Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 964
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Luna Zara Ray
Smak zatracenia
Dla tych, co nie bojąc się cierpienia,
odważyli się pokochać.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody autora.
Przebudzenie
Kiedy rodzi się świadomość, zazwyczaj już jest za późno. Wszystko, co dotychczas miało sens, smak czy zapach… to wszystko przestaje istnieć, ginąc w mroku galopujących myśli. Te, przenikając każdy zakamarek naszego umysłu, każdą komórkę ciała i każdą cząstkę istnienia, uświadamiają nam, że życie jest jak zapałka. Z jednej strony kruche i łamliwe, z drugiej – jedyne w swoim rodzaju. Każda zapałka kryje w sobie ogień. W każdej tli się inny płomień, inny kolor, inna siła, co sprawia, że każda staje się jedyna w swoim rodzaju, niepowtarzalna. Ale jest jedna rzecz, którą mają wspólną. To historia. Historia, która opisuje od samego początku narodziny każdej zapałki, jej rozkwit, barwę i, co najważniejsze, czas. Czas, który już tylko po zapaleniu określi, jak długo będzie rozświetlać otoczenie, które nieświadome jej mocy czerpie siłę, wiarę i blask, jaki dała. Czas jednak płynie nieubłaganie, do chwili kiedy pojawia się ona – nadzieja, że kiedyś, któregoś dnia pojawi się ponownie. Może i będzie to inna zapałka, może nie będzie na pierwszy rzut oka przypominała tej, która już odeszła, ale kiedy zapłonie, wtedy wszystko, co ulotne, znów nabierze sensu.
Opowiem wam historię zapałki, której płomień był tak silny, że otoczenie nie pozwoliło mu nigdy zgasnąć. Opowiem wam, jak miłość, która ten płomień zapoczątkowała, nagle uleciała, pozostawiając go losowi i jego nurtom, niczym popiół unoszony przez wiatr, który po chwili, opadając na przypadkowe liście, wniknął niepostrzeżenie w ich struktury, aby móc ponownie się odrodzić, nadając nowy cykl życia z tego, co właśnie przeminęło.
Przytoczę wam pewną legendę, głoszącą, że któregoś dnia, kiedy słońce miało już zacząć zachodzić za horyzont, zeszła z niego bogini, tak piękna, że blask jej włosów zawstydzał każdą istotę ziemską i nie tylko. Bogini nie była świadoma jednak swojego wdzięku. Z daleka przez całe wieki obserwowała losy wszechświata, jak się rodzi, jak się zmienia, jak budzi i idzie spać. Obraz, który na pierwszy rzut oka od wieków wydawał się taki sam, zmieniał się w jej oczach każdego dnia. Przybywało gwiazd, pojawiały się nowe odcienie i blaski. Patrzyła i patrzyła, wypatrując każdej, nawet najmniejszej zmiany, aby nie przeoczyć niczego, co mogłoby wpłynąć na otoczenie, o które ona tak dbała. Aż któregoś dnia dostrzegła, że w oddali na jednej z planet pojawił się on. Maleńki płomień, którego nikt jeszcze nie zauważył. Ona jednak wiedziała, że ten płomyk, to maleńkie światełko, które w oddali ujrzała, jest wyjątkowe. Obserwowała go dyskretnie, jak rośnie i przybiera z każdym dniem coraz jaśniejszy blask. Patrzyła tak i patrzyła… Nie mogąc już dłużej oprzeć się pragnieniu poznania go, postanowiła zejść na ziemię. Pod przykryciem nocy, kiedy nikt się jej nie spodziewał, pojawiła się przed nim jako delikatna istota, która stawiając dopiero pierwsze kroki na ziemskim padole, poczuła, że oto stoi przed kimś, kto może zmienić jej cały wszechświat. On nieświadom niczego okazał jej życzliwość, a ta z każdym dniem przybierała nowe formy. Tak zrodziła się ich miłość. Lata leciały. Płomień rozkwitł i rozświetlał ich oboje, jednak kiedy ona swój blask miała taki sam, nie dostrzegła, że jego z każdą nocą blednie coraz bardziej. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że pochodzą z innych światów. Ona nieśmiertelna, istniejąca od wieków, on tak delikatny w swym przemijaniu, że płomyk, który w nim dostrzegła, oślepił ją na tyle, że czas przestał się liczyć. Kiedy spojrzała na niego, on na nią, uświadomiła sobie, że przemijanie, które małymi krokami zaczęło pukać do ich drzwi, nie może zabrać go, nie pozostawiając po nim ani śladu. Wiedziała, że tylko ona może ten blask zatrzymać na wieki. Postanowiła ściąć kosmyk swoich włosów i owinąć nimi jego lewy nadgarstek. Moc z nich płynąca przeniknęła prosto do jego serca. Tamtej nocy wzięła go w swoje ramiona po raz ostatni. Kiedy jego płomień zgasł, a oczy same się zamknęły, powróciła do siebie w swojej naturalnej postaci, by od tamtego dnia patrzeć na niego już tylko z oddali. Sprawiła, że ich miłość stała się wieczna. I choć nigdy już nie weźmie go w swoje ramiona, wiedziała, że cząstka, którą pozostawiła po sobie, nie pozwoli tej miłości nigdy zgasnąć. Tak zrodził się Fenix.
W dniu, w którym rozpoczęła się ta podróż, nic nie zapowiadało, że los zetknie się z przeznaczeniem. Żadna jednak ze stron nie miała ochoty na ustępstwa, wręcz przeciwnie, każda widziała tylko to, co wcześniej już było jej znane. Kiedy dwa zupełnie różne światy spotykają się na rozdrożu dróg i każdym kieruje inny nurt, co może się wydarzyć? Czy to możliwe, aby mogły się połączyć i stworzyć coś zupełnie innego? Coś, czego rzeczywistość nie akceptuje? W takiej sytuacji pozostaje jedynie wdech, wydech, wdech, wydech, aby to, co na języku, nie pojawiło się w głowie, a co gorsza, na sercu.
Zacznę może od samego początku. Tamtej nocy, nie mogąc zasnąć, kręciłam się niespokojnie po łóżku. Uczucie niepokoju, skąd ono przybyło? Czy można je wyrzucić z głowy jak niepotrzebny papierek? Przebudzając się, poszłam przemyć twarz zimną wodą, jednak i to nie pomogło, niepokój pozostał, towarzysząc mi aż do poranka. Wstałam z jedną tylko myślą – czy kiedyś się go pozbędę? Dlaczego się pojawił i to tak znienacka? Spojrzałam w okno, które oświetlone promieniami wschodzącego słońca oświetliło pokój barwami poezji, nadając otoczeniu niecodzienny obraz. I ten zapach, uwodzicielski, subtelny, beztroski. Uwielbiam frezje i ich nuty. One każdego poranka zmieniają niepostrzeżenie moje nastroje, niczym przedzierający się przez głębiny blask promieni, dając nadzieję wszystkiemu i wszystkim na lepsze jutro. Och, Ana – pomyślałam – co ty masz w głowie?!
To właśnie dzisiaj mam odbyć swoją życiową, tak wyczekiwaną podróż. Pięć lat odkładałam na nią pieniądze i gdyby nie moja babcia, pewnie nigdy by do niej nie doszło. Dzisiaj lecę na Borneo, poznać i zobaczyć miłość mojego życia. Wzmagające we mnie pragnienie dotyku, zbliżenia wzbiło moją ekscytację na nowe wyżyny. Czy to możliwe, że będąc u progu wymarzonej chwili, czuję zawahanie i lęk? Dlaczego? A jeżeli ta podróż będzie tylko rozczarowaniem? Tyle lat marzyłam o tej chwili. Już sama nie wiem. Za kilkanaście godzin moje życie się zmieni, tylko czy jestem na to gotowa? Popatrzyłam w lustro i nie mając w zwyczaju mówienia samej do siebie, wykrzyczałam: „Świecie, nadchodzę!”, ale zanim to się wydarzy, idę pobiegać.
Zamyślona zeszłam na dół, nie słysząc odgłosu dobiegającego z kuchni.
– A ty gdzie tak pędzisz? Nie zapomniałaś o czymś?
– Dzień dobry, babciu – rzekłam.
– No dzień dobry, gdzie idziesz?
– Pobiegać, jestem tak podekscytowana dzisiejszym lotem, że muszę na godzinkę wyskoczyć do parku, pobiegać.
– Pamiętaj, obiecałaś Laurze, że o dziewiątej pomożesz jej ustroić kwiatami salę na wieczorne przyjęcie.
– Tak, pamiętam, pamiętam – mówiąc to, wyszłam w pośpiechu.
Na szczęście dom znajdował się niedaleko lasu. Przez wiele lat był zaniedbywany, jednak na przestrzeni ostatnich dwóch lat miasto włożyło dużo wysiłku, aby zamienić go w piękny park, z którego mogli korzystać wszyscy mieszkańcy. Ścieżki, drogi rowerowe, drogi dla biegaczy, no i place zabaw dla najmłodszych sprawiły, że ludzie na nowo otworzyli się na otaczającą ich przyrodę.
Biegać zaczęłam po śmierci mamy. To była jedyna forma ucieczki, która pozwalała mi przeżyć. Uratowała mnie przed pustką, która pojawiła się znienacka i pozostawiła po sobie jątrzącą się ranę w głębi mojego serca, zabierając ze sobą cały mój spokój i harmonię, której tak wtedy potrzebowałam. Mijając ludzi w parku, zawsze się zastanawiam, czy biegając, chcą zrzucić ze swoich barków podobne emocje co ja. A może próbują się pogodzić z losem, który nie pytając o zdanie, sam decyduje, co dla nich najlepsze. Niekiedy mam wrażenie, że życie z góry jest zapisane i żaden wybór, na który się decydujemy, nie jest nasz.
Będąc już w połowie drogi, zorientowałam się, że nie wzięłam ze sobą wody. Niestety pragnienie, aby się jej napić, zmusiło mnie do postoju. I wtedy stało się najgorsze. Jedyny smak, jaki pamiętam po ocknięciu, to gorzki, cierpki, lekko słonawy.
– Nic ci nie jest? – usłyszałam.
