Wydawca: Zysk i S-ka Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 815 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Stroiciele - Ewa Kowalska

Czy odważysz się stawić czoło Stroicielom?

Są ludzie doskonali. Tak rozwinięci, że słyszą każdą naszą myśl.

Tak potężni, że nie potrzebują broni, by zapewnić sobie bezpieczeństwo.

Nikt z nas, zwykłych ludzi, nie ma pojęcia o ich istnieniu, choć są tuż obok. W dzień i w nocy. Od tysięcy lat panują nad umysłami, pozwalając nam widzieć, słyszeć i pojmować tylko tyle, ile im wygodnie. Tworzą z nas pełzaki – prymitywną, ograniczoną formę bytu. Tylko skończony głupiec chciałby wejść im w drogę, ośmielił się pokrzyżować plany, próbował przechytrzyć.

Chyba że... nie ma innego wyjścia, gdyż tylko w ten sposób może uratować kogoś, kto stał się dla niego ważniejszy niż on sam, i cały, kołyszący się w takt fałszywej melodii, świat.

Kędziora, niepokornego nastolatka, i dziewięcioletnią Asper łączy dramatyczne wydarzenie z przeszłości. Kędzior próbuje żyć dalej, jednak dziewczynka nie potrafi zapomnieć. Prosi chłopaka, by zawiózł ją w to samo miejsce do Martwego Lasu. Kędzior spełnia jej prośbę, po czym odjeżdża, jednak gnany wyrzutami sumienia wraca. I od tej chwili nie może już się wycofać. Uwikłany w intrygę potężnych, wysoko rozwiniętych ludzi, by przeżyć, zmuszony jest brać udział w ich grze.

Opinie o ebooku Stroiciele - Ewa Kowalska

Fragment ebooka Stroiciele - Ewa Kowalska

Strona tytułowa

Ewa Kowalska Stroiciele ISBN ??? Copyright © by Ewa Kowalska, 2019All rights reserved Redakcja Paulina Kaczmarek Projekt okładki i stron tytułowych Fecit studio Projekt typograficzny i łamanie Grzegorz Kalisiak | Pracownia Liternictwa i Grafiki Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Roztarty na skórze rozmarynu listek

odgoni na długo twego snu kołyskę.

Huśtania, bajania, ich mlecznych drgań

nie bój się, dziecino, nawet nie patrz w dal.

Bo w dole na drodze na ciebie czekają,

drapiąc ścianę powietrza, ku tobie śpiewają

to w górę, to w dół, w zwykły senny tan,

próbują cię wciągnąć, zmienić w zielska łan.

Korytarza nie znajdą, ni domu, ni drzwi,

bo na mojej ręce jaszczureczka lśni.

Różowy jej pyszczek rozwarty jak brama,

pochłonie on w mgnieniu ich tajne knowania.

Swej własnej melodii przed tamtymi wciąż strzeż,

idę już po ciebie,

odnajdę cię wnet.

Rozdział I

Droga kończyła się w miejscu, w którym stali. Właściwie trudno było nazwać drogą ubitą ziemię z resztką potłuczonej i wyboistej kostki, której kamieniste ułomki chybotały się pod stopami, kruszyły i rozpadały. Niemniej jednak, w porównaniu do czerwonej tasiemki gliny ledwie widocznej spod dziko rosnącej wysokiej trawy, była to droga jak się patrzy.

— Tam, dokładnie w tamto miejsce, widzisz? — Asper celowała palcem w granatową plamę lasu, w której ginęła gliniasta ścieżka.

— Widzę — odpowiedział Kędzior.

Stał niedbale oparty o motocykl, uginając lewą nogę w kolanie. Zaciągnął się papierosem ostatni raz i pstryknął niedopałkiem, a potem przydusił go czubkiem zdartego mokasyna. Pomarańczowy ogienek żarzył się jeszcze przez chwilę, ale w końcu zgasł, tak jak i jego nadzieja, że dziewczynka szybko zrezygnuje z tego głupiego pomysłu, gdy z bliska zobaczy las. Na razie jednak nic na to nie wskazywało.

— Gdy się rozwidni, będzie lepiej widać — powiedziała, zapinając zdecydowanym ruchem suwak w kurtce. Zdjęła czapkę z daszkiem, odgarnęła z twarzy jasne, długie do ramion włosy, po czym nałożyła ją z powrotem. — Ale nie będziemy czekać — dodała, poprawiając męskie, o wiele dla niej za duże przeciwsłoneczne okulary z lustrzanymi szkłami, które co chwila zsuwały jej się z nosa.

Przez chwilę Kędzior patrzył na nią w milczeniu, potem obrócił głowę w bok, w stronę bledniejącego z każdą minutą nieba. Na jego tle ciemna gęstwina boru ziała złowieszczym mrokiem.

— Kędzior — warknęła ostrzegawczo dziewczynka, dostrzegając jego wahanie.

Skinął głową i poderwał się rześko, jakby na przekór ostrej igiełce obawy, która ostrzegawczo zakłuła go w serce. Kopnięciem podniósł metalową nóżkę wspierającą motor i usiadł na nim okrakiem.

— No to dawaj — powiedział.

Asper wspięła się na miejsce za nim i objęła go ciasno rękami.

— Pamiętaj, najszybciej i najdalej, jak się da.

Usłyszał jej głos tuż nad uchem. Ciepły oddech połaskotał go w policzek. Potaknął na znak, że pamięta.

— Prosto między jarzębinowe kapliczki. Dokładnie pomiędzy nie, jak strzelił.

— Wiem — rzucił i zwolnił sprzęgło, a potem z całej siły nacis­nął gaz. Silnik najpierw zakasłał, spowijając ich gryzącą chmurą błękitnego dymu, wreszcie ryknął jak wściekłe zwierzę i maszyna nagłym szarpnięciem ruszyła przed siebie.

Od razu pożałował, że razem z motorem nie zwinął gogli. Widział je, gdy w środku nocy po kryjomu wystawiał motor z komórki brata. Wisiały na kołku przy drzwiach na odblaskowej zielonej gumce, kołysząc się wte i wewte, jakby chciały zwrócić na siebie jego uwagę. Za późno, pomyślał zły na siebie, zaciskając usta, gdy pęd powietrza miotał mu w twarz drobiny gliniastej ziemi, utrudniając oddychanie. Asper, skulona, przyciskała policzek do jego kurtki. Czuł jej ciepło i zacięty upór, i to właśnie nie pozwalało mu — na przekór rozsądkowi — zwolnić.

Gdy gnali wąskim paskiem ścieżki przez trawiaste pole, pokryte tu i ówdzie kopczykami brudnego śniegu, który tutaj nie zdążył jeszcze roztajać, wiatr wył im w uszach, siekąc policzki wilgotnymi lodowatymi podmuchami. Śmierdziało zbutwiałym drewnem i mokrą ziemią, jak nad dopiero co rozkopanym grobem. Nawet wiosna omija szerokim łukiem Martwy Las — przypomniał sobie, co mówiło się w miasteczku, a zaraz potem minęli pierwszy rządek kolczastych krzaków, wjeżdżając w pas niewysokich jarzębin otaczających las od strony drogi. Na ich pniach wisiały trójkątne drewniane kapliczki z wyblakłymi zdjęciami, które ktoś dawno temu ozdobił suchym czerwonym zielem.

Granica, szarpnęła się w nim jakaś niewidzialna linka i odruchowo zwolnił, wytracając prędkość na kolejnych kilkunastu metrach. Motor siłą rozpędu pędził jeszcze dalej, unosząc ich głębiej między wysokie pnie drzew, kołysząc się dziko na boki na grząskiej ściółce.

— Dalej, Kędz… — wrzasnęła mu nad uchem dziewczynka.

Pęd porwał jej słowa i Kędzior nie usłyszał niczego więcej. Zresztą może nawet nie chciał. Ścieżka musiała kończyć się gdzieś tutaj, zaraz za jarzębinami. Jazda na oślep w niemal zupełnej ciemności na pełnym gazie była czystą głupotą. A on głupi na pewno nie był. Nie zamierzał skończyć jak jego starszy brat — Siódmy, którego zdjęcie od ponad trzech lat wisiało na jarzębinowym pniu za szybką pokrytą szarym kurzem. Nagle, jakby jego wątpliwości i niepokój udzieliły się maszynie, zahaczyła o coś przednim kołem i runęła do przodu.

Gdy się ocknął, wokół panowała głucha cisza, którą przerwało krakanie wron nad głowami. Zerwał się z ziemi i syknął. W prawej nodze i biodrze czuł ból promieniujący przy każdym ruchu. W ustach miał metaliczny posmak krwi.

— Orlenda? — kaszlnął i splunął, próbując pozbyć się tego ohydztwa.

Asper podparła się na rękach i usiadła. Rozejrzała się wokoło, oszołomiona. Mieli szczęście, wyrzuciło ich na miękki gęsty mech. Kawałek dalej, między wystającym korzeniem a kępą zbitych brunatnych zarośli, leżał motor. Przednie koło wciąż się obracało, połyskując szprychami w przejaśniającym się mroku.

Dalej nie było już żadnej drogi, żadnej, nawet najwęższej ­ścieżki. Dalej po prostu nikt nie chodził, nikt przy zdrowych zmysłach i z własnej woli.

— Dalej już nie da rady — powiedział Kędzior.

Podszedł ze złością do motoru i dźwignął go z ziemi. Zrobił pośpieszną inspekcję i stwierdził, że oprócz kilku niemal niewidocznych zadrapań i warstwy błota nic poważniejszego się nie stało. Bardzo podniosło go to na duchu.

Asper też wstała. Krzywiąc się, rozcierała kolano. Szukała wzrokiem swojej bejsbolówki i lustrzanek, które spadły jej podczas upadku. Obtarła ręce z błota o mech i pokuśtykała w stronę drzewa, na którego gałęzi kołysała się czapka. Dziewczynka musiała wdrapać się na zwalony pień, by jej dosięgnąć.

Kędzior ani drgnął. W końcu umawiali się, że tylko ją tutaj przywiezie, nie było mowy o żadnym niańczeniu. Zresztą — uśmiechnął się krzywo, obserwując spode łba jej podrygi na śliskiej kłodzie, z której co rusz się zsuwała, lądując tyłkiem w błocie — było mu to nawet na rękę. Może mała teraz wreszcie się przekona, że dziewięcioletnia dziewczynka sama nie ma czego szukać w Martwym Lesie. Im szybciej nabierze rozumu, tym lepiej. Zaczynał już mieć dosyć tej poronionej wyprawy.

— Widzisz tu gdzieś moje okulary? — spytała go cienkim głosem, wkładając czapkę, którą udało się jej w końcu strącić kijkiem.

— Zostaw te głupie szkła — rzucił rozzłoszczonym tonem. — Nie ma na to czasu. Zaraz się całkiem rozwidni, a muszę być w domu przed szóstą. Mówiłem ci przecież.

Spojrzała na niego przez ramię, a potem zadarła głowę i popatrzyła w niebo.

— No to co tu jeszcze robisz? — powiedziała, odwracając się do niego. — Jedź.

Kędzior zaklął. Uparta gówniara, pomyślał, ale co tam, przecież swoje zrobiłem, miało być w las, jest w las, teraz niech idzie, dokąd chce. Jeszcze trochę, a wszyscy w domu się obudzą i wyda się, że zwinąłem motor Kadrylowi.

Nie ruszał się jednak.

— Tam nic nie ma — spróbował — to koniec świata.

— Może twojego — prychnęła Asper.

— Posłuchaj — Kędzior nie odpuszczał — przecież ja to wiem i ty też, że oni nie żyją, więc po co cały ten cyrk, niczego już nie odmienisz tym, że sama zgnijesz w jakimś mokrym rowie.

— Wiesz to na pewno, Kędzior? — mruknęła, nie patrząc na niego.

Musiał się nachylić, by zrozumieć, o co go pyta.

— Co wiem?

— No… — zawahała się, nagle zbita z tropu — że umarli?

— A ty myślisz, że oni żyją? Widziałaś jarzębinowe kapliczki? Uważasz, że wiszą tam dla ozdoby? — zaśmiał się.

Zaraz jednak się opanował, widząc, że dziewczynka zaczerwieniła się ze wstydu. To jeszcze mała smarkula, skarcił sam siebie w myślach, z nikim pewnie nie mogła o tym pogadać, więc coś jej się tam roi, jak to dzieciakowi, jawa miesza ze snem, głupota z odwagą, podłe ludzkie plotki z rzeczywistością. Odchrząknął i zaczął mówić łagodniej:

— Nikt stamtąd nie wrócił, nikt żywy, powinnaś wiedzieć takie rzeczy, znać te historie o wściekłych bandach wygłodniałych wilków, o śmierdzących bagniskach ciągnących się kilometrami, nad którymi unoszą się trujące opary mącące rozum. Powinnaś to wiedzieć lepiej niż ktokolwiek, prawda?

— Mówię tylko — Asper oblizała usta — że nikt nie wie, co się wtedy stało.

Zerknęła na niego bystro.

Wiedziała, że był tam wtedy z nimi? Może wiedziała przez cały czas, a jednak nigdy nie puściła pary z gęby. Kędzior poczuł, jak ogarnia go piekący wstyd. Całe współczucie, które kazało mu przemówić jej do rozsądku, nagle odpłynęło, zostawiając po sobie tylko szybko rosnącą złość. Odezwał się więc niechętnie, kpiąco, by szybko zakończyć rozmowę, która stawała się dla niego krępująca:

— Jeżeli już tak bardzo ci wszystko obrzydło i musisz uciekać, zrób to, co wszyscy. Zwiej w przeciwną stronę, tam, gdzie jest świat, gdzie są miasta, perspektywy. Zaczekaj tylko kilka lat, aż urosną ci cycki, a wtedy sama zobaczysz, że znajdzie się jakiś facet, który będzie chciał ci to pokazać. Rozumiesz? A teraz skończ już z tymi wygłupami. Chodź, odstawię cię do domu, zanim matka się obudzi i spuści ci manto, że włóczysz się po nocy z miejscowym chuliganem.

Mówiąc to, Kędzior uśmiechał się zimno, ironicznie, patrząc na nią z góry. Sam nie wiedział dlaczego, może myślał, że tylko z tej pozycji jest w stanie odwieść ją od wyprawy, która nie mogła zakończyć się dobrze. To nie tak miało być, pomyślał rozdrażniony, jakby dopiero teraz uświadomił sobie, w co dał się wciągnąć. Dziewczynka miała spietrać już pod lasem, a on odwieźć ją na osiedle i uwolnić się wreszcie od jej namolnych próśb. Łaziła za nim nawet po nocnych klubach, a kumple mieli z niego niezły ubaw.

Okazało się jednak, że to nie mała, tylko on wpadł w popłoch, gdyż Asper wcale nie zamierzała odpuścić. Najwyraźniej nic nie robiło na niej wrażenia, ani widok kapliczek, ani jego słowa, ani nawet ciężkie od wilgoci martwe powietrze, które już tutaj, na skraju lasu, zatykało płuca. Dziewczynka wybierała się dalej, wyposażona w krótkie kozaczki, ortalionową kremową kurtkę, czapkę z daszkiem i szkolny plecak z czerwonym odblaskiem w kształcie małpki doczepionym do suwaka tylnej kieszonki. Kędzior mógł się założyć, że nie wzięła ze sobą nawet kompasu czy zwykłego scyzoryka.

Zmiął w ustach przekleństwo. Oparł motor o drzewo i podszedł do małej. Nachylił się tak, by ich twarze znalazły się na tej samej wysokości.

— Daj spokój, to tylko głupie ludzkie gadanie — powiedział cicho i zajrzał jej w oczy.

I wtedy zrozumiał, co mieli na myśli ludzie, nazywając ją pomiotem diabła albo bazyliszkiem w skórze dziecka. Nie poczuł bólu, tylko charakterystyczny cierpko-mdlący smak, jaki pojawia się w ustach zaraz po podaniu środków znieczulających, a wraz z nim podstępną błogość rozlewającą się po ciele, nad którym szybko traci się kontrolę. Nagle ścięło go przerażenie, że stał się właśnie żywą lalką z ciałem zamiast trocin, z którą ona może robić, co się jej podoba. Zimna macka strachu chwyciła go za żołądek, a potem ścisnęła żebra. Stracił oddech, jakby znalazł się w ciasnym pudełku, bez powietrza.

Asper patrzyła w niego spokojnie, cierpliwie, w upiornym bezruchu. Jej szare oczy przenikały Kędziora z łatwością, jakby był tylko ciemnym dymem w kształcie człowieka. Czegoś w nim szukała. Zaraz się jednak zorientowała, że ogarnęło go przerażenie. Spłoszona spuściła wzrok, popatrzyła na czubki swoich kozaczków, a potem znów na ścieżkę, którą tu dotarli.

Kędzior wciągnął z jękiem powietrze. Odskoczył gwałtownie w tył, potknął się i zatoczył na najbliższe drzewo. Przylgnął do niego plecami i spojrzał na Asper ze strachem.

Dziewczynka uśmiechała się smutno, z gorzką satysfakcją.

— No to już idź, Kędzior, wracaj — powiedziała — …wracaj do swoich.

Starała się mówić twardym, obojętnym głosem, ale nie udało jej się ukryć brzmiącego w nim rozczarowania. Kędzior znów na nią zerknął, tym razem ostrożnie, z ukosa.

Odwróciła się do niego tyłem. Chwyciła daszek czapki i naciągnęła ją głęboko na czoło. Potem wsunęła kciuki pod paski plecaka na ramionach i nie oglądając się za siebie, jakby już nie było na kogo, ruszyła pomiędzy drzewa.

Kędzior stał bez ruchu, patrząc, jak się oddala. Dopiero gdy całkiem znikła w zaroślach, ogarnął go jakiś dziwny żal i wstyd, że jest tylko sobą, Kędziorem, i że dziewczynka nie znalazła w nim tego, czego szukała. Czuł, że ją zawiódł, choć nie wiedział dlaczego.

Oderwał się od pnia i zrobił dwa kroki w głąb lasu.

— Nigdy nie wierzyłem, że to była twoja wina — zawołał za nią.

Zdawało mu się, że się zatrzymała. Nie był pewien, bo jasna cienka sylwetka dziewczynki, pogrążona w mroku, chwiała się lekko. Uchwycił się gałęzi najbliższego drzewa i zacisnął na niej palce. Serce waliło mu jak oszalałe, czuł je aż w gardle. Nie mógł się ruszyć, chociaż chciał do niej podbiec, złapać ją za kaptur kurtki, wyciągnąć z ciemności na ścieżkę, a potem zawlec siłą do domu. Cokolwiek, byle nie szła na bagna sama, na pewną śmierć.

Asper obróciła głowę w bok, jakby na coś czekała. Na coś lub raczej na kogoś. Kędzior wciągnął gwałtownie powietrze. Ona chce, żebym z nią poszedł, pomyślał spanikowany, tak jak ferajna Marcusa trzy lata temu. Strach momentalnie ściął mu krew w żyłach. Cofnął się, następując na suchy badyl, który trzasnął pod nim głośno.

Dziewczynka drgnęła i skuliła ramiona. Poprawiła plecak i ruszyła przed siebie szybkim krokiem, jakby pożałowała chwili, w której się zawahała.

Kędzior z trudem przełknął ślinę i zacisnął powieki.

— To mi się śni — mruknął pod nosem — to tylko głupi koszmarny sen, z którego zaraz się obudzę.

Odetchnął głęboko raz i drugi, przetarł ręką twarz i otworzył oczy.

Nikogo. Tylko las, pogrążony w sinym mroku, i cisza, martwa ciężka cisza, która otaczała go z każdej strony. Nagle spomiędzy zarośli zamigotało czerwone światełko. Spojrzał ku niemu, wstrzymując z nadzieją oddech. Światełko zaczęło się oddalać. Mała odblaskowa małpka kołysała się, połyskując przez jakiś czas, aż w końcu całkiem znikła.

Stał dalej i gapił się w tamto miejsce pustym wzrokiem.

— Już po niej — mruknął. — Słyszysz, Kędzior? Masz ją wreszcie z głowy. Ty i cała reszta.

Ludzie podziękowaliby mu za to, co właśnie zrobił. Oczywiście nie mówiliby tego otwarcie, ale mijając go, kiwaliby głowami z aprobatą, posyłali ukradkowe uśmiechy i mrugnięcia okiem. Jego babka i bracia mogliby liczyć na drobne przywileje w mieście czy w szkole, a on sam stałby się tajemniczym bohaterem, z rodzaju tych, którym nie można oficjalnie wystawić postumentu, ale czci się w skrytości ducha za to, że zrobili coś, do czego nikt inny nie miał śmiałości czy tupetu.

Rozważał to wszystko, stojąc bez ruchu ze wzrokiem utkwionym w miejsce, w którym dziewczynka znikła mu z oczu. Nie czuł jednak radości czy choćby ulgi, że uwolnił miasteczko od gnębiącego go potwora. Przeciwnie, coś niezrozumiałego i potężnego ciągnęło go w głąb lasu.

Siłą woli zmusił się, by odwrócić głowę i spojrzeć w przeciwną stronę, w kierunku ścieżki i jarzębinowych kapliczek. Włożył rękę do kieszeni kurtki i wyciągnął z niej paczkę papierosów. Wytrząsnął z niej ostatniego i wsadził sobie do ust. Gdy próbował go zapalić, zauważył, że drżą mu palce. Błękitnawy języczek ognia gasł, zanim papieros zdążył się nim zająć. Po kilku nieudanych próbach cisnął zapalniczkę na ziemię. Poderwał się gwałtownie, podszedł do motoru, chwycił za kierownicę i wyprowadził go z lasu.

Szedł szybko, pochylony w przód, pchając maszynę i z całej siły zaciskając dłonie na skórzanych rączkach. Nie oglądał się za siebie. Czuł, że jeżeli to zrobi, nie będzie mógł się powstrzymać, żeby nie pójść za dziewczynką. Potrząsnął mocno głową, aby pozbyć się tej głupiej myśli, i przyspieszył kroku, byle znaleźć się jak najdalej od Martwego Lasu.

Zatrzymał się dopiero wtedy, gdy ubłoconymi mokasynami stanął na starej drodze. Otarł rękawem pot z czoła, spojrzał w niebo i odetchnął głęboko świeżym rześkim powietrzem, wypuszczając z płuc resztki zbutwiałej wilgoci. Liczył na to, że wraz z nią pozbędzie się też dręczącego niepokoju, który zaczął się w nim rozrastać w chwili, gdy stracił małą z oczu.

— A niech to szlag — zaklął głośno i wzdrygnął się, jakby nagle poczuł, że przez nieuwagę wlazł aż po pas w lodowaty nurt rwącej rzeki.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział II

Starała się iść równym żwawym tempem i przez pierwsze dwie, trzy godziny jej się to udawało. W sinym półmroku przeszkody stawały się widoczne dopiero z bardzo bliska, dlatego chciała pokonać najłatwiejszą część trasy jeszcze po ciemku, by gdy całkiem się rozwidni, dotrzeć do rozpadlisk i bagien. Jak na razie teren był równy i wędrówka nie sprawiała jej większego problemu. Czasami tylko natrafiała na głębokie rowy lub zwalone pnie zagradzające przejście, które musiała obejść, nadkładając drogi.

Las nie był martwy. Porastały go wielkie zielone paprocie i rozłożyste krzewy, tworzące kolczaste ogrodzenia wokół małych polanek, na których dziewczynka zapadała się do połowy łydki w miękki dywan mchu. Rosły tu dziwaczne kielichowate kwiaty, ze środka których wystawały dwa długie cytrynowe pręciki, jakby pokazując jej język. Z pewnością jednak las nie był zamieszkany. Nigdzie nie dostrzegła ptaków ani zwierząt, ani jednej wiewiórki, tylko trochę owadów, których przybywało, gdy zaczęła zbliżać się do uroczysk.

Bo dobrze wiedziała, że jest już niedaleko. Ziemia stawała się rozmiękła, wydając ciche mlaśnięcie przy każdym kroku. Najmniejszy odgłos brzmiał jak huk i z początku Asper wzdrygała się, gdy nastąpiła na gałąź, która pękała pod nią z trzaskiem, lub gdy materiał kurtki ocierał się z szelestem o pnie lub zahaczał o gałązki drzew. Żaden ptak nie śpiewał, nie furkotał skrzydłami, dzięcioł nie stukał w korę. W lesie była tylko ona i jej ciężki oddech.

Zwolniła teraz trochę, ale szła dalej, popijając wodę z plastikowej butelki. W końcu przystanęła, zdjęła kurtkę i przewiązała ją w pasie, a po chwili zarzuciła plecak na ramiona i ruszyła przed siebie. Nie robiła postojów, chociaż szło jej się coraz trudniej. Słońce stało wysoko na niebie i w lesie zapanowała wilgotna duchota. Powietrze zrobiło się gęste i parne, skraplało się na skórze w gęsty pot, który spływał do ust. Miała wrażenie, że to, co trafia do lasu, zastyga i traci energię — nawet wiatr, który kołysał czubkami drzew, tutaj niżej, przy ziemi zapominał o tym, że powinien wiać. Jakby w tym miejscu wszystko nagle zapominało, kim lub czym jest i co powinno robić.

Jedyne, co żyło, to drobinki kurzu wirujące w smugach słońca, które ginęły w zielonych kałużach porośniętych rzęsą. Brudna woda niemiłosiernie cuchnęła zgnilizną i czymś jeszcze, czego Asper nie umiała określić. Mijała je, odwracając ze wstrętem głowę w przeciwną stronę, zasłaniając sobie usta i nos rękawem swetra, ale po kilku kolejnych kilometrach smród wsiąkł w nią całą, w skórę, we włosy i w ubranie, tak że nie mogła już się od niego odgrodzić; w końcu oswoiła się z nim i przestał jej przeszkadzać. Poza tym zauważyła, że już od jakiegoś czasu idzie po kostki w tej zielonej wodzie. Drzewa rosły teraz dużo rzadziej; miały cienkie gołe pnie o błyszczącej korze, gałęzie pozbawione liści, poczerniałe i powyginane jak dłonie u starych ludzi cierpiących na artretyzm, o zgrubiałych bulwiastych konarach, które, częściowo połamane, zwisały zanurzone do połowy w wodzie.

Wypatrzywszy kawałek suchej ziemi, znalazła się na nim kilkoma szybkimi susami, rozpryskując bajoro. Wzdrygając się z obrzydzenia, strząsnęła z siebie długie, na wpół przegniłe wąsy trawy, które uczepiły się jej spodni i butów. Rozebrała się do bluzeczki z krótkimi rękawami, kurtkę i sweter wieszając na samotnie sterczącej gałęzi najbliższego drzewa. Obtarła twarz resztką wody, jaka została w butelce, a potem usiadła, opierając się o pień. Przed nią, jak okiem sięgnąć, rozciągały się bagna, pokryte zielonym nieruchomym kożuchem rzęsy.

Granica, pomyślała. Jakiś zagubiony promień słońca przesunął się po jej twarzy. Przymknęła powieki i odwróciła twarz w jego stronę. Po chwili ogarnęło ją błogie ciepło, poczuła się ciężka i senna.

Przeklęte miejsce, przeklęta dziewucha.

Drgnęła i rozejrzała się szybko dokoła. Nie, nikogo nie było. Pewnie jej się przyśniło. Za często słyszała podobne, a nawet gorsze określenia, więc zaczęła w końcu w nie wierzyć. Przecież wszyscy nie mogą się mylić, prawda? Czy mogą? Chciałaby wiedzieć, jak jest naprawdę.

I żeby Marcus żył. On by wiedział.

Oblizała zaschnięte wargi. Na samą myśl o starszym bracie ból odezwał się palącym mrowieniem na karku i w okolicy serca i szarpnął nią, blokując oddech. Odruchowo zacisnęła oczy i próbowała go odpędzić, ale zaraz opamiętała się i przestała przed nim bronić. Uniosła głowę, wciągnęła w płuca ciężkie powietrze i wypuściła je powoli.

Jeżeli ma trafić w tamto miejsce, musi sobie wszystko przypomnieć, od początku do końca, nawet jeśli było to wyjątkowo straszne i cała się przed tym wzbraniała. Musi i już. Zaszła tak daleko, że nie ma teraz odwrotu. Zresztą po tym, co stało się przedwczorajszej nocy, i tak nie mogłaby wrócić do miasteczka. A już na pewno nie do domu.

Odwinęła rękawek bluzki. W złotawym słońcu jej skóra była ziemista, chude ramię pokrywały rozlane wybroczyny, niektóre świeże, podbiegnięte krwawo, inne dojrzałe i zupełnie czarne, ale najwięcej było gojących się sinożółtych. Szczypała się sama z całej siły w chwilach, gdy wydawało jej się, że coś słyszy. Nie były to ludzkie głosy ani słowa, raczej coś podobnego do bezgłośnego dźwięku, który próbował wedrzeć się pod czaszkę i zagłuszyć lub odmienić jej myśli. Tylko przenikliwy ból, który pojawiał się już w pierwszej chwili, zanim dźwięk zdążył rozhulać się w niej na dobre, pozwalał zachować przytomność umysłu, która osłaniała ją niczym tarcza.

Roztarła dłonią ramię i skrzywiła się. Ostatnio nawet to przestawało działać, jakby się uodporniła na ten rodzaj lekarstwa. Nie mog­ła już siedzieć na lekcjach, bo natychmiast ogarniało ją dziwaczne, senne odrętwienie. Zaczęła więc wagarować. Zamiast być w szkole, spędzała czas na starej wieży ciśnień lub po prostu włóczyła się po najmniej uczęszczanych ulicach miasteczka z głęboko nasuniętą na czoło bejsbolówką Marcusa i w przeciwsłonecznych okularach ojca, lawirując tak, by nie natknąć się na nikogo znajomego. Zresztą ludzie, wyczuwając w niej coś obcego, omijali ją, jakby jej nie widzieli, lub ostentacyjnie zawracali na jej widok, jakby roztaczała wokół siebie chmurę smrodu.

Drażniło ją to i doprowadzało do łez, ale niespecjalnie się mieszkańcom dziwiła.

W miasteczku ciągle żywa była historia o tym, jak ponad trzy lata temu wyprowadziła grupę nastolatków na bagna. Mówiono, że musiała ich wcześniej zahipnotyzować, bo inaczej nie pozwoliliby się wywieść na pewną śmierć. Wszyscy w mieście i okolicach wiedzieli, czym kończy się wyprawa na pobliskie grzęzawiska; wiedziały to nawet najmłodsze dzieci. Najstarsi z najstarszych nie pamiętali, by komukolwiek udało się wrócić stamtąd żywemu. Kto raz wdepnął w bagno, ten zostawał tam na wieki, a jego zdjęcie wkładało się za szybkę jarzębinowej kapliczki jako przypomnienie i ostrzeżenie dla innych.

Ona jednak wróciła. Sześciolatka. Sama przedarła się przez moczary i Martwy Las i jakby nigdy nic, cała i zdrowa znalazła się w domu, podczas gdy po grupie towarzyszących jej nastolatków nie pozostała nawet mała kosteczka.

Strażnik lasu, po trwających całe tygodnie poszukiwaniach, stwierdził to, czego wszyscy się już domyślali — że się potopili lub pożarły ich wilki. Dopiero jego niechęć do spotkania z dziewczynką wzbudziła powszechne zdziwienie i wywołała lawinę spekulacji. Mężczyzna nawet nie chciał spojrzeć na Asper, jakby miał pewność, że w jej ocaleniu musiała maczać palce lub racice jakaś siła nieczysta, z którą lepiej było nie igrać. Jego postawa utwierdziła całe wstrząś­nięte tym wydarzeniem miasteczko w przypuszczeniach, których z obawy przed posądzeniem o zabobony i zacofanie początkowo nikt nie chciał głośno wyrażać.

Przyglądano się Asper podejrzliwie na każdym kroku, szeptano za plecami prowadzącej ją za rękę matki. Na symbolicznym pogrzebie siedmiorga nastolatków, w tym jej brata, ludzie tłoczący się w małym kościółku, dusznym od zapachu lilii przystrajających puste białe trumny, pokazywali ją sobie ukradkiem, jak siedzi ze złą i obrażoną twarzą, na której nie można było się dopatrzyć nawet cienia żalu. Wtedy ich podejrzenia zamieniły się w pewność. A zaraz potem w strach.

Zaczęli gadać. Do jedynego znanego szczegółu dodawali kolejne, coraz bardziej makabryczne, które jeżyły włos na głowie. Nagle ktoś przypomniał sobie, że jeszcze wcześniej, zanim doszło do tragedii, dostał owrzodzenia w miejscu przypadkowego zetknięcia z nią, które długo nie chciało się goić. Ktoś inny, że jej krzywe diabelskie spojrzenie sprawiło, iż jego dwoje dzieci nagle zaczęło się jąkać i moczyć w nocy, a jeszcze ktoś, że kazała mu wzrokiem zabić żonę i teściową i że mógłby przysiąc, iż sama jej obecność wprawia człowieka w obłęd. Nie wszyscy w to wierzyli, ale bano się, że być może w tych opowieściach kryje się ziarno prawdy. Przecież nie ma dymu bez ognia. Na wszelki wypadek woleli więc trzymać się od niej z daleka i przestrzec przed jej towarzystwem swoje dzieci.

Dlatego w szkolnej ławce Asper siedziała sama i z nikim nie rozmawiała na przerwach. Czasami tylko z dwa lata starszą Zulką, która niespecjalnie przejmowała się opowieściami krążącymi na jej temat. Dziewczynki znały się i przyjaźniły od dziecka. Mieszkały w tej samej klatce dwunastopiętrowego mrówkowca na blokowisku. Zula na siódmym, a Asper na dziesiątym piętrze. Jej ojciec, podobnie jak tata Asper, wyjechał do pracy za granicę, a matki dziewczynek pracowały w tym samym szpitalu. Matka Asper była pielęgniarką, a Zuli lekarką i to ona przepisywała jej leki, po których miała twardo przespać całą noc, gdyż przychodziło jej to z trudem, odkąd skończyła cztery lata.

Zaczęło się od tego, że któregoś dnia po północy sąsiad wracający z nocnej zmiany zbudził ich, waląc pięściami w drzwi i krzycząc, że Asper stoi nieruchomo na zewnętrznym parapecie okna. Po tym zdarzeniu Marcus zabezpieczył ramę gwoździami i przez kilka kolejnych nocy zaglądał do siostry na zmianę z matką. Sytuacja jednak zaczęła się powtarzać. Asper zawsze udawało się wykorzystać moment, gdy czujność matki i brata słabła lub zapadli w głębszy sen. Wspinała się wtedy na parapet, odginała gwoździe paluszkami i stawała bosa, w cienkiej bawełnianej piżamce w otwartym na całą szerokość oknie, zamierając tak na całe godziny.

Marcus, nie robiąc hałasu, by jej nie wystraszyć, spokojnie zdejmował ją z parapetu i kładł do łóżka, ciasno okrywając kołdrą, a potem czuwał przy niej aż do rana, trzymając ją za duży palec u stopy. Trzymał tak mocno, że nawet gdy zasnął na fotelu przysuniętym do jej łóżka, nie mogła oswobodzić nogi. Czasami, gdy się jej to udało, Marcus budził się nagle, siadał prosto i patrzył na nią zupełnie przytomnym wzrokiem. Rano przy śniadaniu obracał całe zdarzenie w żart i nie przestawał się wygłupiać, aż ona i mama zaczęły się z tego śmiać.

Zresztą matka też starała się zachować zimną krew. Ale gdy Marcusa już z nimi nie było, zdarzało się, że ogarnięta zmęczeniem i bezsilnością wpadała w gniew, gdy kolejną noc z rzędu przyłapywała Asper na parapecie otwartego okna. Ściągała ją stamtąd bez ceregieli i mocno nią potrząsając, błagała, by już przestała, by znów była normalnym dzieckiem, jej kochaną córeczką. Asper odczekawszy cierpliwie, aż matka się uspokoi, wyplątywała się z uścisku, po czym spoglądała jej prosto w oczy uważnym, przeszywającym wzrokiem, od którego kobiecie cierpła skóra, i pytała:

— Czy ty je słyszysz, mamusiu?

Potem zza ściany dobiegał płacz matki i ściszony głos, jakim prowadziła długie rozmowy telefoniczne z ojcem, skarżąc się, że jest u kresu wytrzymałości i że już dłużej tego nie zniesie. Że on nie zdaje sobie sprawy, jak to jest tu mieszkać i starać się zwyczajnie żyć po śmierci Marcusa i po tym wszystkim, i że chce się stąd wynieść teraz, zaraz, nieważne dokąd, że jeżeli jeszcze coś dla niego znaczą, to niech coś zrobi. I nie, to nie zwykła histeria i nie minie, gdy łyknie tabletkę i porządnie się wyśpi.

Asper kuliła się wtedy w swoim łóżku, wciskając głowę w poduszkę, i próbowała uspokoić się słowami Marcusa: „Wszystko dobrze, Asper, wszystko dobrze, bosa, śpij”.

Niespełna czteroletni Tita był zbyt mały, by zrozumieć, co się dzieje wokół jego siostry. Gdy budził go skrywany płacz matki, szedł do Asper, wpychał swoje rozgrzane od snu ciałko między jej ramiona zaciśnięte wokół poduszki i zaglądał jej w oczy. Musiała się wtedy uśmiechnąć, przyciągnąć go do siebie bliżej i nakryć się wraz z nim kołdrą. Zasypiał wtulony w jej szyję, podczas gdy Asper wdychała dziecinny, słodki zapach jego skóry, który odprężał i łagodził pulsujące w niej zadry odstraszające sen. Zasypiała w końcu, nasłuchując równomiernego oddechu braciszka, który jednak nigdy nie zagłuszał łoskotu serca tłukącego się niespokojnie w jej klatce piersiowej i drażniącego mózg buczenia metalicznych niewidocznych owadów.

Tita.

Drgnęła i zagryzła usta do krwi. Gdyby przedostatniej nocy nie obudził matki hulający po domu lodowaty przeciąg, już byłoby po nim.

Z całej siły wbiła sobie paznokcie w łydki, a potem zaczęła uderzać się po nogach pięściami.

Nie zauważyła, gdy otworzył drzwi do jej pokoju i wdrapał się po łóżku, a potem po krześle, które sama wcześniej przystawiła, na parapet i stanął w oknie. Nie słyszała go, bo wtedy właśnie starała się niczego nie słyszeć. Chciała tylko, żeby wreszcie ustało to dziwne, przenikające cały blok wibrowanie, przez które nie mogła zasnąć kolejną noc. Parapet był śliski od roztopionego śniegu, który spadł pod wieczór, ale jej nigdy to nie przeszkadzało. Skąd mogła wiedzieć, że Tita wgramoli się tam za nią.

Potrząsnęła głową i zacisnęła powieki.

Zauważyła go dopiero w chwili, gdy trącił ją obsuwającą się nogą i zaczął spadać. Na szczęście matka w ostatniej chwili zdążyła złapać go za nadgarstek i wciągnąć do środka. Chwyciła chłopca i przycis­nęła kurczowo do piersi palcami zakrzywionymi w szpony, jakby się bała, że Asper rzuci się, by jej go wydrzeć. A potem, nie spuszczając z córki dzikich, przerażonych oczu, cofała się na drugi koniec pokoju, aż natrafiła na ścianę i osunęła się po niej na podłogę. Tita darł się wniebogłosy. Asper, nie mniej od nich przestraszona, stała nieruchomo w szeroko otwartym oknie, wstrzymując oddech. Nie miała odwagi nawet drgnąć.

— Idź do diabła — rzuciła matka strasznym, nieswoim głosem, zrywając się na nogi. — Drugiego syna mi nie odbierzesz.

Po czym wybiegła z Titą w ramionach i schowała się w sypialni, zatrzaskując za sobą drzwi.

Asper oparła czoło o kolana, objęła je i zaczęła się wolno kołysać.

Zdawała sobie sprawę, że mówiąc to, matka była bardzo zdenerwowana i niekoniecznie musiała tak właśnie myśleć. Teraz z pewnością żałowała swoich słów i Asper mogłaby postarać się ich nie pamiętać, gdyby mama ją o to poprosiła.

Tak, zmrużyła oczy i potaknęła w zamyśleniu głową, mogłaby. Tyle że nie chce. Bo wtedy mogłaby też zapomnieć, że następnym razem Ticie nie dopisze szczęście i jej mały braciszek zginie. W ten lub inny sposób, ale jednak zginie, podobnie jak Marcus. A stanie się tak dlatego, że jego siostra jest diabelskim pomiotem, który sprowadza na innych cierpienie i śmierć.

Właśnie tak, diabelskim pomiotem, którego miejsce jest w piekle, a nie wśród Bogu ducha winnych ludzi. Usłyszała to kiedyś w osiedlowym warzywniaku, gdy kupowała dla siebie i Tity czereśnie. Nie spróbowali nawet jednej, bo zaraz za drzwiami wywaliła wszystkie do kosza, nie zważając na ryki malca. Za resztę pieniędzy kupiła w cukierni truskawkowego loda i zjedli go na spółkę. Smakował im, uśmiechnęła się, sto razy bardziej niż te głupie czereśnie od tej głupiej, czerwonej na gębie baby.

Czy w piekle są lody?

Potarła nerwowo kolana. Zerknęła w górę, a potem przed siebie na gęstniejącą nad bagnem mgłę. Zaraz się tego dowie. Słońce świeciło mocno, ale jej robiło się coraz chłodniej. Zaczęła drżeć. To ze strachu, pomyślała, chyba się boję.

Sięgnęła ręką nad głowę i ściągnęła z gałęzi sweter. Narzuciła go na plecy, oplatając rękawy wokół szyi. Żeby to było już, zaszczękały jej zęby, żeby w końcu po nią przyszedł i nie musiała dłużej czekać. Czekanie było najgorsze.

Poderwała się na równe nogi.

— Gdzie jesteś — wrzasnęła i obróciła się — no gdzie ty jesteś! Dlaczego jeszcze cię tu nie ma, przecież do ciebie przyszłam! — Krzyczała wściekle, kręcąc się wokół. — Chodź tu po mnie wreszcie, no chodź! — Wrzeszczała, dopóki całkiem nie opadła z sił.

To na nic, pomyślała zrezygnowana, przykucając. Trzeba poczekać na mgłę, a potem dać się jej otoczyć i poprowadzić. Tak jak wtedy.

Wtedy było wcześniej, dopiero świtało. Musieli zatem iść w nocy przez las. Nie pamiętała którędy, pewnie przysypiała, gdy Marcus niósł ją na barana, a reszta bandy szła obok, śmiejąc się i żartując, tłukąc kijami w mijane pnie suchych drzew, które wyłaniały się w żółtawym świetle latarek. Zapamiętała tylko te głuche uderzenia, świetlistą mleczną mgłę i zapach pyłu, rozłupanych starych kamieni i swąd palonej żywicy. A potem uczucie nieznanego dotąd szczęścia, które rwało się z jej piersi tak, że miała wrażenie, iż odbije się bosymi stopami od podłoża i odfrunie, gdyby Marcus nie przytrzymywał jej z tyłu za gumkę od spodni.

Zimno dokuczało jej coraz bardziej. Naciągnęła na siebie sweter. Słońce przebijało się teraz z trudem przez warstwę wolno gęstniejącej mgły, która nakrywała bagnisko pierzastym białym całunem.

Wpatrując się przed siebie szeroko otwartymi oczami, wracała wspomnieniami do wydarzeń sprzed kilku lat, gdy była zaspaną sześciolatką, wtuloną w plecy starszego brata na wakacyjnej wyprawie w zakazane miejsce paczki nastolatków, której przewodził. Zabrał ją ze sobą, bo nie miał jej z kim zostawić. Maleńki Tita był u sąsiadki. Wszystko było od dawna zaplanowane, a matka musiała nagle zastąpić chorą koleżankę na nocnym dyżurze.

Tyle razy próbowała odtworzyć sobie w pamięci tamte chwile, ale one zawsze się jej wymykały, jakby z niej drwiły, pojawiały się i znikały, zostawiając po sobie uczucie żalu i rozdrażnienia, bo nie potrafiła poukładać ich sobie we właściwej kolejności ani skleić w całość; zawsze brakowało jakiegoś kadru, a jeden nie pasował do drugiego. Jakby ktoś pociął film w jej głowie i pozamieniał obrazy, specjalnie prześwietlił w jednych, a przyciemnił w innych miejscach, by stał się dla niej niezrozumiały i mylący.

Tutaj okazało się, że wszystko w niej było dobrze ukryte, ale jednak obecne i tak żywe, jak wspomnienia z ubiegłego dnia. Uspokoiła się i oparła o pień samotnego drzewa. Oddychała głęboko, nie walcząc z wciskającą się do tchawicy i nosa zimną gęstą mgłą. Zdawała się przywykać do jej oblepiającej martwej powłoki, która pokrywała skórę i włosy, mącąc wzrok. Asper patrzyła teraz gdzie indziej, w głąb siebie, na to, co działo się trzy lata temu, na brakujący fragment wspomnień, który teraz niespodziewanie się odnalazł i odżył.

* * *

Świt dopiero różowił niebo widoczne zza czubków łysych drzew. Marcus siedział obok śpiącej Asper, zwiniętej w kłębek na jego bluzie. W poszukiwaniu ciepła półprzytomnie wciskała zmarznięte bose stopy pod jego koszulkę, przytykając lodowate paluszki do pleców brata, rozgrzanych od szybkiego i długiego marszu. Wszyscy byli bardzo zmęczeni, ale euforia z dokonanego wyczynu jeszcze nie opadła i pulsowała w ich ciałach ożywczym prądem. Zewsząd dobiegały tłumione rozmowy i śmiechy, trzaski gałęzi i zapałek, gdy próbowali rozpalić ognisko. Okazało się jednak, że unosząca się w powietrzu zgniła wilgoć była zbyt duża i rozbłyskujący ogienek gasł zaraz po tym, jak się pojawił na końcu zapałki.

W końcu zapanowała dziwaczna cisza, jakby las pochłaniał każdy szmer, wysysał z nich myśli i resztki energii. Asper ocknęła się pierwsza, lepka od gęstej wilgoci. Z trudem rozchyliła powieki i wstała, chybocząc się na nogach. Wydawało jej się, że jest sama, że podczas gdy spała, cała grupa wróciła już do domu, zapomniawszy o niej, ukrytej pod ciężką pierzyną mlecznej mgły. Rozejrzała się ostrożnie. Spowity białym oparem las wyglądał inaczej. Nie przypominał już wcale śmiertelnie niebezpiecznych, cuchnących i maziowatych trzęsawisk, na skraju których zatrzymali się na odpoczynek. Teraz było tu spokojnie i nierealnie, niemal pięknie. Powietrze, ponad unoszącą się na metr nad ziemią mgłą, srebrzyło się, migocąc na pniach i gałęziach, jakby drzewa obrosły nagle błyszczącą łuską. Uniosła ręce i przyglądała się z podziwem przemykającym po skórze lśniącym refleksom. Zaraz jednak je opuściła, zafascynowana panującą wokół ciszą. Przysłuchiwała się jej, przechylając głowę na bok, czuła, jak na nią napiera, otacza, głęboka i ciężka, a potem zaczyna ją w siebie wciągać, powoli, jak bagno pochłania szamocące się ciało, które w nim ugrzęzło.

Ona jednak nie zamierzała się bronić. Chciała znaleźć się w niej tak głęboko, jak tylko możliwe. Nigdy wcześniej nie czuła podobnego spokoju. Stała więc nieruchomo i czekała.

Cisza obwąchała ją tylko niczym pies, a nie wyczuwając strachu, zelżała i wycofała się w miejsce, z którego przyszła. Rozczarowana Asper ruszyła za nią, zapominając, że znajduje się na bagnach. Bez wahania zanurzyła się we mgłę i brnęła w niej coraz dalej i dalej, krztusząc się wilgotnym powietrzem. Po jakimś czasie mgła zaczęła się rozsnuwać i unosić, jakby ktoś wciągał kurtynę w teatrze.

Asper zobaczyła przed sobą ścieżkę usypaną z białego piasku, która prowadziła do splątanych krzewów i porośniętego gęstym bluszczem wysokiego ogrodzenia. Zza niego wyłaniała się częściowo zawalona okrągła jasna budowla zwieńczona seledynową kopułą oraz ukryta wśród drzew wąska wieża.

Nagle ktoś cicho jęknął za jej plecami. Obróciła się i osłupiała ze zdziwienia. Znajdowała się niedaleko miejsca, w którym spała, nie przeszła nawet kilkudziesięciu metrów. Wokół niej na mokrej ziemi, na kurtkach i z plecakami pod głowami leżała cała paczka. Wydawali się właśnie wynurzać z jakichś głębin nieprzytomnego snu, rozglądając się niepewnie po okolicy.

Zenka pierwsza zaczęła gramolić się w górę, sycząc pod nosem wulgarne przekleństwa. Jedyna dziewczyna w paczce Marcusa wzbudzała w Asper lęk, więc mimo że jej wysoka wysportowana sylwetka opięta obcisłym, jakby celowo wyzywającym strojem przykuwała uwagę z daleka, Asper starała się unikać patrzenia wprost na nią. Zresztą wszyscy, którzy choć trochę ją znali, wiedzieli, że Zenka nienawidziła, jak ktoś się na nią gapił. Wpadała wtedy w szał i bez opamiętania karała kopniakami każdego, kto zawiesił na niej przydługie spojrzenie.

Kiedyś Marcus powiedział Asper dlaczego.

Gdy Zenka była mała, rodzice narkomani podrzucili ją na wychowanie do wuja, starego kawalera, który stroił ją jak lalkę i pozwalał kumplom brać ją na kolana i głaskać za butelkę wódki. Od tamtego czasu w każdym, kto się w nią wślepiał, widziała tamtych gości. Potem, gdy przystała do bandy, razem odnaleźli tych mężczyzn i powybijali im zęby, ale spojrzenia z przeszłości wciąż w niej tkwiły i niespodziewanie odżywały, zmieniając Zenkę w półdzikiego potwora.

Jednak Asper trudno było sobie wyobrazić, że Zenka była kiedyś mała i bezradna. Szczególnie w chwilach takich jak ta. Dziewczyna stała właśnie w szerokim rozkroku i podobnie jak reszta paczki rozglądała się dokoła. Jej długie włosy splecione w dziesiątki cienkich warkoczyków podążały ze świstem za każdym ruchem głowy.

— Droga — powiedział cicho i niepewnie Bolo — pośrodku…

— Bagna — skończył za niego Siódmy.

— Albo nam się to śni — odezwał się Marcus, wpatrując się w głąb lasu, tam, gdzie rysowała się sylwetka ogrodzenia i ruin.

— Wszystkim to samo? — parsknęła Zenka i ruszyła raźno przed siebie, bezceremonialnie stąpając po białym piachu. Zrobiła kilka kroków, tupnęła, jakby sprawdzała stabilność podłoża, splunęła i obróciła się w ich kierunku.

— Co jest? — Obrzuciła ich szybkim spojrzeniem. — Pietramy, panowie? — Podparła się pod boki i odrzuciwszy głowę w tył, wybuchnęła ostrym pogardliwym śmiechem.

Asper przeszyło naraz zimne, bolesne ukłucie. Po ciszy nie zostało ani śladu. Zasłoniła rękami uszy, hamując łzy, które nabiegły jej do oczu, i schowała się za plecami brata.

Marcusowi też musiało się to nie spodobać.

— Zamilknij, Zenka — warknął. — Idziemy, tylko cicho, gęsiego, jedno za drugim i ostrożnie. Cholera wie, co zalęgło się w tych murach.

Nikt nie zaprotestował. Mimo że najdrobniejszy z całej grupy, Marcus miał coś władczego w sposobie bycia, czym szybko zyskiwał posłuch wśród rówieśników. Czasami wystarczyło, że tylko spojrzał po swojemu na człowieka, a ten od razu wiedział, że ma do czynienia z kimś, komu nie warto się stawiać. Dzieciaki z marginesu, z patologicznych lub rozbitych rodzin, jakimi byli członkowie paczki, łapali takie rzeczy w lot, instynktownie jak dzikie zwierzę, które, by przetrwać, nauczyło się wyczuwać w innych siłę lub strach. Poza tym stoczyli ze sobą kilka bójek o przywództwo i Marcus wszystkie wygrał. Jego drobne pięści były zadziwiająco szybkie i dotkliwie twarde.

Dlatego poszli, tak jak im przykazał. Najpierw Zenka, wydając z siebie kpiące parsknięcie na widok Bola ostrożnie macającego stopą teren, zanim odważył się ją postawić. Zaraz za nimi wielki i zwalisty Rosół, z potarganą grzywą żółtych włosów. Następnie Dziunia, śliczny, czarnooki i smagły niczym cygańska dziewczyna, który nie wypuszczając grubego kija z rąk, skradał się z kocim wdziękiem na ugiętych nogach. Potem najmłodszy z nich, małomówny, dziki Sashka z gipsem na lewej ręce i przesiąkniętym krwią plastrem na brodzie zakrywającym świeży szew — prezentami od ojczyma, którymi ten obdarował go po powrocie z kilkumiesięcznej odsiadki. Kilka godzin później banda Marcusa pogruchotała mu za to palce obu rąk, oszczędzając tylko prawy kciuk, by mężczyzna miał czym złapać autostop i mógł na zawsze wynieść się z miasteczka, życia Sashki i jego umierającej na raka matki. Za nim szła Asper, tuż przed bratem, a pochód zamykał jak zwykle wysoki i dobrze zbudowany Siódmy, z tatuażem w kształcie otwartego oka na karku.

Asper wyrwała rękę z uścisku brata i pierwsza dobiegła do zarośli na końcu ścieżki.

— Fiu, fiu — usłyszała za sobą gwizd Zenki. — Toż to kawał porządnej ruiny.

— Całkiem nieźle się trzyma jak na ruinę — ocenił Siódmy.

— No i co, wiara?! — wykrzyknął tryumfalnie Bolo. — Mieliśmy rację, że strażnik lasu nie pilnuje tu tylko drzew i błota. Ci niby zaginieni na bagnach to pewnie regularna ściema, by nikt obcy mu się tu nie kręcił.

— Co to w ogóle jest? — zastanawiał się na głos Rosół.

— Raczej co to było? — poprawiła go Zenka. Zadzierała głowę, wpatrując się w seledynową blachę kopuły błyszczącą na szczycie budowli.

— Kościół, to jasne. — Siódmy rozchylił gęste pędy porastające siatkę i zaglądał przez nią. — Widać jakieś pozostałości kamiennego dziedzińca, zwalone kolumny, połupane popiersia czy coś, może figury świętych. Ja cię, jaki bajzel…

— Daj popatrzeć. — Zenka pchnęła go lekko w ramię, by zrobił jej miejsce.

— Szkoda, że taki kawał drogi od miasteczka, bo moglibyśmy urządzić tu sobie siedzibę — zauważył milczący do tej pory Dziunia. — Widzicie gdzieś furtkę, bramę, cokolwiek, przez co moglibyśmy wejść?

— Ale skąd tu kościół? — zdziwił się Rosół.

— Też wydaje mi się to dziwne — stwierdził Marcus, idąc wzdłuż ogrodzenia. — Chyba że kiedyś miasto rozciągało się aż do tego miejsca.

— Aż tutaj? — nie dowierzał Bolo.

— Kto wie — odpowiedział mu Siódmy, walcząc ze zdrewniałymi pędami zarośli, które stawiały zacięty opór jednoczesnym staraniom jego i Zenki, by oczyścić kawałek siatki z porastającego ją zielska. — Moja babka mówi, że bagnisko powiększa się z każdym rokiem, pochłania coraz to nowe tereny. Pamiętacie, gdzie kiedyś był Jabłonny Park? Teraz został z niego tylko skrawek ziemi, kilka drzewek i połamane ławki, a jeszcze onegdaj prowadzałem tam Kędziora, by pobujał się na gałęziach…

— Onegdaj — parsknęła piskliwym śmiechem Zenka. Puściła zarośla, które natychmiast się odgięły i chlasnęły Siódmego w twarz. — Gadasz jak wieśniak, wieśniaku. Do szkoły ci chodzić, a nie chuliganką się zajmować.

Policzki Siódmego napłynęły krwią. Na prawym wykwitła gruba czerwona pręga od uderzenia.

— Po co? — wyprostował się i nachylił w jej stronę. Oczy płonęły mu gniewnie w szerokiej piegowatej twarzy, gdy pocierał dłonią piekącą skórę. — Skoro mogę spędzać czas z taką wykształconą lalunią, która obraca w gębie jęzorem jak cepem, dopraszając się o porządne męskie lanie…

— Ty…. — szarpnęła się Zenka.

— A gdzie bosa? — rozległ się nagle głos Rosoła.

Asper przechodziła właśnie po leżących kilka metrów od wieży potrzaskanych drzwiach i zbliżała się do pustego poszarpanego otworu, w którym zapewne musiały się kiedyś znajdować, zanim ktoś lub coś nie wyrwało ich razem z futryną. Przytrzymując się prawą ręką muru, zajrzała do środka. Przez małe, wysoko osadzone witrażowe okienka wpadał do wnętrza barwny snop światła, wydobywając z chłodnego, martwego mroku spiralnie wznoszące się schody.

— Asper — ryknął Marcus. — Asper!

— Jest przy wieży, widzę jej głowę. — Siódmy przycisnął twarz do siatki.

— Jak tam wlazła, przecież nie ma tu przejścia? — Bolo patrzył w zdumieniu na mały kawałek ogrodzenia, który udało im się obedrzeć z oplatających go badyli. Dziunia chodził szybko wzdłuż muru i dźgał go kijem, jakby spodziewał się odkryć w ten sposób tajną furtkę lub wyrwę, przez którą dziewczynka przedostała się na drugą stronę.

Zenka szybko się przekonała, że nie uda jej się wspiąć na pokryte zaroślami ogrodzenie. Stopy ześlizgiwały się, gdy rozgniatane butami liście puszczały sok.

— Znikła — szepnął Siódmy. — Nie ma jej, musiała wleźć głębiej.

Nagle odskoczyli, gdy ogrodzenie gwałtownie zadrżało i rozległ się zgrzyt metalu. Tuż obok Marcus wściekle kopał siatkę, wpatrując się w nią z zaciętym wyrazem twarzy. Zaraz doskoczył do niego Sashka i teraz obaj napierali na nią, dysząc z wysiłku. Małą dziurę, którą udało im się w ten sposób zrobić, już po chwili wszyscy poszerzali gołymi rękami, rozginając pordzewiały twardy drut i nie zważając na to, że kaleczy im dłonie. Nie czuli bólu, tylko jedność i braterstwo w tych zaciekłych staraniach o pokonanie kolejnej przeszkody, która wyrosła na ich drodze.

Sashka przelazł pierwszy i pobiegł w kierunku wieży, ocierając spoconą twarz koszulką. Zaraz potem zjawił się tam Marcus i reszta. Nikogo jednak nie znaleźli. Z wysoka dolatywało tylko upiorne skrzypienie zawiasów okna lub drzwi, otwieranych i zamykanych nagłymi podmuchami wiatru. Popatrzyli w górę, a potem na siebie. Po ich twarzach wolno przesuwały się barwne świetliste romby.

W tym czasie Asper już wdrapała się na szczyt schodów i wylazła na dach przez rozchylony trzeszczący właz. Znalazła się na otwartej galeryjce, wzniesionej na baldachimie turkusowozielonej kopuły. Podeszła do samej krawędzi i stanęła w jednym z łukowatych prześwitów, chwytając się obiema rękami metalowych wsporników unoszących iglicę. Wysunęła się jeszcze dalej, aż poczuła, że zaokrąglony koniec blachy wrzyna się jej w śródstopie.

Podmuch wiatru targnął nią jak szmacianą kukiełką. Włosy rozwiały się na wszystkie strony, uniosły w górę i zatańczyły wokół twarzy, przysłaniając nieprzytomne, szeroko rozwarte oczy. Przebiegał po niej nerwowymi palcami, jakby coś sprawdzał, a Asper poddawała się mu bezwolnie, cierpliwie. W końcu wiatr się uspokoił. Powietrze dokoła niej zamarło. Wszystko ucichło, niby w oczekiwaniu na to, co ona teraz zrobi.

* * *

Asper podniosła się. Przywarła plecami do pnia drzewa, jakby bała się stracić oparcie w jedynej namacalnej rzeczy, która była w zasięgu jej wzroku. Mgła zgęstniała i sięgała jej czoła. Niczego więcej nie mogła sobie przypomnieć. Nic oprócz wyjącego w uszach wiatru, który zdawał się na nią wrzeszczeć, a potem cichej, przepełniającej ciało euforii, po której ogarnęła ją pustka.

Zacisnęła powieki, czując, jak mleczny opar osiada na rzęsach, sklejając je chłodną, martwą wilgocią.

Pamiętała jeszcze tylko to, że wewnętrzną skórę dłoni otarła do krwi, gdy sunęła nimi po murze, wspinając się po pogruchotanych schodach wieży i przyciskając do ściany całym ciałem. I to — myślała ostatnim wysiłkiem woli, czując, jak ogarnia ją mrowiące zimno — że Kędzior prowadził ją przez bagna i las do domu, trzymając za kark jak nieposłusznego, przerażonego psiaka.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki