27 osób interesuje się tą książką

Opis

Kalifornijskie miasteczko Virgin River leży u podnóża gór, w cieniu strzelistych sekwoi. Życzliwi mieszkańcy, spokojne życie i piękna przyroda sprawiają, że ci, którzy przyjechali tu na chwilę, chcąc zapomnieć o złym losie, zostają jednak na zawsze. Czy wystarczy uciec od przeszłości, by rozpocząć nowe życie?

Po śmierci męża Mel próbuje zagłuszyć rozpacz intensywną pracą. Bezskutecznie, bo anonimowość wielkiego szpitala, w którym pracuje jako pielęgniarka,  i stres związany z życiem w Los Angeles nie pomagają jej odzyskać spokoju. Idealnym wyjściem wydaje się przeprowadzka do Virgin River, gdzie mogłaby rozpocząć wszystko od nowa. Niestety malownicze miasteczko wita Mel strugami deszczu,  obiecany domek okazuje się ruderą, a miejscowy lekarz nie chce z nią współpracować. Mel czuje, że popełniła błąd, dlatego postanawia wrócić do Los Angeles. Jednak następnego dnia znajduje na progu gabinetu porzucone niemowlę, a zaraz potem poznaje mężczyznę, który przekona ją do zmiany planów…      

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 364

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Robyn Carr

Słońce po burzy

TłumaczyłaKlaryssa Słowiczanka

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Mel mrużyła oczy, usiłując coś dojrzeć w deszczu i mroku. Jechała krętą, wąską drogą przez lasy. W pewnym momencie poczuła, że prawe tylne koło bmw zjeżdża na pobocze i grzęźnie w błocie. Samochód stanął. Nacisnęła na gaz, ale nie mogła ruszyć, opona buksowała.

No to jestem załatwiona, pomyślała.

Zapaliła światło i spojrzała na komórkę. Straciła zasięg mniej więcej przed godziną, kiedy skręciła z autostrady w boczną drogę. Powadziła właśnie ożywioną dyskusję ze swoją siostrą, Joey, kiedy połączenie się urwało.

– Nie wierzę, że się na to decydujesz – mówiła Joey. – Myślałam, że jednak nabierzesz rozumu. To niepodobne do ciebie, Mel. Praca w takiej zapadłej dziurze! Nie jesteś dziewczyną z prowincji.

– Wszystko wskazuje na to, że będę. Podpisałam kontrakt, sprzedałam wszystko. Nie mam już odwrotu.

– Może jednak? Mogłabyś pracować w jakimś niewielkim prywatnym szpitalu. Przemyśl to jeszcze. – Potrzebuję radykalnej zmiany, a nie szpitala. Moim powołaniem jest odbieranie dzieci właśnie gdzieś w zapadłej, zapomnianej od Boga i ludzi dziurze, a ta kobieta mówiła, że Virgin River to mała, spokojna osada wśród lasów.

– Z dala od świata, w głuszy, gdzie nie ma nawet Starbucksa, żeby napić się kawy, i gdzie będą ci płacili jajkami oraz nóżkami w galarecie!

– Ale nikt mi nie będzie przyprowadzał pacjentek w kajdankach... Oj, wjeżdżam znowu w las i zaraz pewnie stracę zasięg.

– Będziesz żałowała. Zobaczysz. Nie rozważyłaś swojej decyzji, działasz pochopnie.

Na szczęście w tym momencie rzeczywiście straciła zasięg. Joey miała rację. Mel z każdym kilometrem ogarniały coraz większe wątpliwości. Po prostu nie wiedziała, czy dobrze robi, uciekając na kompletne odludzie.

Droga była coraz węższa, ulewa się nasilała. Dochodziła dopiero szósta, ale szosa tonęła w mroku. Gęste, wysokie drzewa nie przepuszczały nawet tych resztek światła, które przedzierało się jeszcze przez ołowiane chmury. Musiała być blisko celu, ale nie miała odwagi wysiąść z zabuksowanego samochodu i szukać domu nowej pracodawczyni. Gotowa jeszcze zabłądzić i wszelki ślad po niej zaginie.

Wyjęła z teczki zdjęcia. Miały jej przypomnieć, dlaczego wzięła tę pracę. Patrzyła na malutką osadę, domki o szalowanych ścianach, z gankami i mansardowymi okienkami, na staroświecki budynek szkoły, kościół, na malwy, rododendrony, kwitnące jabłonie i zielone łąki, na których pasły się owce. W osadzie była cukierenka, sklep wielobranżowy, niewielka biblioteka. I śliczna chatka w lesie, do której miała się wprowadzić. Było to służbowe mieszkanie przyznane w ramach rocznego kontraktu.

