Stalker - Sonia Rosa - ebook + audiobook + książka

Stalker ebook i audiobook

Rosa Sonia

4,1
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

14 osób interesuje się tą książką

Opis

ONA MYŚLAŁA, ŻE TO POCZĄTEK PIĘKNEGO ROMANSU.
ON POSTANOWIŁ JĄ… ZABIĆ.

W zasypanej śniegiem Szklarskiej Porębie odbywa się spotkanie z Patrycją Prus, bestsellerową autorką kryminałów. W wypełnionej czytelnikami sali pisarka dostrzega przystojnego mężczyznę, który nie spuszcza z niej wzroku. Ciemny blondyn z drugiego rzędu przedstawia się jako Borys i nawiązuje z nią krótki dialog. Nieznajomy jest w jej typie i mocno ją intryguje, niestety opuszcza spotkanie przed jego zakończeniem i… znika.

Młoda kobieta nie potrafi przestać o nim myśleć, obsesyjnie stara się odkryć, kim jest, ale Borys przepadł, jakby zapadł się pod ziemię. Wraca jakiś czas później, pojawiając się na wieczorze autorskim w jednej z krakowskich księgarń, a po spotkaniu odwozi mocno przeziębioną Patrycję do domu.

Ostatnie tygodnie nie są dla niej dobre. Ktoś usiłuje ją nastraszyć, pisarka dostaje również enigmatyczne telefony, a dzwoniący mężczyzna podaje się za jej zmarłego narzeczonego.

Kiedy Borys zaprasza ją na spacer, zgadza się z radością. Zdążyła się już mocno zauroczyć tym przystojnym, tajemniczym mężczyzną, który określa się mianem jej fana, a wiosenna wyprawa na Kopiec Kościuszki wydaje się idealnym początkiem nowego rozdziału i próbą odcięcia się od tragicznej przeszłości.

Patrycja nie ma jednak pojęcia, że przyjęcie zaproszenia na romantyczną kolację w jego domu okaże się największym błędem jej życia, a spotkanie z fanem przerodzi się w śmiertelnie niebezpieczną grę – zdana tylko na siebie, przerażona i porzucona na pewną śmierć, młoda pisarka stoczy walkę o własne życie.

Ale to jeszcze nie koniec koszmaru…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 267

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 15 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Agnieszka Baranowska

Oceny
4,1 (96 ocen)
44
27
17
8
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
kachaz_86

Nie oderwiesz się od lektury

fajnie spędzony czas. Na pewno przeczytam coś jeszcze tego autora
10
coolturka

Dobrze spędzony czas

"Stalker" Stefana Weisbrodta to wczorajsza premiera od Wydawnictwa Filia. Dawid ma trzydzieści dwa lata, za sobą rozwód i sześcioletnią córeczkę, która cierpi na nieuleczalną chorobę. Młody, przystojny mężczyzna podoba się wielu kobietom, ale on chce tylko jednej. Jest nią doktor Teresa Wysocka, postać grana przez Maję Kanię w niezwykle popularnym serialu paramedycznym. Śledzimy fiksację Dawida i ogarnia nas coraz większy niepokój, aż dziw, że tak chory człowiek chodzi swobodnie po ulicach. Bywa agresywny i bardzo niebezpieczny, jednak potrafi jeszcze kamuflować się na tyle, że prawie nikt nie dostrzega jego obłędu, czasem tylko wyziera on z jego oczu. Obok niepokoju towarzyszy nam też stale narastające napięcie, i ze zgrozą oczekujemy na rozwój wydarzeń. Maja również jest wielowymiarową postacią, a najbardziej chciałaby poznać w końcu faceta, który pokocha ją za to, jaka jest, a nie jak wygląda. Niestety nie brak wokół niej wyrachowanych typów, dla których bywa trofeum/skarbonk...
10
Malgosiazol60

Dobrze spędzony czas

Niezla.
00
83Inka

Dobrze spędzony czas

warto:)
00
Weroniczka7

Nie oderwiesz się od lektury

super książka bardzo Dobrze ja się czyta . szkoda że taka krótka
00



Copyright © by Sonia Rosa, 2026

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Kamila Recław

Korekta: Dorota Filip

Skład i łamanie: Andrzej Owsiany

PR & marketing: Anna Apanas

ISBN: 978-83-8441-112-4

Grupa Wydawnicza Filia Sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Obłęd, choćby przykryty zręczną elokwencją, pozostaje obłędem.

David MitchellTysiąc jesieni Jacoba de Zoeta

Obudziła się nagle, w środku nocy. Brutalnie wyrwana z głębokiego, podlanego czerwonym winem snu, spazmatycznie złapała oddech i usiadła na kanapie, zrzucając na podłogę wełniany pled, którym się okryła. Było jej zimno i gorąco jednocześnie, chciało jej się pić.

Przez chwilę wokół niej panowała niczym niezmącona cisza, jednak dosłownie sekundę później usłyszała czyjeś ciężkie kroki na werandzie.

Ktoś był przy frontowych drzwiach.

Mężczyzna.

Zarys jego sylwetki dostrzegła za cienką, ciemnoszarą okienną zasłoną – intruz kręcił się przy domu z zamiarem wtargnięcia do środka.

Przyłożyła dłoń do ust ze strachu, że z jej spierzchniętych warg wyrwie się okrzyk przerażenia. Panika narastała z sekundy na sekundę, otulała ją niczym gryzący gęsty dym. Nie wiedziała, która jest godzina. Druga nad ranem? Piąta? Jesienno-zimowe noce były tak przeraźliwie ciemne i jakby nie miały końca…

Skrzypnęła drewniana deska. Nawet zza zamkniętych frontowych drzwi wyraźnie słyszała ten upiorny, kojarzący się z horrorem odgłos.

