Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
13 osób interesuje się tą książką
Dla nich to rozrywka za miliony dolarów, dla reszty – bezwzględna walka o przeżycie.
Kamczatka. Wymarłe miasto, z którego nikt nie wróci, by o nim opowiedzieć. Ci, którzy pociągają za sznurki świata, znów otwierają swoje krwawe igrzyska. Uzbrojeni po zęby najemnicy mają jedno zadanie: nie zostawić nikogo żywego. Kule są prawdziwe. Śmierć też. A widownia płaci za każdą z nich.
Aby show był jeszcze bardziej emocjonujący, na teren działań trafiają ci, o których nikt się nie upomni. Porwani z obozu uchodźcy oraz pomagający im wolontariusze zostają rzuceni w sam środek piekła. Bez broni, przeszkolenia i wiedzy, gdzie się znajdują, muszą zmierzyć się nie tylko z wyszkolonymi zabójcami, ale i z ocalałymi z poprzednich edycji, którzy stworzyli w ruinach własne, surowe reguły. Najtrudniejszą potyczkę stoczą jednak ze swoimi demonami.
Jak daleko posuną się ci, dla których cudze cierpienie stanowi jedynie atrakcję? I czy w rzeczywistości, w której zbrodnia stała się sportem, znajdzie się ktoś, kto zdoła przejąć kontrolę nad grą?
„Strefa Wojny” Krzysztofa Piersy to brutalny, bezkompromisowy thriller, który wciąga czytelnika w sam środek morderczej rozgrywki i nie pozwala nawet na chwilę odwrócić wzroku. To opowieść o świecie, w którym śmierć stała się widowiskiem, człowiek – pionkiem, a przetrwanie ma swoją cenę.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 380
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © 2026 KRZYSTOF PIERSA
All rights reserved / Wszelkie prawa zastrzeżone
Copyright © 2026 WYDAWNICTWO INITIUM
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redakcja: MARTYNA TONDERA-ŁEPKOWSKA
Korekta: KATARZYNA KUSOJĆ
Projekt okładki, projekt typograficzny, skład i łamanie: PATRYK LUBAS
Współpraca organizacyjna: ANITA BRYLEWSKA
Fotografie wykorzystana na okładce: SHUTTERSTOCK, ARCANGEL
Lektor audiobooka: TOMASZ URBAŃSKI
WYDANIE I
ISBN 978-83-68607-36-9
Wydawnictwo INITIUM
www.initium.pl
e-mail: [email protected]
facebook.com/wydawnictwo.initium
Scenariusz: Utrzymać pozycję
Godzina meczu: 63
Czas lokalny: 18:32
Populacja stadionu: 6000
Aktywne drużyny: 3
Nadia przeładowała broń i splunęła wciąż dymiącym kiepem na podłogę. Papierosy były jedynym, co trzymało jej żołądek w ryzach. Trzeciego dnia starcia jedzenie było już towarem luksusowym, tak jak czyste bandaże i sen. Żołnierze, wyczerpani ciągłą wartą, pozwalali sobie na dwie godziny rwanej drzemki, zanim ponownie zmieniali posterunek. Westchnęła ciężko. Trzeci dzień zawsze był najgorszy.
Każdy odczuwał to samo. Jednakowo zmęczony, ranny i wkurwiony, że po raz kolejny dał się wciągnąć w tę piekielną inscenizację. Zaryzykowała zerknięcie przez dziurę zionącą w betonowej ścianie czternastopiętrowego bloku mieszkalnego. Miała stąd doskonały widok.
„Przeszliście samych siebie”, pomyślała.
Tym razem celem gry na kamczackim stadionie było zdobycie i utrzymanie wyznaczonego przez organizatorów miejsca, na które symbolicznie wybrano miejski ratusz, a przynajmniej to, co z niego zostało. Pomimo zniszczonych ścian, powybijanych okien i ogromnej dziury w kopule sklepienia nadal można było dostrzec białą farbę, jakby resztka godności, którą reprezentowało to miejsce, wciąż opierała się najeźdźcom.
W teorii zadanie wydawało się bardzo filmowe, niemalże bohaterskie. W praktyce jednak niemożliwe do zrealizowania, a co za tym idzie, uciążliwe i mało efektowne. Ratusz pozostawał samotną wyspą betonu na otwartym placu. Do obrońców z każdej strony walili kolejni atakujący pochowani w kamienicach. Nikt tak po prostu nie ryzykował szturmu przez deptak, więc pierwsze dwa dni drużyny zwalczały się nawzajem, okopani na swoich pozycjach, a ratusz stanowił dewastowaną ziemię niczyją. W ostatnim dniu jednak nastąpiło poruszenie. Japońska flaga powiewająca z okna rzucała wyzwanie wszystkim wciąż uczestniczącym w zmaganiach.
Drużyna Hirishimy długo wstrzymywała się ze szturmem, łuskając niemieckich lokatorów, lecz gdy w końcu postanowili zaatakować, wycięli ich w pień w przeciągu kilku minut.
Problem w tym, że teraz to właśnie Japończycy znaleźli się w samym centrum bombardowań i ostrzału, a musieli utrzymać się tak jeszcze przynajmniej dziewięć godzin.
Nadia wątpiła, by im się to udało, zwłaszcza że chińska jednostka już przygotowywała się do szturmu.
„Kretyni. Trzeba było czekać do ostatniej godziny w kamienicach dookoła albo zwyczajnie zrezygnować. Nie mają ludzi ani sprzętu, by przeprowadzić taki atak”, oceniała.
Głośno przełknęła ślinę, dziękując Mesnovovi, że tym razem postanowił skupić się głównie na obserwacji i eliminowaniu zbłąkanych maruderów. Na brukowanym placu przed ratuszem zaczynała się właśnie kolejna krwawa batalia, prawdopodobnie ostatnia w tej rozgrywce. Chińska Armia Ludowa atakowała z prawej flanki, ostrzeliwując azjatyckich pobratymców. Podchodzili coraz bliżej, metodycznie przeskakując od osłony do osłony. Ciskali dobrze wymierzonymi granatami i świecami dymnymi, osłaniając każdego zbliżającego się kompana ogniem zaporowym. W porównaniu z walczącymi najemnikami, prywatnymi ochroniarzami i zwykłymi zbirami z bronią palną to właśnie oni najbardziej przypominali regularną formację wojskową.
Sfatygowany ratusz nie był najlepszym miejscem obrony, ale drużyna Hirishimy nie pozostawała dłużna. Ciskali ostatnimi granatami w każdego, kto zbliżył się do wejściowych schodów. Przeciwnicy padali na ziemię rozerwani ogniem karabinów maszynowych, wijąc się w konwulsjach. Walczący próbowali odciągać rannych, zapewniając sanitariuszowi minimum przestrzeni, co Nadia uznawała za chwalebne, choć naiwne. Sama nie miała wpojonej tak głębokiej wierności drużynie.
Cieszyłaby się nawet z pocisku litości, który oszczędziłby jej konania na bruku przez kolejne długie godziny.
Sam plac przy ratuszu wypełniały trupy. Martwi żołnierze w japońskich, niemieckich i rosyjskich oznaczeniach, walczący i ginący o wyimaginowany skarb wyimaginowanego frontu. Byli również cywile. Dziesiątki, jeśli nie setki. Mężczyźni, kobiety i dzieci, którzy mieli nieszczęście znaleźć się w nieodpowiednim miejscu i czasie, siłą zmuszeni do udziału w tym chorym przedstawieniu w roli statystów bez scenariusza. A ich występ kończył zbłąkany pocisk przeznaczony dla kogoś zupełnie innego.
Wielu ginęło również w samobójczych natarciach, pragnąc chwały lub choćby śmierci na własnych warunkach, na złość organizatorom gry. Oligarchowie uwielbiali jednak takich narwańców. Ba! Nazywali ich nawet freelancerami i nie szczędzili dodatkowego ekwipunku, „przypadkowo” zrzucanego jak najbliżej takich grup. Ich zdaniem nic tak nie dodawało „fabuły” starciom jak nieprzewidywalni, przerażeni i uzbrojeni cywile. W większości jednak stanowili nieszczęśliwe mięso armatnie. Krew, wnętrzności i ekskrementy zalewały popękane płyty chodnikowe oraz asfalt, leniwie wpływając do i tak już zapchanych studzienek kanalizacyjnych lub zwyczajnie wsiąkając w ziemię. Słodki smród trzydziestogodzinnych truposzy roznosił się po okolicy i tylko ciężki zapach kolejnego Marlboro chronił Nadię przed tym odorem.
„Ekipa rekonstrukcyjna będzie miała co robić”, westchnęła.
Szturmującym Chińczykom z kolei fetor zdawał się w ogóle nie przeszkadzać – metodycznie zdobywali kolejne metry, przeskakując od samochodu do samochodu.
Obrońcy pilnowali każdego przejścia, łuskając wroga w bezpardonowym starciu. Problem stanowiły jednak zabarykadowane drzwi wejściowe. Nowi gospodarze, z braku jakichkolwiek ocalałych mebli, postanowili zabezpieczyć front podciągniętym na linach małym Polonezem. Zardzewiały gruchot stanowił poważniejszą przeszkodę niż jakakolwiek szafa lub kredens.
„Cóż, Kraj Kwitnącej Wiśni zawsze był pomysłowy”, pomyślała złośliwie.
Chińczycy szybko zdali sobie sprawę, że usunięcie samochodu zajmie zbyt dużo czasu. Zdecydowali więc obrzucić ostatnimi granatami jedno z parterowych okien, praktycznie wysadzając w powietrzę całą ścianę i ryzykując przy tym zawalenie budynku. Zadziałało. W ratuszu ziała obecnie wielka wyrwa niczym odsłonięta rana. Długie karabiny zawisły na paskach, zastąpione pistoletami i nożami bojowymi. Czas przejść do starcia w zamkniętej przestrzeni. Bez chwili wahania wbiegli do środka.
Nadia mogła jedynie wyobrażać sobie przebieg dalszego starcia. Początkowo musieli działać metodycznie niczym filmowe oddziały specjalne wbiegające do siedziby kartelu narkotykowego. Blask pojedynczych wystrzałów i siwy dym ulatniający się przez okiennice zwiastował, że obrońcy nie zamierzali poddać się bez walki. Być może zdążyli przygotować kilka pułapek? Ona z pewnością by tak zrobiła. Zmęczeni i stłoczeni w ciasnych przejściach zawodnicy rzucali się sobie do gardeł. Ich wrzask przebijał się nawet przez wybuchy ostatnich granatów. Wkrótce jednak musiało być po wszystkim i albo biała flaga z czerwonym słońcem spadnie na chodnik, albo pozostanie nienaruszona.
Na moment oderwała wzrok od starcia, przyglądając się dalszej okolicy. Dopiero wtedy spostrzegła, że nie tylko członkowie jej oddziału pozostają biernymi obserwatorami. Natychmiast odsunęła lornetkę od twarzy i cofnęła się o krok. Jasna cholera. Jeszcze ich tu brakowało. Czas odpoczynku właśnie dobiegł końca. Przeskakując pomiędzy wyjedzonymi konserwami, pobiegła prosto do Mesnova na drugim końcu zrujnowanego mieszkania. Podstarzały rosyjski oligarcha w czarnej kamizelce kuloodpornej i zielonej czapce z daszkiem siedział na krzesełku wędkarskim, pijąc gorącą herbatę z obtłuczonego, cynowego kubka. Wpatrywał się w ratusz przez wyrwę w ścianie, w której kiedyś musiało być okno.
– Jakby byli tu snajperzy, szef już by nie żył, siedząc tak na patelni – rzuciła.
– A może liczę na to? – burknął, nie odrywając spojrzenia od krajobrazu zrujnowanego miasteczka. – Co chciałaś?
– Z ekwipunku nici. Na południu czają się już Kanibale – zameldowała. – Pewnie chcą zebrać wszystko, co jeszcze ciepłe.
– Pierdolone sępy – zaklął. – Daleko są? Może coś jednak uszczkniemy?
– Wątpię. Są ze dwadzieścia minut od ratusza, i to pod warunkiem, że ci, których wypatrzyłam, są zwiadem, a nie regularnymi siłami.
– Blyat… – skwitował, popijając łyk gorzkiego naparu. – Jak chcemy coś zdobyć, to ruszajmy teraz, póki jeszcze trwa starcie, bo później…
Donośna eksplozja ładunków wybuchowych przerwała jego wypowiedź. Trzask pękających zbrojeń i kruszonego betonu rezonował w uszach. Mesnov poderwał się, przewracając krzesełko, i wychylił się przez dziurę w ścianie. Tam, gdzie jeszcze chwilę temu stał ratusz, teraz nie było już nic. Chmura gęstego, szarego dymu przykryła okolicę. Wrzask walczących ucichł pod tysiącami ton żelazobetonu. Echo walącego się budynku niosło się po całym miasteczku niczym ryk konającego zwierza w samym sercu kniei. Gra właśnie dobiegła końca z krwawym remisem.
– I tyle z szabrowania… Hirishima nigdy nie potrafił przegrywać – warknął, zasłaniając się przed wznoszącym coraz wyżej obłokiem kurzu. – Spieprzamy. Teraz i tak już gówno zdobędziemy.
Nadia przytaknęła. Ostatni raz zerknęła na zrujnowaną okolicę. Koniec gry zawsze oznaczał zupełnie nową wojnę. Wojnę o zdobycze dla tych, którzy Strefę Wojny nazywali domem lub więzieniem. Resztki amunicji, medykamenty, racje żywnościowe, mundury – wszystko miało swoją wartość.
– Jak szybko będą gotowi do następnej gry? – spytała, poprawiając karabin. – Będą musieli sprowadzić budowlańców, dostarczyć pożywienie, a przede wszystkim ściągnąć tu kolejne kilka tysięcy statystów… Jak długo to potrwa? Pół roku?
Mesnov uśmiechnął się z politowaniem.
– Przy ich możliwościach będą gotowi za maksymalnie trzy tygodnie.
