciwszy sobie tę zaimprowizowaną maczugę przez ramię.

Zwykli śmiertelnicy tymczasem – w każdym razie ci, którzy nie wydawali się chwilowo zainteresowani zabijaniem nas – zajmowali się swoimi sprawami, rozmawiali przez telefony, czekali na światłach, sączyli kawę w pobliskich kawiarniach, zupełnie nie zwracając na nas uwagi. Przy skrzyżowaniu na skrzynce po mleku siedział owinięty w kilka koców bezdomny, który poprosił o jakieś drobniaki. Oparłem się pokusie powiedzenia mu, że drobniaki nadchodzą szybkim krokiem za nami, dzierżąc pełny asortyment broni.

Serce mi waliło. Nogi się pode mną trzęsły. Nienawidziłem mojego ludzkiego ciała. Doświadczałem tylu przykrych rzeczy, jak strach, chłód, mdłości i odruch skomlenia: „Proszę, nie zabijaj mnie!”. Gdyby tylko Kalipso nie miała złamanej kostki, poruszalibyśmy się szybciej, ale nie bardzo mogliśmy ją zostawić. Nie żebym jakoś szczególnie przepadał za Kalipso, wiecie, ale zdołałem już przekonać Leo do porzucenia jego smoka. Nie chciałem kusić losu.

– Tam! – Czarodziejka wskazała podbródkiem na coś, co wyglądało jak uliczka dostawcza na tyłach hotelu.

Wzdrygnąłem się na wspomnienie mojego pierwszego dnia w roli Lestera Papadopoulosa w Nowym Jorku.

– A co jeśli to się okaże ślepym zaułkiem? Kiedy ostatnio znalazłem się w ślepym zaułku, sprawy nie potoczyły się zbyt szczęśliwie.

– Spróbujmy – odparł Leo. – Może uda nam się tam schować albo… Nie wiem.

„Nie wiem” brzmiało jak marny plan awaryjny, ale nie miałem nic lepszego do zaproponowania.

Dobra wiadomość: uliczka nie była ślepym zaułkiem. Wyraźnie widziałem wylot na samym jej końcu. Zła wiadomość: bramy dostawcze na tyłach hotelu były zamknięte, więc nie mieliśmy gdzie się schować, a po drugiej stronie uliczki stały rzędem kontenery na śmieci. Och, kontenery! Jakże ja ich nienawidziłem!

Leo westchnął.

– Możemy wskoczyć do…

– Nie! – prychnąłem. – Nigdy więcej!

Przedzieraliśmy się przez uliczkę tak szybko, jak byliśmy w stanie. Usiłowałem uspokoić nerwy, układając w myślach sonet o sposobach, jakich zagniewany bóg może użyć, by zniszczyć kontenery na śmieci. Pochłonęło mnie to tak bardzo, że nie zauważałem tego, co znajdowało się przed nami, dopóki Kalipso nie krzyknęła.

Leo zatrzymał się.

– Co u…? Hijo[1].

Upiór świecił słabym światłem w kolorze imbiru. Miał na sobie tradycyjny chiton, sandały i miecz w pochwie niczym grecki wojownik w sile wieku… jeśli nie liczyć tego, że był pozbawiony głowy. Jednakowoż w przeciwieństwie do blemmjów ta osoba niewątpliwie była kiedyś człowiekiem. Widmowa krew spływała z odciętej szyi, plamiąc jaskrawopomarańczową tunikę.

– Duch w kolorze sera – stwierdził Leo.

Zjawa uniosła rękę, zapraszając nas do podejścia bliżej.

Ponieważ nie urodziłem się śmiertelnikiem, nie lękam się jakoś szczególnie umarłych. Jak się widziało jedną udręczoną duszę, to się widziało wszystkie. Coś jednak w tym duchu mnie niepokoiło. Jakby poruszył dawne wspomnienia, poczucie winy sprzed tysięcy lat…

Za nami głosy blemmjów stawały się coraz głośniejsze. Słyszałem, jak wykrzykują: „Dzień dobry!” i „Przepraszam!”, i „Cudny dzień!” do innych Indiańczyków.

– Co robimy? – zapytała Kalipso.