Intuicja jej więc nie myliła – przyszedł po nią, zrobił kolejny krok. Zapragnął czegoś więcej i właśnie zamierzał po to sięgnąć. Zgwałci ją? Zamorduje w jakimś amoku? A może wręcz przeciwnie – przybył wyznać jej miłość – przekonany, że ona również coś do niego czuje, kompletnie oszalały z uwielbienia, jakim ją darzył.

Zakręciło jej się w głowie, bała się, że zemdleje. Zagryzła wargę i siedząc w ciszy zastanawiała, co robić. Tego wieczoru zdecydowanie zbyt dużo wypiła, nadal czuła się otępiała po tej butelce wina, które w siebie wlała. Przełknęła ślinę i zerknęła w stronę okna.

Intruz przeszedł na drugą stronę werandy, teraz słyszała już tylko skrzypienie drewnianych desek pod podeszwami jego ciężkich zimowych butów. Ale przecież wiedziała, że nie odejdzie. Posunął się do nocnych odwiedzin, więc musiał mieć sprecyzowane zamiary. Nie wycofa się, skoro dotarł aż tu, zrozumiała.

Najchętniej zapaliłaby światło, ale podejrzewała, że to fatalny ruch. Niech on myśli, że nadal głęboko śpi, być może to zapewni jej chociaż cień przewagi.

Zarys męskiej sylwetki ponownie pojawił się za oknem, a w świetle zbliżającego się do pełni księżyca ponury cień wyglądał naprawdę upiornie.

Przypomniała sobie wszystkie przeczytane horrory i przeszedł ją dreszcz. Ale to przecież człowiek, pomyślała, nie może popadać w paranoję. Nie wampir, jakiś upiór ani demon rodem ze słowiańskiej mitologii. Na jej werandzie stał człowiek z krwi i kości. Nie, żeby to było pocieszające. Ludzie to bestie podobne do tych opisywanych na kartach mrocznych baśni. Człowiek wcale nie brzmiało lepiej niż strzygoń czy wilkołak. Ba, wolałaby chyba tej nocy zmierzyć się z wampirem niż z mężczyzną, który po nią przyszedł. Bo przecież już wiedziała, jak bardzo jest szalony. A z objęć takiego mrocznego szaleństwa niełatwo się wyswobodzić…

Kiedy nocny gość ponownie przeszedł na drugą stronę werandy, wstała. A później bosa, stąpając na czubkach palców, ruszyła w stronę kuchni.

Nóż leżał na desce, gdzie zostawiła go wieczorem, nadal oblepiony obeschniętymi kawałkami kurczaka, ale jakie to miało znaczenie?

Szła blisko ściany, starając się poruszać bezszelestnie.

Nie pozwoli mu się skrzywdzić, będzie walczyć! Kiedyś była naiwna, ale teraz potrafi się bronić. Nie jest już tamtą lekkomyślną, zbyt ufną kobietą.

Kroki na werandzie ucichły.

Wzięła głęboki wdech i ruszyła w stronę stołu, na którym leżała drewniana deska. Jej oczy przyzwyczaiły się już do otaczającej ją ciemności, w blasku zbliżającego się do pełni księżyca dostrzegła ostrze dużego ząbkowanego noża.

Intruz szarpnął za klamkę.

Wydała z siebie stłumiony okrzyk, śmiertelnie przerażona.

Liczył na to, że nie zamknęła drzwi? Czasem jej się to zdarzało, zwłaszcza kiedy była pijana, ale nie tej nocy.

Usłyszała, jak woła ją po imieniu, i kurczowo zacisnęła palce na twardej rękojeści noża.

Boże, nie pozwól mi umrzeć, nie w taki sposób – zmówiła w duchu modlitwę i ruszyła w stronę pogrążonego w ciemnościach, zabałaganionego salonu.

Nadal lekko kręciło jej się w głowie po wypitym do lustra winie, ale dzięki zalewającej ją adrenalinie odzyskała jasność myślenia.

Nie da mu się zabić! Nie tak, nie jemu!

Pomyślała o sąsiadach. Najbliższy dom znajdował się ponad osiemset metrów dalej, za jeziorem. Nikt nie usłyszy jej krzyku, do nikogo nie dotrze jej wołanie o pomoc. Zrozumiała, że jest zdana tylko na siebie. To była przerażająca, ale też w pewien sposób kojąca myśl. Poradzi sobie, albo tu zginie – nie było nic pomiędzy, a ona przecież zawsze lubiła klarowne sytuacje.

Uciekła na Mazury, żeby ukryć się przed ludźmi, ale nawet tu dopadło ją przeznaczenie. A może nie ma czegoś takiego jak z góry wyznaczony los? Może po prostu miała pecha?

Przywarła plecami do ściany i nasłuchiwała.

Nocny gość ponownie zawołał ją po imieniu, a pod jego stopami zajęczały drewniane deski.

Chwilę później zrobiło się cicho, ale wiedziała, że to tylko… cisza przed ostatecznym starciem z nieuniknionym.

