Splendor - Modrzyńska Mika - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Splendor ebook i audiobook

Modrzyńska Mika

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

26 osób interesuje się tą książką

Opis

Ojciec Melanii Szlachcic zmarł na zawał. Tak przynajmniej zapisano w dokumentach.

Gdy dziewczyna wraca na mazurską wieś, z której uciekła lata temu, zaczyna podejrzewać, że jego śmierć była częścią czegoś znacznie większego. Dlatego zatrudnia się jako sprzątaczka w letniej rezydencji Emila Wilnera – jednej z największych gwiazd polskiego kina. To jedyny sposób, by dostać się jak najbliżej prawdy.

Za murami luksusowej kolonii Złota Zatoka prestiż sąsiaduje z brudem, a prywatne przyjęcia kończą się ciszą, której nikt nie chce wyjaśniać. Wszyscy coś ukrywają, a ci, którzy wiedzą za dużo, szybko uczą się milczeć.

Sprzątając po cudzych sekretach, Melania coraz wyraźniej rozumie, że oficjalna wersja wydarzeń nie była przypadkiem. W świecie, w którym pieniądze zamykają usta, a prawda znika szybciej niż ślady po nocnych przyjęciach, jedno pytanie pozostaje bez odpowiedzi: ile naprawdę kosztuje milczenie?

I komu przyjdzie zapłacić tę cenę?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 323

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 50 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Pola Błasik

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Mika Modrzyńska, 2026

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Redaktorka prowadząca: Joanna Zalewska

Marketing i promocja: Karolina Guzik

Redakcja: Agnieszka Pawlikowska

Korekta: Mirosław Ruszkiewicz, Mirosław Krzyszkowski

Projekt typograficzny, skład i łamanie: MELES-DESIGN

Projekt okładki i strony tytułowe: Tomasz Majewski

Fotografie na okładce: © Eric Mclean | Unsplash, K8 | Unsplash, Jeremy Kwok | Unsplash

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68800-15-9

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Fragment

ON

Część pierwsza. W REZYDENCJI

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

Część druga. JEDNA NOC

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

ONA

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

ON

Wszyscy wiedzą, że potrafi się bawić.

Na imprezach u Wilnera jest zawsze duszą towarzystwa: każdego zagada i rozśmieszy, bo dobrze czyta ludzi i wie, czego potrzebują. Ale najlepiej wychodzi mu pocieszanie gości jego drogiego przyjaciela. Wyrobił sobie reputację i teraz wiele osób przychodzi na te przyjęcia tylko dla niego.

A przynajmniej tak lubi myśleć.

Ma też sporo doświadczenia. Potrafi na pierwszy rzut oka rozpoznać potrzeby swoich klientów – komu trzeba rozbudzenia, komu brakuje radości w życiu, a kto chce o wszystkim zapomnieć. I to właśnie on ma idealną pigułkę na każdy problem.

Długo szukał swojego miejsca na świecie.

Nie sądził, że znajdzie je w piekle.

Ale to naprawdę nie jego wina, że wcześniej w życiu mu się nie układało. Czasem tak to już wychodzi, że człowiek podejmuje pewne decyzje w ciemno, no bo skąd miałby wiedzieć, a potem kończy wcale nie tam, gdzie chciał. Pech, to zwykły pech.

Mężczyzna przechodzi przez przepełniony salon swojego drogiego przyjaciela Wilnera, mijając po drodze dziesiątki znajomych, rozciągniętych w uśmiechu twarzy. Tak, tu jest kimś – wreszcie, po latach niepowodzeń. Uwielbia to uczucie. Siada w czerwonym fotelu ze szklaneczką whisky i upija kolejny łyk – to nie pierwszy drink tego wieczoru.

Mężczyzna jeszcze nie wie, że ostatni.

Nagły skurcz przeszywa pierś, a szklanka rozbija się na podłodze.

Nikt niczego nie zauważa.

1

Był już sierpień, a mnie pierwszą połowę lata zajęło sprzątanie domu po śmierci ojca. Myślałam, że na tym się skończy. Pożegnam się z nim, zamknę budynek na cztery spusty i wrócę do miasta, ale na miejscu odkryłam parę nowych faktów, przez które postanowiłam zostać na Mazurach na dłużej.

Pracę w rezydencji Wilnera dostałam szczęśliwym zbiegiem okoliczności, przez szkolną koleżankę, która na swoim profilu udostępniła ogłoszenie. Poszukiwano pomocy domowej. Gdy ją o to poprosiłam, poręczyła za mnie i załatwiła mi zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną. To właśnie dlatego tego dnia, mimo upału, wystroiłam się w czarną sukienkę za kolano, a nad karkiem zawiązałam grzeczny kucyk. Zanim doszłam na miejsce, moje czoło było lepkie od potu, oddech krótki z wysiłku, a jasne włosy zapewne smutno przylizane.

Letnia posesja Wilnera znajdowała się za Ostródą, w Złotej Zatoce, nad sztucznym zbiornikiem wodnym, wokół którego wykupiły sobie działki znane osobistości ze stolicy – muzycy, aktorzy czy producenci. Wszyscy, których stać było na postawienie sobie rezydencji w specjalnie wydzielonej kolonii dla bogatych, i wszyscy, którzy chcieli odciąć się od biedy wysokim murem.

Ja byłam właśnie z tej biedy, która żyła w okolicznych wsiach, a tu przychodziła sprzątać. Mogłabym udawać, że jest inaczej, ale wzrok stróża, który sprawdzał mój dowód przy bramie wjazdowej do Złotej Zatoki i długo upewniał się, czy jestem na liście gości pana Wilnera, szybko sprowadził mnie na ziemię.

Ale to nic. Ja znałam swoją wartość.

