Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 12.05.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
26 osób interesuje się tą książką
Obowiązek. Krew. Honor. Władza.
Saeris Fane nie pragnie tego ostatniego. Nie chce, aby jej imię rozbrzmiewało na ustach poddanych, a jednak, gdy zostaje królową Dworu Krwi, szybko odkrywa, że żywot władczyni jej nie służy. Na jej barki spada ciężar nie do udźwignięcia.
W ojczystym mieście na pomoc czeka brat, jak również ludzie z trzeciego okręgu, ale… przemiana, która dała Saeris siłę, jednocześnie ją osłabia. Zrodzona w świecie dwóch palących słońc z pewnością zginie, jeżeli przejdzie przez sadzawkę z merkurium, by powrócić do domu. Pozostaje jej więc tylko jedno wyjście – musi posłać kogoś w swoim imieniu…
Kingfisher spod Wrót Ajun pokonał w życiu wiele armii i przetrwał wszystkie możliwe koszmary, ale wyprawa do Zilvaren w towarzystwie Carriona Swifta może doprowadzić do jego zguby. W wąskich uliczkach Srebrnego Miasta czyhają na nich ukryte niebezpieczeństwa. Odkrywanie tajemnic wiąże się z pokonywaniem zagrożeń. Fisher musi zapanować nad przemytnikiem i wypełnić misję, nim straci szansę na ponowne spotkanie z partnerką.
Nad Yvelię nadciąga mrok. Świat wraz z zamieszkującymi go przyjaciółmi stoi na skraju zagłady. Saeris i Fisher wskoczą w ogień i sulfurium, aby go ocalić.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 837
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Brimstone
Copyright © 2025 by Callie Hart
All rights reserved
Copyright for the Polish edition © 2026 by Grupa Wydawnicza FILIA
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: bürosüd na podstawie wzoru © Will Staehle i © Hillary Bardin
Prawa do motywu autorstwa Hillary Bardin przysługują wydawnictwu Penguin Verlag w Monachium, należącemu do grupy wydawniczej Penguin Random House Verlagsgruppe GmbH.
Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio
PR & marketing: Karolina Nowak
ISBN: 978-83-8441-102-5
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
SERIA: HYPE
Wszelkie postacie i wydarzenia są dziełem fikcji. Jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych osób, żywych lub martwych, jest przypadkowe.
Opustoszało piekło, wszystkie diabły tu się zebrały!
Burza, William Szekspir przekład Maciej Słomczyński
POPRAWNA WYMOWA:
POSTACIE
Saeris – Sairis
Rusarius – Rusarius
Omnamshacry – Omnamszakry
Iseabail – Iszabal
Belikon – Bellikon
Oshellith – Oszajlit
Taladaius – Taladajus
Daianthus – Dajantus
Lorreth – Lorut
Balquhidder Clan – Klan Balkider
Te Lèna – Taj Lena
Danya – Danja
MIEJSCA
Zilvaren – Silwaren
Yvelia – Iwelia
Cahlish – Kallisz
Sanasroth – Sanazrot
Gilaria – Gilaria
Lìssia – Lisia
Ammontraíeth – Amontrajet
Omnamerrin – Omnamerin
Kingfisher
Wilk to wszechstronne stworzenie.
Zdolne do adaptacji.
Należąc do watahy, jest częścią czegoś niezwykłego. Odgrywa pewną rolę, ma swoje miejsce. W stadzie odnajduje bezpieczeństwo.
Ale wilk może przetrwać również samodzielnie.
Nocą, w ciemnym lesie, otoczony drapieżnikami ze wszystkich stron, przemyka między drzewami niczym cień. Szuka schronienia w mrocznych gęstwinach, tropiąc ofiarę.
Czeka na wrogów i kąsa, gdy atakują…
Zwłaszcza z boskim mieczem w dłoniach.
Byłem gotów na nadejście wampira. Odkąd wyszedłem od Saeris, śledził mnie jak upiór w niosących echo korytarzach Ammontraíeth. Czułem, że kipi złością. I czeka.
Odczytywanie żyjących nie wymagało zbyt wielkich umiejętności. Istnieli też tacy, którzy przez wieki doskonalili sztukę panowania nad swoimi uczuciami. Elfom opłacało się ukrywać myśli i emocje. Niemniej bez względu na to, jak ktoś był w tym biegły, i tak ostatecznie zdradzało go ciało. Nie dało się tego uniknąć.
Emocje zawierały się we krwi.
Szczęście.
Gniew.
Smutek.
Pożądanie.
Wszystkie z tych rzeczy wytwarzały własną energię. Wibrację. Tak samo każda miała własną woń. Elfy niezależnie od tego jak dobrze panowały nad uczuciami, to zawsze zdradzały subtelne oznaki nastroju.
Człowiecze wonie niekiedy potrafiły przytłaczać. Ludzie niezbyt dobrze kontrolowali emocje. Odczuwali wszystko otwarcie, gwałtownie i nie zdawali sobie sprawy, jak ich reakcje mogą wpływać na osoby o bardziej wyczulonych zmysłach.
Jednak nieżyjący to zupełnie inna kwestia. Ponieważ ich serca nie pracowały, krew pozostawała w żyłach jedynie jałową, czarną mazią. Członkowie sanasrothiańskiego dworu wydzielali zapach tylko wtedy, gdy zaraz po posiłku tląca się we krwi ofiary iskra życia rozbrzmiewała w ich ciałach echem emocji, które odczuwał nieboszczyk, umierając. Było to niczym śladowe ilości perfum na ubraniu zaraz po uścisku.
Godzinę temu miałem głowę pełną woni petrichoru, suchej ziemi po deszczu, gdy siedziałem obok swojej partnerki i słuchałem, jak zarzucała Tala pytaniami o Dwór Krwi. Odkąd odzyskała przytomność, niestrudzenie starała się pojąć i przygotować na to, co miało nadejść. Wyłożyliśmy jej podstawy planu. Saeris rozumiała swoją rolę w ich realizacji… ale bardzo się denerwowała.
Biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze kilka dni temu była człowiekiem, znacznie lepiej potrafiła już panować nad emocjami. Jednak nadal zmysł węchu miałem lepszy niż inni. Wyczuwałem jej wahanie. Pachniało niczym rozgrzany kamień, na który zaczynają spadać pierwsze krople deszczu.
Zaciągałem się jej wonią, tonąłem w niej, gdy do mojego nosa dotarł inny zapach.
Wampir musiał pożywić się sporą ilością krwi, zanim ukrył się w mrocznym korytarzu przed komnatą Saeris.
Przeprosiłem, że muszę wyjść i poszedłem szukać zgnilizny.
Znalazłem ją za pomocą koniuszka mojego miecza dwie kondygnacje niżej, w czeluściach Czarnego Pałacu.
Wampir okazał się piękny. Charakteryzowała go twarz, która za życia mogła być zupełnie zwyczajna, a z upływem czasu stałaby się matowa i obwisła. Ale śmierć go przed tym uchroniła. Zachowała w idealnym stanie. Miał wydatne kości policzkowe, królewski, orli nos i oczy, które zapewne niegdyś niebieskie, a teraz lśniły niczym upiorne opale. Kiedy rozchylił wargi, odsłonił białe jak kość, straszliwe kły. Otworzył usta w zdumieniu, ale nie zdołał wydać jakiegokolwiek dźwięku. Spojrzał w dół i ze zdziwieniem odkrył, że zatopiłem w jego piersi Nimerelle aż po rękojeść.
– Zniszczyłeś… aksamit – wychrypiał.
To prawda, ostrze boskiego miecza wycięło ponad siedmiocentymetrową dziurę w jego czarnej, aksamitnej kamizelce. Wzruszyłem ramionami ze skruchą.
– To irytujący skutek zabijania. – Westchnąłem. – Ubranie moich przeciwników często nie jest w stanie przetrwać tego procesu. Ale wiesz o tym, prawda?
Z przodu jego koszuli wykwitł czarny jak atrament kwiat śmierci. Gnojek, patrząc na mnie, miał czelność wyglądać na oburzonego.
– Wiem o tym… problemie, tak – wydusił.
– Ale nie będziesz musiał dłużej się nim przejmować – odparłem.
Jeszcze zanim wychynął z cienia, wiedziałem, że nie chciał walczyć. Reszta osób w Czarnym Pałacu jeszcze spała, więc i on nie powinien być na nogach. Jednak wampir, w eleganckim stroju i z żołądkiem pełnym krwi niewinnych, przybył szukać czegoś, na co nie zasługiwał. Czegoś, co tylko ja mogłem mu dać.
Z trudem zachowywał równowagę, starając się mnie złapać, aby się przytrzymać, ale jego dłonie już zamieniały się w proch. Kiedy się odezwał, słowa były suche niczym wiatr na pustyni.
– Przepraszam. Nie mogłem… zmierzyć się z…
Słońcem?
Ogniem?
W takim miejscu ogień nie był powszechnie dostępny. Wampir poszedłby z dymem jak suche polana, gdyby natrafił na płomienie. W Ammontraíeth ogniska i pochodnie na ścianach jarzyły się jedynie magiczną poświatą, więc ten żałosny drań prawdopodobnie nie znalazłby tu nawet zapałki. Zresztą, kto by się pokusił o tak ostateczną śmierć? To nie był łatwy sposób na odejście z tego świata, a raczej bolesny. Dramatyczny.
Rozpadnięcie się w pył zdawało się o wiele lepsze.
Bardziej miłosierne.
– Ocaliłeś mnie przed tym… czym bym się stał… – wyrzęził. W jego oczach malowała się wdzięczność. Ulga.
Pochyliłem się, gdy zaczął się rozpadać, aby usłyszał w chwili swojej ostatecznej śmierci każde moje słowo.
– Nie robię tego dla ciebie, a dla tych, na których się pożywiałeś. Miłego pobytu w piekle, gnido.
Z jego oczu zniknęła wszelka nadzieja na zbawienie, jaką we mnie pokładał.
– Chcą… ją zniszczyć, wiesz? To już… zostało zauważone. Ten dwór… upadnie… wraz z nią. – Skrzywił się, a ja nie potrafiłem orzec, czy był to uśmiech ulgi, czy wyraz drwiny.
– Saeris jest bezpieczna – warknąłem. – Nie pozwolę, żeby cokolwiek jej się stało.
Ale wampir wydał z siebie ochrypły, zduszony śmiech. Jego podbródek poszarzał, w ślad za nim poszły policzki. Głos załamał mu się w gardle, które się rozleciało. Kły się poluzowały i wypadły mu z ust, a wtedy skończył rechotać.
Upadł i przestał istnieć. Jego zęby wylądowały na posadzce – dzyń, dzyń – a potem potoczyły się po schodach prowadzących w głąb Ammontraíeth.
Dzyń…
Dzyń…
Dzyń…
Czarny Pałac był przepastny. Straciłem rachubę, ilu już krwiopijców załatwiłem, odkąd tu zawitałem. Na początku w każdym z mrocznych, obsydianowych korytarzy czaiło się na mnie jedno lub dwoje dzieci Malcolma, bo przyciągał ich żar krążącego w moich żyłach życia. Jednak członkowie Dworu Krwi szybko pojęli, że nie zdołają stawić czoła boskiemu mieczowi ani dzierżącemu go mężczyźnie. W tej chwili większość spała, ale niebawem się obudzą, a potem ukryją, jeśli wiedzą, co dla nich dobre.
