Sophie i złotodziób purpurowy - Gertie Hoatzsel - ebook

Sophie i złotodziób purpurowy ebook

Gertie Hoatzsel

0,0

Opis

W samym sercu Europy leży Dortyk – państwo-miasto otoczone rozległymi lasami, o których krążą niezwykłe opowieści. Drzewa rosną tu sześć razy szybciej niż gdziekolwiek indziej, a niektórzy twierdzą, że pośród nich widują „świecące duszki”. To właśnie one dały początek legendzie o Leśnych Duchach, które tajemniczym światłem odżywiają las, nadając mu nadprzyrodzone właściwości. 
Nie każdy może ujrzeć „duszki”, lecz Sophie Zamoyski widzi je od zawsze. Las jest jej opoką i miejscem, w którym odnajduje siłę, by mierzyć się z trudami codzienności. Los wielokrotnie wystawiał ją na próby, a teraz przygotował dla niej kolejną. 
Pewnego dnia Sophie przypadkiem znajdzie w lesie małego jaguara, którego będzie poszukiwać cały Dortyk. Postanowi zabrać zwierzę do domu i w sekrecie je wychować, a następnie wywieźć do Brazylii – ambitny plan jak na piętnastolatkę. Życie jednak pokrzyżuje te zamiary i zmusi ją do ucieczki. Oczywiście – do lasu. Tam odkryje całą prawdę o legendarnych Leśnych Duchach, ale także – ku wielkiemu zdumieniu – o sobie samej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 521

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Przeklęte urodziny

Z domu przy ulicy Leśnej 7 wyszła ciemnowłosa kobieta w towarzystwie nastolatki. Pospiesznie skierowały się w stronę przystanku autobusowego, prowadząc ożywioną rozmowę.

– …i codziennie za późno wstajemy! Jeszcze żebyśmy jeździły tym samym autobusem, to mogłybyśmy chociaż trochę porozmawiać. Ostatnio nawet na to nie starcza nam czasu, nad czym ubolewam… – powiedziała Makaria.

– Tak, wiem. Ja też… – westchnęła nastoletnia Sophie. – Taki czas, Mak. Tylu egzaminów to nigdy nie miałam i normalnie aż się trzęsę. Co to będzie…

– Będzie dobrze – uspokoiła ją Makaria. – Po prostu systematycznie ćwicz, ucz się, śpij więcej…

– Łatwo powiedzieć… – wtrąciła Sophie.

– …i czasami wyjdź z pokoju, żeby ze mną porozmawiać! – dokończyła z kwaśną miną. – Och! Mój autobus! Muszę lecieć! Trzymaj się, słoneczko! – Cmoknęła Sophie w policzek, po czym ruszyła w podskokach przed siebie. – Rety, mam nadzieję, że jeszcze nie ma korków w centrum, bo znowu się spóźnię i szef się wkurzy… – rzekła, wchodząc do pojazdu.

Szef Makarii Zamoyski był burmistrzem i kładł szczególny nacisk na punktualność. Lecz ona traktuje poranny budzik jako największą torturę. Co gorsze, jej pasierbica Sophie ma ten sam problem, więc obie często są spóźnione do pracy i szkoły, bo żadna nie kwapi się do tego, by rano wstawać.

Kiedy autobus Makarii odjechał, Sophie, czekając na swój, kroczyła wzdłuż chodnika. Rozmyślała na różne tematy, patrząc na roślinność, która budziła się z zimowego snu.

W Dortyku przyroda ma szczególne oblicze – w dodatku osławione na całym świecie. To niewielkie miasto-państwo, położone w samym centrum Europy, wiele lat temu okrzyknięto Europejską Ostoją Dzikiej Przyrody – równie cenną jak południowoamerykańska Amazonia. Rozległe lasy dortyckie stanowią około sześćdziesięciu procent powierzchni całego kraju, a w ich głębi znajdują się góry z licznymi strumykami i rzeką. To właśnie tam zjeżdżają turyści i wycieczki szkolne ze względu na wyjątkowy krajobraz, aczkolwiek największe zainteresowanie budzą urzędujące w tym rejonie salamandry. Lecz w przyrodzie dortyckiej jest coś jeszcze – nadprzyrodzone właściwości, których nikt nie potrafi wyjaśnić. To właśnie one rozsławiły Dortyk na całym świecie.

Tutejsze drzewa rosną sześć razy szybciej niż zwykle. W zaledwie pięć lat może wyrosnąć wielkie drzewisko, które wygląda, jakby miało dobre trzydzieści lat. Do tego pozyskane z nich drewno ma najwyższą możliwą jakość oraz wytrzymałość, z jaką żadne inne nie może się równać.

Mimo wielu prób nikomu nie udało się rozwikłać zagadki drzew dortyckich. W przeszłości notorycznie ktoś widywał w lesie tajemnicze „fruwające, świecące duszki”, więc zrodziła się legenda o Leśnych Duchach, które zamieszkują puszczę i odżywiają ją swoim magicznym światłem, nadając drzewom nadzwyczajne właściwości. Dziś także zdarza się, że ktoś spotyka „duszki” w najstarszej części lasu, aczkolwiek dzieje się to rzadko. Mimo to legenda rozgrzewa międzynarodową publikę i co roku przyciąga tysiące turystów. Wśród nich są nie tylko miłośnicy przyrody, ale też naukowcy, badacze zjawisk nadprzyrodzonych i poszukiwacze, którzy usilnie próbują znaleźć dowód na istnienie „duszków”.

Z tego względu w lasach dortyckich panują ścisłe zasady. Po lasach dozwolone jest poruszanie się pieszo, rowerem, konno lub powozem z koniem, natomiast jeździć samochodem może wyłącznie straż leśna i inne służby. Dodatkowo najstarsza i jednocześnie najbardziej oblegana część lasu (gdzie ludzie widują „świecące duszki”) jest praktycznie zamknięta przez cały rok. Znajduje się tam Rezerwat Ścisły, otwierany dla zwiedzających tylko na jeden tydzień, i to w porze letniej. Przez resztę roku jego granic strzegą leśni strażnicy, aby chronić cenne gatunki zwierząt i roślin w tym miejscu – nie tylko przed ciekawskimi osobnikami, ale także kłusownikami.

Sophie Zamoyski od początku życia była wielką miłośniczką przyrody i legendy o Leśnych Duchach. Być może dlatego zawsze podczas wędrówek po puszczy przytrafiały jej się dziwne rzeczy. W lesie widziała znacznie więcej niż inni.

Pierwszy szok przeżyła w wieku pięciu lat, gdy odwiedziła z tatą rezerwat (cudem zdobyli bilety). Nad głazem, obok kilkusetletniego drzewa, mignęło jej „fruwające światełko”. Rok później ponownie odwiedzili to miejsce, ale nie weszli do środka, tylko stali przed ogrodzeniem rezerwatu, obserwując wielką polanę. W oddali zauważyła wilczycę, która nieoczekiwanie podeszła bardzo blisko. Patrzyła wnikliwie w ich stronę, aż nagle w jej oczach pojawiły się biało-niebieskie płomyki. Chwilę później uciekła w głąb lasu i już nie wróciła, a Sophie skakała z radości, że kolejny raz widziała leśnego ducha. Od tamtej pory praktycznie każdy ich wypad do tego miejsca (a wybywali tam co weekend, wypożyczając powóz z koniem), kończył się tym, że Sophie „coś” widziała. A to światełko na bagnach, a to świetliste strużki na skrzydełkach ptaszka na wrzosowiskach, a to świecący pyłek na pręcikach kwiatka rosnącego u podnóża Gór Dortyckich. Widziała znaki „duszków” wszędzie, nawet poza rezerwatem, co w zasadzie było nienormalne. Pewnie dlatego, że mocno wierzyła w ich istnienie. Jej tata także wierzył, choć sam nie widywał „światełek”. Czerpał radość z jej uciechy, co jeszcze bardziej ją nakręcało. Lecz odkąd nie było taty, wyprawy do lasu i spotykanie „duszków” nie przynosiły jej tyle szczęścia, co kiedyś…

– No idziesz, dziewczyno, czy nie?! Autobus nie będzie czekał w nieskończoność! – krzyknął ktoś do niej, kiedy stanęła jak wryta przed wejściem do pojazdu.

– Przepraszam. Zamyśliłam się… – rzekła Sophie z kwaśną miną, po czym wsiadła.

– Dziewczę drogie, nad czym tu rozmyślać o tak niewdzięcznej porze, a zwłaszcza w twoim wieku? – bąknął starszy pan o lasce, po czym usiadł na siedzisku.

– O urodzinach… – mruknęła pod nosem i stanęła przy oknie.

Wiosna to czas, gdy natura budzi się do życia, lecz dla Sophie to sygnał o zbliżających się urodzinach, które każdego roku przywołują bolesne wspomnienia.

Przy porodzie umarła jej mama. Wiedziała o niej tylko tyle, że miała na imię Liwia i była kobietą o wielkim sercu oraz artystycznej duszy. Tata za każdym razem to powtarzał, choć wspominał o niej rzadko, bo bardzo ciężko przeżył jej stratę. Sophie, mimo że jej nie znała, czuła z nią osobliwą więź. W chwilach złości czy smutku wyciągała jej zdjęcie i do niego mówiła, czując przy tym ulgę, jakby rozmawiały naprawdę.

Natomiast tata był całym jej światem. Najlepszym przyjacielem, powiernikiem tajemnic i mentorem. Jako samotny ojciec i młody wdowiec miał trudny start, ale dostał ogromne wsparcie od swojego brata Bryana i jego żony Adelajdy. Z żałoby otrząsnął się, gdy znalazł nową pracę – w tartaku. W zaledwie kilka lat przeszedł przez wszystkie szczeble kariery i stał się wiceprezesem. Szczególną rolę w tym odegrał prezes firmy, który wysyłał go na różne szkolenia, twierdząc, że warto inwestować w jego talent do zarządzania. Prezes miał w sobie wiele wyrozumiałości i nigdy nie robił Arthurowi problemów, że zabierał Sophie do biura (na przykład kiedy przedszkole działało krócej). Zresztą pracownicy również okazywali zrozumienie, szczególnie wtedy, gdy Sophie dawała im „koncerty” – uwielbiała śpiewać i tańczyć, zwłaszcza chodząc po pokojach w biurze.

Talent muzyczny odziedziczyła po tacie, który choć był samoukiem, to z dużą łatwością zarówno grał, jak i komponował. Pianino i gitara wybrzmiewały w ich domu często, aż w końcu zaczęli układać własny śpiewnik, wspólnie komponując melodie oraz słowa piosenek. Ulubionym utworem Sophie stał się Do lasu chodź, tam duszków czar – oczywiście związany z Leśnymi Duchami.

Arthur i Sophie byli wyjątkowo zgranym duetem. Mieli swój własny świat, którego inni nie rozumieli, a szczególnie klasowi rodzice ze szkoły muzycznej (do której, z oczywistych względów, posłał ją tata).

– Ten Zamoyski to jakiś wybryk natury! Dopuszcza tę małą do głosu w każdej sprawie. Przecież to niedorzeczne, to jest dziecko! Jak można słuchać jego opinii w jakiejkolwiek sprawie?!

– Otóż to! Ja wyznaję zasadę, że dzieci i ryby głosu nie mają. Naprawdę nie widzę potrzeby słuchania dzieci. One mają robić to, co rodzice każą, bez dziamgania.

– Gdzie jest żona tego Zamoyskiego? Baba by mu zaraz ustawiła głowę jak trzeba!

– Nikt nie wie, kto jest matką tej Sophie. Ale słyszałam, że ją porwał, żeby mieć tylko dla siebie. Co za biedna kobieta…

Takie właśnie plotki i wiele innych tworzyły się na ich temat. Nie tylko dlatego, że Arthur nikomu nie wyjawił, co się stało z jego żoną (bo to jego prywatna sprawa), ale też z powodu tego, jak wychowywał Sophie. Większość rodziców (choć nie wszyscy) zawistnie go krytykowała za to, że dobrze dogaduje się z córką i uznaje jej zdanie w każdej sprawie. Być może dlatego, że sami nie potrafili porozumieć się z własnymi dziećmi i mieli z nimi mnóstwo problemów.

Niestety, odbijało się to na Sophie. Rodzice wrogo nastawiali swoje dzieci do niej i dlatego była osamotniona – ale tylko w szkole, bo w domu miała tatę i ich cudowny świat „muzyki i lasu”.

Jakiś czas później pojawił się ktoś jeszcze. Sophie na początku nie była zadowolona, bo do tej pory tata poświęcał jej całą uwagę. Potem jednak Makaria okazała się naprawdę w porządku i pasowała do nich. Była opiekuńcza i dobra, a w dodatku nauczała przyrody (w jej szkole) i wierzyła w istnienie Leśnych Duchów (co dla Sophie było szczególnym kryterium). Z nią wędrówki po lesie stały się jeszcze ciekawsze, gdyż opowiadała im ciekawostki o roślinach i zwierzętach zamieszkujących puszczę dortycką. Arthur czuł wielką radość, że Sophie polubiła Makarię, bo z nią mieli w końcu namiastkę rodziny.

Niedługo potem wszystko się zawaliło. W dniu dziesiątych urodzin Sophie Arthur miał rozległy zawał serca i zmarł. Sophie nie potrafiła pojąć, dlaczego los tak okrutnie ją doświadcza – najpierw mama, potem tata i oboje w jej urodziny.

Nowa rzeczywistość była dla niej potworna. Czuła, jakby jej serce pękło na pół i nie mogło się skleić.

Z pogrzebu – który był dla niej istnym koszmarem – niewiele zapamiętała. Tylko: zdruzgotany wyraz twarzy zarówno u wujka Bryana, jak i u cioci Adelajdy; trupio bladą Makarię, która wyglądała tak, jakby ostatkiem sił powstrzymywała się przed omdleniem; prezesa tartaku (choć dla niej „wujka prezesa”), który mocno ją przytulił i popłakał się w jej ramionach jak małe dziecko; zasmuconych pracowników firmy i garstkę normalnych rodziców z klasy; oraz trzech dziwacznie wyglądających mężczyzn, których nigdy wcześniej nie widziała – jeden miał na sobie brązowy surdut, jasnozieloną koszulę, ciemnozieloną muszkę w białe kropki, brązowy kapelusz, laskę ze złotą rączką i siwą brodę. Kiedy na niego spojrzała, uśmiechnął się do niej ciepło, jakby ją dobrze znał, co było bardzo osobliwe. Natomiast jedna rzecz szczególnie zapadła jej w pamięć tamtego dnia. Rzecz, której w zasadzie nie da się wyjaśnić w normalny sposób.

Kiedy po ceremonii nastały kondolencje, chyłkiem wymknęła się na polanę obok cmentarza. Nie mogła tego słuchać, to było ponad jej siły. Usiadła na trawie i w oddali zobaczyła wilka, który nagle skierował się w jej stronę – co ją naprawdę zaskoczyło.

– Nie wierzę… – rzekła wówczas do siebie. – Ma taką samą rudą plamę na szyi jak tamta wilczyca przy rezerwacie. Ta, której oczy się zaświeciły…

Dokładnie pamiętała tamtą wilczycę sprzed kilku lat. Nie mogła uwierzyć, że zawędrowała aż tak daleko (rezerwat jest około dwudziestu kilometrów od cmentarza). Jeszcze dziwniejsze było to, że do niej podeszła. Stanęła naprzeciwko, spojrzała czule swoimi miodowymi oczami, po czym położyła głowę na jej barku. Sophie odruchowo objęła ją za szyję, a wtedy poczuła, jak przeszywa ją ciepły dreszcz, który rozgrzał ją od środka.

– Taty… już z nami nie ma… wilczyco… – wyszeptała łamiącym się głosem do ucha zwierzęcia.

I nagle wybrzmiał żeński głos:

– Bardzo mi przykro, Sophie…

Dziewczynka w popłochu rozejrzała się dookoła, ale nikogo nie zauważyła. Spojrzała na wilczycę i w jej głowie pojawiła się kompletnie odpalona myśl.

– Czy to… Ty? Ty to powiedziałaś? – zapytała, patrząc na zwierzę.

Wtedy oczy wilczycy zapłonęły biało-niebieskim światłem, a chwilę później – o zgrozo – żyły na jej prawej ręce również. Myśli zaczęły jej pędzić, podobnie jak serce, a ręce aż dygotały z oszołomienia. Spojrzała na wilczycę wytrzeszczonymi oczyma, a ta tylko musnęła ją nosem w czoło, po czym pobiegła do lasu i zniknęła w jego otchłani.

Czuła się kompletnie skołowana. Wiele razy widziała różne dziwne rzeczy, ale nigdy nie przydarzyło jej się coś takiego. Patrzyła, jak tajemnicze światło gaśnie na jej dłoni, czując przy tym fascynację i jednocześnie niedowierzanie.

Nikomu o tym nie powiedziała. Nie miała pewności, czy to zdarzyło się naprawdę, czy był to wytwór jej wyobraźni, tak silnie rozstrojonej emocjami w tamtej chwili.

Po pogrzebie zaczęła się batalia sądowa o prawa do opieki nad nią, która trwała prawie rok. Ostatecznie pani sędzia zdecydowała, że Sophie zostanie w swoim domu pod opieką Makarii – tak jak dziewczynka tego chciała. Wujek Bryan i ciocia Adelajda, z którymi Sophie była dosyć mocno związana, przyjęli jej wolę i decyzję sądu z lekkim zawodem, ale jednocześnie zrozumieniem. Wiedzieli, dlaczego chciała zostać w domu (był dla niej miejscem pamięci o tacie), a do Makarii nie mogli się przyczepić. Była dla Sophie bardzo dobra i wiele poświęciła, aby o nią zadbać po tym, co się stało. Z podziwem patrzyli, jak obca kobieta, tak zwana macocha, potrafiła tak mocno pokochać ich bratanicę. Coś takiego nie zdarza się często.

Zupełnie inaczej patrzyli na to klasowi rodzice. Dla nich taki obrót spraw był nie do zaakceptowania.

– Ta cała Makaria umie się ustawić. Niby skromna nauczycielka, a jednak przebiegła. Słyszałam, że Zamoyski miał całkiem spory majątek. Teraz będzie się pławić.

– A ja nie pojmuję, co to za sędzia, że oddała dziecko obcej babie zamiast wujostwu, bo ono tak chciało! Zamoyski nawet zza grobu manipuluje sędzią tymi swoimi bzdurami o słuchaniu opinii dziecka!

– Aż strach pomyśleć, co wyrośnie z tej Sophie pod ręką macochy…

Do rodziców dołączały ich dzieci. Mury szkoły aż trzęsły się od plotek, które mimowolnie docierały do Sophie.

– To dziwaczka, dlatego nikt z nią nie chce gadać. Ja nawet bym się bała. Wykończyła ojca, a z matką nie wiadomo, co się stało. Może to wampirzyca? Uśmierciła rodziców, to teraz weźmie się za innych…

– Ma jeszcze macochę, nie? No chyba że macocha pierwsza ją wykończy, bo mama mi mówiła, że to straszna jędza. Dobrze, że jeszcze nie mamy z nią lekcji…

Nikt nie zważał na uczucia Sophie i Makarii. Podłość ludzi nie znała granic. Sophie chciała opuścić szkołę, ale w przypadku szkoły muzycznej nie było to takie proste. Musiałaby zdawać dodatkowe egzaminy z instrumentów, a kompletnie nie miała motywacji, by się do nich przygotować. Cierpliwie znosiła te obrzydlistwa, mając na horyzoncie egzamin dyplomowy za kilka lat, do którego na spokojnie się przygotuje i który będzie furtką do zmiany szkoły.

Nie było łatwo przetrwać ten okres, ale udało się jej dzięki Makarii. Była dla niej opoką na co dzień i mimo że Sophie całkiem zamknęła się w sobie, to Makaria w jakiś sposób potrafiła do niej dotrzeć.

– Sophie, skoro wiesz, że to kłamstwa, dlaczego się nimi przejmujesz? – mówiła. – Odkąd nie ma Arthura, jesteś wycofana, co jest zrozumiałe, ale… nigdy nie uwierzę, że straciłaś własne zdanie, które on uczył cię mieć.

– Mam własne zdanie, ale… nie umiem go wypowiedzieć. Ciężko mi cokolwiek mówić w szkole, nawet do nauczycieli. Kiedy słyszę te wszystkie szepty za plecami, dostaję paraliżu.

– Sophie, powiedz mi, co jest dla ciebie ważne?

– Co? – zdziwiła się. – No, ym… Ty, wujek i ciocia, wujek prezes… muzyka… no i las – rzekła po namyśle Sophie.

– Jak widzisz, wśród tych rzeczy nie ma ohydnych plotek. Dlatego trzymaj się rzeczy ważnych dla ciebie, a resztę olej – poradziła Makaria. – Ludzie potrafią zatruć życie i często kończy się to tragicznie. Ale ja nie pozwolę, żebyś uległa tej truciźnie! Wiesz, co mi pomogło, kiedy słyszałam te ohydztwa i też nie potrafiłam nic odpowiedzieć? – Spojrzała na nią przenikliwie. – Rzucałam im cięte riposty w myślach! Dodawało mi to sił, żeby przetrwać to piekło, jeszcze zanim zmieniłam pracę. Spróbuj tak robić. To nie to samo co mówić na głos, ale też daje ulgę, bo częściowo wyrzucasz to z siebie.

Makaria zrezygnowała z posady nauczycielki, ponieważ plotki na jej temat urosły do takich rozmiarów, że prowadzenie przez nią lekcji stało się po prostu niemożliwe. Znalazła nową, zupełnie inną pracę w biurze burmistrza. Pracuje tam do dziś i na szczęście nic złego jej tam nie spotyka – z wyjątkiem nadgodzin, które dość często bierze.

Śmierć Arthura mocno odbiła się też na wujku Bryanie. Wcześniej był rozgadanym, choć nadętym ważniakiem w garniturze. Przyzwyczaił się, że w świecie wielkiego biznesu trzeba mówić to, co wypada, lub to, co może przynieść zyski, i niestety w domu postępował podobnie – co nie podobało się w zasadzie wszystkim. Swego czasu nawet odbiła mu szajba, kiedy jego Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych osiągnęło wielki sukces i bardzo się wzbogacił. Lecz kiedy Arthur umarł, jego pompatyczność i wygadanie zniknęły w jednej chwili. Całkowicie zamilkł, nie rozmawiał nawet z ciocią Adelajdą i swoimi córkami – Rozalią i Różą – a także przestał chodzić do pracy, co było wręcz nieprawdopodobne. Izolował się od wszystkich, pogrążony we własnych przemyśleniach.

Jakiś miesiąc później odwiedził Sophie i Makarię. Wyglądał markotnie, choć już lepiej niż ostatnio, ale obie odniosły wrażenie, że chce im powiedzieć coś ważnego.

– Powinnyście coś wiedzieć – rzekł, zasiadając na kanapie. – Kiedy Arthur był w ostatniej klasie liceum, uciekł z domu. Na początku myślałem, że to młodzieńczy wybryk i chciał sobie coś przemyśleć w samotności. Zawsze kroczył swoimi ścieżkami… – westchnął. – Ale po kilku dniach znalazłem w jego pokoju list i zrozumiałem, że on naprawdę odszedł. Załamałem się kompletnie. Tęskniłem, martwiłem się… – Bryanowi zaczął łamać się głos. – Aż nagle, po siedemnastu latach, wrócił. Była to noc, kiedy szalał huragan stulecia. Stanął w drzwiach, przemoknięty do suchej nitki i do tego z niemowlęciem w ramionach… – Łzy naszły mu do oczu. – Nic nie chciał mówić. Gdzie był, co robił… powiedział tylko, że Liwia zmarła przy porodzie i że bardzo ją kochał, ale nie może tego roztrząsać, bo musi być silny… dla ciebie. – Bryan spojrzał na Sophie, a po policzku pociekła mu łza. – Myślałem, że serce mi pęknie z tego wszystkiego… ale przynajmniej znów miałem brata… i jeszcze bratanicę… – Zamilkł na moment. – Miesiąc temu poczułem się tak, jak wtedy. Pomyślałem, że on zniknął jak kiedyś i pewnie niedługo wróci… ale potem dotarło do mnie, że tym razem straciłem go na zawsze…

Sophie i Makaria długo nie mogły się otrząsnąć po tym, co usłyszały. Bracia Zamoyscy różnili się poglądami i charakterami, przez co często się spierali, ale mimo to łączyła ich niezwykle silna więź. Potrafili czuć swoje myśli i rozumieć się niemalże bez słów. Patrząc na nich, nikt by nie powiedział, że przez prawie dwie dekady ze sobą nie rozmawiali – a przecież coś takiego powinno wpłynąć na ich relację. Nie mniej zaskakujące dla nich obu było samo zniknięcie Arthura na tyle lat – lecz ta sprawa już na zawsze pozostanie tajemnicą.

Po tej rozmowie wujek wrócił do siebie, ale już nigdy nie był taki jak wcześniej. Śmierć Arthura trwale coś w nim zmieniła. I tak samo było z Sophie.

Autobus zatrzymał się przed szkołą i Sophie wysiadła. Kroczyła w stronę budynku, a jej myśli płynęły dalej w stronę wspomnień, aż zatrzymały się na tym, od czego zaczęła swoje rozmyślania.

– Muszę przetrwać te przeklęte urodziny – mruknęła pod nosem. – Tym razem mam cel. Dyplom, wstępne, testy ósmoklasisty i zmiana szkoły. Nareszcie – westchnęła. – Może w końcu coś się w moim życiu zmieni na dobre.

Prezent jedyny w swoim rodzaju

Wszystkiego najlepszego, Sophie!

Do jej uszu dotarł głos Makarii, gwałtownie wybudzając ją ze snu.

– Już piętnaście lat masz na koncie! Jak ten czas szybko leci – westchnęła. – Och, życzę ci, żebyś wszystkie egzaminy zdała celująco! I żebyś spełniła swoje marzenie o zmianie szkoły! – Ucałowała ją w policzek. – Śniadanie już czeka – dodała i opuściła pokój.

Sophie ślamazarnie podeszła do garderoby. Najpierw spadło jej na głowę kilka bluz, potem założyła koszulkę tył na przód, a na koniec niezgrabnie włożyła nogę do spodni i się wywróciła.

– Nie cierpię urodzin! – huknęła ze złością. – Nic tego dnia nie idzie tak, jak powinno!

Zeszła na dół na śniadanie. Chwilę pogadała z Makarią, po czym obie pognały – jak zwykle spóźnione – na przystanek. Kiedy Makaria odjechała swoim autobusem, do Sophie zadzwonił wujek Bryan.

– …wciąż nie wierzę, jak ten czas leci! Rozalka ma już dwadzieścia lat, a ty zaraz będziesz miała tyle samo – rzekł z refleksją. – Wiem, że nie obchodzisz urodzin, ale może tym razem poszłabyś z nami wieczorem do restauracji? – dokończył niepewnym głosem.

– Dziękuję, wujku… ale wolę spędzić ten dzień tak, jak do tej pory – odpowiedziała po chwili.

– Rozumiem – westchnął. – Gdybyś zmieniła zdanie, to o osiemnastej wybieramy się do El Paso, zaraz po wizycie na cmentarzu. Obie z Mak jesteście zaproszone.

Na koniec dodał, że jeśli nie zobaczą się w El Paso, to po kolacji odwiedzi ją w domu z prezentem. Rozłączyli się. Chowając komórkę do kieszeni, pospiesznie weszła do autobusu, który właśnie podjechał.

W drodze zastanawiała się, co tym razem wujek Bryan wymyślił na prezent. Jest wielkim miłośnikiem gadżetów i technologii, więc w ostatnich latach wyposażył ją w wiele sprzętów – dostała laptop, telefon, głośnik bezprzewodowy. W zasadzie więcej nie było jej do szczęścia potrzebne i bardziej przydałyby się jej nowe struny do altówki, bo te, które ma, zaraz się rozpadną. Marzyła o komplecie Evah Pirazzi, które mają przepiękne brzmienie, ale niestety są potwornie drogie.

W połowie drogi do szkoły telefon ponownie zadzwonił. Tym razem był to wujek prezes – z tartaku.

– …a teraz siedzę w Norwegii, więc nawet nie miałbym jak. Przeleję na konto Makarii wkład do twojej skarbonki i ona ci wypłaci gotówę. Może tak być?

– Jasne, wujku – zapewniła.

– To dogadane – stwierdził i nagle zmienił temat. – Często myślę o Arthurze, był wyjątkowym przyjacielem i wspólnikiem. Firma nadal realizuje jego strategię rozwojową, chociaż teraz rządzą tam młodziaki na stanowiskach… trochę żałuję, że się wycofałem na przedwczesną emeryturę, ale czasami robię niezapowiedzianą wizytę zarządowi, żeby ich podrażnić, he, he. W końcu nadal jestem głównym udziałowcem…

Wujek prezes rozgadał się jak nigdy i resztę drogi do szkoły spędziła z telefonem przy uchu.

– …jakoś znosi moje podróże, ale marudzi, że ciągle mnie nie ma. A sama nie chce ze mną jeździć! Za żoną nie trafisz, to wyższa szkoła jazdy, he he – zaśmiał się. – Dobra, Sophie, muszę kończyć. Jeszcze raz najlepszego i pamiętaj o tym, co ci mówiłem. Jeśli będziesz potrzebować jakiejkolwiek pomocy, to wal śmiało. Zawsze możesz na mnie liczyć.