1

Pisarka. Czasem, kiedy patrzyła w lustro, chciało jej się śmiać. Takie patetyczne słowo… Tyle w nim prestiżu i groteski jednocześnie. Bo kim jest pisarz? Zwykłym kłamcą. Napuszonym, pompatycznym egocentrykiem żyjącym z opowiadania mniej lub bardziej krwawych historyjek. Arogantem przekonanym o własnym geniuszu, pozerem i narcyzem napawającym się uwielbieniem fanów – Patrycja leciutko się uśmiechnęła i sięgnęła po ulubioną ciemnoczerwoną szminkę.

Fani. Owszem, miała ich, jak każdy poczytny autor czy autorka. Czy były ich setki, tysiące, a może dziesiątki tysięcy? Jej cykl kryminalny z podkomisarz Werą Irzykowską wciąż nie spadał z topki bestsellerów Empiku, a ona sama bywała zapraszana na tak wiele spotkań, targów i wieczorów autorskich, że czasem z trudem przypominała sobie, w jakim akurat znajduje się miejscu. Sukces, który osiągnęła, cieszył, choć bywały takie dni, kiedy przyprawiał ją o zawrót głowy. Wiedziała już, że nie ma odwrotu od popularności i życia, które stało się jej udziałem. Ludzie regularnie oglądali ją w telewizji i coraz częściej rozpoznawali na krakowskich ulicach, prosili o autograf w kawiarniach, zaczepiali w ulubionej księgarni. Jej twarz stała się własnością publiczną – wypatrywana przez czujne oczy w tłumie zwykłych przechodniów nie była już wyłącznie sobą. Była pisarką. Autorką bestsellerów. Kobietą, którą można było zaczepić na zatłoczonym pchlim targu, poprosić o imienną dedykację w zatłoczonym tramwaju, wyznać jej miłość bądź… niechęć. Tak, bywały i takie sytuacje, kiedy ludzie podchodzili do niej, żeby powiedzieć, że jej książki są czystą grafomanią, na którą niepotrzebnie wyrzucili ciężko zarobione pieniądze. Nigdy nie zapomni spotkania na krakowskim Podgórzu. Szła Kalwaryjską, kiedy podeszła do niej siwiejąca kobieta w nieco za dużym szarym płaszczu. „Pisze pani bzdury, których nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien nazywać literaturą!” – krzyknęła nieznajoma, po tym jak zaszła Patrycji drogę. Zaskoczona pisarka zastanawiała się, jak odpowiedzieć na tak zajadły atak, ale starsza pani dosłownie zepchnęła ją z drogi i zaskakująco żwawym krokiem ruszyła w stronę przystanku. Ludzie potrafili wynieść na szczyty, ale równie szybko zrzucić swoich ulubieńców z piedestału, a Patrycja, mimo spektakularnego sukcesu swoich tytułów, starała się nigdy o tym nie zapominać.

Tego lutowego wieczoru, na kilka dni przed Walentynkami, gościła ją zasypana śniegiem Szklarska Poręba, miasto, w którym rozgrywała się akcja ósmego tomu przygód podkomisarz Wery Irzykowskiej.

Ósmy tom… Kiedy to wszystko napisała i co ważniejsze, jakim cudem nadal udawało jej się pracować po tym wszystkim, przez co przeszła? – pomyślała.

Nie chciała jednak wracać do traumatycznych wspomnień, nie dziś! Tego wieczoru musiała po prostu świetnie wyglądać i błysnąć elokwencją. Tego zapewne oczekiwali od niej gromadzący się już powoli w sali konferencyjnej czytelnicy i tego wymagał jej wydawca.

Platinum Mountain Hotel & SPA, w którym zorganizowano wieczór promujący zbliżającą się premierę tomu ósmego, ugościł ją ciepło i podarował jej chwilę tak bardzo potrzebnego relaksu, wyczerpana długimi tygodniami ciężkiej pracy nad książką. Miejsce wybrał jej wydawca, zaskoczył ją, prawdę mówiąc. Spodziewała się raczej kameralnego spotkania w tutejszej bibliotece, a jednak zaproponowano jej coś znacznie bardziej spektakularnego. Godzinę wcześniej widziała salę o wdzięcznej nazwie Ametyst i zastanawiała się, czy jej czytelnikom uda się ją zapełnić. Liczyła na tłumy. Wiedziała, że w hotelu są ludzie z jej wydawnictwa i kilku zaproszonych lokalnych blogerów, ale jakiej frekwencji mogła się spodziewać tego mroźnego wieczoru? Biorąc pod uwagę koszty najmu sali i jej kilkudniowego pobytu w hotelu, które opłacało wydawnictwo, byłby wstyd, gdyby przyszła ledwie garstka osób, przeleciało jej przez myśl. Szybko jednak przestała się tym przejmować. Przyjdą. Zawsze przychodzili. Jej książki sprzedawały się jak ciepłe bułeczki z cynamonem. Tylko w zeszłym roku zarobiła na nich prawie milion złotych. Ludzie czytali jej powieści i marzyli o tym, by poznać ją samą. O świecącej pustkami sali nie mogło być mowy.

Patrycja uśmiechnęła się do lustra i wsunęła palce w długie ciemne włosy. Od lat farbowała je na kruczą czerń, uwielbiała ten odcień. Potrząsnęła głową, przyglądając się opadającej na jej ramiona i piersi lśniącej kaskadzie. Nie była klasyczną pięknością. Miała zbyt wydatny nos, groteskowo duże usta i zbyt blisko osadzone piwne oczy, ale gęste, zadbane włosy były jej atutem i talizmanem. Starannie wytuszowała rzęsy, krytycznym okiem oceniła zrobiony na szybko makijaż i sięgnęła po okulary w ciemnozielonych oprawkach. W wąskiej czarnej sukience czuła się kobieco i profesjonalnie jednocześnie. Czerń pasowała do niej zarówno zawodowo, jak i prywatnie.