Podnosząc się ze ścieżki, lekko się zachwiałam.
– Uważaj, chyba powinnaś usiąść.
Ponownie ten głos. Zamroczona, otworzyłam szerzej oczy i podtrzymując się na obcym ramieniu, podniosłam się, otrzepując koszulkę. Poczułam silny ból w kolanie. Spojrzawszy w dół, zobaczyłam, że mam rozciętą skórę tuż nad nim. Z rany lekko kapała krew. Nie podnosząc wzroku, machnęłam ręką, że wszystko w porządku, i kuśtykając, podeszłam do pierwszej wolnej ławki.
– Na pewno nic ci nie jest? – spytał nieznajomy.
Od upadku nie dość, że bolała mnie noga, to jeszcze zaczęła głowa. Podnosząc wzrok, spojrzałam pod słońce, gdzie stał mężczyzna. Oślepiona blaskiem promieni znowu machnęłam ręką i powiedziałam:
– Nie, nic, możesz iść, dam sobie radę. Następnym razem uważaj bardziej, jak biegasz.
– Ja mam uważać? – zapytał.
– A kto? Ja? Przecież sama na siebie nie wpadłam.
– A kto się zatrzymał na środku alejki, ja? – odrzekł lekko wzburzonym głosem.
– Słuchaj, głowa mnie boli, kolano również, daj już spokój i odejdź.
Kiedy podniosłam wzrok, zobaczyłam zarys oddalającej się sylwetki nieznajomego, który na sekundę zachwiał moją rzeczywistością. Ten jego zapach, kiedy mnie podniósł, świeży, cierpki, lekko słodkawy. Pierwszy raz czułam taką woń. Co to mogło być?
Wracając zamyślona do domu, postanowiłam wstąpić po herbatę do pobliskiej kawiarni. Jedynej takiej w okolicy, w której można było posmakować prawdziwej czarnej herbaty, sprowadzanej ze Sri Lanki. Dzisiejszego poranka była wyjątkowo długa kolejka, dlatego przeciskając się do środka, skierowałam kroki od razu do toalety. Idąc, pomachałam do pracującej tam znajomej, która na widok mojego zdartego kolana krzyknęła, abym je porządnie przemyła. Kiedy wracałam, poinformowała mnie, że moja herbata jest gotowa. Spojrzawszy na nią, z uśmiechem wzięłam gorący kubek.
Ni stąd, ni zowąd zobaczyłam, jak z kolejki wyskakuje dziecko. Popchnęło mnie w stronę pobliskiego stolika, przy którym siedziała jakaś para, a trzymany przeze mnie kubek wyślizgnął się z mojej dłoni, rozchlapując swoją zawartość na buty moje i kilku osób z kolejki. W całym tym zdarzeniu nagle poczułam, jak ktoś obejmuje mnie w pasie. Kiedy spojrzałam w dół, okazało się, że siedziałam na kolanach nieznajomego, który chwytając mnie, zapobiegł rychłemu upadkowi. Zerwałam się, rzuciłam jedynie „przepraszam”, po czym widząc na zegarze dziewiątą piętnaście, szybko wybiegłam. Dziesięć minut później wbiegłam do kwiaciarni, która na szczęście była blisko mojego domu, i przepraszając panią Laurę, przebrałam się na zapleczu w ogrodniczki i wybiegłam jak oparzona, aby móc pakować do auta kwiaty na przyjęcie u jakiegoś ważnego klienta.
– Ana, co ci się stało w kolano? – spytała pani Laura, przyjaciółka mojej babci.
– Dużo trzeba by opowiadać. Zrobię to w aucie. Teraz wszystko zapakujmy i jedźmy. Muszę jeszcze po południu się spakować – odrzekłam, chwytając kolejne partie pociętych kwiatów.
– Dobrze, weź jeszcze te lampiony i możemy ruszać – odpowiedziała pani Laura.
– A gdzie my tak w ogóle jedziemy? – spytałam.
– Ważny developer obchodzi trzydziestopięciolecie firmy i urządza bankiet z tego tytułu. Naszym zadaniem jest ustroić jego ogród.
Po przyjeździe okazało się, że posiadłość położona nad morzem jest ogromna. Widok roztaczający się z wnętrza domu na dolne partie posesji zapierał dech w piersi. Wszędzie byli ludzie, ale możliwości dekoracyjne, jakie się przed nami roztaczały, spowodowały uśmiech na moich ustach. Pomyślałam, że ci to mają życie. Do tego przyjęcia zatrudniono ze sto osób, a może i więcej. Same dekoracje świetlne zachwycały. Już sobie wyobrażam, jak wieczorem, po zapaleniu wszystkich lampionów, ten teren stanie się najpiękniejszym w okolicy. Pani Laura sprowadziła tutaj tyle kwiatów, że hurtownia wysłała osiem wypełnionych po brzegi ciężarówek. Mam tylko nadzieję, że ich nie braknie, patrząc, jaki teren mamy do udekorowania.
– Od czego zaczynamy? – spytałam.
– To jest mapa posesji, na której zaznaczyłam rozstawienie poszczególnych kwiatów i lampionów. Zostań, proszę, tutaj, a ja zajmę się terenem przed domem i na parterze, dobrze?
– Dobrze. W takim razie ja zacznę od ogrodu i będę kierowała się w stronę wody. Proszę pamiętać, że o szesnastej muszę jechać do domu, aby zdążyć o dwudziestej drugiej na samolot – rzekłam.
Skupiona na pracy, ustawiłam swoją partię kwiatów i lampionów przy samym wejściu do ogrodu, tak aby nie wymieszały się z partią pani Laury, i zabrałam się do pracy. Zgiełk i hałas, jaki ci wszyscy ludzie robili, zmusił mnie do założenia słuchawek i włączenia muzyki. Takie wyciszenie okazało się drogą do szybkiej i skutecznej pracy, bez zbędnych rozproszeń. Czas leciał, kwiatów ubywało, a ludzie biegali jak poparzeni to w jedną, to w drugą stronę. Kątem oka dostrzegłam jakąś sylwetkę, która wolnym krokiem zbliżała się w kierunku wody. Odwróciwszy od niej wzrok, podniosłam ostatnią doniczkę z kwiatami, by postawić ją na ostatnim schodku. Spojrzałam do góry, aby ocenić rezultat swojej pracy. W głowie słyszałam dźwięk muzyki, jakże pasującej do tej chwili. Nagle zza mojego prawego ramienia wynurzył się cień. Odwróciłam się. Tuż za mną stał mocno opalony mężczyzna, który wpatrywał się we mnie swoimi brązowymi oczami. Jego usta się poruszały, ale ja nic nie słyszałam, ponieważ w uszach miałam słuchawki. Widząc, że w jednej ręce miał aparat, a na nadgarstku drugiej zegarek, chwyciłam tę z zegarkiem. Lekko ją wykręcając, z niedowierzaniem przyglądałam się godzinie, którą ten pokazywał.
– Spóźnię się – szepnęłam.
Nie zwracając uwagi na nieznajomego, zaczęłam biec w górę schodami. Czy to możliwe, aby czas galopował z prędkością światła? Przecież niedawno patrzyłam na telefon i było jeszcze go tyle, a teraz już wcale, wręcz przeciwnie. Biegłam niczym koń, który ostatkiem sił pragnął zdążyć na metę, aby zdobyć swoje upragnione trofeum. Rozejrzałam się, jednak przy bramie wjazdowej nigdzie nie widziałam auta pani Laury. Na szczęście jeden z kierowców jechał w moją stronę i zgodził się na podwiezienie mnie. Kłębiące się w głowie myśli o spóźnieniu narastały z każdą minutą, a do tego dochodziła nowa myśl, o nieznajomym, który coś do mnie mówił, ale co? No cóż, teraz najważniejsze było to, aby zdążyć na lotnisko. Spojrzałam ponownie na telefon, dochodziła godzina osiemnasta. Jak to możliwe, dwie godziny spóźnienia. Wysiadając szybko z samochodu, podziękowałam kierowcy, po czym wbiegłam do domu, jakby paliły mi się buty.
– Stój – usłyszałam.
– Nie mam czasu, muszę się spakować, spóźnię się – odparłam.
– Już cię spakowałam, przeczuwałam, że się spóźnisz. Wszystkie rzeczy, które naszykowałaś, są tutaj. – Babcia, wskazując palcem na walizkę przy drzwiach, zaczęła się śmiać. – Idź, wykąp się, a ja zrobię kanapki, które zjesz w taksówce, w drodze na lotnisko.
– Jesteś najukochańszą babcią na świecie. – Ucałowałam ją i jak poparzona pobiegłam na górę pod prysznic.
Chwilę później przed dom podjechała taksówka. Po przyjeździe na lotnisko miałam jeszcze dwie godziny do odlotu. Wydawać by się mogło, że to dużo, jednak nic bardziej mylnego. Na odprawie poinformowano mnie, że omyłkowo wydano na to samo miejsce dwa bilety. Osoba, która miała ten sam numer pasażera, już się zameldowała i niestety dla mnie już miejsca nie było. Kierownik zmiany, próbując wybrnąć z zaistniałej sytuacji, skontaktował się z prywatnym przewoźnikiem. Ten, mając lot w tym samym kierunku, tylko godzinę później, po konsultacji z klientem wyraził zgodę na zabranie dodatkowego pasażera. I tak mój lot liniami ekonomicznymi zamienił się w lot prywatny. Zaprowadzono mnie do klasy VIP, gdzie miałam poczekać na odprawę. Godzinę później wchodziłam do samolotu, który czekał już tylko na swojego klienta. Po wejściu na pokład spytałam, czy mogę skorzystać z toalety. Wskazano mi drogę, a ja, rzuciwszy na pierwszy wolny fotel torebkę, skierowałam się za potrzebą. Po chwili poczułam, jak samolot rusza. Szybko umyłam ręce i udając się w stronę porzuconej torebki, zobaczyłam, że na wprost niej, na fotelu siedzi mężczyzna. Usiadłam jak zahipnotyzowana.
– To pan? – zdziwiona zapytałam.
Patrzył na mnie z lekkim zaciekawieniem i niedowierzaniem z drugiej strony. Nie czekając, aż się odezwie, włączyłam tryb gaduły.
