Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czasem wiesz, co nadchodzi, ale możesz tylko patrzeć...
Gdy umiera dziadek ośmioletniego Pawła, chłopiec jako jedyny dostrzega nad jego ciałem tajemniczą postać w bieli. To krótkie, lecz poruszające spotkanie odmienia całe jego życie. Z czasem chłopiec odkrywa, że otrzymał dar – wyjątkową intuicję i zrozumienie przyszłości. Jednak wrodzona nieśmiałość i lęk przed opinią innych skutecznie blokują jego potencjał.
Mimo to, dorastając w cieniu przemocy i rodzinnych tajemnic, Paweł uczy się ufać swoim zdolnościom. Gdy nadchodzi czas próby, a świat chyli się ku upadkowi, staje przed najtrudniejszym wyzwaniem – by ocalić innych, musi przekonać ich, by mu uwierzyli.
Przejmująca opowieść o przeznaczeniu, wewnętrznej sile i o tym, że czasem nadzieja potrafi być jedynym ratunkiem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 109
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Damian Legendziewicz
Spoglądając z Góry, widzisz więcej
Pod kopulastym wzniesieniem
Pod kopulastym wzniesieniem górującym ponad wszelką równiną, pośród pól uprawnych i pobliskich lasów, w dużym domu dorasta mały chłopiec.
Wychowuje się w miejscu, w którym panuje perfekcyjna czystość i szanuje się prawa wszystkich członków nielicznej rodziny. To jednak wszystko pozory – tę sielankę każdego dnia raz po raz zakłócają problemy i kłótnie wybuchające między domownikami. Chłopiec ów nie ucieka od tych waśni i sporów, lecz próbuje objąć je swoim małym, wciąż rozwijającym się rozumem. Perfekcyjny porządek w domu wyprowadza w duży błąd sąsiadów, którzy nie wiedzą o dramacie rozgrywającym się każdego dnia, tak skrzętnie ukrywanym w czterech ścianach przez wszystkich członków rodziny, wliczając w to chłopca – jedynego nieletniego mieszkańca tego domu.
Paweł to ośmiolatek, uczeń drugiej klasy szkoły podstawowej. Z wyglądu szczupły blondyn, trochę nadpobudliwy w porównaniu do reszty swoich rówieśników, pragnący jednak jak najwięcej poznać i zobaczyć, dotknąć, sprawdzić po swojemu. Jego wrodzona ciekawość, niby dziecięca i zwyczajna, motywowana jest pewnym tajemniczym zdarzeniem z początku roku – trochę odległej historii jak na zmieniające się nastroje i zachcianki młodego człowieka. Gdy stał pod rozkwitającymi lipami w dniu zakończenia roku szkolnego, był już świadomy zdarzenia, które rozegrało się pół roku wcześniej…
Wieczór tego dnia był łagodny, od czasu do czasu padał deszcz. Choć był początek stycznia, w powietrzu dało się czuć wiosnę. Rodzina, jak co niedzielę po skończonej kolacji, usiadła w swoim gronie, by obejrzeć Dziennik. Po wieczornym wydaniu wszyscy byli razem, chcąc podtrzymać rodzinne więzi, jakby na siłę, na przekór losowi czy przeznaczeniu, które tego dnia bezpowrotnie zmieniło wszystko. Gdy nadeszła wyznaczona godzina, jeden z jej członków – senior rodu, dziadek i ojciec – odszedł na zawsze. Umarł. Taka kolej rzeczy – okrutne prawo natury. Ktoś powie: zwykła śmierć, ale dla rodziny to dramat, szkoda, kondolencje. Tego dnia stało się jednak coś jeszcze – przypadkowego, zagadkowego i niezrozumiałego. Mały chłopiec musiał stanąć z tym zdarzeniem twarzą w twarz.
Gdy senior wydał ostatnie tchnienie, zrobiło się zamieszanie – każdy chciał pomóc na swój sposób. Wciąż czekano na przyjazd karetki pogotowia. W tym czasie Paweł, który częściowo rozumiał powagę sytuacji, zbliżył się do dziadka. Gdy podniósł smutny wzrok, ku swojemu zdziwieniu zobaczył postać, której nigdy wcześniej nie spotkał – istotę w bieli, wzrostem niemal równą Pawłowi. Wbijała spojrzenie w chłopca. Jej oczodoły były czarne, a sylwetka – opływowa. Całe zdarzenie trwało raptem kilka sekund, ale utrwaliło się w pamięci tego młodego człowieka już na zawsze. Chwila, jakże dziwna i tajemnicza, dobiegła końca. Paweł widział już przed sobą zmarłego, a na swoim policzku poczuł delikatny powiew. Jeszcze przez moment stał w bezruchu, a po chwili rodzice odsunęli go z miejsca, które zajmował od dłuższego momentu. Wtedy domownicy usłyszeli dźwięk nadjeżdżającej karetki.
Następne dni były ciche, smutne i szare. Nikt w domu za wiele nie mówił ani nie myślał. Ból był zbyt silny i pokonywał wszystkich. Teraz trzeba było skupić się na organizacji pogrzebu: pójść do księdza i umówić się z organistą. Te dni ostatecznie utwierdziły domowników w przekonaniu, że już jest ich mniej niż wcześniej i że pustka, choć bolesna, z czasem wypełni się wspomnieniem i stanie się dla nich punktem odniesienia.
Na drugi dzień przypadła modlitwa w gronie sąsiadów i bliskich. Niestety tego dnia przybyli do domu dalecy krewni zmarłego seniora. Ich awanturnicze, szalone charaktery i uciążliwy nałóg alkoholowy zwiastowały problemy. Nawet tego dnia, gdy wszyscy czuwający przy trumnie żałobnicy z prawdziwym żalem i zadumą wspominali w myślach sąsiada, otrzymaną od niego pomoc i wsparcie w trudnej pracy na roli, owa trójka złych i zawistnych ludzi burzyła spokój i wprowadzała zamęt. W drzwiach wejściowych zdarzały się szarpaniny i zaczepki wobec opuszczających dom żałobników.
Trójka złych – Stefan, Adam i Alina. Stefan, bratanek zmarłego – najbardziej naprzykrzający się otoczeniu i często wywołujący grozę wśród domowników – był wysokim, szczupłym, łysiejącym czterdziestotrzylatkiem. Rościł sobie prawa do domu i decydowania o sprzedaży płodów rolnych, które wzeszły na jesieni poprzedniego roku, a zostały posiane z wielkim trudem – jak się okazało, już po raz ostatni – przez chorującego seniora rodu. Stefan nie szczędził przekleństw i ledwo stał w drzwiach, które pod jego naporem częściowo wypadły z zawiasów, co przeraziło przechodzącą obok siedemdziesięcioletnią żałobniczkę, bliską przyjaciółkę zmarłego. Dzięki refleksowi stojącego tuż obok Adama drzwi nie spadły. Niższy, krępy trzydziestoczterolatek powstrzymał niebezpieczne zdarzenie i starał się naprawić zdewastowane drzwi. W tym momencie pani Halinka, która już wróciła do równowagi po groźnym zdarzeniu, przesłała Adamowi przelotne podziękowanie. To, co wydarzyło się przed chwilą, ponownie zburzyło jednak jej spokój. Kobieta nie wytrzymała.
– Jak ci nie wstyd, złamasie jeden, nie masz szacunku do nas, do mnie! – krzyknęła w stronę Stefana. – Po co tu przyszedłeś?! Pomodlić się za zmarłego? Czuwać? Nie, ty jak zwykle najebany, nie masz szacunku ani do żywych, ani do umarłych!
– Stara, nie odzywaj się, bo zaraz dostaniesz! Spadaj stąd, i to już!
Ręka Stefana, uniesiona nad biedną staruszką, nagle znieruchomiała, a wszystkich obecnych – Stefana, Adama, Alinę i panią Halinkę – przeszedł zimny dreszcz.
Po dziwnej chwili staruszka przeżegnała się i opuściła dom. Nikt się jednak nie domyślał, czym była ta interwencja. Co powstrzymało Stefana? Co sprawiło, że wszystkich przeniknął dreszcz? To samo poczuli domownicy, sąsiedzi i krewni czuwający przy trumnie. Babcia i jej wnuczek poczuli delikatne szarpnięcie, muśnięcie wiatru tak przelotne, że prawie niewyczuwalne, jakby na granicy snu i jawy. Byli tam jednak wszyscy, czuwali i modlili się.