Zarzuciła na ramiona krótkie sztuczne futerko, wyszła na balkon i oparta o drewnianą balustradę przez dłuższą chwilę wpatrywała się ciemną ścianę pobliskiego lasu.

Pisanie pozwoliło jej przetrwać najtrudniejsze chwile. To dzięki pracy nad pierwszym tomem cyklu z Werą, który rozpoczęła kilka tygodni po pogrzebie tragicznie zmarłego narzeczonego, nadal utrzymywała się na powierzchni, chociaż przecież powinna utonąć. Dawid. Był przy niej nadal, w każdej chwili jej życia. Nawet teraz, drżąc z chłodu, otulona wirującymi płatkami śniegu, dosłownie czuła na karku jego ciepły oddech. Ale przecież zmarli nie oddychają… Poczuła napływające do oczu łzy i uszczypnęła się w rękę. Nie będzie płakać. Nie teraz, powiedziała sobie.

Chwilę później wróciła do pokoju, zamknęła balkonowe drzwi i cisnęła futerko na łóżko. Do osiemnastej brakowało już tylko siedmiu minut i zdecydowała, że powoli może się zbierać. Nigdy się nie spóźniała, uważała to za brak szacunku. Wolała zjawiać się wcześniej, żeby móc przyjrzeć się gościom i nacieszyć atmosferą radosnego wyczekiwania. Lubiła uśmiechy na zupełnie obcych twarzach, które pojawiały się, kiedy wchodziła do pomieszczenia. Chętnie też pozowała do zdjęć, uwielbiała być w centrum uwagi, nie miała z tym najmniejszego problemu, przynajmniej podczas oficjalnych spotkań. Nagabywana na ulicy nie była już tak zachwycona tym, że ktoś chce sobie z nią zrobić spontanicznego selfiaka, ale wiedziała, że to cena jej sukcesu i po prostu się uśmiechała, bez względu na to, czy akurat wracała od dentysty z odrętwiałą od podanego znieczulenia żuchwą, z pogrzebu zaprzyjaźnionej sąsiadki czy z pobliskich delikatesów.

Wzięła głęboki oddech i musnęła zawieszony na łańcuszku pierścionek zaręczynowy. Tego wieczoru intensywniej niż zazwyczaj czuła obecność Dawida.

– Tęsknię za tobą, kochanie – szepnęła.

Chwilę później wyszła z hotelowego pokoju.

Idąc utrzymanym w beżowych odcieniach korytarzem, uśmiechnęła się do młodego mężczyzny ciągnącego dużą czarną walizkę.

Ludzie. Mijamy ich codziennie i zupełnie nie znamy ich historii. Czy młody brunet w szarym swetrze i spranych dżinsach jest szczęśliwy? A może skrywa jakiś mroczny, ponury sekret, albo – zupełnie jak ona – przeżył koszmar, z którego nadal ciężko mu się otrząsnąć? Uśmiech bywa zbroją. Nosimy go na twarzach, nawet jeśli nasze dusze spowija nieprzenikniony mrok, pomyślała.

Wcisnęła guzik windy.

Dwa kolejne dni miała spędzić w Szklarskiej Porębie, a później wrócić do rodzinnego Krakowa. Zamierzała rozpocząć pracę nad kolejnym tytułem, nie chciała tkwić w bezczynności, która zawsze źle się dla niej kończyła. Kiedy nie była zajęta pisaniem, powracały ponure wspomnienia, a smutek otulał ją niczym sunąca od strony wody wilgotna, gęsta mgła. Tej nocy znowu śnił jej się Dawid. Leciał w powietrzu, rozpaczliwie wymachując ramionami, a ona obudziła się z krzykiem. Co czuje człowiek, który spada w przepaść? Czy zdążył się przestraszyć? Przeleciało mu przed oczyma całe życie? Myślał o niej? Jak długo trwa upadek z kilkuset metrów? Czy zderzenie ze skałami u podnóża góry boli? To w górach się poznali i tam jeździli, żeby uciec od całego świata. Patrycja pracowała wtedy w Urzędzie Miasta Krakowa i nie miała pojęcia, że kiedyś zostanie popularną pisarką. Nie lubiła swojej pracy, stresowała ją i nużyła jednocześnie. Czuła się uwięziona za biurkiem, a ich wspólne wypady w Tatry dodawały jej energii. To w Dolinie Raczkowej, w drodze na Bystrą, Dawid poprosił ją o rękę, a ona powiedziała „tak”. I to właśnie tam wybrał się tamtego feralnego dnia, tym razem dwa lata później, sam. Początkowo planowali, że pojadą razem, jak zawsze, ale obudziła się z bolącym gardłem i cieknącym nosem. „Zostań, obejrzymy coś na Netfliksie, zamówimy pizzę i napijemy się wina” – poprosiła. Nie chciała, żeby sam szedł w tę wielogodzinną, wymagającą trasę. Ale on koniecznie pragnął jechać, jakby coś go w te góry ciągnęło… Pocałował ją w czubek nosa, zrobił jej herbatę z cytryną i wyszedł. Zasnęła niemal od razu po jego wyjściu, czuła, że łapie ją gorączka. Niepokój przyszedł wczesnym popołudniem, dławił ją w gardle, uciskał. Czuła, że stało się coś złego, i nie potrafiła się od tego uczucia uwolnić.