Osadę otaczały wspaniałe lasy sekwojowe, dalej zaczynały się łańcuchy górskie Trinity i Shasta. Setki kilometrów parku narodowego, prawdziwa głusza. Virgin River, płynąca szerokim, głębokim korytem rzeka, od której osada wzięła nazwę, pełna była łososi, jesiotrów i pstrągów. Część zdjęć przesłała jej Hope McCrea, inne ściągnęła z internetu i była przekonana, że to najpiękniejszy zakątek świata. Teraz ten najpiękniejszy zakątek świata tonął w deszczu, w ciemnościach oraz błocie.

Kiedy zdecydowała się wyjechać z Los Angeles, złożyła podanie w Rejestrze Pielęgniarek i urzędniczka wskazała jej Virgin River jako ewentualne miejsce zatrudnienia. Tamtejszy lekarz, mówiła, starzeje się i potrzebuje pomocy. Hope McCrea dawała domek i roczny kontrakt. Tyle mogło Mel zaofiarować Virgin River, w każdym razie na początek. Szukali pielęgniarki i położnej.

– Przesłałam już faks do pani McCrea z rekomendacją i pani CV – poinformowała ją urzędniczka w Rejestrze Pielęgniarek. – Proszę tam pojechać, porozmawiać, zobaczyć, czy spodoba się pani to miejsce.

Mel jeszcze tego samego wieczoru zadzwoniła do Hope McCrea, rozmawiała z nią przez godzinę, a potem zaczęła likwidować swoje gospodarstwo w Los Angeles. Po dwóch tygodniach ruszyła do Virgin River. Co prawda początkowo myślała o trochę większym miasteczku, jednak zdecydowała się.

Była zdesperowana. Nikt w Rejestrze Pielęgniarek i nikt w Virgin River nie domyślał się nawet, jak bardzo chciała uciec z Los Angeles. Od wielu miesięcy marzyła, by zacząć wszystko od nowa, żyć w ciszy. Nie pamiętała już, kiedy ostatnio przespała spokojnie noc. W wielkim mieście, gdzie jest tyle przestępstw, nieustannie czuła się zagrożona. Pójście do banku czy do sklepu stanowiło problem. Po prostu bała się, wszędzie zdawało się czyhać niebezpieczeństwo.

Pracowała w ogromnym szpitalu z trzema tysiącami łóżek i codziennie miała do czynienia z ofiarami przemocy, z przestępcami dowożonymi przez policję. Wpadła w depresję. Wracała z pracy i kładła się do pustego łóżka.

Przyjaciółki zaklinały ją, żeby się zastanowiła, czy powinna rzucać Los Angeles i wyjeżdżać gdzieś, gdzie diabeł mówi dobranoc. Chodziła na terapię grupową i indywidualną, w ostatnich miesiącach prawie codziennie odwiedzała kościół. Nic nie pomagało. Jedyne rozwiązanie, które widziała, to schronić się w jakimś spokojnym miejscu, gdzie ludzie nie zamykają drzwi domów i gdzie największym zagrożeniem może być wizyta głodnej sarenki w warzywniku. Prawdziwy raj, tak myślała.

Siedziała w samochodzie, oglądała zdjęcia i dochodziła do wniosku, że jest kompletną idiotką. Hope McCrea radziła jej, by zabrała tylko praktyczne ubrania, dżinsy, mocne buty, takie rzeczy. A ona co wzięła? Luksusowe buciki od Stuarta Weitzmana czy Cole’a Haansa, które kosztowały krocie. Dżinsy najlepszych firm, Rock and Republics, Joe’s, Luckys, 7 For All Mankind. Para takich dżinsów kosztowała od stu pięćdziesięciu do dwustu pięćdziesięciu dolarów. Wydawała trzysta na fryzjera, żeby ostrzygł ją i rozjaśnił włosy albo zrobił pasemka. Po latach głodnych i chłodnych w college’u, potem w podyplomowej szkole dla pielęgniarek, wreszcie zaczęła dobrze zarabiać i polubiła luksusowe rzeczy. W pracy nosiła się oczywiście skromnie, ale kiedy gdzieś wychodziła, mogła sobie pozwolić na dobry wygląd, odstrzelić się.

Łososie i sarenki będą pod wrażeniem. Bez wątpienia.

Przez ostatnie pół godziny przejechała zaledwie jedna ciężarówka. Hope McCrea nie uprzedziła jej, że tu takie kompletne pustkowie, no i jakże niebezpieczna, stromo pnąca się nad przepaściami i kręta szosa, tak wąska, że w niektórych miejscach samochody pewnie nie mogły się minąć. Poczuła niemal ulgę, kiedy zapadły ciemności, bo przynajmniej widziała światła nadjeżdżających z naprzeciwka pojazdów.

Jej bmw tkwiło w błocie, jednym kołem na poboczu. Westchnęła i sięgnęła po kurtkę leżącą w pudle na tylnym siedzeniu. Miała nadzieję, że Hope McCrea będzie przejeżdżać koło niej w drodze do chatki, w której miały się spotkać, bo inaczej spędzi noc w wozie. Z całego prowiantu zostały jej dwa jabłka, krakersy, jakiś serek, ale nic do picia. Po coli została tylko pusta butelka. Rano będzie ją trzęsło z braku kofeiny.

I żadnego Starbucksa w okolicy, tak jak powiedziała Joey. Mogła pomyśleć, żeby lepiej się zaopatrzyć na drogę.

Wyłączyła silnik, ale zostawiła światła, w razie gdyby ktoś nadjeżdżał. Jeśli nikt jej nie wyciągnie z błota, do rana akumulator się wyładuje. Oparła się o zagłówek i zamknęła oczy. Pojawiła się znajoma, tak bliska jej twarz. Mark. Czasami bardzo tęskniła za tym, żeby raz jeszcze go zobaczyć, zamienić z nim kilka słów. Zapomnij o tęsknocie, powiedziała sobie. Zapomnij, że chciałaś mieć kogoś, na kim mogłaś polegać, przy kim mogłaś budzić się rano.

– To już na zawsze, ty i ja.

Tak mówił.

Na zawsze trwało cztery lata. Miała teraz trzydzieści dwa i perspektywę samotnego życia przed sobą. Mark zmarł. Ona też czuła się martwa.

Ktoś zastukał w szybę. Nie wiedziała, czy przysnęła, czy tylko uciekła we wspomnienia.

Był to jakiś starszy pan z latarką w dłoni.

– Panienko, utknęłaś w błocie – stwierdził rzecz oczywistą.

Odkręciła szybę.

– Wiem przecież. Zniosło mnie na pobocze.

– Tylko czy to gówno ruszy?

Gówno! Akurat. Najnowsze bmw, jeszcze jeden luksusowy wydatek, żeby zapomnieć o samotności.

– Dziękuję za przenikliwą uwagę. Bez pana nie dowiedziałabym się o tym.

Patrzyła na siwe rzadkie włosy, wydatny nos i posrebrzone krzaczaste brwi, które podjechały do góry.

– Proszę siedzieć spokojnie. Mam linę, wyciągnę cię, dziecko. Pewnie jedziesz do pani McCrea.

Tego właśnie szukała, miejsca, gdzie ludzie znają się dobrze i wiedzą o sobie wszystko. Chciała mu powiedzieć, żeby uważał na błotnik, ale bąknęła tylko:

– Tak.

– To niedaleko. Zaraz tam dojedziesz.

– Dziękuję.

A więc jednak będzie mogła przespać noc w łóżku, w czystej, świeżej pościeli. Hope McCrea da jej coś do zjedzenia, o ile ma serce. Poczęstuje herbatą. Będzie miło i ciepło. Przytulnie. Zaśnie otulona miękką kołdrą. Bezpieczna. Już to widziała.

Samochód wyjechał z błota, był już na asfalcie, starszy pan odpiął linę i dał jej znak, by jechała za nim. Gdyby znowu utknęła, był gotów jej pomóc. Ruszyła posłusznie, chociaż błoto tak bryzgało spod kół jego samochodu, że prawie nie widziała drogi.

Po kilku minutach zamigał kierunkowskaz w furgonetce i zjechali w prawo. Podjazd był nierówny, pełen kolein, ale jakoś dotarła.

Co za buda!

Żaden śliczny domek. Z gankiem, i owszem, który jednak sprawiał wrażenie, jakby lada chwila miał runąć. Czarne od starości, liszajowate okiennice. Jedno okno zabite dyktą. Nie paliły się światła w środku, nie paliła się lampa na ganku, z komina nie unosił się dym.

Zdjęcia kłamały. Złapała je, nacisnęła klakson i wyskoczyła z samochodu, naciągając kaptur kurtki na głowę. Podbiegła do furgonetki. Starszy pan odkręcił szybę, spojrzał na nią zdziwiony.

– To na pewno domek Hope McCrea? – zapytała.

– Na pewno. – Gdy pokazała mu zdjęcie uroczej chaty ze stołem i fotelami w ogrodzie, coś mruknął do siebie, a potem oznajmił: – Kiedyś może tak to wyglądało, dawno temu.

– Nie uprzedzono mnie, że chata jest w takim stanie. Obiecano mi kontrakt na rok i domek. Mam pracować z doktorem, ale to...

– Doktor? – zdziwił się starszy pan. – Nie wiedziałem, że szuka kogoś.