Poza tym przybyłam tutaj w bardzo konkretnym celu i nie miałam zamiaru pozwolić, by krzywe spojrzenia cokolwiek mnie obchodziły. Musiałam tylko zrobić, co mam do zrobienia, nie oszaleć, a w październiku wrócić na studia do Gdańska. Myślałam, że pójdzie łatwo.

Byłam bardzo naiwna.

***

Po przekroczeniu bramy do Złotej Zatoki czekało mnie jeszcze jedno zadanie, czyli odnalezienie rezydencji Wilnera. Szybko natknęłam się na ogrodzenie wysokie na trzy metry. Właściwie na mur, bo masywne, kamienne płyty ustawiono tak ciasno, że nie sposób było choćby zerknąć do środka.

Trzy metry.

Zadarłam głowę. Przedostanie się na drugą stronę bez zwracania na siebie uwagi było absolutnie niemożliwe. Wilner mógł robić za tym murem wszystko, co tylko chciał – mając pewność, że nikt postronny się o tym nie dowie.

Szłam poboczem wzdłuż płotów, rozglądając się po sąsiednich rezydencjach. Jak każde dziecko wychowane w sąsiedztwie Złotej Zatoki miałam niezłe pojęcie o celebrytach, którzy tu przyjeżdżali. Wilner sąsiadował z Borowską, znaną piosenkarką dla najmłodszych, Faściszewską, która spędzała tu z dziećmi jeden miesiąc w roku, oraz jakimś producentem seriali, którego oczywiście nie kojarzyłam z niczego poza tym, że był sławny. Znakomite towarzystwo. Im więcej się rozglądałam, tym bardziej rozumiałam, że Wilner nie jest jedynym paranoikiem w okolicy. Wszystkie sąsiadujące z jego rezydencją domy również otaczał wysoki na kilka metrów mur. Kto by pomyślał, że w tak odciętym od świata zaułku celebrytom nadal będzie doskwierał brak prywatności.

– Ty do nas?

Rozejrzałam się nieprzytomnie i zmarszczyłam brwi. Dotarłam do bramy prowadzącej do rezydencji Wilnera i zatrzymałam się przed nią. Sama. Byłam jedyną osobą na chodniku.

– Ty do nas? – powtórzył niski, męski głos.

Dopiero wtedy dostrzegłam interkom w ścianie, może dwa metry ode mnie.

– Dzień dobry – przywitałam się i uśmiechnęłam szeroko na wszelki wypadek, bo skoro ktoś zauważył moją obecność, to mógł też widzieć moją twarz. – Ja na rozmowę o pracę.

– Imię i nazwisko?

– Melania Szlachcic.

Głos nie odpowiedział, ale bramka zabrzęczała, a ja pociągnęłam za klamkę. Zamknęłam ją za sobą pieczołowicie i machnęłam dłonią w podziękowaniu ku budce stróża. Widziałam przez szybkę jego postać – jasnowłosą, szczelnie wypełniającą ciasną przestrzeń.

Widziałam też, że nie odpowiedział na mój przyjazny gest.

Odetchnęłam głęboko i ruszyłam ścieżką prowadzącą do rezydencji. Dostanę tę pracę, zrobię co trzeba i o wszystkim będę mogła zapomnieć, powtórzyłam sobie stanowczo. Przecież to nic takiego. Wystarczy, żeby gospodyni mnie polubiła.

I żeby nie zadawała zbyt wielu pytań.

Rezydencja okazała się znacznie bardziej imponująca, niż można by się spodziewać po domu letniskowym. Piętrowy budynek zwieńczony wysokim poddaszem zdawał się kryć około dziesięciu pomieszczeń na każdej kondygnacji. Przestronny taras mógłby bez trudu pomieścić połowę mojej podstawówki, a całości dopełniały białe kolumny, jakby żywcem wyjęte z posiadłości bogatych plantatorów z amerykańskiego Południa. To mnie zdziwiło. Wtedy myślałam jeszcze, że domy letniskowe miały służyć do odpoczynku i wyciszenia. Dopiero później odkryłam, że życie w Złotej Zatoce jest równie głośne i intensywne co to na warszawskich salonach, a networking w otoczeniu wspaniałych jezior mazurskich przebiega bardzo podobnie, jeśli nie sprawniej, co w stolicy.

Ale to wszystko dopiero miało się wydarzyć.

Ledwie przeszłam przez żwirowany podjazd i dotarłam do budynku, na taras wyszła starsza kobieta w długiej spódnicy i z włosami schludnie zaczesanymi za ucho. Gdy weszłam po białych schodkach, wyciągnęła do mnie dłoń. Uścisk był lekki i trwał ułamek sekundy, co doskonale rozumiałam, bo mimo wytarcia rąk w sukienkę czułam, że wciąż są lepkie od potu i nieprzyjemnie wilgotne.

– Witaj w Złotej Zatoce – powiedziała. – To ze mną rozmawiałaś wcześniej. Nazywam się Halina Dobrzyńska, gospodyni. Chodź, porozmawiamy w kuchni, za gorąco tutaj.

Odwróciła się, nie czekając na odpowiedź, więc ruszyłam za nią w milczeniu.

Główny hol rezydencji był przepastny, wielki jak sala balowa i równie pusty. Każdy mój krok odbijał się echem od wysokich ścian i sufitu. Nikt nie przekradłby się tędy niezauważony.

Halina szła szybko, więc nie miałam czasu się rozglądać – dostrzegłam jedynie białe ściany, jakieś obrazy, kunsztowne wykończenia kolumn. Widziałam już na końcu pomieszczenia drzwi, w których kierunku szłyśmy, gdy poczułam na sobie czyjś wzrok. Początkowo nie odrywałam oczu od pleców gospodyni, ale z każdym kolejnym krokiem wrażenie bycia obserwowaną się potęgowało. W końcu, tuż przed przejściem przez próg, odważyłam się rozejrzeć.

Na szczycie szerokich schodów stał mężczyzna, oparty o białą barierkę. To na pewno nie był Wilner. Nieznajomy wydawał się sporo starszy ode mnie i podobnie jak ja jasnowłosy. Nie rozpoznałam jego twarzy, ale to przecież nic nie znaczyło, bo z pewnością nie kojarzyłam wszystkich, ani nawet większości polskich gwiazd.

Znaczenie miał ciężar jego spojrzenia.

Mężczyzna uśmiechnął się do mnie, odwrócił i odszedł, pozostawiając mnie z dziwnym przeczuciem, że coś jest nie tak. Zadziwiająco szybko, jak na fakt, że w rezydencji Wilnera byłam dopiero od dwóch minut.

Ale ja wiedziałam, że coś jest nie tak, prawda?

Przecież właśnie dlatego się tutaj pojawiłam.

– Idziesz? – ponagliła Halina.

– Idę.

Usiadłam przy stole. Kobieta wyciągnęła z lodówki dzbanek z mrożoną herbatą, z szafki wyjęła dwie szklanki. Starałam się nie myśleć o mężczyźnie, który przyglądał mi się ze szczytu schodów, i o jego dziwnym uśmiechu. Podczas gdy Halina rozlewała herbatę, ja w zamyśleniu potarłam dłonią kark. Skóra na szyi była chłodna i wilgotna.

– Gorąco dziś, prawda?

– Co…? Tak, tak. Przepraszam. Nie spodziewałam się, że będzie aż tak gorąco. – Roześmiałam się z zakłopotaniem.

Halina na szczęście, podobnie jak ja, nie przepadała za powierzchownymi pogawędkami. Usiadła naprzeciwko mnie i od razu przeszła do rzeczy.

– Melania Szlachcicówna. Ty jesteś od tych Szlachciców spod Ostródy?

– Nie, rodzice mieszkają pod lasem, za leśniczówką w Grabiszycach – skłamałam. – Ci w Ostródzie to nasza daleka rodzina. Jak wszyscy inni Szlachcice w okolicy.

– A to nie znam.

Spodziewałam się pytania o zbieżność nazwisk – stąd moje drobne, przygotowane wcześniej kłamstewko – ale żadne nie padło. Zdziwiłam się trochę. Halina sprawiała wrażenie osoby, która wie wszystko o wszystkich, a jeśli czegoś nie wie, nie omieszka się dokładnie wypytać. A jednak tylko skinęła głową.

Zacisnęłam palce na szklance, chłód przeniknął moją skórę. Starałam się nie okazać zaskoczenia. Szlachciców w okolicy mieszkało mnóstwo. Gospodyni też o tym wiedziała, skoro pochodziła z tych rejonów.

Może dlatego nie zapytała.

Halina kontynuowała:

– To praca dorywcza, wiesz już? Sprzątanie po… – Gospodyni zawahała się, jakby potrzebowała chwili namysłu, by dobrze dobrać kolejne słowo. – Sprzątanie po przyjęciach, które odbywają się w rezydencji. Ostatnio pan Wilner dużo ich tu organizuje, praktycznie codziennie, a mnie czasu nie starcza, żeby sprzątać cały budynek i te ich wymiociny na dodatek. To by było kilka godzin dziennie przez większość dni w tygodniu. Pasuje ci to?

Skinęłam głową.

– Przyjęcia? – podchwyciłam.

– Może domówki? – poprawiła się kobieta. – Nie powiem ci, co tu się dokładnie dzieje, bo ja kończę pracę o osiemnastej i potem nic mnie już nie interesuje, dalej to wszystko jest problemem Antka. Poznam was ze sobą później, to nasz nowy stróż. O czym to ja… Aha, te przyjęcia. Nie wiem, co tu się dokładnie dzieje, bo to nie jest żaden mój interes, ale gdy co rano zachodzę do salonu, ten wygląda, jakby przetoczyło się przez niego stado pijanych słoni. Wymiociny, podarte zasłony, wywrócone stoły. A ja nie mogę się tym dzień w dzień zajmować, bo nic bym nie miała zrobione. Dlatego wyprosiłam u pana Wilnera, żebym sobie mogła przygarnąć jakąś obrotną dziewuchę na lato. Masz doświadczenie?

Potok informacji, jaki mnie zalewał, początkowo był przytłaczający, ale szybko odzyskałam rezon. Odstawiłam szklankę.

– Doświadczenie?

– W sprzątaniu.

– Zawodowe nie, ale umiem sprzątać.

– No i właśnie dlatego chciałam wziąć dziewuchę od nas. Co będzie nowego, to ja cię przyuczę, jedyne dla mnie ważne to, żebyś była pracowita i nie bała się rękawów zakasać.

Uśmiechnęłam się szeroko do gospodyni.

– O to nie musi się pani martwić – zapewniłam. – Z jakim wyprzedzeniem będę wiedziała, że mam przyjść do sprzątania?

– Jak wieczorem napiszę, to następnego dnia przyjdziesz.

Kobieta spojrzała na mnie hardo, jakby chciała wybadać moją reakcję. Takie rzeczy w dużym mieście by nie przeszły, a jeśli już – to byłyby dodatkowo płatne za dyspozycyjność. Ale nie tutaj, nie w lasach na końcu świata, gdzie poza pracą w Złotej Zatoce mieszkańcom okolicznych wiosek nie pozostawało wiele możliwości. Tutaj, gdy człowiek dostawał pracę, to brał ją z pocałowaniem ręki i nie pytał, czy to na czarno ani ile dostanie.

Skinęłam głową.

– Nie ma sprawy – odpowiedziałam.

2

– Słyszałam, że jesteś studentką.

Wyszłyśmy przed dom, bo Halina postanowiła pokazać mi swój ogród. Z krótkiej, niezobowiązującej rozmowy szybko wywnioskowałam, że kobieta ma rękę do roślin i właśnie tutaj spędza wolny czas, gdy w rezydencji akurat nie ma nic innego do zrobienia. Taka informacja mogła przydać się później, więc starannie ją zapamiętałam.

– Ostatni rok pielęgniarstwa – potwierdziłam.

To akurat nie było kłamstwem – nie skłamałabym na taki temat, nie jestem głupia. Właśnie dlatego czułam się tak niekomfortowo w rezydencji Wilnera, w tym przepastnym, pustym budynku. Bo jako mądra dziewczyna wiedziałam doskonale, że nie powinno mnie tu być.

A gdyby ktoś mnie rozpoznał…

No cóż, usłyszałabym wiele niewygodnych pytań, na które nie potrafiłabym i nie chciała udzielać odpowiedzi.

– Wakacje teraz masz?

– Do końca września.

– I nie wolałaś w mieście czegoś sobie znaleźć?

– To moje ostatnie lato – powiedziałam z rozmarzonym uśmiechem. – Chciałam się nacieszyć wolnością i posiedzieć trochę w domu.

Halina nie usłyszała w moim głosie fałszu. Weszłyśmy do ogrodu, gdzie zaczęła pokazywać mi kolejne rabaty, a ja podziwiałam je głośno i entuzjastycznie, zupełnie jakbym potrafiła docenić w kwiatach coś poza samym tylko faktem, że istnieją. Kwitły, były kolorowe i było ich dużo.

– Szkoda, że ten mur wokół domu jest taki wysoki – zauważyłam. – Cudownie byłoby zobaczyć te kwiaty z jeziorem w tle.

– O, tu wszyscy tak mają. Wokół jeziora biegnie ścieżka i gdyby nie mur, każdy przechodzień mógłby zaglądać nam w okna. Ale tę ścieżkę ci polecam, jeśli jeszcze nie byłaś nad jeziorem, przejdź się kiedyś po pracy. Ładnie tam jest.

Halina była konkretnym człowiekiem, mogłam się tego domyślić po oszczędności jej opisów. Nie czuła potrzeby, by rozpływać się nad rodzajem widoków czy szukać wyrafinowanych przymiotników. Nad jeziorem było ładnie, kropka. Nic więcej nie trzeba dodawać.

– Z przyjemnością! A mogę zapytać, dlaczego tak nagle potrzebują państwo pomocy do sprzątania? Pan Wilner mieszka tutaj od lat, prawda?

Halina zacisnęła usta i spojrzała w stronę budynku. Mimowolnie podążyłam za jej wzrokiem, zanim w ogóle zorientowałam się, co robi. Dopiero po chwili zrozumiałam – sprawdzała, czy ktoś nas nie obserwuje.

Ale kto miałby to robić?

Wróciłam myślami do nieznanego mężczyzny. Przyjrzałam się oknom wychodzącym na ogród. Wszystkie wyglądały na puste, jedynie te na piętrze były zakryte ciemnymi, ciężkimi zasłonami. Jeśli Wilner przebywał w środku, zapewne odsypiał teraz kaca. Był znany z hulaszczego trybu życia.

– Ja tu dopiero od roku pracuję, a poprzednia gospodyni nic nie gadała, więc nie wiem, jak było. Nie pytałam. Możliwe, że w tym roku jest tego więcej. Pan Wilner ma przyjaciela, który spędza z nami lato. Zdaje mi się, że lubią razem świętować.

– Świętować co?

– Zdaje mi się, że wszystko.

Zawahałam się. Nie byłam pewna, czy powinnam dopytywać, ale jak dotąd Halina uczciwie i bez irytacji odpowiadała na moje pytania. Postanowiłam zaryzykować. Chciałam dowiedzieć się o tym miejscu jak najwięcej i jak najszybciej.

– Kiedy szłyśmy przez hol, jakiś człowiek nam się przyglądał – powiedziałam niepewnie. – Stał przy balustradzie u szczytu schodów.

Halina zmarszczyła brwi tylko na moment.

– To na pewno pan Daniel. Nikogo innego poza nim i panem Wilnerem tu nie zobaczysz, w ciągu dnia to miejsce jest jak trumna. Cisza, spokój…

Urwała, a ja odruchowo zastanowiłam się, jak chciała skończyć swoją wypowiedź.

Cisza, spokój, okazjonalnie przemykający po rezydencji duch przeszłości?

– No cisza i spokój, jak to na Mazurach – dopowiedziała.

Chciałam dowiedzieć się czegoś więcej o tym gościu.

– On też jest aktorem?

Pokręciła głową.

– Nie, znają się jeszcze ze szkoły. Ale ja tam nic nie wiem, ja się nie mieszam, ty wiesz, Melu, jak to jest z tymi bogatymi? Zeżrą cię i wyplują. Każdy rozsądny człowiek trzymałby się od tego wszystkiego z daleka.

Przytaknęłam z uśmiechem, bo Halina miała rację.

Ale ja do końca lata zamierzałam skrupulatnie zagłuszać zdrowy rozsądek. Gdybym dopuściła go do głosu, dawno bym stąd uciekła bez oglądania się za siebie. Musiałam grać

swoją rolę, i choć nigdy nie zostanę wielką aktorką, muszę zrobić wszystko, co w mojej mocy, by Halina uwierzyła, że jestem pełną nadziei, odrobinę może naiwną, ale zawsze grzeczną dziewczyną, której można zaufać.

Spacerowałyśmy po ogrodzie, a ja skomplementowałam kilka kolejnych rabat. Znów zaczynało mi się robić gorąco i oddychałam ciężko, lecz nie chciałam jeszcze przerywać tej rozmowy.

– Mówiła pani, że jest tu pani od roku – zagadnęłam. – A stróż jeszcze krócej. Jest jakiś powód, dla którego pracownicy się tak często zmieniają?

Halina uśmiechnęła się do mnie cierpko.

– Spostrzegawcza jesteś.

Czy przesadziłam? Ale przecież sama podała mi te informacje, ja tylko połączyłam je w całość. Przygryzłam dolną wargę. Nie chciałam przesadzić.

Przynajmniej nie pierwszego dnia.

Uśmiechnęłam się do kobiety przepraszająco.

– Ale nie, nie musisz się o nic martwić. Poprzedni stróż był w podeszłym wieku, a gospodyni, która była tu przede mną, złego słowa mi na temat Wilnera nie powiedziała. Wnuki teraz bawi. A ja… – zawiesiła znacząco głos i odczekała, aż spojrzę jej prosto w oczy – ja nigdzie się stąd nie wybieram.

***

Po skończonej rozmowie wróciłyśmy do kuchni, żebym mogła zabrać swoją torbę.

– Tu jest monitoring? – spytałam.

Halina uniosła brwi.

– Jedna kamera na wjazd i jedna na zewnątrz, przed bramą – powiedziała z lekką irytacją w głosie. – Nic w domu, pan Wilner sobie nie życzy. Czemu?

– Ach, nic, po prostu byłam ciekawa. Zastanawiałam się, jak to wygląda w domu bogatych ludzi, wie pani. I jakby mieli monitoring w łazience, to też bym wolała wiedzieć.

Roześmiałam się, a ona uniosła kąciki ust w sztywnym, wymuszonym grymasie. Wciąż była pełna rezerwy, ale mnie to nie przeszkadzało. Z czasem przekona się, że jestem pracowita, pomocna i uczynna, a te cechy otworzą mi drogę do jej serca… i wszystkich informacji, jakie kobieta posiada o tym miejscu. Umiałam być cierpliwa.

– A umowę dostanę?

– Będzie na ciebie jutro czekała.

Męski głos rozbrzmiał za moimi plecami, a ja natychmiast go rozpoznałam. Podskoczyłam i odruchowo przyłożyłam dłoń do serca, jakbym mogła je w ten sposób uspokoić. Odwróciłam się gwałtownie. Na widok stojącego w progu mężczyzny rozchyliłam usta, ale nie byłam w stanie nic wykrztusić. Głupia. Przecież wiedziałam, że tu będzie. Spodziewałam się go tutaj zobaczyć.

Ten dom do niego należał.

Nie powinnam była tak panikować, ale pierwszy raz tego dnia straciłam kontrolę nad swoim ciałem. Zapatrzyłam się w mężczyznę i na moment wszystko wypadło mi z głowy.

Emil Wilner był jednym z najbardziej znanych aktorów swojego pokolenia. Jako dziewiętnastolatek dostał rolę czarującego szpiega Sienkiewicza w pierwszym epizodzie z kinowej serii, którą niedawno zakończono na szóstym filmie. To był oszałamiający sukces. Każda kolejna premiera

ściągała tłumy, a Wilner z dnia na dzień stał się gwiazdą polskiego kina.

Miałam dziesięć lat, gdy pierwszy raz zobaczyłam go na dużym ekranie i z miejsca się zakochałam. Chciałabym powiedzieć, że szybko mi przeszło, ale wzdychałam do Wilnera przez większość lat nastoletnich i teraz, kiedy ujrzałam go w rezydencji, te wszystkie uczucia wróciły.

Wróciły i niemal natychmiast zniknęły.

Mężczyzna był w szlafroku, potargany, nieogolony, z podkrążonymi oczami i ziemistą, zniszczoną cerą. Gęste, ciemne włosy, jego znak rozpoznawczy, sterczały na wszystkie strony, a ciemnobrązowymi oczami, którymi kiedyś porywał tłumy, łypał na mnie wrogo. Zawsze był w formie, w końcu szpieg musi być atletycznej budowy, ale teraz pod skórą wyraźnie rysowały się kości obojczyka, a purpurowy szlafrok na nim wisiał. Wyglądał na znacznie więcej niż swoje trzydzieści cztery lata i nikt nigdy nie zgadłby w tej chwili, że potrafi być czarującym szpiegiem.

Że w ogóle potrafi być czarujący.

Właściwie to byłam pewna, że mój zapijaczony sąsiad po sześćdziesiątce miewał więcej uroku niż człowiek, który stał przede mną.

To właśnie zaskoczenie sprawiło, że w pierwszym odruchu oniemiałam. Ale nie na długo, bo przecież musiałam szybko wrócić do udawania grzecznej, radosnej, niewinnej dziewczyny ze wsi, która chce tu tylko sprzątać. Odchrząknęłam i uśmiechnęłam się szeroko.

– Dzień dobry, ja…

– Daj mi spokój – burknął.

Poczłapał do lodówki i wyciągnął z niej karton soku pomarańczowego. Szedł zgarbiony i trochę powłóczył nogami, co też mnie zaskoczyło. Przecież to nie mógł być ten Emil Wilner z dużego ekranu – czaruś, podrywacz, szarmancki przystojniak, do którego wzdychała połowa moich szkolnych koleżanek. Ten mężczyzna wyglądał, jakby próbował pobić rekord w zapijaniu się na śmierć – bo byłam pewna, że za ziemistą cerę i podkrążone oczy odpowiadał regularny, częsty kac. Takie rzeczy się po prostu wie, gdy dorasta się na mazurskiej wsi, bo zwykle wynosi się je z domu.

Odetchnęłam głęboko. Nie miałam zamiaru pozwolić, by zewnętrzne okoliczności strąciły mnie z wyznaczonego kursu.

– Ja tylko chciałam się przedstawić – zaszczebiotałam. – Będę tu przychodziła pra…

– Daj mi spokój – warknął mężczyzna.

Tym razem zamilkłam. Nie byłam tu przecież po to, żeby kogokolwiek denerwować. Nie byłam tu też dla Wilnera, a w moim planie nawet nie brałam pod uwagę możliwości rozmowy z nim. Wątpiłam, że zaglądał tu częściej niż czasem na weekend, jak to robili pozostali mieszkańcy Złotej Zatoki. Już teraz wiedziałam, że się myliłam. Wilner mieszkał tutaj na stałe, a ja czułam, że w tym budynku dzieje się coś dziwnego.

Nie wiedziałam tylko, czy on ma z tym coś wspólnego.

Przyglądałam się mężczyźnie bez słowa, z lekkim rozbawieniem konstatując, że właśnie rujnuje wszystkie fantazje nastoletniej Meli. Już od dawna o nim nie myślałam, na pewno nie w romantyczny sposób. A jednak ukłuło mnie, że mój pierwszy obiekt westchnień nawet się ze mną nie przywitał. Ale tylko odrobinę, bo przecież znałam swoje miejsce i wiedziałam, że miastowi nie spoufalają się z nami. To była kolejna rzecz, którą się po prostu wiedziało, dorastając w okolicy Złotej Zatoki.

Mężczyzna wyszedł z kuchni i zniknął na przepastnych schodach, a ja poczułam, że Halina mi się przygląda. Uśmiechnęłam się do niej i potrząsnęłam głową z pobłażaniem.

– Ale z niego promyczek słońca, co? – zagadnęłam.

Kobieta zacisnęła usta i nie odpowiedziała.

– Jeśli wpadniesz na niego w trakcie sprzątania, to schodź mu z drogi i nie zagaduj – powiedziała rzeczowo. – A teraz proszę za mną, odprowadzę cię do bramy i poznam cię z Antkiem. On na pewno na twój widok ucieszy się bardziej.

***

Po wymianie numerów telefonu z Antkiem i Haliną wróciłam do domu. Zamknęłam drzwi za sobą i zatrzymałam się w pogrążonym w mroku korytarzu. Miałam przyśpieszony oddech po dłuższym spacerze w upale, a czarną sukienkę kompletnie przepociłam. Panowała cisza. Rzuciłam torebkę na stolik i ze szklanką wody przysiadłam na krześle w kuchni. Czekałam, aż oddech mi się uspokoi.

Wciąż nie mogłam przyzwyczaić się do tego, że jestem nie tylko właścicielką, ale i jedyną mieszkanką tego domu. Wyjechałam stąd, gdy miałam piętnaście lat, i od tamtej pory wracałam rzadko, tylko na święta i tylko jako gość, który wiele energii poświęcił, by zbudować życie gdzie indziej, z dala od tej biedy.

Śmierć ojca ściągnęła mnie tu miesiąc temu i od tego czasu niekiedy wydawało mi się, że moje życie w Gdańsku to tylko krótki sen – przerwa, zanim przeznaczenie ściągnęło mnie na nowo tam, gdzie moje miejsce. Dorastałam w tej okolicy. Wiedziałam, że z tej biedy mało kto się wyrywa.

Musiałam wierzyć, że ze mną będzie inaczej.

Rozejrzałam się po kuchni, jakbym widziała ją pierwszy raz. Nie miałam pojęcia, co zrobić z niektórymi rzeczami ojca. Wśród przedmiotów typowych dla niezamożnego mężczyzny przed pięćdziesiątką stało kilka droższych. Kłuły w oczy jak zapowiedź zmian, które już nie nadejdą. To właśnie dzięki nim zaraz po przyjeździe poznałam, że coś było nie tak. Telewizor na pół ściany. Niedopita butelka whisky za dwa tysiące złotych. Roleks, który ściągnęli ojcu z nadgarstka po śmierci – nie miałam pojęcia, gdzie położyć zegarek, więc zostawiłam go przed telewizorem. Nie wiedziałam, co z tym wszystkim zrobić, nie chciałam w ogóle niczego ruszać, jakby część mnie wciąż spodziewała się, że pewnego dnia ojciec wróci. Ale nie mógł wrócić. Byłam na pogrzebie, widziałam, jak opuszczano do dołu w ziemi trumnę z jego ciałem.

„Atak serca”, poinformował mnie lekarz.

W domu było ciemno i pusto, ale choć zawsze lubiłam spokój, teraz ta pełna napięcia cisza drażniła mi nerwy. Nie mieszkałam pod lasem, tak jak powiedziałam Halinie, tylko na obrzeżach wioski. Nie mieliśmy tu prawie żadnych sąsiadów, żadnego szumu, który by rozpraszał panującą martwotę.

Musiałam coś z tym zrobić.

Przygotowałam sobie kanapkę i zamknęłam się w swoim dziecięcym pokoju, gdzie ściany wciąż pokrywała różowa farba, a na półkach walały się maskotki. Przez lata zbierałam się, żeby trochę odświeżyć to miejsce, żeby nawet w czasie tych krótkich wizyt nie czuć się jak dziecko, ale ciągle to odkładałam.

A teraz?

Teraz, tak jak zawsze, miałam ważniejsze sprawy na głowie.

Ściągnęłam sukienkę i cisnęłam ją w kąt pomieszczenia. W samym staniku i majtkach, z kanapką w dłoni, podeszłam do biurka i wyciągnęłam z szuflady skrzynkę, do której dawno temu wkładałam wszystkie skarby nastoletniej Melanii. Musiałam sprawdzić, czy pamięć mnie nie zawodzi. Uniosłam wieczko i wysypałam całą zawartość na blat. Gdy mój wzrok padł na przedmiot, którego szukałam, uśmiechnęłam się triumfalnie.

Podpisane zdjęcie Emila Wilnera – moja najcenniejsza zdobycz i obiekt zawiści wszystkich szkolnych koleżanek. Chłopak był tu młodziutki, na pewno młodszy niż ja teraz. Miał może dwadzieścia lat. Nosił elegancką, białą koszulę – a cały urok tego zdjęcia polegał na tym, że koszula była mokra i ściśle oblepiała jego muskularne ciało. Uśmiechnęłam się do swoich wspomnień, bo trzynastoletnia Mela uważała tę fotografię za absolutne dzieło sztuki.

Nigdy nie potrafiłam wyjaśnić, co mnie tak hipnotyzowało w tym widoku.

Może ta aura tajemnicy. Przez półprzezroczystą koszulę widziałam wszystkie szczegóły ciała mężczyzny: zarys mięśni, odcień skóry, wyrzeźbione bicepsy i płaski brzuch. A może chodziło o wyraz twarzy, bo Wilner uśmiechał się do obiektywu tak, jakby miał jakiś brudny sekret.

Był jakiś skandal związany z tą sesją zdjęciową, przypominałam sobie mgliście. Poproszono Emila o ściągnięcie koszuli – wiadomo, kim jest aktor bez zdjęć w półnegliżu – a on się nie zgodził i jeszcze urządził awanturę. Po portalach plotkarskich rozniosła się historia, że Wilner nie chce być tylko obiektem westchnień nastolatek, że sprzeciwia się uprzedmiotowianiu męskiego ciała, że to poważny aktor, który skupia się na swoim rzemiośle… Przygryzłam wargę w zamyśleniu, próbując przywołać szczegóły, ale jedyne, czego byłam pewna, to tego, że mój nowy pracodawca nigdy później nie rozbierał się do sesji zdjęciowych.

A ponieważ seria filmów o szpiegu Sienkiewiczu stała się oszałamiającym sukcesem, dołożyło to cegiełkę do budowania wizerunku aktora jako profesjonalisty… z lekkim, maleńkim dziwactwem, na które przymykano oko, bo przecież każdy porządny aktor ma swoje dziwactwa.

No cóż, mnie ta koszula na pewno nie powstrzymała przed wzdychaniem do Wilnera.

Nigdy bym się przed nikim nie przyznała, ile godzin zmarnowałam na gapienie się mu w oczy oraz planowanie naszego przyszłego ślubu i gromadki dzieci. Ale to było dawno temu i dotyczyło zupełnie innej dziewczyny niż ta, którą teraz byłam. Moje zauroczenie przeszło całe lata temu, gdy usłyszałam o ślubie Wilnera z inną początkującą aktorką. Małżeństwo szybko się rozpadło, ale tyle wystarczyło, żeby zdusić głupie, dziewczęce zauroczenie, bo w tamtym czasie nie wyobrażałam sobie, by wzdychać do zajętego mężczyzny.

– Dawne dzieje – mruknęłam sama do siebie.

Gdy mój ojciec dostał posadę stróża w rezydencji Wilnera, ja byłam już tak dorosła i tak bardzo gardziłam celebrytami, że ani razu nie odwiedziłam go w miejscu pracy. Nie interesowała mnie możliwość zobaczenia Wilnera na żywo, a dziś, po naszym pierwszym spotkaniu, mogłam sobie tylko pogratulować rozsądku.

Rzeczywiście nie było warto tracić na niego czasu.

To nie zauroczenie aktorem ściągnęło mnie do jego rezydencji w Złotej Zatoce, żadna tam obsesja, bycie fanką czy ciekawość tego, jak wygląda Wilner w szlafroku. Nic podobnego.

Mój ojciec zmarł w tym miejscu.

A ja byłam pewna, że stracił życie, bo wiedział za dużo.

Oficjalna wersja wydarzeń brzmiała tak, że mój ojciec miał zawał. Ja też w to wierzyłam, bo dlaczego miałam nie wierzyć – tak przecież powiedział lekarz, gdy zadzwonił do mnie z informacją o jego śmierci. Tyle wystarczyło, żebym pozwoliła na pochowanie go bez sekcji zwłok. Owszem, ojciec był jeszcze młody, ale lekarz zapewnił mnie, że to się zdarza. Nawet zdrowym ludziom, a mój ojciec nigdy nie był okazem zdrowia i nieraz słyszałam, jak żartował ze znajomymi, że na coś trzeba umrzeć. Tak właśnie mówią ludzie na wsi, gdy ich boli, a oni boją się iść do lekarza. Przyjęłam jego śmierć do wiadomości i zajęłam się organizacją pogrzebu – sama, bo jakoś tak wyszło, że zostaliśmy tylko my dwoje na tym świecie.

To było miesiąc temu.

Tydzień temu odkryłam dowody na to, że ktoś kupił milczenie mojego ojca.

3

Sprzątanie okazało się znacznie prostszym zajęciem od studiowania pielęgniarstwa, więc szybko wpadłam w wyznaczony rytm pracy. Halina pokazała mi składzik obok kuchni, gdzie znajdowały się płyny i spreje do różnych powierzchni, kartkę z listą zakupów, gdzie miałam zapisywać, gdy coś się skończyło, szufladę ze ścierkami i kosz w pralni, do którego na koniec dnia miałam wrzucać brudne szmaty. W pół godziny wyjaśniła mi wszystko, co potrzebowałam wiedzieć. Słuchałam jej uważnie, nie zmieniając tematu, żeby sobie nie pomyślała, że łatwo się rozpraszam albo praca mnie nie interesuje.