Ciało Dawida, dzięki użyciu dronów, znaleziono w żlebie, kilkaset metrów poniżej szczytu, na który planował wejść. Zanim to jednak nastąpiło, przeżyła dwie doby strachu, rozpaczy i niepewności. Podświadomie czuła, że jej ukochany zginął. A jednak jakaś część niej nie potrafiła zrezygnować z nadziei. Uczepiła się jej kurczowo, nie umiała wypuścić jej z rąk. „On się znajdzie!” – powtarzała jego matce, ojcu i bratu. I znalazł się. Martwy.

Wbiła paznokcie w dłoń i syknęła z bólu. Gdyby wtedy jej posłuchał, byliby już po ślubie. Miał tyle planów i marzeń, był taki pełen życia, a wystarczył jeden niewłaściwy krok i wszystko przepadło w zaledwie sekundzie…

Kiedy dotarła do sali konferencyjnej, na miejscu zdążył się już zebrać tłum – na jej oko ponad sto pięćdziesiąt osób. Nieźle jak na zasypaną śniegiem Szklarską Porębę.

Rozluźniła mięśnie twarzy i szeroko się uśmiechnęła. Nigdy, w żadnym z wywiadów, Patrycja nie zdradziła, w jak tragicznych okolicznościach straciła narzeczonego. Nie była jeszcze wtedy pisarką, nikogo nie obchodziło jej prywatne życie, a ona nie chciała rzucać strasznego losu Dawida na pastwę ocen i komentarzy obcych ludzi. Zdawała sobie sprawę, że promocyjnie to byłoby czyste złoto – poczytna pisarka serii kryminalnej i jej utracona miłość. Jednak nawet wizja jeszcze lepszej sprzedaży nie przekonywała jej do zmiany zdania. Dawid i to, co go spotkało, to nie była sprawa publiczna. Nie chciała czytać o nim komentarzy w sieci, zachowała ten sekret dla siebie. Czasem otwarcie pytano ją, czy kogoś ma. „Lubię być sama” – odpowiadała, by uciąć dyskusję. Smutną prawdę znała jedynie garstka jej dawnych znajomych i rodziny – jej i Dawida. Czytelnikom nie zamierzała jej zdradzać. Czasem bała się, że ktoś z jej przeszłości kiedyś się wygada. Powie dwa słowa za dużo, chlapnie coś po piwie czy dwóch, wieść się rozniesie, a ona będzie musiała odpowiadać na niewygodne pytania. Jednak, jak dotąd, nic takiego się nie wydarzyło.

Bywało, że wrzucała w Google zdanie: „Tragiczna śmierć narzeczonego polskiej pisarki”, ale nic nie wyskakiwało. Świat jeszcze nie wiedział…

Uśmiechnęła się do siedzących najbliżej wejścia kobiet w średnim wieku i wyłowiła z tłumu znajomą twarz. Pomachała swojej redaktorce, przybyłej aż z Warszawy, i podeszła do stołu, przy którym siedział już prowadzący spotkanie młody dolnośląski bloger Igor Zieliński. Zastanawiała się, czy nie będzie mu gorąco w grubym swetrze z golfem. Przy okazji wyczuła od niego piwo, co nawet ją rozbawiło – rzadko ktoś miał jaja, żeby prowadzić spotkanie z nią po alkoholu, nawet jeśli był to jedynie niewielki kufel jasnego pszenicznego.

– Przed państwem Patrycja Prus, autorka bestsellerowej serii kryminalnej z podkomisarz Werą Irzykowską. – Zieliński przedstawił ją publiczności, a ta zaczęła klaskać.

Tak naprawdę nazywała się Patrycja Prusakowska, ale jej wydawca uznał, że Prus brzmi bardziej „chwytliwie” i jest łatwiejsze do zapamiętania. Nie oponowała. Kolejne kłamstwo wokół jej życia nie robiło jej już wielkiej różnicy… Zresztą, czy w przypadku zatajenia przed czytelnikami historii jej związku z Dawidem można mówić o kłamstwie? Po prostu chciała chronić resztkę prywatności. Tak, lubiła być w centrum uwagi, ale o niektórych sprawach jej fani nie musieli wiedzieć.

2

Spotkanie zaczęło się całkiem sympatycznie. Prowadzący w skrócie przedstawił obecnym sylwetkę bohaterki kryminalnego cyklu Patrycji, podkomisarz Werę Irzykowską, później zapytał autorkę, kiedy spodziewana jest premiera tomu dziewiątego.

– I tutaj mocno państwa zaskoczę – Patrycja uśmiechnęła się do zebranych w sali Ametyst czytelników – ale postanowiłam zrobić sobie przerwę od tego cyklu. W najbliższych planach mam napisane kilku pojedynczych tytułów w żaden sposób niezwiązanych z przygodami Wery – dodała, a po sali przeszedł szmer zaskoczenia.

Nie potrafiła powiedzieć, czy obecni byli zaskoczeni na plus, czy raczej zawiedzeni, ale, prawdę mówiąc, niewiele ją to obchodziło. Pisała dla kasy, oczywiście, ale głównie dla samej siebie i to wyłącznie ona, jako autorka, decydowała, kiedy coś zakończy, żeby móc rozpocząć coś innego. Mimo olbrzymiej popularności tego cyklu jej bohaterka Wera zaczęła ją nudzić – Patrycja miała wrażenie, że nie umie już wymyślić żadnego ciekawego zwrotu w jej życiu, a to zaczynało trącić wtórnością i marazmem. Tak, zdecydowanie zmęczyła ją Wera Irzykowska, można powiedzieć, że ich drogi definitywnie się rozeszły. Czy nieodwracalnie? Tego jeszcze nie potrafiła powiedzieć. Wiedziała tylko, że potrzebuje przerwy od towarzystwa swojej książkowej protagonistki.

