Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
W świecie, gdzie codzienność splata się z magią, Światło niezwykłych gwiazd Ryki Aoki opowiada o miłości, stracie i odkrywaniu własnego światła. Każdy drobny cud, każda lśniąca gwiazda przypomina, że nawet w najciemniejszych chwilach można odnaleźć niezwykłe piękno – jeśli tylko spojrzymy uważnie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 415
Dla Katriny i dla Katrin wszędzie…
Ludziom się wydaje, że sprzedanie duszy za muzykę to prosta sprawa – „Podpisz cyrograf i pstryk! – jesteś geniuszem!”. Gdyby to było takie proste, świat opływałby w ponadczasową muzykę. A przecież tak nie jest.
Dusze są tanie.
Sztuka to znaleźć właściwą duszę.
Ciiii…
Tak, bolało. To na pewno nie był tylko siniak. Tak, bała się. Gardło miała zdarte od krzyku.
Katrina Nguyen ostrożnie pomacała pod łóżkiem.
Damskie ciuchy. Męskie ciuchy. Pieniądze. Akt urodzenia. Legitymacja ubezpieczeniowa. Szczoteczka do zębów. Zapasowe okulary. Zapasowa bateria. Podkład. Estradiol. Spironolakton.
Plecak ucieczkowy przygotowała sobie za pierwszym razem, gdy ojciec groził, że ją zabije.
Z początku wydawało jej się, że to „na wszelki wypadek”, jak szybka, której się nigdy nie tłucze.
Ale dzisiaj wieczorem…
Czemu pozwoliła, żeby do tego doszło? Czemu nie mogła być taka, jak chcą rodzice?
Część jej jaźni była w panice. Co ty narobiłaś? Przeproś. Idź od razu, pukaj do ich drzwi. Powiedz, że to twoja wina, że przepraszasz, że obiecujesz się zmienić.
Lecz inna, silniejsza część Katriny była spokojna, zimna nawet.
Musisz uciekać. Dzisiaj. Oddychaj, zachowaj spokój, nasłuchuj.
Zatem nasłuchiwała… kroków, oddechów, snu. Słuchała i słuchała. W ciemności usłyszała ostatnie kaszlnięcie matki. Ostatnie spuszczenie wody przez ojca.
Wreszcie zapadła cisza.
Katrina chwyciła się za żebra, potem się podniosła. Ból był silny, ale do wytrzymania. Była w swoim pokoju, za zamkniętymi na klucz drzwiami. Trzeba tylko być cicho. I spokojnie. Wszystko się uda.
Da radę.
Przy świetle telefonu nałożyła korektor wokół oka i na policzek. Lepiej nie mierzyć się ze światem, mając widoczne siniaki.
Potem zostawiła na łóżku kartkę.
Napisała na niej, że przeprasza, że żałuje, że się w ogóle urodziła, że nie chciała ich rozgniewać i że odtąd będą mieli z nią święty spokój. To ostatnie było prawdą.
Potem jednak dopisała, że jedzie do San Francisco.
Nie było powodu w to nie wierzyć; oczywiście, że jedzie właśnie tam. Queery zawsze tam jadą. Ojciec walnie pięścią w ścianę, rzuci czymś ciężkim i łatwo się tłukącym, matka się przeżegna, odmówi modlitwę. Za dzień czy dwa zadzwoni do ciotki Claudii po drugiej stronie zatoki, żeby odszukała jej durnego syna i odesłała go do domu.
Wtedy jednak Katrina będzie o sześćset kilometrów stąd.
Bezgłośnie założyła kurtkę. Otworzyła okno. Z zewnątrz dobiegał hałas policyjnego śmigłowca, odgłosy jakiejś rodziny po sąsiedzku. Szum autostrady, wyjeżdżających ładnych samochodów, mniej ładnych wracających do domu. Katrina jednak poruszała się miarowo, z gracją niemal, zbierając wszystko, co potrzebne.
Bilet. Laptop. Plecak ucieczkowy.
Skrzypce.
Wczołgała się na biurko i opadła na ziemię. Adrenalina litościwie stłumiła ból. Sięgnęła w górę, zasunęła okno i zerknęła na telefon.
Świetnie. Jest jeszcze czas. Najszybciej, jak mogła, pokuśtykała, mijając domy sąsiadów, autostradę, auta, policyjny śmigłowiec na niebie. Pojedzie kolejką BART do Oakland i tam gdzieś przeczeka noc.
A rano wsiądzie do wielkiego białego autobusu do Los Angeles.
Ktoś, kto nigdy nie jechał wielkim, białym, azjatyckim autobusem, pewnie nigdy nie pojedzie. Do nich się nie wsiada na dworcach kolejowych czy w bazach Greyhounda. Łapie się je pod azjatyckimi centrami handlowymi lub supermarketami.
Niektóre są wietnamskie, parę jest koreańskich, większość – chińskich. Niektóre jadą do Las Vegas, inne kursują do kasyn w Morongo, Pechange, San Manuel. Jeszcze inny zestaw obsługuje sieć azjatyckich osiedli w całym stanie. Chinatown w Oakland, Chinatown w San Francisco, Little Saigon. Chinatown w San Diego.
I oczywiście cała ich flotylla zjeżdża się do doliny San Gabriel – do Rosemead, San Gabriel, Monterey Park i reszty tej azjatycko-amerykańskiej Ziemi Świętej.
– Na moje oko dziewczyna – powiedziała ta kobieta. Nie chciało jej się ściszać głosu. Nawet jak młoda usłyszy, to co z tego? Mówiły po kantońsku, a wszystkie młodziaki były albo zamerykanizowane, albo uczyły się mandaryńskiego.
– Żadna dziewczyna! – zaprotestowała druga. – Za brzydka na dziewczynę.
– Ale jest umalowana!
Zapadła cisza.
– Za brzydka na dziewczynę – zgodziły się w końcu.
– Zdecydowanie chłopak. Szkoda by było takiej dziewczyny.
– Jeszcze jak szkoda.
Były mniej więcej w wieku jej matki – mogłyby być jej koleżankami. Nie musiała ich rozumieć, żeby je zrozumieć, tego typu rozmowy stapiały się z gadkami, które słyszała codziennie.
Nie starała się blokować ich słów, dawno z tego zrezygnowała. Oparła się za to głową o szybę i słuchała… głosów kobiet, buczenia silnika, ryku wyprzedzającej ciężarówki. Wsłuchiwała się w ból w żebrach, w pulsowanie dopasowujące się rytmem do każdego zakrętu i każdego wyboju na drodze. Wszystko to było muzyką.
Ścisnęła w dłoniach skrzypce. Usłyszała melodię.
W końcu Katrina Nguyen pozwoliła sobie zasnąć.
Shizuka Satomi otworzyła oczy. Dwadzieścia dwie godziny temu była jeszcze w Tokio.
A teraz?
Jej myśli przerwał potworny dźwięk, jakby samochodowa wycieraczka tłamsiła skrzypce.
Kto w ogóle jest w stanie wydać tak piekielny…
Aaa. No tak.
Shizuka wyciszyła oddech i przysłuchała się uważniej. Oprócz koguta były jeszcze dwie kury. Gołębie, cztery. Kaczka. Staruszka-Azjatka nucąca pentatoniczną melodię ludową. Autostrada w oddali. I ktoś właśnie podjechał mercedesem.
Żadne inne miejsce tak nie brzmiało.
W żółtym domu mieszkali Aguilarowie. Na rogu – państwo Laus, a obok państwo Lieu.
To jest jej dom w Los Angeles… a dokładnie w Monterey Park.
Jest u siebie.
Rozejrzała się po pokoju. Dzięki Astrid przeprowadzka była już zakończona. Ubrania, meble, instrumenty – wszystko czekało gotowe. Auto także odbyło podróż z Japonii i stało na podjeździe na dole.
Jedyna rzecz, którą przywiozła tu osobiście, leżała na stoliku nocnym. Długi, wąski futerał na instrument. Stary, sfatygowany, choć pięknie wykonany. To, co skrywał, wydawało się niemal zniecierpliwione, wołało do niej poza skalą słuchu.
Jeszcze nie, pomyślała Shizuka. Ale niedługo.
Gdy jeszcze raz zapiał kogut, wstała i przeciągnęła się. Idealnie wymierzyła z tym snem. Mimo zmiany stref czasowych czuła się jak po odświeżającej popołudniowej drzemce. Oczywiście wieczorem będzie wyczerpana, ale jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, do tego czasu znajdzie tę, której szuka.
Kiedy zeszła na dół, Astrid już podała śniadanie – kleik ryżowy, gorącą herbatę, jajko na miękko.
Oraz obraną mandarynkę.
– Astrid, nie prosiłam o…
– Od pani Aguilar – wyjaśniła Astrid. – Całą torbę przyniosła. Nie chce pani jednej? Są naprawdę słodkie.
Shizuka zjadła jajko, grzankę, dopiła herbatę.
– Wolę nie robić mojemu ciału żadnych niespodzianek, kiedy jest jeszcze niepewne, w której strefie czasowej przebywa.
Astrid wzruszyła ramionami.
– Ale pani Aguilar mówiła, że zawsze pani smakowały.
Była wspaniale słodka, jak zawsze – i soczysta, niewiarygodnie jak na zimowy owoc. Każda dzielnica powinna mieć swoją panią Aguilar…
– Pani Satomi?
– Co? Och, trochę się zamyśliłam.
Astrid zmarszczyła brwi.
– Pani Satomi, dlaczego pani nie odpocznie? To tylko eliminacje. Finały są dopiero w przyszłym tygodniu i panna Grohl na pewno się dostanie.
Shizuka poprawiła makijaż szminką, odrobiną pudru i sięgnęła po okulary przeciwsłoneczne.
– Zresztą, jeśli ona jest naprawdę tą siódmą, to finały jej na nic, prawda?
Sześć razy Shizuka Satomi stworzyła wspaniałość. Sześć razy wzięła aspirującego muzyka, wyszkoliła go, ukształtowała i stworzyła gwiazdę.
Co jeszcze bardziej niesamowite, podczas gdy większość nauczycieli kultywowała swoje charakterystyczne brzmienie czy styl, uczniowie Satomi bywali lodowaci, destrukcyjni, oślepiający, delikatni, frenetyczni, oszałamiająco zmysłowi…
Jej sukces, jej styl, to, jak bez wysiłku, niemal niezawodnie, wyczarowywała z powietrza geniusza za geniuszem, był niewiarygodny, wręcz nadprzyrodzony.
Nic zatem dziwnego, że zaczęto nazywać ją Królową Piekła.
Jednak od ponad dziesięciu lat nie wzięła sobie żadnego nowego ucznia.
Dlaczego?
Niektórzy uważali, że padła ofiarą złamanego serca. Ostatniego ucznia Satomi, Yifenga Briana Zhenga, widziano z nią tuż przed jego śmiercią, jak w Annecy śmiali się razem nad gorącą czekoladą i napoleonkami. Olśniewający młody skrzypek dziękował jej z każdej sceny, na której grał, a w telewizyjnym wywiadzie powiedział, że dopiero po studiach u Shizuki Satomi zrozumiał, co naprawdę znaczy miłość.
Może byli kimś więcej niż nauczycielką i uczniem?
Inni przypuszczali, że powód był bardziej przyziemny – może po prostu się wycofała. Królowa Piekła wyszkoliła Yifenga Zhenga, a przed nim Kianę Choi, a przed nim Sabrinę Eisen. I tak dalej, i tak dalej.
Nawet gdyby znalazła kogoś nowego, to co jej jeszcze zostało do osiągnięcia?
Jakikolwiek był tego powód, każdego roku coraz więcej ludzi zakładało, że Królowa Piekła już nie zamierza nikogo kształcić.
Debile.
Shizuka Satomi od dziesięciu lat szukała. Nasłuchiwała, w Lozannie, w Salzburgu, w Sydney, ostatnio w Tokio. Sprawdzała kandydata za kandydatem.
Nic, nic, nic.
Nie, żeby się nie starali. Nie, żeby muzycy nie przyjeżdżali do niej, nie oferowali jej wszystkiego, co mają, wszystkiego, co mogą sobie wyobrazić.
Jakby to, co mogą sobie wyobrazić, to nie było o wiele za mało. Inni wokół, w tym sam Tremon Philippe, sugerowali, że jest zbyt wybredna, może wręcz arbitralna. Musiała przecież przez ostatnie dziesięć lat spotkać jakichś muzyków, którzy by się nadawali.
Oczywiście, że spotkała.
Sześcioro jej poprzednich uczniów było niemal nieprzerwanym ciągiem geniuszy. Wszystko w nich było, jak trzeba. Niemniej, z każdym kolejnym Shizuka coraz bardziej uświadamiała sobie, że coś jest z nimi nie tak. Nie. Że czegoś im brakuje. Patrząc, jak wzlatują i upadają, sypią iskrami i wypalają się, dostawała coraz większej obsesji na punkcie muzyki grającej tuż poniżej punktu słyszalności, niepokojąco znajomej, a jednak ciągle jej się wymykającej.
Aż wreszcie w Tokio ją usłyszała.
Przez zgiełk trzynastu milionów ludzi, automatów sprzedających rzeczy, budek z ramenem, kafejek internetowych, elektrycznych pociągów i kwitnących wiśni w liczbie dwukrotnie większej niż to wszystko – muzykę dobiegającą nie z tego miasta, lecz daleko zza morza.
I do tego akurat z rodzinnego miasta.
Shizuka ominęła bardzo powolnego lexusa i przyśpieszyła, zjeżdżając na Huntington Drive.
Dolina San Gabriel przypominała Azjatycko-Amerykańską planszę do Monopoly. Kambodżańczycy, Chińczycy, Wietnamczycy, Laotańczycy, wietnamscy Chińczycy, paru Koreańczyków, nawet trochę Japończyków – wszyscy przeplatali się w dzielnicach klasy ludowej, Rosemead, Monterey Park i El Monte, klasy średniej – Temple City, San Gabriel i Alhambra, aż po najdroższe pola Boardwalk i Park Place, czyli San Marino i Arcadię, gdzie właśnie dojeżdżała Shizuka.
Czuła, że oddech jej przyśpiesza, gdy mijała Santa Anita Plaza, ociekające złotem centrum handlowe, gdzie można było kupić pierożki z truflowym nadzieniem, latte z Hello Kitty albo warte dwa tysiące dolarów pudło chińskich gniazd jaskółczych.
Szybko przejechała obok toru wyścigów konnych Santa Anita, mieszczącego modny nocny targ 626, ściągający wieczorami wszystkich Azjatów na śmierdzące tofu, herbatę bąbelkową, makaroniki z mąki z taro oraz projekcje międzynarodowego kina niezależnego.
Aż wreszcie dotarła do celu – sali koncertowej Xinhua Phoenix Hall.
Xinhua Phoenix Hall była tym mniejszym z dwóch budynków zaprojektowanych przez sławnego chińskiego architekta Ana Wei. Po drugiej stronie dziedzińca, wciąż opakowany w budowlane płachty, mieścił się monumentalny „Pawilon Złotej Przyjaźni” banku inwestycyjnego Xinhua Phoenix. Miał się otworzyć w przyszłym roku.
Pomiędzy nimi stała ogromna fontanna w kształcie czajniczka, z którego nieustająco leciała woda. Na boku miała wyrzeźbiony i pozłocony znak 永, oznaczający Wieczność.
A Shizuka chyba od 永 tak nie czekała na jakiś występ. Nie wiedziała, skąd to wie, ale wiedziała. A kiedy Tremon Philippe wspomniał o pannie Grohl, jeszcze się w tym utwierdziła.
W tej chwili miała wrażenie, że jest tam fizycznie przyciągana – bezczasową muzyką, którą jej poprzedni uczniowie, mimo swego geniuszu, mogli tylko obrysować po konturach.
Wzięła głęboki oddech. Nie ma potrzeby się śpieszyć. Królowa Piekła się nie śpieszy.
Ostatni raz sprawdziła makijaż i założyła ciemne okulary.
Tutaj będzie jej siódma i ostatnia uczennica.
Tutaj będzie jej siódma i ostatnia dusza.
A potem, co jej jeszcze pozostanie do osiągnięcia?
Wszystko.
Słysząc „konkurs skrzypcowy”, człowiek wyobraża sobie nerwowych uczestników i scenę. Ale w foyer, w kuluarach, odbywa się drugi, całkiem inny konkurs.
Ktoś mówi o podróży do Berlina. Ktoś inny przywołuje szkołę Juilliard. Tutaj uczniowie popisujący się, kto jest kim, nie mają nauczycieli. Raczej „są u kogoś”, często wymienianego tylko z nazwiska, na przykład „ona jest u Korsakowej”.
Niezależnie od wieku, od tego, czy konkurs jest międzynarodowy, czy lokalny, przy plotkach i kawie, najrozmaitszych akcentach, prawdziwych i wyuczonych, każdy chce wiedzieć:
Kto jest od kogo ważniejszy i dlaczego?
– Widzę, że księżniczka jak zawsze rządzi.
Landon Fung, ze szkoły Freiberg Music w Temple City, rozmawiał z Ellen Seidel, doświadczoną nauczycielką skrzypiec, także z Temple City. Księżniczka, znana także jako Tamiko Giselle Grohl, siedziała w rogu i jadła maleńką porcyjkę sałatki makaronowo-ziemniaczanej. Wśród nerwowych gadek wokół wydawała się niemal nonszalancka, siedząc tak i przeglądając swoje nuty.
– Powiedziała jej pani?
– Oczywiście. Ale powiedziałam, że będzie oglądać przez sieć.
– Dobrze. No bo dlaczego Shizuka Satomi miałaby tutaj przyjeżdżać?
Na dźwięk tego nazwiska odwróciło się parę osób.
– Landon… ciii…
– Prz… przepraszam. – Landon Fung kiwnął nerwowo głową.
Oczywiście, że tu nie przyjedzie. To niemożliwe.
Ellen starała się zatuszować swoją ekscytację. Tylko że Shizuka Satomi – ta Shizuka Satomi – wysłała list, oznajmiając, że przyjedzie na ten dokładnie konkurs oglądać Tamiko Grohl – uczennicę Ellen Seidel.
Ellen Seidel uczyła od lat. Przeżyła uczniów rozpieszczonych, uczniów niedbałych, uczniów bez talentu, uczniów z rodzicami z koszmaru.
A potem przyszła Tamiko Giselle Grohl.
Tak, trudna z niej była dziewczyna. Miała ataki złości, zachowywała się dziwnie. Ale ćwiczyła. Obsesyjnie.
Ellen zerknęła na swoją gwiazdę. Tamiko była gotowa na następny krok w karierze. Potrzebowała rosnąć – nikt nie spędza całego życia pod jednym nauczycielem. Lecz cokolwiek się stanie, Ellen zawsze będzie jej pierwszą.