Pogrzeb wypadł w czwartek. Zgromadziła się cała najbliższa rodzina zmarłego: żona Agata, córka Ewa z zięciem Danielem i synem Pawłem, syn Piotr z żoną i trójką dzieci, a także Stefan z żoną Aliną i jej młodszym bratem Adamem, sąsiedzi i przyjaciele rodziny – łącznie siedemdziesiąt pięć osób. Żałobnicy odbyli kilometrowy marsz z domu do kościoła. Organista śpiewał żałobne pieśni, a rodzina z ciężkim sercem próbowała mu wtórować, by niejako ułatwić sobie tę drogę. Droga, pełna zadumy i wypełniona pojedynczymi łzami nawet najdalszych sąsiadów, znalazła metę w kościele. Ten murowany wiejski budynek sakralny był świadkiem wielu dramatycznych i przejmujących modlitw o ocalenie podczas II wojny światowej, stał się też schronem dla uciekających przed represjami wynikającymi z wprowadzonego przed dwudziestu laty stanu wojennego. Milczący świadek niełatwej najnowszej historii Polski był też miejscem radości, pełnym harmonii, setki razy wypełniającym się dźwiękami Marsza weselnego Mendelssohna, a także śpiewem i autentyczną radością dzieci przybywających licznie na nabożeństwa.
Teraz jednak, o trzynastej, odbywał się pogrzeb Andrzeja, którego wspominał w kazaniu proboszcz wiejskiej parafii.
– Zebraliśmy się w naszym kościele jak zwykle. To zwyczajny czwartek, a jednak… Czy ten dzień wygląda tak, jak go sobie zaplanowaliśmy? Czy tego chcieliśmy? Spotkać się w tym gronie na mszy pogrzebowej? Oczywiście, że nie. Chcieliśmy żyć jak co dzień. Iść do pracy, szkoły czy na zwykły spacer. Ugotować coś dobrego, wykonać jakąś drobną naprawę w gospodarstwie. Dziś mamy świadomość, że Pan Bóg też jest częścią naszej codzienności. To Jego decyzja o powołaniu do życia wiecznego waszego ojca, dziadka i sąsiada skłoniła nas do obecności na tej mszy. Każdego kolejnego dnia miejmy świadomość, że nie żyjemy wyłącznie dla siebie i swoich spraw. Że jest coś więcej. I dążmy do Nieba już teraz, już dziś i każdego kolejnego dnia. Andrzej przychodził do mnie do spowiedzi, przyjmował sakramenty, modlił się i słuchał uważnie kazań głoszonych w naszej parafii. Jak wiecie (z pewnością lepiej niż ja), oddawał się też pracy, i to bardzo ciężkiej i różnorodnej: w zakładzie na produkcji, na gospodarce i przy budowie domu. Mam nadzieję, że szybko osiągnie życie wieczne, ponieważ kierował się maksymą „Módl się i pracuj, a będziesz zbawiony!”. Choć dziś będziemy się smucić i płakać, pamiętajmy, że nie żyjemy tylko dla tego świata, ale już po śmierci odbywamy drogę prowadząca do lepszego, ku światłości i ku Bogu.
Sześćdziesięcioośmioletni proboszcz był trzy lata starszy od Andrzeja. Mimo wieku był żwawym i energicznym kapłanem. Jego probostwo trwało już dwadzieścia trzy lata. Znał Andrzeja osobiście i go lubił. Po kazaniu sam zasmucił się i zamyślił. Taka chwila refleksji była dla niego nietypowa, bo koncelebrował pogrzeby średnio dwa razy w tygodniu – sama ceremonia już mu więc spowszedniała. Śmierć była dla niego czymś naturalnym i z autentyczną wiarą podchodził do wszystkich wypowiadanych podczas kazań słów. Tego dnia jednak żegnał swojego dobrego znajomego i niemal rówieśnika.
Po powrocie z cmentarza rodzina w komplecie, tym razem bez sąsiadów i przyjaciół Andrzeja, uczestniczyła w stypie. Spotkanie miało nieco weselszy i lżejszy charakter. Stefan nie pił tego dnia, a Alina poczęstowała się stojącym z brzegu stołu likierem. Choć było głośno i gwarnie, to wszystko mieściło się w granicach przyzwoitości, na jaką zasługiwał tak ważny i zasłużony członek rodziny – wielki budowniczy tego domu. Wielki tym bardziej, że to zadanie wymagało niemałego poświęcenia i zajęło istotną część jego życia.
Pojednana rodzina przebywała razem w dużym domu pod kopulastym wzniesieniem górującym ponad wszelką równiną pośród pól uprawnych i pobliskich lasów.
Gradacja niepokoju
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Spoglądając z Góry, widzisz więcej
ISBN: 978-83-8423-439-6
© Damian Legendziewicz i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Kinga Kosiba
KOREKTA: Kinga Dolczewska
OKŁADKA: Oliwia Błaszczyk
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