– Zdradzisz nam coś więcej? – zapytał ją prowadzący.

– Nie dziś – odpowiedziała krótko i kilka osób urywanie się zaśmiało, zapewne rozbawionych jej lakonicznością.

– Rozumiem, jesteś tajemnicza. – Igor Zieliński posłał jej dość powściągliwy uśmiech i pisarka zdała sobie sprawę, że młody bloger liczył na bardziej rozbudowaną odpowiedź. – Czemu akurat Szklarska Poręba? – dorzucił po chwili, a z jej ust prawie wyrwało się wyznanie: „Bywałam tutaj z narzeczonym”.

W porę jednak ugryzła się w język.

– To piękne miejsce – powiedziała tylko.

– Rozumiem, ale czemu akurat to? Darzysz Dolny Śląsk szczególnym sentymentem? Zdradzisz coś więcej? – naciskał mężczyzna.

– A kto nie darzy? – Uśmiechnęła się, odpowiadając pytaniem na pytanie. – Przecież tu jest bajecznie o każdej porze roku.

– Z tym nie da się polemizować – zgodził się z nią prowadzący. – A życie prywatne? Nie masz zwyczaju mówić o sobie, co oczywiście szanuję, ale może zdradziłabyś nam coś nowego? Masz swojego ulubionego zwierzaka? Bywasz w miejscach, które opisujesz?

– Trzydziestotrzyletnia singielka, żadnych zwierząt, ostatnio odkryłam Maderę – wyrzuciła z siebie jednym ciągiem.

Czuła, że zrobiło się niezręcznie.

Przepytujący ją publicznie bloger wyraźnie liczył na to, że będzie znacznie bardziej wylewna, ale mocno się przeliczył. A ponieważ czuła, że chłopak ma zamiar ją naciskać, zamknęła się w sobie i odpowiadała zdawkowo. To, w jaki sposób on zapełni ich wspólny czas, nie było jej problemem. Nie polubiła go. Mimo pozornej przychylności prowadzący wydawał jej się nieprzyjaźnie do niej nastawiony, może nawet skrycie wrogi. Ale pewnie przesadzała – nie było przecież większych paranoików od pisarzy…

– To może, na rozgrzewkę, jakieś pytania z sali? – Czerwony na twarzy Zieliński odchrząknął i rozejrzał się po pierwszych rzędach.

Chyba zaczynało mu doskwierać połączenie grubego swetra z wypitym przed spotkaniem piwem i przyjemnym ciepłem panującym w pomieszczeniu. Czoło lśniło mu od potu i trzęsły mu się ręce. Zbyt często też przeczesywał palcami włosy, zapewne z trudem panując nad nerwami. Patrycja zawsze była dobrą obserwatorką, więc żadna z tych rzeczy nie uszła jej uwadze.

– Żadnych chętnych? – Bloger ponownie chrząknął, nerwowo wiercąc się na krześle.

Pisarka zmrużyła oczy i przyjrzała się tłumowi. Dostrzegła kilku starszych mężczyzn, ale na sali przeważały kobiety. Był jednak ktoś, kto zwrócił jej uwagę – ciemny blondyn z drugiego rzędu, który od samego początku dosłownie pożerał ją wzrokiem. Wpadła mu w oko, nie miała co do tego wątpliwości. Myśl, że komuś się spodobała, przyniosła jej radość. Ostatnie trzy i pół roku spędziła szczelnie otoczona kokonem samotności – była nim owinięta niczym burrito. I nagle, dosłownie w tym momencie, zatęskniła za czymś więcej. Ludzie znowu wydawali jej się atrakcyjni, pragnęła wyjść im naprzeciw, otworzyć się, zaprosić ich bliżej.

Zmierzyła wzrokiem nieznajomego blondyna, zaskoczona intensywnością jego spojrzenia. Miał mocną, męską szczękę, krótko ostrzyżone włosy i kilkudniowy zarost na twarzy. Na oparciu jego krzesła nie zauważyła płaszcza ani kurtki, wywnioskowała więc, że, podobnie jak ona, był gościem hotelu. Wygląda na finansistę, może wykładowcę, oceniła. Prawnik? A może lekarz? Kardiochirurg. Tak, to by do niego pasowało, pomyślała, lekko przygryzając wargę. Przystojniaczek z drugiego rzędu wciąż na nią patrzył. Zaczerwieniła się, nagle zrobiło jej się gorąco. Na jedną krótką chwilę ich spojrzenia się przecięły, w końcu Patrycja odwróciła wzrok i przeniosła go na sam tył sali.

– Z czego szczególnie jest pani dumna? – zapytała ją jakaś starsza kobieta siedząca pod ścianą.

– W sensie: w życiu czy w pracy? – Rozkojarzona i wyrwana z zamyślenia Patrycja odpowiedziała pytaniem.

– Ogólnie – dorzuciła kobieta.

– Nie wiem, może z siebie? Jestem bestsellerowa, moje powieści można kupić na poczcie, a w Internecie hejtują mnie na potęgę. – Pisarka wysiliła się na kiepski żart.

– Właśnie, spotykasz się z hejtem? – zagaił prowadzący, z ulgą odnotowując fakt, że Patrycja Prus w końcu wyrzuciła z siebie coś więcej niż trzy słowa.

– Jak każda polska autorka i każdy polski autor.

– Kto hejtuje? – Zieliński postanowił rozkręcić dyskusję.

– Ludzie, których rozczarowałam. Ci, którzy zawiedli się na moim stylu, albo poczuli się urażeni poglądami politycznymi, którymi czasem dzielę się w sieci. Ci, których razi w oczy czyjś szeroki uśmiech na zdjęciu, i ci, którym się wydaje, że życie polskiej autorki jest usłane różami. Na koniec są jeszcze niedoszli autorzy – osoby, których debiutanckie powieści zostały odrzucone, bywa nawet, że przez wydawnictwo, z którym współpracuję. Uważają, że są ode mnie lepsi, mądrzejsi, odpowiedniejsi, młodsi i ładniejsi i nie mogą zrozumieć, czemu to ja jestem bestsellerową pisarką, a im nie udaje się nawet znaleźć wydawcy. Swoją frustrację przenoszą czasem na konkretną osobę, czyli w tym wypadku na przykład na mnie.

– Czyli w grę wchodzi zwykła, poczciwa zazdrość?

– Oczywiście. Motyw stary jak świat. – Patrycja lekko wzruszyła ramionami.

– Można się przyzwyczaić do hejtu?

– Można, a nawet trzeba. – Pisarka lekko się uśmiechnęła. – W przeciwnym wypadku któregoś dnia człowiek całkiem się rozsypie.

– Czy ma pani jakąś szczególnie zaufaną osobę, która czyta pani teksty, zanim wyśle je pani do wydawcy? – usłyszała męski głos z sali i zdała sobie sprawę, że pytanie zadał przystojny blondyn z drugiego rzędu. – Jestem pani fanem i gdyby potrzebowała pani kogoś takiego, polecam swoją kandydaturę – dodał.

Kilka kobiet zachichotało.

Patrycja lekko się uśmiechnęła i posłała w jego stronę kokieteryjny uśmiech.

– Rozważę to – obiecała.

Więc był jej fanem…

Nie kojarzyła go z dyskusji pod postami na swojej stronie autorskiej, ale to przecież o niczym nie świadczyło. Mógł po prostu czytywać jej książki i śledzić jej karierę z pewnego dystansu. Nie wszyscy spędzają długie godziny na Facebooku.

– Jak panu na imię? – zapytała.

– Borys – powiedział. – Niestety nie mam w sobie nic z Szyca – dodał i znowu kilka kobiet się zaśmiało.

– Lubię Szyca – rzuciła Patrycja rozbawionym tonem i ponownie wymienili spojrzenia.

Zaczerwieniła się, tym razem dosłownie płonęła. Po raz pierwszy w swojej pisarskiej karierze Patrycja poczuła chemię z obecnym na spotkaniu czytelnikiem i sama nie wiedziała, czy jest z tego powodu rozbawiona, czy bardziej zniesmaczona własną nazbyt emocjonalną reakcją. Wiedziała, że są obserwowani – setkom obecnych na sali oczu nie umykało nic istotnego, a część osób nagrywała też spotkanie telefonami. Każde jej słowo trafi później do sieci, każdy uśmiech, wzruszenie ramion czy malujący się na twarzy grymas będą analizowane i komentowane przez internautów – tych, którzy są jej przychylni, ale też tych, którzy z jakiegoś powodu jej nie znoszą.

Borys pochylił się do przodu i z łokciami opartymi na kolanach dodał, że on również mieszka w Krakowie.

– No proszę – mruknęła, nie bardzo wiedząc, jak to skomentować.

Czy ten facet właśnie podrywa ją na oczach dziesiątek osób, czy może po prostu zagaja niewinną rozmowę?

Przez następne czterdzieści minut odręcznie wypisywała dedykacje w podsuwanych jej egzemplarzach cyklu z Werą Irzykowską, pozowała do zdjęć i rozdawała uśmiechy.

Borys przez jakiś czas siedział na swoim miejscu, co odnotowywała, rzucając okiem w stronę okna, przy którym się ulokował, jednak w pewnym momencie zdała sobie sprawę, że już go nie widzi – musiał się wymknąć z sali nagle i bez pożegnania. Rozczarowanie, które poczuła, zaskoczyło nawet ją samą – było mocne niczym cios w przeponę, niemal zabolało ją fizycznie. Nie potrafiła powiedzieć, czemu aż tak emocjonalnie podeszła do tego spotkania z zupełnie przecież obcym mężczyzną, ale wiedziała jedno – pragnęła jeszcze raz go zobaczyć, a potem znowu i znowu. Intensywność jego spojrzenia dosłownie przeszywała ją na wylot. Patrzył na nią i naprawdę jej słuchał. Czuła, że była w jego typie, ale to było coś więcej. Nie chodziło tu wyłącznie o atrakcyjność fizyczną. On sprawiał wrażenie kogoś, kto chce naprawdę ją poznać.

A może wszystko to tylko sobie wyobraziła? Spojrzała w stronę panoramicznego okna z nadzieją, że wrócił, ale jego krzesło nadal było puste.

Podpisała kolejną książkę, wysiliła się na jeszcze szerszy uśmiech, pozwoliła sobie zrobić następne zdjęcie. Była tu dla tych ludzi, którzy wyszli z domów w mroźny, lutowy wieczór i nie powinna o tym zapominać.

Jakaś kobieta zapytała ją, gdzie kupiła torebkę.

– W HalfPrice – odpowiedziała zgodnie z prawdą, bo upolowała ciemnozielone cudeńko na złotym łańcuszku w gdyńskiej galerii Riviera, jakieś dwa miesiące wcześniej, po spotkaniu autorskim w Trójmieście.

– Czy można liczyć na pani obecność w Warszawie? – zapytała pulchna brunetka w welurowym dresie. – Na tegorocznych targach – sprecyzowała.

– Powinnam się pojawić – odparła Patrycja, biorąc od czytelniczki książkę.

– Ja też jestem autorką – dodała dziewczyna w dresie. – Napisałam już sześć powieści, w tym trzytomową sagę rodzinną, której akcja rozgrywa się na Kaszubach.

– Gratuluję. Kto panią wydaje? – zapytała Patrycja, zanim podpisała się na pierwszej stronie ósmego tomu przygód Wery.

– No jeszcze nikt. – Młoda kobieta przestąpiła z nogi na nogę. – Dopiero się rozglądam za wydawcą, ale mam już napisane wszystkie te książki i chciałabym zapytać, czy może nie mogłaby pani wysłać ich w moim imieniu?

– Czy nie mogłabym wysłać pani książek do mojego wydawcy? – Patrycja nawet nie próbowała ukryć zdumienia.

– No tak. Wysłać i polecić. Tak od serca. Bo jeśli to pani je wyśle, to pewnie je wezmą.

– Bardzo mi przykro, ale to tak nie działa – odpowiedziała Patrycja, a dziewczyna natychmiast spochmurniała.

– Co by szkodziło spróbować? – syknęła i dosłownie wyrwała z rąk pisarki podpisaną przed momentem książkę.

– Mnie również miło było panią poznać – rzuciła w ślad za nią pisarka, zanim uśmiechnęła się do następnej kobiety z kolejki.

Kiedy w końcu opuściła salę konferencyjną, była dosłownie wyssana z energii. Idąc korytarzem, zastanawiała się, czy skoczyć do jednej z hotelowych restauracji, czy może darować sobie kolację i zaszyć się u siebie. W końcu zdecydowała, że ma ochotę popływać.

W pokoju, zmywając makijaż, myślała o dziewczynie, która desperacko szukała wydawcy. Potraktowała ją uprzejmie, ale to niczego nie zmieniało – po tym, jak odmówiła wyświadczenia jej przysługi, z całą pewnością stała się jej wrogiem. Była pewna, że brunetka obsmaruje w sieci jej powieści i jeszcze długo będzie żywić urazę. A przecież to, o co poprosiła, było naprawdę cholernie niedorzeczne! Nawet gdyby zrobiła z siebie kompletną idiotkę i wysłała swojemu wydawcy teksty nieznajomej, nie gwarantowało to żadnego sukcesu. Była tylko jedną z wielu autorek prężnie działającego na rynku warszawskiego wydawnictwa, które ją reprezentowało. Nie miała zbyt wiele do gadania w temacie wyszukiwania interesujących debiutów, a już z całą pewnością nie zamierzała wplątywać się w tego typu niezręczne sytuacje. Zresztą, przed wysłaniem czegokolwiek wypadałoby chociaż to przejrzeć, a ona nie miała czasu na przedzieranie się przez cudze teksty, które najprawdopodobniej były zwykłą grafomańską kaszaną. Jeśli są dobre, dziewczyna nawet bez jej pomocy ma szanse w końcu się przebić i zaistnieć na rynku. Jeśli natomiast są złe – święty Boże nie pomoże…

Przebrała się szybko, zamieniając siatkowe rajstopy i czarną sukienkę na strój kąpielowy i miękki, nieco zbyt obszerny hotelowy szlafrok; wsunęła stopy w przywiezione ze sobą klapki, wyszła z pokoju i zjechała windą na poziom minus dwa, gdzie mogła popływać i skorzystać z fińskiej sauny.

Zanim weszła do wody, rozejrzała się z nadzieją, że wśród kilku korzystających z basenu gości zauważy ciemnego blondyna ze spotkania autorskiego. Wielokrotnie mówiła w wywiadach, że uwielbia pływać, liczyła więc na to, że Borys złapał przynętę, ale niestety… Gdziekolwiek podział się tajemniczy nieznajomy, tutaj go nie było. Nie ujrzała też żadnych dzieciaków – od dwudziestej tego typu atrakcje były dostępne wyłącznie dla dorosłych, co przyjęła z prawdziwą ulgą. Przenikliwych wrzasków dzieciarni tego akurat wieczoru chyba by nie zniosła. Czasem zastanawiała się, czemu aż tak drażniły ją dzieci, ale nie potrafiła sobie odpowiedzieć na to pytanie. Bycie matką raczej nie mieściło się na liście jej życiowych priorytetów. Czasem rozmawiali o tym z Dawidem, który też nieszczególnie palił się do roli ojca, i któregoś wieczoru zdecydowali, że nie będą się jakoś szczególnie o dziecko starać, ale jeśli im się przytrafi, wychowają je z miłością. Spojrzała mu wtedy w oczy i zrozumiała, że przy nim rola matki przerażała ją nieco mniej. Razem mogliby wszystkiemu podołać, powiedziała sobie, a jej dziwny, paniczny wręcz strach przed ciążą i macierzyństwem gdzieś się wtedy ulotnił.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Epigraf

Meritum publikacji