Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Jak smakuje grecka wyspa? Słońcem, słoną bryzą i słodyczą pocałunków, które nie powinny się wydarzyć.
Katia, ambitna doktorantka, chciała jedynie chwilę wytchnienia od obowiązków i poczucia, że ciągle jest komuś coś winna. Zmuszona przez rodziców do rodzinnego wyjazdu, trafia do miejsca, w którym wszystko wydaje się zbyt piękne, by było prawdziwe.
Mateusz, rezydent turystyczny, zna Grecję od podszewki – wraz z jej zachodami słońca, kaprysami turystów i ciężarem nieustannego uśmiechu. Ale za profesjonalną fasadą kryje się człowiek, który dawno zapomniał, jak to jest żyć dla siebie.
Kiedy ich ścieżki się przecinają, nic nie przebiega zgodnie z planem. Bo niektóre spotkania – jak kieliszek ouzo – potrafią zawrócić w głowie i zostawić po sobie smak, o którym nie sposób zapomnieć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 192
Smaki greckiej wyspy
© Katarzyna Wrona
© for the Polish edition by Wydawnictwo Hm…
All rights reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody twórców.
Pod redakcją: D. B. Foryś
Redakcja: Andrea Smolarz | Pracownia edytorska ŻÓŁĆ
Korekta: Maria Kiczka-Nowaczyk
Projekt okładki: Angelika Karaś
Skład: D. B. Foryś
Elementy graficzne: pixabay.com, pexels.com, unsplash.com, freepik.com
ISBN: 978-83-68695-17-5
ISBN E-BOOK: 978-83-68695-18-2
Wydanie pierwsze
Wojkowice 2026
Wydawnictwo Nie powiem
E-mail: [email protected]
Telefon: 518833244
Adres: ul. Sobieskiego 225/9, 42-580 Wojkowice
www.niepowiem.com.pl
Rozdział 1
Przyjazd
Jest środek nocy. Wtargałam swoją walizkę na górę, po czym rzuciłam się w ubraniu na zasłane białą pościelą łóżko. Jest bardzo późno i naprawdę nie mam już siły nic robić. To był okropny dzień.
Mam zamknięte oczy, ale słyszę, jak tata przeciska się z kolejną walizką między ścianą a lodówką ustawioną w korytarzu. Wzdycham i walę głową w poduszkę. Klimatyzator rzęzi jak stary motocykl i ten dźwięk odbija się echem wewnątrz mojej czaszki. Dobrze, że chociaż materac jest w miarę wygodny. Co prawda lekko wysiedziany przez poprzednich lokatorów, ale da się to znieść.
Czuję, jak moje posłanie ugina się pod czyimś ciężarem.
– Nie ma tu zbyt dużo miejsca, to prawda. Ale jakoś sobie poradzimy… – mówi troskliwie mama. Zupełnie jakby bała się mojego braku aprobaty. A przecież wie doskonale, że ja tego pomysłu nie aprobowałam od początku.
Nie chcę już jednak jej martwić. Podnoszę wzrok i maskuję wyrzuty sumienia lekkim uśmiechem.
– Pewnie, że tak, mamuś. Poradzimy sobie. Przecież nie będziemy całe dnie siedzieć w hotelu.
– No właśnie! – ucieszyła się. – A, w kwestii wychodzenia z hotelu: jutro o ósmej rano mamy spotkanie z rezydentem w sąsiednim budynku.
– O ósmej rano?! – jęczę i znów opadam czołem na poduszkę. – Nie mogli wymyślić jakiejś normalniejszej godziny?
– Och, Katia, kiedy ty się wreszcie nauczysz wstawać rano? – Matka kręci głową z dezaprobatą.
– Nigdy – cedzę przez zęby. – Czy tata nie może iść na to spotkanie sam?
– Wykluczone, kochanie. Rezydent opowie nam o wyspie i zaproponuje dodatkowe wycieczki. Na pewno będzie bardzo ciekawie.