Większość ludzi zakładała, że kolejnym krokiem Tamiko będzie konserwatorium, na przykład Kilbourne School, czy może Juilliard. Ellen zgadzała się: to logiczne.
Natomiast Shizuka Satomi nie miała nic wspólnego z logiką.
Ponieważ ostatnim uczniem Shizuki był Yifeng Zheng. A przed nim Kiana Choi. A przed nią Sabrina Eisen. I tak dalej. To były nazwiska, które znał każdy w świecie. No, w świecie skrzypków. Wszyscy mieli na koncie nagrody. Wszyscy byli gwiazdami.
Gdyby Tamiko dołączyła do tego panteonu, życie Ellen, jako jej cenionej byłej nauczycielki, już nie byłoby takie samo. Towarzyszyłaby Shizuce i Tamiko w Paryżu. We Frankfurcie. Na czternastoetapowym wielkim tournée po Azji. Tymczasem w domu już będzie na nią czekać kolejka zdolnych młodych studentów, żądnych jej mądrości i obietnicy wielkości.
– Jestem u Seidel – będą mówić.
I wszystko to jest możliwe, jeśli Shizuka Satomi, choćby nawet przez sieć, obejrzy Tami…
Nagle, bez ostrzeżenia, ktoś się zatchnął.
Długie czarne włosy. Krwistoczerwona suknia. Bezczasowy uśmiech, jak z obrazu szalonego artysty. I oczywiście skrywające oczy ciemne okulary.
Shizuka Satomi. Królowa Piekła.
Gdy się zbliżała, w sali zapadła cisza.
I nic dziwnego. Ellen słyszała opowieści, ale na to nic jej nie przygotowało. To było coś więcej niż tylko moc, ambicja, uroda, geniusz nawet. W obecności legendarnej nauczycielki te słowa zatracały znaczenie – pochłaniał je nieubłagany, nieodparty płomień.
Najbardziej jednak zdumiewała, wręcz przerażała, jej koncentracja. U niej nic nie wydawało się przypadkowe czy bezcelowe.
Wszystko było odmierzone. Wszystko było wyliczone.
Wszystko było idealnie i wspaniale skomponowane.
I Ellen nagle zdała sobie sprawę, że gdy wszyscy na nią patrzą, Królowa Piekła patrzy na nich. Stuprocentowo uprzejma, stuprocentowo nieprzystępna, mierzy, kwestionuje i zbywa ich wszystkich…
Nagle się zatrzymała.
Tamiko stała, dygocąc, po raz pierwszy spuszczając wzrok.
„Tamiko” – błagała bezgłośnie Ellen. – „Nie patrz w podłogę. Popatrz na nią”.
Wtem Shizuka Satomi, ta Shizuka Satomi, skinęła głową, zdjęła ciemne okulary i spojrzała w oczy Tamiko Giselle Grohl.
Czyli to jest ta Grohl. Ładna. Oczywiście, że tak.
Tremon mówił, że jest nadzwyczaj zdolna. Oczywiście, że tak.
Shizuka weszła na główną salę i znalazła sobie miejsce z tyłu. Nawet tutaj czuła, że ludzie na nią patrzą i obgadują, nic dziwnego.
Nieważne. Wygląd, reputacja, nawet wykształcenie, nawet żądza sławy… wszystko to było teraz nieważne.
Organizatorzy wygłosili standardowe zapowiedzi. Jakiś rodzic zapomniał przynieść tabletek na kaszel. Światła przygasły.
Dobrze… to zobaczmy, jak ona gra.
W każdym konkursie po eliminacjach foyer wypełnia się gadaniną rodziców, nauczycieli, muzyków. Jest triumf, załamanie, są kłótnie, przewidywania, kto przejdzie do finału. Czasem to spektakl sam w sobie.
Dziś jednak rozmowy zdominował zupełnie inny temat.
Przyszła Shizuka Satomi.
– Myślałam, że mieszka w Lozannie?
– Ja słyszałem, że ostatnio w Tokio.
– A ile ona ma w ogóle lat?
– Masz tu mój telefon, zrób zdjęcie, jak…
– Razem sobie z nią zrobimy!
I wtedy się pojawiła.
Tak jak wcześniej, w sali zapadła cisza. Tym razem jednak nie był to szok. Wszyscy wiedzieli, że tu jest, spodziewali się jej. Większość słusznie zakładała, że szuka sobie następnego ucznia, następnej gwiazdy.
Jednakże, gdy Shizuka ich kolejno wysłuchiwała, najlepsi skrzypkowie doliny San Gabriel stwierdzali, że między nutami łamią im się serca, a muzyka rozpruwa się i psuje. Ci, co myśleli, że się do Królowej Piekła odezwą, nagle czuli się mali i niewidoczni, jakby nie mieli do powiedzenia nic istotnego.
Dwie osoby jednak do niej podeszły.
– Pani Satomi! Dziękuję, że przyszła pani na konkurs. Ja… jestem Ellen Seidel. A to jest Tamiko Giselle Grohl.
Shizuka zerknęła na jedną i drugą. Czy to był uśmiech?
– P-pani wysłała mi ten list, pamięta pani? – zapytała Ellen głosem napiętym z dumy, pragnienia, przerażenia.
– Oczywiście – odparła w końcu Shizuka. – To dla pani uczennicy tutaj jestem.
Tamiko Giselle Grohl nie mogła się dłużej powstrzymać. Miała Królową Piekła przed nosem, na wyciągnięcie ręki.
– Kiana Choi studiowała u pani, prawda? – wypaliła.
– Prawda.
– Kiana to mój wzór… Chcę być dokładnie taka jak ona!
Shizuka Satomi po raz ostatni spojrzała na Tamiko Grohl. Była pewna siebie i ujmująca, a technikę miała prawie nieskazitelną.
Jakże to pasuje.
Królowa Piekła sięgnęła po okulary, a potem z niezwykłym wdziękiem przechyliła głowę.
– Nie. Nie chcesz.
Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, Shizuka Satomi odpłynęła do wyjścia i zniknęła.
Kiedy otworzyły się drzwi, Astrid obierała mandarynki.
– Cieszę się, że pani już wróciła! Mam nadzieję, że poszło… – Głos jej się załamał. Jedno spojrzenie na panią Satomi powiedziało Astrid wszystko, co potrzebowała wiedzieć.
– Ja… od razu się zajmę kolacją.
Pani Satomi zdjęła okulary i potarła oczy.
– Astrid, dzisiaj może tylko trochę zupy miso.
– Oczywiście, proszę pani. – Starała się nie okazać zaniepokojenia. – Może się pani zdrzemnie?
– Nie… Będę na dziedzińcu.
– Tak, proszę pani.
Astrid poszła do kuchni i nastawiła wodę. Dodała do niej bulion z tuńczyka, pokrojoną rzodkiew, wodorosty, ulubione jasne miso pani Satomi, roztrzepane jajko i wreszcie pokrojony rybny kotlet.
Zupa miso. Pani Satomi prosiła o nią tylko, kiedy była chora lub wyczerpana. I nic dziwnego! Wróciła z Tokio do rodzinnego miasta, które kiedyś opuściła na zawsze, tylko dla obietnicy siódmej duszy.
Postawiła wszystko na tę kartę, na tę małą Grohl. Taka była pełna nadziei, taka przekonana. Nie, nie, nie…
Shizuka wyszła do ogrodu. Odruchowo okrążyła drzewo hurmy i ominęła stary, nierówny kawałek bruku tuż przy stawie.
– Tremon.
W stawku te same karpie szybowały wśród wodnych lilii. Za nimi to samo wzgórze opadało, rozciągał się ten sam bezkresny widok na domy, samochody i miejsca, po których się nimi jeździ.
– Tremon?
Czyli ta mała Grohl chce być jak Kiana Choi. Naprawdę? Skaże się na potępienie dla czegoś takiego? Po co być kimś innym? Gdzie wizja? Gdzie geniusz? Jako agentka potępienia Shizuka rozumiała, że będzie się przez lata borykać z monotonią ludzkich słabości. Ale zawsze musiało być coś więcej.
– Tremon! Gdzie jesteś?!
– Shizuko, nie trzeba krzyczeć. Jestem tutaj.
Sapanie. Eleganckie lakierki. Człapanie, które znała aż za dobrze.
Niektórym ludziom Tremon Philippe mógł wydawać się majestatyczny i dystyngowany. Shizuka jednak zawsze miała swego piekielnego pośrednika za wyjątkowo dobrze ubraną ropuchę.
– Co to miało być? To ja leciałam za ocean, żeby usłyszeć coś takiego? Mówiłeś mi, że jest wyjątkowa!
Shizuka powstrzymała się. To nie do końca jego wina. Ona też się pomyliła. Poza tym z Tremonem trzeba było uważać. Na nią mówiono Królowa Piekła, ale on był demonem, prawdziwym demonem.
– Przepraszam, Tremon. Wychodzi ze mnie frustracja. To był długi i rozczarowujący dzień.
– Oczywiście, Shizuko. Nic się nie stało. Ale nie rozumiem. Nie powinniśmy właściwie świętować? W końcu ta młoda Grohl jest piękna, zdolna i wygłodniała.
– Mówiłam. Na ten czas to za mało.
– Czas? Czasu to ty właśnie masz mało.
– Myślisz, że nie wiem? – Shizuka podeszła do stawku. Wpatrzyła się w bezgłośnie pływające w ciemności karpie.
– Czemu ty sama to sobie utrudniasz? To prosta matematyka. Sześć plus jeden równa się wolność.
– I ten jeden jest tu gdzieś blisko. Cały czas go czuję.
– Gdzie? Tu, w dole? – Tremon machnął ręką w stronę świateł Monterey Park. – I co robi? Podjada pierożki? Kaczkę smaży? Naprawdę, moja droga, ty myślisz?
– A jeśli ci powiem, że piekło dostanie kogoś szczególnego i będzie mnie długo pamiętać?
– Spodziewasz się, że uwierzę, że ryzykujesz swoje istnienie z dobroci dla piekła?
– Oczywiście, że nie. Ale na siódmą duszę będzie warto poczekać. Nam obojgu.
– Dobrze, Shizuko – powiedział w końcu Tremon. – Na razie ci ulegnę, tylko dlatego, że poprzednie twoje dusze były tak dobrze przyjęte. Ale pamiętaj: dostałaś siedem razy po siedem lat na dostarczenie siedmiu dusz. Z tych lat czterdzieści osiem właśnie minęło. Jeśli nie wyzwolisz się przez kolejny rok, piekło nie będzie musiało cię pamiętać, bo ty tam będziesz, przez każdy szczególny dzień, każdą szczególną chwilę, całą wieczność.
Z tymi słowy Tremon Philippe zniknął.
Katrina sprawdziła telefon. Świetnie, jest zasięg. Szybko wysłała Evanowi kolejną wiadomość. Szczegółów nie miała jeszcze rozpracowanych, ale zatrzyma się na trochę u Evana, znajdzie jakąś pracę i zacznie robić kolejne muzyczne wideo.
A potem? Coś się wymyśli.
Skrzywiła się, gdy autobus zmienił pas. Ścisnęła skrzypce i w końcu odpłynęła z powrotem w sen.
Następne przebudzenie nastąpiło, kiedy autobus już terkotał po Rosemean Boulevard i wjeżdżał na parking pod Shun Fatem, gigantycznym chińskim hurtowym dyskontem i centrum zaopatrzenia restauracji. Ludzie już czekali na zewnątrz na swoich krewnych.
Katrina usiłowała się dobudzić, wysiadając i czekając na chodniku na bagaż. Dwie stare kobiety przypatrywały się jej i szeptały. Jedna pokazała na jej twarz.
Dotknęła twarzy, potem spojrzała na rękaw. Cholera. Podkład się starł, kiedy spała. Co znaczyło, że zobaczyły siniaki. Podbite oko…
One były obce, ich spojrzenia nie mogły nic jej zrobić. Ich wzrok, ich opinia były niczym wobec tego, przez co przeszła. Powiedziała sobie, że to nie powinno boleć. Że to jest nic.
A nic przecież nie boli.
Lan Tran uwielbiała swojego donuta. Swojego olbrzymiego donuta z betonu i gipsu.
W czasach Eisenhowera w Los Angeles było ich pełno, teraz zostało tylko kilka. Były Kindle’s Do-nuts, Dale’s Donuts i oczywiście Randy’s Donuts. Na Gardenie był Donut King II. Na La Puente – samochodowa Donut Hole.
A tutaj, nad El Monte, górował Starrgate Donut.
Donut Lan oznaczał przyszłość. Oznaczał rodzinę.
Wśród nocnej ciszy buczał prawie jak gwiezdny statek. Bliźnięta, Windee i Edwin, stacjonowali od przodu, nawigując po kartonach z donutami. Zapełniali je galaktykami słodkich, kolorowych donutów z kremem cytrynowym, z jabłkami, z podwójną czekoladą, bostońskimi kremówkami, grajcarkami. Z tyłu Shirley i ciocia Floresta zajmowały się produkcją, a Markus, na dole, zajęty był planowaniem kolejnej ekspansji.
– Dzień dobry, pani kapitan! – Bliźniaki zasalutowały.
Lan odpowiedziała salutem.
– Kontynuować – rozkazała z uśmiechem zadowolenia.
Z zaplecza wychynęła Shirley z tacą eklerów czekoladowych.
– Mamo, replikatory działają w granicach tolerancji.
– Dziękuję, Shirley. Ale przy kolejnej partii użyj o trzydzieści procent mniej ciepła resztkowego. Nie będziemy już mieli wielu klientów, więc nie muszą być gorące, a oszczędzimy energię.
– Dobrze, mamo.
Lan Tran patrzyła na widok za oknem. Gwiazdy zapraszały – jak zawsze.
Nie trzeba znać się na rakietach, żeby robić donuty. Co nie znaczy, że to się nie przydaje.
Na ścianie wciąż wisiało zdjęcie państwa Thamavuongów. Kupili Starrgate w roku 1979. Nazywał się wówczas El Monte Donuts. Sprzedawali klasyczne donuty w stylu amerykańskim, smażone czule i radośnie. A w latach 80. nastała moda na gry wideo, więc zainstalowali u siebie parę takich automatów.
El Monte Donuts zaczęło słynąć nie tylko z minipączków z jabłkiem, ale i z Pac-Mana, Asteroids oraz Defendera. Chociaż zdecydowanie największą popularnością cieszyła się gra Stargate. Zawzięci gracze całymi godzinami, moneta za monetą, ratowali ludzi przed inwazją obcych, która nigdy, przenigdy nie ustawała. W końcu Thamavuongowie postanowili już nie wynajmować, ale kupić, najpierw jeden, potem dwa, wreszcie trzy automaty ze Stargate’em. A ponieważ utrzymywali je w dobrym stanie, wszyscy zaczęli ich cukiernię nazywać nieoficjalnie Stargate Donuts.
Wreszcie pan Thamavuong oficjalnie zmienił nazwę na Starrgate Donut (przez dwa „r”, żeby uniknąć problemów prawnych). Szał na gry wideo minął, ale nazwa się z nimi zrosła i została, kiedy Thamavuongowie zaczęli wybierać się na emeryturę.
Uświadomili sobie wtedy, że włożyli w swoją cukiernię tyle miłości, że zapomnieli mieć dzieci, które by ją po nich przejęły. Developerzy zaczęli się rozpytywać. Niektórzy nawet proponowali godziwą cenę. Lecz pan Thamavuong tylko patrzył na swego wielkiego donuta i płakał. On był całym ich życiem.
Nagle pewnego wieczoru dostali maila od kobiety nazywającej się Lan Tran. Napisała, że chce kupić Starrgate Donut właśnie ze względu na jego kształt.
Sprzedaż odbyła się prawie natychmiast. Bez negocjacji – podali cenę, ta kobieta na nią przystała. Jeszcze lepiej – obiecała, że Starrgate Donut dalej będzie sprzedawać donuty i świecić w nocy jak latarnia morska.
Przez trzy tygodnie Thamavuongowie uczyli Lan i jej rodzinę funkcjonowania cukierni i podstawowej obsługi wszystkich sprzętów. Potem oddali jej swą drogocenną książkę z przepisami, klucze i wyjechali, z bagażem pełnym miłych wspomnień i twardej amerykańskiej waluty, do Laosu, do swego ukochanego Wientianu.
Kiedy wyjechali, Lan schowała książkę z przepisami. Zamiast smażyć, kazała swojej załodze cyfrowo zeskanować i zapisać dwadzieścia donutów z każdego rodzaju, który przyrządzali Thamavuongowie. Te wzorcowe donuty będą odtąd szybko i niemal idealnie powielane przez okrętowe replikatory. Wynik? Kruche będą zawsze piękne i kolorowe. Drożdżowe – nieodmiennie złote i miękkie. Żadnych niespodzianek, żadnych zmartwień.
Załoga może z czasem nauczy się robić je tak, jak Thamavuongowie, ale na razie Lan zależało tylko na ich bezpieczeństwie oraz misji.
Donuty bowiem nie były jedyną przyczyną, dla której Lan Tran i jej załoga znalazły się na tej planecie.
Minęła kuchnię i otworzyła drzwi, które kiedyś prowadziły do schowka na środki czystości. Ale w środku, zamiast mopów i wiader, znajdowała się nowiutka, lśniąca winda prowadząca do świeżo dobudowanej podziemnej kondygnacji, która mieściła teraz centrum sterowania, laboratorium badawcze, izbę chorych i pomieszczenia mieszkalne, a także hangar dla ich gwiezdnego statku.
Tutaj, w Starrgate Donut, Lan i jej rodzina mogli bezpiecznie przeczekać upadek Imperium Galaktycznego, kontynuować pracę i żyć nienękani przez nikogo, o ile – jak podkreślał pan Thamavuong – policjanci będą u nich dostawać donuty za darmo.
– Pani kapitan. – Markus Tran zasalutował, kiedy weszła do laboratorium.
– Panie poruczniku, jak się udają modyfikacje?
– Donut jest mniejszy od idealnego, ale to nie jest coś, czemu nie dałoby się zaradzić. Proszę zauważyć moje modyfikacje. Za pani zgodą natychmiast wdrożę je do produkcji.
Lan spojrzała na plany i kiwnęła głową. Na niezłego inżyniera wyrósł jej syn. Prawda?
– A energia?
– Zgodnie z przewidywaniami przygotowanie tego podziemnego ośrodka zużyło ponad sześćdziesiąt dwa procent naszych zasobów. Zanim wrócą do normalnego poziomu, miną co najmniej trzy miesiące, ale nie powinno to wpływać na naszą codzienną produkcję. Jest jednak poważniejszy problem.
– Gwiezdna brama?
– Tak, pani kapitan. Nawet przy stu procentach główny reaktor naszego statku będzie bardzo niewystarczający. Musimy znaleźć zewnętrzne źródło energii, ale produkcja całej tej cywilizacji jest za mała o parę rzędów wielkości.
Żadna niespodzianka. W końcu ta planeta nie opanowała nawet fuzji, a co dopiero punktowych osobliwości czy antymaterii.
– Pracowałam już nad rozwiązaniem – odparła Lan. – Na razie kontynuuj fabrykację i próby na małej mocy. Możesz też wykorzystać dziesięć procent mocy statku, kiedy replikator nie jest w użyciu. Masz te dziesięć procent.
– Tak jest. Mam.
– To wszystko.
– Widziałaś? Powiedział „mamo”.
– No nie, powiedział „mam”.
– „Mamo” powiedział!
Bliźnięta pobiegły ku niej, a za nimi zasunęły się drzwi windy.
– Edwin! Windee! Co mówiłam o bieganiu po korytarzach? Wasz brat reguluje pole warpowe. Czemu nie jesteście na stanowiskach?
– Przepraszamy! – odparli unisono.
– No dobra, jedno z drugim, to o co chodzi?
– Chcieliśmy zapytać… – zaczął Edwin.
– Teraz, jak już nie jesteśmy w statku, to mamy do ciebie mówić „mamo” czy „pani kapitan”? Ja chcę mówić „pani kapitan” – powiedziała Windee, salutując.
Lan odpowiedziała salutem, usiłując się nie uśmiechnąć.
– Bardzo dobrze, pani podporucznik.
– Ale czasem możemy mówić „mamo”? – Edwin objął ją w talii i mocno ścisnął.
– Oj, Edwin… Można przecież mówić do kogoś na parę sposobów. Liczy się, że jesteśmy razem, w bezpiecznym miejscu. A to znaczy, że nie ma biegania po korytarzach. Nie chcemy, żeby ktoś zrobił sobie krzywdę, tak?
– Dobrze, mamo.
– Tak jest, pani kapitan!
– Świetnie. To wracajcie za ladę, jedno z drugim. Nie macie nic do roboty?
Lan patrzyła, jak pędzą na swoje stanowiska. Pokiwała z uśmiechem głową. Rodzina. Dla rodziny poleciałaby na drugi koniec wszechświata.
Właściwie to już to zrobiła.
Na ile Astrid zdołała ustalić, dom sąsiadujący z domem pani Satomi należał kiedyś do rodziny japońskiej, potem meksykańskiej, teraz chińskiej.
Mimo to cała ta dzielnica kojarzyła jej się przede wszystkim z dzieciństwem w Szwajcarii, z babcią pochyloną nad marchewkami, groszkiem i szparagami. Obojętne bowiem, co stało na podjeździe, czy volkswagen, toyota, chevrolet czy mercedes, każda rodzina tutaj miała i babcię, i warzywa w ogródku.
Astrid przyjechała miesiąc przed panią Satomi, żeby przygotować dom. Na szczęście pani Satomi nie zwolniła ogrodnika, więc hurma w ogrodzie była zdrowa, a staw z rybkami czysty.
Jednak ogród pani Satomi był potwornie niewykorzystany. Astrid, choć żadna z niej babcia, obsadzi go warzywami. Będzie rzepa. Marchewka. Może i cukinia. Bakłażany. Jeśli teraz zacznie, wyrosną na przyszły rok.
Choć w sumie, czy za rok ona i pani Satomi nadal tutaj będą?
Jej zamyślenie przerwało pukanie do drzwi. Na ganku leżała torebka zielonej fasolki szparagowej i dwie balsamki ogórkowate. Astrid pomachała starszej pani z sąsiedztwa, która skłoniła się i odmachała.
Przyjrzała się darom. Z fasolką wiedziała, co zrobić, ale balsamka?
Babcia Strafeldas we Fryburgu nigdy nie uprawiała balsamki ogórkowatej.
Los Angeles przez cały rok ma błękitne niebo, góry, plażę, dwadzieścia siedem stopni i palmy. Ale prawdziwym rajem staje się w te rzadkie dni, kiedy ruch jest mały, żadnych wypadków, żadnych spowolnień, po prostu kilometr za kilometrem czystej, gładkiej drogi, na której wybierasz sobie pas, który chcesz.
Jednak Shizuka nie jechała autem w jeden z takich dni.
Tuż przed skrzyżowaniem z 605 z ciężarówki spadł materac. Rzeka samochodów szarpała jej wnętrznościami, stając i ruszając, przyśpieszając i zwalniając.
Co najgorsze, Królowej Piekła chciało się sikać.
Pobocza sieci autostrad w L.A. nie bez powodu zaśmiecają butelki z moczem. Cała niecka miasta jest pełna stref bez toalet, gdzie nigdy nie było publicznych szaletów.
Ale nie każdy może się wysikać do plastikowej butelki.
Dobrze, że chociaż przy najbliższym zjeździe jest McDonald. Na razie Shizuka spróbowała się skupić na kwestiach, w których ciśnienie było większe.
Ciśnienie. No, Satomi, dobór słów pierwsza klasa.
W każdym razie siódmy. Siódmy uczeń.
Po Arcadii Shizuka dostała od Ellen Seidel drugi list, z błaganiami, żeby jeszcze razy wysłuchała Tamiko Giselle Grohl na finałach. Tremon Philippe także ją kolejny raz odwiedził, bez sensu przypominając jej, że artystkę o talencie Tamiko da się przygotować do konkursów na światowym poziomie w dwa miesiące, jeśli nie szybciej.
Nawet Astrid wyraziła obawy. Wspomniała, jak długo pani Satomi już szuka, jaka wyczerpana jest, kiedy prosi o zupę miso, i czy panna Grohl, nawet jeśli nie jest idealna, aby nie wystarczy?
Po wypełnieniu umowy pani Satomi będzie przecież miała tyle czasu, ile tylko zechce?
Shizuka ziewnęła. Prawie już nie czuła zmiany stref czasowych. Ale coś tam jeszcze zostało.
Tylko czy nawet w pełni wypoczęta byłaby w stanie przemówić do rozsądku demonowi Tremonowi?
Panna Grohl była chętna i gotowa. Mówiła, że chce być jak Kiana Choi. I grała też jak ona. Każda zagrana przez nią nuta była hołdem, przysięgą, obietnicą, że odda wszystko za szansę na uznanie, na sławę.
I jeszcze ta Astrid. Wiedziała, jak się o nią zamartwia. Sześć razy Shizuka wyłowiła sobie wspaniałe talenty, każdy z jakąś skazą, i zabrała im dusze, za klątwę i parę kłamstw. Co jej szkodzi zrobić to jeszcze raz?
Co ma Shizuka zrobić, żeby zrozumieli?
Nie da się. Po prostu się nie da.
Sama nie była pewna, czy rozumie, kim jest ta siódma, czym ta siódma jest. I tak nie mogła dopuścić, aby ją ominęła.
Siódmy. Siódma. Gdzie się ukrywa? Wyczuwała go, prawie słyszała.
Nagle Shizuka wpadła w panikę.
Zamyśliła się tak bardzo, że McDonalda i jego toaletę zostawiła o parę zjazdów za sobą. Gwałtownie wyprzedziła pikapa i lexusa, popędziła poboczem do kolejnego zjazdu i zjechała, dając jaguarowi w palnik. Desperacko, gorączkowo wypatrywała jakiegoś przybytku z toaletą. Przed nią jednak ciągnęły się jedna za drugą ulice pełne domów.
Szlag z tymi przedmieściami!
Wtem, pogrążając się w wezbranej rozpaczy, zobaczyła to. Zza drzew wyzierał Wielki Donut.
No jasne!
Pamiętała go z dzieciństwa. Nigdy tak naprawdę nie była w środku – w kwestii śmieciowego jedzenia rodzice byli bardzo rygorystyczni.
Teraz była jednak dorosła i nikt jej nie mógł powstrzymać. Popędziła prosto do Starrgate Donut, zahamowała z piskiem i pobiegła do środka. Tam ruszyła wprost do drzwi toalety.
Tylko że tych drzwi nie było.
Wtedy przypomniała sobie coś strasznego.
To nie Japonia. To jest El Monte.
Shizuka widziała, że cukiernie w L.A. potrafią nie wpuszczać dzieci. Albo na przykład białych mężczyzn w garniturach. I nikt w nich nigdy nie korzystał z toalety, chyba że pracownicy albo policja…
Poza tym wszyscy się na nią gapili.
Shizuka, przy muzykach czy nie, wciąż nosiła się jak Królowa Piekła. Niektórzy klienci odwrócili wzrok, inni zrobili przerażone miny. Starsza kobieta się przeżegnała.
Nie, nie, nie!
Co teraz? Może znajdzie jakąś stację benzynową. Może supermarket. A może drzewko.
W końcu zapisała swą duszę piekłu – przecież musiała przejść w życiu przez gorsze rzeczy.
A przeszła?
Gdy już porzuciła wszelką nadzieję, za ladą pojawiła się sprzedawczyni.
– Tak?
Shizuka zdjęła ciemne okulary i skłoniła głowę.
– Proszę pani, ja wiem, że wasza toaleta nie jest dla gości, ale czy mogłabym skorzystać? Bardzo proszę – powiedziała najgrzeczniej, jak umiała.
– Proszę pójść na tył.
Shizuka z niedowierzaniem uniosła wzrok i spojrzała w oczy chyba najładniejszej Babki z Cukierni w Los Angeles na świecie.
– Shirley, zaprowadź panią.
– Ale, mamo…
– Pokaż, gdzie jest łazienka – stwierdziła łagodnie, choć stanowczo Babka z Cukierni. – Proszę iść za nią.
Babka z Cukierni się Shizuce spodobała. Naprawdę bardzo się spodobała.
Dziewczyna imieniem Shirley poprowadziła ją korytarzem, który ciągnął się nieco dalej, niż się spodziewała.
A odgłosy wokół niego nie pasowały do kuchni. Zamiast automatycznych frytownic, gastronomicznych mikserów i sporadycznych cyknięć termostatów piekarników, powietrze ożyło delikatnymi szmerami, buczeniem, czysto sinusoidalnymi tonami, regularnymi ćwierknięciami. I te dźwięki dochodziły zewsząd – także z dołu i z góry.
Shizuka nie zamierzała o tym wspominać – była ostatnią osobą, która wtyka nos w czyjeś sprawy.
– Dziękuję. Wiem, że normalnie nie pozwalacie…
Nagle zamarła, bo jej jaźń przeszyła delikatna, choć jednocześnie przepotężna, muzyka. Nie, niezupełnie muzyka i nie tylko powietrze. Coś głębokiego, rezonującego, harmonijnego, jakby harfa eolska, na którą naciągnięto struny samej czasoprzestrzeni.
– Piękne…
– Słucham?
– Co to za dźwięk?
– Eee… to pewnie mój brat – odparła zbyt szybko dziewczyna. – Gra w coś na komputerze.
Kłamała, oczywiście. To nie była żadna gra komputerowa.
Ale też nie czas, by się dopytywać. Nie z pełnym pęcherzem.
Została doprowadzona pod drzwi z odręcznie napisaną kartką TYLKO DLA PERSONELU. Za nimi była najczystsza łazienka, na jaką może liczyć kobieta.
Wreszcie Shizuka mogła się wysikać. Zanuciła Odę do radości Beethovena. Podziękowała przodkom; podziękowała bogom. Mogłaby tu i teraz oddać swą duszę Jezusowi, jakby nie była już zaklepana.
Kiedy skończyła, usłyszała kroki i stłumioną rozmowę. Przepiękny dźwięk ścichł, a potem całkiem zniknął.
Byłoby świetnie dowiedzieć się, co to takiego, ale już wystarczająco się im narzucała. Odświeżyła się, oddała klucz i ustawiła się w kolejce. Nie wypadało tak po prostu wyjść.
A poza tym… świeże donuty?
Wylądowała za grupką chłopaków. Jeden zamówił największego donuta, jakiego w życiu widziała.
– Co to jest?
– To… Donut Alaska – nerwowo odrzekł chłopaczek.
– Donut Alaska?
– W Kindlu jest donut Texas, ale… – Wyjaśniając, usiłował się na nią nie gapić.
– Ale ten jest większy – dokończyła za niego Shizuka.
– Jak powiedziała tamta laska. – Któryś z pozostałych zachichotał.
– Pozazdrościć jej – pozwoliła sobie rzucić Shizuka.
Chłopcy odwrócili wzrok onieśmieleni, za młodzi na ciętą ripostę.
I nagle Shizuka po raz drugi znalazła się przed Babką z Cukierni.
– W czym mogę pomóc?
– Poproszę donuta Alaska i małą kawę.
Oczy Babki z Cukierni. Były ciemne, niemal za ciemne na ten świat. A mimo to jakimś cudem skojarzyły się Shizuce ze starym panem Grossmüllerem, który przeżył Bergen-Belsen i poświęcił resztę życia graniu Händla.
Babka z Cukierni postawiła na tacy kawę z donutem Shizuki.
– Proszę bardzo.
– A ja bardzo, bardzo dziękuję – odparła Shizuka, stając na baczność. W końcu ta kobieta uratowała jej życie.
Babka z Cukierni uśmiechnęła się.
I Shizuka poczuła, że wpada w otchłań gwiazd.
Jakimś sposobem udało jej się donieść tacę do wolnego stolika. Musiała oczyścić myśli. Nie ma czasu na zauroczenie. Jest już luty. Ma ucznia do znalezienia, demona do nakarmienia, duszę do uratowania.
Po czym wgryzła się w miękkiego, lepkiego donuta Alaska.
Była w drugiej klasie i pani Jennison przyniosła na lekcję donuty. Mówiła coś o Amerykaninie na orbicie okołoziemskiej i że nazywa się „astronauta”.
Shizuka wzięła takiego z lukrem, Julie Kiyama – z czerwono-biało-niebieską posypką. Owocowy poncz był czerwony, zimny i słodki.
Donuty były pyszne, pulchne, lepsze nawet niż napój brzoskwiniowy w stołówce…
Zaraz… czemu ta kawa jest zimna?
Ile czasu gapiła się przez okno? Pani Jennison? Druga klasa? Skąd się wzięło to wspomnienie?
Co się dzieje z jej głową? To chyba wciąż ten przeskok stref czasowych.
Zerknęła na Babkę z Cukierni. Tamta spojrzała na nią. Shizuka poczuła, że się rumieni, i natychmiast odwróciła wzrok.
Satomi, skup się wreszcie.
Nie pora się rozmarzać ani robić maślanych oczu do babek z cukierni. Gdzieś tu jest jej kolejny uczeń. Spakowała niedojedzoną połowę donuta Alaska, założyła okulary i wyszła, nie oglądając się.
Odjeżdżając, nie była w stanie zapomnieć gwiezdnych, odległych oczu Babki z Cukierni.
Chodziło o jej wygląd? To też, ale nie tylko. Jej głos. Lan od czasu przybycia na Ziemię słyszała wiele głosów, ale ta dama w ciemnych okularach tworzyła z tej całkiem zwyczajnej tlenowo-azotowej atmosfery coś przepięknego.
– Mamo?
A może chodziło o to, jak się nosiła? Postawę miała bez wysiłku elegancką, jakby zaprzeczała istnieniu pola grawitacyjnego tej planety.
– Mamo?
Lan otrząsnęła się z marzeń. Długo ta Shirley tu stoi?
– Ta kobieta. Jestem pewna, że ona musiała usłyszeć zakrzywiarkę przestrzeni. – Ostatnie słowa Shirley wypowiedziała szeptem.
– Co takiego? – Lan spojrzała na nią ostro i gestem nakazała wrócić do kuchni. – Jak to słyszała zakrzywiarkę?
– Markus akurat puszczał test ciągłości na małej mocy, kiedy zapytała, co to za dźwięk.
Niedobrze, pomyślała Lan. Bardzo niedobrze. Jeśli Pani Ciemne Szkła zna się na teorii czasoprzestrzeni, to mogła się domyślić, co oni tu robią. Rozpoznać ich harmoniczną sygnaturę, albo nawet charakterystyczny profil zakrzywienia, i ustalić, skąd pochodzą.
– Wyglądało na to, że rozpoznała sygnaturę?
Shirley pokręciła głową.
– Bardziej wyglądała na zaskoczoną.
Lan spróbowała uspokoić oddech. Czasem trudno było opanować te ciała. No tak, oczywiście. Nie ma mowy, żeby Pani Ciemne Szkła była ekspertką od zakrzywień czasoprzestrzeni. Są przecież na technologicznie prymitywnej planecie, w El Monte.
– To dobrze. Ale trzeba uważać.
Mimo wszystko, co taka istota robiła w takim miejscu?
– No, ale… mamo, to czemu jej pozwoliłaś iść do naszej toalety?
Czemu jej pozwoliła? Pan Thamavuong ostrzegał, że z toaletą trzeba uważać? Dlaczego się zgodziła?
– Nie wiem. Po prostu… chciałam pomóc, a ona była w potrzebie i… zaraz, czekaj, myślisz, że to była kontrola umysłu? Byśmy to wyczuły, nie?
– Nie wykryłam żadnej aktywności psi – odparła Shirley. – Zresztą, mamo… to takie typowe dla ciebie, pomagać komuś w potrzebie.
Tak. To oczywiste, że pomogła komuś w potrzebie, zwłaszcza komuś takiemu jak Pani Ciemne Szkła. Lan przypomniała sobie, jak powiedziała: „Poproszę donuta Alaska i małą kawę”.
Jak matematyka. Tak klarownie. Tak pięknie.
– Mamo?
Co? Znowu odpłynęła?
– Dopilnuję, żeby wyłączyć układy warpowe, kiedy ona tu znowu przyjdzie – powiedziała w końcu Shirley.
Znowu? Przyjdzie? Lan poczuła, że serce jej bije żywiej, a na twarzy pojawia się uśmiech.
Co ona wyprawia? Nie ma czasu na jakąś Panią Ciemne Szkła! Musi dowodzić swoją załogą. Chronić swoją rodzinę.
– Dziękuję, Shirley. To wszystko.
Kapitan Lan obejrzała się jeszcze na front sali i weszła do sterowni. Przestrzeń wokół niej wypełniło przepiękne, cichutkie buczenie pola warpowego.
To było drugie miejsce na liście najpiękniejszych dźwięków, jakie dziś słyszała.
Tak!
Nareszcie. Tęczowa flaga na drzwiach, pryzma kompostu na podwórzu. Katrina dotarła.
Poznała Evana na konferencji dla queerowej młodzieży. Była nieśmiałym, niedoświadczonym podrostkiem o wyglądzie kujona, z zarostem na twarzy i pryszczami. On był studentem filmówki, który wydawał jej się zbyt queerowy i zbyt zajadły, żeby ją w ogóle zauważyć.
A jednak to on zaczął ją pocieszać, kiedy przeżyła załamanie na dyskusyjnej podgrupie o tożsamości płciowej. Zapewnił ją, że nie jest jedyną osobą, która nie wyoutowała się przed rodzicami, i pochodzącą z kultury, w której się w ogóle o takich rzeczach nie wspomina; dodał, że osoby queer często właśnie z takiego powodu wybierają sobie rodziny.
Powiedział jej, że pasuje tutaj tak samo jak wszyscy inni.
Między sesjami poszli razem na obiad. Opowiadał o filmie krótkometrażowym, nad którym pracuje, słuchał, kiedy mówiła, że zbiera pieniądze na nowe skrzypce. Potrzymali się za ręce i zanim się rozstali, powiedział jej, żeby się nie poddawała i że zawsze, kiedy będzie w potrzebie, może na niego liczyć.
I pocałował ją na pożegnanie.
Ale to było dwa lata temu. Kiedy Katrina w końcu poprosiła o pomoc, minął tydzień, zanim odpowiedział.
Katrina wiedziała, że Evan się zmienił. W końcu rzucił szkołę i nigdy nie skończył filmu, o którym z taką pasją opowiadał na konferencji. Trochę jednak liczyła, że może spojrzał na jej wideo z muzyką z gier i anime, które robiła na YouTubie. Może nawet będzie chciał pomóc.
Wszystko jedno – jakaś życzliwa twarz i bezpieczna przestrzeń, choćby na chwilę.
Drzwi się otworzyły.
– To ty? – zapytał tępo Evan.
Katrina starała się nie okazać szoku. Był chudszy niż dawniej. Włosy miał dłuższe, spięte w koczek i pachniał potem, kocią sierścią i szałwią.
– Wysłałam ci maila, a ty odpisałeś. Mówiłeś, że mogę przyjechać. I z drogi też pisałam do ciebie wiadomości.
– A. Zaczekaj chwilę. – Zniknął w środku.
Katrina czekała pod drzwiami. Zauważyła starego Chińczyka naprzeciwko, który podejrzliwie się jej przyglądał. Uśmiechnęła się najpromienniej, jak umiała, gdy drzwi otworzyły się jeszcze raz.
– Trzeba było powiedzieć, że naprawdę chcesz przyjechać. – Evan podrapał się po głowie. – Możesz przyjść później, wieczorem? Teraz ktoś u mnie jest.
– Przepraszam – wymamrotała Katrina.
Łypnął na staruszka naprzeciwko i wrzasnął do środka:
– Stary znowu się na nas gapi! Wygląda na głodnego. Chowaj kota!
– Ha, ha! Grubo. – Ktoś w środku zachichotał.
Evan zamknął drzwi.
Katrina stała pod nimi. Nawet nie zaproponował, że weźmie jej torby.
I czemu przeprosiła? Przecież naprawdę mu powiedziała.
Poszła bezmyślnie na róg, a obok akurat śmignął autobus. Nie ma problemu – i tak nie zna ich tras, a niespodziewany bilet autobusowy i tak nie mieści się w jej budżecie.
Szła dalej. Evan pisał w mailu, że tu jest jak w obcym kraju. A mimo to wokół znajdowały się gabinety dentystyczne, banki, biura, kawiarnie z czystymi szklanymi witrynami, ulice pełne nowych japońskich i europejskich SUV-ów.
Na jakiś czas pochłonęła ją nowość tego miejsca. W końcu jednak rozbolały ją stopy, żebro zaczęło pulsować, poziom ibuprofenu zaczął spadać. I musiała iść do toalety.
Tak więc Katrina postanowiła kupić sobie herbatę bąbelkową.
Wyda pieniądze, ale chociaż będzie miała gdzie usiąść i pomyśleć. Szczęśliwym trafem, na tej ulicy herbatka trafiała się raz na parę przecznic. Niebawem Katrina znalazła idealne miejsce, żeby mieć czysty stolik, posączyć sobie herbatkę o smaku kiwi i popatrzeć na świat za oknem.
Najpierw jednak toaleta.
Damska była zamknięta. W końcu wyszła z niej dziewczyna, spojrzała na nią z dezaprobatą, ale nie zastąpiła jej drogi.
Katrina weszła i zaczęła poprawiać włosy w lustrze. Lecz potem przypomniała sobie spojrzenie tamtej.
Włosy mogą poczekać. Najpierw trzeba skorzystać z toalety.
Deska była chłodna i czysta. Był odświeżacz powietrza, kwiatek w wazoniku. Pachniało lawendą.
Odpocznij. Oddychaj.
Właśnie skończyła, gdy ktoś zapukał do drzwi.
– Halo, halo – usłyszała męski głos.
Spuściła wodę, umyła ręce i wyszła. Chwyciła swoje rzeczy i wyszła, nie zatrzymując się, nie podnosząc wzroku.
– Przepraszam, przepraszam – wymamrotała. – Męska była zajęta.
Ale przynajmniej nie musiałam za nic płacić, tak?
Powiedziała sobie, że powinna się cieszyć. Dzięki temu, że łapała się różnych źródeł zarobków, kamerek, lodzików, uciekła z domu i dotarła tutaj. Miała skrzypce. Miała laptopa i świeży zapas hormonów. I żyła.
Tylko czemu tak trudno znaleźć tu miejsce, w którym da się usiąść?
Nagle zobaczyła drogowskaz z napisem „Park El Molino”.
Nie znała go, ale jeśli to ładny park, to będą tam miejsca do siedzenia. Ruszyła naprzód, minęła 7-Eleven, chińską zielarnię, meksykański sklep z narzędziami, wietnamski salon paznokci, tajwańskie studio tańca, kolejne herbaciarnie z herbatką bąbelkową, dziesięć budek z chińskim makaronem…
Aż wreszcie, po kolejnych dwudziestu minutach, dotarła na parking pod parkiem El Molino i potem do samego parku.
Była tu zielona trawa. Świeża gleba. Automaty z napojami. Ludzie grali w kosza. Pary siedziały na kocykach. Usłyszała pyknięcie uderzanej piłki do softballa. Bar z przekąskami serwował hot dogi i nachosy.
Jak niby to miałby być inny kraj?
Katrina znalazła sobie ławeczkę przy dużym sztucznym stawie. Było tam chłodno, cicho i spokojnie.
O tak! Trafiło jej się nie tylko miejsce do odpoczynku – może nawet uda się tutaj poćwiczyć trochę na skrzypcach. Najpierw jednak odpocznie, tylko troszeczkę, dla dobra stóp i boku. Dzięki Bogu, że jest Azjatką i jeszcze jest w miarę czysta – będzie parę ciekawskich spojrzeń, ale raczej nikt nie zawoła policji.
Położyła laptopa przy boku, torbę ucieczkową pod głową i objęła skrzypce. Słuchała dźwięków piłki do kosza. Poczuła odrobinę słońca, delikatny wietrzyk spomiędzy drzew.
Był też sztuczny wodospad. Fontanna… i kaczki…
Shizuka wyszła ze Starrgate Donut, nie mając ochoty na powrót na autostradę. Postanowiła wrócić do domu zwykłymi ulicami. Auto dostała dawno temu od wielbiciela. Gdy była młodsza, jaguar wydawał jej się zbyt mocny i głośny, lecz z każdym mijanym rokiem coraz bardziej doceniała, jak ponadczasowo lawiruje w otaczającym ją codziennym chaosie i nigdy nie traci niesamowitego, niezaspokojonego apetytu na benzynę.
Ileż lat minęło, odkąd ostatni raz jechała tymi ulicami?
Tyle tu się zmieniło. Właściwie zmiana była jedyną stałą. Pierwszy padł sklep z nutami z jej dzieciństwa. Potem spożywczy Foodland ze ślicznymi chłopakami pomagającymi w pakowaniu, z chwiejnymi wózkami na zakupy, zmienił się w Diho Grocery, a potem w bank z Hongkongu, anonimowy za ciemnymi szybami i marmurową fasadą.
A teraz szkoła podstawowa ustąpiła miejsca osiedlu apartamentowców w śródziemnomorskim stylu, w komplecie ze sklepami w parterach i podziemnym parkingiem. Dziś wieczorem na tych chodnikach będzie gęsto od młodych ludzi, zapewne ustawiających się w kolejki do japońskich naleśników i tajwańskich sorbetów ze struganego lodu.
Bardzo się to różniło od Tokio – tam, prawie desperacko, trzeba było albo być w samej awangardzie zmian, albo opierać się jej ze wszystkich sił. Czy to Harajuku, czy Meiji Jingu, czy Akihabara, każdą z tych dzielnic definiował właśnie jej stosunek – i głęboki szacunek – dla zmian.
Tutaj zmiany dokonywały się tak kompletnie bez fanfar, tak niezauważone, że sama zmiana stawała się czymś wręcz banalnym.
Oczywiście niektóre z miejsc osobliwie się tym zmianom opierały. Fong Burger zawzięcie serwował swoje przepyszne buły z wieprzowiną przez zatłuszczone boczne okienko. Ciastkarnia Amy’s wciąż miała na wystawie ten sam zakurzony tort ślubny, z przekrzywionymi kolumnami i trzema zdechłymi muchami. A w witrynie Sam Woo BBQ wciąż ociekały tłuszczem te same lśniące, niemożliwie pachnące kawałki kaczek, świń i mątw.
Chociaż żadne z tych miejsc nie wyglądało na stawiające opór. Podążać za czasami? Fong czasami to nawet blatów nie przecierał. A co do zachowania tradycji, to Sam Woo BBQ teraz radośnie reklamował nowomodne rybie skóry smażone w głębokim tłuszczu.
Wciąż tu byli. I najprawdopodobniej zawsze będą.
A Shizuka miała przed sobą kolejny punkt orientacyjny.
Swego domu z dzieciństwa za często nie odwiedzała, ale stawek w parku El Molino zawsze był jednym z jej ulubionych miejsc, jednym z nielicznych przywodzących miłe wspomnienia o rodzicach. Z czasem w parku pojawiły się boiska do softballa i baseballa, nowa antypoślizgowa nawierzchnia na boisku do koszykówki. Miasto zainstalowało stoły z szachownicami, siłownię plenerową, rozbudowało korty tenisowe. Nawet klub gry w bule pojawiał się i znikał.
A mimo to nad tym samym starym stawem stała ta sama ławka.
Przez większość jej życia było to miejsce, gdzie mogła przyjść pomyśleć, pozastanawiać się, pobyć w samotności.
Teraz, skoro nie miała gdzie pójść, było to równie dobre miejsce jak każde inne.
Dziś miała ze sobą pół donuta ze Starrgate, trochę wody i torbę bułek do hot dogów ze sklepiku na rogu. Podeszła spacerkiem do stawu, tak jak robiła przez lata.
W oddali ktoś właśnie podbił piłkę z ziemi i obiegł bazę. Barek zaserwował kolejną porcję nachosów. Wokół krążyli matki i ojcowie pchający wózki z dziećmi po podgumowanej ścieżce do biegania. Za plecami koszykówka, tyle piłek… tyle głosów mówiących rozmaitymi wariantami wietnamskiego, toisańskiego, kantońskiego.
A przed nią? Wiatr na jeziorku. Prawie naturalny szum sztucznego wodospadu. Gruchające gołębie. Trzepot, kwakanie. Plusk rzuconego do wody kamyka.
Zaś na jej ulubionej ławce spokojnie sobie chrapała jakaś dziewczyna.
Shizuka założyła najpierw, że to dzieciak z okolicy, który zrobił sobie przerwę od nauki, potem jednak zauważyła torby. Uciekła z domu? Jakie to smutne. No dobrze, to niech lepiej odpoczywa.
Już miała sobie znaleźć inną ławkę, gdy dziewczyna się odwróciła.
Miała w rękach futerał ze skrzypcami.
– C… co?
Katrina otworzyła oczy i zobaczyła zjawę… Kobieta, która nad nią stała, wyglądała dokładnie jak dziewczyna z Ringu…
Tylko że miała ciemne okulary, była starsza, ubrana na czerwono, nie na biało, w kapeluszu z wielkim rondem i…
– Ładny dzień, prawda? – rzuciła miłym głosem zjawa.
– Eee… tak? – Katrina rozejrzała się. Nie, nie śniła, i tak, wciąż była w tym parku… El Molino się nazywał?
– Chcesz trochę donuta?
Czy normalnie nie mówi się „chcesz donuta”, a nie „trochę donuta”? Potem jednak Katrina zobaczyła rozmiar tego ciacha.
Chyba jednak śni.
– To donut Alaska. Znaczy… połówka.
Kobieta dała jej go. I butelkę wody.
Katrina zawahała się. Kto to w ogóle jest? Tak ubrani ludzie nie dokarmiają tak po prostu bezdomnych dzieciaków śpiących na ławkach w parku.
– Weź. Po prostu. – Kobieta wskazała jej futerał. – Nie pierwszy raz w życiu widzę głodnego muzyka.
Katrina odgryzła mały kęs. Jaki słodki! Jaki miękki! Wzięła jeszcze jeden, tym razem większy. I kolejny. Miękka słodycz oczyściła jej głowę, świat nagle odzyskał barwy i dźwięki.
– Smakuje? – zapytała kobieta.
– Tak, bardzo. Dziękuję.
– Szkoda, że nie posłuchałam Astrid i nie wzięłam mandarynek. – Znów wskazała futerał na skrzypce. – Twoja miłość?
– Tak.
Katrina dokończyła ciastko i oblizała palce. Spłukała dłonie odrobiną wody, kobieta podała jej suchą serwetkę.
– Proszę bardzo. No to dawaj – powiedziała beznamiętnie.
– Dawaj?
– Poćwicz.
– C… co?
Katrina poczuła się aż nadto onieśmielona. Minęły, zdaje się, wieki całe, odkąd czuła się na tyle swobodnie, żeby móc grać.
– Nic się nie bój, ja tu przyszłam tylko kaczki pokarmić.
Katrina zawahała się. Jednak słońce już zaczynało się złocić, z drzew odlatywały pierwsze kawki.
Wciąż czując w ustach słodycz donuta, otworzyła futerał.
Tymczasem Shizuka sięgnęła do torby z bułkami, oddarła wielki kawałek jednej i cisnęła do jeziora. Szczerze, to dziewczyna musiała być początkująca. Zgrzytający smyczek… zero intonacji… standardowe problemy początkującego.
To może być jednak odświeżające: posłuchać kogoś, kto nie ma nic wspólnego z geniuszem – i z duszami.
Lecz nagle ona otworzyła futerał.
I… rozpromieniła się, dosłownie rozbłysła. Wyraz jej twarzy był całkowicie odmienny od nerwowych, wystudiowanych min, które Shizuka widziała w Arkadii. Przypomniała sobie pana Grossmüllera, który przeżył Hitlera i wszystko, co przed i po nim. Kiedy brał w ręce swoje skrzypce, ciepłego i mądrego Jakoba Stainera, całował je i mówił, że w takich czasach jedynie dzięki nim ma po co żyć.
To, co miała dziewczyna, to nie był żaden Stainer – zwykły instrument dla początkujących, ale i tak emanowały z niego echa nienawiści, szaleństwa, melodii, które się śpiewa tylko, jeśli się przeżyło.
A potem, w przestrzeni, którą mogłyby zająć słowa, Shizuka usłyszała coś niespodziewanego.
Większość ludzi usłyszałaby po prostu ton. Kształcony muzyk mógłby usłyszeć A-440.
A bardzo wyjątkowy muzyk mógłby usłyszeć, jak skrzypce budzą się i witają dzień, ożywione po raz kolejny.
– Kamerton?
Dziewczyna sapnęła i chyba się zarumieniła.
– Moje skrzypce wolą, kiedy się je tak stroi.
Teraz Shizuka w pełni skupiła się na skrzypaczce przed sobą.
Skąd ona jest? Z południowego San Gabriel? Z Rosemead?
Pomyślała o wszystkich uczniach, których widziała w Arcadii, z nowiutkimi cyfrowymi stroikami i jakże drogocennymi instrumentami. Czy ktoś taki mógłby w ogóle sobie zawędrować do parku? Shizuka zastanawiała się, co może zagrać. Bacha? Mozarta? Może Kreislera? Jej osobowość pasowałaby do Kreislera.
A może Bartóka?
Ciii…
Shizuka zmusiła się do spokoju. Wróć do rzeczywistości. Taki instrument. Taki uczniowski smyczek. Ta okropna kalafonia w wysuwanym plastikowym pudełku. To nie był pielęgnowany talent.
Bartóka? Satomi, nie bądź głupia. Już szybciej zagra Perpetual Motion z pierwszej części Suzukiego.
Różną muzykę sobie wyobrażała, ale nie spodziewała się, że dziewczyna wyciągnie Schradiecka.
Schradiecka? Czyli Szkołę techniki skrzypcowej. To nie były kompozycje muzyczne, to były ćwiczenia. Proste i dobrze na ciebie wpływające, ale proste i dobrze na ciebie wpływające w ten sposób, jak niegdysiejszy olej z wątroby dorsza, szczepionka na odrę czy regularne chodzenie do dentysty.
Iluż to uczniów rzuciło skrzypce przez Schradiecka?
Shizuka uśmiechnęła się uprzejmie i odwróciła do stawu i kaczek. Po co jeszcze bardziej dziewczynę płoszyć. Królowa Piekła otworzyła torbę z bułkami do hot dogów, oddarła następny wielki kawałek i przygotowała się na okropny dźwięk, który zaraz usłyszy.
Była dzieckiem, szła do szkoły. W zimowe poranki, szczególnie w okolicach lutego, lód był wszędzie… na kałużach, na szybach aut.
Dzisiaj i trawa chrupała pod stopami. Nawet powietrze wydawało się zamarznięte.
Julie Kiyama przytknęła palce do ust, wypuściła powietrze i krzyknęła:
– Zobaczcie, ja palę papierosy!
– Papierosy szkodzą! – wrzasnęła Sally, jej siostra.
– Puszczam kółka! Kółka!
– Jak nie przestaniesz palić, to ja po… wiem…
I nagle pobiegły. Próbowała za nimi nadążyć. Biegła ile sił w nogach.
Ale one miały wolne ręce, a ona miała skrzypce.
Złapała się na tym, że łamie kolejne bułki na coraz mniejsze kawałeczki, żeby móc jeszcze trochę posłuchać.
A kiedy dziewczyna skończyła Schradiecka, Shizuka patrzyła, jak Julie i Sally Kiyama, jej ostatnie przyjaciółki z dzieciństwa, rozmywają się w lodowej lutowej mgle.
Było po lekcjach. Katrina, jak zawsze, wracała sama do domu. I, jak zawsze, szwendała się, meandrowała, starając się odwlec moment, kiedy stanie oko w oko z rodzicami.
Był tam sklep sprzedający używane lodówki i pralki. Były resztki automatu telefonicznego, którego nikt nie używał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