– Idziemy za zjawą – odparłem.

– Co? – jęknął Leo.

– Idziemy za zjawą w kolorze sera. Jak to ty mawiasz: „Vaya con queso[2]”.

– To jest żart, ese[3].

Pomarańczowy duch kiwnął ponownie ręką, po czym popłynął w powietrzu ku wyjściu z uliczki.

Za nami jakiś męski głos krzyknął:

– Tu jesteście! Piękna pogoda, nieprawdaż?

Odwróciłem się i ujrzałem szybujący ku nam zderzak furgonetki.

– Na ziemię!

Przewróciłem Kalipso i Leo, co wywołało kolejne głośne jęki bólu ze strony czarodziejki. Zderzak przefrunął nad naszymi głowami i wbił się w kontener na śmieci, który wybuchł fajerwerkiem śmieciowego konfetti.

Zdołaliśmy wstać. Kalipso dygotała i nie skarżyła się już na ból. Byłem absolutnie przekonany, że zaraz dostanie ataku paniki.

Leo z pasa z narzędziami wyciągnął pistolet do zszywek.

– Idźcie dalej. Będę ich powstrzymywał, jak długo zdołam.

– Co im zrobisz? – zapytałem. – Posortujesz i pozszywasz?

– Będę w nich rzucał różnymi przedmiotami! – warknął Leo. – Chyba że masz lepszy pomysł?

– Prze-przestańcie obaj – wyjąkała Kalipso. – N-nie zostawiamy nikogo z tyłu. Ruszamy. Lewa, prawa, lewa, prawa.

Wychynęliśmy z uliczki na otwarty owalny plac. Och, czemu ci Indiańczycy nie potrafią zbudować porządnego miasta z wąskimi, krętymi uliczkami, mnóstwem ciemnych zaułków i może jeszcze z odpowiednio rozmieszczonymi bunkrami przeciwbombowymi!

Pośrodku pierścienia jezdni stała fontanna otoczona uśpionymi klombami kwiatowymi. Na północ od nas wznosiły się bliźniacze wieże kolejnego hotelu. Na południu górował starszy i bardziej monumentalny budynek z czerwonej cegły i granitu – zapewne dworzec kolejowy z epoki wiktoriańskiej. Po jednej stronie tej budowli wznosiła się na jakieś siedemdziesiąt metrów w górę wieża zegarowa. Nad głównym wejściem pod marmurowym łukiem lśniła w ramie z zaśniedziałej miedzi ogromna rozeta, niczym witrażowa wersja tablicy do rzutek, w które grywaliśmy co tydzień na Olimpie.

To wspomnienie przyprawiło mnie o nagły atak nostalgii. Dałbym wszystko, żeby znaleźć się w domu podczas wieczoru gier, nawet gdyby miało to oznaczać wysłuchiwanie przechwałek Ateny na temat jej wyników w scrabblach.

Omiotłem plac wzrokiem. Nasz widmowy przewodnik jakby zniknął.

Dlaczego nas tu przyprowadził? Mamy spróbować z hotelem? A może z dworcem kolejowym?

Pytania te okazały się nieaktualne, kiedy otoczył nas tłum blemmjów.

Wypadli z uliczki za nami. Na rondo obok dworca wjechał radiowóz. Przed wejściem do hotelu zatrzymał się buldożer, którego operator machał do nas, wykrzykując radośnie:

– Cześć! Zaraz was rozjadę!

Wszystkie wyjścia z placu zostały szybko zablokowane.

Poczułem spływający po karku strumyczek lodowatego potu. Uszy wypełnił mi irytujący jazgot, który, jak się okazało, był wewnętrznym skomleniem: Proszę, nie zabijaj mnie, proszę, nie zabijaj mnie.

Nie umrę tutaj, przyrzekłem sobie. Jestem zbyt ważny, żeby pójść do piachu w Indianie.

Ale moje drżące nogi i szczękające zęby zdawały się mieć inne zdanie.

– Ktoś ma jakiś pomysł? – zapytałem towarzyszy. – Błyskot­liwy pomysł poproszę.

Kalipso wyglądała tak, jakby jej najbardziej błyskotliwym pomysłem było chwilowo powstrzymać się od wymiotów. Leo ważył w ręce pistolet do zszywek, który jednak nie robił wrażenia na blemmjach.