– Taaa… O ile w ogóle będę w stanie myśleć…
– Przestań, Katia. Wszyscy będziemy trochę niewyspani, ale potem pójdziemy na plażę i tam będziesz mogła sobie leżeć, ile chcesz.
– To nie to samo – burczę.
– Budzik ustawiam na siódmą – kontynuuje mama, niezrażona moim brakiem entuzjazmu. – Przed spotkaniem trzeba przecież jeszcze coś zjeść. Śniadania mamy ponoć w barze na plaży.
– Mhm, super.
– To do jutra, kochanie, pa! – szczebioce, po czym przechodzi do wąskiej przestrzeni wydzielonej dla niej i dla taty: pokoiku, który właściwie bardziej przypomina szafę. Ale stoi w nim łóżko dwuosobowe, więc oni tam śpią. A ja śpię tutaj – w korytarzu naszego jakby „apartamentu”. Tak więc nawet, jakbym jutro chciała się zbuntować i pospać dłużej, to rodzice wychodzący do łazienki i na śniadanie i tak mnie obudzą.
– Hotel dla biedoty… – mruczę pod nosem, jednocześnie się rozbierając. Ubrania rzucam na podłogę byle jak, i tak jutro muszę posprzątać. Naciągam koszulę nocną i zwijam się w kłębek na łóżku. Nie chcę nawet myśleć o jutrze.
Rozdział 2
Pierwsze spotkanie
Wyrwana z łóżka o siódmej rano, w środku snu, wlokę się teraz z rodzicami na śniadanie. Ku naszemu zaskoczeniu plażowy bar jest bardzo blisko – to zaledwie minuta od miejsca noclegowego.
– Ależ urocze miejsce! – piszczy mama i chwyta tatę za rękę. – I jak tu pięknie widać morze!
– Mamo, to jest bar na plaży. Dziwne by było, jakby nie było widać morza – rzucam ironicznie.
Wbrew sobie jednak zerkam w stronę wody. Pojedyncze łódki kołyszą się lekko na lazurowej tafli. W oddali ledwo majaczą cienie gór – chyba już po tureckiej stronie. Osłaniam oczy ręką, bo oczywiście nie zabrałam z pokoju okularów przeciwsłonecznych. Tymczasem, nawet mimo tak wczesnej pory, jest już bardzo jasno i zaczyna się robić nieznośnie gorąco. Uch, te greckie upały… Nie byłabym w stanie się do nich przyzwyczaić na co dzień.
Wybieramy jeden ze stolików na tarasie. Głębokie, plecione krzesła są wyłożone miękkimi poduchami. Nad naszymi głowami na drewnianej pergoli zwieszają się pędy winorośli. Rodzice udają się do środka, żeby wybrać coś z bufetu szwedzkiego. Gdy wracają z naładowanymi talerzami, wstaję i, powłócząc nogami, człapię do baru. Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, co chciałabym zjeść. Jestem obecnie zbyt zmęczona, by podejmować jakiekolwiek decyzje.
Staję przy ladzie i przyglądam się różnym rodzajom płatków śniadaniowych. Mleko i płatki czy może jednak kanapka?
– Tea? Coffee? – rozlega się nagle głos przy moim uchu. Podskakuję z zaskoczenia i rozglądam się nieprzytomnie w poszukiwaniu źródła dźwięku. Dostrzegam, że jest nim młody mężczyzna stojący po drugiej stronie lady. Jego uniform podpowiada mi, że pracuje tu jako kelner.
Patrzę na niego tępym wzrokiem, zastanawiając się, o co pytał. On tymczasem powtarza:
– Tea, coffee? – A gdy nie reaguję, dodaje: – Mineral water? Wine?
Wreszcie dociera do mnie, że zwraca się do mnie po angielsku. Trybiki w głowie zaczynają wskakiwać na właściwe miejsce.
– Tea – odpowiadam niepewnie, a on kiwa głową i odchodzi. Wzdycham i przeczesuję palcami swoje rozczochrane, jasnobrązowe włosy. Tak, nawet nie chciało mi się ich rano wyszczotkować. Ale mam to gdzieś, przecież jestem na wakacjach.
Ostatecznie biorę chleb, ser, szynkę i sałatę i wracam do stolika zajętego przez rodziców. Gdy przygotowałam sobie kanapkę i ugryzłam pierwszy jej kęs, przy stole pojawił się znów ten sam kelner z zamówionymi napojami.
– Kawa – objaśnia po angielsku, stawiając małą filiżankę przed moją mamą. – Sok. – Szklanka z pomarańczową zawartością ląduje przed tatą. – I herbata dla pani. – Stawia przede mną kubek, po czym dorzuca jakieś dziwne, obcobrzmiące określenie.
– Fffank ju – odpowiadam niewyraźnie z buzią pełną kanapki, nawet na niego nie patrząc.
Gdy chłopak odchodzi, mama nachyla się nade mną i pyta konspiracyjnie:
– Jak on cię nazwał, Katia? Jakieś śmieszne słowo… Chyba po grecku.
– Nie wiem – odpowiadam, żując szynkę. Istotnie, jej konsystencja przypomina nieco gumę.
– Omorfimu czy coś takiego? Mam nadzieję, że cię nie obrażał?
– Ależ skąd, mamo. – Wzruszam ramionami. – A zresztą kogo to obchodzi. Na pewno nie mnie o tak wczesnej porze.
***
Siedzimy w recepcji luksusowego hotelu Aphrodite’s Dream. W kółeczku, na krzesełkach pożyczonych z baru. Czekamy na rezydenta. Jest już pięć minut po umówionej godzinie, a jego nadal nie ma.
– To nie fair, że się spóźnia – marudzę. – Mogłam spać o te pięć minut dłużej.
– Katia, zachowuj się – mruczy z dezaprobatą tata.
Przewracam oczami. Od dawna mogę już prowadzić samochód, pić alkohol i głosować. A oni ciągle traktują mnie jak dziecko…
Delikatny szmer rozmów niesie się po hotelowej recepcji. Jest nas tu dwadzieścia, może dwadzieścia pięć osób. Większość ma na sobie kapcie z haftowanym monogramem „AD” oraz hotelowe ręczniki przewieszone przez ramię. Pewnie po pogadance wybiorą się do sauny lub na basen. Nam w hotelu Aphrodite’s Budget takie luksusy, rzecz jasna, nie przysługują. Nie żebym bardzo narzekała – morze i plaża są więcej niż wystarczające do tego, aby dobrze spędzić wakacje. No ale jednak czuję się trochę jak biedota.
– Dzień dobry państwu! Witam wszystkich bardzo serdecznie i naprawdę przepraszam za to spóźnienie. Sprawy formalne, jedna rozmowa telefoniczna się przeciągnęła. Ale już jestem w całości do państwa dyspozycji.
Młody chłopak właśnie wbiegł między nas i stanął pośrodku kółeczka. Mówiąc „młody”, mam na myśli kogoś w mniej więcej moim wieku – pewnie około dwudziestu pięciu lat. Na ten widok ściska mnie w żołądku. Tak wygląda uczciwe zarabianie na swoje wakacje, choćby te spędzane w Aphrodite’s Budget…
– Ja nazywam się Mateusz i będę państwa doradcą, przewodnikiem, państwa „dobrym duchem” podczas całego pobytu na wyspie Kos. Możecie się do mnie zwracać ze wszystkimi swoimi sprawami: i tymi poważnymi, i tymi całkiem błahymi. Znajdziecie mnie w hotelu Aphrodite’s Dream w pokoju trzysta jeden, rozdam też zaraz swoje wizytówki, gdzie zapisany jest mój numer telefonu.
Chłopak śmiało rusza w tłum, z uśmiechem wręczając każdemu mały kartonik. To dziwne, ale urodę ma zupełnie niegrecką. Jest wysoki i szczupły, ma falujące blond włosy i błękitne oczy. Delikatna opalenizna w ładny sposób podkreśla jego rysy twarzy. Nie mogę się jednak nadziwić jego radosnemu wyrazowi twarzy. Jak można mieć tyle energii o tak wczesnej godzinie, przemawiając do tłumu obcych ludzi, którzy – sądząc po minach niektórych – traktują cię jak niepotrzebne opóźnienie przed wyprawą do baru przy basenie?
Mama bierze od razu dwa kartoniki i jeden podaje mnie, jednak chłopak mimo to na mnie zerka. Nasze spojrzenia się spotykają, ale zaraz spuszczam głowę. Naprawdę, jestem tak zmęczona, że ledwo tu siedzę. A jego entuzjazm zaczyna mi trochę działać na nerwy. Chciałabym już mieć to spotkanie z głowy i iść na plażę. Albo wrócić do łóżka.
– Drodzy państwo, na początek może powiedzmy sobie parę słów o miejscu, w którym się znajdujemy. Postaram się nie przynudzać, jednak jeśli będę przesadzał, nie krępujcie się dyskretnie dać mi znać. Albo nawet niedyskretnie przerwać z krzykiem: „Panie Mateuszu, dość! Zamęczy nas pan! My chcemy na plażę!”. Wtedy może się zlituję i obetnę wykład o jakieś… pięć, góra siedem minut.
Jego uwaga, wypowiedziana dowcipnym tonem z udawanym wahaniem, wywołuje salwę chichotu. Rozglądam się i widzę, że spojrzenia, wcześniej pełne wyższości, teraz już w zdecydowanej większości są przychylne. Czy naprawdę tak łatwo można kupić sobie sympatię ludzi? Wystarczy mieć trochę charyzmy, trochę tupetu i trochę gadanego. Coraz bardziej irytuje mnie ten cały Mateusz.
– Czarująca wyspa Kos z przepięknymi i wciąż niezniszczonymi przez masową turystykę plażami. Miejsce skrzyżowania cywilizacji: greckiej i tureckiej, prawosławnej i muzułmańskiej, zachodniej i wschodniej. Swój okres świetności wyspa przeżywała w czasach starożytnych, gdy tłumy ściągały na Kos, aby prowadzić handel, tłoczyć oliwę oraz, przede wszystkim, korzystać z usług najlepszego szpitala w całym ówczesnym hellenistycznym świecie! Ośrodek ten był prowadzony przez samego Hipokratesa, ojca współczesnej medycyny. Szpital, zwany Asklepionem, znajdował się na przedmieściach stolicy, miasta Kos, która to w czasach starożytnych…
– Katia! – Mama szturcha mnie niedyskretnie. Wyrywam się gwałtownie z odrętwienia. Sama nie wiem, w którym momencie przestałam słuchać. Rozglądam się i widzę, że ludzie z krzesełek obok przyglądają mi się z dezaprobatą. No świetnie. Dzięki, mamo, za narobienie mi wstydu.
Zerkam ukradkiem na Mateusza. Jeśli coś zauważył, to nie daje tego po sobie poznać. Kontynuuje swoją opowieść jak gdyby nigdy nic, racząc wszystkich pięknym uśmiechem.
Gościu, mógłbyś już skończyć.
Może powinnam zwrócić mu uwagę? Co by wtedy zrobił?
– …szczególnie malownicza. Dlatego właśnie cieszę się, że państwo tu przybyliście, aby odkryć razem z naszym biurem podróży te cuda natury i cywilizacji!
Mój dylemat rozwiązuje się sam – to koniec wystąpienia. Rozlegają się brawa; przyłączam się do nich bez entuzjazmu.
– A teraz pokrótce o planowanych wycieczkach i wydarzeniach fakultatywnych. Już jutro zapraszam wszystkich serdecznie na „Noc w rytmach śródziemnomorskich”. Będzie to niepowtarzalna okazja do nauki tańca oraz do zabawy w rytmie najbardziej znanych hitów. Spotkamy się piętro niżej, w części klubowej hotelu Aphrodite’s Dream, punktualnie o dwudziestej. Wstęp darmowy dla wszystkich gości naszego biura. Czcigodne panie, szlachetni panowie: gwarantuję, że będzie to noc… grzechu warta!
Mateusz mruga do nas szelmowsko i szeroko się uśmiecha. Dwie panie około sześćdziesiątki chichoczą jak nastolatki. Moja mama lekko czerwieni się na twarzy.
Przewracam oczami. Co za pozer.
– We wtorek planujemy rejs statkiem po trzech okolicznych wyspach. Będzie okazja do degustacji lokalnych specjałów, takich jak oliwa czy słynne ouzo, ale też do plażowania i podziwiania naturalnego piękna tych mniej znanych, bardziej dzikich rejonów Dodekanezu. Koszt wynosi czterdzieści euro od osoby.
Już wiem, że nie pojadę. Kto by chciał wydać tyle na przejazd jakimś głupim stateczkiem i napicie się odrobiny wódki?
Nie no, prawda jest taka, że gdybym mogła, pojechałabym na wszystko i wszędzie. Chciałabym zobaczyć jak najwięcej. Ale bez przesady. Trzeba wiedzieć, na co można sobie pozwolić.
– W środę czeka nas za to wyprawa do wioski Zia, aby zdobyć najwyższy szczyt wyspy. Stamtąd będziemy oglądać malowniczy zachód słońca. Zapewniam państwa, że jest to niesamowity widok, niczym z obrazów wielkich mistrzów. Najpiękniejszy zachód, jaki miałem okazję widzieć! Absolutny raj dla oczu, a przy tym niezwykle romantyczne przeżycie. Potem zaplanowana jest kolacja w lokalnej tawernie. Koszt wycieczki to dwadzieścia dwa euro od osoby.
Hm, to chyba mało w życiu widziałeś, Mateusz. Jestem pewna, że równie pięknie ten zachód słońca będzie widać z hotelu.
– W czwartek wybierzemy się na objazdową wycieczkę po wyspie. Zobaczymy stolicę: miasto Kos oraz jego starożytne zabytki. Następnie przejedziemy wzdłuż wybrzeża na drugą stronę wyspy, do Kefalos, gdzie obejrzymy ruiny zamku joannitów oraz zachwycimy się spektakularną fotogenicznością krajobrazu widocznego z punktu przy wzgórzu Aspri Petra, pod którym ukryta jest tajemnicza „Biała jaskinia”. Będzie też czas na kupowanie pamiątek i zwiedzanie indywidualne. Koszt to trzydzieści euro od osoby.
– To brzmi dobrze! – Mama lekko łapie mnie za ramię. Potakuję od niechcenia.
– W piątek rano natomiast prawdziwa gratka: Nisyros, czyli „małe Santorini”! Czeka nas krótki rejs statkiem, po którym wybierzemy się na spacer po dnie wciąż dymiącego krateru Stefanos. Następnie odwiedzimy osadę Nikia, która to właśnie za sprawą wąskich uliczek i malutkich biało-niebieskich domków wspinających się po skałach przywodzi na myśl tak chętnie utrwalaną na obrazach i zdjęciach architekturę malowniczego, błyszczącego w słońcu Santorini, perły Grecji, miejsca jedynego w swoim rodzaju.
„Małe Santorini”, bo nie stać nas na normalne Santorini, co? Dzięki, gościu, nie musisz przypominać, że jesteśmy biedni. Pewnie nawet trzygwiazdkowe hotele na Santorini są dwa razy droższe niż tu.
– A teraz przyszedł czas na państwa pytania. Jeśli jakieś są, to mogą państwo pozostać na swoim miejscu, a ja podejdę i porozmawiamy. Reszcie z państwa natomiast bardzo dziękuję za obecność i udział w dzisiejszym spotkaniu. Jednocześnie zachęcam do korzystania z uroków plaży i hotelowych luksusów oraz zapraszam na jutrzejszą „Noc w rytmach śródziemnomorskich”!
Natychmiast podnoszę się z krzesła i kieruję do wyjścia.
Cała przyjemność po twojej stronie, Mateusz.
