Święty od papuzich drzwi - Vajra Chandrasekera - ebook + książka
NOWOŚĆ

Święty od papuzich drzwi ebook

Chandrasekera Vajra

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Jedno z najgłośniejszych odkryć we współczesnej fantastyce – powieść, która zachwyciła świat! Zdobywczyni wielu nagród, m.in. Nebula i Locusa.

Wrzeciądz został wychowany na zabójcę, naostrzony niczym nóż, miał odebrać życie swojemu ojcu, czczonemu jako święty.

Dorastał w cieniu niewidzialnych diabłów i antybogów, istot wyśmiewających ludzką słabość. Wychowany na mrocznym katechizmie, stracił własny cień. Gdy jego dzieciństwo zakończyło się rozlewem krwi, porzucił prowincję i uciekł na przedmieścia Luriatu.

Ale Luriat nie był zwyczajnym miastem. Terapia grupowa, do której trafił, okazała się formą rekrutacji do ukrytej rewolucji. Spamowe wiadomości w skrzynce mailowej zaczęły brzmieć jak proroctwa. A na ulicach zaroiło się od papuzich drzwi,złowieszczych portali, z których wiał lodowaty wiatr i których nikt nie potrafił ani otworzyć, ani zniszczyć.

Wśród tych znaków i sekretów Wrzeciądz próbuje zrozumieć własną rolę w świecie, który coraz bardziej wymyka się logice. Odkrycie prawdy o sobie może zmienić nie tylko jego życie, lecz także przyszłość całej ludzkości...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 455

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dedykacja

Ruchi­rze

1

W momen­cie naro­dzin Wrze­cią­dza Matka Chluby ogrom­nym spi­żo­wym gwoź­dziem przy­szpila jego cień do ziemi i oddziera go od jego ciała. To jego pierw­sze wspo­mnie­nie, źró­dło póź­niej­szych licz­nych godzin tera­pii. Pada deszcz. Cień kła­dzie się na czer­wo­nawą gli­nia­stą zie­mię, która oble­pia Wrze­cią­dza, kiedy się po niej prze­ta­cza, nie­zdolny unieść głowę i oca­lony od uto­nię­cia w bło­cie tylko dzięki for­tun­nemu kątowi upadku. Roz­ta­cza­jący się przed jego oczami widok jest obra­mo­wany zgiętą w kola­nie nogą Matki Chluby. Ode­rwany cień wije się powoli, nabity na gwóźdź. Matka Chluby nurza dło­nie w bło­cie, zagar­nia wlo­kący się cień pępo­winy, zarzuca go jak sznur na szyję cie­nia Wrze­cią­dza i dusi go gwał­tow­nym zaci­śnię­ciem pętli. Cień kona w ciszy – albo jeśli krzy­czy, jeśli cie­nie w ogóle potra­fią krzy­czeć, to deszcz zagłu­sza ten dźwięk.

Następ­nych godzin i lat Wrze­ciądz nie pamięta, umyka mu nawet to pierw­sze wspo­mnie­nie – do czasu, gdy jako chło­piec u kresu pierw­szej dekady życia eks­plo­ruje labi­rynt rodzin­nego domu w poszu­ki­wa­niu sekre­tów i natra­fia na skrzy­neczkę z laki, w któ­rej Matka Chluby prze­cho­wuje kosmyk jego dzie­cię­cych wło­sów i gwóźdź, któ­rym odarła go z cie­nia. Wrze­ciądz bie­rze go do ręki i wtedy przy­po­mina mu się scena garo­to­wa­nia ujęta w ramę zgię­tej mat­czy­nej nogi. Cień osu­wa­jący się na zie­mię, strużki krwi w czer­wo­nym bło­cie.

Prze­żyw­szy to ponow­nie, doznaje olśnie­nia. Patrzy pod nogi. Wycho­dzi przed dom, słońce świeci jasno, ale on nie rzuca cie­nia. Pod­nosi jedną stopę, potem drugą: jakby świa­tło prze­cho­dziło przez niego na wskroś. Jakby wcale go tam nie było. Unió­sł­szy obie nogi, zawisa w powie­trzu i powoli, przez całą długą minutę opada na zie­mię. Ląduje spy­chany w bok lek­kim zefir­kiem, bose stopy żło­bią bruzdę w mięk­kiej nawierzchni. To też jest dziwne. Matka Chluby mocno stąpa po ziemi, podob­nie jak wszy­scy inni znani mu ludzie. Pierw­szy raz przy­cho­dzi mu do głowy, że jego lek­ko­sto­pość nie jest czymś nor­mal­nym. Być może ma coś wspól­nego z bra­kiem cie­nia.

Nie wspo­mina o gwoź­dziu w roz­mo­wie z Matką Chluby ani tego wie­czoru, ani następ­nego, ani przez cały tydzień. Na tyle mniej wię­cej star­cza mu cier­pli­wo­ści, ale robi wszystko, żeby ten tydzień wypadł jak naj­bar­dziej zwy­czaj­nie. Na lek­cjach nie jest ani bar­dziej, ani mniej nie­uważny niż nor­mal­nie. Kiedy wycho­dzi bawić się z innymi dziećmi, stara się nie oka­zy­wać ani więk­szej agre­sji, ani mniej­szej. W domu usi­łuje spę­dzać tyle samo czasu co zawsze, ani wię­cej, ani mniej. Nie wypusz­cza się w mia­sto dalej niż zazwy­czaj. Nie dłu­żej niż zwy­kle mysz­kuje po suchym wąwo­zie pod sta­rym mostem. Pil­nuje się też, żeby nie eks­pe­ry­men­to­wać ze swoim talen­tem do uno­sze­nia się w powie­trzu: przyj­dzie na to czas, powta­rza sobie, kiedy o poranku lek­kość wypeł­nia mu pierś, jakby miał wypu­ścić powie­trze z płuc i wznieść się w bez­kre­sny błę­kit nieba. Wydaje mu się, że zdo­łał nało­żyć nad­zwy­czajną maskę zwy­czaj­no­ści, która skrywa zamęt w jego myślach.

Ma dzie­więć lat. Jest niski, chudy, brą­zo­wo­skóry. Matka Chluby przy­cina mu włosy tak krótko, że nie dają rady się krę­cić. Jego umysł oddziela od niej tylko skóra i kości czaszki.

Pla­nuje, jak w swoim cza­sie napo­mknie o gwoź­dziu w roz­mo­wie i zasko­czy matkę nie tylko samym odkry­ciem, lecz także swoją samo­dy­scy­pliną i nie­zbęd­nym w sztuce talen­tem.

Ale Matka Chluby pierw­sza dopro­wa­dza do kon­fron­ta­cji. Któ­re­goś dnia pod koniec tygo­dnia przy­ła­puje go po lek­cjach i gestem przy­wo­łuje, żeby dołą­czył do niej na podwórku przed domem, gdzie oto­czona wier­nymi uczniami pro­wa­dzi dla nich zaję­cia. Inni, zwy­czaj­niejsi nauczy­ciele przy­cho­dzą do Wrze­cią­dza do domu, sia­dają z nim gdzieś pod drze­wem albo wzy­wają go do sie­bie, do mia­sta i wybu­do­wa­nych z cegły domów. Matka Chluby naucza w palą­cych pro­mie­niach słońca, jakby chciała mieć pew­ność, że i ono się cze­goś uczy.

– A więc zna­la­złeś gwóźdź – mówi, sado­wiąc się na pniaku.

Brzmi poważ­nie, dla­tego Wrze­ciądz stoi. Nie pró­buje sia­dać. To nie jest zabawa ani czas dla rodziny. To szko­le­nie.

– Skąd wiesz? – pyta, gdy po kilku sekun­dach zawzię­tego głów­ko­wa­nia, czy zaprze­cze­nie cokol­wiek mu da, docho­dzi do wnio­sku, że w ten spo­sób tylko wprawi się w zakło­po­ta­nie. – Sta­ra­łem się z niczym nie zdra­dzić.

– I wyszło ci to cał­kiem nie­źle.

To naj­lep­szy kom­ple­ment, jakiego może spo­dzie­wać się z jej ust. W kwe­stiach zwią­za­nych ze sztuką Matka Chluby ni­gdy nie żar­tuje.

– Prze­oczy­łeś włos alar­mowy, który pękł, kiedy otwo­rzy­łeś skrzy­neczkę. Od lat codzien­nie go spraw­dzam. Czego się w ten spo­sób nauczy­łeś?

– Żeby zawsze spraw­dzać, czy nie ma włosa alar­mo­wego – odpo­wiada.

Nie dąsa się. Matka Chluby nie lubi dąsów, przy­naj­mniej tych wymie­rzo­nych prze­ciwko niej. Cza­sem nato­miast potrafi doce­nić żart. Teraz też się uśmie­cha i daje mu znak, żeby mówił dalej.

– Lep­szego pla­no­wa­nia? – strzela Wrze­ciądz.

– Nie rób z odpo­wie­dzi pyta­nia. – Matka się krzywi. – Powi­nie­neś się nauczyć, że po prze­ciw­niku należy spo­dzie­wać się inte­li­gen­cji. Zanim zaczniesz dzia­łać, musisz obmy­ślić, jak go prze­chy­trzyć.

– Tak, matko – pota­kuje.

O nic nie pyta, Matka Chluby nie jest chyba w nastroju do odpo­wia­da­nia na pyta­nia. Przez jakiś czas oboje mil­czą.

– Nie przej­muj się bra­kiem cie­nia – prze­ma­wia w końcu Matka Chluby. Wrze­ciądz ma wra­że­nie, że chciała powie­dzieć coś innego, ale zmie­niła zda­nie. – Nie będzie miał żad­nego wpływu na twoje tajne misje, nikt nie zwraca uwagi na takie rze­czy. Będziesz się jed­nak musiał nauczyć pano­wa­nia nad skłon­no­ścią do wzla­ty­wa­nia w powie­trze.

To jedyna rada, jakiej mu udziela w tej kwe­stii. W ciągu następ­nych dwóch lat sam uczy się wszyst­kiego, co z tym zwią­zane.

Jest wię­cej dziw­nych rze­czy, o któ­rych nie wspo­mina w roz­mo­wach z Matką Chluby. Nie jest do końca pewny, czy są praw­dziwe, czy może raczej wyni­kają z błę­dów w jego rozu­mo­wa­niu albo postrze­ga­niu. Odnosi wra­że­nie, że wolno się sta­rzeje. W wieku dzie­się­ciu lat jest niż­szy od rówie­śni­ków, w wieku dwu­na­stu wciąż wygląda jak dziecko, pod­czas gdy nie­któ­rzy chłopcy wzro­stem dorów­nują już doro­słym. Cho­ciaż nie wszy­scy, więc może w tym aku­rat nie ma niczego nie­zwy­kłego.

Pew­nego dnia odkrywa, że ogień go nie parzy. Kiedy przy­pad­kiem prze­suwa dło­nią przez pło­mień zapałki, czuje chłód, jakby wło­żył rękę w małe źró­dełko. Kilka zapa­łek póź­niej nie jest już pewien, czy to nie dla­tego, że pło­myk jest taki mały i ulotny. Może więk­szy ogień mógłby go spa­rzyć. Nie widząc moż­li­wo­ści spraw­dze­nia tej hipo­tezy bez nara­ża­nia się na poważne obra­że­nia, daje sobie z nią spo­kój.

Stwier­dza rów­nież, że widzi i sły­szy rze­czy, które ucho­dzą uwagi innych. Z początku wcale go to nie prze­raża. Nie­które z widzia­nych przez niego istot wydają się tak samo czę­ścią świata natu­ral­nego jak wie­wiórki prze­my­ka­jące wśród krwa­wo­cierni, zimo­rodki na drze­wach pła­czą­cych nad rzeką albo pło­chliwe sarny w dzi­kiej tra­wie. Ale widzi także pęka­to­brzu­che stwory ucze­pione od zewnątrz ścian ludz­kich domów; poru­szają się, jakby nabie­rały tchu albo pochła­niały coś nie­ma­te­rial­nego, może żywiąc się czymś, czego Wrze­ciądz nie dostrzega. Inne przy­po­mi­nają stwo­rze­nia mor­skie z mnó­stwem odnóży i falu­ją­cych macek, prze­my­kają po głów­nej ulicy mia­steczka jak po mor­skim dnie, led­wie muska­jąc jej powierzch­nię. Jesz­cze inne z kształtu bar­dziej przy­po­mi­nają czło­wieka – te postrzega jako jed­no­cze­śnie natu­ralne i nienatu­ralne, dokład­nie tak jak ludzi: nie­wy­raźne, smu­kle wydłu­żone, poru­szające się z wdzię­kiem, który jest oso­bli­wym odbi­ciem ludz­kiej gra­cji, albo zębate, upior­nie wie­lo­ra­kie, z dłu­gimi języ­kami. Nie­które prze­ma­wiają zdar­tymi, schryp­nię­tymi, obo­la­łymi gło­sami; udaje, że ich nie sły­szy. Odkrywa, że więk­szość ludzi nie widzi tych istot, nie sły­szy ich szep­tów w gęstym zmierz­chu. Budzą lęk, czego dowia­duje się z reak­cji roz­mów­ców, kiedy pró­buje o nie wypy­ty­wać. Acus­dab jest małym mia­stecz­kiem, jego miesz­kańcy czują się przy­tło­czeni mno­go­ścią nie­wi­dzial­nych praw i bytów, o któ­rych wie­dzą, że towa­rzy­szą im na każ­dym kroku. Mówią mu, że nie­zwy­kłe byty nie pocho­dzą z kró­le­stwa czło­wieka. To anty­bo­go­wie. Dia­bły. Mówią, że ich widok powi­nien przej­mo­wać go dresz­czem, więc jego ciało uczy się reago­wać gęsią skórką, gdy tylko któ­ryś z nich pojawi się w jego polu widze­nia – nawet kiedy Wrze­ciądz patrzy prze­zeń na wylot, nie dając po sobie poznać, że go dostrzegł.