– Spotkaliśmy się dzisiaj na schodach, coś pan do mnie mówił, ale nic nie słyszałam, ponieważ miałam słuchawki z muzyką na uszach. Co pan wtedy do mnie mówił? No i przepraszam, że tak uciekłam, ale nie chciałam spóźnić się na ten lot. To znaczy nie na ten, mój okazał się podwójnym, to znaczy nie podwójnym, doszło do zamieszania i na moje miejsce sprzedano jeszcze raz komuś bilet, ta osoba przyszła wcześniej, no i dlatego jestem tutaj teraz. Dzisiaj od samego rana mam pecha. Zostałam potrącona w parku, wylano na mnie herbatę w kawiarni, a teraz to. Zaczynam się zastanawiać, jak się ten dzień skończy. Proszę mi wybaczyć, jak się denerwuję, dużo mówię. – Nabierając w płuca powietrze, wyciągnęłam do niego dłoń. – Jestem Ana.
Już miał coś powiedzieć, kiedy podeszła stewardesa i spytała, czy chcemy coś do picia. Odpowiedziałam, że ja dziękuję, nieznajomy tylko kiwnął głową. Kiedy odeszła, mężczyzna zaczął przyglądać mi się w taki sposób, że samolot zwęził się do rozmiarów poczwarki. Siedział pół metra ode mnie, z lekkim grymasem uśmiechu, a te jego oczy… Mój Boże, im dłużej się mu przyglądałam, tym bardziej topniała moja ocena sytuacji, w której się znalazłam. Pomyślałam, że to chodzący ideał. Jakieś metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, atletyczna budowa ciała, opalenizna jak z katalogu wycieczek do ciepłych krajów, włosy zaczesane w kucyk, ramiona, w których można się zanurzać całymi godzinami, i to spojrzenie. Ach, te oczy niczym dwa rozżarzone węgielki. Skup się, Ana, skup – pomyślałam.
– No więc? – spytałam z suchością w gardle.
Spojrzał na mnie z miną „no więc co?”. Spytałam ponownie:
– No więc jak ma pan na imię? – Przez głowę przeleciała mi myśl, że coś z nim nie tak. Każdy normalny by się przedstawił.
Widząc moje lekkie zirytowanie, uśmiechnął się i odpowiedział:
– Pablo.
Obserwował mnie jak jastrząb swoją ofiarę. W pełnym skupieniu, nie spuszczając ze mnie wzroku. Upłynęło kilka sekund, zanim dotarły do mnie jego słowa, a raczej nie tyle słowa, co głos.
– To ty – rzekłam.
– Nic ci nie jest?
– Co to ma znaczyć? Śledzisz mnie? – Zdumienie przeradzało się w mojej głowie w szok. Jak to możliwe, aby taki zbieg okoliczności miał miejsce? To absurd.
– Ja ciebie? Niby dlaczego? To chyba ja powinienem się spytać, co ty tutaj robisz – rzucił, prostując się w fotelu.
– Żartujesz sobie ze mnie? Nie dość, że przez ciebie mam stłuczone kolano i cały dzień mnie boli głowa, to na dodatek się zgrywasz. Co to ma być? Jakaś nowa forma przeprosin za dzisiejszy poranek? Czy może wyrzuty sumienia? – Mój głos nabierał z każdym wyrazem większego rozpędu.
– Co ty pleciesz? Wpadłem na ciebie z twojej winy. Gdybyś nie zatrzymała się tak gwałtownie, tobym cię ominął i nigdy by do wypadku nie doszło. Poza tym później to ty na mnie wpadłaś.
– Ja na ciebie? – Tego było już za wiele.
– Tak, w kawiarni, nie pamiętasz? – powiedział podniesionym głosem.
– To byłeś ty? No pięknie, trafił mi się prześladowca! Od dawna mnie śledzisz? Boże mój, park, kawiarnia, prywatne przyjęcie, a teraz ten lot z tobą samolotem, sam na sam. I niby mam uwierzyć, że to wszystko to czysty zbieg okoliczności? Nic z tego! – krzyknęłam. – Nie zbliżaj się do mnie! Słyszysz?! Nie zbliżaj się i nie odzywaj. Mam gaz pieprzowy w torebce, jak tylko zobaczę, że się zbliżasz, nie zawaham się go użyć! – krzyknęłam jeszcze głośniej, wstając z fotela.
– Co ty bredzisz? Wracaj na swoje miejsce. Nie znam cię, nigdy wcześniej cię nie spotkałem. Dzisiejszy dzień to czysty przypadek. – Pablo podnosząc się z fotela, gestem ręki poprosił, abym usiadła.
– Nie dotykaj mnie! – warknęłam.
– Zaufaj mi, naprawdę nie jestem żadnym prześladowcą, ja również, jak ty, jestem zaskoczony tym dniem – odparł.
– Odsuń się ode mnie, bo zacznę krzyczeć. – Spanikowana uniosłam ręce w geście wzywania pomocy.
– Rób, jak uważasz – mówiąc to, usiadł na swoje miejsce, po czym nie patrząc już na mnie, wyciągnął jakieś dokumenty i skupił się na nich.
Usiadłam po przeciwnej stronie, aby mieć go na oku. Kłębek myśli, jaki miałam w głowie, zaczął się zagęszczać jeszcze bardziej. Skąd ja się tutaj wzięłam? Prywatny samolot, ta, jasne. A ja naiwna jak owca na rzeź lecę. Zaufać mu? Nigdy w życiu! Przerażenie, szok, wzburzenie, strach, gniew – to chyba niektóre odczucia, jakie mną targały. I na dodatek te jego ukradkowe spojrzenia. Boże mój, obym tylko nie zasnęła, bo już się nie obudzę! No i zasnęłam. Obudziło mnie lekkie muskanie po policzku.
– Ana, jesteśmy na miejscu – powiedział Pablo, kucając i patrząc na mnie tymi swoimi węgielkami.
– Dobrze, już wstaję. – Zaspana uśmiechnęłam się do niego.
Kiedy oprzytomniałam już na tyle, aby przypomnieć sobie, kim jest, w nerwowym podskoku wstałam z fotela. Chwytając swoją torebkę i walizkę, skierowałam się w stronę stewardesy, którą na szybko spytałam, czy to Borneo. Ta z uśmiechem skinęła głową, że tak.
Wychodząc na schody pasażerskie, zdziwiłam się panującym na wyspie półmrokiem. Widząc przed sobą Pabla, który kroczył niczym kat przeznaczenia, zapragnęłam uciec. Niestety jak na złość, na ostatnim już schodku powinęła mi się noga. Lecąc, w myślach miałam tylko jedno. Och, Ana! Wylądowałam miękko na jego piersi, a dłonie z automatu powędrowały na jego ramiona. Ten łapiąc mnie, przyciągnął do siebie. Wtedy nasze oczy się spotkały. I tak przez jeden ułamek sekundy, przez tę krótką chwilę, poczułam przyspieszone bicie serca. Ale czyjego serca, jego czy swojego? Wiem tylko tyle, że ten dzień, ta noc powinna się już skończyć. Z lekkim zmieszaniem odchodząc metr od niego, podziękowałam za udzieloną pomoc. Wzięłam walizkę i zaczęłam kierować się w stronę hangaru.
– Ana – cicho powiedział.
Słysząc swoje imię, odwróciłam się jak łania, która unikając śmierci, z przerażeniem spoglądać zaczęła na swojego niedoszłego oprawcę.
– Tutaj stoi moje auto, jak chcesz, mogę cię podwieźć do hotelu. – Zatrzymał się i ręką wskazał szofera, który czekał nieopodal.
– Nie, dziękuję – odrzekłam rozgoryczona i z galopującym ciśnieniem skierowałam się do wyjścia.
Wychodząc, upewniłam się, że mnie nie śledzi. On jednak wsiadł do auta i odjechał. Kiedy dotarłam do biura obsługi klienta, tam wskazali mi drogę do postoju taksówek. Do hotelu dojechałam w dwadzieścia minut. Była godzina czwarta rano, więc miałam jeszcze pięć godzin spokojnego snu.
Po przebudzeniu zaczęły docierać do mnie odgłosy natury. Hotel położony był niedaleko laguny, którą otaczały tysiące kulistych wysepek, niczym wulkaniczna epopeja, która rysując swój unikatowy pejzaż, zadała szyku na skalę światową. Błękit wody odbijający promienie tworzył lustro obrazów tak przeróżnych, że każde mrugnięcie rejestrowało nową klatkę wspomnień. Jedyna muzyka, jaką wyspa żyła, to ta płynąca od przyrody. Odgłosy dochodzące z oddali, śpiew ptaków, szum fal, to wszystko było dla moich uszu przez siedem dni. Czy kiedykolwiek będę w stanie się tym nacieszyć? Życie tutaj to istny raj dla ciała, duszy i umysłu, dlatego miałam zamiar to wszystko przeżyć i wykorzystać w 100%, a za siedem dni, przed samym wyjazdem wierzyłam, że ujrzę miłość mojego życia. Babcia od najmłodszych lat mi powtarza, że los naszej rodziny od wieków jest zapisywany na kartach tej wyspy. Nasi przodkowie stąd pochodzili, dlatego każde nowe pokolenie musi tutaj wracać, aby odnaleźć życiową drogę.
Wyszykowana zeszłam na śniadanie. W recepcji wisiała informacja, że jest możliwość zwiedzenia wyspy z przewodnikiem. Poprosiłam o wyznaczenie terminu na cały dzień i o umówienie go na jutro, jeżeli będzie taka opcja, po czym skierowałam się do restauracji, aby zjeść i móc cieszyć się okolicznymi widokami. Po kilku minutach do stolika podeszła pracownica recepcji.
– Pani Ana? – spytała.
Skinęłam głową.
– Przewodnik hotelowy niestety do końca miesiąca ma każdy termin zajęty, jednak na wyspie od wczoraj przebywa jeden z jej mieszkańców, który bardzo dobrze zna wyspę, i jeżeli byłaby pani zainteresowana, to ma jutro wolny termin i może ją pokazać. – Kobieta z uśmiechem na ustach wyczekiwała mojej odpowiedzi.
– Oczywiście, jak najbardziej, skoro to nie kłopot. Jak mogę się z nim skontaktować? – spytałam.
– Tu jest do niego numer telefonu, proszę napisać SMS-a, gdzie i o której godzinie ma na panią czekać, a podjedzie.
– Dziękuję bardzo za pomoc, może mi pani jeszcze wskazać drogę na plażę?
– Oczywiście, proszę kierować się tą ścieżką. Po stu metrach proszę skręcić w lewo, a później kawałek prosto i w prawo. Wtedy proszę iść już tylko przed siebie i będzie pani na plaży. – Kobieta skinęła głową i się oddaliła.
Dobra, Ana, idziesz prosto, później w prawo, później w lewo i plaża. Zatem do dzieła. Wracając do pokoju, wzięłam co potrzeba i z motylkami w brzuchu pobiegłam w stronę upragnionej plaży. Po drodze nasłuchiwałam śpiewu ptaków. Moje zdumienie rosło z każdą minutą, kiedy oddalając się od hotelu, dźwięki przybierały na sile. Szłam i szłam, uśmiech nie schodził mi z ust. Nagle stopy wbiły się w ziemię. Spojrzawszy pod nogi, dostrzegłam, że ścieżka, którą kroczyłam, skończyła się, a przede mną wyrosły gęste zarośla. A gdzie plaża? – pomyślałam. Miałam iść sto metrów, a ile przeszłam? Och, Ana, mam nadzieję, że się nie zgubiłaś.
Rozglądając się dookoła, próbowałam sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni widziałam jakiegoś człowieka. Dlaczego to zawsze mnie się przytrafiają takie rzeczy? Pomyślałam, że cofnę się kilka kroków, wracając na ścieżkę, i pójdę w drugim kierunku, no przecież one zawsze gdzieś prowadzą, tak? Podnosząc wzrok, próbowałam oszacować, po której stronie mam słońce. Drzewa niestety były zbyt wysokie i nic nie widziałam. Czas leciał, a ja szłam i szłam. Boże mój, mam nadzieję, że żadne dzikie zwierzęta tutaj nie żyją i nic mnie nie zje. Nawet nie poczytałam, jakie mogą czaić się tutaj zagrożenia. Obym kogoś spotkała po drodze.
Wyciągając telefon, ciężko sapnęłam – brak zasięgu. No pięknie. Zbliżała się godzina piętnasta. To chyba nie jest źle – pomyślałam. Choć z drugiej strony chodzę już od kilku godzin i nadal nie słyszę morza i nie widzę plaży. Lepiej wrócę tą samą ścieżką, co przyszłam, ale która to była?
Minęła kolejna godzina, spanikowana zaczęłam wołać o pomoc. Cisza. Tylko odgłosy ptaków. Usiadłam pod drzewem, ponieważ zgłodniałam, i wtedy zobaczyłam, jak las ciemnieje. Małymi krokami nadchodził zmierzch. To, co zaczęłam czuć w tamtej chwili, to nie strach, o nie, nie. Panika też nie, to było coś gorszego. Coś, co może się zrodzić w głowie człowieka, który uświadamia sobie, że otaczająca go rzeczywistość to ostatni obraz, jaki może widzieć w życiu. Tym czymś była świadomość, że możliwe, iż nadchodził kres życia w dzikiej głuszy, w której zewsząd towarzyszyły zwierzęce pomruki. A ja nie jestem na to gotowa. I co teraz? Może włączę muzykę w telefonie, może ktoś usłyszy i mnie znajdzie? A jak bateria się wyczerpie? To w nocy nie będę niczego widziała. Och, Ana, jaka ty jesteś głupia. Sama na obcej wyspie, w dżungli, bez baterii, bez zasięgu. Gdybym chociaż widziała gwiazdy, może one by mi wskazały drogę. Krzycz, musi cię ktoś usłyszeć, krzycz.
– Halo, jest tam ktoś? Zgubiłam się, pomocy. Czy ktoś mnie słyszy? Halo, jestem Ana, czy jest tam ktoś?
Totalna cisza.
Nagle zauważyłam krzak, na którym rosły jakieś owoce. Podchodząc, powąchałam jeden i kiedy już go miałam zerwać, z głuchej ciszy odezwał się męski głos.
– Nie radzę.
Mój wrzask chyba usłyszał każdy ptak na wyspie, ponieważ na ułamek sekundy zrobiła się taka cisza, jakiej nie słyszeli zapewne od wieków rdzenni mieszkańcy.
– Czego wrzeszczysz, uspokój się.
– Co ty tutaj robisz? – zszokowana wydusiłam z siebie tylko te słowa.
– Niedaleko jest mój dom. Usłyszałem, że ktoś wzywa pomocy, więc przyszedłem. – Stojąc i się patrząc, po chwili dodał: – Nic ci nie jest?
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Nerwowo rozglądając się dookoła, spytałam, gdzie jesteśmy.
– Chodź ze mną, zaczyna robić się ciemno, niezbyt to bezpieczne, zwłaszcza dla osoby, która nigdy w tym lesie nie była.
– Nigdzie z tobą nie idę – odparłam.
– Dlaczego jesteś taka uparta? Nie chcesz, nie idź – mówiąc to, zaczął odchodzić, kierując się w gąszcza ciemności.
Spojrzałam za siebie, nikogo prócz niego nie było, niestety, nikogutko.
– Poczekaj na mnie! – krzyknęłam.
Po kilkudziesięciu metrach dotarliśmy do chaty położonej przy samej plaży. Zatoczka, której kształt nakreślił zachód słońca, prezentowała bajeczny obraz. Nie mogąc uwierzyć, że ludzie na co dzień mają taki widok, odwróciłam się do niego i powiedziałam:
– Tutaj jest tak pięknie.
Podchodząc do mnie bliżej, przystanął obok i patrzył przez krótką chwilę w tym samym kierunku co ja. Nagle poczułam, jak przeszywa mnie zimny wiatr. Złapałam się za ramiona, a kiedy to zauważył, ściągnął swoją bluzę i mnie nią okrył. Spojrzałam na niego, on na mnie. Odwracając głowę, wskazał, że czas już iść do chaty.
Na zewnątrz wyglądała bardzo skromnie, przekraczając jednak próg, miałam wrażenie, że wkraczam do zwykłego miejskiego domu, w którym nic nie brakowało. Odnieść można było wrażenie, że gdyby nie rdzenny wystrój, to taki dom mógłby być nawet w mojej okolicy. Niepewnie zaczęłam rozglądać się dookoła, oceniając, jaki człowiek może mieszkać w tak pięknym miejscu i w takiej chacie. Nie była duża, miała dwa pokoje, salon, kuchnię, łazienkę. Było w niej jednak coś urokliwego. Wisiały w niej przeróżne zdjęcia, na szafkach stały drewniane figurki, wszystko to łączyło się w całość, tworząc wyjątkowy klimat.
– Czy mógłbyś pożyczyć mi ładowarkę? Rozładowała mi się bateria, a chciałabym zadzwonić do hotelu, aby przysłali taksówkę.
– Tutaj nie dojedzie. Do mojej chaty można dojść jedynie plażą, dlatego tak się zdziwiłem, jak usłyszałem twój głos z lasu.
– Jak to? Przecież w hotelu powiedzieli mi, że do plaży jest blisko, i tak szłam.
– W którym hotelu się zatrzymałaś? – spytał.
– Tropicana Hotel – odpowiedziałam.
– Naprawdę? – odparł zaskoczony.
– No tak, a skąd to zdziwienie?
– Jak długo chodziłaś po lesie? – spytał, ignorując moje wcześniejsze pytanie.
Po minie wyczułam, że jest coraz bardziej rozbawiony.
– Nie wiem… od dziesiątej, a co? – zaczęłam się denerwować.
– Moja chata od twojego hotelu jest oddalona o piętnaście kilometrów. Jestem pełen podziwu, że tyle uszłaś i nic ci się nie stało. – Wstał i rozbawiony poszedł nastawić wodę. – Czego się napijesz?
– Jeżeli jest, to poproszę herbatę – odpowiedziałam, będąc w szoku po tym, co usłyszałam. Ile kilometrów? Przecież plaża miała być tuż za rogiem.
– Pewnie jesteś głodna, zrobię nam coś do jedzenia. Mam rybę, możemy rozpalić ognisko i upiec ją na nim.
– Aż mi ślinka pociekła – odpowiedziałam bez namysłu.
Nie wiedząc, co mam ze sobą zrobić, podeszłam do kuchni. Obserwując, jak nalewa do kubków herbatę, zauważyłam, że cała ta sytuacja nie zrobiła na nim żadnego wrażenia.
Kim on jest? Jak doszło do tego, że ciągle na siebie wpadamy? Tak zamyślona i wpatrzona w niego, nie zauważyłam, że on również zaczął mi się przyglądać.
– O czym myślisz? – spytał.
– Co teraz – odparłam bez namysłu.
– Może zaczniemy od samego początku?
– Od początku? Co masz na myśli? – Zdziwiona spojrzałam na niego.
– Jestem Pablo – powiedział, wyciągając rękę.
– Ana – odpowiedziałam, podając swoją.
– Zatem, Ana, wiem, jak masz na imię. Sądząc po tym, jak się poznaliśmy, wiem, gdzie mieszkasz, poznałem historię twojej podróży, ponieważ razem ją odbyliśmy. Wiem też, gdzie się zatrzymałaś. Nie wiem natomiast najważniejszego. – Tutaj urywając zdanie, zaczął się wpatrywać we mnie, przenikając każdą komórkę mojej twarzy swoimi węgielkami.
– Czego? – spytałam.
– Dlaczego tutaj jesteś?
– No jak to dlaczego, bo się zgubiłam. – Przysięgam, już sama nie wiem, o co mu chodzi. Albo on nie rozumie, co ja mówię, albo ja nie rozumiem, o co on pyta.
– Pytam, po co przyleciałaś na tę wyspę – sprostował.
– Aha, po co? – powtórzyłam.
– Tak, po co?
– Żeby poznać miłość mojego życia – odpowiedziałam, odwracając głowę w stronę drzwi, do których właśnie ktoś zapukał.