– Dziękuję, wujku – rzekła z wdzięcznością.

– Zaraz puszczam przelew! I widzimy się, jak wrócę, muzykantko!

Rozłączyli się. Była szczerze zdumiona tak długą rozmową z wujkiem prezesem. Samotne podróże chyba dają mu się już we znaki.

Jego zapowiedź „przelewu na skarbonkę” bardzo ją ucieszyła, bo ten rodzaj prezentu ceniła sobie najbardziej. Dwa lata temu założyła specjalną skarbonkę, aby zbierać środki na wycieczkę do Brazylii. Jej największym marzeniem jest zobaczyć puszczę Amazońską, o której przeczytała tony książek i obejrzała mnóstwo filmów. Puszczę dortycką kocha absolutnie, ale deszczowe lasy Amazonii to coś zupełnie innego. Można się w nich zgubić. Można też zostać pożartym przez anakondę albo odkryć jakieś nowe gatunki zwierząt czy roślin. Nikt do końca nie wie, co kryje to miejsce. Jest tak potężne i gęste od roślinności, że zbadanie go w stu procentach jest w zasadzie niemożliwe. Niestety koszty takiej wycieczki są diabelnie wysokie, sam transport w obie strony wyniesie trzy tysiące dortyckich koron za osobę, a jeszcze do tego zakwaterowanie, wyżywienie i przewodnik. Na razie miała uzbierane dwa tysiące, więc jeszcze sporo jej brakowało.

W szkole dzień mijał jej spokojnie. Na długiej przerwie zadzwoniła ciocia Adelajda. Złożyła jej życzenia i pytała o samopoczucie przed zbliżającymi się egzaminami. Ze smutkiem przyjęła wiadomość, że nie będzie jej w El Paso, ale to zrozumiała – tak samo jak wujek Bryan. Kiedy się rozłączyły, Sophie udała się na stołówkę. Stanęła w kolejce do okienka i spojrzała na telewizor wiszący na ścianie. Rzadko bywał włączony, ale teraz stała przed nim grupka osób, w tym dyrektorka szkoły. Leciał program „Wiadomości Dortyku”, w którym przemykały obrazy z zoo. Na pasku na dole ekranu widniał napis: Poszukiwana samica jaguara odnaleziona!, a w tle słychać było relację reportera.

– Tak, potwierdzam, znaleziono samicę jaguara, która pięć dni temu uciekła podczas transportu do dortyckiego zoo…

Makaria jej wspominała o tej sprawie (zasadniczo Sophie nie ogląda TV, więc nie śledzi newsów). Obie są wyczulone na krzywdę zwierząt, a Makaria jako biolog posiada szczególną wrażliwość i do tego zdecydowane poglądy. Na przykład nie jest fanką zoo. Uważa, że więzienie dzikich zwierząt w klatkach przez całe życie jest okrucieństwem, a twierdzenie, że ogrody zoologiczne to „banki genów zwierząt rzadkich i narażonych na wyginiecie” nijak jej nie przekonuje. Gdyby ludzie nie ingerowali w środowisko i notorycznie nie przeszkadzali przyrodzie, to nie byłyby potrzebne żadne banki genów. I Sophie całkowicie podzielała ten pogląd.

– …w lesie, około siedmiu kilometrów od Rezerwatu Ścisłego. Po zbadaniu jaguarzycy okazało się, że jest w połogu, co oznacza, że podczas transportu była w zaawansowanej ciąży. Stres wywołany podróżą przyspieszył poród, co z kolei zmobilizowało ją do ucieczki, żeby urodzić młode w bezpiecznym miejscu, z dala od ludzi. Wszystko to naraziło ją na utratę zdrowia, a nawet życia. Zoo w Rio de Janeiro, które było odpowiedzialne za transport, dopuściło się karygodnych zaniedbań, nie tylko w kwestii stanu samicy, ale też niezapewnienia jej wody i pokarmu na czas podróży. Obecnie jaguarzyca jest osłabiona, ale też bardzo agresywna. Eksperci twierdzą, że powodem jest brak kocięcia u jej boku. Niestety, w momencie złapania była bez niego. Służby już przeszukują las. Jeśli w ciągu najbliższych godzin nie uda się odnaleźć kociaka, to prawdopodobnie zginie. Muszę zaznaczyć, że jaguar amerykański jest narażony na wyginięcie, więc śmierć każdego osobnika jest wielką stratą. Miejsce, gdzie złapano kocicę, zostało zamknięte, ale służby apelują o poinformowanie ich, gdyby ktoś natrafił na kociaka w rejonach, gdzie nie ma blokady. Na ekranie widzicie państwo specjalny numer, na który należy w takiej sytuacji zadzwonić…

–Co podać? – zapytała kucharka przy ladzie.

– Yyy… – Oderwała wzrok od TV i spojrzała na tablicę z menu. – Poproszę naleśniki z pieczarkami.

Odebrała talerz i usiadła przy najbliższym stoliku. Gdy przyglądała się dalej relacji z zoo w TV, wezbrała w niej złość.

Jaguar to zwierzę pochodzące z jej ukochanej Amazonii. Niezwykle piękne i niestety straszliwie nękane przez człowieka. Kłusownicy łapią jaguary i sprzedają do domów bogaczy, którzy trzymają je na sznurku jako żywą ozdobę. Są też zabijane i przerabiane na dywany, a z ich kości robi się pseudomagiczny proszek na „pomyślność i bogactwo”, który kupują ociemniali głupcy, wierzący w zabobony. Kłusownicy doprowadzili te zwierzęta na skraj wyginięcia, a teraz się okazuje, że ogrody zoologiczne, które w teorii mają je CHRONIĆ, narażają je na śmierć!

Z nosa niemal poszedł jej dym ze złości. Skręcało ją na myśl, że ten biedny mały jaguarek przymiera teraz głodem i trzęsie się z zimna (bo przecież mamy początek kwietnia z przymrozkami) gdzieś w czeluściach lasu. Nie tylko ona była tym poruszona. Praktycznie cała stołówka trzęsła się od rozmów na ten temat.

Po lekcjach pojechała na cmentarz. Nadal trzymała ją złość z powodu jaguarzycy i psioczyła w myślach na tę sytuację. Dopiero dotarłszy do mogiły taty, trochę się uspokoiła. Podpaliła glinianą świecę i postawiła na czarnym marmurze.

Spojrzała na epitafium napisane srebrnymi literami:

Arthur Zamoyski. Oddany ojciec, kochający mąż iwspaniały brat. Zmarł 11.04.2009 r. Żył 45 lat.

– Wiem, że życzyłbyś mi wszystkiego, co najlepsze, tato – westchnęła ze smutkiem. Wtedy zawiał delikatny wiatr, który wywołał dreszcz na jej plecach. – I że nie chciałbyś, żebym była wiecznie smutna w urodziny, ale… bardzo mi ciebie brakuje. – Pociekła jej łza, którą otarła ręką.

Nagle od strony łąki przyfrunął żółty motyl. Chwilę krążył dookoła, po czym osiadł na jej ręce. Zaczął badać jej skórę trąbką i wędrował, aż zatrzymał się w miejscu, gdzie otarła łzę.

– Pewnie wolałbyś nektar zamiast soli, motylku – rzekła.

Motylek zatrzepotał skrzydełkami, a wtedy opadł z nich świecący biało-niebieski pyłek, migoczący niczym brokat. Po chwili odleciał, a pyłek wsiąkł w jej skórę i zniknął.

– Jak zwykle. Tylko mi się zdarzają takie rzeczy, nawet poza lasem…

Przez lata zdążyła przywyknąć, że dosłownie wszędzie widzi zjawiska związane z Leśnymi Duchami, więc ją to nie wzruszyło. Po chwili jednak jej ręka zaczęła świecić – a to już nie było zbyt powszechne, bo tylko raz tak miała i myślała, że wtedy jej się przywidziało. Żyły na obu jej rękach zapłonęły biało-niebieskim światłem, po czym zgasły. Przeszył ją ciepły dreszcz, a jej serce zaczęło bić mocniej.

– O rety… – powiedziała wstrząśnięta. – Tak jak na twoim pogrzebie, tato. Czyli to nie było złudzenie? – Nie mogła uwierzyć. – Jak to możliwe?! Wtedy wilczyca, teraz motylek… dlaczego Leśne Duchy dzielą się ze mną swoim światłem?! – drążyła. – Ale mnie ono rozgrzało. Aż cała jestem mokra. – Otarła czoło. – Zaraz! Rozgrzało?

Wtem jej myśli samoistnie zboczyły w kierunku małego jaguarka i nagle do głowy wpadł jej pomysł – kompletnie szalony.

– Leśne Duchy mogą go znaleźć! Co to dla nich! Przecież są magiczne! – huknęła. – Rozgrzeją go światłem, nakarmią i przeżyje! I będzie bezpieczny w rezerwacie z nimi zamiast uwięziony w klatce w zoo! TAK! – nawijała jak katarynka. – Poproszę je o to! Wiem, jak to brzmi, tato! – Spojrzała na mogiłę. – Jakbym zwariowała! Ale skoro od zawsze duszki mi się pokazywały, to może wysłuchają tej prośby! Muszę iść! Trzymaj kciuki, żeby się udało! Pa, tato!

Ruszyła jak z procy, czując przypływ energii. Musiała spróbować coś zrobić, bo cały dzień o tym myślała i nie dawało jej to spokoju.

Wkroczyła do lasu za cmentarzem. Po przejściu stu metrów główną ścieżką doznała szoku. Dookoła tłoczyło się multum ludzi – zapewne byli to ochotnicy, którzy szukali małego jaguarka. To nie były dogodne warunki. Leśne Duchy zawsze pokazywały się Sophie, kiedy była sama, więc musiała udać się w ustronne miejsce.

Obrała kierunek do swojej „sekretnej miejscówki”. Odkryła ją przypadkiem w zeszłym roku. Szwendała się po lesie, żeby odreagować ciężki dzień w szkole, i natrafiła na klimatyczną polankę. W samym środku rosły trzy stare dęby o potężnych koronach, a przy samym wejściu leżał wianuszek niewielkich głazów. Stykały się z powalonym drzewem, które wisiało nad strumykiem, tworząc most. Dookoła rosła gęsta roślinność. Idealne miejsce na jej plan, aczkolwiek kawał drogi stąd, bo jakieś pięć kilometrów.

Godzinę później zeszła z głównej ścieżki i szła runem leśnym. Dookoła wciąż kręciło się sporo ochotników, lecz im dalej szła, tym widziała ich coraz mniej.

W końcu dotarła do charakterystycznego jesionu, a po kilkuset metrach wkroczyła w gęste zarośla, za którymi płynął strumyk. Przeszła po powalonym drzewie i weszła na polankę.

– Ale tu cisza – rzekła, podchodząc do dębów i rzucając plecak na ziemię. – Dobra, trzeba działać – stwierdziła, stając na środku. – Leśne Duchy, czy tu jesteście? Motylki, wilki, ptaszki, sarenki?! – zawołała. – Dobroczynne duszki, pokażcie się, chciałabym was prosić o coś bardzo ważnego…

TRZASK.

Za plecami usłyszała jakiś szelest. Kiedy się odwróciła, nikogo nie zauważyła. Ani człowieka, ani dzikiego zwierzęcia.

– One gdzieś tu są, czuję to – mruknęła pod nosem. – Kochane duszki, słuchajcie, gdzieś w lesie jest mały jaguarek! Jego mama została złapana i trzymają ją w zoo! Maluch jest bez jedzenia i ciepła! Całkiem bezbronny! Proszę was, znajdźcie go i zaopiekujcie się nim! Nie pozwólcie, żeby…

ŁUP. TRZASK. PISK. SZELEST.

Tym razem dźwięki za jej plecami były liczniejsze i głośniejsze. Lecz lustrując każdy centymetr terenu, nadal niczego nie zauważyła. Nagle w oddali usłyszała wycie syren alarmowych.

– O nie! Znaleźli go… – Poczuła straszliwy żal. – Maluszku, tak mi przykro… tak bardzo chciałam, żebyś był…

ŁUUUP. TRZASK. PIIIIIISK. PISK. PISK. PISK.

Piski narastały i przypominały trochę pisklaka. Pomyślała, że jakiś mógł wypaść z gniazda i nawołuje swoją mamę, żeby go uratowała. Weszła w przestrzeń pomiędzy dębami. Ich gałęzie były na tyle grube, że bez problemu mogłaby wejść i włożyć go do gniazda. Z lekcji przyrody pamiętała, że tak należy zrobić, jeśli ma się taką możliwość. Powszechnie powtarzana informacja, że „jeśli człowiek dotknie pisklaka i zostawi na nim swój zapach, to matka go odrzuci”, jest totalną bzdurą. Ptaki mają słaby węch, więc lepiej zgarnąć pisklaka z ziemi, niż go zostawić i narazić na zjedzenie przez drapieżniki.

Idąc za źródłem dźwięków, doszła do głębokiego dołu o średnicy metra. Kojarzyła go z wcześniejszej wizyty w tym miejscu. Pomyślała, że to cud, że pisklak przeżył upadek, bo dół był dość głęboki. Szybko zdjęła kurtkę, przewiązała ją w pasie, sięgnęła do plecaka po komórkę i schowała ją w kieszeni spodni.

Zaczęła schodzić. Ściany dołu były porośnięte grubymi korzeniami, więc poszło sprawnie. Stanęła na gruncie, wyjęła telefon, zapaliła latarkę i zaczęła szukać. Na jej ciele pojawiła się gęsia skórka, ponieważ było tu znacznie chłodniej niż na górze. Nagle mignęło jej coś pomarańczowego. Podeszła bliżej i…

– O matko… ale… jak to?! O rety… nie wierzę…

Jej mózg niemalże eksplodował. To nie był żaden pisklak, tylko malutki jaguar, którego chwilę wcześniej uznała za odnalezionego przez straż. Kociątko było zimne i skulone, a jego cienki głosik słabł. Pisnął jeszcze parę razy, po czym ucichł, jakby zużył wszystkie siły, które mu wcześniej pozostały.

– O nie! Nie pozwolę, żebyś umarł! – Zaczęła energicznie masować jego grzbiet i zmarznięte łapki, by pobudzić krążenie. – Będzie dobrze. Przeżyjesz. Na razie to, a w plecaku mam jeszcze szalik. – Wywinęła kurtkę na lewą stronę, odsłaniając miękką warstwę z polaru, i zawinęła w nią kociątko.

Podeszła do ściany i zaczęła myśleć. Trzymając malucha, nie da rady się wspiąć, więc musiała znaleźć inny sposób. Minęła chwila i wpadła na pomysł. Zawiązała rękawy kurtki w supeł i zarzuciła je na szyję. Zatopiła ręce w ziemistej ścianie i zaczęła się wspinać.

Wchodzenie okazało się znacznie trudniejsze niż schodzenie. Korzenie na dole były zbyt cienkie, by mogła się ich złapać. Zapierała się nogami i rękami o boki, powoli przesuwając się do góry.

Po około dziesięciu minutach wyłoniła się na powierzchnię. Wyjęła szalik i szczelnie opatuliła jaguarka, ciągle trzymając go w kurtkowym „nosidełku” na szyi. Zarzuciła plecak na ramię i zaczęła iść.

Wędrowała po runie leśnym przez całą drogę, co było trochę gorsze ze względu na półmrok – kwietniowe dnie są niestety krótkie – ale nadal po lesie krzątało się sporo osób i przejeżdżały samochody straży leśnej, więc wolała trzymać się od nich z daleka, żeby nikt nie zauważył „zawiniątka”. Nie zamierzała oddawać jaguarka w ręce służb i pracowników zoo. Jeszcze nie wiedziała, co zrobi, ale na razie nie chciała nikomu ujawniać, że go znalazła.

Ponad godzinę później zrobiło się całkiem ciemno, ale nie mogła zapalić latarki w telefonie, żeby nie zdradzić swojej pozycji. Na szczęście na horyzoncie dostrzegła wyjście z lasu, oświetlone reflektorami zamontowanymi na dachu pick-upa – specjalnego pojazdu straży leśnej. Stała tam grupa ludzi, która toczyła rozmowę ze strażnikami, więc Sophie skręciła bardziej w bok. Kwadrans później znalazła się na polanie przed cmentarzem. Przemknęła niezauważona i wyszła na ulicę.

Szła małymi osiedlowymi uliczkami, by unikać przechodniów. W pewnym momencie zadzwoniła jej komórka.

– …pięć razy dzwoniłam. Jeszcze nigdy tak nie było, żebyś nie odbierała! – mówiła zdenerwowana Makaria.

– Wszystko w porządku, Mak. Chyba wcześniej wyłączył mi się dźwięk w telefonie i nie słyszałam, że dzwoniłaś. – Szczerze mówiąc, nie potrafiła inaczej wytłumaczyć, dlaczego nie słyszała połączeń; czasami jej telefon robił takie numery.

– Proszę cię, zaglądaj częściej do tego telefonu! Gdzie ty w ogóle jesteś? – dopytywała Makaria.

– Koło parku miejskiego, chciałam… pójść na dłuższy spacer… – powiedziała wymijająco.

– To już wystarczy tych spacerów. Wracaj do domu, jest tu wujek Bryan z ciocią i Różą. Czekają na ciebie…

Chwilę później się rozłączyły, a Sophie zaczęła intensywnie myśleć. Informacja o tym, że czeka na nią wujostwo, komplikowała jej plan. Trudniej będzie jej ukryć zawiniątko, gdy oblegną ją zaraz po wejściu do domu. Idąc dalej, myślała, jak rozwiązać ten problem.

W końcu wkroczyła na ulicę Podleśną. Głowa aż jej parowała. Najpierw pomyślała, że zostawi jaguara w ogrodzie, ale potem stwierdziła, że to zły pomysł. Sąsiedzi mieli psy tropiące, więc jak tylko go wyczują, to zaczną szaleńczo szczekać, zwracając uwagę wszystkich dookoła. Musiała ukryć malucha w domu, to była jedyna możliwość…

– No nareszcie jesteś, Sophie! – krzyknął wujek z salonu, gdy przekroczyła próg drzwi.

– Tak, jestem, wujku, ale muszę pilnie do toalety! Zaraz będę! – krzyknęła i w okamgnieniu zniknęła w głębi korytarza.

Podeszła do łazienki, zapaliła światło, po czym stuknęła drzwiami, żeby usłyszeli w salonie – zrobiła to dla zmyłki. Po cichu zbliżyła się do schodów. Wchodząc na piętro, przysłuchiwała się ich rozmowie.

– Cóż ona taka, ja wiem, ożywiona? – zapytał zdziwiony wujek.

– No przecież była w parku przez kilka godzin, a tam nie ma łazienek, więc pewnie pęcherz ją rozsadza – stwierdziła ciocia Adelajda.

– Nie, nie – zaprzeczył wujek. – To coś innego.

– Zgadzam się z Bryanem. Jest jakaś inna… taka ekspresyjna, dawno jej takiej nie widziałam – mówiła Makaria.

– No właśnie, ekspresyjna, dobrze to ujęłaś… – dodał wujek.

Dotarła do swojego pokoju i otworzyła ażurowe drzwi garderoby. Położyła jaguarka na stosie ubrań przeznaczonych do prania, rozchyliła szalik, żeby zobaczyć, czy wszystko było z nim w porządku, po czym migiem pomknęła do łazienki na piętrze, żeby umyć ręce umorusane w ziemi. Potem wyciągnęła z kosza jakieś czystsze ciuchy, ekspresowo się przebrała i po cichu zeszła na dół.

– Wprost doczekać się ciebie nie można! – huknął wujek na jej widok i mocno uściskał; to samo zrobiły ciocia i Róża. – Jeszcze raz sto lat, Sophie! Powiedz, jak się czujesz. Zdaje mi się, że jest lepiej niż co roku w ten dzień? – dopytując, przyglądał jej się uważnie.

Zawsze było po niej widać emocje i tym razem też nie potrafiła ich ukryć. Taka już była jej natura. Lecz swoją drogą wujek miał rację. Czuła się inaczej. Od dawna jej serce nie biło tak szybko jak dziś.

– Tak, miałam naprawdę… dobry dzień – przyznała, starając się zapanować nad emocjami.

– To świetna wiadomość! – ucieszył się wujek.

– Jak miło nam to słyszeć! – dodała Makaria z entuzjazmem.

Sophie usiadła w fotelu i zaczęli rozmawiać. Pilnowała się, żeby nie zdradzić faktycznego powodu swojej radości. Nawet nie wspomniała, że była w lesie. W toku rozmowy spostrzegła, że wujek także był dziś inny. Pierwszy raz nie roztrząsał śmierci taty, a do tego kompletnie zaskoczył ją prezentem.

– Struny Evah Pirazzi?!?! – krzyknęła po rozwinięciu papieru.

– Dwa komplety! Tak na zaś, jakby któraś pękła podczas gry – wyjaśniał. – Makaria mówiła, że bardzo dużo ćwiczysz do egzaminów i masz już strasznie zużyte struny. Stąd pomysł, żeby ci je kupić. W sklepie muzycznym powiedzieli, że te są najlepsze…

Nie mogła uwierzyć, że będzie zdawała egzaminy, grając na najcudowniejszych strunach (marzenia jednak się spełniają!). Oprócz strun otrzymała także kopertę z „wkładem do skarbonki” – znacznie grubszą niż co roku.

– Przemyślałem sobie tę twoją wycieczkę do Amazonii – westchnął wujek. – Pomysł wyjazdu do dżungli, który będzie pozbawiony wygód dwudziestego pierwszego wieku, takich jak hotel z basenem i masażem, wydawał mi się kompletnie bezsensowny i od początku go nie popierałem. Ale ostatnio przypomniałem sobie, jak twój tata posłał cię do szkoły muzycznej. Powiedziałem wtedy, że artystyczne bzdury nie są przyszłościowe i to strata czasu, a dziś bardzo żałuję tych słów, bo widzę, że masz do tego dryg. Wasz koncert świąteczny dał mi do myślenia. Twoja solówka była przepiękna…

W minione Boże Narodzenie jej szkoła zorganizowała otwarty koncert. Grali orkiestrą szkolną, ale niektórzy mieli swoje solówki w kolędach – wśród nich także Sophie. Wydarzenie miało pomóc uczniom oswoić się z występami przed większą publicznością, ponieważ w przyszłym roku czeka ich koncert w Filharmonii Dortyckiej, mieszczącej kilkaset osób – co zwykle wywołuje sporą tremę u młodych muzyków.

– …nie miałem racji. Arthur podjął dobrą decyzję, że zapisał cię do tej szkoły. Od zawsze był ode mnie mądrzejszy i lepiej znał się ludziach oraz na tym, co im w duszy gra – podkreślił. – I teraz ja w końcu pojąłem, że w twojej duszy, oprócz muzyki, gra też wizyta w amazońskiej dżungli, więc trzeba przyspieszyć tę twoją wycieczkę! – Klasnął w dłonie.

Szczęka opadła Sophie z wrażenia. Pierwszy raz wujek nie kierował się własnym gustem w kwestii prezentów, tylko naprawdę wziął pod uwagę jej potrzeby. To niebywałe. W tej chwili dostrzegła, że dziś naprawdę wszystko idzie jakoś inaczej. W ciągu dnia nie nawiedziły ją bolesne wspomnienia ani ponure myśli związane ze śmiercią taty. Wujek podarował jej prezenty marzeń, a przez niezwykłe refleksje ich rozmowa była ciekawsza niż dotychczas. Zobaczyła inne oblicze „przeklętych urodzin”. Lepsze.

Kiedy zbliżała się dwudziesta trzecia, wujek, ciocia i Róża stwierdzili, że pora się zwijać do domu. Pożegnali się i wyszli. Sophie z Makarią czuły się śpiące, ale jeszcze chwilę porozmawiały w salonie.

– …Bryan to dobry człowiek. I dobrze, że już nie robi z siebie takiego ważniaka… – oznajmiła Makaria. – Miło mnie zaskoczył, kiedy zadzwonił z pytaniem, co przydałoby ci się na prezent. Wyczułam w nim jakąś nową energię. Tak jak w tobie dzisiaj…

Chwilę później Makaria wręczyła jej kopertę z wkładem do skarbonki od wujka prezesa i drugą od siebie – plus mały dodatek.

– Och! – huknęła Sophie, odwijając małą paczuszkę. – To kalafonia*! Pamiętałaś! Dzięki!

– Oczywiście. Może i jestem ostatnio przepracowana, ale rejestruję to, co do mnie móóówisz – rzekła, ziewając. – O rety, już prawie jedenasta. Idziemy spaaać. – Ucałowała ją. – Jeszcze raz wszystkiego najlepszego, perełko. Naprawdę cieszę się, że dzisiaj jesteś weselsza. To dobry znak – dodała i wstała z kanapy.

Po chwili zniknęła za drzwiami łazienki, a Sophie piorunem pobiegła na górę. W garderobie sięgnęła po koc, po czym opróżniła zawartość najniższej półki – tej przy samej podłodze – i wymościła legowisko. Położyła tam śpiącego jaguarka i poszła po laptopa.

Przez godzinę wertowała fora internetowe, na których opisywano, „jak opiekować się kociętami bez matki”, i robiła opasłe notatki, w tym listę niezbędnych zakupów.

– Wujek trafił w dychę. Pojadę do Amazonii dużo wcześniej, niż myślałam – rzekła z przerażeniem i jednocześnie ekscytacją. – Ale na razie potrzebuję mleka, butelek, czajnika i wielu innych rzeczy…

Kiedy skończyła pisać, spojrzała na jaguarka zawiniętego w kocyk. Pogłaskała go po główce i pokiwała głową w zdumieniu.

– Nie wiem, dlaczego los sprowadził cię do mnie, a nie do strażników czy Leśnych Duchów. Ale obiecuję ci, że nie zadzwonię na numer alarmowy. Zamierzam cię wykarmić, nauczyć polowania i zawieźć do domu. Do Amazonii.

Choć brzmiało to jak kompletna abstrakcja, to poczuła wewnętrzną moc – że uda jej się to zrobić. Wiele rzeczy ją dzisiaj zaskoczyło. I pobudziło. Lecz nawet w najśmielszych marzeniach nie myślała, że dostanie tak szczególny prezent od losu. Jedyny w swoim rodzaju. Spoczywał w jej garderobie i smacznie spał. Maleńki, śliczny jaguarek.

* Kalafonia – żywica z drzew iglastych w postaci twardego krążka, służąca do nacierania smyczka; dzięki niej zwiększa się przyczepność smyczka do strun.

Misterny plan

Chyba nikt się nie spodziewał tego, co wydarzyło się w ciągu ostatniego miesiąca w Dortyku. Przerosło to nawet wyobraźnię Sophie.

Dzień po jej urodzinach w TV ogłoszono, że z powodu wyczerpania i stresu złapana jaguarzyca umarła. Kolejnego dnia stwierdzono, że jej kociątko prawdopodobnie też nie żyje, ponieważ nie zostało odnalezione.

Tragiczna w skutkach historia jaguarzycy i jej kociaka wstrząsnęła całym krajem, ponieważ przy niby rutynowym transporcie do zoo zginęły aż dwa (oficjalnie) zwierzęta zagrożone wyginięciem. Pod ogrodem zoologicznym zgromadziły się tłumy demonstrantów, paraliżując całe miasto. Sprawa zyskała międzynarodowy rozgłos i trafiła pod nadzór prokuratora generalnego, który wszczął śledztwo – a to sprowadziło na Makarię istną lawinę obowiązków.

Na prośbę prokuratora burmistrz zarządził natychmiastową kontrolę w dortyckim zoo. Departament Kontroli z ratusza oraz przedstawiciele Głównego Inspektoratu Weterynarii prowadzili wspólnie czynności, a Makaria miała je koordynować i na bieżąco raportować o postępach. Jakby tego było mało, właśnie rozpoczęła się kampania wyborcza, a to ona miała ją organizować. Codziennie wracała do domu wyczerpana i przeklinała zoo za jego „monstrualną głupotę”. Była kompletnie rozstrojona, a Sophie pierwszy raz w życiu widziała ją tak permanentnie wściekłą oraz zestresowaną.

Skala protestów dalece wykroczyła poza wyobrażenia urzędników i służb porządkowych, które okazały się bezsilne wobec tłumu. Dortyjczycy długo nie odpuszczali, żądali wyjaśnienia sprawy jaguarzycy oraz wyciągnięcia surowych konsekwencji wobec osób, które zawiniły. Dla kraju uznanego za Europejską Ostoję Natury, który odnosi się z szacunkiem do przyrody i jej mieszkańców, taka sytuacja była niedopuszczalna i nieakceptowalna.

Sophie była znacznie spokojniejsza, ponieważ wiedziała, że mały jaguarek jest bezpieczny i żyje. Widząc strajki w TV, na początku miała wyrzuty sumienia, że zataja prawdę przed wszystkimi, a szczególnie przed Makarią. Potem jednakże stwierdziła, że może ta dramatyczna historia spowoduje wyciągnięcie odpowiednich wniosków, i przestała się obwiniać. Skupiała się na nauce do egzaminów oraz podołaniu wielkiemu wyzwaniu, jakim było wychowywanie jaguara w całkowitej tajemnicy.