Przede wszyst­kim jed­nak odkrywa, że dla gra­wi­ta­cji jest śli­ski, jak naoli­wiony. Spa­da­nie w górę przy­cho­dzi mu łatwo, aż za łatwo. Wystar­czy, że wypu­ści powie­trze z płuc i roz­luźni jakiś stale napięty mię­sień w pod­brzu­szu. Tęsk­nota za otwar­tym nie­bem, w które mógłby spa­dać i spa­dać w nie­skoń­czo­ność, napawa go zgrozą. Kiedy zadziera głowę, czuje się, jakby stał na skraju prze­pa­ści zdjęty prze­możną chę­cią rzu­ce­nia się w nią. Stara się nie patrzeć w niebo.

Uczy się, że każdy jego krok musi być świa­do­mym aktem woli, jeśli ma z powo­dze­niem uda­wać natu­ralny ludzki ruch. Pod­nieś stopę, prze­mieść ją, postaw z powro­tem. Ćwi­czy tak długo, aż wej­dzie mu to w krew: bada grunt pod pode­szwą, dys­kret­nie obciąża kostkę, upew­nia się, że pięta mocno trzyma się ziemi – a wszystko to w spo­sób, który nie zwróci uwagi obcią­żo­nych.

Uczy się także myśleć o innych w taki wła­śnie spo­sób. Obcią­żeni. Ludzie z cie­niem.

On więc zaj­muje się takim samo­kształ­ce­niem, a Matka Chluby rów­no­le­gle przej­muje wyłączną pie­czę nad jego wyż­szą edu­ka­cją. Nauczy­ciele odcho­dzą jeden po dru­gim, ona zaś wpaja mu pod­stawy kla­sycz­nego wykształ­ce­nia: czarna sztuka, dia­lek­tyka, pomsta, nie­spiesz­ność, mord. Nauka obej­muje zarówno lek­cje z teo­rii, jak i zaję­cia prak­tyczne, które nazywa „ćwi­cze­niami”.

Wrze­ciądz poznaje sztukę przy­wo­ły­wa­nia i pęta­nia. Matka Chluby przed­sta­wia mu prawa rzą­dzące nie­wi­dzial­nymi bytami, które przy­by­wają na wezwa­nie, zdolne znie­wo­lić ludz­kie ciało i prze­ma­wiać ludz­kim gło­sem, wiesz­czyć, nauczać, a także ucie­kać, gdy zostaną wypę­dzone. Wszystko wygląda teraz ina­czej, mówi mu, cho­ciaż nie wyja­śnia dla­czego. Wrze­ciądz stara się ze wszyst­kich sił nie dać po sobie poznać, że widzi te istoty przez cały czas, bez względu na to, czy matka pró­buje je aku­rat przy­wo­łać, czy nie. Trudno jed­nak ukryć zasko­cze­nie, kiedy ma się takie ogromne oczy: gdy znie­nacka się roz­sze­rzają, białka łyskają jak race sygna­łowe. Uczy się więc przy­my­kać powieki, jakby stale doku­czały mu ból albo zmę­cze­nie, żeby w jego oczach nie odbi­jał się wstrząs na widok nie­wi­dzial­nego świata. W skro­niach zaczy­nają mu się kłę­bić bóle głowy.

W Acus­da­bie te nie­wi­dzialne prawa i byty (przez nie­któ­rych nazy­wane „dia­błami”, pry­cha lek­ce­wa­żąco matka, cho­ciaż sama też używa tego okre­śle­nia) pozo­stają wielką tajem­nicą. Nawet dla niej są owo­cem rzad­kich i trud­nych rytu­ałów, a nie maja­czą­cymi na obrze­żach pola widze­nia potwor­no­ściami, które stale towa­rzy­szą Wrze­cią­dzowi, kiedy ten sika albo myje zęby; nie poże­ra­czami ucze­pio­nymi ścian domu; nie prze­my­ka­ją­cymi ukrad­kowo isto­tami, które ostroż­nie scho­dzą jej z drogi i ucie­kają przed sza­ma­nami, nie­sław­nymi i prze­ra­ża­ją­cymi aduro z Acus­dabu.

Matka Chluby napawa dia­bły znacz­nie więk­szym lękiem niż sza­mani – na ich wezwa­nia odpo­wia­dają i dają im się spę­tać, Wrze­ciądz nie­raz widział takie sceny w mia­steczku, za to kiedy matka usi­łuje je przy­zwać, może je przy­wo­ły­wać w nie­skoń­czo­ność. Na próżno. Mówi, że nauczyła sza­ma­nów wszyst­kiego, co potra­fią, ale Wrze­ciądz widzi, jak dia­bły wiją się, sko­wy­czą i z niej szy­dzą. Ona ich nie sły­szy, on jed­nak patrzy, uda­jąc, że jest po pro­stu świad­kiem nie­uda­nego rytu­ału, i żałuje, że nie może sobie zakryć oczu i uszu.

Kiedy z kolei sam pró­buje je przy­wo­łać, przy­cho­dzą posłusz­nie, uda­wa­nie zaś, że nie patrzy im w oczy (tym, które je mają), kosz­tuje go tak wiele wysiłku, że próby narzu­ce­nia im swo­jej woli wypa­dają mizer­nie. W oce­nie matki byłby raczej prze­cięt­nym sza­ma­nem, ale to jej w zupeł­no­ści wystar­cza. Nie taką misję mu prze­zna­czyła.

Mord przy­cho­dzi mu z jesz­cze więk­szym tru­dem. Za pierw­szym razem Matka Chluby musi go pra­wie pro­wa­dzić za rączkę. Upra­wia wie­lo­za­da­nio­wość, jak twier­dzi: jed­no­cze­śnie naucza go i kła­dzie krwawy kres zadaw­nio­nej rodzin­nej waśni. Celem jest stry­jeczny dzia­dek Wrze­cią­dza, star­szy brat jej ojca.

Wie­zie go na egze­ku­cję, tak samo jak wozi go na wszyst­kie inne umó­wione spo­tka­nia. Przez całą drogę udziela mu lek­cji. Wrze­ciądz sie­dzi z ręką zwie­szoną za okno, łapie wiatr w dłoń i słu­cha jed­nym uchem. Jadą dość daleko, na drugi kra­niec mia­steczka, tak jakby dzia­dek zamiesz­kał naj­da­lej od Matki Chluby, jak tylko się dało.

Matka zwraca mu uwagę na nie­do­sko­na­ło­ści jego tech­niki pchnię­cia nożem od dołu, przy­po­mina, żeby cały czas nucił pod nosem pieśń ostrze­nia powo­du­jącą wzbu­dze­nie mole­kuł klingi, i powta­rza wie­dzę na temat Pię­ciu Nie­wy­ba­czal­no­ści. To sedno jej nauk, ich czer­wone, mię­si­ste, pul­su­jące serce, a także jedyna oka­zja, przy któ­rej wspo­mina o świę­tym ojcu Wrze­cią­dza, Dosko­na­łym Łaskawcy. Dla­tego chło­pak pro­stuje się w fotelu i słu­cha. To jedna z rzad­kich chwil, kiedy może dowie­dzieć się cze­goś o ojcu, uzy­skać choćby cień odpo­wie­dzi na pię­trzące się przez całe życie pyta­nia na jego temat – mani­pu­la­cja tak toporna, że wła­ści­wie nie powinna się liczyć, ale Wrze­ciądz i tak się tro­chę boczy.

– Pięć Nie­wy­ba­czal­no­ści to zbrod­nie okre­ślone jako naj­cięż­sze przez nale­żący do two­jego ojca apa­rat ide­olo­giczny. – Matka Chluby wygła­szała tę prze­mowę tyle razy, że Wrze­ciądz zna ją na pamięć. I o to wła­śnie cho­dzi. – Z zało­że­nia wykra­czają poza jurys­dyk­cję wszel­kich wymia­rów spra­wie­dli­wo­ści, zarówno w ich funk­cji karzą­cej, jak i przy­wra­ca­ją­cej ład. Idąc od występku naj­błah­szego do naj­po­waż­niej­szego, są to kolejno: mat­ko­bój­stwo; here­zja pro­wa­dząca do kon­fliktu frak­cyj­nego; świę­to­bój­stwo wyznaw­ców, któ­rzy osią­gnęli czwarty sto­pień prze­bu­dze­nia; ojco­bój­stwo oraz zabi­cie Dosko­na­łego Łaskawcy. Z defi­ni­cji nie pod­le­gają wyba­cze­niu, nie można ich rów­nież odku­pić. To zna­czy, że jeśli dopu­ścisz się któ­rejś z nich, przed­sta­wi­ciele kultu będą cię prze­śla­do­wali do końca życia, a twoje imię zosta­nie prze­klęte na poko­le­nia. Twoją misją jest popeł­nie­nie ich wszyst­kich. Twój ojciec nas porzu­cił, sta­li­śmy się nie­wy­brań­cami i jako tacy zosta­li­śmy wyłą­czeni z jego escha­to­lo­gii. Znisz­czymy jego kult i zaso­limy zie­mię, która po nim pozosta­nie. Powtórz.

Wrze­ciądz posłusz­nie powta­rza kate­chizm. Te słowa potra­fiłby wyre­cy­to­wać przez sen.

Docie­rają pod dom dziadka. Matka Chluby par­kuje nieco dalej, tak żeby nie było ich widać, po czym prze­my­kają przez lukę w ogro­dze­niu: jeden słu­pek został wyła­many i przy­dep­tany, skłę­biony drut kol­cza­sty jest w tym miej­scu prze­cią­gnięty bar­dzo nisko. Póź­niej Wrze­ciądz doj­dzie do wnio­sku, że to matka zadbała o to, żeby mieli któ­rędy wejść; być może poprzed­niej nocy któ­ryś z sza­ma­nów zapu­ścił się tutaj i prze­rwał strze­gący gra­nicy obwód. Na razie jed­nak wydaje mu się, że po pro­stu los im sprzyja.

Jego tech­nika nożow­ni­cza oka­zuje się nie­istotna, pieśń ostrze­nia do niczego się nie przy­daje. Dzia­dek krząta się w ogródku za domem. Miej­sce jest odosob­nione, pełne smęt­nych warzyw – ide­alne na pierw­sze zabój­stwo. Mimo że Wrze­ciądz ma prze­wagę mło­do­ści, szyb­ko­ści i zasko­cze­nia, nie zdąża nawet przy­jąć wła­ści­wej postawy, kiedy dzia­dek go roz­braja: pomarsz­czona dłoń wystrze­li­wuje jak wąż, chwyta za nad­gar­stek i go wykręca, nóż spada na zie­mię. Zdu­miony Wrze­ciądz zapo­mina o całym swoim szko­le­niu, zapo­mina nawet, że powi­nien stać twardo na ziemi, i wzbija się w powie­trze, młóci sto­pami, wyko­nuje obrót wokół nad­garstka unie­ru­cho­mio­nego w dziad­ko­wym uści­sku i zawisa nad sta­rusz­kiem do góry nogami. Ten, zasko­czony, pusz­cza go z krzy­kiem, a wtedy Wrze­ciądz instynk­tow­nie łapie go za gar­dło i zatyka mu usta, żeby go uci­szyć.

Póź­niej to już jest śmierć przez powie­sze­nie, ze wzla­tu­ją­cym do góry nogami Wrze­cią­dzem w roli stryczka. Dzia­dek, unie­siony nad powierzch­nię gruntu, roz­pacz­li­wie dra­pie zie­mię czub­kami pal­ców u nóg i kre­śli wzorki w kurzu.

Nawet ktoś szko­lony do doko­na­nia Pię­ciu Nie­wy­ba­czal­no­ści ma wro­dzoną nie­chęć do prze­mocy, którą musi prze­zwy­cię­żyć pod pre­sją, w chwili próby. Matka Chluby wie­lo­krot­nie go przed tym prze­strze­gała, ale i tak jest mu ciężko. Na dnie jego płuc zbiera się zatrute tchnie­nie; już ni­gdy nie zdoła cał­ko­wi­cie ich opróż­nić.

Dzia­dek, któ­remu udało się tym­cza­sem posta­wić całą stopę na ziemi, znów sta­wia opór. Wrze­ciądz pusz­cza go jedną ręką i ude­rza w twarz. Miaż­dży nos, dźga pal­cem w oko z taką siłą, że gałka oczna pęka, dra­pie policzki i szyję, aż spły­wają czer­wie­nią. Jest dokład­nie połu­dnie; kiedy spo­gląda pio­nowo w górę na swoje stopy, widzi słońce. Stoi na słońcu. Zaci­ska dłoń na gar­dle dziadka i znów przy­wo­łuje tamto naj­wcze­śniej­sze wspo­mnie­nie. Jest garotą. Dzia­dek bul­go­cze, jakby chciał coś powie­dzieć, ale Wrze­ciądz ponow­nie się wznosi i pod­rywa go w powie­trze jak kawał mięsa.

Cię­żar ściąga go z powro­tem. Ciało opada, osuwa się na zie­mię, kła­dzie. Wrze­ciądz obraca się głową do góry i niczym padli­no­żerne pta­szy­sko sadowi się na piersi dziadka. Ni­gdzie nie widzi noża, ale Matka Chluby zawsze pod­kre­śla, jak ważne jest dopro­wa­dze­nie roboty do końca, dla­tego teraz Wrze­ciądz dra­pie i dźga pal­cami, nie ustę­puje, aż nurza się we krwi po łok­cie. Nie może patrzeć na zma­sa­kro­waną twarz dziadka, na jej widok zbiera mu się na wymioty. Serce dudni mu w skro­niach. Całe jego ciało zmie­nia się w lód, takie jest lek­kie, takie prze­zro­czy­ste. Nawet nie zauważa, że szy­buje z wia­trem, dopiero Matka Chluby musi go zła­pać w prze­lo­cie za kostkę i ścią­gnąć na zie­mię.

Przez chwilę balan­suje, na próbę obciąża kostki, wresz­cie staje pew­nie na nogach. Napręża mię­śnie, żeby nie odfru­nąć. Nie roz­gląda się, ale kątem oka widzi, że na skrawku ziemi, który jego matka bie­rze za pustą grządkę warzywną, kłę­bią się nie­wi­dzialne byty. Mnó­stwo nie­zwy­kłych, prze­ra­ża­ją­cych istot przy­szło na niego popa­trzeć. On sam woli się wpa­try­wać w swoje zakrwa­wione dło­nie.

– Łatwiej nie będzie – zapo­wiada w dro­dze powrot­nej Matka Chluby.

Posępny Wrze­ciądz kuli się na fotelu pasa­żera. Boli go głowa, gar­dło też, jakby cały czas krzy­czał. Nie przy­po­mina sobie, żeby wydał jaki­kol­wiek dźwięk. Umył się, ale ręce wciąż mu się kleją. Przez całą drogę do domu z namasz­cze­niem ogląda sobie paznok­cie, patrzy na siniaki i zadra­pa­nia, o któ­rych nie pamięta, skąd się wzięły, zagląda w prze­pastne kaniony linii papi­lar­nych w poszu­ki­wa­niu obła­żą­cego płat­kami bru­nat­nego osadu. Czuje jego chro­bo­ta­nie, kiedy pociera pal­cem o palec.

– Następ­nym razem – zapo­wiada Matka Chluby – będziesz musiał sam po sobie posprzą­tać. Pamię­taj, pierw­szą Nie­wy­ba­czal­no­ścią jest mat­ko­bój­stwo. Póź­niej nie będzie cię miał kto pro­wa­dzić za rączkę.

Dwa lata prze­pa­dają w mro­kach dal­szej edu­ka­cji, w tym także nowych ćwi­czeń. Uczy się uprzą­tać sceny zbrodni. Nazywa te zabój­stwa „wyba­czal­no­ściami”, żeby w ten spo­sób lekko ziry­to­wać Matkę Chluby. Ona nie powta­rza już kate­chi­zmu przy każ­dej oka­zji, ale Wrze­ciądz i tak zna go na pamięć i z roz­draż­nie­niem odkrywa, że sam go recy­tuje w tych chwi­lach ciszy, które wcze­śniej były prze­zeń wypeł­niane. Dzięki temu nie traci poczu­cia sensu, wie, że to wszystko ma jakiś cel. Matka Chluby tłu­ma­czy mu, że jego wyba­czalne zabój­stwa giną w nie­milk­ną­cym tumul­cie zbrodni popeł­nia­nych w ich wie­lo­po­ko­le­nio­wej rodzi­nie, spy­chane na dal­szy plan, tonące w szu­mie mor­derstw i pogrze­bów, które wyzna­czają rytm rodzin­nego kalen­da­rza, waśni, któ­rych Wrze­ciądz nie śle­dzi. Więk­szość miesz­kań­ców Acus­dabu zdaje się nale­żeć do rodziny. Nikt nie musi wie­dzieć, do jakiej wyjąt­ko­wej misji matka go przy­go­to­wuje. A celów nie bra­kuje. Jacyś dalecy kuzyni usi­łują nawet zabić samą Matkę Chluby, która z ich próby czyni kolejną lek­cję dla Wrze­ciądza.

Kie­dyś rodzina wyglą­dała ina­czej, zauważa ze smut­kiem Matka Chluby, przy­ci­na­jąc sze­roko roz­ga­łę­zione rodzinne drzewo.

Mimo że Wrze­ciądz dużo ćwi­czy, nie potrafi powie­dzieć, czy roz­wija swoje umie­jęt­no­ści walki i bie­głość w uży­ciu broni. Na pewno oswaja się z prze­mocą, przy­pusz­cza zresztą, że taki wła­śnie cel od początku przy­świe­cał Matce Chluby. Ta zaś pew­nego dnia obwiesz­cza uro­czy­ście, że jest gotowy pod­jąć wła­ściwe wyzwa­nie. Pakuje mu lunch, daje tro­chę pie­nię­dzy, nóż i bło­go­sła­wień­stwo; jej słowa są pospieszne i nie­wy­raźne, bo nie wie­rzy w bło­go­sła­wień­stwa, nawet swoje. To działka jego ojca.

– Pamię­taj, synu – mówi mu jesz­cze na odchod­nym, pato­sem nad­ra­bia­jąc brak poboż­no­ści i czu­ło­ści. – Zmie­nić świat można tylko w jeden spo­sób: poprzez umyślną, pre­cy­zyj­nie wymie­rzoną prze­moc.

I tak oto Wrze­ciądz wyru­sza w świat: uzbro­jony, nie­bez­pieczny, trzy­na­sto­letni.

2

Życie nasto­let­niego Wrze­cią­dza jest wybo­iste i bru­talne, pełne zim­nych nocy, głodu i pęche­rzy na sto­pach. Uczy się ufać swo­jemu szczę­ściu i słu­chać złych prze­czuć, dzięki temu udaje mu się prze­trwać. Poznaje tajem­nice. Zbiera bli­zny. Włosy rosną mu dłu­gie i krę­cone. W końcu zaczyna mu rosnąć także broda. Już nie jest taki niski.

3

Kiedy spo­gląda wstecz z per­spek­tywy doro­słego miesz­kańca mia­sta – który w dodatku, myśli sobie, wszedł w doro­słość w wyjąt­kowo bole­snych oko­licz­no­ściach, w tajem­nym pro­ce­sie cał­ko­wi­tego uni­ce­stwie­nia i odtwo­rze­nia podob­nym do prze­miany doko­nu­ją­cej się we wnę­trzu poczwarki – woli nie roz­ma­wiać o tam­tym okre­sie swo­jego życia. Naj­chęt­niej w ogóle nie wra­całby do niego pamię­cią.

Ile­kroć wdaje się w dłuż­szą roz­mowę – na przy­kład tak jak teraz, na trze­ciej randce z Hej­me­nem – bar­dzo stara się mówić szcze­rze. Odsło­nić się. Otwo­rzyć. Łatwiej mu to zro­bić, kiedy sie­dzą wie­czo­rem w kawiar­nia­nym ogródku obla­nym poświatą dymią­cych koron drzew ogni­stych. Chęt­nie wtedy opo­wiada o swoim dzie­ciń­stwie, ale nie o życiu nasto­latka.

Oczy­wi­ście nie może mówić otwar­cie o zabój­stwach, któ­rych doko­ny­wał w mie­ście, ale umie opo­wia­dać o nich nie wprost. Nauczył się przed­sta­wiać je w spo­sób budzący emo­cje, a zara­zem pomi­ja­jący całą krew. Rodzinne waśnie i zerwane więzy nie są wcale czymś nie­zwy­kłym, cho­ciaż dla więk­szo­ści ludzi okre­śle­nie „na noże” pozo­staje tylko prze­no­śnią.

Dzi­siaj, zasiadł­szy na bez­piecz­nej grzę­dzie dwu­dzie­sto­latka, może śmiało stwier­dzić, że dzie­ciń­stwo upły­nęło mu w nie­woli tok­sycz­nego, agre­syw­nego rodzica. Odsu­nął na bok wszystko, co z nim zwią­zane: sza­lony czas prze­peł­niony prze­mocą; indok­try­na­cję; szko­le­nie do roli żoł­nie­rza w woj­nie, którą matka wyto­czyła ojcu. Tamte sprawy i tamci ludzie należą do prze­szło­ści, a on tym­cza­sem dorósł. Układa sobie życie od nowa, zupeł­nie samo­dziel­nie, życie, w któ­rym jedy­nym jego celem – jak sobie powta­rza – jest spo­kój. Chciałby go zna­leźć. Zacho­wać. Zesta­rzeć się z god­no­ścią. Ni­gdy wię­cej nie dopusz­czać się prze­mocy.

Wedle wła­snych sza­cun­ków ma dwa­dzie­ścia trzy lata, plus minus rok albo dwa. Ciem­no­brą­zowe tery­to­ria jego skóry, dodat­kowo pociem­niałe od słońca, są pokryte białą mapą blizn, w więk­szo­ści już wybla­kłych. Nie pamięta, co mu je pozo­sta­wiło – noże, poszczer­bione łuski i kolce, tłu­czone szkło i ludz­kie paznok­cie – ale jest wyczu­lony na ich punk­cie. Gęste włosy i brodę strzyże schlud­nie i roz­piesz­cza miej­skimi odżyw­kami, nosi dłu­gie rękawy i wyso­kie koł­nie­rzyki. To wystar­cza, żeby ukryć więk­szość blizn, nie zakrywa jed­nak cien­kiej kre­ski, która prze­cina lewy poli­czek jak ślad po łzie ze sto­pio­nego żelaza. Kiedy jego twarz przy­biera obo­jętny wyraz, linia ta zdaje się nie­na­tu­ral­nie pro­sta, dla­tego nauczył się uśmie­chać pół­gęb­kiem i w ten spo­sób ją masko­wać. Bli­zny są jedną z dwóch rze­czy, o któ­rych nie mówi.

Nie wspo­mina rów­nież o tym, że jego ojcem jest Dosko­nały Łaskawca, regu­lar­nie poka­zy­wany w tele­wi­zyj­nych talk-show i czę­sto cyto­wany w wia­do­mo­ściach jako ważna i opi­nio­twór­cza postać lokal­nego życia reli­gij­nego. Spo­krew­nie­nie z nim nie byłoby postrze­gane jako atrak­cyjne, tylko co naj­wy­żej dzi­waczne. Nie wspo­mina o nie­obec­nym ojcu, aby nie wyszło, że ma obse­sję na punk­cie matki – prze­ko­nał się już bowiem, że to rów­nież nie wygląda atrak­cyj­nie.

Hej­men jest od niego star­szy. Prze­ty­kana siwi­zną czarna, bujna broda opada mu na pierś. Poznali się przez apli­ka­cję rand­kową i przez dwa tygo­dnie spo­tkali się już trzy razy. Idzie im zatem zdu­mie­wa­jąco dobrze.

Kiedy Hej­men zauwa­żył, że Wrze­ciądz nie rzuca cie­nia (to było po dru­giej randce, kiedy w sło­neczny pora­nek wyszli zjeść śnia­da­nie), zupeł­nie się tym nie prze­jął. Miesz­kańcy Luriatu tacy wła­śnie są. To jeden z powo­dów, dla któ­rych Wrze­ciądz posta­no­wił tam zamiesz­kać. Gdy kilka lat póź­niej po raz pierw­szy ujrzał mia­sto – zło­cone słoń­cem kamienno-szklane wie­żowce, biały łuk żurawi na tle nieba jak pęk strzał jed­no­cze­śnie wypusz­czo­nych z bożego łuku – poczuł jego nie­od­parte przy­cią­ga­nie, zanim jesz­cze poznał nazwę Luriat. Wil­gotne, nie­mal płynne powie­trze deli­kat­nie, kojąco opły­wało mu skórę. Mia­sto powie­działo mu, że jego wędrówka dobie­gła końca, a wraz z nią skoń­czyła się wyzna­czona mu przez matkę misja. Zaczyna docho­dzić do wnio­sku, że jego miej­sce jest wła­śnie tutaj. Osie­dla się tu tak wielu przy­by­szów z innych stron, że łatwo mu poczuć się jak w domu. Poznał nawet inne zdzi­czałe dzieci mesja­szy – ist­nieje grupa wspar­cia dla nie­wy­brań­ców, pole­cił mu ją tera­peuta, do któ­rego cho­dzi, odkąd tylko dowie­dział się, kim są tera­peuci. Jest obecny na wszyst­kich spo­tka­niach grupy, odby­wają się w każdy haru­day o zacho­dzie słońca. Na razie nie wspo­mniał o niczym Hejowi, ale nie ma poczu­cia, żeby coś przed nim ukry­wał. To dopiero początki zna­jo­mo­ści, ma jesz­cze czas. Roz­ko­szuje się tym uczu­ciem, prze­ciąga się w nim jak kot wyle­gu­jący się na słońcu. Na tym chyba polega szczę­ście, myśli. Utrzy­ma­nie się w tym sta­nie wymaga wysiłku.

– Jak zamier­za­cie wyko­rzy­stać swój czas?

Pyta­nie to pada co tydzień, na każ­dym spo­tka­niu grupy wspar­cia dla nie­wy­brań­ców, pół­wy­brań­ców, kwa­zi­wy­brań­ców. Odpo­wia­dają róż­nie, naj­czę­ściej mru­czą coś pod nosem albo żar­tują. Jedna z uczest­ni­czek, wete­ranka tych spo­tkań, zauważa, że ludzie z tej grupy potrze­bują dużo czasu, żeby zacząć poważ­nie trak­to­wać wła­sne życie. Może czas jest im potrzebny, żeby dojść do sie­bie, odpo­wiada jej czło­wiek, który jako jedyny ma krót­szy staż niż Wrze­ciądz.

– To jest jak uno­sze­nie się w powie­trzu – mówi Wrze­ciądz.

Kiwają pota­ku­jąco gło­wami, pota­kują „Tak, wła­śnie”, cho­ciaż nie rozu­mieją, co ma na myśli. Nie mówi o lata­niu. Cza­sem ćwi­czy, ma nadzieję, że pew­nego dnia opa­nuje tę umie­jęt­ność, zamiast być zda­nym na zrzą­dze­nia losu, ale zawsze robi to w samot­no­ści, kiedy nikt go nie widzi. Na spo­tka­niach rzadko się odzywa. Z kil­ku­na­stu człon­ków grupy jedni przy­cho­dzą czę­ściej, inni rza­dziej. Dzi­siaj zebrała się ich mniej wię­cej połowa. Czyli prze­cięt­nie.

Oczy­wi­ście w sali roi się od nie­wi­dzial­nych bytów. Napeł­niają go zna­jo­mym lękiem, który – para­dok­sal­nie – wydaje mu się nie­mal krze­piący. W Luria­cie jest ich znacz­nie mniej niż w Acus­da­bie, ale i tak cał­kiem sporo. Tłum­nie przy­by­wają na spo­tka­nia grupy, jakby zwa­bione jej oso­bli­wo­ścią. Wrze­ciądz nie jest pewny, ilu jesz­cze uczest­ni­ków je widzi. Może żaden, bo nikt na nie nie reaguje. A może ci, któ­rzy je widzą, wolą tak jak on odwra­cać wzrok i o niczym nie mówić, bo w ten spo­sób umniej­szają zgrozę. Nie śmie naru­szyć tego nie­mego poro­zu­mie­nia, o ile ono w ogóle ist­nieje. W głębi serca ni­gdy nie wyzbył się prze­świad­cze­nia, że gdyby dał nie­wi­dzial­nym bytom poznać, iż je widzi, źle by się to dla niego skoń­czyło. Dla­tego celowo patrzy w dal, poprzez nie, na wskroś; prze­śli­zguje się nie­wi­dzą­cym wzro­kiem po ich maka­brycz­nych syl­wet­kach, dzi­wacz­nych człon­kach, domnie­ma­nych mno­gich oczach. One z kolei nie pchają się na pierw­szy plan. Głowa boli go z tego wysiłku, ale nauczył się żyć z bólem nie­wi­dze­nia. W sali panuje pół­mrok. To pomaga. A przy oka­zji maskuje także brak jego cie­nia.

Wete­ranka nazywa się Koel. Ma około pięć­dzie­się­ciu lat i kurze łapki w kąci­kach oczu, jakby dużo się śmiała, co jed­nak nie jest prawdą.

– Im prę­dzej sobie uświa­do­mi­cie, że macie wła­sne życie do prze­ży­cia, tym będzie łatwiej – mówi. – Tylko tyle.

Wcze­śniej opo­wie­działa im o swo­jej matce, która była ponoć pro­ro­ki­nią Kro­czą­cego, boga, któ­rego Wrze­ciądz nie zna. Po matce dar pro­ro­ko­wa­nia odzie­dzi­czył młod­szy brat Koel, a ona nagle została sama – przy­go­to­wana do nowej roli, ale pozba­wiona mocy, nie­sły­sząca głosu boga, który szep­tałby jej do ucha. Obec­nie, na ile Wrze­ciądz zdo­łał się zorien­to­wać, jest kimś w rodzaju pam­fle­cistki poli­tycz­nej: ma wła­sne nie­le­galne wydaw­nic­two, pisze i dru­kuje wywro­tową lite­ra­turę, którą następ­nie pod­rzuca w miej­scach publicz­nych, żeby inni czy­tali ją i poda­wali dalej. Poza tym ma być także dra­ma­to­pi­sarką i nie­za­leżną reży­serką fil­mową. Nie widział żad­nych jej fil­mów ani sztuk, widział nato­miast bro­szury jej autor­stwa: zawija się w nie chleb, a dzieci robią z nich papie­rowe samo­lo­ciki. Mimo to Koel publi­kuje upar­cie, zupeł­nie tym nie­zra­żona, i z upodo­ba­niem o tym opo­wiada. A prze­cież każdy z grupy mógłby ją zade­nun­cjo­wać. Donieść na nią na poli­cję. Do wszyst­kich dia­błów, może wła­śnie do tego pró­buje ich spro­wo­ko­wać? Ale nie, może po pro­stu im ufa. Może prze­ma­wia przez nią nie­roz­tropna wiara czło­wieka, który dora­stał w prze­świad­cze­niu, że pew­nego dnia każde jego życze­nie będzie sło­wem bożym.

– Chcę pra­co­wać przy papu­zich drzwiach – oznaj­mia nowi­cjusz.

Cała grupa odpo­wiada zbio­ro­wym jęk­nię­ciem, nawet Wrze­ciądz, który też już pró­bo­wał zała­pać się do pracy przy drzwiach i dosko­nale wie, jak długa jest lista ocze­ku­ją­cych. Nowi­cjusz – młode neu­trois imie­niem Ulpe, o dłu­gich, nie­spo­koj­nych pal­cach – przy­cho­dzi na spo­tka­nia od paru tygo­dni, ale na razie nie dzieli się infor­ma­cjami na temat swo­jego nie­wy­bra­nia; raz tylko wspo­mniał coś o czło­wieku w ogniu, cho­ciaż nie jest jasne, czy w sen­sie dosłow­nym, czy raczej prze­no­śnym. Wrze­ciądz i inni nie wie­dzą, czy Czło­wiek w Ogniu, bo tylko tak wyraża się o nim Ulpe, pod­pa­lił się, prze­żył pożar czy może tylko roz­nie­cił meta­fo­ryczny pło­mień wiary. Nie wie­dzą rów­nież, co wią­zało go z Ulpe, ale cokol­wiek to było, nie ulega wąt­pli­wo­ści, że cał­kiem nie­dawno ule­gło zerwa­niu, dla­tego zbio­rowy jęk jest dobro­duszny, przy­ja­ciel­ski, może nawet zatro­skany.

– Wiesz, że to nie­moż­liwe, prawda? – pyta oczy­wi­ście Koel, bo któż by inny. Jej uda­wana powaga ma w sobie tyle fał­szu, że zbliża się do auten­tycz­nej powagi. – Nas w szcze­gól­no­ści ni­gdy do tego nie dopusz­czą.

To dla Wrze­cią­dza coś nowego.

– Dla­czego nas w szcze­gól­no­ści? – pyta.

Koel wzru­sza ramio­nami.

– Nie­do­pa­so­wa­nie.

Wrze­ciądz kom­plet­nie nie rozu­mie tej odpo­wie­dzi. Nie­któ­rzy z pozo­sta­łych kiwają gło­wami – twarz Ulpe niczego nie wyraża, ale Ulpe jest nowe w mie­ście i w gru­pie i tak czę­sto ma twarz pozba­wioną wyrazu, że to się nie liczy – więc Wrze­ciądz woli nie dopy­ty­wać. Nie chce kolejny raz wyjść na nie­wy­kształ­co­nego pro­win­cju­sza.

Papu­zie drzwi nadają Luria­towi histo­ryczną toż­sa­mość, nie zakłó­ca­jąc przy tym jego życia codzien­nego. Przez pierw­szy rok Wrze­ciądz ma zbyt wiele do zoba­cze­nia i roz­siane po całym mie­ście papu­zie drzwi nie wydają mu się niczym szcze­gól­nym. Po jakimś cza­sie zaczyna jed­nak zauwa­żać, że zawsze są zamknięte i bar­dzo czę­sto ktoś przy nich pra­cuje: odma­lo­wuje je (zawsze na jakiś inten­sywny pod­sta­wowy kolor), spraw­dza, oliwi, napra­wia zawiasy, zatrzask albo gałkę, wypeł­nia kitem rysy, lakie­ruje, pole­ruje, zmywa plamy, oka­dza, pro­wa­dzi w modli­twie usta­wio­nych w krąg wier­nych, oświe­tla lampą ultra­fio­le­tową, ostroż­nie pobiera próbki drewna i farby, zosta­wia kwiaty lub skromną ofiarę z owo­ców ele­gancko pokro­jo­nych na pla­stry i tro­ci­czek, z któ­rych snują się smużki dymu. Papu­zie drzwi róż­nią się od innych, zwy­czaj­nych, które nie mogą liczyć na podobne zain­te­re­so­wa­nie i które, jak w końcu zauważa Wrze­ciądz, czę­sto w ogóle nie są drzwiami. W ścia­nach jest mnó­stwo przejść: łuki prze­sło­nięte kota­rami, zasło­nami z kora­li­ków albo po pro­stu płach­tami folii; drzwi szklone taflami szkła o róż­nym stop­niu prze­zro­czy­sto­ści; drzwi połów­ko­wej wyso­ko­ści; drzwi z wsta­wio­nymi okien­kami; drzwi z siatki; meta­lowe furtki z prę­tów albo krat, jak w klatce. Zwy­czajne luriac­kie drzwi są zawsze albo uchy­lone, albo czę­ściowo – choć nie cał­kiem – prze­zro­czy­ste. Tylko te papu­zie są zawsze zamknięte na głu­cho i nie­przej­rzy­ste. Z tego faktu Wrze­ciądz wysnuwa wnio­sek, że to wła­śnie ich nie­prze­zro­czy­stość, zamknię­cie, nie­po­zna­wal­ność tego, co kryje się po dru­giej stro­nie, odróż­nia je od innych.

Pew­nego dnia, nie mogąc dłu­żej opie­rać się cie­ka­wo­ści, pod­cho­dzi do jed­nych z nich. Szedł bez celu przez mia­sto, zdaw­szy się na los i łut szczę­ścia, gdy nie­spo­dzie­wa­nie natknął się na pozo­sta­wione bez dozoru papu­zie drzwi. Nikt się przy nich nie krząta, nikt ich nie pil­nuje. Nie ma świad­ków. Ni­gdzie nie widać poli­cji. Są wbu­do­wane w ścianę zupeł­nie prze­cięt­nego budynku, w któ­rym mie­ści się chyba tylko ele­gancki sklep z biżu­te­rią. Wej­ście do sklepu pro­wa­dzi przez cał­kiem zwy­czajne szklane drzwi, umiesz­czone od frontu, naj­da­lej od papu­zich drzwi, jak to tylko moż­liwe. Jest wcze­sny pora­nek, sklep jest zamknięty, ulica pusta. Wrze­ciądz odczuwa coś zna­jo­mego w trze­wiach: nie­przy­jemne, mdlące cią­gnię­cie, które zawsze inter­pre­to­wał jako głos for­tuny, instynkt, głę­boką wraż­li­wość na świat, która pod­po­wiada mu, dokąd powi­nien pójść i co powi­nien zro­bić na długo przed tym, zanim w ogóle sobie to uświa­domi. Kiedy w nim wzbiera, zawsze jest coś, czym powi­nien się zająć – nawet jeśli jesz­cze o tym nie wie.

Pod­cho­dzi do drzwi i pró­buje prze­krę­cić gałkę. Zamknięte. Drewno jest poma­lo­wane na pogodny, poma­rań­czowy kolor; z bli­ska widzi, że farba została poło­żona grubo, nie­fa­chowo, dostrzega nad­miar warstw, przy­pad­kowe maź­nię­cia pędzla, grudki. Na samych drzwiach i w ich pobliżu nie ma żad­nych ozna­czeń ani napi­sów, które mia­łyby zaka­zy­wać wstępu lub ostrze­gać przed nie­bez­pie­czeń­stwem. Trzy­ma­jąc za gałkę, szar­pie drzwiami i w tej samej chwili wyczuwa zimne powie­trze prze­są­cza­jące się przez szcze­liny pomię­dzy nimi i fra­mugą. Nie jest to mia­rowy ziąb kli­ma­ty­za­cji ani powiew z chłodni, tylko sze­lesz­czący szept zim­nego wia­tru nio­są­cego obcą, gorzką woń. Im wyraź­niej czuje ten zimny powiew, tym dziw­niej­szy i gło­śniej­szy mu się wydaje, jakby za papu­zimi drzwiami dął pory­wi­sty wiatr, lodo­waty, zawo­dzący, jakby wtło­czony w wąską gór­ską prze­łęcz. W pierw­szej chwili ma wra­że­nie, że to ziąb naj­bar­dziej go nie­po­koi: w poło­żo­nym nisko, bo nad samym oce­anem, Luria­cie powie­trze zawsze jest cie­płe i tylko cza­sem, gdy powieje mor­ska bryza, staje się chłod­niej­sze, umiar­ko­wane. Póź­niej Wrze­ciądz docho­dzi do wnio­sku, że cho­dzi o zapach, któ­rego nie roz­po­znaje, a który odkłada mu się na języku nie­mal popiel­nym posma­kiem. Albo może o to, że zimny wiatr zdaje się dąć z roz­le­głej otwar­tej prze­strzeni, pod­czas gdy zawiewa – z defi­ni­cji – z wnę­trza, a w każ­dym razie zza drzwi. Jeżeli za drzwiami roz­ciąga się zewnę­trze, to czy Luriat, a wraz z nim cały świat są wnę­trzem? Wiatr zdaje się przy­bie­rać na sile, jakby po dru­giej stro­nie sza­lał sztorm powstrzy­my­wany tylko wątłymi, prze­sad­nie grubo poma­lo­wa­nymi papu­zimi drzwiami. Gałka jest lodo­wata w dotyku, cho­ciaż Wrze­ciądz nie umie powie­dzieć, czy była taka od początku; może tak, może z tego zimna zdrę­twiało mu całe wnę­trze dłoni. Pusz­cza ją i zaciera ręce. Odsuwa się na kilka kro­ków, a wtedy zimny podmuch ustaje, wraz z nim ulat­nia się też wszel­kie wra­że­nie sro­żą­cej się za drzwiami burzy. Przy­cup­nięty w naj­ciem­niej­szym zaka­marku skroni Wrze­ciądza ból głowy pul­suje jak dru­gie serce.

4

Trwa kam­pa­nia crowd­fun­din­gowa, któ­rej celem jest spro­wa­dze­nie Dosko­na­łego Łaskawcy do Luriatu w porze następ­nego mon­sunu. Wrze­ciądz dowia­duje się o niej przez przy­pa­dek, czysz­cząc fol­der ze spa­mem. Imię ojca wpada mu w oko. Wygrze­buje więc wia­do­mość, klika i prze­cho­dzi na stronę zbiórki. Tam znaj­duje forum utrzy­my­wane przez nie­liczny, lecz entu­zja­stycz­nie nasta­wiony miej­scowy oddział fan­domu Gór­nej Drogi i dowia­duje się, że kam­pa­nia orga­ni­zo­wana jest co roku od bli­sko dzie­się­ciu lat. Z początku kil­ka­krot­nie albo nie uda­wało się zebrać zakła­da­nych środ­ków, albo zbiórka była zawie­szana przez kon­ku­ren­cję z Dol­nej Drogi, która w Luria­cie ma sta­tus reli­gii ofi­cjal­nej. W ostat­nich latach kam­pa­nia osiąga już zamie­rzone cele, ale prawo do orga­ni­za­cji wyda­rze­nia za każ­dym razem przy­pada komuś innemu – na połu­dniu jest wiele miast więk­szych, zamoż­niej­szych i cudow­niej­szych od Luriatu, które w dodatku mają moc­niej­szy i lepiej zor­ga­ni­zo­wany fan­dom – tak że zgro­ma­dzone fun­du­sze prze­cho­dzą po pro­stu na kolejny rok.

Na stro­nie kam­pa­nii przed­sta­wiono plan wyna­ję­cia dużego cen­trum kon­fe­ren­cyj­nego na okres przy­pa­da­ją­cego w szó­stym mie­siącu mon­sunu, a także zakwa­te­ro­wa­nia dla Dosko­na­łego Łaskawcy, jego naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków (dwóch świę­tych i oso­bi­stego sekre­ta­rza), grona naj­wyż­szych rangą apo­sto­łów, wyznaw­ców, apo­lo­ge­tów i innych fanów oraz dar­czyń­ców, któ­rych wkład w kam­pa­nię będzie odpo­wied­nio wysoki.

Wrze­ciądz wyobraża sobie, jak jego odle­gły, nie­przy­stępny ojciec odwie­dza jego mia­sto, i przez chwilę roz­waża moż­li­wość doło­że­nia paru fano­nów, żeby ta fan­ta­styczna ewen­tu­al­ność stała się mini­mal­nie bar­dziej praw­do­po­dobna. Ale jed­nak nie, woli się nie afi­szo­wać przed zwo­len­ni­kami ojca. Dla górno- i dol­no­droż­nych jest kimś mało waż­nym i nie­war­tym zapa­mię­ta­nia, trzy­ma­nym na krót­kiej smy­czy przez matkę w dale­kim Acus­da­bie. I dobrze, niech dalej tak wła­śnie myślą. Dolna Droga jest nie­bez­pieczna, w tej kwe­stii Matka Chluby miała rację; widział już dość świata, żeby potwier­dzić pobrane u niej nauki. Jako nasto­la­tek pro­win­cjusz na wła­sne oczy widział skutki pogro­mów urzą­dza­nych bez­droż­nym przez dol­no­droż­nych; teraz, w Luria­cie, ogląda w tele­wi­zji ich wście­kłych, toczą­cych pianę z ust dema­go­gów. O Gór­nej Dro­dze wie nie­wiele, nie orien­tuje się nawet, czym róż­nią się dwa odłamy ojcow­skiej reli­gii, ale roz­sądne wydaje się zało­że­nie, że oba są co naj­mniej rów­nie groźne.

Zasta­na­wia się, czy nie dałoby się zgło­sić kam­pa­nii do mode­ra­cji pod pre­tek­stem sto­so­wa­nia przez orga­ni­za­to­rów mowy nie­na­wi­ści, wtedy zbiórka zosta­łaby wyłą­czona albo przy­naj­mniej zawie­szona, co przy­spo­rzy­łoby kło­po­tów gór­no­droż­nym, ale ich język i prze­kaz są sta­ran­nie uła­dzone i nie jest łatwo się do cze­goś przy­cze­pić. Może jed­nak nie są aż tacy źli jak dol­no­drożni.

Na razie daje sobie spo­kój. Zdąży, ter­min zbiórki upływa za ponad mie­siąc. Zresztą nawet gdyby chciał się doło­żyć, to nie ma pie­nię­dzy.

Luriat zapew­nia miesz­kań­com wiele dar­mo­wych usług, wśród nich dach nad głową, jedze­nie i komu­ni­ka­cję miej­ską. Jeżeli ktoś nie ma wygó­ro­wa­nych wyma­gań, może tu miesz­kać i nie pra­co­wać – albo przy­naj­mniej nie zara­biać. Więk­szość ludzi jed­nak pra­cuje, ponie­waż pie­nią­dze pozwa­lają zaspo­ka­jać potrzeby wyż­szego rzędu. Przy­sto­so­wa­nie Wrze­cią­dza poszło w prze­ciw­nym kie­runku. Przy­dzie­lono mu małe miesz­kanko na dru­gim pię­trze we wschod­niej czę­ści mia­sta, bli­sko wybrzeża, ale bez widoku na morze, wła­ści­wie bez widoku na cokol­wiek. Bloki w tym rejo­nie są zamiesz­kane głów­nie przez nowo przy­by­łych. Dziel­nica nazywa się Pia­ski, ponie­waż znaj­duje się w niej mała piasz­czy­sta plaża, pod­czas gdy więk­szość luriac­kiego wybrzeża zaście­łają głazy spię­trzone w celu prze­ciw­dzia­ła­nia ero­zji. Więk­szość nowych w Pia­skach albo zgła­sza po jakimś cza­sie wnio­sek o prze­nie­sie­nie do innej dziel­nicy, albo zaczyna zara­biać dość, żeby na wła­sną rękę wyna­jąć coś lep­szego. Tym­cza­sem Wrze­ciądz mieszka w tym samym miej­scu od momentu przy­by­cia do Luriatu, wystar­cza­jąco długo, żeby w Pia­skach, które cechuje szybka fluk­tu­acja miesz­kań­ców, zyskać iście nestor­ski sta­tus. Dora­dza innym, jak poru­szać się po mie­ście, i roz­ko­szuje się tym poczu­ciem misji. Wcze­śniej nie zda­wał sobie sprawy, że usta­wiczna tułaczka zaczy­nała mu się nudzić.

Ludzie zaczy­nają go sobie nawza­jem pole­cać jako źró­dło dobrych rad.

– Zapy­taj Wrze­cią­dza – mówią i tak oto jego imię zata­cza coraz szer­sze kręgi w tej efe­me­rycz­nej spo­łecz­no­ści obcych w mie­ście.

W taki wła­śnie spo­sób poznaje Caduva, któ­rego póź­niej wpro­wa­dzi do grupy wspar­cia dla pra­wie­wy­brań­ców. Pew­nego póź­nego wie­czora ktoś puka do jego drzwi. Wrze­ciądz idzie otwo­rzyć, pół­nagi i pobliź­niony. Drzwi miesz­kań w tych blo­kach mają postać meta­lo­wej kraty powle­czo­nej gęstą siatką dla ochrony przed koma­rami, więk­szość miesz­kańców dla więk­szej pry­wat­no­ści dodat­kowo zawie­sza w nich zasłonę; przy­jęło się zapo­wia­dać naj­ście stu­ka­niem w drew­nianą fra­mugę. Oparł­szy się o jej górną część, Wrze­ciądz przy­gląda się nie­po­zor­nemu męż­czyź­nie po dru­giej stro­nie i nie widzi niczego, co wska­zy­wa­łoby, że Caduv należy do spo­łecz­no­ści nie­wy­brań­ców. Nie ma w sobie maje­statu wyszko­lo­nego pro­roka jak Koel, nie roz­ta­cza aury nad­przy­ro­dzo­nej krzywdy jak Ulpe – albo, jak przy­pusz­cza Wrze­ciądz, on sam. Dopiero kiedy Caduv otwiera usta, żeby zadać pyta­nie, wszystko staje się jasne. Wrze­ciądz sły­szy to w jego gło­sie, wła­ści­wie orien­tuje się nawet wcze­śniej, po samym otwar­ciu ust: zbrą­zo­wiałe, lekko nie­równe zęby, zdu­mie­wa­jący gęsty meszek na języku, zmiana aku­styki oto­cze­nia w ocze­ki­wa­niu na głos Caduva – jakby nagle nie znaj­do­wali się już w głu­szą­cym dźwięki wąskim wyj­ściu na nisko skle­piony kory­tarz, tylko na leśnej pola­nie pod otwar­tym noc­nym nie­bem, w natu­ral­nym amfi­te­atrze, na kle­pi­sku z żyznej, ciem­nej ziemi, ubi­tej i wygła­dzo­nej z bie­giem lat przez tupiące stopy. Kręci głową, pró­bu­jąc otrzą­snąć się z tego widoku. Wizja jest tak inten­sywna, że zakrawa na halu­cy­na­cję, cho­ciaż Wrze­ciądz ani przez moment nie traci świa­do­mo­ści tego, gdzie naprawdę się znaj­duje: drew­niana fra­muga drzwi pod jego unie­sioną dło­nią zacho­wuje swoją szorstką, ziar­ni­stą fak­turę. Dla pew­no­ści dys­kret­nie prze­suwa po niej pal­cem.

W końcu z ust Caduva płyną słowa.

– Pora­dzili mi, żebym cię zapy­tał, jak zała­twić doku­ment toż­sa­mo­ści – mówi.

Słowa są codzienne, powsze­dnie, to luriacki dia­lekt pie­kło­mowy. Pyta­nie cał­kiem zwy­czajne. Akcent z lekka obcy, ale w grun­cie rze­czy nijaki. Za to głos brzmi jak żaden inny na świe­cie. Chwyta Wrze­cią­dza i niczym poryw wia­tru wyrzuca go z powro­tem na tamtą nocną polanę. Wrze­ciądz potyka się, przy­klęka na jedno kolano, w ostat­niej chwili pod­piera się ręką, żeby nie upaść. Ostroż­nie roz­ciera zie­mię w pal­cach. Do wszyst­kich dia­błów, jaka ona jest wil­gotna, jaka… nama­calna. Niebo w górze jest pogodne, pół­księ­życ wisi nisko, przy­cza­jony wśród drzew po lewej stro­nie. Po pra­wej wznosi się zębaty kon­tur gór. Wrze­ciądz czeka, aż wizja zblak­nie – bo to prze­cież musi być wizja, nic innego – ale nic takiego się nie dzieje.

Aż w końcu znów sły­szy ten głos:

– Prze­pra­szam. – To Caduv. – Wszystko w porządku? Zamknij oczy i potrzą­śnij głową, powinno minąć.

Wrze­ciądz wyko­nuje pole­ce­nie – raz, potem drugi. Wbija kciuk w miękką zie­mię, aż w końcu stare drewno znów wycho­dzi mu na spo­tka­nie. Wtedy otwiera oczy. Znów znaj­duje się w tym samym miej­scu co wcze­śniej, stoi w progu swo­jego miesz­ka­nia, pod­nie­sioną rękę opiera o fra­mugę drzwi i patrzy na niskiego męż­czy­znę sto­ją­cego w wąskim kory­ta­rzu. Nie ma żad­nej polany, lasu, odsło­nię­tego nieba ani pół­księ­życa. Nie prze­wró­cił się. W ogóle się nie poru­szył.

– Dla­czego pół­księ­życ? – pyta.

Matka nauczyła go śle­dzić cykl księ­ży­cowy, który dla wyznaw­ców kultu jego ojca jest święty, dla­tego wie z abso­lutną pew­no­ścią, że dzi­siej­sza noc jest pierw­sza po pełni. Wytrą­cony z rytmu księ­życ jest bar­dziej nie­po­ko­jący niż cała reszta wizji. A mie­wał wizje już wcze­śniej.

– Naprawdę bar­dzo mi przy­kro z tego powodu – kaja się Caduv. Przed­sta­wia się, powta­rza, w jakiej spra­wie przy­szedł, i dopiero wtedy przy­po­mina sobie, że nie odpo­wie­dział na pyta­nie. – Tam zawsze świeci pół­księ­życ. Będzie towa­rzy­szył Pie­śni Czer­wieni…

– A ty nie wiesz, która to kwa­dra – domy­śla się Wrze­ciądz. – Nie znasz mie­siąca ani roku. Wiesz tylko, że nie ty będziesz śpie­wał pieśń.

– Mój kuzyn czwar­tego stop­nia wyszedł zwy­cię­sko z prób… – zaczyna Caduv, ale zawie­sza głos, bo Wrze­ciądz zbywa jego wyja­śnie­nia mach­nię­ciem ręki.

Znów stąpa po zna­jo­mym grun­cie, zna te histo­rie. Kuzyn jest namasz­czo­nym Pie­śnia­rzem Czer­wieni, stró­żem jakie­goś – jak domy­śla się Wrze­ciądz – apo­ka­lip­tycz­nego albo zba­wien­nego wyda­rze­nia, któ­remu należy zapo­biec lub które należy spro­wo­ko­wać gdzieś tam, w jakiejś odle­głej doli­nie. Musi być odle­gła, bo ni­gdy nie sły­szał o tej reli­gii, a zarys gór w wizji nie wyglą­dał zna­jomo. Szcze­góły go nie inte­re­sują. W Luria­cie wizje zagra­nicz­nych pro­ro­ków to śmie­cie, nie prze­jaw dzia­ła­nia opatrz­no­ści.

– Tutejsi miesz­kańcy nie reagują na mój głos – mru­czy pod nosem Caduv. – Nie spo­dzie­wa­łem się, że to się jesz­cze kie­dyś wyda­rzy. Przy­by­łem z bar­dzo daleka.

Wrze­ciądz gestem zapra­sza go do środka i zaczyna prze­glą­dać jego papiery.

– Gdzieś tu mam goto­wiec… – mówi.

Uświa­da­mia sobie, że cały czas jest do pasa nagi. Caduv widział jego bli­zny, ale w żaden spo­sób na nie nie zare­ago­wał. Nic dla niego nie zna­czą, domy­śla się Wrze­ciądz. Docho­dzi do wnio­sku, że może nie powi­nien się nimi tak przej­mo­wać. Na wszelki wypa­dek wciąga jed­nak pod­ko­szu­lek, a potem odszu­kuje swoje notatki do wnio­sku o luriac­kie oby­wa­tel­stwo, opa­trzone wska­zów­kami, gdzie – jego zda­niem – należy posta­wić ptaszki, a które kwa­dra­ciki pozo­sta­wić puste. Luriat z jed­nej strony jest zaprząt­nięty kwe­stią iden­ty­fi­ka­cji swo­ich oby­wa­teli, z dru­giej zaś – nawet bar­dziej – przej­muje się ich kate­go­ry­za­cją. Więk­szość wnio­sku jest poświę­cona wpa­so­wa­niu przy­szłego Luriat­czyka w miej­scowe hie­rar­chie rasowe i kastowe, zgod­nie z teo­rią podziału na grupy i typy odzie­dzi­czoną po impe­rium Alabu, które przez pół­tora stu­le­cia nie­po­dziel­nie wła­dało całym super­kon­ty­nen­tem.

– Prze­tłu­ma­czę ci pyta­nia – cią­gnie Wrze­ciądz – żebyś wie­dział, jak na nie odpo­wie­dzieć. Pójdę też z tobą do urzędu mel­dun­ko­wego, pomogę ci wypeł­nić for­mu­la­rze. A w przy­szły haru­day chciał­bym ci przed­sta­wić pew­nych ludzi.

Zdą­żył się już przy­zwy­czaić, że przy­cho­dzą do niego tacy ludzie jak Caduv, cho­ciaż czę­ściej są cał­kiem zwy­czajni. Przy­wykł rów­nież do tego, że prze­stają potrze­bo­wać jego pomocy szyb­ciej, niż się spo­dzie­wał. Cza­sami wystar­czy im zapew­nie­nie, że w ogóle mogą na taką pomoc liczyć; ta wie­dza pozwala im sta­nąć na nogi i dalej radzą już sobie sami. A przy oka­zji tych spo­tkań dzielą się z nim swoją histo­rią, opo­wia­dają, co spro­wa­dza ich do Luriatu, czego szu­kają, przed czym ucie­kają. Jego instynkt, nie­spo­kojny skurcz w trze­wiach, każe mu inte­re­so­wać się tymi opo­wie­ściami, słu­cha więc z uwagą. Nie­któ­rzy pocho­dzą z domów peł­nych prze­mocy, inni po pro­stu szu­kają szczę­ścia, ale więk­szość ucieka przed zarazą, wcale nie­rzad­kimi pogro­mami urzą­dza­nymi w inte­rio­rze przez dol­no­droż­nych albo – to ci z dale­kiego połu­dnia – przed nęka­ją­cymi super­kon­ty­nent woj­nami, o któ­rych Wrze­ciądz w życiu nie sły­szał.

Cie­szący się liczną popu­la­cją sza­ma­nów Acus­dab ni­gdy nie miał szcze­gól­nych pro­ble­mów z epi­de­miami (bożymi przy­pa­dło­ściami, jak nazy­wają je sza­mani, któ­rzy w razie potrzeby zarzą­dzali ści­słą kwa­ran­tannę i surową selek­cję), a przez cały krótki okres zamiesz­ki­wa­nia w nim Wrze­ciądz nie był świad­kiem ani jed­nego pogromu, dla­tego teraz jest zdu­miony, jak powszechne na świe­cie są jedne i dru­gie. Miesz­kańcy Luriatu są z nimi za pan brat, ich kalen­darz, ba, cała ich histo­ria jest osnuta wokół nastę­pu­ją­cych po sobie pomo­rów i czy­stek. Począt­kowo nie potrafi zro­zu­mieć, jak mia­sto zdo­łało prze­trwać taką mno­gość nie­szczęść, z któ­rych każde zmio­tłoby malutki Acus­dab z mapy. Z cza­sem jed­nak docho­dzi do wnio­sku, że tylko takie wła­śnie ogromne mia­sta są w sta­nie otrzą­snąć się z podob­nych kata­strof; że dopro­wa­dza­nie do nich, a następ­nie wycho­dze­nie z nich decy­duje o być albo nie być takich Luria­tów. Odkrywa, że to wła­śnie histo­ria prze­zwy­cię­ża­nia takich kry­zy­sów dopro­wa­dziła do wykształ­ce­nia się dar­mo­wych usług miej­skich – drob­nych zwy­cięstw, z tru­dem wywal­czo­nych osią­gnięć, które natych­miast zostały umniej­szone poprzez wtło­cze­nie w rasowo-kastowe ramy deter­mi­nu­jące ich dostęp­ność.

W Luria­cie nie ma sza­ma­nów, w każ­dym razie takich, jak rozu­mie to słowo Wrze­ciądz. Są szpi­tale pełne wykwa­li­fi­ko­wa­nego per­so­nelu medycz­nego, ale żaden z tutej­szych dok­to­rów nie ma czer­wo­nych ust. Nawet nie wie, jak wła­ści­wie się tytu­łują, nie cho­ro­wał od lat, a już na pewno nie od przy­by­cia do Luriatu. W ogóle czas, który dotych­czas prze­żył w mie­ście, był błogo wolny od epi­de­mii i pogro­mów. Kiedy któ­re­goś dnia dzieli się tą reflek­sją na spo­tka­niu grupy, Koel wybu­cha śmie­chem. Wtedy jesz­cze Wrze­ciądz jej nie rozu­mie.

Potrze­buje czasu, żeby zacząć wychwy­ty­wać cechy łączące ludzi, któ­rzy szu­kają jego pomocy, a poprzez nie dostrze­gać sezo­nowe zmiany w napły­wie uchodź­ców do Luriatu. Wątła ludzka strużka, która ciurka przez okrą­gły rok, od czasu do czasu wzbiera gwał­towną falą. Na wiel­kim super­kon­ty­nen­cie Jambu tli się wiele kon­flik­tów, regu­lar­nie roz­le­wa­ją­cych się na nowe tery­to­ria i zmu­sza­ją­cych do ucieczki dotych­cza­so­wych miesz­kań­ców, z któ­rych część tra­fia następ­nie do jed­nego z nie­zli­czo­nych miast. Naj­bliż­sze oko­lice Luriatu toną w gwał­cie i prze­mocy. Wrze­ciądz pomału uczy się czy­tać mię­dzy wier­szami, odkrywa, że „zamieszki” ozna­czają pogrom i że kiedy mnich Dol­nej Drogi nawo­łuje do „pokoju po obu stro­nach”, zna­czy to, że jego odłam kolejny raz pro­wa­dzi czystkę bez­droż­nych, a przy oka­zji także ras i kast, które uwa­żają za inne i obce: spu­ści­zna jego ojca prze­mie­szana z łaj­nem impe­rial­nej ide­olo­gii Alabu. Dowia­duje się rów­nież, że na Aggio­pie (to leżący na dale­kim połu­dniu sub­kon­ty­nent, z któ­rego wywo­dzili się ci wszy­scy budow­ni­czo­wie impe­riów) sza­leje dżuma, która nie­ustan­nie i bez końca infe­kuje wszystko i wszyst­kich. Nie jest gotowy zmie­rzyć się ze świa­tem tak nagle roz­ro­słym i tak bar­dzo nabrzmia­łym bólem.

Peł­niące nie­ofi­cjalną funk­cję dziel­nicy ubo­gich imi­gran­tów Pia­ski jakoś sobie radzą z tą regu­lar­nie ciur­ka­jącą strużką, kiedy jed­nak strużka prze­obraża się w powódź – albo kiedy wia­domo, że uchodźcy naj­praw­do­po­dob­niej ucie­kają przed nową falą epi­de­mii – wzywa się na pomoc armię, która kie­ruje nowo przy­by­łych do obo­zów odosob­nie­nia poza gra­ni­cami mia­sta. Koel opo­wia­dała kie­dyś na spo­tka­niu, że z początku obozy urzą­dzano oka­zjo­nal­nie, w razie nagłej potrzeby. Z cza­sem zaczęto je budo­wać regu­lar­nie w porach sezo­no­wego wzmo­że­nia migra­cji, aż w końcu prze­ro­dziły się w per­ma­nentne, stale roz­ra­sta­jące się struk­tury, w któ­rych pod­daje się kwa­ran­tan­nie domnie­ma­nych cho­rych lub bun­tow­ni­ków.

Luriac­kie woj­sko i poli­cja (Wrze­ciądz ni­gdy nie nauczył się ich roz­róż­niać; pod wzglę­dem umun­du­ro­wa­nia, uzbro­je­nia i cha­rak­teru dzia­łań prze­cho­dzą jedno w dru­gie tak płyn­nie, że wszy­scy – poli­cjanci i dobo­sze, grupy tak­tyczne i for­ma­cje para­mi­li­tarne, zespoły szyb­kiego reago­wa­nia i obrona tery­to­rialna, oprawcy i noszący białe ręka­wiczki funk­cjo­na­riu­sze dro­gówki – wydają się róż­nymi aspek­tami jed­nego wiel­kiego, wszech­obec­nego, suro­wego bytu) cza­sem potra­fią trak­to­wać nowych miesz­kań­ców Pia­sków z cał­ko­witą obo­jęt­no­ścią, a kiedy indziej włażą im z bucio­rami w życie. Nie do końca ogar­nia, dla­czego cza­sami kom­plet­nie igno­rują poja­wie­nie się kil­ku­dzie­się­ciu przy­by­szów z rzędu, by potem znie­nacka urzą­dzić pokaz siły i aresz­to­wać następ­nego, wszyst­kich jego poten­cjal­nych krew­nych i zna­jo­mych, póź­niej wszyst­kich ich poten­cjal­nych zna­jo­mych i tak dalej, aż się nasycą. Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że oba­wiają się zain­fe­ko­wa­nia mia­sta – ale czy cho­dzi o cho­robę, czy o prze­szcze­pie­nie nie­chcia­nych idei i toż­sa­mo­ści?

Te ich inter­wen­cje też zresztą mają cha­rak­ter sezo­nowy. Wrze­ciądz przy­był do Luriatu bez prze­szkód, w spo­koj­nym, bło­gim cza­sie, kiedy miesz­kańcy nie mar­twili się per­spek­tywą rewo­lu­cji ani epi­de­mii, nie wie­dząc nawet, jakie mają szczę­ście. Mniej wię­cej rok po tym, jak się tu zna­lazł – kiedy już jako tako otrza­skał się z mia­stem, ale nie zaczął go jesz­cze naprawdę rozu­mieć – był świad­kiem pierw­szego maso­wego upro­wa­dze­nia. Prze­czu­cie pro­wa­dzi go do budynku nie­da­leko miej­sca, w któ­rym mieszka, odgro­dzo­nego kor­do­nem uzbro­jo­nych żoł­nie­rzy w gra­na­to­wych mun­du­rach, czap­kach, ręka­wi­cach i cięż­kich, czar­nych, wysoko sznu­ro­wa­nych butach. To wła­śnie buty przede wszyst­kim przy­ku­wają jego uwagę – po tym jak więk­szość mło­do­ści prze­cho­dził boso i dopiero nie­dawno przy­swoił sobie cywi­li­zo­waną prak­tykę nosze­nia san­da­łów. Masywne buciory wyglą­dają dziw­nie w tym upale, ich nosze­nie na pewno nie jest przy­jemne, ale ich solid­ność i cię­żar suge­rują, że są nie tyle obu­wiem, ile raczej bro­nią. Nie służą do cho­dze­nia, tylko do kopa­nia, miaż­dże­nia, wyła­my­wa­nia drzwi, obi­ja­nia ciał i dep­ta­nia ziemi. Część żoł­nie­rzy (w tej chwili wydaje mu się, że to naprawdę są żoł­nie­rze, dopiero póź­niej się dowie, że to poli­cyjny tak­tyczny oddział szyb­kiego reago­wa­nia, któ­rego to roz­róż­nie­nia na grun­cie praw­nym nie jest w sta­nie pojąć mimo naj­szczer­szych sta­rań Heja) nie pozwala zbli­żyć się do budynku Wrze­ciądzowi i innym gapiom, pod­czas gdy druga grupa wkra­cza do środka. W skład obu pod­od­dzia­łów wcho­dzą dobo­sze. Noszą takie same mun­dury jak pozo­stali, wyróż­niają ich tylko białe piórka przy czap­kach i zawie­szone na wyso­ko­ści bio­dra pła­skie bębny, na któ­rych wybi­jają ponury wer­bel ostrze­że­nia i wycze­ki­wa­nia.

W zgiełku bęb­nów, pokrzy­ki­wań i spo­ra­dycz­nych wystrza­łów żoł­nie­rze wypro­wa­dzają z budynku długi sznur ludzi, trzy­ma­jąc ich na muszce. Zatrzy­mani z dłońmi sple­cio­nymi na poty­li­cach są pako­wani na cię­ża­rówki i wywo­żeni w nie­znane. Wynie­sione zostaje kilka ciał, a potem do środka wpada ekipa w stro­jach ochron­nych: tech­nicy kry­mi­nalni, medycy epi­de­mio­lo­dzy albo jedni i dru­dzy jed­no­cze­śnie.

Kiedy dwa tygo­dnie póź­niej blo­kada budynku zostaje odwo­łana, Wrze­ciądz przy­cho­dzi się rozej­rzeć i popy­tać. Dowia­duje się, że upro­wa­dzono bli­sko jedną czwartą miesz­kań­ców. Pozo­stali nie­chęt­nie o tym mówią – to zna­czy z początku wydaje się, że mówią wyłącz­nie o tym, bo skarżą się gło­śno i nie prze­bie­rają w sło­wach, ale po jakimś cza­sie Wrze­ciądz orien­tuje się, że ich skargi doty­czą tylko nie­wy­gód, jakich doświad­czyli pod­czas lock­downu, powta­rza­ją­cych się prze­słu­chań, racjo­no­wa­nia żyw­no­ści i tym podob­nych pro­ble­mów. Nie mówią o ludziach, któ­rych zabrano. Domy­śla się, że mil­czą po czę­ści ze stra­chu, tak jakby wciąż ist­niało ryzyko zara­że­nia, po czę­ści zaś dla­tego, że wolą się nie przy­zna­wać do zna­jo­mo­ści z upro­wa­dzo­nymi. Może nie afi­szują się ze swo­imi daw­nymi przy­jaź­niami, a może żoł­nie­rzom udało się uni­ce­stwić sieć towa­rzy­skich powią­zań i zostali tylko tacy, któ­rzy znali upro­wa­dzo­nych co naj­wy­żej z widze­nia i nie koja­rzą ich imion; jeśli znali imiona, to i tak z nimi nie roz­ma­wiali; a jeżeli nawet od czasu do czasu zamie­nili dwa słowa, to ni­gdy nie zapra­szali się nawza­jem na her­batę.

Przez następne mie­siące Wrze­ciądz roz­py­tuje o zagi­nio­nych – zawsze bar­dzo, bar­dzo ostroż­nie – ale nie udaje mu się dowie­dzieć, co się z nimi stało, do któ­rego obozu albo wię­zie­nia mogli tra­fić ani nawet dla­czego w ogóle zostali zabrani. Nie sły­szał o tym, żeby kto­kol­wiek z nich wró­cił. Mnożą się naj­bar­dziej fan­ta­styczne plotki: nie­któ­rzy twier­dzą, że rok póź­niej widzieli takiego a takiego, jak w innej dziel­nicy kupo­wał pomi­dory; inni daliby sobie głowę uciąć, że kobieta, która wczo­raj wie­czo­rem wystą­piła w tele­wi­zji, nazywa się tak i tak i jest jedną z upro­wa­dzo­nych; wiele osób uważa, że porwani zostali objęci kwa­ran­tanną zakaźną w tym albo tam­tym obo­zie na pery­fe­riach; inni suge­rują, że oskar­żeni o ter­ro­ryzm tra­fili do czar­nego wię­zie­nia w inte­rio­rze; jeden bajarz zarzeka się, że wuj fizjo­te­ra­peuty matki chło­paka kuzynki przy­ja­ciela, który w ubie­głym mie­siącu był na urlo­pie w Remalu, spo­tkał na jed­nej z wycie­czek faceta, który utrzy­my­wał, że został porwany, a następ­nie wygnany z Luriatu z powo­dów, które są albo utaj­nione, albo co naj­mniej nie­zu­peł­nie jasne.

Rze­czy oso­bi­ste upro­wa­dzo­nych zostają szybko roz­dy­spo­no­wane pomię­dzy ich żyją­cych sąsia­dów, a puste miesz­ka­nia – przy­dzie­lone kolej­nym nowo przy­by­łym, któ­rzy wpro­wa­dzają się do nich i żyją swoim życiem, nie­kło­po­tani naj­ściami żoł­nie­rzy w cięż­kich bucio­rach. Wrze­ciądz domy­śla się, że oto znów nastą­piła sezo­nowa zmiana w trak­to­wa­niu przy­by­szów. Caduv, który nie­dawno poja­wił się w mie­ście, jest tak samo nie­świa­domy swo­jego szczę­ścia jak nie­gdyś Wrze­ciądz.

5

Pierw­sze spo­tka­nie grupy z udzia­łem Caduva wypada dokład­nie tak dobrze, jak to sobie Wrze­ciądz wyma­rzył. Poza nimi dwoma uczest­ni­ków jest jesz­cze dzie­się­cioro – i gdy tylko Caduv otwiera usta, wszy­scy nie­ru­cho­mieją jak ska­mie­niali, z otwar­tymi oczami i stę­ża­łymi mię­śniami. Musi potem każ­dego z osobna wywa­biać z wizji, w którą ich wtrą­cił, i po kolei prze­pra­szać; przez ten czas Wrze­ciądz chi­cho­cze pod nosem i zajada prze­ką­ski. Na spo­tka­niach rzadko się tyle dzieje.

Koel zrzę­dzi naj­gło­śniej, otrzą­snąw­szy się z narzu­co­nej przez Caduva wizji; być może iry­tuje ją bli­skość cudzej świę­tej tajem­nicy. Kiedy sztur­cha Wrze­cią­dza pod żebro, ten spo­dziewa się, że zaraz go zruga za przy­pro­wa­dze­nie Caduva bez zapo­wie­dzi (ma przy­go­to­wane zawczasu uspra­wie­dli­wie­nia i zapew­nie­nia o swo­jej nie­win­no­ści), ale Koel tylko go prosi, żeby któ­re­goś dnia wpa­dli do niej we dwóch.

– Jak już Caduv zała­twi całą tę papie­ro­lo­gię i zdąży się tro­chę zaakli­ma­ty­zo­wać – dodaje. – Chcia­ła­bym z wami o czymś poroz­ma­wiać.

Ulpe jest raczej zafa­scy­no­wane niż roz­draż­nione wizją Caduva. Szybko prze­ko­nuje się do niego, zado­wo­lone, że od tej pory nie będzie już naj­młod­sze sta­żem, i przej­muje od Wrze­cią­dza rolę prze­wod­nika, gotowe wpro­wa­dzić nowego gościa w taj­niki grupy i jej kul­tury. Sam Caduv jest z początku tro­chę onie­śmie­lony, ale w miarę jak spo­tka­nie osuwa się w utarte kole­iny, zaczyna odczu­wać ulgę.

Otóż to, myśli Wrze­ciądz, ale nic nie mówi. My, nie­wy­brańcy, musimy trzy­mać się razem. Tak jest lepiej.

W tin­day zabiera Caduva do urzędu mel­dun­ko­wego. Pomi­ja­jąc akcent, Caduv cał­kiem nie­źle poro­zu­miewa się w pie­kło­mo­wie, ale nie umie czy­tać ani pisać po luriacku. W prze­zna­czo­nej spe­cjal­nie do tego celu dłu­giej sali, w któ­rej wszy­scy sie­dzący przy pro­sto­kąt­nych sto­łach ludzie są zajęci dokład­nie tym samym, Wrze­ciądz wypeł­nia for­mu­la­rze, na bie­żąco kon­sul­tu­jąc odpo­wie­dzi z Cadu­vem, który patrzy na druki, mruży oczy i stwier­dza, że nie­które znaki wyglą­dają zna­jomo, niczym dalecy kuzyni jedy­nego pisma, jakie zna.

– Pra­wie się nie różni od pisma Acus­dabu – zauważa Wrze­ciądz. – Stam­tąd pocho­dzę. Mają tu kilka liter wię­cej, ale łatwo sobie je przy­swo­iłem.

– Do tej pory widzia­łem pie­kło­mowę zapi­sy­waną w czter­na­stu róż­nych alfa­be­tach – mówi Caduv. – Ale ni­gdzie jesz­cze nie spo­tka­łem takich zawi­ja­sów jak tutaj.

– Z cza­sem wszystko ogar­niesz – zapew­nia go Wrze­ciądz, cho­ciaż sam nie bar­dzo w to wie­rzy.

Wielu przy­by­szów nie radzi sobie z luriac­kim pismem i uczą się żyć z nowo naby­tym anal­fa­be­ty­zmem. W mie­ście łatwo jest prze­trwać, jeśli tylko znaj­dziesz kogoś, kto potrafi czy­tać i pisać i pomoże ci wypeł­nić for­mu­la­rze mel­dun­kowe. Wszę­dzie wokół nich wnio­sko­dawcy poma­gają sobie nawza­jem, łączą się na pocze­ka­niu w grupki zajęte egze­gezą prze­pi­sów, nie­któ­rzy zasię­gają rady Wrze­cią­dza, który wygląda, jakby znał się na rze­czy.

Caduv składa for­mu­la­rze, dołą­cza do nich próbki bio­lo­giczne – odci­ski pal­ców, skan siat­kówki i wymaz z wnę­trza policzka (jego DNA trafi do reje­stru zgod­nie z kate­go­riami spo­łecz­nymi, do któ­rych go przy­dzielą, a następ­nie zosta­nie użyte do badań, które utrwalą tę kate­go­ry­za­cję) – po czym udają się do innej dłu­giej sali, w któ­rej wraz z innymi supli­kan­tami cze­kają, aż w końcu ktoś przy­cho­dzi i zaczyna roz­da­wać małe żółte iden­ty­fi­ka­tory, zala­mi­no­wane w pla­stiku, opa­trzone urzę­do­wymi sym­bo­lami i uwie­rzy­tel­nia­ją­cymi cią­gami zna­ków, które umoż­li­wiają dostęp do miej­skich usług. Caduv przyj­muje iden­ty­fi­ka­tor w bar­dzo ofi­cjal­nej pozie, pra­wie się kła­nia, budząc tym zdu­mie­nie urzęd­nika.

– Teraz jesteś peł­no­praw­nym oby­wa­te­lem – mówi Wrze­ciądz, gdy wycho­dzą z powro­tem na ulicę. Błoto jest świeże, słońce praży; padało, kiedy byli w urzę­dzie, a teraz ponow­nie się wypo­go­dziło. Pod­nosi dłoń, żeby osło­nić oczy, ale ponie­waż nie rzuca cie­nia, gest ten nie przy­nosi mu żad­nej ulgi. – Moje gra­tu­la­cje. Co teraz zamie­rzasz?

– Myśla­łem o tym, żeby znów uczyć się na pie­śnia­rza. W któ­rejś ze szkół teatral­nych.

Wrze­ciądz kwi­tuje te słowa uprzej­mym ski­nie­niem głowy. Muzyka i teatr nic dla niego nie zna­czą, Caduv rów­nie dobrze mógłby zapo­wie­dzieć, że będzie ćwi­czył sta­nie na gło­wie. Ale tak ogól­nie rzecz bio­rąc, to chyba jest zado­wo­lony. Caduv adap­tuje się do miesz­ka­nia w Luria­cie, odkrywa nowy sens życia. Tak to się wła­śnie powinno odby­wać. Wkrótce wypro­wa­dzi się z Pia­sków, prze­nie­sie w miej­sce lepiej dosto­so­wane do swo­jego powo­ła­nia. Wrze­ciądz stara się mu nie zazdro­ścić. On na razie nie zna­lazł swo­jego powo­ła­nia. Może ni­gdy nie znaj­dzie. Ceni sobie swoją rolę men­tora i prze­wod­nika, trak­tuje ją poważ­nie, ale coraz czę­ściej odczuwa, że przy­da­rzyła mu się przez przy­pa­dek, tylko dla­tego, że zna­lazł się we wła­ści­wym miej­scu i wie­dział dość, żeby umieć odpo­wia­dać na pyta­nia. Nie wybrał jej; to ona wybrała jego. Jest zmę­czony tym uczu­ciem.

Jego zna­jo­mość z Hejem staje się coraz bar­dziej zażyła. Nie jest pewien, kiedy dokład­nie prze­cho­dzi się z rand­ko­wa­nia do związku. Z początku obsta­wał przy rand­kach, któ­rych kon­cept poznał (dość późno, bo Matka Chluby krzywo patrzyła na takie roz­rywki; jej zda­niem tech­no­lo­gia zakłóca roz­wój duchowy i nie sprzyja regu­lar­nemu reżi­mowi tre­nin­go­wemu) z tele­wi­zji i fil­mów w kla­sycz­nym stylu, który z cza­sem nauczył się roz­po­zna­wać jako impe­rialny połu­dniowo-wschodni: brun­che, kola­cje, nie­zro­zu­miałe przed­sta­wie­nia teatralne, a potem seks i napię­cie post­ko­italne. Jed­nakże po pierw­szych paru tygo­dniach wysi­lo­nej for­mal­no­ści ich inte­rak­cje roz­pły­wają się w kałuży zło­żo­nych reak­cji orga­nicz­nych. Bicie jego serca staje się zbyt gwał­towne, by mógł je zigno­ro­wać, zaczyna się wręcz oba­wiać, że sły­chać je na zewnątrz, przez co zaczyna mówić gło­śniej i szyb­ciej, żeby je zagłu­szyć. Hej reaguje podob­nym oży­wie­niem, a dalej wza­jemna eks­cy­ta­cja napę­dza się już sama. Jakby oddy­chali czy­stym tle­nem. Powie­trze jest zbyt gęste, krew zbyt gorąca, zanadto czer­wona. Hej zaczyna wodzić pal­cami po bli­znach Wrze­cią­dza, ale ni­gdy o nie nie pyta. Ta bli­skość i sza­cu­nek w końcu prze­ła­mują przy­wią­za­nie Wrze­cią­dza do wyso­kich koł­nie­rzy­ków i dłu­gich ręka­wów w miej­scach publicz­nych. Pochła­niają się z Hejem wza­jem­nie, raz za razem. Cią­gle roz­ma­wiają. Zaplą­tują się nawza­jem w swo­ich życiach, ser­cach i umy­słach do tego stop­nia, że w chwi­lach naj­więk­szej bli­sko­ści zbłą­kane myśli spon­ta­nicz­nie prze­no­szą się w prze­strzeni dzie­lą­cej ich czaszki i stają się sły­szalne, trzesz­czą i szep­czą wprost do uszu ich dusz.

Wrze­ciądz przez cały czas strzeże swo­ich sekre­tów, ponie­waż nie odczuwa naj­mniej­szej pokusy, żeby się nimi dzie­lić. Nie dopusz­cza do tego, by wypły­nęły na powierzch­nię jego umy­słu, skąd mogłyby zostać wytran­smi­to­wane. Upaja się świa­do­mo­ścią, że może być inte­re­su­jący sam przez się, nie jako porzu­cony pomiot mesjań­skiego bytu albo ktoś, komu pisany jest wielki, bru­talny los. Odsu­nął od sie­bie te dzie­cinne żale, przy­po­mina sobie, dla­tego wcale nie kła­mie, kiedy teraz o nich nie wspo­mina. Może kie­dyś. Pew­nego dnia.

– Może pew­nego dnia co? – pyta Hej.

– „Może pew­nego dnia” to moja ulu­biona fraza – odpo­wiada swo­bod­nie Wrze­ciądz. – Lubię myśleć, że wiele rze­czy jest moż­li­wych.

Zabiera Caduva na spo­tka­nie z Koel.

– Ale po co? – dziwi się Caduv. – Co tydzień widzimy się na gru­pie.

– To co innego – odpo­wiada wymi­ja­jąco Wrze­ciądz. – Nie cho­dzi o grupę.

Nie­dawno Koel pono­wiła swoją prośbę. Zabrzmiało to bar­dziej natar­czy­wie niż poprzed­nio, jakby coś się wyda­rzyło pomię­dzy pierw­szym i dru­gim razem, kiedy o tym roz­ma­wiali. Dla­tego Wrze­ciądz wziął się w garść i posta­no­wił dzia­łać. Odnosi wra­że­nie, że czym­kol­wiek jest ta sprawa, Koel nie zamie­rza dopusz­czać do niej reszty grupy. A zwa­żyw­szy na jej poglądy poli­tyczne, może cho­dzić tylko o jedno. Czuje się jakby tro­chę ura­żony, że nie dopu­ściła go do swo­jego świata, dopóki nie poja­wił się Caduv, a zara­zem teraz, kiedy już docze­kał się jej zapro­sze­nia, to – bez względu na oko­licz­no­ści – odczuwa pod­nie­ce­nie, jakiego nie czuł od momentu przy­by­cia do mia­sta. Sama moż­li­wość, że oto ktoś wyzna­czy mu nową misję… Czy to głu­pie? Czy wciąż szuka kogoś, kto mu powie, co robić, kogo zabić, jaki reżim oba­lić, mimo że wcale nie chce się już tym zaj­mo­wać? Nie umie jed­nak spo­wol­nić bicia serca. Lek­cje przy­swo­jone w dzie­ciń­stwie głę­boko zapusz­czają korze­nie i nie­ła­two je wyrwać doro­słym rozu­mo­wa­niem.

Koel też mieszka w bloku komu­nal­nym, tyle że w dziel­nicy arty­stów gra­ni­czą­cej od zachodu z Pia­skami i zna­nej jako Fron­ton, któ­rej połu­dniowe obrzeża ule­gają powol­nej gen­try­fi­ka­cji. Wrze­ciądz z Cadu­vem idą okrężną drogą, żeby naj­pierw prze­spa­ce­ro­wać się tymi skost­nia­łymi połu­dnio­wymi uli­cami, zoba­czyć dro­gie gale­rie, w któ­rych sprze­daje się dzieła sztuki wytwo­rzone ze zro­zu­mia­łych mate­ria­łów, któ­rym nadano mniej lub bar­dziej tra­dy­cyjne formy: drewna, gliny, metalu, wody, dymu. Bez pośpie­chu zmie­rzają przez Fron­ton w kie­runku pół­nocno-wschod­nim. Dziel­nica stop­niowo roz­ta­pia się, roz­pływa, ubo­żeje, domy nisz­czeją, ludzie stają się mniej zadbani, towary bar­dziej przy­pad­kowe, sprze­dawcy zaj­mują chod­niki, kramy wyle­wają się aż na ulice. Same dzieła, któ­rymi się han­dluje, rów­nież są coraz dziw­niej­sze.

Może wła­śnie ten natłok sztuki, a może ludzka ciżba spra­wiają, że we Fron­to­nie Wrze­ciądz nie dostrzega tylu nie­wi­dzial­nych bytów co gdzie indziej. Na ścia­nach gale­rii zda­rzają się gro­mady wolno pul­su­ją­cych poże­ra­czy, na bied­nie­ją­cych uli­cach spo­tyka tych samych co zawsze anty­bo­gów o bia­łych ramio­nach i dłu­gich języ­kach, któ­rych nauczył się koja­rzyć z cho­ro­bami, ale poza tym widzi głów­nie ludzi, praw­dziwe tłumy, o wiele więk­sze od tego, do czego przy­wykł u sie­bie. Wielu nowo przy­by­łych, któ­rzy pod­czas pobytu w Pia­skach nie wpadną w kło­poty, nie zostaną inter­no­wani albo wypę­dzeni, z cza­sem prze­nosi się nieco dalej w głąb lądu, wła­śnie do Fron­tonu. Wrze­ciądz doce­nia atrak­cyj­ność tej per­spek­tywy. Fakt, że Koel zamiesz­kała wła­śnie tutaj, też ma sens. W pew­nym sen­sie Fron­ton sta­nowi desty­lat wszyst­kiego, co w Luria­cie naj­lep­sze, zapew­nia wsze­la­kie swo­body tym, któ­rym wolno się nimi cie­szyć, kreuje prze­strzeń, w któ­rej miesz­kańcy mogą two­rzyć, oglą­dać i sły­szeć sztukę, a nawet się nią stać, jeśli tego wła­śnie zapra­gną – dopóki sztuka ta nie prze­kra­cza nie­wi­dzial­nych linii mocy, za któ­rymi cze­kają cięż­kie woj­skowe buty i bębny.

W bez­po­śred­nim sąsiedz­twie domu Koel ostat­nim krzy­kiem mody zdaje się kłę­bo­wi­sko poli­tyczno-reli­gij­nych plo­te­czek zawarte w for­mie teatru z udzia­łem publicz­no­ści. Podą­ża­jąc wąskimi, zatło­czo­nymi ulicz­kami, prze­cho­dzą z tery­to­rium jed­nej famy na zie­mię następ­nej, sły­szą pogło­ski, powta­rzają je, mie­szają, mik­sują, współ­two­rzą. Zostaje im po nich gorzki posmak w ustach. Więk­szość nie­skom­pli­ko­wa­nych plo­te­czek zapada w pamięć; nie­które wyjęte z kon­tek­stu są nie­zro­zu­miałe, ale więk­szość nie pozo­sta­wia wąt­pli­wo­ści.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki