Rodzina Monet. Diament 2 (t.4) - Weronika Marczak - ebook + audiobook
BESTSELLER

Rodzina Monet. Diament 2 (t.4) ebook i audiobook

Marczak Weronika

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

636 osób interesuje się tą książką

Opis

Jeśli twoja wizja relacji ogranicza się do kupowania mi kwiatków i zabierania na kolacje, ale jednocześnie zatajania przede mną swoich problemów, bo są zbyt poważne, by zawracać nimi moją słodką małą główkę, to przepraszam, ale nie ma szans, byśmy się dogadali. Nie szukam kolejnego starszego braciszka, mam już takich pięciu.

Hailie Monet. Dla swoich pięciu braci jest skarbem. Dla ojca – królewną. Obcy nazwali ją perełką. Dla niego stała się diamentem.

Jaka historia może zacząć się od słowa nic? Jaką moc ma sznur pereł zawieszony na szyi i ciążący niczym błędy przeszłości? Czy Vincent, Will, Dylan, Shane i Tony nadal są w stanie chronić siostrę przed każdą krzywdą tego świata? I jak poradzą sobie z faktem, że w życiu Hailie pojawił się Adrien?

Finałowy tom historii, którą pokochały miliony czytelniczek i czytelników na całym świecie.

Książka dla czytelników 16+

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 809

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 18 godz. 21 min

Lektor: Zuzanna Pawlukiewicz-Jaworska
Oceny
4,5 (3210 ocen)
2206
579
263
110
52
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
tomaszprochowski

Nie polecam

Oczy krwawią, mózg zblendowany.
5922
Agataazet

Nie polecam

Jestem ogromnie rozczarowana tą książką.. liczyłam, że na koniec cała fabuła się rozkręci i zobaczymy intrygującą relację pomiędzy głównymi postaciami, a otrzymaliśmy sztywną parkę, która nawet na samym końcu zwraca się do siebie tak oficjalnie, że gdybym nie przeczytala całej książki to uznałabym że są dla siebie obcymi ludźmi, którzy z różnych powodów muszą odnosić się do siebie z dużym szacunkiem. Kompletnie zmarnowany potencjał.. A poza tym nie lubię książek, które dosłownie przez cały swój ciąg rozdmuchują dany problem do ogromnych rozmiarów, żeby nagle w ostatnim rozdziale rozwiązać go jak za machnięciem magicznej różdżki.. Flaki z olejem, zanudziłam się czytając tą książkę
brudnygarnek

Nie polecam

Bardzo się zawiodłam, bo to miała być wisienka na monetowskiej muffince. Czytając ten ostatni tom liczyłam na wartką akcję, ładne zamknięcie wątków i oczywiście więcej uczuć pomiędzy Hailie i Adrienem. Tymczasem brnąc przez tą książkę czułam się, jakbym przerzucała kamienie grabiami. Książka traktuje nastolatków trochę, jak bezmózgie ameby, które nie wiedzą skąd się biorą dzieci. Według mnie po to jest ostrzeżenie na początku książki, żeby później nie katować czytelnika dwustronicowym opisem buziakowania. Coś się nie składa - najpierw Hailie sypia dla przyjemności z Alexem, a potem zachowuje się, niczym cnotka niewydymka, która przeżywa uściśnięcie ręki. Co mnie osobiście mocno ubodło? - OGROM błędów stylistycznych. Szyk zdania często tak poprzestawiany, że musiałam się trzy razy zastanawiać o co chodzi. Na sam koniec po prostu muszę jeszcze wspomnieć o „formalistycznym głosie”, który przyprawił mnie o wewnętrzny zgrzyt podczas opisu sceny obrony naszej bohaterki przez Adriena.
carinka2244
(edytowany)

Nie polecam

Szczerze? Początek książki był super, środek totalne nieporozumienie i nuda. Za długie opisy, dziwne sytuacje które można było spokojnie pominąć i książka miałaby 400 a nie ponad 700 stron. Końcówka wymuszona trochę bez polotu, nieciekawa. Pierwsze części książki były zdecydowanie ciekawsze, tam się coś działo i był specyficzny humor chłopaków. Tutaj jest mdło. Brak chemii miedzy głównymi bohaterami, pomijane sceny zbliżeń lub ucinane w połowie. Hailie zachowuje się jak przygłupia cnotka, w ogóle nie pasuje mi do niej wizerunek studentki sypiającej dla przyjemności z Alexem skoro później zachowuje się przy Santanie tak jakby nigdy w życiu się nie całowała, była dziewicą wstydzącą się spojrzeć na faceta. Masakra. Jak dla mnie to nie jest książka 16+ a dla 12-16 latków, bo normalna dorosła osoba nie sięgnie po coś tak dziecinnego.
344
adrgrz

Nie polecam

Dawno nie czytałam tak rozczarowywującej książki. Nudna, mdła, bez polotu, mam wrażenie że gdzieś ucięli po drodze połowę książki. Dodatkowo opisywanie aż tak dosadnie próżnych bohaterów, działa na ich niekorzyść. Masakra
316

Popularność




Ilustracja i projekt okładki: Dixie Leota

Redakcja: Maria Śleszyńska

Redaktor prowadzący: Anna Wyżykowska

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Karolina Mrozek, Maria Dobosiewicz

Droga Czytelniczko/Drogi Czytelniku,

ponieważ niektóre motywy i zachowania opisane w książce mogą urazić uczucia odbiorców, zalecamy ostrożność podczas czytania. Wszystkie wydarzenia i postacie przedstawione w powieści są fikcyjne.

Życzymy dobrej lektury,

Autorka i Wydawnictwo

© for the text by Weronika Anna Marczak

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2024

ISBN 978-83-287-2976-6

You&YA

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2024

–fragment–

36 ZAKAPTURZONA

Nowojorski apartament Vincenta przeszedł spore zmiany przez ostatnie lata. Często się tu zatrzymywałam, bywając na Manhattanie. Nie opłacało mi się niczego wynajmować – mało który penthouse mógł się równać z tym przytulnym gniazdkiem mojego najstarszego brata. No dobra, może na początku nie było ono przytulne, ale stąd właśnie wspomniane zmiany.

Większość z nich wprowadziłam ja, a Vincent dał do tego wolną rękę.

Gołe ściany obwiesiłam tu i ówdzie obrazami, które wpadły mi w oko podczas przechadzek po galeriach, a także szkicami Tony’ego – tymi bardziej cenzuralnymi – które wybrałam i oprawiłam niczym dumna mama. Do szaf powciskałam ciepłe, puszyste koce, załatwiłam kilka lamp i świec zapachowych, by wieczorami zadbać o należyty klimat, a pustawe regały zapełniłam książkami.

W apartamencie było też mnóstwo roślin, które zamówiłam jeszcze przed swoim przyjazdem. Miałam tutaj spędzić całe lato, a nie potrafiłam wyobrazić sobie mieszkania w przestrzeni, w której nie ma kwiatów.

Wkrótce po pogrzebie Egberta Santana wróciłam do Barcelony, gdzie odchorowywałam przykrą sytuację, jaka spotkała mnie w relacji z Adrienem. Nie zliczę, ile razy miałam ochotę do niego zadzwonić lub przynajmniej napisać wiadomość. Nie zrobiłam tego, powstrzymując się całą siłą woli, ale niestety sama ciągle zerkałam na telefon. Miałam nadzieję, że się odezwie, będzie przepraszał i naprawdę dobrze się wytłumaczy.

Tak się jednak nie zdarzyło. Końcówkę roku akademickiego spędziłam więc na tym, co wychodziło mi najlepiej, czyli na nauce. Mądry był to wybór, bo na koniec semestru miałam roboty dużo jak nigdy. Biegałam z wykładów do laboratorium, i to przez bibliotekę. Poiłam się energetykami, bo kawa już dawno przestała na mnie działać. Wstawałam rano i chodziłam spać bardzo późno. Wolne momenty poświęcałam na treningi i jeszcze więcej siedziałam w książkach. Tylko to trzymało mnie z dala od myśli o Santanie.

Po drodze odtrąciłam też kilka razy Alexa. Widywaliśmy się nadal, ale pojawił się między nami dystans. Bardzo nie chciałam, żeby to wyglądało, jakbym się nim bawiła, dlatego broniłam się przed ponownym wchodzeniem z nim w głębszą relację. Wy­magałoby to zbyt wielu poważnych rozmów, na które nie byłam gotowa.

Obecnie bowiem byłam największą hejterką relacji damsko-męskich. Ponownie wróciłam do romansowania z książkami.

One nigdy nie powiedziały do mnie „nic”.

Rok zakończyłam z takimi wynikami, że nawet Vincent z uznaniem kręcił głową. Znowu nie omieszkał wymienić najlepszych uniwersytetów medycznych w Stanach, na których nauka jego zdaniem miałaby większy sens, ale na razie zdołałam udobruchać go zgodą na letnie praktyki w Nowym Jorku.

Potrzebowałam odpocząć od Barcelony, wejść w nowy świat, poznać nowych ludzi. A tutaj miałam w pobliżu Dylana, no i przecież wystarczyło wsiąść w auto i w kilka godzin mogłam dojechać do Rezydencji Monetów, żeby odwiedzić najstarszego brata i swoich ukochanych bratanicę i bratanka. Taki czas blisko rodziny miał mi dobrze zrobić.

Gdy tylko stanęłam w progu apartamentu, wypuściłam Daktyla z transportera, a on ruszył na obchód swojego nowego domu na najbliższe tygodnie. Znał to miejsce i lubił je, bo zwykle znajdował tu to, czego potrzebował najbardziej, czyli święty spokój. Dreptał sobie właśnie po salonie, przechodząc obok wielkich, ciągnących się przez całą ścianę okien, które wychodziły na Central Park. Kociak był nieświadomy tego, jaki przywilej jest jego udziałem – mieć apartament z tak oszałamiającym widokiem w sercu Nowego Jorku to gratka nawet wśród najzamożniejszych.

– Piękne te rośliny – zachwyciła się sąsiadka, starsza pani obwieszona złotem i zapewne diamentami. – Masz oko.

– Dziękuję – odparłam wesoło. Ostatnie z nich przyjechały dopiero teraz, więc właśnie wnoszono je do apartamentu, a ja stałam w drzwiach i pilnowałam, by panowie postawili je w odpowiednich miejscach.

– Gdybyś potrzebowała kogoś, kto zajmie się nimi pod twoją nieobecność, daj znać. – Kobieta puściła do mnie oko, a ja uśmiechnęłam się z wdzięcznością. W Barcelonie nie miałam tak uczynnych sąsiadów. Moich roślin doglądały tam panie, którym płaciłam za to więcej pieniędzy, niż wypadało.

Cóż, przynajmniej gdy po pogrzebie Egberta Santana wróciłam do Hiszpanii i zastałam na tarasie zwiędły już bukiet stu białych róż, wciąż ukryty tam przed Shane’em wśród innych krzaczków, nie musiałam siłować się z nim sama i miałam kogo poprosić, by wyrzucono go za mnie.

Znowu posmutniałam i kiedy zamknęłam drzwi za dostawcami roślin, zaczęłam przechadzać się po apartamencie Vince’a, stawiając ciężkie kroki i nieco się garbiąc, i oglądałam nowe nabytki bez należytego zachwytu.

Sporym plusem pomieszkiwania w Nowym Jorku była obecność Martiny na wyciągnięcie ręki. Mieszkali z Dylanem niedaleko, w tej samej okolicy – czyli tu, gdzie ceny apartamentów kształtowały się na kompletnie abstrakcyjnym poziomie. Ich lokum było chyba nawet nieco większe, ale za to nie miało tak oszałamiającego widoku i dlatego kosztowało mniej – z tego, co się orientowałam, „zaledwie” kilkadziesiąt milionów, a nie ponad sto jak w przypadku mieszkanka Vince’a.

– Fajnie będzie cię tutaj mieć przez całe lato – ucieszyła się Martina, odstawiając filiżankę z kawą na kamienny blat, o który się opierała.

– Też się cieszę – odparłam. – Już zapomniałam, jak bardzo lubię Nowy Jork.

– Cudowne miasto. I tak się składa, że jest idealne do uczczenia początku wakacji. To co, może niedługo jakaś imprezka?

– Jasne – zgodziłam się chętnie. – A widziałaś, co Maya wysłała na naszą dziewczyńską grupę?

– Tego sprośnego mema? Widziałam.

Zachichotałam na samo wspomnienie.

– Był zabawny, fakt, ale nie o nim mówię. Chodzi mi o informację, że może wpadnie pod koniec lipca do Stanów. Wtedy ściągniemy do Nowego Jorku też Anję i możemy zaplanować taką wielką imprezę bez chłopaków.

– Anja pisała, że też wpadnie tu w któryś weekend. Może ogarniemy sobie babski wyjazd do spa?

– Brzmi fantastycznie – westchnęłam rozmarzona, bo czułam, że tego właśnie potrzebuję – trochę kobiecej energii z moimi ulubionymi dziewczynami.

– Jest jeszcze jedna sprawa – zaczęła nieśmiało Martina, opierając się teraz całym ciałem o kuchenną wysepkę. – Chyba niedługo weźmiemy z Dylanem ślub.

– Co!? – Zakryłam usta dłonią, żeby stłumić okrzyk. – Co to znaczy „niedługo”!?

Martina wzruszyła ramionami z figlarnym uśmiechem.

– Myślimy o końcówce wakacji.

– To przecież zaraz! – zdumiałam się.

– Wiesz, jaki jest Dylan, on chce wszystko szybko. Mówi, że skoro są zaręczyny, to bez sensu czekać.

– Totalne przeciwieństwo Vincenta – mruknęłam do siebie.

– No on chce wszystko na już. I obiecuje mi, że będzie idealnie, a ja mu wierzę, bo serio jest zaangażowany. Już nawet zrobił aferę jednemu pastorowi.

– Pastorowi?

– Braliśmy różne opcje pod uwagę. W ogóle jest trochę problem, bo sporo fajnych miejsc jest już pozajmowanych, bo wiesz, na ostatnią chwilę, to nie jest tak łatwo. No ale w końcu zadecydowaliśmy, że weźmiemy ślub na Kanarach. W naszej zatoczce, pamiętasz?

– Oczywiście, że pamiętam.

To tam poznałam Martinę. Nawrzeszczała na mnie, myśląc, że jestem nową dziewczyną Dylana, którą ten sprowadził sobie do ich specjalnego miejsca.

– I to by pasowało, bo moją całą rodzinę trudno byłoby ściągnąć do Stanów, a wasza jest przyzwyczajona do wiecznych podróży, samolotów i tak dalej. No i wasza babcia będzie mogła się zjawić. Więc chyba fajnie, co?

– Fajnie – przyznałam lekko oszołomiona.

Naturalnie pamiętałam, że Dylan oświadczył się Martinie, ale świadomość, że już za chwilę drugi z moich braci stanie na ślubnym kobiercu, niesamowicie mnie uderzała. Wszyscy robiliśmy się tacy dorośli…

– Tak że widzisz, tego lata jeszcze dużo przed nami – cieszyła się Martina. – Imprezki i śluby, no i przecież wiesz, będę potrzebowała kawalerskiego.

– Panieńskiego.

– Tak, właśnie, o to słowo chodziło. Bez różnicy, wiesz, o czym mówię.

– Nie mogę się tego wszystkiego doczekać.

Zasługiwałam na trochę rozrywki po tak intensywnej końcówce semestru na uczelni.

– Lepiej mi powiedz – zaczęła Martina, gdy po kawie przeniosłyśmy się na kanapę z kubeczkami lodów o smaku mięty z czekoladą – jak się mają sprawy z Alexem.

Wyjątkowo długo oblizywałam łyżeczkę.

– Nie wiem, średnio się mają – mruknęłam wreszcie, a potem uniosłam na nią podejrzliwe spojrzenie: – A co, mówił ci coś?

– Ja chcę tylko tak sobie niewinnie podpytać. Nie skarżyć.

Otworzyłam oczy szerzej.

– Co on ci nagadał? – spytałam groźnie.

– Nic, nic złego nie mówił, na pewno nie na ciebie – odparła prędko Martina, wyciągając ręce w obronnym geście. Wciąż trzymała w nich lody i łyżeczkę, więc wyglądało to komicznie, jakby chciała mnie nimi poczęstować.

– A na kogo? – dopytywałam ostro.

Wiedziałam, że Martina nie papla o moich prywatnych sprawach Dylanowi, sama za dobrze go znała, by to robić, ale mimo wszystko nie czułam się komfortowo na myśl, że osoba tak bliska mojemu porywczemu bratu może mieć informacje na temat moich schadzek z Adrienem Santanem. To było zbyt niebezpieczne, zbyt śliskie.

– Psioczył na jakiegoś faceta, ale nic konkretnego o nim nie mówił – powiedziała, ostrożnie mi się przyglądając. Dobrze widziała, że jestem rozdrażniona. – Wyjaśniłam mu, że masz prawo widywać się z innymi, skoro niczego sobie nie obiecywaliście.

– Dokładnie.

– Tylko że on…

– Co on?

Martina przygryzła wargę.

– Myślę, że on się trochę w tę waszą relację wkręcił. Nie przyznał się, ale to widać.

Mlasnęłam językiem, bo nagle lody w moich ustach nabrały konsystencji smoły. Odstawiłam pojemnik na bok i odchyliłam głowę, próbując pozbyć się nieprzyjemnego poczucia winy, które umiejscowiło się w moim w brzuchu.

– Unikałam go przez całą końcówkę semestru – przyznałam.

– Tak też mi powiedział.

– Miałam bałagan w głowie. Nie czułam się najlepiej.

– Każdy miewa taki czas.

– Jest mi źle z myślą, że być może go skrzywdziłam.

Tak jak i mnie ktoś skrzywdził.

Nie, nie, nie, Hailie, nie możesz o tym myśleć. Przestań. Bo poryczysz się przy Martinie i dopiero będzie. Popłaczesz sobie, jak zostaniesz sama, wieczorem. Wiesz, tak, jak zwykle, czyli przed spaniem albo pod prysznicem. To już taka twoja mała tradycja, hm? Więc trzymaj się jej i nie zdradź się teraz przed narzeczoną Dylana, bo będą z tego tylko problemy…

Nagle rozległ się dzwonek do drzwi apartamentu.

W pierwszej chwili się ucieszyłam, bo ten dźwięk wyrwał mnie z rozpaczy, w którą powoli się osuwałam, ale zaraz zmarszczyłam podejrzliwie brwi. Do tego budynku człowiek nie mógł tak po prostu sobie swobodnie wejść, wjechać na piętro i zapukać do drzwi. Portier nie wpuszczał tu niezapowiedzianych gości. Chyba że to tamta sąsiadka… lub ktoś, kto ma prawo tu przyjść, na przykład właściciel apartamentu lub… jego żona?

Otworzyłam drzwi.

– Anja! – zawołałam zaskoczona, po czym natychmiast porwałam ją w objęcia. Chciałam ucałować ją w policzek, jednak miała kaptur naciągnięty tak bardzo, że ledwo w ogóle ją rozpoznałam. Nie wspominając o wielkich okularach przeciwsłonecznych, które zasłaniały jej pół twarzy. Zorientowałam się, że to ona, tylko po ustach i wystających spod bluzy blond włosach.

– Cześć – odezwała się zachrypniętym głosem.

Coś było nie tak, potrafiłam to ocenić na pierwszy rzut oka. Wpuściłam ją do środka, patrząc, jak odkłada na bok torebkę i zamiast zdjąć kaptur, naciąga go na twarz jeszcze mocniej.

Z salonu wychyliła się Martina i powitała Anję z typowym dla siebie entuzjazmem, ale kiedy ta nie odpowiedziała jej tym samym, na jej twarzy również pojawiło się zdezorientowanie. Przylgnęła bokiem do ściany i zaczęła bawić się swoim pierścionkiem zaręczynowym, obserwując, jak Anja pochyla się, by zdjąć buty, a potem jednak zmienia zdanie i prostuje się z powrotem. Jakby rozwiązanie sznurówek kosztowało ją zbyt dużo zachodu.

Zawsze podobało mi się to, z jaką naturalnością Anja nosiła się w swoim swobodnym stylu. Nie mogło to być łatwe, biorąc pod uwagę, że jej mąż przez dziewięćdziesiąt dziewięć procent czasu chodził w garniturach. Ona zaś często wkładała sportowe buty i dżinsy bądź inne spodnie, na przykład takie długie i luźne, z bardzo gniotących się materiałów. Była jedną z nielicznych znanych mi osób, które lubiły prasować – do tego stopnia, że często wyręczała w tej czynności Eugenie. Zamykała się w pralni, puszczała muzykę i relaksowała się nad deską do prasowania. Może i dziś przydałaby jej się taka odprężająca sesja, bo wyglądała na mocno zestresowaną.

– Pada? – zagadała głupio Martina.

– Nie pada – odszepnęła Anja, zerkając gdzieś w dół i bok.

– Co się dzieje? – zapytałam.

Włoski na rękach i karku zaczynały stawać mi dęba. Smak złego przeczucia, który niestety bardzo dobrze znałam, teraz roz­płynął mi się w ustach jak lody, którymi jeszcze przed chwilą się zajadałam.

– Nie powinnam była tu przychodzić – wydusiła z siebie Anja i odwróciła się, jakby zamierzała wybiec przez drzwi, jednak tego nie zrobiła, bo… cóż, były zamknięte, a ja stałam jej na drodze, no i przecież to byłoby strasznie głupie.

– Nie no, dziewczyno, co jest? – zawołała Martina. Przestała bawić się pierścionkiem, zacisnęła dłonie w pięści i stanęła prosto. – Czegoś ty taka zakapturzona?

– Czemu chowasz twarz? – szepnęłam, czując, jak krew w moich żyłach przyspiesza.

– O co chodzi z tym kapturem? – Martina zmrużyła oczy.

Bardzo złe przeczucie.

Obie z Martiną, tak samo przejęte, znowu chciałyśmy w pośpiechu coś powiedzieć i weszłyśmy sobie w słowo, więc ostatecznie zamilkłyśmy tak szybko, jak się odezwałyśmy, a między nami trzema zapadła grobowa cisza.

Anja wreszcie się poruszyła. Sztywnymi, pełnymi napięcia ruchami najpierw odwróciła głowę do nas, potem ściągnęła z niej kaptur, a na koniec, z lekkim zawahaniem, zdjęła okulary.

Aż zakręciło mi się w głowie, a Martina wydała z siebie cichy okrzyk.

Anja przymknęła powieki, może żałując, że tak się przed nami obnażyła, ale nie było już odwrotu. Spod jej oka aż po skroń ciągnęło się spore, czerwone i wciąż ciemniejące stłuczenie. Wyraźnie kontrastowało z jej jasną cerą i podkreślało przygnębienie bijące z szarych oczu.

Błyskawicznie znalazłyśmy się z Martiną tuż obok niej. Objęłyśmy ją z obu stron, starając się okazać jej możliwie największe wsparcie.

– Co się stało?

– O Boże, Anja…

– Usiądź, usiądź w salonie, chodź…

Tak strasznie niedobrze mi się zrobiło… Nie ze względu na widok samego stłuczenia, już się takich naoglądałam na studiach. Zareagowałam w ten sposób przez to, że szpeciło ono twarz bliskiej mi osoby. Rozważałam nawet, czy nie pobiec do łazienki i nie zwymiotować, ale ostatecznie udało mi się zapanować nad torsjami. To nie ja byłam tu poszkodowana, musiałam wziąć się w garść. O Boże.

Anja musiała się spodziewać takiej reakcji, ale i tak łatwo jej nie zniosła. Kiedy sadzałyśmy ją na sofie, głowę miała spuszczoną, ciągle posępna, nieskora do udzielania nam jakichkolwiek odpowiedzi.

– Co się stało?! – zawołałam znowu, nie wytrzymując napięcia.

Nareszcie uniosła na mnie wzrok. Nadal chowała twarz za włosami – nie odgarnęła ich ani razu, mimo że już ujrzałyśmy, co pod nimi ukrywa. Szare oczy Anji, które uważałam za tak ładne i niecodzienne, teraz zmatowiały i wydawały się nieobecne. W końcu jednak zebrała w sobie siłę woli i z desperacją wbiła we mnie ich spojrzenie, gdy się odezwała:

– Vincent nie może się dowiedzieć.

37 KAWIARNIA MONETÓW

Opuściłam luźno dłonie w geście bezradności i zerknęłam przelotnie na Martinę. Na twarzy dziewczyny malowała się taka sama zgroza, jak na mojej. Usiadłam obok Anji i delikatnie, w kojącym geście położyłam dłoń na jej plecach.

– Kto to zrobił? – zapytałam łagodnie. A przynajmniej miałam nadzieję, że ta szorstkość, którą czułam w sercu, nie była wyczuwalna w moim głosie.

– Obiecasz, że pomożesz mi to przed nim ukryć? – upewniła się Anja.

Rozchyliłam usta, nie wiedząc, co powiedzieć.

– Ja…

– Anja, to jest… – Martinie zabrakło słów, więc zamachała w bezsilności ręką. – To jest na twojej twarzy. Jak ty chcesz to niby schować przed mężem?

Usta Anji zadrżały.

– Czekaj, czekaj… – Złapałam ją za dłonie. – Nie panikuj, coś wymyślimy. Musisz nam tylko powiedzieć, co się stało, żeby było łatwiej… coś… Na coś wpaść…

Anja milczała jeszcze trochę, ale w końcu, nadal zachrypniętym głosem, zaczęła powoli mówić:

– Odwiedzałam dziś matkę – szepnęła i od razu urwała. Zadrżała i pokręciła głową, szepcąc do siebie: – Boże, jak dobrze, że poszłam do niej bez dzieci. Jak dobrze, że znowu skarżyła się na tę zakichaną migrenę i nie chciała widzieć wnuków… Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby to na ich oczach… Och, jak dobrze.

– Co na ich oczach? Mów, proszę, dalej, to ważne – ponaglałam ją, nachylając się w jej stronę.

– Pojawił się Brad – powiedziała cichutko.

– Brad? – Martina zmarszczyła brwi. Ona też przybliżyła się do Anji, bo tylko tak dało się ją dosłyszeć. Moja bratowa nawet na co dzień mówiła cicho – teraz jest szept był niemal niedosłyszalny.

– To twój brat? – spytałam niepewnie.

Anja zaczęła głaskać się po przedramionach ze zniesmaczoną miną.

– Jest bardzo nieprzyjemny – mruknęła.

– Czekaj, to brat cię tak urządził?! – wykrzyknęła Martina, trochę się zapominając.

Posłałam jej ostrzegawcze spojrzenie, ale dziewczyna zbyt się przejęła, by je zauważyć i nad sobą zapanować.

– Brat cię uderzył?!

– Zaczęliśmy się kłócić – przyznała z niechęcią Anja. – Gdybym wiedziała, że będzie odwiedzał cholerną matkę w tym samym czasie, tobym tam nie jechała. – Prychnęła pod nosem z irytacją i ukryła twarz w dłoniach. – Jakby nie mogła mnie uprzedzić…

– Uprzedzić? – zdziwiła się Martina, wybałuszając oczy. – To nie z tym jest tutaj problem! Co z tym twoim bratem, ja się pytam? Czy on naprawdę cię uderzył? W kłótni?

– Nie słynie z bycia dżentelmenem – mruknęła gorzko Anja.

Przypomniałam sobie tego mężczyznę, jak pijany próbował wedrzeć się na wesele Anji i Vincenta. Jak się rzucał, przy okazji obrażając wszystkich wokoło, a na koniec dostał w twarz od mojego zawsze opanowanego brata.

– Co z twoim ochroniarzem? – zapytałam.

– Nie zdążył zareagować, dopiero jak Brad już się zamachnął…

– A powie Vincentowi, co się stało, tak czy siak? – Martina uniosła brew.

– Mają tę samą umowę, co ja. Czyli ochroniarz pracuje dla Anji, nie donosi Vincentowi – wyjaśniłam, po czym z powrotem zwróciłam się do Anji: – Jak cię uderzył, upadłaś? Boli cię głowa? Może powinnaś iść do lekarza?

– Uderzył mnie, zabolało, ale to tyle. Nic wielkiego. Po prostu muszę jakoś ukryć ten ślad, bo jeśli Vincent się dowie… – Anja nawet nie potrafiła na mnie spojrzeć.

Wiedziałam jednak, o co jej chodzi. Vincent rozszarpałby tego człowieka gołymi rękami.

– Jest spory – zauważyła cicho Martina. – Nie jestem pewna, czy da radę coś z nim zrobić…

– Hailie, ty wymyślisz, co z nim zrobić, prawda? – Teraz Anja zwróciła się do mnie niemal z przerażeniem, że jej plan może nie wypalić. – Studiujesz medycynę, musisz umieć takie rzeczy.

– To będzie siniak, Anja – westchnęłam. – Brzydki siniak. Nawet najlepsza maść nie sprawi, że ot tak zniknie.

– Wiem, wiem, ale może masz jakiś pomysł, cokolwiek…

Jako że dopiero się wprowadziłam, moja zamrażarka świeciła pustkami i jedyne, co mogłam zaproponować bratowej, to kolejne pudełko lodów, które na tym etapie pewnie bardziej by jej po­mogły, gdyby je zjadła, zamiast okładać nimi stłuczenie, które już i tak zdążyło się rozlać pod jej okiem.

Przygryzając wargę, poszłam po apteczkę. Miałam w niej wszystko, różne maści także, jednak żadna nie była czarodziejska.

– Ja to nie rozumiem, czemu ukrywać to przed Vincentem – powiedziała z oburzeniem Martina. – Jeśli spierze twojego brata, to bardzo dobrze. Damskiemu bokserowi się należy.

– Nie bronię Brada, niewiele mnie obchodzi i wiem, że powinien dostać za swoje, ale… nie od Vincenta, na litość boską. Cholera wie, co on z nim zrobi. Co, jeśli go zabije? Moja matka mi tego nie wybaczy. Brad to jej zakichane złote dziecko. Nie chcę mieć go na sumieniu i użerać się z jej wyrzutami do końca życia. – Anja odetchnęła, wbijając spojrzenie w sufit.

– Ale przecież kto mówi od razu o zabijaniu? – zdziwiła się Martina. – Może Vincent pokaże mu, że z tobą się nie zadziera, i tyle, nie trzeba mu od razu łamać kręgosłupa, prawda?

Zagryzłam wargę, a Anja przeniosła na nią niedowierzające spojrzenie.

– Nie obraź się, Martina, ale jak na wieloletnią dziewczynę, a teraz już narzeczoną Dylana, gadasz bardzo naiwnie – stwierdziła bez rozbawienia. – Jak myślisz, jak zareagowałby Dylan, gdyby ktoś cię uderzył?

Martina patrzyła na nas przez chwilę, a potem spuściła wzrok, na co Anja pokiwała głową.

– No właśnie – mruknęła.

Westchnęłam, pocierając skroń, żeby lepiej mi się myślało.

– Słuchaj, tak czy siak trzeba będzie powiedzieć Vincentowi. Przykro mi, Anja, ale nie ukryjesz tej wielkiej plamy na twarzy przed swoim mężem. Wiesz doskonale, że ci się to nie uda. Wiedziałaś to, już zanim tu przyszłaś. – Rzuciłam jej znaczące spojrzenie. – Nawet gdyby Vincent nie był najbardziej spostrzegawczą osobą, jaką znam, to przecież… nie jest ślepy.

Anja zaklęła pod nosem, a potem powtórzyła to jeszcze dwa razy, o wiele bardziej nerwowo.

– Pewnego razu, kiedy byłam młodsza i mieszkałam z braćmi, jeden facet, który nie wiedział, kim jestem, uderzył mnie tak, że zostawił mi siniaka na kości policzkowej… – zdradziłam, sięgając pamięcią do tego niewesołego zdarzenia.

– Rany, naprawdę? – obruszyła się znowu Martina. – Co jest nie tak z tymi ludźmi?

– Wiecie, jak długo udało mi się to ukrywać przed chłopakami?

Unosiłam brew, spoglądając na dziewczyny. Słuchały mnie z uwagą, widziałam, że Martina się zastanawia.

– Niecały dzień? – zgadła z lekkim uśmiechem.

Zaśmiałam się krótko i gorzko.

– Jakieś dwadzieścia sekund.

Martina gwizdnęła, a Anja pobladła jeszcze bardziej.

– Tak, Dylan szybciutko się zorientował, że coś jest nie tak.

– Co zrobili temu mężczyźnie? – spytała Anja, poprawiając się i siadając prościej.

– Nie wiem, nic miłego, ale raczej go nie zabili.

– Widzisz? – Martina szturchnęła Anję w pokrzepiającym geście. – To o swojego brata tym bardziej nie masz co się martwić. Najwyżej dadzą mu nauczkę, ot co, przyda mu się.

– Nie rozumiecie – westchnęła Anja. Odłożyła pudełko lodów na stół, sama chyba doszedłszy do wniosku, że ten okład już na nic jej się nie zda. – Brad już dostał nauczkę.

Na chwilę zapadła cisza.

– Od Vincenta? – wyszeptałam.

– Nawet dwie – przytaknęła ponuro. – Trzeciej miało już nie być.

Martina wypuściła powietrze z płuc, a ja wstałam i zaczęłam przechadzać się po salonie, głaszcząc się po karku. Powoli się ściemniało i już niedługo centrum Nowego Jorku miało rozbłysnąć kolorowymi światłami, częstując nas tu kolejnymi zapierającymi dech w piersiach miejskimi widokami.

– Ja nie mogę! – wybuchła nagle Martina i sama zerwała się na równe nogi. Przypominała mi w tamtej chwili Dylana i nawet zapatrzyłam się na nią zaskoczona. – Co jest nie tak z tym twoim bratem?! Zaraz sama do niego pójdę i wezmę go za szmaty! Hailie, co ty na to?

Z przerażeniem uświadomiłam sobie, że Martina chyba mówi poważnie. Ostatnim, czego potrzebowałam, była teraz afera z bratem Anji za plecami moich braci. Zresztą co my niby we dwie mu zrobimy? Pobijemy go? Zastrzelimy?

– Może najpierw nam powiedz, o co chodzi z tymi dwoma poprzednimi razami? – zagadnęłam Anję, licząc, że jak zacznie opowiadać, to emocje trochę opadną. – Rozumiem, że Vincent już interweniował w tej sprawie.

Anja opadła na oparcie i przetarła najpierw powieki, krzywiąc się, gdy przejechała palcami zbyt blisko stłuczenia.

– Tak się poznaliśmy – wyznała wreszcie.

Uniosłyśmy z Martiną brwi.

– Czyli ta historia, którą znamy, jest nieprawdziwa? – upewniłam się.

– Mocno okrojona – odparła wymijająco Anja.

Obie z Martiną, jednocześnie jak na rozkaz, z powrotem przysiadłyśmy.

– Ale poznaliście się, gdy pracowałaś w naszej kawiarni? Ta część jest prawdziwa? – pytałam, mając nadzieję, że Anja się rozgada i trochę uda nam się zapanować nad tym nerwowym stanem. Ona chyba rozumiała moje intencje, bo wzięła głębszy wdech.

– Tak… – potwierdziła.

– Ja znam ten kawałek historii bardzo dobrze, ale może zrobisz Martinie wprowadzenie ze szczegółami? – zachęciłam ją łagodnie.

Anja wzruszyła ramionami, ale pokiwała wreszcie głową.

– Lubiłam tam pracować… – powiedziała cicho. Westchnęła i ciągnęła dalej: – Lubiłam, bo kawiarnia była mała i rzadko odwiedzana. Położona na uboczu, więc trafiali do niej tylko ci, którzy o niej wiedzieli.

– Najwięcej klientów pojawiało się z samego rana, prawda? – zagadywałam, zerkając kontrolnie na Martinę. Słuchała z uwagą, gotowa pomóc w uspokajaniu Anji najlepiej, jak potrafiła.

– Podjeżdżali w drodze do pracy po kawę na wynos i czasem kanapkę – potwierdziła Anja, siląc się na swobodniejszy ton. – Potem przez resztę dnia właściwie był luz. Mogłam zakuwać do sesji, uczyć się włoskiego, jako że miałam wtedy fazę na wyjazd do tego kraju po studiach, pić herbatę, rozwiązywać krzyżówki i ćwiczyć robienie wzorków ze spienionego mleka na kawie… W tym to akurat byłam beznadziejna.

Uśmiechnęłyśmy się lekko z Martiną na tę anegdotkę, a Anja kontynuowała, szybko pochmurniejąc:

– Po drugiej stronie tego samego miasteczka Brad pracował w warsztacie samochodowym. A właściwie pracuje, bo cały czas jest tam zatrudniony… Oboje mieszkaliśmy jeszcze wtedy z matką, a że warsztat był w miarę niedaleko kawiarni, to Brad wykorzystywał mnie jako swojego szofera. W dni, w które miałam zmianę, zabierał się ze mną, szedł do warsztatu, pracował, a potem upijał się ze swoimi kolegami i wracał ze mną do domu. Taki sobie wymyślił schemat.

– On jest starszy, tak? – zapytała Martina, na co Anja skinęła głową. – Długo mieszkał z matką?

– Ja wyprowadziłam się pierwsza, i to dzięki Vincentowi, a Brad siedział u niej właściwie jeszcze do niedawna… Wygodny jest. Przy matce mógł sporo oszczędzić. Na czynszu, zakupach, wszystkim. Nawet na paliwo mu dawała. Pewnie nadal daje.

– Co za maminsynek – mruknęła pod nosem Martina.

Pobladłą i zmęczoną twarz Anji rozświetlił mały uśmiech.

– Tamtego dnia jak zwykle siedziałam za ladą, lokal świecił pustkami, ja próbowałam zapamiętać kilka włoskich słówek i ciągle któreś wypadało mi z głowy, popijałam zimną już latte, aż tu nagle drzwi się otwierają i wchodzi klient. – Anja skrzywiła się lekko na samo wspomnienie. – Niewysoki, siwiejący, owalna, zarośnięta twarz. Wyglądał trochę jak jeden z tych podstarzałych kmiotków, z którymi mój brat uchlewał się w warsztacie, ale tego faceta jednak coś od nich różniło: widać było, że jest zamożny. Na sobie miał gruby, dobrej jakości płaszcz, a na palcach złote sygnety, które błysnęły, gdy na mnie pstryknął.

– Pstryknął na ciebie? – zawołałam oburzona.

– Zamówił podwójne espresso i nazwał mnie „skarbeczkiem”.

Martina aż cała się zjeżyła.

– Puta, już ja bym mu dała „skarbeczka”…

– Wiem, chamówa. Bez słowa zabrałam się do szykowania kawy, choć w wyobraźni wpychałam mu fusy z niej do gardła. Nienawidzę takich typów, ale też nigdy nie szukałam z nimi problemów. Byłam sama, w pustej kawiarni, wiecie… Nie chciałam z nim zaczynać.

Pokiwałyśmy z Martiną głowami ze zrozumieniem.

– Facet miał zegarek, drogi zegarek, który utwierdził mnie w przekonaniu, że gość jest dziany. Ciągle na niego zerkał, więc zgadywałam, że z kimś się tu umówił. Przyniosłam mu kawę, za którą nie podziękował, a ja, mimo że miałam gdzieś jego wdzięczność, to w myślach mu to wytknęłam. Wróciłam za ladę, licząc, że gość, na którego czeka, to będzie tylko jedna osoba i przy dobrych wiatrach zamówi tylko jedną kawę. Może nawet bez mleka, a wtedy nie będę musiała czyścić spieniacza?

Tym razem zaśmiałyśmy się z Martiną już bardziej otwarcie i nawet Anja się uśmiechnęła.

– Tak, byłam beznadziejną kelnerką – przyznała. – Totalnie nie chciało mi się pracować. Ale słuchajcie, miałam szczęście, bo tym kimś, na kogo czekał gbur od podwójnego espresso, okazał się Vincent. A Vince, jak wiemy…

– Pija kawę bez mleka – zachichotałam, zadowolona, że Anja nam się odrobinę rozchmurzyła.

– Wtedy rzecz jasna tego nie wiedziałam, ale jak usłyszałam jego zamówienie, prawie zakręciłam piruet.

– To mi przypomina czasy, kiedy pracowałam jako barmanka – wtrąciła Martina.

– Liczyłam, że nie zamówią nic więcej, szybko sobie pójdą i będę miała spokój.

– A powiedz, bo to strasznie ciekawe, co pomyślałaś, gdy pierwszy raz zobaczyłaś Vince’a, co? – Martina odgarnęła włosy za ucho, a oczy jej rozbłysły niczym niewinnej nastolatce, która nie pogardziłaby dobrą plotką.

Anja westchnęła i spuściła wzrok. Znowu uniosła kąciki ust. Ta opowieść miała naprawdę dobrze jej zrobić. Trochę się chyba zaczynała odprężać. Nie spinała już tak bardzo ramion, momentami się uśmiechała i nawet chętnie przyjęła ode mnie kubek gorącej herbaty.

– Vincent zrobił na mnie większe wrażenie niż ten pierwszy facet. Naturalnie, od razu mi się spodobał. Tak, uważam swojego męża za atrakcyjnego. Zaimponował mi nie tylko wyglądem, ale i swoją chłodną uprzejmością. Nie szczerzył się jak idiota, prosząc o americano, nie pstrykał na mnie palcami, jak ten frajer przed chwilą…

– Uuu, wyczuwam mały flircik na dzień dobry… – Martina zatarła ręce.

Parsknęłam, wyobrażając sobie Anję stojącą za ladą i próbującą poderwać sztywnego Vince’a. Jednak choćby nie wiem jak obrazowo mi to przedstawiła, miałabym trudność ze zwizualizowaniem sobie tego.

– Przestańcie robić takie miny, nie flirtowałam z nim na samym początku… Słowo – broniła się Anja. – Potraktował mnie bardzo normalnie, poświęcając mi minimum uwagi, bardziej skoncentrowany na mężczyźnie, z którym był umówiony. Ja nawet nie próbowałam go poderwać. Żadna ze mnie flirciara, to po pierwsze, a po drugie znałam swoje miejsce. Vincent już na pierwszy rzut oka prezentuje się jak miliarder, a ja byłam realistką. Tacy jak on nie lecą na kelnerki. Nie chciałam się ośmieszać.

– Z tą różnicą, że on totalnie poleciał na tę kelnerkę – zauważyła Martina, szczerząc się psotnie. Widziałam, że ona, tak jak ja, próbuje ignorować poturbowaną twarz Anji. Było to trudne, jako że patrzyłyśmy na nią z bliska, ale nie mogłyśmy dawać po sobie za dużo poznać, by moja bratowa nie poczuła się przy nas nieswojo.

– Jesteście jak dzieci – westchnęła Anja.

– Ale czekaj, ty wiedziałaś już wtedy, że to tak właściwie jest twój szef? – zapytałam.

– Ja to w ogóle mało o tej kawiarni wiedziałam. Nie interesowałam się zbytnio. Zmieniałam się z jedną kobietą, która mnie zatrudniła i nazywała siebie menadżerką, i to jej słuchałam. To jej podpis widniał na umowie, którą – z wielką łaską zresztą – dała mi do podpisania. Znałam plotki, że to kawiarnia Monetów, ale nigdy się w to nie zagłębiałam, bo nie miałam takiej potrzeby, to po pierwsze, a po drugie wolałam nie wiedzieć za dużo, bo moja matka i brat mają uczulenie na rodziny połączone z Organizacją.

– Zaraz, twoja rodzina wie o Organizacji? Ty też wiedziałaś, zanim się związałaś z Vincentem? – dopytywała Martina, nachylając się w stronę Anji jeszcze bardziej. Zdawała się mocno zaaferowana, a ja nie mogłam się dziwić. Temat Organizacji wciąż był dla niej kompletną tajemnicą.

– Moja rodzina myśli, że wie wszystko, ale tak naprawdę gówno rozumieją. Mój tato umarł jako przedstawiciel klasy mocno średniej, zdeterminowany, by za wszelką cenę zarobić duże pieniądze. Pisał dziennik, w którym wspominał Monetów, Santanów, Retterów… Podziwiał te rodziny, chciał być jak one. Po jego śmierci matka znalazła te zapiski i bez głębszej analizy zrobiła z nich wszystkich swoich wrogów publicznych numer jeden. A moja matka jest ciężka, naprawdę, jak coś sobie wbije do głowy, to koniec.

– Zgaduję, że nie była zadowolona, kiedy zatrudniłaś się w naszej kawiarni? – szepnęłam.

Zawsze odczuwałam dyskomfort, słysząc, że ktoś nie lubi mojej rodziny w związku z jakimiś pogłoskami. Wiem, że moi bracia może i nie świecili przykładem, ale mimo wszystko… Z tego, co mówiła Anja, oni w żaden sposób nie podpadli jej mamie, dlatego tę jej niechęć uważałam za krzywdzącą.

– Nie miała z tym problemu, bo mało kto wiedział, że to lokal Monetów. Ja dowiedziałam się przypadkiem przy podpisywaniu umowy i byłam zaskoczona, ale nawet się ucieszyłam, bo pomyślałam, że to mój taki cichy bunt przeciwko rodzinie. Gdyby Brad wtedy się dowiedział, dla kogo tak naprawdę pracuję, to przyszedłby do tej kawiarni z kijem bejsbolowym, i to nawet nie jest żart.

– Rozumiem, że poglądy miał takie same jak wasza mama?

– Ona wpoiła Bradowi swoją nienawiść. A Brad to półgłówek, łyka wszystko, co mu się podsunie, byle tylko się na czymś zafiksować. Wygodnie jest psioczyć na bogaczy, więc to robi. Jakby matka mu powiedziała, że ziemia jest płaska, to jeździłby bojkotować wszystkie pobliskie lotniska za to, że piloci samolotów ukrywają przed ludźmi prawdę.

– Nie jest zbyt bystry – skwitowała Martina.

– Ale przez swoją obsesję wiedział mniej więcej, jak wygląda Vincent Monet, dlatego gdy pewnego razu podpity przyszedł do mnie do kawiarni, rozpoznał go. Strasznie się zirytowałam, że akurat wtedy Brad zjawił się punktualnie o godzinie zamknięcia, bo zwykle trochę to trwało, zanim oderwał się od kumpli. A tego dnia, kiedy w kawiarni zjawił się Vincent, Brad wyjątkowo chciał wrócić do domu o czasie. Stał przy mnie przy ladzie, rzucał mężczyznom zirytowane spojrzenia i podburzał mnie, żebym ich wyprosiła, bo przecież nie będę robić po godzinach.

– Ty już wtedy wiedziałaś, że to Vincent Monet?

– Domyśliłam się, bo mimo że rozmawiali bardzo cicho, to jedno czy dwa słowa do mnie doleciały. Trochę się zestresowałam, gdy usłyszałam nazwisko „Monet” i połączyłam kropki, a potem, kiedy przyszedł Brad, wręcz się przeraziłam. Już wiedziałam, że to nie skończy się dobrze.

38 PRZEWRÓCONE KRZESŁO

Brad stał cały spięty w swojej uwalanej czarnym smarem jasnej koszulce. Było za zimno na sam T-shirt, ale miał to gdzieś. Opierał się o ladę i obserwował, jak powoli dyskretnie zbieram swoje rzeczy i jednocześnie co chwila sam rzucał spojrzenie na gości.

– Już powinnaś zamknąć – powiedział.

– Muszę jeszcze umyć ekspres – skłamałam. Nie było opcji, żebym odważyła się podejść do Vincenta Moneta i kazać mu wyjść. Każdego innego gościa już dawno bym upomniała, ale to był właściciel, do cholery.

– Ale tych gości można już chyba wyprosić, nie? – burczał Brad, coraz bardziej strosząc swoje jasne brwi.

– Zaraz sami wyjdą, przed chwilą uścisnęli sobie dłonie – mruknęłam.

Ekspres był już od dawna czysty, ale i tak udawałam przed Bradem, że pucuję go szmatką, błagając w duchu, żeby Vincent Monet sobie stąd poszedł i by obyło się bez afery. Nie wiem, kogo okłamywałam. Oczywiście, że Brad nie wytrzymał. Nietrudno jest znaleźć pretekst do zadymy, jeśli się go szuka.

Mężczyzna, który zwrócił się do mnie wcześniej „skarbeczku”, wstał wreszcie i skierował się do wyjścia. Nie zapłacił, nie rzucił żadnego „do widzenia”, ale też nie nazwał mnie żadnym więcej protekcjonalnym przezwiskiem, więc się ucieszyłam, bo wiedziałam, że jednym słowem mógłby uruchomić Brada. On tylko czekał na byle jaki powód. Już z wystarczająco dużą uwagą przyjrzał się biżuterii mężczyzny. Gdyby ten nie opuścił lokalu, Brad na pewno w końcu skomentowałby ją na głos.

Wyjście Vincenta się niestety przedłużało. Siedział do nas tyłem i sprawdzał telefon. Ostrożnie wszystko kalkulując, podeszłam do się niego, by sprzątnąć filiżanki po kawie. Brad oddychał głośno, ledwo się powstrzymując przed odezwaniem się. I tak szło mu całkiem nieźle. Miałam nadzieję, że gdy Vincent Monet mnie zobaczy, uświadomi sobie, że kawiarnia jest już od jakiegoś czasu zamknięta, może nawet przeprosi i wyjdzie równie szybko, co jego towarzysz. Nie musi nawet płacić, naprawdę. Nie upomniałabym się o żaden napiwek. Chciałam tylko, żeby już poszedł.

Vincent znajdował się jednak w swoim świecie pracoholika i nie interesowało go, co dzieje się poza nim. Normalnie naprawdę nie miałabym nic przeciwko temu, żeby sobie tu posiedział jeszcze jakiś czas, ale przy Bradzie każda taka minuta to jak dodatkowa godzina.

– Idź do auta, bez sensu, żebyś tu sterczał – powiedziałam do niego cicho i położyłam na blacie kluczyki. – Zaraz do ciebie dojdę.

Brad zerknął na kluczyki, odchylił się do tyłu, uniósł podbródek, wziął wdech i zmierzył plecy Vincenta spojrzeniem spod przymrużonych powiek. Potem zacisnął pięść na kluczykach i już myślałam, że jakimś cudem osiągnęłam sukces, bo Brad ruszył do drzwi, ale wtedy nagle pobudził go jakiś niefortunny impuls. Zatrzymał się i odwrócił.

– E, koleżko! – zawołał.

Vincent, zupełnie nieprzyzwyczajony do takich odzywek, nawet przez ułamek sekundy nie pomyślał, że to do niego, i w ogóle nie zareagował na tę zaczepkę. Brad zmarszczył brwi, nieprzyzwyczajony do bycia ignorowanym.

Wypiął pierś i ruszył w stronę Moneta. Już z doświadczenia wiedziałam, że taka poza nie wróży niczego dobrego.

– Ty, słyszysz?!

Vincent dopiero wtedy uniósł wzrok i spojrzał przez ramię, zupełnie nieprzejęty tym, co się dzieje. Chyba lekko się zdziwił na widok Brada, zrozumiawszy, że ten nabuzowany typ ewidentnie zwraca się do niego.

– Tak? – zapytał.

To niezwykłe, jak potężniej jedno cicho i lodowato wypowiedziane przez niego słowo rozbrzmiało w moich uszach niż pseudogroźne pokrzykiwanie Brada.

– Zamknięte jest, umiesz czytać?!

Tabliczka z napisem „zamknięte”, na którą wskazywał teraz Brad, została już odwrócona tak, by była widoczna z zewnątrz. Vincent zerknął na nią, a potem na mnie. Zrobiło mi się gorąco – tak bardzo było mi wstyd za Brada. Tak bardzo żałowałam, że nie jestem tam sama! Wtedy na pewno w końcu uprzejmie zagadnęłabym do Vincenta Moneta, że czas zamykać, i znając jego kulturę osobistą, skończyłoby się to w cywilizowany sposób – zapewne zapłaciłby za siebie, doliczając jeszcze hojny napiwek, i wyszedł.

Niestety z Bradem nic nie było proste.

Vincent, któremu z całą pewnością nie spodobała się postawa Brada, uniósł brwi. Następnie skinąwszy głową zrobił to, czego mój brat nienawidzi najbardziej na świecie, czyli go zlekceważył i powrócił do załatwiania swoich spraw w telefonie.

Nerwowo przełknęłam ślinę.

– Idź do auta – nakazałam Bradowi prawie bezgłośnie, ale wiedziałam, że nie istniała nawet najmniejsza szansa, żeby mnie posłuchał.

Brad zmrużył oczy jeszcze bardziej, a na jego czole wyryły się poziome krechy – tak ogromnie zadziwił i oburzył go brak reakcji Vincenta na jego wielce niebezpieczną osobę. Łokcie uniósł jeszcze wyżej, cały zelektryzowany, tak że wyglądał wręcz śmiesznie, jak rasowy dryblas z komiksu. Podszedł do Vincenta bliżej, nachylił nad nim głowę i znowu się odezwał:

– Przepraszam bardzo, szukasz problemów?

To była jedyna kombinacja słów, w których Brad potrafił zastosować słowo „przepraszam”.

Wbiłam paznokcie w dłonie. Zerknęłam nerwowo w okno, na parking. Ściemniało się, więc nie widziałam za dobrze, ale mignął mi tam jakiś cień, a potem tuż przy oknie pojawił się mężczyzna z przyszykowanym w dłoni pistoletem.

Oczywiście, że ktoś taki jak Vincent Monet nie pojawia się w miejscach publicznych bez obstawy.

– Brad – syknęłam.

– Odejdź ode mnie, chłopcze – odezwał się Vincent, nadal niewzruszony, ale teraz już chyba lekko zirytowany.

– Za kogo ty się… – zaczął Brad, ale wtedy go olśniło. Najpierw zmrużył oczy jeszcze bardziej, aż dziw, że w ogóle coś jeszcze przez nie widział, a potem wybałuszył je i cofnął się nieco z niedowierzaniem. – Ty jesteś Monet!

Miałam ochotę kucnąć i schować się za ladą, oprzeć plecami o zmywarkę i założyć słuchawki na uszy, żeby nie musieć być świadkiem tego, co będzie dalej. Jakkolwiek jednak nie przepadałam za Bradem, to czułam się w obowiązku, by się za nim wstawić i chronić go przed jego głupotą.

– Daj spokój, idź do auta – westchnęłam, wychodząc zza baru.

W ogóle nie zwrócił na mnie uwagi. Z nich dwóch to już Vincent częściej na mnie zerkał.

– Ty myślisz, że możesz wszystko? – pruł się Brad.

Zrobił krok w jego stronę z wyciągniętą ręką, jakby chciał szarpnąć za koszulę Vincenta, a ja wiedziałam, że celujący do niego z pistoletu ochroniarz z zewnątrz zaraz mu tę łapę po prostu odstrzeli, dlatego rzuciłam się w stronę brata, żeby go powstrzymać.

Brad, jak na podręcznikowego przemocowca przystało, nie docenił mojej chęci pomocy. Wzgardził nią wręcz, odpychając mnie mocno na bok. Poleciałam na pobliski stolik, przesuwając go z hałasem, upadło krzesło.

Upokorzenie, które mnie zalało, tylko napędzało nienawiść, jaką darzyłam wtedy Brada. Poczułam, że jest mi wszystko jedno. Zbierając się, pomyślałam, że niech tam, niech go zabiją, przynajmniej będzie spokój. Bolał mnie bok, więc przycisnęłam do niego dłoń, podczas gdy drugą ręką opierałam się o stolik. Wreszcie podniosłam głowę i zobaczyłam, że Vincent Monet wstał od stolika.

Stał teraz naprzeciwko Brada z pobladłą twarzą i przeszywającym wzrokiem. Mimo że byli mniej więcej tego samego wzrostu, to Vincent zdawał się górować nad moim bratem. Na pewno wyglądał groźnie, pomimo schludnego garnituru, płaszcza i zaczesanych włosów. Biła od niego aura wszechmocy i gdyby Brad nie był idiotą, to dla własnego dobra by przeprosił i się wycofał.

Ale Brad to Brad i wydawało mu się, że przywalenie się do Vincenta to misja jego życia, najważniejsze zadanie w jego karierze awanturnika. Ewidentnie za wiele nie myślał. Nie zauważył chyba nawet, że gdy mnie popchnął, do kawiarni wbiegł ochroniarz Vincenta, zaalarmowany pierwszym aktem agresji.

– I co, będziesz się tak gapił? – szczeknął Brad do Moneta, zaczepnie szarpnąwszy podbródkiem.

– Szacuję, czy potrafisz upaść jeszcze niżej – odparł spokojnie Vincent, znowu zerkając na mnie.

Nienawidziłam Brada za ten wstyd, który przez niego czułam. Klatkę piersiową rozrywała mi wściekłość, próbowałam uspokoić oddech, by nikt nie pomyślał, że to z bólu po upadku tak ciężko dyszę.

– Ha! Położę się na podłodze. Zniżę się do twojego poziomu. Specjalnie dla ciebie – warknął Brad.

Vince uniósł brwi z pogardą.

– Dobrze. A więc zapraszam. Kładź się.

Przyglądałam się ich rozmowie z uwagą, ciągle trzymając się stolika. Podziwiałam cierpliwość i opanowanie Vincenta. Nikt nie potrafił rozmawiać z Bradem, kiedy znajdował się w takim stanie, ja sama zwykle schodziłam mu wtedy z drogi. To było najprostsze rozwiązanie, ale nie powinnam się chyba dziwić, że Vincent nie wybierał najprostszych rozwiązań, tylko te najskuteczniejsze.

Na twarzy Brada na moment zagościła dezorientacja.

– Kładź się – powtórzył Vincent dobitniej, po czym spojrzał na swojego ochroniarza. – Pomóż mu, proszę.

Szczęka prawie opadła mi do podłogi, gdy w mgnieniu oka ochroniarz Vincenta zaszedł Brada od tyłu. Jednym trafnym kopniakiem w lędźwie sprawił, że mój brat wygiął się w łuk i runął na posadzkę. Ochroniarz przyszpilił go do ziemi, stawiając swój ciężki but na jego plecach, a gdy Brad zaszamotał się, usiłując wstać, mężczyzna nachylił się i podstawił mu pod nos pistolet.

Mój brat, wielki chojrak, potrafił jako tako używać swoich pięści, jednak z bronią nie miał wielkiego doświadczenia, toteż jej widok podziałał na niego obezwładniająco.

Tępo wpatrywałam się w przygwożdżonego do ziemi Brada, którego nos teraz prawie stykał się z czubkami eleganckich, lśniących butów Vincenta, nie wierząc, że mógłby istnieć na świecie żałośniejszy obraz niż ten, który aktualnie miałam przed oczami.

Vincent patrzył z niesmakiem w dół i byłam pewna, że zaraz trąci policzek Brada butem. Chyba jednak za bardzo dbał o to, czego dotyka, i o swoją garderobę, by to zrobić, bo cofnął się zamyślony. Po chwili rzucił do swojego człowieka:

– Zadzwoń na policję. Pozwólmy im się wykazać.

– Pieprzyć policję! – wysyczał z podłogi Brad.

Miałam ochotę podejść do niego i trzepnąć go w ten pusty łeb. Tak, za policją też nie przepadał. Brad przepadał za mało kim i czym.

– Sam im to powiesz – zaproponował Vincent i z gracją usiadł na wcześniej zajmowanym przez siebie miejscu. Następnie uniósł wzrok na mnie. – Ty, powiedz mi, proszę, kim on dla ciebie jest?

Dopiero po kilku sekundach zorientowałam się, że to mnie zadaje to pytanie, więc z jakiegoś powodu pokiwałam głową i spróbowałam stanąć prosto, już bez podparcia.

– To mój brat – odparłam cicho, zawstydzona.

Cholera jasna, oczywiście, że byłam tym zawstydzona.

Vincent zacisnął szczękę, omiótł leżącą na podłodze postać jeszcze jednym wzgardliwym spojrzeniem, a potem wrócił nim do mnie.

– Poczekasz tu z nami, w porządku?

To nie brzmiało, jakby spodziewał się usłyszeć cokolwiek innego niż odpowiedź wyrażającą aprobatę, więc ponownie skinęłam głową.

– Potrzebujesz pomocy? – zapytał, chłodnym wzrokiem zerkając na mój bok, który ciągle od czasu do czasu podtrzymywałam dłonią, a także stolik i przewrócone krzesło.

– Nie – odpowiedziałam, starając się mówić mocnym, pewnym siebie głosem. – Nic mi nie jest.

Vincent patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, ale nie powiedział nic więcej. Po chwili na powrót wyciągnął telefon i wrócił do czynności, którą wykonywał, zanim mój brat tak brzydko mu przerwał. Ochroniarz chował właśnie swoją komórkę do kieszeni, drugiej, uzbrojonej ręki nie przestając trzymać przy twarzy mojego brata. Nie zabrał też nogi z jego pleców, więc wyglądało na to, że Brad miał sobie trochę jeszcze poleżeć.

Niespiesznie, niezbornymi ruchami zaczęłam się ogarniać. Ustawiłam prosto stół, zawiązałam mocniej kucyk, z którego uwolniła się połowa włosów. Kiedy chciałam podnieść krzesło, usłyszałam za plecami lodowaty głos:

– Zostaw to.

Nie zamierzałam dyskutować z Vincentem Monetem, nie rwałam się też do sprzątania jego kawiarni po godzinach, dlatego zgodnie z jego życzeniem posłusznie zignorowałam leżący mebel i przeszłam za ladę. Nalałam sobie szklankę wody i już się stamtąd nie ruszałam, mimo wszystko czując się bezpieczniej oddzielona od reszty tym nędznym kawałkiem blatu.

Vincent ani razu się więcej nie odezwał. Mimo dziwnych okoliczności nie wyglądał, jakby miał trudności ze skupieniem się na swojej pracy. W końcu przecież na ziemi tuż obok niego leżał człowiek obezwładniony przez jego ochroniarza. Zachowywał się, jakby był to dla niego chleb powszedni.

Ja sama, nie wiedząc, co ze sobą począć, mechanicznymi ruchami zaczęłam znowu wycierać ekspres. Nigdy nie poświęciłam mu tyle uwagi. Nie widziałam jeszcze, żeby był tak czysty.

Przyjazd policji nastąpił po jakichś piętnastu minutach i do lokalu weszło dwóch uzbrojonych funkcjonariuszy. Trzymałam się z daleka od wszystkich, pragnąc po prostu wrócić już do domu. Wiodłam proste życie i starałam się unikać komplikacji – a wydarzenia tego dnia były tego dokładnym zaprzeczeniem.

Vincent westchnął, jakby czekała go ciężka praca, schował telefon, dostojnie podniósł się z miejsca i pofatygował do jed­nego z policjantów. Widziałam, jak uścisnęli sobie dłonie i zamienili kilka cichych słów. Drugi funkcjonariusz w tym czasie podszedł do ochroniarza i Brada, po czym schylił się, by zakuć mojego brata w kajdanki. Broni, którą trzymał pracownik Moneta, nawet nie skomentował. Wręcz przeciwnie, wyglądał na zadowolonego, że agresor jest już obezwładniony i on nie musi się z nim szarpać.

Policjanci niczego nie kwestionowali, nie zadawali pytań, czemu przyglądałam się z niedowierzaniem. Gdy dźwignęli Brada na nogi, a ten zaczął się szamotać i wykrzykiwać obelgi, poczułam, że to dla mnie już za dużo.

– Anja, powiedz im, do cholery! Pieprzone sprzedawczyki!

Miotanie się między funkcjonariuszami i toczenie piany z ust to było jedyne, co pozostało zakutemu w kajdanki Bradowi, a ja nie mogłam na niego patrzeć bez uczucia żenady. Mimo to zareagowałam.

– Chwila, przepraszam… – Odłożyłam ścierkę i wyszłam zza lady, żeby stanąć policjantom na drodze. – Dokąd panowie go zabierają?

Funkcjonariusze wymienili spojrzenia, zadziwieni tym, że się wtrącam.

– Do aresztu.

Westchnęłam. Nie żebym uważała, że nocka czy dwie w celi miałyby jakoś bardzo Bradowi zaszkodzić, ale to ja będę musiała przez kilka kolejnych dni wysłuchiwać lamentów matki, a przy okazji zostać o całą tę sytuację przez nią obwiniona.

– Wypuśćcie go – zażądałam, starając się, by mój głos brzmiał stanowczo. – Nie zamierzam wnieść oskarżenia.

– Ale ja zamierzam – wtrącił się chłodno Vincent Monet.

Patrzył na mnie surowo i trochę jakby z niedowierzaniem zza pleców policjantów. Im dłużej przebywałam z nim w jednym pomieszczeniu, tym większe wrażenie na mnie robił, bo odkrywałam, że ta jego maska elegancji, dostojności i spokoju to nie powierzchowna kreacja, a jednak coś więcej – prawdziwy sposób bycia.

– Przecież tobie nic nie zrobił – powiedziałam.

Twarz Vincenta była wyzuta z wszelkich emocji.

– Zdemolował mój lokal.

Spojrzałam na przewrócone krzesło i uniosłam brew.

– To jest dla ciebie zdemolowany lokal?

– To ustawka! Wrabiają mnie! – wrzeszczał Brad.

Vincent wzruszył ramionami, w ogóle nieprzejęty.

– Musimy przyjąć to zgłoszenie, przykro mi – poinformował mnie jeden z policjantów bardzo formalistycznym tonem.

Nie wiem, na ile ci funkcjonariusze wykonywali tylko swoją pracę, działając zgodnie z przepisami, a na ile byli podporządkowani rozkazom Vincenta Moneta. Wiedziałam, że Monetowie, jak i kilka innych znanych mi ustosunkowanych rodzin, mają duże wpływy. Brad nie omieszkiwał im tego wytykać – często o tym mówił, wygrażając pięścią na tę niesprawiedliwość. Nigdy za bardzo się tym nie interesowałam, ale teraz widziałam na własne oczy, jak policja zawinęła mojego brata pod dyktando Vincenta Moneta.

Zostałam w lokalu, nie reagując więcej na krzyki Brada. Patrzyłam, jak policja wywleka go z lokalu i prowadzi do radiowozu. Odjechali, a ja uświadomiłam sobie, że nikt nie zadał mi ani pół pytania. Zostałam w kawiarni sama z Vincentem i jego ochroniarzem.

Złapałam się za nasadę nosa i wzięłam kilka głębszych wdechów. Powoli docierała do mnie skala problemów, jakie się dziś spiętrzyły. Wciąż trudno mi było popatrzeć Vincentowi prosto w twarz, bo czułam się jak przegrana, ktoś bez godności, kto staje w obronie człowieka zupełnie tej obrony niewartego.

Brad popchnął mnie na jego oczach!

– Najwyższa pora zakończyć na dziś – odezwał się Vincent. – Zamknij, proszę, lokal.

Rzuciłam mu szybkie, pełne niechęci spojrzenie.

– Tak jest, szefie – burknęłam.

Za długo trwałam w dyskomforcie, by ciągle silić się na uprzejmość. Powoli robiło mi się wszystko jedno i zastępowało ją zrezygnowanie.

Vincent nie skomentował mojej odzywki. Wręcz przeciwnie, zaskoczył mnie, bo gdy przeszło mi przez myśl, że zaraz wkurzy się i mnie zwolni, on wsunął plik banknotów do słoiczka na napiwki, który stał przy kasie. Zdziwiłam się tak, że prawie upuściłam torebkę, po którą właśnie sięgałam za ladę. Wzięłam też do ręki klucze od kawiarni, a potem…

– O nie – jęknęłam, przymykając powieki.

Wypuściłam z rąk torebkę, która upadła na blat. Zaczęłam ją przetrzepywać, by się upewnić, ale wiedziałam dobrze, że nie znajdę tam kluczyków od auta.

39 MINUTA

To już za wiele jak na jeden dzień. Powoli stawałam się naprawdę bliska łez.

Vincent nadal nie wyszedł z kawiarni. Stał przy drzwiach i z jakiegoś powodu czekał, aż się zbiorę. Usta miał zaciśnięte, minę poważną i raczej wyglądał na kogoś, kto nadzoruje pracę swojego personelu, niż na mężczyznę, który upewnia się, że kobieta będzie mogła bezpiecznie wrócić do domu. Nie zareagował na moje rozdrażnione westchnięcie, ale przypatrywał się, jak grzebię z przejęciem w torebce.

– Dałam bratu kluczyki od auta – powiedziałam z irytacją. Odgarnęłam z czoła włosy, które znowu zaczęły wychodzić mi z kitki. – Muszę je odzyskać… Muszę po nie jechać do aresztu, zawołać taksówkę… – Teraz naprawdę chciało mi się płakać z wściekłości na samą myśl, ile jeszcze będę musiała zrobić rzeczy, zanim wejdę do domu i zakończę ten długi dzień. Wzdychając ciężko, zwróciłam się do Vincenta: – Wiesz, do którego aresztu go zabrali?

Vincent ponownie wzruszył ramionami.

– Nie pytałem.

Potarłam twarz obiema dłońmi. Najchętniej poszłabym spać tutaj. Położyłabym się na krzesłach złączonych z tamtym fotelem w rogu. Napiłabym się herbatki albo nawet zrobiła sobie kakao. A jutro na śniadanie zjadła świeżą kanapkę. Jaka szkoda, że nie miałam ubrań na przebranie. Chociaż bielizny…

– Zadzwoń po taksówkę – polecił Vincent swojemu ochroniarzowi szeptem, nie spuszczając ze mnie wzroku.

– Poradzę sobie – powiedziałam szybko, siląc się, by w tonie mojego głosu nie wybrzmiało zbytnio zrezygnowanie.

Ale pracownik Moneta już trzymał telefon przy uchu. Odetchnęłam, czując się bardzo nieswojo, gdy tak w ciszy czekałam, aż zostanie mi załatwiona podwózka. Vincent stał wyprostowany, jakby przyzwyczajony do zgrywania posągu. Nawet nie wyglądał na poirytowanego, że przez tę małą sytuację ze mną marnuje się jego czas.

Grzebałam w telefonie, sama starając się znaleźć dla siebie transport, ale uświadomiłam sobie, że jeżdżę taksówkami tak rzadko, że nawet nie mam zainstalowanej w komórce żadnej adekwatnej aplikacji. Zaczęłam szukać w internecie, a wtedy ochroniarz przemówił:

– Będzie za pół godziny do czterdziestu minut. Zadzwonię gdzieś jeszcze, może da radę szybciej.

I na powrót przytknął telefon do ucha. Ja przymknęłam powieki. Wizja tak długiego oczekiwania na taksówkę mnie nie zachwycała, ale niestety nie dziwiła. W tak małym miasteczku jak to to i tak niezły czas. Ja po prostu chciałam już być w domu. To był długi dzień.

– Odwołaj taksówkę – polecił nagle Vincent. – Sam ją podwiozę.

Popatrzyłam na niego i zamrugałam.

– Ty?

Vincent westchnął i nie przesadzę, jeśli powiem, że to westchnięcie brzmiało, jakby wcale nie miał ochoty tego robić.

– Właśnie będę stąd odjeżdżał – powiedział, głową wskazując na szybę, za którą na ciemnym parkingu stało zapewne jego auto. – Mieszkasz w pobliżu?

– Dwadzieścia minut stąd.

Vince skinął głową. Najwyraźniej tyle był w stanie wspaniałomyślnie mi poświęcić.

Już otwierałam usta, żeby mu podziękować za tę ofertę i jej nie przyjąć, ale przypomniałam sobie, w jakiej sytuacji się znalazłam. Byłam bez kluczyków do auta, z czekającą w domu matką, która zrobi zaraz aferę na cały stan, a na taksówkę musiałabym czekać długo i wydać na nią sporo pieniędzy. Na dodatek to Vincent Monet wsadził Brada za kratki, więc po części odpowiadał za to, w jakim położeniu się znalazłam. Ta świadomość pomogła mi w podjęciu decyzji.

Zarzuciłam torebkę na ramię i ruszyłam do wyjścia. Kiedy mężczyźni wyszli, zgasiłam za nimi światło i zamknęłam drzwi. Dziwnie mi będzie jutro tutaj wrócić.

O ile oczywiście Vincent w swoim samochodzie mnie nie zwolni.

Jego ochroniarz podróżował osobnym autem, właściwie nie mniej luksusowo wyglądającym od czarnej fury Moneta. Dziwne, że Brad, mijając ją wcześniej na tym parkingu, od razu jej nie zarysował. To byłoby w jego stylu.

Kiedy te dwa auta opuszczały parking (a ja w jednym z nich), z żalem odprowadzałam spojrzeniem swoją białą toyotkę, którą musiałam tu zostawić co najmniej do jutra. Nie umknęło to Vincentowi, który zapytał:

– Masz w domu zapasowe kluczyki?

– Chyba tak.

– Rozsądniej z twojej strony byłoby obejść się bez odwiedzania brata w areszcie.

– Najwyżej będę chodzić do pracy na piechotę.

Droga była ciemna, auto luksusowe, w lusterku odbijały się światła samochodu ochroniarza, Vincent właśnie zamilkł na dłuższą chwilę, a klimatyzacja ustawiona była jak dla mnie na zbyt niską temperaturę. A może to dystyngowany sposób bycia samego Moneta tak ochładzał atmosferę w samochodzie?

Vincent Monet odwozi mnie do domu. Co za abstrakcja.

Objęłam się ramionami.

– Ile będą go tam trzymać? – zapytałam.

– A ile chciałabyś, żeby go tam trzymali?

Rozchyliłam usta i wbiłam w niego zadziwione spojrzenie.

– Ty żartujesz czy pytasz poważnie?

– Nigdy nie żartuję z nieznajomymi.

– Aha, ale wśród rodziny i przyjaciół to jesteś pierwszym śmieszkiem, tak?

Zamilkł. Faktycznie nie rwał się pierwszy do śmiechu. Ja sama może i nie byłam w odpowiednim nastroju do dowcipkowania, ale też starałam się nie być sztywniaczką, no rany…

Zagryzłam bok policzka, gotowa spoważnieć, a po chwili odezwałam się znowu:

– Jeśliby udałoby ci się potrzymać go w tym areszcie tak do końca moich studiów, byłoby idealnie.

Vincent spojrzał na mnie kątem oka.

– Tak, nie jesteśmy zżyci – mruknęłam kwaśno, a potem coś sobie przypomniałam. – Ty też masz rodzeństwo, prawda?

Skinął głową. Widziałam, z jaką uwagą to zrobił. Zachowywał ostrożność w dzieleniu się informacjami o sobie z obcymi. Ale istnienie jego licznego rodzeństwa to raczej powszechnie znany fakt, a nie żadna tajemnica.

– Poznałam kilkoro z nich – powiedziałam, przywołując w myślach sytuację, w której jedyny raz jak do tej pory miałam kontakt z kimkolwiek z rodziny Monet.

Tym razem spojrzenie, które rzucił mi Vincent, było dłuższe. Jeśli coś mogło go naprawdę zainteresować, to właśnie wzmianka o jego rodzinie.

– Kiedy?

– Jakiś czas temu wpadli przejazdem na kawę i tosty. Twoi bracia byli nieuprzejmi, nie chcieli za siebie zapłacić – wspominałam. – Siostrę masz za to miłą.

Vincent zacisnął usta jeszcze mocniej.

– To musieli być oni – mruknął do siebie.

– Twoja siostra naprawdę wydawała się w porządku.

– Nie będziemy rozmawiać o mojej siostrze.

Zmarszczyłam brwi.

– Nie powiedziałam przecież nic złego.

– Nieistotne – uciął szorstko i bez ogródek.

– Okej – mruknęłam i odwróciłam wzrok do szyby. Jednocześnie ciaśniej oplotłam się ramionami. Naprawdę w tym aucie najzwyczajniej w świecie marzłam. Rozważałam, czyby nie poprosić Vincenta, aby podwyższył temperaturę, ale w końcu sama wyciągnęłam dłoń, by to zrobić.

Prawie się zaśmiałam, widząc podejrzliwe spojrzenie, jakim Vincent obrzucił moje palce. Wszystko miał pod kontrolą i nic nie umykało jego uwadze. Nijak nie skomentował jednak tego, że tak się panoszę w jego samochodzie.

Podczas jazdy odkrywałam kolejną cechę Vincenta Moneta. Lubował się w milczeniu. Nie tak jak robią to zwykli ludzie – Vincent pieścił ciszą swoje uszy, jednocześnie tworząc wkoło napiętą atmosferę dla pozostałych. W rezultacie siedziałam niepewna i trochę jak na szpilkach, podczas gdy on ze spokojem prowadził samochód. Zdawało się, że robi to celowo, jakby był prestidigitatorem i popisywał się swoim trikiem.

Odchrząknęłam. Zwykle i ja przepadałam za milczeniem, ale nie w takich okolicznościach. Musiałam je przerwać.

– Naprawdę powinnam wiedzieć, gdzie dokładnie zabrano Brada.

– Tego nie wiem – odpowiedział lakonicznie Vincent.

Niezadowolona zagapiłam się na jego palce na kierownicy. A dokładnie na sygnet, który tkwił na jednym z nich. Czyli to prawda – członkowie Organizacji noszą coś takiego. Sądziłam, że to kolejny bezmyślnie powtarzany przez Brada dyrdymał.

– Z pewnością możesz to ustalić?

– Oczywiście, że mogę.

– Więc zrobisz to?

– Nie.

Opuściłam ręce na swoje uda z głośnym klaśnięciem.

– Dlaczego nie? – zirytowałam się.

– Ponieważ nie mam w tym żadnego interesu.

Vincent patrzył cierpliwie na drogę, w ogóle niezaaferowany pierwszymi oznakami zniecierpliwienia, jakie wykazywałam.

– To przez ciebie trafił do aresztu.

– Trafił tam z powodu swoich niefortunnych decyzji.

Odchyliłam głowę i przymknęłam powieki.

– Moja matka będzie o to pytać – odezwałam się, bo inaczej znowu pogrążylibyśmy się w ciszy. Po dzisiejszym dniu Vincent bowiem miał spore szanse na otrzymanie ode mnie tytułu najmniej rozmownej osoby, jaką do tej pory w swoim życiu poznałam. Nie powiem, było w tym zachowaniu coś kojącego, ale nie teraz. Teraz potrzebowałam informacji. – Nie będę wiedziała, co jej powiedzieć.

– To nie twoim zmartwieniem powinno być wyjaśnienie tej sytuacji.

Prychnęłam markotnie.

– Ona będzie uważała inaczej.

Kiedy już myślałam, że znowu będziemy milczeć w nieskończoność, Vincent się odezwał:

– Pierwsze, co zrobi w areszcie twój brat, to upomni się o swoje prawo do jednego telefonu. Z pewnością zaraz do ciebie zadzwoni.

Wyjęłam telefon z torebki, by sprawdzić, czy jeszcze tego nie zrobił, ale minęło zbyt mało czasu. Poza tym…

– …to nie do mnie zadzwoni, a do matki – jęknęłam i potarłam powieki. – Słuchaj, nie da rady go wypuścić?

Vincent po raz pierwszy spojrzał na mnie z tak wyraźnym niedowierzaniem na twarzy.

– Dziewczyno, on zastosował wobec ciebie przemoc fizyczną.

– Ja wiem, że to gnojek, i go nie bronię, naprawdę jestem ostatnią osobą, która usprawiedliwiałaby przemoc wobec kobiet – tłumaczyłam się, czując lekki wstyd. – Ja po prostu potrzebuję spokoju. Znajduję najbezpieczniejsze i najwygodniejsze dla siebie rozwiązania, by przetrwać, skończyć studia i się wyprowadzić od niego i matki. To proste. Mam misję.

Vince zmarszczył brwi.

– Mieszkasz z nimi?

– Tak…

– Dlaczego?

Zamrugałam wolno.

– Cóż, aktualnie ciśniemy się w jednej tylko willi, bo pozostałe dziesięć właśnie się remontuje.

Vincent zignorował mój sarkazm.

– Dlaczego się nie wyprowadzisz?

– Bo studiuję w Nowym Jorku, a tam jest drogo.

– Pracujesz.

– Mało płacisz.

Dziwnej ciszy, która zaległa po tej wymianie zdań, nawet ja już nie miałam ochoty przerywać. Odezwałam się, dopiero gdy dojechaliśmy na miejsce.

– To tutaj – powiedziałam, z niewesołą miną kwitując to, co oboje właśnie zobaczyliśmy.

Mały dom otoczony skrawkami trawnika, a za nim las. Ogrodzenia brak. Na podjeździe stał samochód Brada, jego życiowa duma. Nic, co zrobiłoby wrażenie na Vincencie. Nie musiałam na niego patrzeć, by wiedzieć, że się zastanawia, jak my się wszyscy mieścimy w takim jednym, niewielkim budynku. Obiektywnie nie były to najgorsze warunki, ale człowiek pochodzący z rodziny, która od dekad pławi się w luksusach, może mieć nieco skrzywiony obraz rzeczywistości.

W oknie na parterze, czyli w saloniku, gdzie starałam się przebywać jak najmniej, jak zwykle o tej porze świeciło się światło. Matka przesiadywała tam od późnego poranka do wczesnego wieczora. Pozostały czas spędzała w łóżku, łykając leki na sen.

Dziś jednak było inaczej i gdy tylko samochód Vincenta się zatrzymał, drzwi frontowe się otworzyły i wybiegła przez nie matka w kwiecistej podomce, już od progu machając rękoma. Pewnie sterczała w oknie i tylko czekała na mój powrót, szykując się na pokaz dramaturgii, ale zatrzymała się, kiedy na podjeździe zobaczyła obce auto. Opatuliła się ciaśniej szlafrokiem, zmarszczyła i tak wiecznie zmarszczone czoło i zmrużonymi oczami próbowała dojrzeć kierowcę.

Westchnęłam.

– Dzięki za podwiezienie – powiedziałam, a potem dodałam trochę cierpko: – Szefie.

Vincent wpatrywał się w moją matkę, ale gdy zaczęłam wysiadać, odwrócił się do mnie i skinął sztywno głową.

Sądziłam, że nie istniał taki wymiar, w którym Vincent Monet lub osoba jego pokroju mogła zaprosić mnie do samochodu, a ja w tak małej przestrzeni nie zadusiłabym się z poczucia niepokoju. Tego wieczora życie mnie zaskoczyło, bo dziwnym trafem to właśnie na siedzeniu obok kierowcy, którym był właśnie on, Vincent Monet, czułam się bezpieczniej niż na własnym podwórku.

Matka, rozpoznawszy mnie wreszcie, natychmiast przełączyła się w swój tryb panikary. Jej ręce wystrzeliły w górę, a w rozszerzonych oczach widać było gorączkową chęć, by przekazać mi straszliwe wieści.

– Aresztowano Brada! – zawołała.

Okrążyłam auto Vincenta, zaciskając mocniej dłoń na pasku torebki, i podeszłam do drzwi, po drodze zmuszając się do przywołania na usta kojącego uśmiechu.

– Wiem, nic mu nie będzie.

– Jest w więzieniu! – Matka prawie na mnie weszła, jakbym miała w ten sposób lepiej ją usłyszeć. Poczułam od niej dobrze mi znany zapach jej ulubionych landrynek.

– W areszcie – poprawiłam ją. – Za chwilę go wypuszczą.

– Musisz po niego jechać, teraz! – nalegała.

– Nie puszczą go na moją prośbę. Musimy poczekać.

– Nie! – jęknęła matka. Skrzywiła się i zamaszyście machnęła ręką. – Żadnego czekania. Brad powiedział, że należy wpłacić kaucję. Chcą pieniędzy za jego wolność, tak działa ten zdradziecki system.

Byłam pewna, że to on jest autorem tych słów, a ona tylko cytuje to, co usłyszała podczas ich telefonicznej rozmowy.

– Nie stać nas wpłacanie na niego kaucji – powiedziałam sucho.

– Mam pieniądze odłożone na czarną godzinę.

– Aresztowanie Brada to nie jest czarna godzina.

Matka stała w wejściu do domu, a dłonie z podkurczonymi palcami trzymała przed sobą, jakby próbowała mnie złapać, ale jednocześnie nie za bardzo chciała mnie dotknąć. Wolałam, żeby tak pozostało. I tak za bardzo mnie osaczała.

– To jest poważna sprawa, Anja! – Jej ton zmienił się na taki, który dobrze znałam. Zarazem pełen wyrzutów, wzbudzający winę i urażony. – Brad jest niewinny. Oskarżono go o coś, czego nie zrobił. Wszystko mi powiedział. – Zmrużyła oczy i wskazała na mnie palcem. – Powiedział, że byłaś przy jego aresztowaniu i nic nie zrobiłaś.

Rozłożyłam ręce.

– A co ja niby miałam zrobić? Położyć się na drodze przed radiowozem, żeby go nie wywieźli? – zirytowałam się. – Kłócił się, nie chciał się uspokoić, to przyjechali i go zabrali.

Matka nachyliła się w moją stronę.

– To Vincent Monet go wrobił.

– Vincent Monet nawet na niego nie spojrzał, dopóki Brad nie zaczął się do niego rzucać.

Kobieta przyłożyła dłoń do piersi i wydała z siebie stłumiony okrzyk.

– Zastanów się, Anja, po czyjej stronie się opowiadasz!

– Tak, w porządku, zastanowię się, jak się przebiorę i wezmę prysznic. Przepuść mnie.

– Jak możesz myśleć o prysznicu, kiedy Brad…

– Mogę – przerwałam jej ciut opryskliwie. – Spędziłam cały dzień w pracy. Wiem, że nie wiesz, jak to jest, ale w takim razie musisz uwierzyć mi na słowo. Potrzebuję wziąć prysznic…

– Kto cię tu przywiózł?

Szpara pomiędzy kobietą a drzwiami, przez którą planowałam czmychnąć do środka, zamknęła się, gdy matka celowo się cofnęła. Wytężała wzrok, patrząc w stronę samochodu, z którego wysiadłam. Odwróciłam się i zdziwiona zobaczyłam, że czarny wóz wciąż tam stał.

– Brad zabrał moje kluczyki – odparłam. W ustach zrobiło mi się sucho. Przełknęłam ślinę.

– Czyje jest to auto? Kto tam siedzi?

Nic nie potrafiła dojrzeć, miała za słaby wzrok. Powinna wybrać się do okulisty, ale to okazuje się problemem dla kogoś, kto praktycznie nie wychodzi z domu.

– Wejdźmy już do środka – nalegałam.

Jeśli Vincent Monet nadal znajdował się przy naszym podjeździe i widział cały spektakl, który się tu odgrywał, to ja bardzo chciałabym go przerwać i zniknąć z jego oczu.

Matka niestety miała inny plan. Opatuliła się podomką jeszcze szczelniej, jakby na ramionach nie miała cienkiej, przewiewnej tkaniny, a tarczę obronną. Zrobiła kilka niepewnych kroków w stronę samochodu, ale zatrzymała się w połowie drogi. Miała pełno lęków, więc albo się za bardzo bała, albo osiągnęła maksimum odległości, na jaką mogła się oddalić od domu.

– Kto tam jest? – zawołała drżącym głosem w stronę auta.

Dlaczego Vincent jeszcze nie odjechał?

– Wynoś się stąd! – krzyknęła, a potem machnęła dłonią w powietrzu. – Sio!

Dlaczego moja rodzina jest taka żenująca?

Z żalem zerknęłam na otwarte na oścież drzwi do domu, do którego nie mogłam jeszcze wejść, bo musiałam podejść do matki i upewnić się, że przestanie przekraczać granicę żenady pod nosem Vincenta Moneta.

– Możesz wrócić do domu? – zapytałam ją, a silenie się na uprzejmy ton przychodziło mi coraz bardziej nieudolnie. – Proszę?

Najchętniej po prostu wzięłabym ją za fraki, ale nie zwykłam jej dotykać. Miałam przed tym opory, zupełnie jak wcześniej ona. Nie pamiętam, kiedy ostatnio to robiłam. Pewnie i tak by ode mnie odskoczyła.

– Boże – stęknęła nagle i pobladła. – To… Monet tam siedzi…

Tak szybko, jak podeszła do auta, zaczęła się od niego oddalać.

Gdyby miała pod ręką wodę święconą, to jestem pewna, że prysnęłaby nią na samochód.

– Coś ty zrobiła?! – zawołała do mnie. Patrzyła na mnie, jakbym przyprowadziła diabła do świątyni.

Chciałam rozłożyć ręce i wyjaśnić jej, że Brad zabrał moje kluczyki do auta, a najlepiej to opowiedzieć, co się wydarzyło, ale matka miała to do siebie, że nie słuchała.

Zamiast się produkować, przybrałam neutralny wyraz twarzy i wyciszyłam w głowie jej rzucane bez namysłu i oburzonym tonem oskarżenia. Nawet na nią nie patrzyłam. Na szybko wytworzyłam w głowie rozwiązanie tej sytuacji. Krok po kroku i będzie dobrze. To zawsze działa.

Krok pierwszy: pozbycie się stąd Vincenta.

Ignorując matkę, podeszłam do samochodu. Vincent wciąż siedział na miejscu kierowcy i przyglądał się rozgrywającej się scenie, jakby moje życie było dla niego lepsze od kina. Patrzył na mnie, gdy się do niego zbliżałam, a lekko przyciemnioną szybę opuścił, dopiero gdy w nią zapukałam.

– Przepraszam, ale czy możesz już stąd odjechać? – zapytałam, siląc się na kulturalny ton.

– Anja! – wrzasnęła matka gdzieś za moimi plecami, tym razem wyjątkowo piskliwie.

Vincent rzucił jej przeciągłe spojrzenie, a ja uśmiechnęłam się gorzko.

– O to mi chodziło, gdy mówiłam, że aresztowanie Brada skomplikuje mi życie, a nie wyświadczy mi przysługę – powiedziałam. – Ale to nieważne, poradzę sobie, tylko twoje auto musi zniknąć spod mojego domu, bo ona się inaczej nie uspokoi.

Patrzył na nią i patrzył, a potem znowu przeniósł wzrok na mnie. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że jego oczy były naprawdę ładne, miały w sobie ten rodzaj mądrości, który podziwiałam. Mądrości, której raczej nie widziałam w spojrzeniach osób, którzy na co dzień mnie otaczali.

Długo się nie odzywał. Rozmyślał nad czymś. Już miałam skomentować, że wiem, iż lubi ciszę, ale teraz nie jest dobry moment, by milczeć, gdy w końcu przemówił:

– Wsiadaj.

Zawiesiłam się na chwilę, odgarnęłam krótki blond kosmyk z twarzy i nachyliłam się bardziej, pewna, że nie dosłyszałam.

– Słucham?

– Powiedziałem, żebyś wsiadła – powtórzył śmiertelnie poważny.

– Ja… Ja nie…

Zakołysałam się lekko, mając wrażenie, że na moment ogłuchłam. Ucichły nawet lamenty matki.

Spojrzenie Vincenta zrobiło się surowe i dobitne.

– Ruszam za minutę – oznajmił chłodno. – Decyzja należy do ciebie.

Światła jego auta rozświetliły część podjazdu i ulicy, gdy odpalił silnik.