Spośród tłumu wyłoniła się nasza stara znajoma Nanette z wyszczerzoną w uśmiechu torsotwarzą. Jej lakierowane szpilki kłóciły się okropnie z jasnym futrem na nogach.

– Jejku, niech was, kochaniutcy, czuję się nieco urażona. – Chwyciła najbliższy znak drogowy i jedną ręką wyrwała go z ziemi. – A teraz, proszę, nie ruszajcie się, dobrze? Zamierzam jedynie rozwalić wam tym głowy.

3

Moje ostatnie przedstawienieStara kobieta rzuca mikrofonemZabija wszystkich

ZAMIERZAŁEM WŁAŚNIE uruchomić Plan Obronny Omega – upaść na kolana i błagać o litość – kiedy Leo ocalił mnie przed tą żenadą.

– Buldożer – szepnął.

– To hasło? – zapytałem.

– Nie. Przekradnę się do buldożera. Wy dwoje odwracajcie uwagę metalogłowych.

Zrzucił na mnie cały ciężar Kalipso.

– Zwariowałeś? – syknęła.

Leo posłał jej pospieszne spojrzenie, które miało zapewne znaczyć: Zaufaj mi! Odwróć ich uwagę! Następnie zrobił ostrożnie krok w bok.

– Och! – Nanette się rozpromieniła. – Chcesz umrzeć jako pierwszy na ochotnika, niski herosie? To ty rzuciłeś we mnie ogniem, więc ma to sens.

Cokolwiek Leo zamierzał, uznałem, że jego plan pójdzie się bujać, jeśli zacznie się wykłócać z Nanette o swój wzrost. (Leo jest nieco czuły na punkcie nazywania go niskim). Na szczęście posiadam wrodzony talent zwracania na siebie powszechnej uwagi.

– Ja zgłaszam się na ochotnika na śmierć! – krzyknąłem.

Cały tłum skierował spojrzenia na mnie. W duchu przekląłem się za dobór słów. Powinienem był zgłosić się na ochotnika do czegoś łatwiejszego, jak pieczenie ciasta albo sprzątanie po egzekucji.

Często nie namyślam się nad tym, co mówię. Zazwyczaj to działa. Czasami prowadzi do improwizacyjnych arcydzieł, jak renesans albo ruch bitników. Miałem nadzieję, że teraz też tak będzie.

– Ale najpierw – dodałem – wysłuchajcie mojego wołania, o miłosierni blemmjowie!

Policjant, którego wcześniej podpalił Leo, opuścił lufę pistoletu. Nieco iskier greckiego ognia wciąż pełgało po jego brzusznej brodzie.

– Co rozumiesz przez wysłuchanie wołania?

– Cóż – odparłem – zwyczajowo wysłuchuje się ostatnich słów umierającego człowieka… albo boga czy herosa, albo… Za kogo ty się uważasz, Kalipso? Tytankę? Półtytankę?

Kalipso odchrząknęła, wydając odgłos, który zabrzmiał podejrzanie podobnie jak „idiota”.

– Apollo chciał powiedzieć, o miłosierni blemmjowie, że etykieta wymaga, abyście udzielili nam prawa do ostatniego słowa, zanim nas zabijecie. Jestem przekonana, że nie będziecie chcieli być nieuprzejmi.

Blemmjowie wpadli w osłupienie. Znikły ich miłe uśmiechy, mechaniczne głowy kiwały się. Nanette wystąpiła naprzód z rękami uniesionymi w uspokajającym geście.

– Nie, doprawdy! Jesteśmy bardzo uprzejmi.

– Niezwykle uprzejmi – potaknął policjant.

– Dziękuję – powiedziała Nanette.

– Bardzo prosimy.

– A zatem słuchajcie! – krzyknąłem. – Przyjaciele, przywrogowie, blemmjowie… nadstawcie pach i wysłuchajcie mojej żałosnej opowieści!

Leo przesunął się znów o krok do tyłu, trzymając ręce w kieszeniach pasa z narzędziami. Jeszcze jakieś pięćdziesiąt siedem albo osiem kroków i znajdzie się koło buldożera. Cudownie.

– Jestem Apollo! – zacząłem. – Były bóg! Spadłem z Olimpu, zesłany przez Zeusa, niesprawiedliwie oskarżony o wywołanie wojny z gigantami!

– Zaraz zwymiotuję… – mruknęła Kalipso. – Daj mi usiąść.

– Wybijasz mnie z rytmu.

– A ty rozwalasz moje bębenki. Daj mi usiąść!

Posadziłem Kalipso na cembrowinie fontanny.

Nanette uniosła znak drogowy.

– To wszystko? Mogę was teraz zabić?

– Nie, nie! – krzyknąłem. – Ja tylko… posadziłem Kalipso, żeby… żeby mogła być moim chórem. Dobre greckie przedstawienie nie może się obejść bez chóru.

Dłoń Kalipso przypominała zgnieciony bakłażan. Kostka jej spuchła nad tenisówką. Nie miałem pojęcia, jak udawało jej się zachowywać przytomność, a co dopiero występować jako chór, ale wciągnęła z drżeniem powietrze do płuc i pokiwała głową.

– Gotowa.

– Słuchajcie! – zawołałem. – Przybyłem do Obozu Herosów jako Lester Papadopoulos!

– Nędzny śmiertelnik! – zawtórowała Kalipso. – Najżałoś­niejszy z nastolatków!

Rzuciłem jej gniewne spojrzenie, ale nie śmiałem ponownie przerywać występu.

– Pokonałem wiele przeciwności wraz z mą towarzyszką Meg McCaffrey!

– Znaczy swoją panią! – dodała Kalipso. – Dwunastoletnią dziewczynką! Spójrzcie na jej nędznego niewolnika Lestera, najżałośniejszego z nastolatków!

Policjant parsknął z niecierpliwością.

– Wiemy o tym wszystkim. Cesarz nam opowiedział.

– Cii – upomniała go Nanette. – Nie bądź niegrzeczny.

Położyłem sobie dłoń na piersi.

– Zabezpieczyliśmy gaj Dodony, starożytną Wyrocznię, i pokrzyżowaliśmy plany Nerona! Ale niestety Meg McCaffrey uciekła ode mnie. Zły ojczym zatruł jej umysł!

– Trucizna! – załkała Kalipso. – Niczym oddech Lestera Papadopoulosa, najżałośniejszego z nastolatków!

Powstrzymałem żądzę zepchnięcia jej na klomb.

Leo tymczasem skradał się ku spychaczowi pod pozorem towarzyszącego naszym słowom tańca, kręcąc się, zawodząc i przedstawiając w pantomimie to, co mówiłem. Wyglądał jak szalona baletnica w bokserkach, ale blemmjowie uprzejmie schodzili mu z drogi.

– Słuchajcie! – zawołałem. – Wyrocznia w Dodonie udzieliła nam przepowiedni, najstraszniejszego z limeryków!

– Straszliwego! – zaśpiewała Kalipso. – Niczym umiejętności Lestera, najżałośniejszego z nastolatków!

– Zmieniaj przymiotniki – warknąłem, po czym zwróciłem się znów do publiczności: – Powędrowaliśmy na zachód w poszukiwaniu kolejnej Wyroczni, pokonując po drodze wielu przeraźliwych wrogów! Zgnietliśmy na proch cyklopów!

Leo wskoczył na próg buldożera. Uniósł w dramatycznym geście pistolet do zszywek, po czym wbił dwie w pierś operatora – dokładnie tam, gdzie powinny znajdować się jego oczy. To nie mogło być przyjemne nawet dla przedstawiciela nacji takich twardzieli jak blemmjowie. Operator wrzasnął i chwycił się za tors. Leo skopał go z siedzenia kierowcy.

Policjant krzyknął:

– Ejże!

– Zaczekajcie! – błagałem. – Nasz przyjaciel przedstawia wam jedynie udramatyzowaną wersję naszej bitwy z cyklopami. To bezwzględnie dozwolone podczas opowiadania historii!

Tłum poruszył się niepewnie.

– To bardzo długie ostatnie słowa – utyskiwała Nanette. – Kiedy wreszcie będę mogła wam rozwalić głowy?

– Wkrótce – obiecałem. – Dobra, jak już wspomniałem… podróżowaliśmy na zachód!

Uniosłem Kalipso z powrotem na nogi, mimo jej strasznych jęków (i moich trochę też).

– Co ty wyprawiasz? – wymamrotała.

– Współpracuj – odparłem. – Słuchajcie, przywrogowie! Spójrzcie, jak podróżowaliśmy!

Razem poczłapaliśmy ku spychaczowi. Dłonie Leo fruwały nad deską rozdzielczą. Silnik z rykiem przebudził się do życia.

– To nie jest opowieść! – zaprotestował policjant. – Oni uciekają!

– Nie, wcale nie! – Wepchnąłem Kalipso do buldożera i wspiąłem się za nią. – Widzicie, podróżowaliśmy przez wiele tygodni właśnie tak…

Leo zaczął cofać maszynę. Pii. Pii. Pii. Łyżka spychacza zaczęła się podnosić.

– Wyobraźcie sobie, że jesteście Obozem Herosów – krzyknąłem do tłumu – a my oddalamy się od was!

Zrozumiałem swój błąd. Poprosiłem blemmjów, żeby sobie coś wyobrazili. A oni najzwyczajniej nie są do tego zdolni.

– Zatrzymać ich! – Policjant uniósł pistolet. Pierwsza kula odbiła się rykoszetem od metalowej łyżki maszyny.

– Słuchajcie, przyjaciele! – błagałem. – Nadstawcie pach!

Ich uprzejmość właśnie się jednak wyczerpała. Nad naszymi głowami przefrunął kosz na śmieci. Jeden z biznesmenów oderwał ozdobną kamienną donicę z narożnika fontanny i cisnął nią w naszym kierunku, unicestwiając frontowe okno hotelu.

– Szybciej! – krzyknąłem do Leo.

– Usiłuję, chłopie – wymamrotał. – Ale szybkość nie jest tego najmocniejszą stroną.

Blemmjowie nas otaczali.

– Uwaga! – wrzasnęła Kalipso.

Leo skręcił w ostatniej chwili, żeby odbić lemieszem spychacza ławkę z kutego żelaza. Niestety to odsłoniło nas na inny atak. Nanette rzuciła znakiem drogowym jak harpunem.

Metalowy słup przebił maskę buldożera, która wybuchła parą i olejem, a nasz środek ucieczki zatrząsł się i zatrzymał.

– Super – powiedziała Kalipso. – I co teraz?

Byłby to świetny moment na to, żeby powróciła moja boska siła. Mógłbym ruszyć do bitwy, rozrzucając nieprzyjaciół jak szmaciane lalki. Zamiast tego czułem, że moje kości topnieją, tworząc kałuże w butach. Ręce trzęsły mi się tak okropnie, że nie byłbym chyba w stanie wypakować łuku, nawet gdybym chciał. Och, że też miałem zakończyć mój chwalebny żywot w taki sposób – zmiażdżony przez uprzejmych bezgłowych ludzi na Środkowym Zachodzie.

Nanette wskoczyła na obudowę naszego spychacza, ukazując mi obrzydliwe wnętrze swoich nozdrzy. Leo usiłował trafić ją płomieniem, ale tym razem była na to przygotowana. Otwarła usta i połknęła kulę ognia, nie okazując żadnych śladów obrażeń, jeśli nie liczyć niewielkiego beknięcia.

– Nie miejcie do siebie pretensji, kochaniutcy – powiedziała. – I tak nigdy byście się nie dostali do błękitnej groty. Cesarz zostawił tam doskonałe straże! Szkoda jednak, że musicie umrzeć. Ceremonia nadania imienia odbędzie się za trzy dni, a ty i dziewczyna macie być głównymi atrakcjami w procesji niewolników!

Byłem zbyt przerażony, żeby w pełni zrozumieć jej słowa. „Dziewczyna”… Czy miała na myśli Meg? Poza tym dotarło do mnie jedynie „błękit – umierać – niewolnik”, co zasadniczo chwilowo zdawało się dość dokładnie streszczać moją egzystencję.

Wiedziałem, że to beznadziejne, ale zsunąłem łuk z pleców i zacząłem go odwijać. Nagle między oczami Nanette wyrosła strzała. Blemmejka zrobiła zeza, żeby ją zobaczyć, po czym runęła plecami w piach.

Wpatrywałem się w moją owiniętą w tkaninę broń. Byłem szybkim łucznikiem, to prawda. Ale byłem też całkowicie pewny, że nie wystrzeliłem tej strzały.

Moją uwagę przyciągnął przenikliwy gwizd. Na środku placu, na samym szczycie fontanny, przykucnęła kobieta w wyblakłych dżinsach i srebrzystej zimowej kurtce. W jej dłoniach połyskiwał łuk z białej brzozy. Na plecach miała kołczan pełen strzał. Moje serce podskoczyło na myśl, że to moja siostra Artemida przybyła mi w końcu na pomoc! Ale nie… Ta kobieta miała co najmniej sześćdziesiąt lat i siwe włosy związane z tyłu głowy w kok. Artemida nigdy nie ukazałaby się w takiej postaci.

Z powodów, których nigdy mi nie wyjawiła, Artemida czuła niechęć do wyglądania na więcej niż, powiedzmy, dwadzieścia lat. Powtarzałem jej w nieskończoność, że jej piękność nie ma wieku. Wszystkie czasopisma modowe na Olimpie twierdzą, że cztery tysiące lat to tylko nowy tysiąc, ale ona nigdy nie słuchała.

– Na chodnik! – krzyknęła siwowłosa.

Na całym placu w asfalcie zaczęły się pojawiać kręgi wielkości studzienek kanalizacyjnych. Wszystkie otwierały się jak migawka aparatu fotograficznego i wynurzała się wieżyczka – mechaniczne kusze kołysały się, wysyłając we wszystkich kierunkach czerwone światła laserowych celowników.

Blemmjowie nie próbowali się kryć. Być może nie zrozumieli. Albo czekali, aż siwowłosa kobieta ich o to poprosi.

Ja natomiast nie potrzebowałem być bogiem łucznictwa, żeby domyślić się, co za moment nastąpi. Drugi raz tego dnia zająłem się moimi przyjaciółmi. (Z perspektywy patrząc, muszę przyznać, że przyniosło mi to jakiś rodzaj satysfakcji). Wyskoczyliśmy z buldożera, kiedy kusze wystrzeliły z jazgotem przenikliwych syków.

Gdy odważyłem się podnieść głowę, z blemmjów nie zostało nic poza stertami pyłu i ubrań.

Kobieta zeskoczyła z fontanny. Zważywszy na jej wiek, obawiałem się, że połamie sobie nogi, ale ona wylądowała z gracją i ruszyła ku nam, trzymając łuk przy boku.

Całą twarz miała pooraną zmarszczkami. Skóra pod jej podbródkiem zaczynała obwisać. Na wierzchach dłoni widoczne były plamy wątrobowe. A mimo to miała w sobie królewską pewność siebie kobiety, która nikomu nie musi niczego udowadniać. Jej oczy błyszczały jak światło księżyca na powierzchni wody. Coś w tych oczach było znajome.

Przyglądała mi się przez kilka sekund, po czym pokręciła głową ze zdumieniem.

– A więc to prawda. Jesteś Apollinem.

Jej ton nie znamionował tego ogólnego nastawienia: „Och, ale super, Apollo!”, do którego przywykłem. Wypowiedziała moje imię tak, jakby była moją osobistą znajomą.

– M-my się już spotkaliśmy?

– Nie pamiętasz mnie – odparła. – Nie, nie sądzę. Mów mi Emmie. A ten duch, którego widzieliście… to był Agamedes. Przyprowadził was w nasze progi.

Imię Agamedes zdecydowanie brzmiało znajomo, ale jak zwykle nie byłem w stanie go umiejscowić. Mój ludzki umysł po prostu wciąż wysyłał ten irytujący komunikat o pełnej pamięci, prosząc, żebym wykasował kilka stuleci doświadczeń, zanim będę mógł kontynuować operację.

Emmie zerknęła na Leo.

– Czemu jesteś w samej bieliźnie?

Chłopak westchnął.

– To był długi poranek, abuela[4], ale dziękuję za pomoc. Te wieżyczki z kuszami są bombowe.

– Dziękuję… chyba.

– Aha, więc może uda ci się pomóc nam z Kal? – ciągnął Leo. – Z nią jest nie najlepiej.

Emmie przykucnęła obok Kalipso, której twarz przybrała kolor cementu. Oczy czarodziejki były zamknięte, oddech urywany.

– Jest ciężko ranna. – Emmie zmarszczyła brwi, przyglądając się twarzy Kalipso. – Mówisz, że ma na imię Kal?

– Kalipso – odparł Leo.

– Ach. – Zmarszczki na twarzy Emmie pogłębiły się. – To wszystko wyjaśnia. Jest bardzo podobna do Zoë.

Poczułem się, jakby ktoś przekręcił mi nóż w brzuchu.

– Zoë Nightshade?

Kalipso wymamrotała coś w gorączce, ale nie zrozumiałem. Może było to nazwisko Nightshade. Zoë była przez wiele stuleci porucznikiem Artemidy, dowódczynią jej Łowczyń. Zginęła w bitwie raptem kilka lat temu. Nie wiedziałem, czy Kalipso i Zoë kiedykolwiek się spotkały, ale były siostrami przyrodnimi, córkami tytana Atlasa. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, czy są podobne.

Przyjrzałem się Emmie.

– Skoro znałaś Zoë, to musisz być jedną z Łowczyń mojej siostry. Ale nie możesz nią być. Jesteś…

Urwałem, zanim zdążyłem powiedzieć: „stara i o krok od śmierci”. Łowczynie nie starzeją się i nie umierają, chyba że zginą w walce. Ta kobieta była najwyraźniej śmiertelna. Wyczuwałem jej gasnącą energię życiową… tak rozpaczliwie podobną do mojej; zupełnie niepodobną do energii istoty nieśmiertelnej. Nie potrafię wyjaśnić, jak to rozpoznawałem, ale było to dla mnie całkowicie jasne – tak jak słyszę różnicę między kwintą czystą a zmniejszoną.

W oddali dały się słyszeć syreny karetek pogotowia. Dotarło do mnie, że ucinamy sobie tę pogawędkę w samym środku niewielkiej strefy zniszczenia. Wkrótce przybędą śmiertelnicy albo też kolejni blemmjowie.

Emmie pstryknęła palcami. Wieżyczki z kuszami schowały się z powrotem pod ziemię. Portale zamknęły się, jakby nigdy nie istniały.

– Musimy zejść z ulicy – oznajmiła. – Chodźcie, zabiorę was do Stacyjki.

4

Budowle nie powinnyStanowić sekretu dla ApollinaAni zrzucać na niego cegieł

NIE MUSIELIŚMY IŚĆ DALEKO.

Niosąc z Leo między sobą Kalipso, poszliśmy za Emmie do wielkiego, ozdobnego budynku na południowym krańcu placu. Podejrzewałem, że był to niegdyś dworzec kolejowy. W granicie nad witrażowym oknem w kształcie rozety były wykute słowa: „UNION STATION”.

Emmie zignorowała główne wejście. Skręciła w prawo i zatrzymała się przed murem. Przeciągnęła palcem po cegłach, rysując kształt drzwi. Zaprawa popękała i rozsypała się. Nowo wycięte drzwi otwarły się do środka, ukazując wąski kanał przypominający komin, z metalowymi klamrami wiodącymi do góry.

– Niezła sztuczka – przyznał Leo – ale Kalipso nie bardzo da radę się wspinać.

Emmie zmarszczyła brwi.

– Masz rację. – Spojrzała na drzwi. – Stacyjko, możemy prosić o pochylnię?

Metalowe szczeble znikły. Z cichym grzechotem wewnętrzna ściana kanału pochyliła się do tyłu, a cegły przestawiły się, tworząc łagodne podejście.

– Ale super – powiedział Leo. – Czy ty właśnie rozmawiałaś z budynkiem?

W kącikach ust Emmie zaigrał uśmiech.

– Stacyjka to coś więcej niż budynek.

Nagle ta pochylnia przestała mi się tak podobać.