– Ach! Tutaj… jesteś! – U podnóża schodów stał zdyszany mężczyzna o rudych włosach. Spojrzał pod nogi i uniósł brwi, gdy zęby zatrzymały się przy jego stopach. Nawet o nich nie napomknął, tylko wrócił uwagą do mnie. – Musisz… iść ze mną. Szybko.
– Nie powinieneś wychodzić ze swoich pokojów, Carrion.
Dźwięk dziwnie się tu niósł. Powietrze było gęste. Szumiało od jakiegoś niesłyszalnego tonu, który jednak wibrował na skórze. Wypowiedziałem te słowa cicho, jednak rozbrzmiały na tyle głośno, że przemytnik je usłyszał. Sapnął z irytacją, a potem wbiegł po schodach, ale ruszyłem już w stronę, z której tu przyszedłem.
– Z chęcią… udałbym się w tej chwili do swoich pokojów, ale… zapada zmierzch. Pałac się budzi.
– No właśnie.
– Przestaniesz? Słuchaj, wyglądałem przez okno… i coś zobaczyłem…
– To się nazywa zachód słońca, Swift. Jeżeli chcesz przeżyć, aby zobaczyć ich więcej, zawsze mogę eskortować cię do Cahlish. Stamtąd będziesz mógł podziwiać zarówno zachody, jak i wschody. – Wciąż mogłem mieć nadzieję. Wielokrotnie proponowałem już, że zabiorę przemytnika z Ammontraíeth – i z Irrín – ale ten coraz bardziej się upierał, że zostanie z nami.
– Kuszące, nie powiem, ale poradzę sobie, dzięki. – Zdołał wbiec na samą górę stopni, a potem mnie dogonił, więc dotrzymywał mi kroku.
– Mogę ponownie zapytać, dlaczego wciąż kręcisz się po Ammontraíeth jak smród po gaciach? – rzuciłem. – Przecież to miejsce to istny koszmar.
– No wiesz, mam swoje powody – odparł wymijająco Carrion.
Mógł je mieć, dopóki jednym z nich nie była jakakolwiek nadzieja na to, że Saeris wyzna mu dozgonną miłość. Bo do tego nie dojdzie.
– Fisher, na bogów! Zwolnij, kurwa, co? To ważne!
Westchnąłem ciężko i odwróciłem się do niego.
– To naprawdę ważne, czy tylko tak ci się wydaje? – zapytałem, bo Carrion uważał, że wszelkie bzdury mają znaczenie, choć to z pewnością nie była prawda.
Uniósł brwi i się skrzywił, patrząc na mnie.
– Nie wiem. Czy uważasz, że szczęście twojej partnerki to ważna rzecz?
Spojrzałem na niego pustym wzrokiem.
– Mów. Tylko szybko.
Pokręcił głową.
– Potrzeba nam… okna.
Skoro słońce mogło zabijać, okno mogło oznaczać wyrok śmierci. Tutaj dziury w ścianach nie były częste. Podeszliśmy do jedynego otworu, jaki znaleźliśmy na wyższym piętrze. Był to zaledwie trzydziestocentymetrowy kwadrat, w który wprawiono dymne szkło, żeby zablokować większość promieni.
Roztaczający się z niego widok mógł być za wąski, żeby zdradzić źródło niepokoju Swifta, ale na szczęście zauważyłem to, co chciał mi pokazać. Rozejrzałem się po niezbyt szerokim horyzoncie i przyjrzałem się spalonej ziemi, rozciągającej się pomiędzy Ammontraíeth a rzeką, ale nie znalazłem…
Na bogów.
– Na początku sądziłem, że to łacha śniegu – wyznał Swift.
Moje serce zgubiło rytm.
– A potem zobaczyłem, że to się rusza. Biegnie. Szybko – wydyszał.
Puściłem się pędem, omijając Carriona, i zeskoczyłem ze schodów. Przemytnik ruszył za mną.
– Odszukałem cię tak prędko, jak tylko mogłem! Nie wiedziałem, czy… powinienem jej mówić albo…
– Zamknij się i przebieraj nogami!
– Co… co robisz? – rzucił zasapany.
– A jak myślisz? – odwarknąłem. – Ratuję tego cholernego lisa!
Zostawiłem go w Cahlish.
A nie w Irrín.
Był w Cahlish. Po drugiej stronie gór.
Górskie pasmo Omnamerrin to najbardziej zdradliwe i śmiercionośne skały w całej Yvelii. Zbocza są tak strome, że praktycznie niemożliwe do pokonania przez elfy. Znałem niewielu wojowników, którzy wspięli się na ostrą grań szczytową i przeżyli, aby o tym opowiedzieć. Onyx urodził się w krainie śniegu i lodu, ale nawet on nie powinien móc przetrwać takiej przeprawy. W górach schodziły lawiny. Wielokrotnie mogły go pogrzebać. Musiałby wykopywać się spod śniegu. Nie miałby jedzenia ani kryjówki przed zimnym wiatrem.
Opuścił dla niej bezpieczne schronienie.
Przeszedł dla niej przez górę.
Przemierzył dla niej Irrín i rzekę.
A teraz po martwej ziemi Sanasroth ścigała go horda żerców. Musiał być zmęczony, bliski rezygnacji, ale parł naprzód. Dla niej.
A ja nie zamierzałem dać polec temu małemu lisowi.
Przebiegłem przez pałac i kogi – wielopoziomową osadę, którą przez lata wznoszono wokół pałacu. Brukowane ulice pozostawały puste, ale wkrótce się zapełnią.
Bill.
Musiałem dotrzeć do Billa.
Konie nie wchodziły do Ammontraíeth. Nie mogły przebywać w tutejszych stajniach. Wampiry szlachetnej krwi trzymały w nich swoje martwe wierzchowce, a głodni żercy zburzyliby ściany gołymi rękami, żeby tylko dostać się do ciepłego, końskiego mięsa. Billa, Aidę i dwie gniade klacze umieszczono zatem w budynku gospodarczym jakieś sto pięćdziesiąt metrów od głównego dziedzińca, tuż za wysokim murem, który otaczał najniższy poziom kogów. Prawie wyrwałem metalowe drzwi, żeby dostać się do mojego rumaka.
Nie założyłem mu ani wędzidła, ani uzdy. Wskoczyłem na jego nagi grzbiet i ścisnąłem boki, aby wyszedł z boksu. Mojemu wiernemu przyjacielowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Carrion nawet nie zdążył przebiec przez dziedziniec, gdy wyjechałem przez drzwi budynku gospodarczego.
– Wracaj do środka! – ryknąłem.
– Nie!
– Na bogów i pieprzonych grzeszników! – zakląłem po staroelficku, galopując obok mężczyzny i wyciągając do niego prawą rękę. Idiota chwycił mnie za przedramię i wskoczył za moje plecy na grzbiet Billa.
– Nie zapytasz, gdzie się tego nauczyłem?! – krzyknął przemytnik.
– Nie – warknąłem.
– Lorreth mi pokazał!
Jeśli pragnął wyrazów uznania, musiał jeszcze trochę poczekać. Dzieliło mnie od lisa jakieś półtora kilometra popiołu po kostki i luźnych łupków. W normalnych okolicznościach konie stąpałyby ostrożnie po obluzowanych kamieniach, ale teraz nie mieliśmy na to czasu. Bill prychnął i pobiegł ku zbliżającym się żercom – ani przez chwilę się nie wahał.
– Właśnie tak. Pędź dalej – mamrotałem pod nosem. – Dziękuję. Dziękuję.
Powinienem zostawić Carriona. Za lisem biegło więcej żerców, niż pierwotnie zakładałem. Chyba ze dwudziestu. A może trzydziestu? Z pewnością było ich więcej, niż mógłbym pokonać bez magii po tej stronie Darn, a mój towarzysz był przemytnikiem, a nie zaprawionym w boju wojownikiem. Słońce zaszło jednak za horyzont. A jeśli zapadł wystarczający zmrok dla żerców, wkrótce obudzą się również wampiry szlachetnej krwi Sanasroth. Bez kogoś, kto przeprowadziłby Carriona przez pałac, ten kretyn zginąłby w zaledwie kilka sekund…
Zdobywaliśmy przewagę.
Ale żercy nie odpuszczali.
Byli głodni i prawdopodobnie minęły całe wieki, odkąd żywe stworzenie miało czelność wkroczyć na ich ziemie. Bezrozumni żołnierze Sanasroth nie zamierzali przepuścić tak wyśmienitej okazji.
W tej chwili wyraźnie widziałem Onyxa.
Położył uszy, przyciskając ich czarne końcówki do głowy, gdy biegnąc, próbował ocalić życie. Odbił się od skały i przeciął powietrze niczym biała smuga na tle pogłębiającej się ciemności, a potem znów wylądował łapami na ziemi, wzbijając tuman popiołu.
– No dalej – syknąłem przez zęby. – Szybciej. Biegnij.
Zmniejszyliśmy dystans między nami a nim do niecałego kilometra… Ale żercy również doganiali lisa, który był wyraźnie zmęczony. Język wystawał mu z pyska i powiewał jak chorągiew. Widziałem białka oczu – zwierzak był przerażony.
Nie zwróciłem nawet uwagi, że Carrion trzyma się z tyłu za moją zbroję. Nie mając siodła, za które mógłby złapać, tak naprawdę nie miał innego wyjścia. Zdusiłem w gardle przekleństwo i spiąłem Billa. Rumak przyspieszył, nie wahając się ani przez chwilę. Ani na moment nie zwolnił kroku.
– Już prawie! – zawołał Carrion.
Zacisnąłem zęby tak mocno, że prawie je pokruszyłem.
– Trzymaj się!
Nie było mowy, by zwolnić. Jeśli to zrobimy, zginiemy. Trzymałem się kurczowo grzywy Billa, po raz drugi w tym tygodniu modląc się w duchu do bogów, których nienawidziłem.
Ocalcie lisa.
I Billa.
Ocalcie lisa.
I Billa.
Proszę…
Żercy mieli na twarzach białą pianę. Ich bezmyślne ryki wypełniały powietrze, gdy zbliżaliśmy się coraz bardziej.
Ocalcie lisa.
I Billa.
Już prawie dopadli Onyxa. Byli od niego dosłownie o włos. Najszybszy z nich – mężczyzna w brudnej, podartej koszuli – rzucił się naprzód, wyciągając ręce do swojej zdobyczy. Bill zatrzymał się i stanął dęba, rżąc z przerażenia. Kopytami ślizgał się po wulkanicznym szkle, kiedy w desperackiej próbie starał się odwrócić od nacierającego niebezpieczeństwa. Żerca ostrymi pazurami drasnął lisa, a ten wyskoczył…
I złapał go Carrion.
A potem spadł z konia, lądując na tyłku.
Na bogów i przeklętych męczenników!
– Wstawaj, Swift! – wrzasnąłem.
Ściskając Onyxa, miedzianowłosy książę próbował się podnieść. Był dość szybki, ale to nie wystarczyło. Ciasnym manewrem obróciłem Billa w stronę żerców, a potem zeskoczyłem z jego grzbietu.
– Spokojnie, przyjacielu. Już dobrze. Zaczekaj tu na mnie – szepnąłem do niego, po czym wyjąłem Nimerelle i zacząłem zabijać. Boski miecz pluł czarnym dymem, przecinając powietrze. Tam, gdzie uderzałem, martwe ciała i kruche kości rozstępowały się niczym mokry pergamin.
– Do broni, Swift! – zagrzmiałem przez ramię. Carrion już stał, dzierżąc Simona – swój boski miecz. Onyx wyrwał mu się z rąk i ukrył pomiędzy kopytami Billa, co nie pomogło w uspokojeniu wierzchowca. Rumak jednak trzymał się blisko mnie, tupiąc i rżąc, przewracając oczami. Wyraźnie się przeraził, ale zamierzał być posłuszny. Fala żerców mogła nas dopaść w każdej chwili. – Ścinaj im głowy! – krzyknąłem. – Nie spieprz tego, Carrion!
– Nie spieprzę! – Stanął obok mnie i przyjął postawę bojową, a ja się zdziwiłem. Odpowiednio ułożył nogi. No, prawie. A kiedy wygłodniali żercy nas dopadli, nie zginął od razu. Doprawdy szokujące.
Srebro i elficka stal siekały przeciwników, posyłając ich na ziemię. Trafiłem większość z nich. Tylko nieliczni mnie ominęli, by rzucić się na Carriona, ale również padli. Ci, z którymi walczył, wciąż mieli głowy i nadal próbowali go zabić, ale przynajmniej zdołał posłać ich na ziemię.
Znajdujący się za nami Onyx pisnął z przerażenia.
Siedmiu żerców.
Ośmiu…
Do trzech, których powalił Carrion, dołączył czwarty.
Jakieś dwanaście metrów dzieliło nas od kolejnej hordy. Złapałem przemytnika za kark i popchnąłem w kierunku Billa. Do tej pory mieliśmy szczęście, ale wiedziałem, że nie będzie nam ono dane na zawsze. Wziąłem lisa na ręce, wskoczyłem na koński grzbiet i podciągnąłem za sobą Swifta.
Ammontraíeth majaczył przed nami – iglice wychylające się z mgły wyglądały niczym knykcie zaciśniętej pięści. To nie był pałac, a twierdza.
Chwyciłem się grzywy Billa, zmawiając ostatnią modlitwę do bogów, i pomknęliśmy jak wiatr.
Zanim dotarliśmy do kogów, piekło zdążyło się obudzić i zaczęło kłapać zębiskami. Zarówno wampiry szlachetnej, jak i pospolitej krwi zerkały zza obsydianowych murów, które strzegły niewielkiego miasta u stóp zamku Ammontraíeth, a w oczach potworów malowały się ocena i głód, gdy Bill niechętnie wrócił do budynku gospodarczego. W środku czekał na nas Lorreth, krzyżując ręce na piersi i mocno się krzywiąc.
– Na wszystkich bogów, mówisz, że wychodzisz tylko na chwilę, a moment później widzę, jak galopujesz przez martwe pola, szarżując na hordę nieumarłych!
Carrion zsunął się z jękiem z końskiego grzbietu.
– A ty? Odbiło ci? – syknął Lorreth. Zmrużył oczy, wpatrując się w przemytnika, jakby naprawdę mógł dostrzec jego głupotę.
– Na mnie nie patrz. Zabiłem tylko czterech żerców i uratowałem życie Kingfisherowi – powiedział zwyczajowym beztroskim tonem, chociaż pobrzmiewała w nim również nuta prawdziwego strachu. Wydawało się, że bliskie spotkanie ze śmiercią jednak wywarło na nim jakiś wpływ.
Miałem ochotę go ukatrupić.
– Najwyżej ich okaleczyłeś – warknąłem. – A kiedy uratujesz mnie na polu walki, włożę suknię i zatańczę pieprzonego ludowego jiga.
Podążając za mną, mógł zabić nas obu. Spadł, kurwa, z konia. Jeśli coś by mu się stało… To co?
Saeris wkurzyłaby się na mnie.
Ale…
Onyx pisnął.
Wtulił się w moją pierś, zwinął w kłębuszek i patrzył czarnymi, szklistymi, wciąż pełnymi strachu oczami. Miał brudne futro, prawą tylną łapę we krwi. Zaskowyczał, gdy dotknąłem zranionej kończyny, najwyraźniej go bolała.
Później przyjdzie pora, żeby wydzierać się na Carriona Swifta.
– Chodźcie – poleciłem. – Wejdźmy do środka, zanim te sukinsyny zapolują na któregoś z nas. – Spojrzałem na przyjaciela. – Znalazłeś go? – zapytałem cicho.
Dostrzegłem, że nozdrza Lorretha rozszerzyły się i drgnął mięsień na jego policzku.
– Nie. Szukałem dosłownie wszędzie. Jeśli Foley tu jest, nie potrafię stwierdzić, gdzie dokładnie.
To niedobrze. Potrzebowaliśmy Foleya. Westchnąłem, dusząc w sobie rozczarowanie.
– Dobra. Szukaj dalej. Wydaje mi się, że nie powinniśmy się tak wcześnie poddawać.
– Kim jest Foley? – zagadnął Carrion.
Lorreth otworzył usta, aby mu odpowiedzieć, ale kiedy na mnie spojrzał, zawahał się.
Wszechświat mógłby chylić się ku upadkowi, a Carrion Swift nie zaprzestałby o wszystko wypytywać, ale pewnie będąc na jego miejscu, czułbym się podobnie. Skinąłem krótko głową i odwróciłem wzrok, a Lorreth zaczął wyjaśniać.
– Kiedyś był przyjacielem. Wciąż nim jest. Jednym z nas. Straciliśmy go pod Ajun.
Saeris mówiła, że Lorreth śpiewał balladę o Wrotach Ajun, o bitwie, która się tam rozegrała, ale ponieważ merkurium zażądało utworu w zamian za pozwolenie, by ponownie wykuć Avisiétha, który to miecz oddało we władanie właśnie jemu, pieśń została zapomniana.
Carrion jednak od tamtej pory nie przestawał wypytywać o Wrota Ajun. Kiedy czekaliśmy, aż Saeris ocknie się po Pocałunku Nocy, Lorreth opowiadał przemytnikowi o naszych dokonaniach. Mówił również o przyjacielu, którego zabił smok. Nie przekazał mu jednak całej historii.
– Jeśli zginął pod Ajun, to jak… – Carrion zmarszczył brwi, gdy nagle do niego dotarło. – Och. Utraciliście go, ale on nadal żyje. Jest tutaj? – dociekał, unosząc głowę i spoglądając na ostre jak brzytwa ściany górującego nad nami Czarnego Pałacu.
– Tak – odparł Lorreth. Niesamowite, że to pojedyncze słowo niosło za sobą aż tyle napięcia. Wojownik odchrząknął. – Jeżeli będę musiał, przetrząsnę to miejsce do fundamentów, Fisher. Nie martw się. Znajdę go. Idź. Wejdź do środka. Saeris robiła dobrą minę do złej gry, gdy wychodziłem, ale wiem, że panikuje. Wyszczotkuję Billa i go schłodzę – powiedział i przesunął dłonią po spoconej końskiej szyi, a potem poklepał wierzchowca po grzbiecie.
Zeskoczyłem, uważając, aby nie potrząsać Onyxem.
Wylądowałem miękko na ziemi, a mimo to lis i tak pisnął. Czułem pod sierścią jego kostki. Z sercem w gardle zobaczyłem, że poduszki na jego łapkach popękały i krwawią.
– Będziesz musiał go nieść – rzuciłem do Carriona, gdy wracaliśmy przez kogi.
– Co? Nie mogę. On mnie nie lubi.
Pospiesznie wyjąłem Nimerelle i obróciłem się z bronią tak, aby Swift mógł ją zobaczyć.
– Chcesz więc zamiast lisa nieść to? – zagadnąłem. – Będziesz potrzebował obu boskich mieczy, jeśli zamierzasz torować nam drogę z powrotem przez kogi do pałacu.
Przemytnik zbladł, wpatrując się w oręż. W najlepszym razie dotykając broni innego wojownika, skończyłby z poważnymi oparzeniami. W najgorszym wypadku straciłby rękę. Albo życie.
– To wolę już trzymać lisa – odparł, wciąż nieufnie zerkając na Nimerelle.
Powrót do komnat Saeris zajął znacznie więcej czasu, niż bym sobie tego życzył. Zostawialiśmy za sobą ślad rozsypanych kłów, które lądowały najpierw na brukowanych ulicach, a potem na wypolerowanych posadzkach, gdy wchodziliśmy na kolejne kondygnacje pałacu. Zanim dotarliśmy za bezpiecznie zamknięte drzwi komnat Saeris, straciłem rachubę, ilu krwiopijców wykończyłem. Carrion był cały w plamach czarnej posoki, a Onyx osłabł ze zmęczenia.
Saeris zastaliśmy na progu, a po jej bladej, pięknej twarzy płynęły łzy. Miała na sobie gruby szlafrok, tkany misternie złotą nicią na kieszeniach. Przeraziła się na widok lisa.
– Na bogów. Nic mu nie jest? – zapytała szeptem, jakby zbyt bała się odpowiedzi, aby rozwikłać tę kwestię pełnym głosem.
– Wszystko z nim w porządku – odparłem. O bogowie, jakże chciałem zgarnąć ją w objęcia i przytulić. Dobrze wiedziałem, co oznacza lekkie zgarbienie jej sylwetki, sposób w jaki kosmyki włosów kręciły się przy skroniach. Znałem jej buntowniczość, którą traktowała jak tarczę, ale jeszcze nie poznałem jej żalu, który był niczym nieproszony nieznajomy, więc zapragnąłem go jak najszybciej wyrzucić. Z powodu jego obecności krajało mi się serce.
Lisek, pomimo obrażeń, kręcił się w ramionach Carriona, zdeterminowany, aby dotrzeć do swojego celu. Wydawał się nieco odprężyć dopiero, gdy znalazł się bezpieczny przy piersi Saeris.
Drżał i dyszał, wpatrzony w swoją panią, która, odkąd ją poznałem, przeklinała moje imię i pokazywała zęby przy każdym zagrożeniu. Wrzał w niej bunt nawet, kiedy znalazłem ją na schodach Sali Zwierciadeł po tym, jak Harron śmiertelnie ją zranił. A teraz płakała, tuląc lisa, a ja nie mogłem na to patrzeć.
Wyciągnąłem po niego rękę.
– Daj mi go, proszę – powiedziałem.
Oczy Saeris zdawały się tak jasnoniebieskie, jak wyłaniający się zza gór zimowy świt. Widziałem, że drży jej dolna warga, gdy spojrzała na mnie niepewnie, ale nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Z trudem przełknęła ślinę, odetchnęła głęboko i oddała mi Onyxa.
Carrion odszedł. Chociaż raz ten złodziej prawidłowo ocenił sytuację i zniknął. Saeris wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi oczami i z mocno bijącym sercem, kiedy niosłem lisa do wyjścia na jej balkon.
Jako pierwszy ze wszystkich wampirów i król Dworu Krwi, Malcolm rozgościł się w tych komnatach, jakby miał do tego prawo, ale nie spędzał w tych ścianach zbyt dużo czasu. Tal mówił, że spał w wieży nad nami, a paranoja podpowiadała mu, żeby zamykał się wtedy za szeregiem grubych na pół metra, metalowych drzwi. Nie potrafiłem wyobrazić go sobie na tym balkonie, na otwartej przestrzeni pod nocnym niebem, usianym gwiazdami. W tym miejscu chyba za bardzo obawiałby się własnego cienia…
Saeris w poświacie księżyca promieniała. Włosy powiewały jej na wietrze niczym sztandar.
– Po prostu… – zaczęła ze łzami w oczach. – Jeżeli musisz to zrobić, to przynajmniej niech to będzie szybko.
Serce podeszło mi do gardła. Wydawało jej się, że zamierzam skrócić cierpienia tej biednej istoty. Myślała w ten sposób, a mimo to oddała mi lisa. Ufała, że zrobię to, co konieczne, aby oszczędzić bólu jej pupilowi…
Pokręciłem głową i słabo się uśmiechnąłem.
– Mówiłem, że nic mu nie jest, Osha. Naprawdę. – Usiadłem na piętach, a potem położyłem sobie zakrwawioną kulę białego futra na kolanach. Czarne, szklące się oczy wpatrywały się we mnie z ufnością.
– Niezbyt dobrze uzdrawiam – szepnąłem do niego. – Chyba masz szczęście, że jesteś malutki… oboje je mamy. – Czekałem, aż strumień magii rozgrzeje mi dłonie. Używałem tej mocy do leczenia siniaków, gdy byłem młody. Kiedyś naprawiłem sobie złamany kciuk, ale niemal wyczerpało to zasoby mojej energii. Niegdyś poskarżyłem się mamie, że nie potrafię wprawnie uzdrawiać, ale tylko się zaśmiała i poczochrała mnie po włosach.
„Nigdy nie wątp w swoją moc, kochany”, powiedziała mi wtedy. „Każda jest darem. Wystarczy, gdy najbardziej będziesz jej potrzebował. Uwierz w siebie. Zawsze będziesz wystarczający”.
Modliłem się, żeby miała rację, gdy położyłem palce na poranionej łapie lisa. Na początku czułem opór – jakby barierę, która nie chciała ustąpić tak łatwo, jak ta pomiędzy mną a moimi cieniami. W końcu się jednak poddała i zalała mnie fala bólu. Skrzywiłem się…
– Co robisz? – dopytywała Saeris. – Co się dzieje? Co ty wyprawiasz?
Onyx pisnął i położył łebek na mojej nodze. Jego wyczerpanie przepłynęło przez połączenie, które między nami utworzyłem. Był do cna wyzuty z energii, a jego łapa wciąż boleśnie pulsowała. Na szczęście nie była złamana, ale pogruchotana. Biegł od tak dawna.
– Fisher!
– Jeszcze chwilę, Osha – poprosiłem. – Zaufaj mi. To już nie potrwa za długo.
Zamknąłem oczy i pociągnąłem. Niektóre elfy nie miały dostępu do małej magii, która nie była częścią ani męskiego, ani żeńskiego dziedzictwa, jak moje cienie. To była znacznie słabsza energia – nikła koligacja, jaką można było dostać w swojej linii mocy. W przeciwieństwie do tej wrodzonej, mała magia była ograniczona.
Dłonie mi drżały, gdy szukałem głęboko w sobie każdego skrawka uzdrawiającej siły, jaka tylko we mnie płynęła. Kiedy wyobraziłem ją sobie w centrum mojej piersi, przelałem ją do Onyxa.
Lis się zatrząsł, a chwilę później jego oddech znacznie zwolnił. Osłabł promieniujący z jego ciała ból, aż stał się jedynie tępym pulsowaniem w łapie. Poduszki się zasklepiły. Pogruchotana kość się zrosła… ale nie do końca. Nie miałem w sobie wystarczająco uzdrawiającej magii, żeby doprowadzić go do całkowicie dobrego stanu, niemniej tyle wystarczy. Z resztą sam sobie poradzi.
Zwierzak ziewnął, a potem zaczął się wyrywać, jakby pragnął się ode mnie uwolnić. Jego sierść znów była czysta, zniknęła plamiąca ją wcześniej krew. Kuśtykał na łapę ledwie zauważalnie, gdy pobiegł do swojej pani.
Saeris patrzyła ze zdumieniem i ulgą, następnie pochyliła się i wzięła go na ręce.
– Co? Ale… jak? – Śmiała się, gdy lis szturchał ją nosem w szyję i lizał po policzku. – Nie wiedziałam, że potrafisz uzdrawiać!
Wzruszyłem ramionami.
– W tej chwili to niemożliwe. Już nie. To niewiele, ale dałem mu wszystko, co miałem.
Saeris nieco spoważniała.
– Ale… skoro masz w sobie magię uzdrawiającą, nie powinna się odrodzić? Jak w przypadku mocy Te Lény?
Ze smutkiem pokręciłem głową.
– Niektóre rodzaje magii tak nie działają, Osha. – Innym razem dokładniej jej to wyjaśnię. Nadal tak wiele nie wiedziała o tym świecie, jego mieszkańcach i tutejszej magii. Jednak to mogło poczekać. Onyx był w znacznie lepszym stanie, a Saeris przestała płakać. Na razie tylko to miało znaczenie.
– Zatem poświęciłeś tę moc, żeby mu pomóc? – zapytała. Na bogów, była tak cholernie piękna. Księżyc malował poświatą jej skórę, więc wyglądała, jakby promieniała srebrem.
Pokiwałem głową.
Chyba nie wiedziała, co powiedzieć. Na chwilę wtuliła twarz w futro liska i zaciągnęła się jego zapachem. Kiedy uniosła głowę i ponownie na mnie spojrzała, zrobiła to ze zdziwieniem.
– Dlaczego? – zapytała. – Dlaczego tak się poświęciłeś?
Wcześniej bym nie odpowiedział. Nie potrafiłbym jej okłamać, więc musiałbym milczeć. Tyle się jednak wydarzyło. Tak wiele zmieniło się między nami. Prawda z łatwością wyszła z moich ust.
– Nie wiesz? Nie ma nic, czego bym nie poświęcił, żeby cię uszczęśliwić, Osha. Trochę magii uzdrawiającej to tak naprawdę nic wielkiego.
Przed Gillethrye przez tygodnie panowało między nami silne napięcie. W tej chwili nasze dłonie i nadgarstki znaczył boży węzeł. Zostaliśmy połączeni w sposób, który wydawał się jednocześnie dziwny i ekscytujący.
Pozostało jednak tak wiele do powiedzenia.
Wisiało to między nami jak ciężar… Ale kobieta, w której tak bardzo bałem się zakochać, po prostu pokiwała głową, starając się nie uśmiechać.
– Rozumiem. A już zaczynałam myśleć, że zmieniłeś zdanie w kwestii Onyxa.
Też starałem się nie zaśmiać. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Na bogów, była tak cholernie piękna.
– O, nie – mruknąłem. – Wciąż sądzę, że byłaby z niego niezła czapka.
Do wszystkich diabłów
Saeris
Tę suknię stworzono do grzechu.
Czarną.
Bez ramiączek.
Prześwitującą.
Z rozcięciem po boku tak wysokim, że nie mogłam włożyć bielizny. Materiał otulał moje ciało niczym druga skóra i lśnił w świetle, jakby został uszyty z nocnego nieba. Długie rękawiczki z tej samej tkaniny okrywały moje ręce, które wyglądały, jakbym zanurzyła je do łokci w lśniącym atramencie. Nie przypominało to żadnego ze strojów, w które ubierała mnie Everlayne, gdy przybyłam do Pałacu Zimowego. To, co miałam teraz na sobie, było eleganckie. Oszałamiające. Boleśnie seksowne.
Nie rozpoznawałam kobiety, którą widziałam w dużym lustrze mojej garderoby… i istniał ku temu powód. Dziwne stworzenie, które spoglądało na mnie, nie było kobietą. Już nie. Urodziła się całkiem zwyczajna, ale teraz stała się naznaczoną przez bogów hybrydą elfki i wampirzycy.
Byłam taka jak przedtem, a jednak inna. Nieśmiertelność w przypadku niektórych mogła oddzielać mięso od kości i uczynić ich ciała smukłymi. U mnie jednak wypełniła te części, które zagłodzono w Zilvaren. Nie cechowały mnie już tak zapadnięte policzki, a moje usta stały się pełniejsze. Biodra, piersi i pośladki – wcześniej były tylko zarysowane, a teraz naprawdę je miałam.
Podobnie jak za każdym razem, gdy w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin przeglądałam się w lustrze, skupiłam wzrok na spiczastych uszach, które wystawały spod ciemnych, falowanych włosów. Ilekroć je widziałam, rzeczywistość mi się wypaczała, a potem wracała na swoje miejsce. Ostatecznie stałam się podobna do osoby, którą narysowała matka Kingfishera.
To wszystko prawda.
Byłam elfką.
I wampirzycą.
Ciszę rozdarł głos płynący z tyłu pomieszczenia.
– Cóż, jeśli nikt inny nie zamierza tego powiedzieć, ja to zrobię. Wyglądasz naprawdę seksownie, Saeris Fane.
Odwróciłam się, krzywiąc, przygotowana na negatywne skutki tego komentarza.
W dużej garderobie znajdowało się wraz ze mną trzech mężczyzn, a od każdego z nich biło tyle testosteronu, że aż unosił się w powietrzu.
Wpadające przez duże okno ostatnie promienie słońca rozświetlały srebrzyste włosy Taladaiusa i malowały złotem rysy jego twarzy. W tej chwili wyczuwałam jego emocje. Zostaliśmy połączeni więzią, która jakoś mnie nie cieszyła. Czasami, gdy zapadał zmierzch, wiedziałam, gdy budził się po drugiej stronie pałacu, a jego smutek sprawiał, że oddech więzł mi w gardle. Mój stwórca, rozłożony na szezlongu jakby był jego właścicielem, skrzywił się, patrząc na pozostałych dwóch mężczyzn po drugiej stronie pomieszczenia.
– Odbiło ci? – zapytał. – Nie znam ani jednej osoby, która byłaby na tyle głupia, żeby podbijać do świeżo związanej kobiety, a co dopiero takiej złączonej bożym węzłem. Ale robić to na oczach jej partnera? Tuż pod jego nosem? – dodał, ruchem głowy wskazując na tego, który opierał się o ścianę przy drzwiach.
Dopiero po chwili przeniosłam na niego wzrok.
Moment później pozwoliłam, aby jego imię zagościło w moich myślach.
Kingfisher.
Mój partner.
Ciemne, falowane włosy opadały mu na twarz, kręciły się wokół jego uszu. W ciągu ostatnich dwóch dni w jakiś sposób nieco urosły. I on sam wydawał się większy. Wyższy, masywniejszy, jego sylwetka robiła jeszcze silniejsze wrażenie. Był uzbrojony po zęby, odziany w skórę, na szyi miał lśniący ryngraf, z którym się nie rozstawał. Między jego palcami oraz przy nadgarstkach wiły się smużki cienia i lśniącego czarnego piasku. Spływały po jego nogach i rozlewały się na pluszowym dywanie jak węże, które polując, zbliżały się do szezlongu.
Dotarły do mebla i sunęły po jego nogach w stronę Carriona. Wtedy właśnie westchnęłam i skrzyżowałam ręce na piersi.
– Fisher.
Słysząc mój głos, powrócił do rzeczywistości.
– Hm?
– Przestań.
Widziałam, że nozdrza mu drgają, podobnie jak mięsień na policzku.
– Nic nie poradzę na to, że życie mu niemiłe.
Carrion podniósł się ciężko, niemal rozlewając to, co miał w szklanicy. Pił już czwartą porcję whisky, chociaż nie wydawał się nawet podchmielony. Wszystko nabrało sensu – tyle razy upił innych klientów Domu Kali. Elfy, jeśli tylko chciały, mogły zalać się w trupa. Wystarczyła siła woli, a ułamek sekundy później były trzeźwe jak świnie. Carrion, odkąd go poznałam, ukrywał swoje pochodzenie. Kiedy był dzieckiem, ojciec Fishera rzucił na niego zaklęcie, które utrzymywało się przez całe jego życie, mając za zadanie ukryć prawdziwy wygląd przemytnika. Trzeba mu było przyznać, że zawsze był wysoki, ale jego uszy zaokrąglono, rysy twarzy złagodzono i nieco go odchudzono. Potrzebowałam trochę czasu, żeby przywyknąć do tego, jak naprawdę wygląda. Po spotkaniu z Malcolmem w labiryncie zaklęcie przestało działać, a mężczyzna w końcu stał się taki, jakim się urodził.
– A ja nic nie poradzę na to, że nie palisz się do obrzucania komplementami swojej dziewczyny – odparł Carrion, unosząc szklankę w kierunku Kingfishera.
Na bogów. To się źle skończy.
Smużki cienia i piasku stały się grube jak sznury. Wspięły się na szezlong, owinęły wokół nadgarstków i szyi Carriona, a następnie docisnęły go do wyściełanego aksamitem mebla. Szklanica z whisky wzleciała w powietrze. Fisher nie podjął próby ratowania szkła, które wylądowało na dywanie, odbiło się i potoczyło po podłodze, rozlewając przy tym swoją zawartość.
Kingfisher nie zadowolił się jednak atakiem samą magią, bo uniósł pięści i stanowczym krokiem ruszył przez garderobę. W jego pięknych, zielonych oczach malowała się chęć mordu.
Serce mi się ścisnęło.
– Fisher!
Na szczęście do akcji wkroczył Taladaius i zablokował przejście mojemu partnerowi, nim ten dotarł do przemytnika. Byli tak samo wysocy i dobrze zbudowani. I tak samo przerażający. Pod wieloma względami cechowało ich podobieństwo. Jednak tam, gdzie Kingfisher był ponury i mroczny, Taladaius promieniał, a jego nastrój niejednokrotnie wydawał się lepszy, niż być powinien. Najpewniej na świecie istniały przeciwwagi. Dwie strony tej samej monety. Albo zupełnie inne waluty.
Wampir.
Elf.
Stwórca.
Partner.
Krwiopijca położył dłoń na ramieniu Kingfishera i obdarzył go sztywnym uśmiechem.
– Być może jestem uważany pośród mojego gatunku za oświeconego, Fisher, ale inni, którzy się dziś zebrali… – urwał i dla lepszego efektu uniósł brwi. – Wcale tacy nie są. Jeśli przelejesz tu krew, nawet jeśli jest to komnata Saeris, spotka cię wielka krzywda. Zapewnianie ci tutaj bezpieczeństwa i bez tego jest wystarczająco trudne.
Wyraz twarzy Fishera pozostawał pusty. Elf ani trochę nie przejął się ostrzeżeniem Taladaiusa. Powoli przeniósł wzrok na dłoń spoczywającą na jego ramieniu, jakby miejsce, w którym stykała się z jego ciałem, miało wybuchnąć.
– Niczego nie gwarantujesz – powiedział cicho. – A ja nie jestem tu z niczyjej łaski. Przebywam tutaj, ponieważ jest tu moja partnerka. Idę wszędzie tam, gdzie ona. A jeśli któryś z twoich współbraci poczuje ochotę, żeby się na mnie rzucić, to możesz mi wierzyć, nie będę się sprzeciwiał. Czekałem cały wiek, aby znaleźć się w tym samym pomieszczeniu co te zarozumiałe dupki.
Taladaius zacisnął zęby, a potem głęboko odetchnął.
– Wiesz, co te zarozumiałe dupki wyczuwają lepiej niż krew? – zapytał.
Kingfisher odtrącił jego rękę i warknął pod nosem:
– Nie boję się, Tal.
– Strach okaże się tam twoją zgubą – syknął wampir. – Jeśli choć przez sekundę będziesz się o nią bał, dowiedzą się o tym i wykorzystają to, aby cię zniszczyć. Żeby osłabić jej tron. Wypędzić ją…
– Ugh? – dobiegło z szezlongu za nimi, na którym cienie Fishera wciąż dusiły Carriona. – Pomocy?
– Na bogów i męczenników, przestaniecie się tak zachowywać?! Fisher, uwolnij Carriona. Taladaius… – Odetchnęłam z irytacją. – Ile mamy czasu, zanim będziemy musieli tam iść?
Tal poprawił swoją pięknie skrojoną, czarną marynarkę i uspokoił się, jednak nie spuszczał mojego partnera z oka.
– Słońce już zaszło. Zebrali się. Jeśli wkrótce do nich nie wyjdziemy, stwierdzą, że nie chcesz objąć tronu.
– Mogliby zrobić coś takiego?
– To biurokraci – odparł.
Kingfisher uwolnił w końcu Carriona spod wpływu magii.
– To potwory – wtrącił.
– Tak – zgodził się wampir. – Przez co właśnie mamy tak wiele zasad i tak zajadle się ich trzymamy. Bez nich na naszym dworze panowałby chaos. Należy szanować tradycję i przestrzegać praw pięciu. Musi to robić nawet królowa – podkreślił. – Dopiero kiedy włoży na głowę diadem, będzie mogła dokonywać zmian. Zdoła zmodernizować wszystko tak, aby przynieść korzyści całej Yvelii.
No i proszę. Sedno całej sprawy.
Nie zabiłam Malcolma w labiryncie dla korony. Dokonałam tego, by się ratować. Dla zemsty. I dla mojego partnera. Nie prosiłam o to, żeby zostać królową całego tego wstrętnego dworu. Gdyby cokolwiek tu zależało ode mnie, bylibyśmy już z powrotem w Cahlish i świętowalibyśmy śmierć wampirzego króla. Ale co by to tak naprawdę oznaczało? Prawdopodobnie do władzy doszedłby kolejny lord, który pozostawiłby Yvelię w jeszcze gorszym stanie, niż jest teraz.
W ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin odbyłam przyspieszony kurs polityki wampirzego dworu. I w przeciwieństwie do lekcji w bibliotece w Pałacu Zimowym, tym razem słuchałam uważnie.
Pod przywództwem monarchy rządziło pięciu lordów, nazywających siebie lordami północy, a jednym z nich był właśnie Taladaius. Zwracano się do nich tym tytułem niezależnie od płci i najwyraźniej nie miało się to zmienić w najbliższej przyszłości. Jeszcze nie poznałam pozostałych i szczerze mówiąc, nie miałam na to ochoty. Z tego, co mi przekazano, byli bezwzględnymi, żądnymi krwi barbarzyńcami, a każdy z nich ochoczo urwałby mi łeb, żeby tylko przywłaszczyć sobie koronę. Obowiązywało ich jednak Prawo Wzniesienia, zgodnie z którym najpierw musieli uznać mnie jako swoją królową, a dopiero później próbować odebrać mi tron. A jeżeli zostanę zaprzysiężona, będą musieli być mi posłuszni. Przynajmniej przez jakiś czas.
To z kolei dawało nam szansę. Okazję. Możliwość, aby przerwać wielowiekową wojnę. Położyć kres zabijaniu. Objęcie tronu stało się więc najszybszym sposobem na powstrzymanie koszmaru bez rozlewu krwi, która splamiłaby ziemię od morza aż po góry.
Nie pochodziłam stąd. Nie urodziłam się tutaj. Yvelia to nie był mój dom, niemniej rozumiałam, co to cierpienie, a teoria bezsensownej śmierci, która dotykała słabych i bezbronnych, stanowiła dobrze mi znane zjawisko. Jeżeli więc mogłam zrobić coś, aby położyć kres rozlewowi krwi, to powinnam się za to zabrać. A przynajmniej spróbować. I być może było to myślenie życzeniowe, ale nadal żywiłam nadzieję dla członków Dworu Krwi. Liczyłam na to, że będą mogli zostać odkupieni.
– Czy jeszcze ktoś oprócz mnie to słyszy? – zapytał ochrypłym od podduszenia głosem Carrion. – Bo albo krew wciąż tętni mi w uszach, albo zmierza tu horda. – Poza lekkim zaczerwienieniem na szyi wydawał się w całkiem dobrym stanie. Nawet się nie wzdrygnął, gdy Fisher przeszedł obok niego, kierując się do drzwi i głośno tupiąc butami.
– Wzywają ją do stawiennictwa – powiedział nieobecnym głosem.
– Zatem to ten moment. Musimy iść – oświadczył Taladaius.
Fisher jednak zawrócił i stanął przede mną, ignorując mojego stwórcę. Potężną sylwetką zasłonił wszystko wokół. Widziałam jedynie jego ciemne włosy, silną żuchwę i piękne tatuaże. Nie tak dawno temu śniłam, by stał tak blisko. Moje głupie serce pragnęło go znacznie bardziej niż płuca tlenu… A teraz, gdy był mój, a ja byłam jego, moja potrzeba jedynie się zintensyfikowała. To dla mnie ocalił Onyxa. Dla mnie ryzykował życiem i, sądząc po jego aktualnej minie, powtórzyłby to bez najmniejszego zawahania. Gdy przełknął ślinę, tatuaże na jego szyi poruszyły się wraz z pracą mięśni.
– Nie musisz tego robić – szepnął. – Istnieją inne sposoby, abyśmy osiągnęli nasze cele.
Jest tutaj. Tutaj. Tutaj…
Zignorowałam szept, który wdarł się do moich uszu – nie chciałam zwracać na niego uwagi. Nie w tym miejscu i nie w tym momencie. To nie był jednak pierwszy przypadek, gdy słyszałam merkurium, odkąd przebudziłam się w pałacu po dokonanej przemianie. Wiedziałam również, że to nie był ostatni raz.
Zamiast tego skupiłam uwagę na moim partnerze. Dłonią w rękawiczce ujęłam jego policzek. Wiele bym dała, aby poczuć jego szorstki zarost na skórze. Na bogów. Cieszyłam się, że w ogóle mogę dotykać go w taki sposób. Że był mój.
– Te inne sposoby wiążą się z krwią, śmiercią i ogniem – odpowiedziałam cicho, ponieważ mówiłam tylko do niego. Oczywiście inni również mogli usłyszeć moje słowa, ale byli na tyle dobrze wychowani, że udawali, jakby nic do nich nie docierało.
Kingfisher wtulił się w moją dłoń i na chwilę zamknął oczy.
– Właściwie to nie miałbym nic przeciwko, żeby te gnojki się wykrwawiły – szepnął.
– Tak, ale pomyśl o stratach, których unikniemy w ten sposób. O naszych przyjaciołach. O mieszkańcach Cahlish. Jak zdołają wrócić do domów, skoro po drugiej stronie rzeki w Sanasroth wciąż będzie wrzało?
Tym go przekonałam. Fisher kochał swoich ludzi. Cierpiał, porzucając Cahlish, gdy Malcolm uwięził go w tym przeklętym przez bogów labiryncie. Jeśli Fisher pragnął, aby jego poddani mogli powrócić do swoich domostw, musiał zapewnić im bezpieczeństwo.
Westchnął ciężko, ale w końcu pokiwał głową.
– Dobrze. Jednak kiedy tylko zechcesz stąd odejść…
– Obiecuję, że ci o tym powiem.
Pochylił głowę, zrywając ze mną kontakt wzrokowy, a potem się odwrócił, podszedł do lustra i wziął mój miecz z komody, na której go zostawiłam, gdy postanowiłam się przebrać. Pocieszyciel to starożytny oręż – jeden z niewielu pozostałych na świecie boskich mieczy, które tysiące lat temu przepełniała magia. Należał do ojca Kingfishera. To właśnie tym ostrzem na cały wiek zablokowano merkurium. Wyjęłam go z sadzawki, żeby się bronić, czym zupełnie przypadkowo ponownie otworzyłam przejścia pomiędzy światami.
W tej chwili był związany ze mną. Boskie miecze okazały się lojalne i terytorialne. Fisher zapewne straciłby ręce, gdyby nie dotknął go przez jedwab. Podał mi go z wyraźnym szacunkiem.
– Chyba nie jesteście poważni. Przecież to całkowicie zniszczy jej kreację – sapnął z przerażeniem Carrion.
– Racja. – Taladaius stał teraz przy drzwiach, niespokojnie trzymając rękę na klamce. – Nie może wyjść tam z Pocieszycielem przy biodrze. Musi dostojnie się prezentować. Nie powinna wyglądać, jakby obawiała się o swoje bezpieczeństwo.
Spojrzenie, które Kingfisher rzucił wampirowi i przemytnikowi, dawało jasno do zrozumienia, że ma ich obu za głupców.
– Nie obchodzi mnie, jak wygląda. Zależy mi wyłącznie na tym, by mogła się bronić.
– To daj jej coś innego. Znacznie subtelniejszego. Coś, co zdoła gdzieś ukryć. I na miłość wszystkich bogów, zrób to szybko.
Bum!
Bum!
Bum!
Dźwięk coraz bardziej przybierał na sile i częstotliwości, był wyrazem ostatecznego zniecierpliwienia. Fisher się zawahał, ale zaraz potem westchnął i położył Pocieszyciela na szezlongu.
– Dobrze. W porządku. – Zręcznymi palcami wyjął z niewielkiej sakiewki przy pasie srebrny łańcuszek. Owinął mnie nim w talii, a potem zawiązał tak, by jego końce sięgały mi niemal do kolan.
– Saeris nie potrzebuje garoty – warknął Taladaius.
– To nie jest garota, a pasek – odparł Fisher, jakby nie chciał się kłócić, jednak w mojej głowie dodał: Tak, to garota.
Próbowałam się nie zaśmiać.
Z pochwy przy pasie wyjął jeden ze swoich sztyletów, po czym uklęknął przede mną na jedno kolano. Uniósł głowę i z mnóstwem intensywnych emocji w oczach spojrzał na mnie, jednocześnie powoli… ostrożnie… rozchylił materiał mojej sukni, aby odsłonić udo.
Taladaius uniósł ręce.
– Nie mamy na to czasu!
– Och, no nie wiem. Chyba jednak możemy poświęcić na to chwilę – wtrącił Carrion.
Dostrzegłam rosnącą irytację Kingfishera, który jednak nie zareagował. Jego palce pozostawiły mi rozpalony ślad na skórze, gdy przesunął nimi po moim udzie. Drugą ręką przycisnął nóż do mojego ciała. Magia wrząca w moich żyłach wykryła, że broń, podobnie jak łańcuszek, który mi założył, zawierają w sobie srebro, które jednak nie parzyło mnie tak, jak mogło Taladaiusa lub każdego innego wampira. Już wcześniej przekonaliśmy się, że zarówno srebro, jak i żelazo na mnie nie działają. Być może przez to, że nie byłam do końca jednoznaczną istotą – ani w pełni wampirzycą, ani elfką. Albo dzięki temu, że nadal byłam alchemiczką i radziłam sobie z metalami. W każdym razie cieszyłam się z powodu tej przewagi.
Fisher nie dał mi pochwy na ten sztylet, ale nie musiał tego robić. Po mojej skórze prześlizgnęły się smużki czarnego dymu. Jednocześnie wydawały się ciepłe i zimne, a gdy poczułam mrowienie energii, dostałam gęsiej skórki. Tutaj Kingfisher został pozbawiony większości swojej magii – nie mógł otworzyć portalu, a także z pewnością nie mógł używać mocy, aby wyrządzić krzywdę mieszkańcom Dworu Krwi i to na ich ziemi – ale mógł zrobić coś takiego. W tej samej chwili moje udo otoczyła misterna siateczka cieni i lśniącego, czarnego piasku, a następie przycisnęła sztylet do nogi. Była piękna niczym koronka, delikatna jak pajęczyna usiana koralikami porannej rosy. Silne, szorstkie ręce pozostawił na moim udzie i…
Gwałtownie wciągnął powietrze, pokręcił głową i się podniósł. Kiedy na mnie spojrzał, zobaczyłam, że ma rozszerzone źrenice.
– Jeśli którykolwiek choćby krzywo na ciebie spojrzy, wbijesz mu to prosto w pierś.
– Wiem, jak się posługiwać sztyletem, Fisher. – Większość par flirtowała, puszczając do siebie oko albo komplementując nawzajem swoje stroje. My jednak robiliśmy to, dyskutując jak najlepiej wykończyć naszych wrogów. Czułam, że uśmiech ciśnie mi się na usta…
Bum!
Bum, bum, bum!
Fisher podał mi rękę.
– Chodźmy.
– Czekaj. Ja… – Na bogów, tak dużo chciałam mu powiedzieć, ale od wielu dni nie mieliśmy nawet jednej chwili sam na sam. Fisher znajdował się tu w niebezpieczeństwie, a ja, dzięki archaicznym tradycjom Dworu Krwi, a konkretnie Rytuałowi Wstąpienia, pozostawałam bezpieczna. Jednak to nie mój partner zabił Malcolma. Reguły Dworu Krwi nie pozwalały, aby objął tron. Był zaprzysięgłym wrogiem. W murach Ammontraíeth mieszkały wszystkie dzieci Malcolma – tysiące wampirów szlachetnej krwi – a każde z nich nienawidziło mojego towarzysza z dziką zajadłością. Gdyby choć spojrzał krzywo na niewłaściwą osobę, napytałby sobie biedy. Pragnęłam mu teraz o tym przypomnieć, ale oczywiście doskonale zdawał sobie z tego sprawę, a nam kończył się czas.
– Mógłbyś… Słuchaj, mógłbyś zachowywać się tam jakoś przyzwoicie? – wymamrotałam pod nosem.
Wyglądał na zakłopotanego, ale w jego prawym policzku pojawił się niewielki dołek.
– Mógłbym – odparł. – Ale nie mogę obiecać, że będę.
Kiedy wyminęliśmy Taladaiusa, aby wyjść z komnaty, wampir doradził:
– Powinieneś zostawić tu Nimerelle. To, że nosisz przy sobie broń, uznają za przejaw agresji.
– I dobrze. – Na twarzy mojego partnera pojawiła się mroczna zapowiedź przemocy. – Bo tak właśnie jest.
– Cholera. – Carrion gwizdnął cicho. – Wygląda z zewnątrz jak więzienie. Kto wpadłby na to, że ukrywają tu coś tak pretensjonalnego?
To miejsce nazywano Salą Łez.
Z obsydianowych, podtrzymujących sufit katedry filarów spoglądały na nas wyrzeźbione, groteskowo wykrzywione twarze. W kinkietach płonęły pochodnie, a upiorna, nieruchoma poświata – tak inna niż normalny ogień – rzucała dziwaczny, biało-zielony blask na ściany. Przy ogromnych oknach na drugim końcu pomieszczenia wisiały złote zasłony z brokatu1, na ciężkim materiale wyhaftowano rozwiązłe sceny i wszystkie rodzaje grzechów. W rzędach po lewej i prawej stronie sali zasiadało więcej wampirów, niż zdołałabym zliczyć. Nie zauważyłam żerców, a jedynie kobiety w pięknych sukniach i mężczyzn w marszczonych, luźnych koszulach. W oczach ich wszystkich lśniła surowa inteligencja, gdy skierowali ku mnie wygłodniałe spojrzenia.
Z przodu sali, na środku podwyższenia stał wielki, czarny tron. Przed nim znajdowała się płyta z polerowanego obsydianu – ozdobiono ją jasną, kamienną mozaiką, która przedstawiała pięcioramienną gwiazdę. Na każdym z czterech szpiców stał odziany w elegancki strój lord północy, zwrócony obliczem do wewnątrz. Piąte ramię pozostawało wolne… aż przez długą nawę główną przeszedł Taladaius, aby zająć należne mu miejsce pośród współbraci.
Mój stwórca wyczarował skądś lakierowaną laskę. Podobnie, jak pozostali zebrani, zaczął nią stukać o posadzkę przy swoich stopach, potęgując dudniącą w sali kakofonię: Bum! Bum! Bum!
Dźwięk się nasilał, łomocząc w moich uszach.
A potem, bez żadnego ostrzeżenia, ucichł.
Pięć postaci odwróciło się twarzami w moim kierunku, wyrazy czterech nieznajomych wydawały się wykute w granicie, gdy spojrzeli na szerokie schody i dostrzegli, że nie jestem sama.
Dwoje lordów było mężczyznami.
Dwoje kobietami.
A piąta istota czymś innym.
Jednym z nich był Taladaius. Dalej stał szczupły, ciemnowłosy mężczyzna z haczykowatym nosem i oczami jak czarne węgliki. Naprzeciwko niego znajdowało się wyższe, długonogie, blade stworzenie, które wyraźnie nie pochodziło z tego świata. Odziało się w nieskazitelnie białą, powłóczystą szatę. Skórę miało przezroczystą, a oczy niczym lite, czarne kule. Usta stanowiła nienaturalnie szeroka szpara z mnóstwem małych, ostrych zębów. Na grzbietach zbyt dużych dłoni, z błonami między palcami, widać było sieć czarnych żył.