Tego dnia, kiedy znalazła malucha, jak tylko Makaria poszła spać, wymknęła się na miasto. Musiała na cito zrobić zakupy, a najważniejsze było mleko. W internecie wyczytała, że absolutnie nie wolno dawać kociętom krowiego mleka, tylko specjalny preparat w proszku – dostępny u weterynarza lub w sklepach internetowych. Czas gonił, bo jaguarek już długo był bez jedzenia, więc udała się do całodobowej kliniki. Weterynarz na dyżurze zdziwił się, gdy powiedziała, że chce osiem puszek preparatu, ale pokrętnie mu wyjaśniła, że znalazła cały miot kociąt, których matka zginęła pod kołami auta.

– Ojej, straszne! Oprócz mleka dam ci jeszcze kremik na odrobaczenie. Zawartość całej strzykawki powolutku trzeba wcisnąć do pyszczka każdego kociaka – oznajmił, przygotowując medykamenty.

Poczuła się fatalnie, okłamując go, ale nie miała wyboru. Po wyjściu z kliniki od razu poleciała do czynnego hipermarketu. Kupiła butelki dla niemowląt, czajnik, termometr, pieluchy tetrowe i tak dalej – wszystko to, co miała na swojej liście.

Wróciła do domu i zabrała się do przygotowania mleka. Podłączyła czajnik, zagotowała wodę, a gdy ta ostygła, zalała nią nieco proszku. Poszła do szafy i ściągnęła z regału miękkiego jaśka. Zgodnie z opisami na forach kociak musi być karmiony tak, jak naturalnie pobiera mleko od matki, czyli na brzuchu. Inaczej mógłby się zachłysnąć, co jest bardzo niebezpieczne. Położyła butelkę poziomo na jaśku i podsunęła bliżej jaguarka. Od razu wyczuł, co się święci, i się obudził, delikatnie popiskując.

– Tak, maluszku, jedzonko. Za chwilę brzuszek będzie pełny! – Jaguarek wywąchał smoczek butelki i zaczął łapczywie zasysać mleko.

Dopiero po piątej butelce się nasycił i zasnął, głośno mrucząc. Kwadrans później, przy użyciu zwilżonej pieluchy tetrowej, potarła mu brzuszek, by pobudzić pracę jelit – tak jak robi to matka, wylizując brzuszki kociąt. Jaguarek był zdany wyłącznie na Sophie, która w ekspresowym tempie uczyła się tego, jak być kocią mamą.

Czuwała przy maluchu całą noc. Karmiła go jeszcze dwa razy. Był chudziutki i słaby, ale przy trzecim karmieniu jakby zaczął nabierać sił, co ją bardzo ucieszyło. W międzyczasie wertowała internet i znalazła stronę Schroniska dla Dzikich Zwierząt, gdzie znajdował się wzór do obliczania dobowych dawek mleka dla jeleni, wilków i innych dzikich stworzeń. Bardzo jej to pomogło, bo przecież w szafie miała jaguara, a nie kota domowego, więc dawkowanie rozpisane na puszkach z mlekiem było nieużyteczne i musiała ustalić własne.

O siódmej rano zadzwonił budzik. Czuła się, jakby rozjechał ją walec. Sen miała krótki, a do tego w straszliwie niewygodnej pozycji. Półprzytomna wyszła z szafy, włączyła czajnik i zaczęła myśleć.

– Trzeba usprawnić karmieniee – ziewnęła. – Potrzebuję większej butelki, dużo większej. W dodatku trzeba go karmić mniej więcej co trzy godziny, a przecież chodzę do szkoły. Hmm… Długa przerwa trwa czterdzieści pięć minut, a autobusy jeżdżą często. Powinnam dać radę – mruknęła i zalała mleko, gdy woda w końcu przestygła.

Kiedy weszła do szafy, jaguarek już leżał na brzuszku i kwilił.

– Przemądre stworzonko – rozczuliła się. – Proszę, maluchu, śniadanko – rzekła, podtykając smoczek pod jego pyszczek.

Karmiąc jaguarka, doszła do wniosku, że musi znaleźć w piwnicy duży pusty słoik na przegotowaną wodę, ponieważ czekanie, aż schłodzi się ta w czajniku, zabiera strasznie dużo czasu.

Każdego kolejnego dnia przychodziły jej do głowy pomysły, które usprawniały wszystkie czynności związane z jaguarem – a w jej obecnej sytuacji wszelkie ułatwienie było wręcz zbawienne. Przygotowanie do egzaminów i jednoczesna opieka nad kociątkiem kosztowały ją mnóstwo sił. Wiecznie była niewyspana, przemęczona i cały czas przesiadywała w swoim pokoju. Makaria się nie burzyła, że prawie jej nie widuje, bo przygotowanie do egzaminów tłumaczyło taki stan rzeczy (na szczęście). Oprócz tego sama też była wycieńczona pracą, więc rzadko odwiedzała ją na piętrze. Tylko raz wparowała do jej pokoju, żeby ją obudzić, gdy ta zaspała do szkoły. Odsłoniła żaluzje i szturchała ją gwałtownie, ale całe szczęście nie ściągnęła z niej kołdry – pod nią spał jaguarek, bo od jakiegoś czasu zabierała go do łóżka, żeby było jej wygodniej spać. W tamtej chwili serce podjechało jej do gardła i dziękowała losowi, że kociak nie został ujawniony.

Od dziecka marzyła, żeby mieć zwierzaka, lecz ciągle słyszała, że ma ALERGIĘ. Jej zdanie było inne, bo wiele razy głaskała psy sąsiadki i NIC się jej nie działo. Być może kiedyś miała jakieś uczulenie, ale już jej minęło, tyle że niestety do Makarii to nie docierało. Jak mantrę wiecznie powtarzała, że „Arthur zawsze mówił… żadnych zwierząt… ja słowa dotrzymam”. W końcu doczekała się zwierzaka (potajemnie) i nie posiadała się z radości. Jaguarek był źródłem jej motywacji, inspiracji i energii życiowej – choć też pochłaniał jej bardzo dużo. Bywało jej ciężko – samej podołać trudom opiekuńczym nad takim stworzeniem nie było łatwo – ale mimo to czuła ogromne szczęście, że zwierzak jest w jej życiu.

* * *

W połowie maja większość egzaminów muzycznych miała już za sobą – z fortepianu dodatkowego, z zespołu kameralnego i partytur orkiestrowych (od siódmej klasy każdy należał do szkolnej orkiestry). Pozostał jej tylko dyplom z altówki, a potem wstępne oraz testy ósmoklasisty. Czuła się zmęczona, ale determinacja jej nie opuszczała. Zdawała sobie sprawę, że od wyników wszystkich egzaminów będzie zależeć jej przyszłość, więc mimo trudnych warunków była w pełni zmobilizowana.

Jakiś czas temu, podczas pierwszej kąpieli jaguarka odkryła, że jest to samiczka. Nareszcie mogła nadać imię i pomysł zaczerpnęła z utworu, który miała grać na dyplomie z altówki.

Wariacja to jedna z trudniejszych form muzycznych – wymagająca zarówno precyzji, jak i wielu godzin żmudnych ćwiczeń. Pierwszym kompozytorem, który ułożył wariacje, był Niccolò Paganini, a po nim inni tworzyli własne, w tytule dodając: „Wariacje na temat Paganiniego”. W odczuciu Sophie jaguar był najprawdziwszą wariacją na temat kota domowego, a do tego siły, które angażowała w opiekę nad nim, były porównywalne z tymi, jakie musiała przeznaczyć na opanowanie bezbłędnej gry wariacji, więc pasowało idealnie. Trzeba było tylko nadać temu odpowiednie brzmienie, bo „wariacja” na imię jej nie podchodziła. W internetowym tłumaczu sprawdziła to słowo w kilkunastu językach i ostatecznie powstało Varie*.

Varie rosła jak na drożdżach. Coraz więcej brykała i miała już w pełni otwarte uszka oraz oczka (jej pierwsze spojrzenie było dla Sophie niesamowitym przeżyciem). Obecnie większość czasu, z powodu rosnących zębów, przeznaczała na dewastowanie mebli w pokoju Sophie. Lecz dziewczyna znalazła na to pewien sposób – najlepszym gryzakiem, który wytrzymywał spotkanie ze szczęką kociaka, okazała się gruba gałąź, którą Sophie przytargała z lasu. Jaguar długo nad nią pracował, mając przy tym nie lada ubaw. Sophie bardzo to ucieszyło, bo krzesło i nóżki od łóżka nie były dłużej narażone na demolkę, a i nie miała w związku z tym dodatkowych kosztów. Wcześniej kupowała piłki, jedną po drugiej, ale w mig były niszczone.

W urodziny wszyscy hojnie ją obdarowali i jej skarbonka zawierała teraz około sześciu tysięcy koron dortyckich. Mimo to wszystkie zakupy wykonywała najoszczędniej, jak tylko się dało – na przykład kocie mleko w proszku, którego szło jej dwie lub nawet trzy puszki dziennie, zamawiała przez internet, bo tam było o połowę tańsze niż u weterynarza. Oszczędzanie stało się jej priorytetem ze względu na wakacyjny plan, który układała pomiędzy nauką a grą na altówce.

Swoją drogą, Varie polubiła muzykę. Kiedy Sophie grała, jaguar wpadał w trans – wił się między jej nogami, wykonując tak zwane ósemki. Po chwili przechodziła mu ta faza i wracał do biegania po pokoju. Harce Varie stawały się coraz żywsze i głośniejsze, ale akurat tak się składało, że Makaria nie miała możliwości tego usłyszeć. Z jednej strony, na szczęście, aczkolwiek z drugiej, Sophie zaczynała się o nią martwić. Każdego dnia Makaria wracała do domu coraz później, nawet po dwudziestej drugiej, do tego niezwykle wycieńczona. Padała na łóżko i usypiała w sekundę. Schudła kilka kilo, jakby nic nie jadała w ciągu dnia. Sophie z własnej inicjatywy przejęła część obowiązków domowych, żeby ją odciążyć. Niemniej, z dnia na dzień, Makaria coraz bardziej przypominała zombie, co było niepokojące.