Pablo przeszedł obok, patrząc na mnie ze zdziwieniem. Otworzył drzwi. Po drugiej stronie stała smukła, uśmiechnięta, niebieskooka blondynka, która jak tylko drzwi się otworzyły, od razu rzuciła się na niego. Z popiskiwaniem w głosie, nie zważając na nic, powiedziała:
– Kochanie, przybiegłam, jak tylko dowiedziałam się, że przyleciałeś.
Opierając się o kuchenny blat i popijając zrobioną przez niego herbatę, przyjęłam chyba na tyle zdziwioną minę, że jak tylko ich przywitanie dobiegło końca, Pablo odwrócił się w moim kierunku, uwalniając się z magicznego uścisku swojej znajomej, a raczej wnioskując po jej zachowaniu – dziewczyny – aby móc nas sobie przedstawić.
– Wejdź, proszę, przedstawię ci kogoś. – Zamknąwszy drzwi, podszedł z nieznajomą, trzymając swoją dłoń na jej plecach. – Ana, Jessica, Jessica, Ana.
– Witaj – odpowiedziałam.
– Witaj. – Sądząc po jej minie, nie była zachwycona moją obecnością. – Kochanie, możemy porozmawiać na zewnątrz? – Pytanie skierowała do Pabla, patrząc na mnie z uśmiechem na ustach.
Zostałam sama, w domu obcego faceta, a w dodatku bez perspektywy dachu nad głową na tę noc. No pięknie, Ana, pięknie.
Minęło kilkanaście minut, po czym drzwi się otworzyły. Do chaty wszedł tylko Pablo. Zdziwienie rysowało się na mojej twarzy, ponieważ nie wiedząc czemu, od razu odpowiedział na moje pytanie, jakby czytał mi w myślach.
– Odprowadziłem kawałek Jessicę w stronę jej chaty.
– To tutaj jest jakaś chata? Może jest jakaś wolna, to ja bym się w niej dzisiejszej nocy zatrzymała? – rzuciłam.
– To co, ryba? – Totalnie zignorował moje pytanie.
– Ryba – odpowiedziałam, czując, że zostaję tutaj na noc.
Pablo z lodówki wyciągnął dwie ryby, które przemył pod kuchennym kranem, a następnie posypał je solą. Tak przygotowane odstawił i wyszedł, aby rozpalić ognisko na plaży. Postanowiłam zrobić sałatkę. Zajrzałam do lodówki, nie było w niej niczego, co mi znane. Rozejrzałam się i zobaczyłam na blacie arbuza, liczi, papaję oraz pomarańcze. Stwierdziłam, że arbuz jest za duży, więc szkoda go napoczynać. Nie zastanawiając się dłużej, obrałam pozostałe owoce. Powinny pasować do ryby, choć nie byłam przekonana, czy pomarańcze będą odpowiednie. No trudno. Wrzuciwszy wszystko do większej miski, którą znalazłam w jednej z szafek, odłożyłam ją na bok, aby smaki się przegryzły.
Idąc na plażę, ściągnęłam sandały. Wiatr ustał i noc wydawała się cieplejsza, niż kiedy tutaj przyszliśmy. Podeszłam do rozpalonego ogniska. Czy to możliwe, żeby po kilku chwilach zmienić swój punkt widzenia na otaczającą nas rzeczywistość i zacząć odczuwać nie strach przed nieznanym, a zaciekawienie, co może przynieść? Usiadłam na piasku, po czym zanurzyłam w nim stopy i palce, jakby to był pierwszy raz, kiedy ziarenka stykały się z moją skórą. Poczułam, że ta chwila, to otoczenia, ten czas to coś wyjątkowego w moim życiu. Nigdy czegoś takiego nie czułam. Może to kwestia odosobnienia, a może miejsca. Tak zamyślona spojrzałam w stronę wody, nadal bawiąc się piaskiem i przesypując go z ręki do ręki. Nic ani nikt nie zagłuszał tego spokoju. To właśnie w tamtej chwili uświadomiłam sobie, jak blisko natury możemy być. Jak możemy połączyć się w milczeniu i pozwolić, aby zrodziła się iskra pięknego wspomnienia, uczucia i nadziei na lepsze jutro.
– Ana – z oddali dobiegł dźwięk mojego imienia. – Ryba jest już gotowa, jemy?
– Tak, wybacz, zamyśliłam się.
Podeszłam do koca, na którym były dwa talerze i miska z sałatką. Usiadłam, biorąc do ręki jeden z talerzyków, i szeroko się uśmiechnęłam.
– Mam nadzieję, że będzie ci smakowała – powiedział, podając mi większą rybę.
– Jestem taka głodna, że już na sam widok ślinka mi cieknie.
Ryba okazała się przepyszna. Miękka, soczysta, wyśmienita w smaku.
– Najlepsza, jaką jadłam w życiu – wymamrotałam, oblizując palce.
Pablo zaczął się śmiać i życzył mi smacznego.
– Przygotowałem ci drugi pokój, po kolacji pójdziemy spać. Jutro rano mam coś do zrobienia i muszę wcześniej wstać. Byłoby dobrze, abyśmy wyruszyli do twojego hotelu tak około siódmej, może być?
– Tak, ja również mam na jutro plany. Wybacz, muszę zobaczyć, czy mój telefon się już naładował, powinnam już dawno komuś wysłać SMS-a. Mam tylko nadzieję, że nie jest za późno. Czy jest tutaj zasięg?
– Słaby. Na moim są tylko dwie kreski – mówiąc to, podniósł go do góry, mając nadzieję, że być może wskoczy i trzecia.
– To ja wrócę za chwilkę, muszę się z kimś umówić.
– Z narzeczonym? – spytał z przekąsem w głosie.
– Skąd to pytanie? – odparłam zdziwiona.
– No skoro nie z nim, to masz tutaj jeszcze kogoś?
– To coś zupełnie innego – odpowiedziałam, odchodząc.
Gdzie ta kartka z numerem? Na Boga, mam wrażenie, że ta torebka nie ma dna. Jak się coś do niej wrzuci, to już przepadło. No jest w końcu. A teraz telefon. I wysyłam wiadomość. Godzina prawie dwudziesta pierwsza, mam nadzieję, że nie jest za późno. Dobra, jak to napisać? Może tak:
„Witam, jestem Ana, otrzymałam numer z Hotelu Tropicana. Przepraszam, że dopiero teraz piszę, ale wcześniej nie miałam sposobności. Czy pana usługi są nadal aktualne przez cały jutrzejszy dzień? Jeżeli tak, to czy o dziewiątej możemy się spotkać w recepcji hotelu?”
Wyślij. Powinno być w porządku. Oby się zgodził. Nagle telefon zaczął wibrować. Spojrzałam, to ten numer. I co teraz? Mam odebrać czy nie? Odbiorę.
– Tak, słucham? – powiedziałam cicho i niepewnie.
– Pasuje, a teraz chodź, bo ryba ci wystygnie.
Jak to? Wychylając się z domku, spostrzegłam zachęcający gest nawołujący mnie do ogniska. Siadłam na kocu, wzięłam talerz i nie mrugając, patrzyłam w jego rozbawione oczy.
– Ja naprawdę nic nie rozumiem, nic a nic – tylko tyle z siebie zdołałam wydusić.
Pablo powiedział rozbawiony:
– Słuchaj, skoro już się dogadaliśmy co do godziny, to proponuję inne rozwiązanie. Rano wstaniemy, zjemy śniadanie i zamiast tracić czas na powrót do twojego hotelu, pójdziemy w drugą stronę. Pokażę ci piękny zakątek, o którym wiedzą tylko tubylcy. Wycieczek nikt tam nie organizuje. A wracając, wstąpimy tutaj na obiad, a później odprowadzę cię do hotelu, co ty na to?
– Ja chyba wrócę do hotelu i znajdę inne rozwiązanie – powiedziałam, przygryzając kolejny kawałek ryby.
– Ale dlaczego? Znam wyspę bardzo dobrze, mogę cię oprowadzić, tak jak chciałaś.
– To nie o to chodzi. Ja po prostu nie rozumiem, dlaczego ciągle trafiam na ciebie. Przyleciałam na tę wyspę w jednym celu.
– Tak, wiem, dla narzeczonego – powiedział, wzdychając.
– Nie słuchasz mnie – odpowiedziałam lekko poirytowana.
– Skoro nie chcesz, to nie będę cię zmuszał. Jutro rano cię odprowadzę do hotelu. – Wstał i poszedł w stronę chaty.
Widząc, jak odchodzi, odłożyłam talerz, bo straciłam ochotę na jedzenie. Przybliżając się do ogniska, usiadłam po turecku. Z kłębiącymi się myślami zamknęłam oczy. Szum fal… Gdzie są fale? Nie ma, nastała głucha cisza. Tylko trzask palących się gałęzi, zimno piasku i lekki wiaterek upewniały mnie, że to rzeczywistość, a nie sen. Taki stan pogłębił moje zmęczenie i nie wiedzieć kiedy osunęłam się na piasek w błogiej samotności snu, który nadszedł tak niespodziewanie. Obudziłam się z krzykiem kilka godzin później. Leżałam w łóżku, a obok przejęty kucał on. Mój nieznajomy, który był teraz wszędzie.
– Ana, obudź się, przyśnił ci się jakiś koszmar – powiedział, głaszcząc mnie delikatnie po ręce.
– Nic mi nie jest.
– Jak chcesz, mogę zostać tutaj z tobą przez chwilę, zanim nie zaśniesz – odparł.
– Dobrze – powiedziałam, przesuwając się na łóżku, aby mógł swobodnie usiąść.
– Opowiedz mi o sobie, nic o tobie nie wiem – powiedziałam, zamykając oczy.
– A co chcesz wiedzieć? – spytał.
– Co robisz, czym się zajmujesz, oprócz tego, że jesteś przewodnikiem.
– Jestem fotografem, nie przewodnikiem. Mieszkańcy niekiedy proszą mnie o pomoc, tak jak to miało miejsce w twoim przypadku.
Z tej rozmowy tylko to pamiętam, odleciałam niczym ptak do swojego gniazda. Kiedy rano otworzyłam na sekundę oczy, twarz Pabla była przy mojej twarzy, a jego ramię otulało mnie w pasie. Spojrzałam na niego, lekko się uśmiechając, i zamknęłam ponownie oczy we śnie, który mnie jeszcze nie opuścił. Gdy otworzyłam je ponownie, pokój był pusty, a ja leżałam w łóżku sama. Mój Boże – pomyślałam – na szczęście przyśniło mi się to. Chwała Bogu.
Przeciągając się, zamarłam, albowiem zatrzymana myśl o tulących mnie ramionach sprawiła, że serce zaczęło mi mocniej bić. Co to ma znaczyć? Wynocha z mojej głowy, co to za myśli? Popchnięta przez los, który napierał coraz bardziej, wyszłam z pokoju, jakby nigdy nic. Spojrzawszy na kuchnię, w której panowała pustka, zajrzałam do salonu – tam również nikogo nie było. Wychyliłam się w stronę drugiej sypialni – i tam panowała cisza. Gdzie on się podział? Przecież ma mnie odprowadzić do hotelu.
Wychodząc z chaty i kierując się w stronę ogniska, uświadomiłam sobie, że musiał mnie zanieść na rękach do domu, bo ostatnie, co pamiętam, to właśnie ognisko. Rozejrzałam się dookoła, ale na plaży też go nie było. Postanowiłam podejść bliżej wody, aby zamoczyć nogi, i wtedy wyłonił się z niej niczym Perseusz. Wijące się fale dookoła ciała, opadająca bezwładnie woda na jego wyrzeźbione mięśnie… Ten widok sprawił, że zastygłam w bezruchu. Podszedł do mnie, a ja, widząc zbliżający się ideał, jedyne, co mogłam powiedzieć, to: „Spóźnimy się”.
– Dzień dobry – odpowiedział, lekko się uśmiechając.
– Gdzie byłeś? Mówiłeś, że mamy wyjść o siódmej, dochodzi prawie ósma.
– Skąd te nerwy?
– Jak to skąd? Zostawiłeś mnie samą, trzeba było napisać kartkę, że poszedłeś popływać, nie martwiłabym się chociaż.
– A martwiłaś się?
– Nie o tym teraz rozmawiamy – odpowiedziałam poirytowana.
– Wiesz co, widzę, że dobrze ci się spało i że masz dobry humor, więc przebiorę się, zjemy śniadanie i możemy iść.
– Jakie śniadanie? Jakie śniadanie?! Nie ma czasu! – zaczęłam krzyczeć i biec za nim.
Jak on może tak szybko chodzić, przecież człowiek zatapia się w piasku jak łyżeczka w maśle.
– Jak ci się spało? – spytał przelotnie, wchodząc do chaty.
– Spało? A, dobrze – odpowiedziałam, przypominając sobie sen, w którym on leżał obok mnie. Zaczęłam nerwowo rozglądać się po kuchni za szklankami na herbatę.
– Przebiorę się i za chwilę zjemy śniadanie – rzucił, po czym zniknął w swojej sypialni.
Sen, sen, sen, to był tylko sen, nic z tym człowiekiem cię nie łączy, to był tylko zły koszmar. Och, Ana, jesteś taka głupia – pomyślałam. Skup się na tym, po co tu przyjechałaś. Nic więcej się nie liczy.
– Na co masz ochotę? – Tymi słowami Pablo wyrwał mnie z zamyślenia.
– Nie wiem, ale jestem bardzo, ale to bardzo głodna.
Zaczął się śmiać.
– Z czego się śmiejesz? – spytałam, podchodząc do niego.
– Kobiety, które znam, zazwyczaj nic nie jedzą.
– Nie wiem, jakie kobiety znasz, ale ja muszę jeść, inaczej jestem zdenerwowana – rzuciłam na odczepnego, krzątając się po kuchni.
– Dobrze, zróbmy zatem tosty. – Rozbawiony przechylił głowę i spojrzał na mnie, czekając na aprobatę.
– O tak, tosty z serem, bardzo proszę. – Na myśl o tostach aż podskoczyłam z radości.
– Skąd w tobie tyle dziecka? – zapytał, wyciągając chleb i ser.
– Nie wiem, taka po prostu jestem.
Śniadanie zjedliśmy na ganku przed chatą. Obraz zatoki, który nocą był ukryty, rozłożył się przed moimi oczami jak ogon pawia. Dookoła same porośnięte wysepki, spokojne wody, śpiew ptaków i te kolory. Barwy tęczy, tak ostre, a zarazem nasycone, że zaniemówiłam.
– Wszystko w porządku? – spytał Pablo.
– To miejsce jest takie piękne – odparłam, po czym zwróciłam spojrzenie ponownie w stronę morza, czując nadal jego wzrok na sobie.
– Tak, masz rację, piękne.
Czy cisza, która zapada, koniecznie musi być przerwana? Cisza, kiedy każdym oddechem łapiemy myśli pojawiające się w głowie, obrazy w oczach i uczucie ciepła napływające do serca, kiedy odwracając wzrok, dostrzegamy obok siebie kogoś, kto żyje nią tak samo jak my, a z której brutalnie wybija dźwięk telefonu.
– Słucham. Za dziesięć minut będziemy gotowi, jesteśmy w chacie, czekamy. – Odkładając telefon, spojrzał na mnie. – Szykuj się, jedziemy na wycieczkę – oznajmił, po czym wstał i poszedł do kuchni, nie czekając na moją reakcję.
– Jak to na wycieczkę? Przecież miałeś mnie odprowadzić do hotelu. – Wbiegając za nim do chaty, stanęłam w salonie i machnęłam nerwowo ręką.
– Posłuchaj, wczoraj znajomy poprosił mnie o pomoc, nasze plany uległy zmianie, a on potrzebuje pilnie czegoś, więc pojedziemy z nim. Ja wykonam swoją pracę, ty poznasz uroki wyspy, a później odwiozę cię do hotelu. Tutaj są rzeczy mojej kuzynki, która jak ty ma metr siedemdziesiąt wzrostu, i sądzę, że ważysz około pięćdziesięciu kilogramów, więc powinnaś coś dla siebie znaleźć – rzucił przez ramię i wyszedł z chaty, zabierając wcześniej naszykowany sprzęt i plecak.
Co to ma być? Och, Ana, nie panujesz nad swoim życiem. Co to za człowiek? Od kiedy się pojawił, wszystko wywróciło się do góry nogami. Zaintrygowana jednak wizją wycieczki, dzięki której mogłabym poznać lepiej wyspę, udając niezadowolenie, wyszłam z chaty i zamknęłam drzwi. Kierując się w stronę Pabla, zauważyłam, że podpływa do nas jakiś tubylec na kanou.
– Co to ma być? – spytałam.
– Jak to co, łódź.
– Nie wsiądę do niej.
– Dlaczego? – Spojrzał na mnie nerwowo.
– Bo nie, nigdzie nie popłynę tym czymś.
– Nie rób scen, wsiadaj – powiedział, unosząc się.
– Posłuchaj, powiedziałam, że nigdzie nie popłynę tym czymś, to nie popłynę – poirytowana również podniosłam głos.
– Zazwyczaj jestem spokojny, ale ty… ty… doprowadzasz mnie do furii. Możesz chociaż logicznie wyjaśnić, dlaczego nie chcesz wsiąść do tej łodzi? – Podszedł tak blisko mnie, że poczułam jego słodki zapach.
– To nie łódź i nie muszę ci się tłumaczyć, nie wsiądę i już – powiedziałam, patrząc się w jego zaognione węgielki.
– Wsiądziesz – syknął, patrząc się prosto w moje oczy.
– Nie – odpowiedziałam, mrużąc swoje.
– Jeżeli nie wsiądziesz, będziemy musieli iść pieszo jakieś czterdzieści pięć minut, gdzie przepłynięcie łodzią zajęłoby nam góra dziesięć minut. Nie bądź uparta i wsiadaj – powiedział błagalnym głosem i nachylił się jeszcze bardziej, oczekując, że się zgodzę.
Boże, jak on ślicznie pachnie. Widzę, że jego usta poruszają się, są tak blisko… Czuję, że całe ciało mu się spina, ale ja nie wsiądę na tę łódź, koniec, basta.
– Nie wsiądę, płyń sam, ja wracam do hotelu.
Warcząc, wszedł do wody po kolana. Wrzucając sprzęt i plecak do łodzi, powiedział coś do sterującego nią mężczyzny. Ten pokiwał głową, obrócił łódź i popłynął w nieznanym kierunku. Pablo wyszedł z wody, skierował się do chaty, przebrał się i wrócił z innym plecakiem. Nic nie mówiąc, wskazał kierunek marszu.
Po jakimś czasie, drepcząc za nim bez ani jednego słowa, nie mogłam już wytrzymać – musiałam o wszystko pytać. Tutaj było tak pięknie, a ja nic nie wiedziałam o tym miejscu. Chciałam je poznać.
Podbiegłam i bez ostrzeżenia, z uśmiechem na ustach spytałam:
– Możesz mi opowiedzieć coś o tym miejscu?
Mijały minuty i idąc obok siebie, co jakiś czas się zatrzymywaliśmy, a on pokazywał mi to ptaki, to owoce rosnące wysoko nad naszymi głowami, to zwierzęta, które były tak egzotyczne w swojej naturze, że obudziły we mnie chęć uwiecznienia chwili na telefonie. Pablo opowiadał o roślinach, jakie można tutaj znaleźć, o ludziach zamieszkujących te tereny. O wszystkim, co ważne i istotne dla niego i dla tego otoczenia.
Nagle się zatrzymał, na ustach położył palec, dając sygnał, abym nic nie mówiła. Zaszedł mnie od tyłu, ręce położył mi na ramionach, twarz przybliżył do mojego policzka i szeptem do prawego ucha powiedział:
– Spójrz tam wysoko przed siebie, na godzinie jedenastej.
Dostrzegłam orangutana, który ściskał w jednej ręce kiść pomarańczowych owoców, a drugą mocno chwycił gałąź, aby nie spaść. Jego lewego boku kurczowo trzymał się malec. Zrozumiałam wtedy, że to nie był on, a ona. Maleństwo nie widząc nic prócz swojej matki, z pełnym zaufaniem bawiło się równie dobrze, co ona. Wzdrygałam się przy każdym ich skoku. Były tak wysoko, że sekundy oddzielały ich błogą zabawę od tragedii, której obraz rodził się w mojej głowie.
Wyczuwając moje napięcie, Pablo mocniej mnie złapał. Stałam nieruchomo i nie wiedziałam, które bodźce na mnie bardziej działają – otaczająca nas przyroda czy jego dotyk. Odwróciłam się w jego stronę i spojrzałam w zamyślone węgielki. Zrobiłam krok do przodu, uwalniając się od jego dotyku. Spojrzałam jeszcze raz na bawiące się rude dzieciaki i wtedy usłyszałam, jak Pablo stawia pierwsze kroki w stronę pobliskiego wzniesienia. Nie mając odpowiedniego obuwia, co rusz ześlizgiwałam się ze stromego zbocza. Wtedy on, jak gdyby nigdy nic, chwycił moją dłoń, nie pozwalając, aby cokolwiek nas rozdzieliło. Taka wspinaczka trwała jakieś trzy minuty, jednak sporo mnie kosztowała. Nigdy wcześniej nie wchodziłam po górach, a co dopiero po kniejach, których podłoże śliskie od oparów natury, zaburzając każdy krok, wyginało moje ciało w każdym możliwym kierunku. Cała się spięłam.
Po wejściu na wzniesienie nic nie widziałam, albowiem nadal otaczały nas wysokie drzewa. Zmieniło się jednak jedno, całe moje ciało płonęło z bólu po wysiłku, jaki przyszło mi włożyć, aby się tutaj wdrapać. Gdyby teraz zobaczyła mnie babcia… Na samą myśl o niej zaczęłam się śmiać, co nie umknęło uwadze mojego towarzysza.
– Co cię tak rozbawiło? – spytał.
– Moja babcia. Gdybyś teraz widział jej minę, jak wchodzę po tym wzniesieniu… Oj mówię ci, nie uwierzyłaby własnym oczom.
Uśmiech nie schodził mi z ust. Pablo też zaczął się uśmiechać.
– Nigdy nie robiłaś czegoś takiego? – spytał.
– Nie, nigdy nie wyjeżdżałam z miasta. To jest pierwsza moja podróż. Dzięki babci. W sumie, gdyby nie ona, nie byłoby mnie tutaj teraz.
– Dużo jej zawdzięczasz.
– Tak, wychowała mnie, jest całym moim światem.
Słysząc to, zatrzymał się na chwilę. Widząc jego spojrzenie, czułam, że chce coś powiedzieć, ale nie uczynił tego. Odwrócił się i zaczął iść dalej. Wtedy dostrzegłam, jak na jego twarzy maluje się zastanowienie, a w oczach pojawia się mgiełka i rodzi pytanie: „A co z twoimi rodzicami?”.
Po drodze mijaliśmy gęsto zalesione chaszcze, przez które ledwo docierały promienie słoneczne. Szłam, nic nie mówiąc, starając się zapamiętać każdy detal tej niesamowitej wycieczki. Mimo zmęczenia, spocenia oraz pragnienia schłodzonego napoju, za który dałabym się teraz pociąć, stłumiłam swoje słabości głęboko w głowie i cieszyłam się chwilą. To, co nastąpiło sekundę później, wbiło mnie w ziemię. Mój wysiłek okazał się lekiem na każdy centymetr obolałego ciała.
Przed oczami ukazał mi się pejzaż błękitnej laguny. Po lewej stronie zauważyłam oddalające się od siebie wysepki, tworzące łańcuch niekończącej się zieleni. Zieleni, która z każdym metrem nabierała innego koloru, aż po sam horyzont. W dole natomiast znajdowało się lustro błękitnej przestrzeni, w której ułożone na dnie kamienie tworzyły archipelag podwodnej drogi układającej się w półksiężyc. Obserwowałam, jak na płaskiej tafli wody zacumowana łódź lekko kołysze się od drgań niezależnych od niej. Pomost był krótki i tylko ona rysowała kres jego zakończenia. Zeszliśmy ostrożnie, ja zjeżdżając lekko na nogach i z tyłkiem przy ziemi, on bacznie mi się przyglądając i trzymając ręce w pogotowiu, w razie gdybym osunęła się w czeluść poniższych zarośli. Po dziesięciu minutach dotarliśmy do pomostu, jednak nikogo nie było ani przy nim, ani na łodzi. Rozejrzałam się dookoła, zaciekawiona widokiem w głąb przejrzystej wody, postanowiłam ostrożnie wejść na pomost. Wtedy zza moich pleców po przeciwnej stronie wynurzył się nieznajomy.
– Farrel, mój przyjacielu. – Pablo podszedł do mężczyzny, który wydawał się szczęśliwy, że go zobaczył.
– Pablo! – krzyknął, unosząc rękę na wysokość swoich barków i pokazując gest, jakby chciał do kogoś zadzwonić. Zauważyłam, że Pablo zrobił ten sam gest. Nie wiedzieć czemu, uśmiechałam się urzeczona energią, która między nimi się wytworzyła.
Obaj się uściskali, aby po chwili wrócić do rzeczywistości, w której to przedstawiono mnie temu wulkanowi pozytywnych wibracji.
– Ana, przestawiam ci mojego przyjaciela Farrela.
W geście przywitania wyciągnęłam do niego rękę, którą złapał, po czym pokazał ten sam gest co wcześniej do Pabla. Zauważył moje zdziwienie i wyjaśnił, że ten znak to forma przywitania, wywodząca się z ich kultury. Nazywa się shaka. Rdzenni mieszkańcy przekazują w ten sposób gest przyjaźni, przesyłając dobrą energię.
– Miło mi cię poznać – wydusiłam, uśmiechając się żywo.
– Chodźcie, wszyscy na was już czekają – odparł Farrel.
Przechodząc przez plażę, słuchałam, jak obaj opowiadają sobie o czasie i chwilach, które spędzili osobno. Można było z daleka odczuć, że łączy ich prawdziwa przyjaźń. Dowiedziałam się, że ostatni raz widzieli się prawie rok temu. W międzyczasie Farrel rozwinął skrzydła i stworzył dwa punkty wycieczek dla przyjezdnych, zaręczył się z niejaką Elfi, co uradowało Pabla, bo na tę wieść zareagował bardzo entuzjastycznie. Jak to możliwe, żeby jedna osoba skrywała w sobie tyle skrajnych emocji? Nie umiem go rozgryźć. Może i znamy się dopiero od dwóch dni, jednak po takim czasie człowiek potrafi określić już, z kim ma do czynienia.
Och, Ana, po co się zastanawiasz, kim on jest, przecież za pięć dni wasze drogi się rozejdą. Przestań tyle myśleć i skup się na tym, po co tutaj przyleciałaś.
– No w końcu jesteście. – Zza drzewa wyłonił się starszy mężczyzna, w okularach na czole i przedziwnej koszuli. Był o głowę niższy ode mnie, co sprawiało, że na przywitanie bez namysłu się ukłoniłam, jakbym witała chińskiego dyplomatę.
Jak już podniosłam wzrok, nikogo przede mną nie było. Człowiek z chrypką w głosie, szybko się przemieszczając, rzucał słowami to na lewo, to na prawo, tak szybko, że równie maleńka istota stojąca obok niego i notująca każde słowo ledwo za nim nadążała. Zrobiło się okropne zamieszanie. Nie zwracając na siebie większej uwagi, robiąc małe kroki do tyłu, oddaliłam się w stronę zacisznego kącika. Co ciekawe, nawet nie dostrzegłam, jak Pablo poszybował za instrukcjami tegoż oschłego mężczyzny, zapominając o bożym świecie. A niech leci, muszę trochę odsapnąć. I z tą myślą rozglądając się, zauważyłam, że ktoś z oddali mi się przygląda.
Uśmiechnęłam się nieśmiało. Mężczyzna skinął głową, z aprobatą wskazując miejsce, gdzie mogę usiąść. Siedział pod skałą, z dala od wszystkich, nie bardzo przejmując się dochodzącymi zewsząd szaleńczymi krzykami.
Pamiętając formę przywitania z Farrelem, nieśmiało podniosłam rękę. Mrużąc oczy, spojrzałam na swoje palce, ukazując znak powitania. Usłyszałam śmiech starszego mężczyzny, który odwzajemnił gest, klepiąc mnie po ramieniu.
– Jestem Ana – powiedziałam, uśmiechając się już bardziej swobodnie.
– Azim – odpowiedział, bacznie mi się przyglądając. – Co cię sprowadza w te rejony?
– Moja babcia nalegała, abym przyjechała poznać kulturę, z której wywodzą się moi przodkowie.
– Jak nazywa się twoja babcia?
– Sofia – odpowiedziałam, po chwili dodając: – Babcia od dziecka opowiadała mi o niej, jednak nigdy nie zanurzała się w jej historii.
– Czy znasz jakieś nasze legendy?
– Nie – odparłam.
Kiedy miał już zacząć opowiadać, podbiegła do niego mała dziewczynka, krzycząc: „Dziadku, dziadku!”. Wczepiwszy się w jego ramiona, z piskiem zaczęła go ciągnąć za rękę, aby wstał i poszedł za nią.
– Niech Farrel jutro cię do mnie przyprowadzi – rzekł mężczyzna i oddalając się, skinął głową na pożegnanie.
Siedziałam w tym miejscu jeszcze chyba przez kilka minut, zastanawiając się, dlaczego babcia nigdy nie opowiadała mi o miejscu tak dla niej szczególnym.
O dziwo, w tej głuszy telefon pokazywał dwie kreski zasięgu. Bez większego namysłu chwyciłam go i wybrałam numer do babci. Cisza, jeden sygnał, drugi, nadal nic. Nagle trzask i usłyszałam jakże ciepły i spokojny głos.
– Tak, słucham?
– Cześć, babciu. To ja, Ana. – Podekscytowana, że po dwóch dniach usłyszałam najbliższą mi osobę na świecie, poczułam, jak łza spływa mi po policzku.
– Ana, tak się cieszę, że cię słyszę – odparła babcia.
– Słuchaj, nie wiem, jak długo będę miała zasięg, ale wiedz, że u mnie wszystko dobrze i że nic mi nie jest.
– Byłam przekonana, że tak właśnie będzie. Czy już odnalazłaś ścieżkę?
– Nie, babciu, jeszcze nie szukałam. Słuchaj, nie mam naładowanego telefonu do końca i bateria mi szybko siada, dlatego chcę, abyś wiedziała, że wszystko u mnie OK, i nie martw się, jak przez kolejne dni będzie utrudniony ze mną kontakt.
– Dobrze, moje dziecko, pamiętaj, zostało tylko pięć dni.
– Tak, wiem, nie martw się. Słuchaj, poznałam dzisiaj człowieka o imieniu Azim. Jutro mam się z nim spotkać, chce mi opowiedzieć jakąś legendę.
Po drugiej stronie nastała cisza, po czym usłyszałam głęboki wdech i głos babci:
– Niech i tak będzie. Idź do niego, pamiętaj jednak, odnajdź ścieżkę, ona cię poprowadzi jak należy.
Cisza, zasięg padł. Ożeż ty. Och, Ana, i co teraz? Chyba czas poszukać Pabla. Podnosząc tyłek ze skały, uderzyłam w gałąź.
Złapałam się za głowę, jęknęłam i już, nie wiadomo skąd, on był przy mnie.
– Nic ci nie jest? – spytał, odsuwając mi włosy z czoła i policzków.
– Nic – odparłam, nadal gładząc obolałą głowę.
– Czy ty potrafisz choć przez kilka godzin nie robić sobie żadnej krzywdy? – Pablo patrząc na mnie ze zdumieniem, pokiwał na boki głową.
– Nie, nie potrafię. – Odsunęłam się i wyprostowana skierowałam w okolice obozu, w którym wszyscy pracowali.
– Co ty tutaj właściwie robisz? – spytałam Pabla.
– Zdjęcia. Jeden z klientów kręci reklamę i poproszono mnie o kilka zdjęć. Ich fotograf nie dojechał na czas, a kierownik hotelu, w którym się zatrzymali, jest moim znajomym, i zadzwonili do mnie.
– Widzę, że wszyscy cię znają i każdy ma do ciebie numer.
Słysząc ten słowny pstryczek, spojrzał ze zdziwieniem, nie za bardzo wiedząc, co ma odpowiedzieć.
– Chodź, zjemy coś. – Pokazał stół, na którym było jedzenie dla ekipy.
– Długo jeszcze wam tutaj zejdzie? Powinnam wracać do hotelu – rzuciłam z nadzieją, że praca już skończona i możemy ruszać w drogę powrotną.
– Jeszcze chcą zrobić kilka ujęć. – Spoglądając na mnie, czekał, co odpowiem.
Wtedy podeszła do nas pracownica agencji. Usłyszawszy naszą rozmowę, powiedziała:
– My już się zbieramy, jeżeli chcesz, to możesz z nami jechać. Gdzie się zatrzymałaś?
– W Tropicana Hotel! – Uradowana aż podskoczyłam z radości.
– Jedziemy w tym kierunku, pójdę powiedzieć chłopakom, aby zrobili ci miejsce w aucie.
– Nie trzeba, Ana wróci ze mną – odpowiedział w moim imieniu Pablo.
– Chwileczkę, poczekaj – złapałam nieznajomą za rękę – jadę z wami.
Odwróciłam się w jego stronę. Wpatrywał się we mnie z niezadowoleniem.
– Słuchaj, jestem ci za wszystko dozgonnie wdzięczna, ale nie znoszę, kiedy ktoś mówi w moim imieniu, nie pytając mnie o zdanie. Tym bardziej kiedy jestem obok. – Poirytowana, nie czekając na jego reakcję, skierowałam się w stronę czekającego już na mnie busa.
– Ana! – Usłyszałam za plecami jego głos, jednak nie odwracając się, wsiadłam i zamknęłam za sobą drzwi.
Przez całą tę sytuację zapomniałam poprosić o numer do Farrela.
– Dzięki, że mnie ze sobą zabraliście – rzuciłam do ekipy w aucie.
– Nie ma za co – odparła blondynka, która zaoferowała podwiezienie.
– Czy zna może ktoś z was Farrela? Potrzebuję numer telefonu do niego. – Spojrzałam z wyczekiwaniem, że ktoś zareaguje.
Kierowca zerknął w lusterko i śmiejąc się, zapytał:
– To mój brat. A co, wpadł ci w oko?
– Nie, nic z tych rzeczy, muszę poprosić go o pomoc. Czy możesz dać mi do niego numer? – zawstydzona uśmiechnęłam się.
– Masz gdzie zapisać? Podyktuję ci – odparł.
– Tak, jestem gotowa – rzuciłam, patrząc w ekran swojego telefonu.
Droga dłużyła się i dłużyła, po jakiejś godzinie albo i dwóch dojechaliśmy w końcu do mojego hotelu. Wychodząc z auta, pomachałam na do widzenia i skierowałam kroki do recepcji.
– Już myśleliśmy, że pani zrezygnowała – zagadała przemiła, uśmiechnięta dziewczyna z recepcji, widząc mnie zbliżającą się w jej kierunku.
– Tak mnie wasza wyspa oczarowała, że wyjść z lasu nie mogłam – zaśmiałam się, udając, że to żart, ale w głębi serca słowa były prawdziwe. Wzięłam klucz do pokoju i zapragnęłam kąpieli i jakiegoś koktajlu.
Dochodziła godzina dziewiętnasta, kiedy zrelaksowana odrzucałam od siebie wszystkie bolączki minionych dwóch dni. Telefon podłączyłam do ładowania, zapominając o wyciszonym dzwonku. Odrodzona po gorącej kąpieli, przebrałam się i postanowiłam zjeść kolację na dole. Byłam bardzo, ale to bardzo głodna. Hotel nie miał windy, otoczony był antresolą, z której widok prowadził na ozdobne kwiaty otaczające wnętrza. Schodząc, poczułam miliony zmieszanych zapachów dobiegających z bufetu. Wzięłam talerz i nie wiedząc, co nałożyć pierwsze, rozejrzałam się po sali w nadziei, że pozwoli mi to podjąć dobrą decyzję. Wybrałam najpierw mięso, tak bardzo tęskniłam za jego smakiem, że wzięłam chyba trzy różne kawałki. Usiadłam przy stoliku najbardziej odległym od sali głównej, jednak z najlepszym widokiem na ogród. Zanurzając widelec w pierwszym kęsie, przełknęłam ślinę, nad którą przestałam panować. Ten zapach… Och, Ana, litości.
– Smacznego – usłyszałam za plecami.
No i się zakrztusiłam, nerwowo pokasłując i zatykając usta.
– Wszystko w porządku? – spytał Pablo, klepiąc mnie po plecach
– Człowieku, przez ciebie o mało się nie udławiłam. Dlaczego tak straszysz ludzi i nachodzisz, kiedy jedzą? – Charcząc obolałym gardłem, ostatkiem sił starałam się wydobywać z siebie jakieś słowa.
Mężczyzna siadł naprzeciwko mnie i bez pytania wziął kawałek mięsa z mojego talerza.
– Dzwoniłem do ciebie z trzydzieści razy. Odjechałaś, nie dając znaków życia, chciałem się upewnić, że nic ci się nie stało.
– A, no tak, telefon ładuje się w pokoju, nie musisz jednak się o mnie martwić, sama dam sobie radę – mówiąc to, nabiłam na widelec kawałek mięsa. Chwilę się zawahałam, po czym podałam mu go.
Wtedy Pablo machnął ręką, wstał i skierował się ku wyjściu. Zdziwiona takim zachowaniem, nie chcąc psuć sobie nastroju, wróciłam do jedzenia. Po czasie Pablo przyszedł z talerzem przeróżnych owoców i również mięsa.
– A co to jest? – spytałam zaciekawiona.
– Chcesz spróbować?
– Powiedz najpierw, co to jest – poprosiłam, patrząc uważnie na nigdy wcześniej niewidziany owoc.
– Mangostan – odparł, zalotnie się uśmiechając.
Wiedział, że ta nazwa nic mi nie mówi, a teraz pyta, czy chcę spróbować. Sama nie wiem, nie lubię degustować czegoś, czego wcześniej nie jadł ktoś mi bliski i nie ocenił smaku.
– Możesz mi najpierw opisać, jak to coś smakuje? – spytałam.
– To coś to owoc i smakuje wyśmienicie. – Pablo, rozbawiony moim zaciekawieniem, wziął z talerza na wpół już przeciętą, twardą ciemnofioletową łupinę, która w swoim wnętrzu skrywała biały, jakże smakowicie wyglądający miąższ. Odrywając palcami kawałek białej tekstury, powiedział: – A teraz zamknij oczy.
– Po co? – odparłam.
– Zaufaj mi i zamknij oczy – poprosił.
Robiąc głęboki wdech, rzuciłam na jego węgielki szybkie spojrzenie. Zamykając powieki, czekałam, co nastąpi dalej.
– A teraz otwórz delikatnie usta. – Wkładając mi do nich ułamany kawałek owocu, małym palcem musnął moją brodę, sugerując, abym je zamknęła. – Sama teraz powiedz, jak smakuje – dodał.
– Czuję… czuję słodko-kwaśny smak, cierpki, ale soczysty. Mam lekki posmak jakby moreli z przebijającą nutą ananasa… Nie, nie, chwileczkę, poczekaj, jakby bardziej pomarańczy, ale lekko kwaśnej. Ładny ma zapach – to powiedziawszy, oblizałam usta i delikatnie otworzyłam oczy.
Dostrzegłam, jak Pablo mi się przygląda, głaszcząc ręką po swoim kilkudniowym zaroście i nie mówiąc przy tym ani słowa.
– A tobie jak one smakują? – spytałam z uśmiechem, zmrużywszy oczy.
– Za każdym razem inaczej. – Nadal mierząc mnie wzrokiem, spytał: – Jak ty to robisz, że jest w tobie tyle niewinnego uroku? – Swoimi węgielkami przeszywał mnie znów na wylot.
– Taka jestem, po prostu – wydusiłam z siebie, spuszczając wzrok.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