Kobiety wyglądały zgoła mniej niepokojąco. Jedna miała na sobie jaskrawozieloną suknię oraz lśniące niczym kute złoto włosy, które splecione w grube jak sznury warkocze, opadały na jej plecy. Mój brat zakochałby się w niej od pierwszego wejrzenia. Stanowiła uosobienie kruchej, pięknej pokusy. Takiej, że z pewnością przykułaby jego spojrzenie. Nie miałby jednak u niej żadnych szans. W jej bezdennie niebieskich oczach tliła się nienawiść, przez którą miałam ochotę sięgnąć po sztylet przyczepiony do mojego uda. Przeszedł mnie dreszcz, gdy przeniosłam wzrok na drugą kobietę, ciesząc się, że udało mi się zerwać z poprzednią kontakt wzrokowy. Ostatnia z lordów północy była drobna. Na twarz opadały jej siwe włosy, skrywając rysy, niemniej nagie przedramiona, kruche nadgarstki i powykręcane dłonie zdradzały, że ma sporo lat.
– Co to za szaleństwo? – zapytała blond wampirzyca. W chwili, w której się odezwała, ucichł hałas w sali. Kobieta nie podniosła głosu, a mimo to jej słowa odbiły się echem od ścian i belek. Wycelowała swoją laskę we mnie w sposób, dzięki któremu widziałam zwieńczający ją, lśniący, złoty łeb syczącego węża. – To nie jest stworzenie, które pokonało mojego ojca – oświadczyła. – Wielki Malcolm, który panował nad całym kontynentem, a inny spalił na popiół, który obalał królów, sypiał z królowymi i oszukiwał śmierć, żebyśmy mogli pójść w jego ślady, miałby zostać pokonany przez to dziecko? Raczej wątpię.
Ciepło Fishera okazało się tak kojące, jak jego dłoń na moich plecach. Po lewej stronie kątem oka widziałam Carriona. Nie spojrzałam jednak na żadnego z moich towarzyszy, tylko uniosłam wysoko głowę i rozpoczęłam powolne zejście po schodach ku wampirom z Sanasroth.
– Twojego ojca pokonała własna pycha. Był zbyt arogancki. Sądził, że jest niezwyciężony, a ja z satysfakcją dowiodłam, że się myli. Boski miecz zmieni każdego w pożywienie dla robaków, bez znaczenia w czyich rękach spoczywa. A mimo to – zawołałam donośnie – nie jestem dzieckiem. Nazywam się Saeris Fane i jestem waszą królową.
Sala Łez
Saeris
– Ona nie jest jedną z nas. Jak może być naszą królową, skoro nawet stąd słyszę, że bije jej serce?
Tron okazał się lodowaty. Nie położono na nim żadnej poduszki, więc chłód twardego kamienia wniknął w moje plecy i tyłek. Kręciłam się, bo było mi niewygodnie, gdy piękna wampirzyca z długimi warkoczami mówiła na tyle głośno, aby mogli usłyszeć ją wszyscy zgromadzeni w sali.
– Nasz dwór może i jest najmłodszy w tym świecie, ale królestwo Sanasroth od zawsze szczyciło się dochowywaniem tradycji. Od tysiąca lat władał nami pierwszy wampir – wspaniały mężczyzna, tworzący dom i przyszłość dla swoich dzieci. To on zapewnił nam miejsce, do którego przynależymy. Nie był zwykłym królem, a bogiem pośród żywych i umarłych w tym świecie, a ta… ta dziewczyna – warknęła z pogardą – jeszcze kilka dni temu była człowiekiem. – Spiorunowała Taladaiusa złowrogim spojrzeniem. – W jaki sposób mamy zgodzić się na zastąpienie stwórcy całej naszej rasy czymś takim?
Wyborna z niej aktorka. Z jej słów biły prawdziwe emocje, gdy chodziła wokół gwiazdy, klucząc pomiędzy innymi lordami północy. Większość zapewne dałaby się zwieść drżeniu w jej głosie, gdy wspomniała o Malcolmie, niemniej ja wyraźnie słyszałam w tym ściemę.
Nie miała złamanego serca, ponieważ w ogóle nie dysponowała czymś takim. Wyczuwałam bijącą od niej złowrogą energię, tak samo jak żar wydobywający się ze słońc w trzecim okręgu. Jakakolwiek dusza, którą niegdyś miała, dawno temu opuściła skorupę jej ciała, pozostawiając ją z żyjącym wewnątrz jakimś mrocznym, okrutnym stworzeniem, patrzącym jej dużymi, ładnymi oczami i mówiącym jej głosem.
– Czy inne dwory proszą kurę albo krowę, żeby zasiadły na ich tronach w eleganckich sukniach i nimi rządziły? – grzmiała.
Po sali poniosła się fala okrzyków wyrażająca gniew. Niektóre wampiry poderwały się z ławek i przekrzykiwały pozostałe.
– Nie!
– Nigdy!
– To jakaś perwersja!
– To bluźnierstwo!
– Dlaczego zatem mamy koronować istotę niższego rzędu, która jeszcze kilka dni temu byłaby dla nas jedynie pożywieniem, i oddać się jej we władanie? Dlaczego mielibyśmy w taki sposób się ośmieszyć, jakbyśmy…
To Zovena, powiedział Kingfisher. Wzdrygnęłam się, słysząc jego głęboki głos w swojej głowie. Ledwie udało mi się zatuszować zaskoczenie na twarzy. Chociaż do tej pory zapewne zdołałaś się domyślić. Tal podał ci ich imiona.
Tak, odparłam w duchu. To Strażniczka Listów.
Poczułam w umyśle aprobatę Fishera. Tak. A widzisz pierścień na jej palcu? Tę grubą, złotą obrączkę z fioletowym kamieniem? To oznaka tego, że jest lordem. Cała piątka ma taką biżuterię. To źródła mocy, które podarował im Malcolm. Zgodnie z podaniami, każdy zawiera taką samą porcję magii, chociaż według pogłosek pierścień Tala jest najpotężniejszy. Zovena była niegdyś Lìssianką, podobnie jak Taladaius. Kochał ją. Wydaje mi się, że ona również go kochała. Ale to było bardzo dawno temu.
Obserwowałam, jak Zovena patrzy w tym momencie na mojego stwórcę, ale w jej oczach nie dostrzegłam ani miłości, ani ciepła.
– Powinieneś pozwolić jej tam umrzeć, Taladaiusie! – zawołała wampirzyca. – Przy okazji mogłeś też poderżnąć gardło tej chodzącej klątwie. Ale nie. Przecież wszyscy wiemy, jak bardzo cenisz tego swojego Kingfishera spod Wrót Ajun, prawda? Zatem postanowiłeś sprowadzić ich oboje do nas, w dodatku jako partnerów, aby nie tylko spróbować posadzić to półkrwi dziecko na tronie, ale również żeby pełnokrwisty elf był jej królewskim małżonkiem! I to nie byle jaki elf, ale taki, który od wieków morduje i dręczy nasz lud! Zapomniałeś, że jesteśmy z nim w stanie wojny?
Czekałam, aż Kingfisher w jakikolwiek sposób zareaguje, ale z jego ust nie padła żadna odpowiedź. Zerknęłam w prawą stronę, gdzie stał, i zauważyłam, że ziewa.
Ponownie przemówiłam w jego umyśle: Trochę przesadza, nie?
Drgnęło jego lewe oko. Nie, nie do końca. Nie przyjaźnimy się z Zoveną. Wszystko to słyszałem już wcześniej.
Szczupły mężczyzna z haczykowatym nosem wystąpił o krok ze swojego miejsca w gwieździe, marszcząc mocno czoło. Wyglądał, jakby był po trzydziestce, ale tylko bogowie znali jego faktyczny wiek.
– Wystarczy, Zoveno. Taki wybuch złości niczego nie zmieni. Taladaius ocalił tę dziewczynę. W tej chwili jest naszej krwi. Zabiła Malcolma, dlatego musi wstąpić na tron. Tak już u nas jest. Wszyscy o tym wiemy. Niczego nie rozwiążemy tą histerią.
– To żadna histeria – warknęła Zovena. – A skandal! Wobec wszystkich moich braci i sióstr! – Wskazała na członków i członkinie sanasrothiańskiego dworu, którzy, jak okiem sięgnąć, siedzieli na ławach. W odpowiedzi rozgorzały potwierdzenia, gdy zgodzili się z jej retoryką. – Zasługują na coś lepszego. Na silną rękę. Na królową, która…
– Och, zatem wciąż widzisz na tym tronie królową? Być może kobietę taką, jak ty sama? – zagadnął mężczyzna z haczykowatym nosem.
Kiedy się wykłócali, ja znów odezwałam się w umyśle Fishera: Podejrzewam, że to Ereth, tak? Strażnik Poświaty?
Kingfisher natychmiast to potwierdził: Tak. On i ci, którzy za nim podążają, to fanatycy religijni. Czczą jednego z demonicznych bogów. Jeśli ten lord postawi na swoim, każdy mieszkaniec Yvelii zostanie pozbawiony magii i podporządkowany jako sługa. Kontynenty zmienią się w raj dla wampirów, które będą mogły wszędzie polować i dla sportu zabijać wszystko, co jeszcze żyje.
Uroczo, rzuciłam.
Ta kolejna istota to Hazrax. Ostatnia ze swojego gatunku. Jest dwa razy starsza niż wszystko w Yvelii.
Taladaius dziwnie i niejasno wypowiadał się o Hazrax, stworzenie ponoć nie było ani elfem, ani wampirem. Wieki temu przybyło do Malcolma, gdy ten wciąż jeszcze tworzył swoje imperium, i zaoferowało mu swoje usługi. Kiedy król zapytał je, czy w zamian oczekuje wieczności, istota poprzysięgła go zniszczyć, jeśli choćby spróbuje ją ugryźć, a Malcolm dał wiarę tym słowom. Kiedy król zagadnął, czego zatem żąda za wierność Sanasroth, Hazrax odparło, że „pragnie obserwować”. Od tamtej pory istota stała się Strażnikiem Ciszy.
Zaledwie wczoraj zapytałam Taladaiusa, dlaczego król wampirów pozwolił temu stworzeniu pozostać na swoim dworze, skoro uwierzył, że może go ono zabić. Wampir jedynie wzruszył ramionami.
„Magia Hazrax to tutaj tajemnica. Nikt nie wie, do czego ta istota jest zdolna… Jednak jakąkolwiek moc pokazała Malcolmowi, wystraszyła go na tyle, że pozwolił jej zostać”.
Wiedzieliśmy, że Hazrax wiele lat temu weszło do Ammontraíeth, powiedział Kingfisher w mojej głowie. Od tamtej pory nie było wieści, by wychodziło. Krążą plotki, że nie opuszcza nawet tej sali. Nie je, nie śpi. Tylko obserwuje.