– …i nie rozumiem, dlaczego tak ciężko pracujesz. Nigdy tak nie było! – żaliła się któregoś wieczoru przy kolacji, którą jadły o dwudziestej drugiej trzydzieści.

– Wybory są raz na pięć lat, a ja pracuję w ratuszu od czterech i pół. Dlatego tak nie było – oznajmiła Makaria. – Prowadzenie kampanii to kolosalna robota. Ale jeszcze cztery miesiące i będzie spokój – westchnęła. – Bardzo ci dziękuję, perełko, że tak mi pomagasz w domu i w ogóle, przecież też masz dużo na głowie. Wszystko się skumulowało, ech… – Zamilkła na chwilę. – À propos, myślałaś już o tym, do jakich szkół chcesz zdawać?

Mimo że w ostatnich tygodniach funkcjonowała w trybie jaguar-nauka-gra, zdołała znaleźć chwilę, by to przemyśleć. Jej obecna szkoła miała również liceum muzyczne – potocznie określane jako „Chopin” (od patrona – kompozytora Fryderyka Chopina), ale zdecydowanie wolałaby tam nie iść. Od profesorki słyszała, że w „Mozarcie” i „Czajkowskim” jest bardzo dobra sekcja altówek. Z kolei wychowawczyni wspominała, że w „Monteverdim” panuje przyjemna atmosfera, bo to dosyć kameralna szkoła, a w „Schubercie” jest dużo miejsc, więc łatwiej się dostać.

– Plan z rozmachem, Sophie – stwierdziła Makaria, gdy usłyszała jej odpowiedź. – W sumie to pięć egzaminów wstępnych. Obdzwonię sekretariaty, zobaczymy, jakie będą mieli terminy. Trzeba to dobrze zorganizować godzinowo, bo te szkoły są w różnych częściach miasta.

– Rety, faktycznie. Całe szczęście, że na wszystkich będę grać ten sam repertuar… – pocieszyła się.

– Właściwie to… chciałabym… a nawet… znaczy jest pewna szkoła, która myślę, że byłaby dobrą alternatywą dla szkół dortyckich.

Pokrętność wypowiedzi Makarii wprawiła Sophie w zdumienie.

– W sensie eee… masz na myśli jakąś szkołę za granicą? Z internatem?

– Nieee – zaprzeczyła natychmiast. – Znaczy właściwie tak – poprawiła się. – Jest to szkoła dla osób, które kochają naturę i chcą się rozwijać w konkretnej dziedzinie. Mają tam też profil muzyczny i dużo lekcji odbywa się w terenie, na przykład w Alpach…

– Jak się nazywa? – zaintrygowało ją to.

– Szwajcarska Szkoła Medytacji i Rozwoju.

– W Szwajcarii?!

– Tak dokładnie to na pograniczu Szwajcarii i Austrii. Budynek znajduje się w sam środku lasu w górach alpejskich. A przecież Dortyk graniczy z jednej strony z Austrią, więc pociągiem szybko się dojedzie. Mam gdzieś ich katalog informacyjny, tylko muszę go znaleźć. Myślę, że warto rozważyć taką opcję. Czasem taka totalna zmiana otoczenia okazuje się… strzałem w dziesiątkę – rzuciła i zamilkła.

– Muszę… – Sophie czuła się zaskoczona – …to przemyśleć. Jak znajdziesz ten katalog, to chętnie go przejrzę.

– Och, to świetnie. W weekend go poszukam. – Wypuściła głośno powietrze.

Chwilę później Makaria poszła spać, a Sophie wróciła do pokoju. Zobaczyła Varie konsumującą strzępki jej ulubionego T-shirta, którego postanowiła unicestwić. Jaguarek spojrzał na nią maślanymi oczami, jakby chciał dowieść swojej niewinności i powiedzieć: „To nie ja, koszulka sama się popruła, naprawdę!”.

– Cętko! – Taką ksywkę nadała jaguarowi od urodziwych cętek na ciele. – Ech, jak ja mam się na ciebie złościć? – Zmiękła, patrząc na kocisko. – Nie umiem. Jesteś tak urocza, nawet jak psocisz.

Usiadła przy biurku i zaczęła rozmyślać o szkole wspomnianej przez Makarię. Góry alpejskie, lasy, zajęcia terenowe i muzyka – brzmiało wprost idealnie. Jednak po dłuższym zastanowieniu dotarła do niej pewna oczywistość.

– Ale… – ocknęła się. – Przecież jest Varie.

Z pewnością rekrutacja do zagranicznej szkoły, zwłaszcza na profil muzyczny, odbywa się na miejscu i ma kilka etapów. To zrozumiałe, ale w tym momencie wykluczone, ponieważ priorytetem numer jeden jest teraz Varie.

Los oddał w jej ręce jaguara, dlatego przysięgła, że nie zmarnuje tej szansy i zrobi wszystko, aby nie skończył w klatce w zoo. Traktowała to jak misję życiową, więc musiała mieć przemyślany każdy krok, by uniknąć tragedii. Jeśli zostanie zdemaskowana, na pewno spotka ją kara za ukrywanie jaguara i nikt nie zważy na to, jak wiele poświęciła, aby go uratować i o niego zadbać. Długie godziny przeznaczyła na czytanie, analizowanie, szukanie i weryfikowanie informacji, z których ułożyła swój Misterny Plan.

Składał się z trzech etapów, a pierwszym było wstępne odchowanie jaguara. Przeczytała multum książek i artykułów naukowych oraz obejrzała dziesiątki filmów na YouTube, żeby opracować Harmonogram Rozwojowy Varie. Uwzględniał on zarówno potrzeby żywieniowe, jak i naukę umiejętności niezbędnych do przetrwania w dżungli – to jest polowanie, walka, wspinaczka i tym podobne. W domu nie miała warunków na treningi z jaguarem, więc zamierzała chodzić z nim do lasu – a do tego potrzebny był kamuflaż, by ukryć go przed ludźmi i kamerami monitoringu miejskiego. Przetrzepała cały internet i w końcu znalazła sklep, który sprzedaje tak zwane psie kostiumy, czyli stroje wyglądające jak pies konkretnej rasy. Wydawało jej się niedorzeczne, że ludzie przebierają swoje psy, aby te przypominały innego przedstawiciela tego gatunku, ale w jej sytuacji taki strój to perfekcyjne rozwiązanie.

Drugi etap Misternego Planu przewidywała na sierpień i kluczową rolę miał w nim odegrać wujek prezes. Po pierwsze, kiedyś powiedział, że gdyby znalazła się w sytuacji beznadziejnej, to może liczyć na jego wszelką pomoc. Była to swego rodzaju przysięga honorowa, którą traktował bardzo poważnie i nawet przypomniał jej o tym w minione urodziny. Po drugie, wujek hobbistycznie wędkuje i posiada własny jacht, którym podróżuje po świecie, a to niespotykany atut. Wystarczyłoby przewieźć Varie do portu, załadować na jacht i popłynąć do Brazylii. Nikt by się nie dowiedział i w spokoju odstawiliby ją do Amazonii. Sęk tkwi w tym, żeby wujek się zgodził na taką tajną operację. Sophie zrobi wszystko i przeznaczy zawartość całej swojej skarbonki, byleby tylko je tam zabrał. Oficjalnie powiedziałaby Makarii, że wujek postanowił wybrać się do Brazylii na wędkowanie i zaproponował jej wspólny rejs, bo zdawał sobie sprawę, że marzyła jej się wyprawa do Amazonii.

Reszta sierpnia byłaby przeznaczona na trzeci etap, który wymaga trochę czasu. W artykułach, które czytała, znalazła informację o tak zwanych azylach dla dzikich zwierząt. Trafiają do nich ofiary kłusownictwa, nielegalnego handlu lub osierocone młodziaki, do których nie wracały matki. Azyle zapewniają opiekę i przygotowują do życia na wolności, a gdy zwierzęta osiągają wiek dorosły, zostają uwolnione i naukowcy obserwują ich poczynania w dżungli.

W internecie doszukała się informacji o profesorze doktorze habilitowanym Duarte Silva – z Wydziału Nauk Biologicznych Uniwersytetu Federalnego w Pará w Brazylii – który całe życie bada populacje jaguarów. Oglądając jego wykłady, dało się wyczuć, że jest to człowiek z wielką pasją, a dodatkowo patronuje jednemu z azylów przy Puszczy Amazońskiej. Sprawiał wrażenie osoby godnej zaufania, a tylko komuś takiemu Sophie odda Varie.

Z portu na północy Brazylii do uniwersytetu, w którym pracuje profesor, jest spory kawałek, więc transport zajmie trochę czasu. A gdy już znajdą się w azylu, to chciałaby mieć kilka dni, aby poobserwować Varie i sprawdzić, jak ta sobie radzi w nowym miejscu, i na koniec się z nią pożegnać. Serce jej pękało na myśl o tym, ale wiedziała, że to nieuniknione. Dlatego każdy dzień z nią traktowała jak najcenniejszy dar i czerpała z niego tyle radości, ile się dało.

Misterny Plan miał pewne wady i wyglądał jak szaleńczy wymysł nastolatki. Wierzyła jednak, że to się uda, jeśli tylko wujek ją zrozumie i jej pomoże. Miała w zanadrzu „plan B”, na wypadek sytuacji kryzysowej. Plecak był już spakowany i leżał przy drzwiach jej pokoju. Lecz zdecydowanie wolała, żeby Misterny Plan wypalił, bo tylko on dawał gwarancję na bezpieczny powrót Varie do jej naturalnego domu.

* Varie – [czyt. Wari], m.in. od ang. variation, czyli „wariacja”.