W końcu ta praca, w tej rezydencji, bardzo mnie interesowała.

– To wszystko – oznajmiła Halina. – Jakieś pytania?

Pokręciłam głową.

– Powinnam dać sobie radę.

– Pokażę ci salon.

Zaprowadziła mnie na tył rezydencji, do pomieszczenia wychodzącego na ogród i połączonego z nim tarasem. Pokój był olbrzymi, większy chyba niż cały mój dom, i podzielony na mniejsze strefy. Nie byłam pewna, na co patrzę. Wyglądało to tak, jakby ktoś zestawił kilka salonów i usunął ściany.

– To… salon? – spytałam niepewnie.

– Pan Wilner lubi mieć przestrzeń do przyjmowania gości.

Wewnątrz ustawiono kilka zestawów kanap i stolików, w taki sposób, by stworzyć wrażenie ustronności i prywatności. Kanapy były czarne i czerwone, odcinały się jaskrawym kontrastem od szarych ścian.

Wszystkie bez wyjątku były zapaskudzone – podobnie jak podłoga, stoliki i każdy inny skrawek powierzchni. Przyglądałam się temu oniemiała. Wszędzie walały się śmieci, puste butelki i szklanki po drinkach. Gdybym nie wiedziała, że to prywatna rezydencja, pomyślałabym, że wczoraj odbywał się tu wystawny bankiet.

– Ilu tych gości było?

– Mówiłam ci już, że ja się takimi sprawami nie interesuję – powiedziała sztywno Halina i odczytałam to jako dobrą radę, by zachować podobne pytania dla siebie. – Na lodówce są tace, których możesz używać do znoszenia kieliszków. Wiesz, gdzie jest zmywarka.

Skinęłam głową.

– Gdybyś znalazła wymiociny na dywanie, to zwykle sprzątam je na miejscu, ale raz na jakiś czas możesz też poprosić Antka o pomoc i wynieść dywan do szorowania do ogrodu. Zobaczysz sama, że będą tego potrzebować. I jeśli w miarę szybko się uwiniesz ze sprzątaniem, a chciałabyś trochę dorobić, to poinformuj mnie i dostaniesz dodatkowe zadania. Przydałoby się, żeby ktoś czasem porządnie wyszorował meble. Poza tym na piętrze stoi kilka pustych sypialni, które mogłabyś odświeżać, ale to musiałybyśmy ustalić wcześniej, bo pan Wilner bardzo nie lubi, gdy ktoś mu się pałęta pod nogami.

Skinęłam głową.

– Brzmi dobrze.

– Tam jest jeszcze łazienka, która też należy do twoich obowiązków – poinstruowała Halina, wskazując na drzwi w głębi korytarza, ledwie widoczne zza rogu salonu. – Kominka nie musisz czyścić, nikt go nie używa.

Rozejrzałam się po pomieszczeniu i zmarszczyłam brwi.

– Kominka?

Halina wskazała dłonią na ścianę za naszymi plecami, w której znajdowały się drzwi prowadzące do głównego holu. W róg tej ściany faktycznie był wbudowany kominek, a obok niego pusta skrzynka na drewno i stojak na narzędzia: zmiotkę, szufelkę i pogrzebacz, wszystko wykonane z dobrej jakości żeliwa.

– I chyba nie muszę ci mówić, że wolno ci wchodzić wyłącznie do tych pomieszczeń, w których pracujesz. Żadnego wałęsania się po piętrze, zaglądania do innych pokojów i wtykania nosa w cudze sprawy. Zrozumiano?

Przytaknęłam energicznie. Oczywiście, nie miałam zamiaru wałęsać się po piętrze.

Nie w godzinach pracy Haliny.

***

Po wyjściu kobiety natychmiast zabrałam się do pracy. Otworzyłam czarny worek i zaczęłam wrzucać do niego śmieci. Nie miałam pojęcia, co tu się mogło dziać poprzedniej nocy, ale byłam pewna, że niedługo się tego dowiem. Znajdę odpowiedź na wszystkie swoje pytania.

Musiałam tylko być cierpliwa.

Po śmieciach przyszła pora na transport naczyń do zmywarki. Stawiałam szkło na tacy i zastanawiałam się, co tu się wyprawia nocami. Wilner organizował przyjęcia, na które zjeżdżały się tłumy, co samo w sobie nie było szokujące – był przecież młody i od zawsze znany z imprezowego trybu życia. Wczoraj przed snem sprawdziłam, co pisały o nim w ostatnim czasie portale plotkarskie.

Otóż nic.

Wilner trzy miesiące temu zapadł się pod ziemię. Z tamtego okresu pochodziła ostatnia plotka na jego temat, mówiąca o możliwym powrocie szpiega Sienkiewicza na ekrany kin – jedna z wielu, które regularnie trafiały do opinii publicznej. Choć od ostatniej premiery minęły dwa lata, a producent oficjalnie potwierdził, że nie planuje kolejnych części, temat kontynuacji powracał jak bumerang – jak w przypadku każdego filmu, który okazał się sukcesem nie tylko artystycznym. Nie wiedziałam, czemu nie planowano kolejnych filmów, bo przecież nikt nie zabija kury znoszącej złote jaja, ale do tej pory nigdy mnie to nie interesowało.

Załadowałam kolejną tacę i zatrzymałam wzrok na czerwonej szmince odbitej na skraju kieliszka. Na ten widok wróciło do mnie wspomnienie dnia, w którym dowiedziałam się, że ktoś zapłacił za milczenie mojego ojca.

Tego dnia przestałam być smutna, a zaczęłam być wściekła.