Stwór wyglądał dostatecznie przerażająco, więc nie trzeba było dodawać do tego rozważań w kwestii samego sposobu jego istnienia – jego stałej, niepokojącej obecności. Kingfisher, jakby wyczuwając moje zdenerwowanie, ciągnął dalej: Starsza kobieta to Algat, Strażniczka Ksiąg. Niegdyś była czarownicą, jednak klan ją przepędził, bo posługiwała się czarną magią. Może i wygląda jak najstarsza z lordów, ale tak naprawdę jest najmłodsza. Miałem z nią do czynienia raz czy dwa, zanim ją przemieniono. W jej żyłach płynie czyste zło, mała Osha. Nie lekceważ jej.
Kiedy to powiedział, starsza kobieta przechyliła głowę pod zupełnie nienaturalnym kątem i spojrzała na Kingfishera, jakby słyszała naszą rozmowę. Nie widziałam zbyt wiele jej twarzy, bo zasłaniały ją gęste, siwe włosy, ale dostrzegłam odrażający uśmieszek. Z jej ust wystawały zepsute, pożółkłe siekacze, ogromne jak u szczura. A kły miała tak długie, że przechodziły przez dolną wargę, plamiąc tym samym jej podbródek krwią.
Spojrzała na mnie zamglonymi oczami i…
Wróciłam do trzeciego okręgu.
Spierałam się z Haydenem.
Znów byłam w pałacu Madry, próbując wyswobodzić ręce, gdy Harron szedł, by mnie zabić.
Leżałam w łóżku Kingfishera w Ballard, byłam bezpieczna w jego objęciach.
Znajdował się we mnie, a moja dusza płonęła żywym ogniem i…
– Myślisz, że mógłbym tu zapalić?
Mało nie wyskoczyłam ze skóry, gdy usłyszałam słowa Carriona.
Wpatrywałam się w starszą kobietę, która gapiła się prosto na mnie. Jak długo już…?
Przez mój umysł powiał lodowaty wiatr. Czułam się, jakby jakiś złodziej grzebał mi w kieszeniach. Kątem oka zerknęłam na Fishera, ale wpatrywał się w sufit, udając nudę, zupełnie nieświadomy, że przed chwilą stało się coś niepokojącego. Kiedy obróciłam się do Carriona, zamierzając prosić go o powtórzenie, dostrzegłam, że idiota ma już w zębach cygaretkę i przetrzepuje kieszenie zapewne w poszukiwaniu krzesiwa.
– Co ty, na pięć piekieł, właściwie wyrabiasz? – syknęłam pod nosem. – Nie zapalaj.
Fisher warknął, w końcu zwracając uwagę na to, co wyczynia prawowity sukcesor Zimowego Dworu. Cofnął się za tron, wyszarpał cygaretkę z ust Carriona i rzucił na posadzkę.
– Czy my ci w czymś przeszkadzamy, Wasza Wysokość? – Głos smagnął w powietrzu niczym bicz.
Ereth stał pośrodku pięcioramiennej gwiazdy z peleryną zarzuconą na jedno ramię, jakby nagle się odwrócił. Zovena pozostała nieruchoma niczym posąg, podobnie jak inni, ale widziałam, że w środku aż wrzała.
Dawno temu nie byłam jedyną praktykantką w najsłynniejszej kuźni w trzecim okręgu. Elroy pewnego razu przyłapał mnie na szeptaniu z innym uczniem i niemożebnie się wściekł z powodu tego, że nie słuchałam jego poetyckich wywodów o przeróżnych metodach hartowania szkła. W tym momencie czułam się podobnie.
Chyba zaledwie dwie sekundy dzieliły mnie od bycia skarconą jak niegrzeczne dziecko. Musiałam przywołać lordów do porządku, a nie kusić, by mnie napominali. Powinnam odwrócić sytuację na swoją korzyść i przejąć kontrolę. Początkowo miałam chęć przeprosić za przerwanie ich dysputy, ale przecież królowa za nic nie przeprasza.
Uniosłam więc głowę i spojrzałam na Eretha, wypełniając swoje żyły lodem.
– Tak, Erethcie. Skoro w końcu przyszło ci na myśl, by o to zapytać, tak, mam lepsze rzeczy do roboty niż słuchanie waszych dziecinnych sporów. Przekazano mi, że ma się odbyć koronacja, więc przejdźmy do rzeczy, dobrze?
W Sali Łez zapadła nerwowa cisza. Dopiero w momencie, gdy zamilkły wszystkie wampiry, dotarło do mnie, dlaczego to pomieszczenie nosiło taką nazwę – gdzieś w cieniu ktoś płakał. Żałosne zawodzenie odbijało się echem od kolumn i niosło po wnękach. Było to pozbawione wszelkiej nadziei wycie. Aż przeszedł mnie dreszcz, gdy usłyszałam kolejny, dołączający do pierwszego szloch, a potem wiele następnych. Gdzieś tam, ponad zgromadzonymi i dziwną biało-zieloną poświatą pochodni, cierpieli ludzie.
– Najmocniej przepraszam, Wasza Wysokość. – Ereth skłonił się nisko, przyciskając do piersi bladą dłoń. Uniósł głowę i spojrzał na mnie spod ciemnych brwi, ale dostrzegłam w jego oczach szyderstwo. – Masz absolutną rację. Jakże nierozważnie z mojej strony. Tracimy noc, a tak wiele mamy jeszcze do zrobienia.
– Dziewczyna przed koronacją musi się napić – zawyrokowała Algat skrzeczącym głosem, który przypominał wiatr wyjący niegdyś na wydmach, smagający Srebrne Miasto: gniewny i suchy. – Jak ma rządzić, skoro nie jest związana poprzez krew?
Taladaius mówił, że podczas wieczornych obrad postara się trzymać język za zębami najdłużej, jak to tylko możliwe. Był faworytem Malcolma, jego Strażnikiem Tajemnic, co oznaczało, że pozostała czwórka nie była mu zbyt przychylna. Nie chciał ani mówić, ani robić niczego, co mogłoby wpływać na działania pozostałych, niemniej słysząc uwagę Algat, natychmiast wystąpił o krok do przodu.
– Nie musi pić – oznajmił. – Żadna reguła ani prawo tego nie wymagają.
– Może i nie ma takich zasad, ale co ze zdrowym rozsądkiem? – zapytała ochryple staruszka. – Przestań, Taladaiusie. Przecież ta dziewczyna jest dziewicza…
– Słucham? – palnęłam, nie mogąc się powstrzymać. Nie zdołałam pohamować oburzenia. – Zapewniam, że nie jestem.
Algat popatrzyła na mnie z politowaniem.
– Nie chodzi o twoje ciało, dziecię. – Ponownie przechyliła głowę w kierunku Fishera, a szybkość oraz kąt, pod jakim tego dokonała, sprawiły, że żołądek mocno mi się skurczył. – Zapewniam, że doskonale wyczuwamy woń seksu bijącą zarówno od ciebie, jak i od twojego partnera. Nie, chodzi o to, że jesteś dziewicza w kwestii krwi. Nie karmiłaś się z żyjącego źródła…
– Wciąż należy do ich grona – przerwała jej wyraźnie zniesmaczona Zovena. – Już wcześniej o tym wspomniałam, ale nikt z was nie chciał tego skomentować. Czy więc ktoś, kto wciąż jest żywy, może pożywiać się innym żyjącym? Powtarzam, jak ma rządzić… – urwała i wybałuszyła oczy, wpatrując się we mnie.
Wstałam z tronu.
Moje serce przestało bić.
Nie potrzebowałam zbyt wiele czasu, aby opanować tę sztuczkę. Taladaius zdawał sobie sprawę, że jego towarzysze będą mieli z tym problem, więc nauczył mnie, jak unieruchomić mięsień w mojej piersi. To było dość proste. Wystarczyło, żebym wyobraziła sobie, że mój organ odpoczywa – robi sobie przerwę – i tak też się działo.
Krew przestawała krążyć. Wszystko zamierało w moim wnętrzu. Wcześniej nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że gdybym chciała, mogłabym usłyszeć szum własnej krwi w żyłach, ale tak właśnie było.
A teraz, gdy w moim ciele nic się nie działo, odnosiłam wrażenie, że mój wewnętrzny świat został zachwiany. To przypominało oddychanie pod wodą – nie powinnam być do tego zdolna.
– Zatem może wybierać, kiedy być taka jak my – mruknęła Zovena pod nosem. – Ale to nie czyni jej jedną z nas.
– Stanie się taka jak my, jeśli się napije – upierała się Algat, wyraźnie niezadowolona z tego, że nie zareagowałam na jej sugestię. – Wszyscy na tym dworze wiedzą, że nie pożywiałaś się, odkąd przebudziłaś się po Pocałunku Nocy. Napij się od kogoś, a wszystko dobrze się zakończy. Jeśli tego dokonasz, włożymy ci diadem na głowę, a potem spoimy się winem, aż do wschodu słońca, świętując to, że jesteś naszą nową królową.
– A jeżeli odmówię?
Taladaius znajdował się na środku podwyższenia i zmierzał ku mnie.
– Saeris.
– Tylko go posłuchajcie – szydziła Zovena. – Saeris. Zwraca się do niej po imieniu! A właściwie, dlaczego miałby tego nie robić? Przecież to jej stwórca. Jest jego dłużniczką. Steruje nią, jak swoją marionetką, więc będzie rządził zza kulis. Jeśli przyjmiecie ją jako królową, odpowiedzialność spadnie na was, ale wiedzcie, że obsadzicie na tronie pełnomocniczkę. Pojmijcie, do czyich stóp będziecie padać, komu zaprzysięgniecie wierność.
Zilvaren odwiedzały wędrowne trupy teatralne, które zabiłyby, żeby mieć w swojej ekipie taką aktorkę jak Zovena. Ta kobieta naprawdę zaczynała mnie irytować. Na szczęście Taladaius wydawał się nie zważać na jej dramatyczność.
– Nie musisz nic robić, Saeris. Nie ma takowego prawa.
– Nie ma, bo nigdy być nie musiało – syknęła Zovena. – Władcą wampirzego dworu powinien być wampir. Karmienie się krwią żywych powinno być największą z rozkoszy naszego regenta, który okazałby najpodlejszą naturę, bez konieczności nakłaniania go do tego.
Pomimo wszystkich przygotowań, poczynionych w ciągu ostatnich kilku dni, Taladaius nie zdołał przewidzieć czegoś takiego. A może powinien. Przecież to logiczne, że te potwory pragnęły dostać zapewnienie. Byłam obcą, która rozgościła się w ich pałacu, i to w połowie elfką. Zupełnie normalne, że się mnie obawiali. Tylko męczennicy i bogowie wiedzieli, jakim cudem wampiry poznawały, że nie piłam krwi, ale taka też była prawda. Nie chciałam tego robić. I nawet nie musiałam.
– Moje siostry mają rację, Wasza Wysokość – wtrącił Ereth. – Uspokoiłoby nas, gdybyś przyjęła od nas dar z okazji koronacji. Piękną, młoda kobietę, z której mogłabyś się napić. – Skierował wzrok czarnych jak smoła oczu na Kingfishera. – Albo… może istnieje znacznie prostsze rozwiązanie tego problemu?
– Nie – warknęłam. – Skoro nie wymaga tego prawo, nie próbuj robić ze mnie widowiska.