– Tak. Starzeje się i mam mu pomóc przez rok, może dłużej. Okaże się.

– A pani kto?

Podniosła głos, przekrzykując plusk deszczu:

– Dyplomowana pielęgniarka i położna.

Wydawał się rozbawiony tą wiadomością.

– Naprawdę?

– Pan zna doktora, prawda?

– Tu wszyscy się znają. Powinnaś rozejrzeć się najpierw, zobaczyć, co i jak, dopiero potem decydować, czy chcesz zostać. – Raz mówił jej „pani”, potem przechodził na ty, a wcześniej nazwał „dzieckiem”.

– Pewnie ma pan rację. – Sięgnęła do torebki. – Chciałabym zapłacić za to, że mnie pan wyciągnął. Machnął ręką.

– Nie trzeba. Tutaj ludzie pomagają sobie po sąsiedzku, bez płacenia. – Uniósł białą brew. – No to się wrobiłaś – zauważył z uśmiechem. – Ten domek od lat stoi pusty. Ale nie będziesz nic płaciła za wynajem. Ha, ha. – W tym momencie światła nadjeżdżającego samochodu omiotły podjazd. – Oto i ona. Powodzenia. To ja znikam. – Z chichotem wsiadł do furgonetki.

Mel schowała zdjęcie domku do kieszeni i czekała w deszczu, aż podjeżdżające auto zaparkuje. Mogła schronić się przed ulewą na ganku, ale wyglądał, jakby lada chwila miał się rozpaść.

Terenówka robiła solidne wrażenie. Napęd na cztery koła, raczej nie utknęłaby w błocie, chociaż była okropnie zachlapana. Kobieta prowadząca dżipa zostawiła światła włączone, tak że oświetlały domek, i wysiadła. Siwa, około siedemdziesiątki, gęste włosy, okulary w czarnych oprawkach, zbyt dużych przy drobnej twarzy. Niska, najwyżej metr pięćdziesiąt pięć, w kaloszach. Odrzuciła niedopałek papierosa i uśmiechnęła się szeroko.

– Witam.

Mel znała już ten głos z rozmowy telefonicznej.

– Witam? – powtórzyła jak echo. – Witam? – Wyjęła zdjęcie. – Co to jest? Nie tego oczekiwałam.

– No, owszem – przyznała Hope McCrea z absolutnym spokojem. – Domek jest trochę zaniedbany, ale nie miałam czasu się nim zająć.

– Trochę zaniedbany? Pani żartuje. On się rozpada. To ruina. W pani prezentacji był śliczny. Uroczy.

– Nie uprzedzili mnie w pośrednictwie pracy dla pielęgniarek i położnych, że ma pani skłonność do dramatyzowania.

– A mnie nie uprzedzili, że pani opowiada bajki.

– Ta rozmowa nigdzie nas nie zawiedzie. Chce pani moknąć na deszczu czy może zdecyduje się wejść i zobaczyć, jak jest w środku?

– Najchętniej odwróciłabym się na pięcie, wsiadła do auta i odjechała, ale obawiam się, że w tym błocku nie zajechałabym daleko bez napędu na cztery koła. O tym, jakie tu macie drogi, też mogła mnie była pani uprzedzić.

Hope McCrea weszła na ganek, przekręciła klucz w zamku, a potem pchnęła z całych sił drzwi.

– Napuchły od deszczu – wyjaśniła i weszła do wnętrza.

Mel ruszyła za nią, stąpając niepewnie po deskach pochyłego ganku. Właścicielka zdążyła już zapalić światła i usiłowała strzepnąć kurz z serwety. Przesuwała krzesła, próbowała oczyścić klosze lamp stojących, poprawiać książki na regale. Wszystko naraz. Szalała, ale domek wyglądał po prostu strasznie, nie nadawał się do zamieszkania. Kanapa z wypłowiałym obiciem, nie lepsze fotel i kozetka. Nędzna półka na książki, skrzynia służąca za stolik do kawy. Mały aneks kuchenny oddzielony od tak zwanej bawialni blatem i niesprzątany od lat, kiedy ktoś tu robił ostatni obiad przed zamknięciem domu na cztery spusty. Otwarte drzwi lodówki, otwarty piekarnik oraz otwarte drzwiczki kredensu. W zlewie brudne naczynia, w szafkach brudne kubki i szklanki.

– Przepraszam, ale to nie do przyjęcia – oznajmiła Mel stanowczym tonem.

– Trochę zabałaganione.

– W piekarniku jest ptasie gniazdo! – wykrzyknęła.

Hope McCrea w zabłoconych kaloszach nachyliła się, wyjęła gniazdo z piekarnika i wyniosła je na podwórko. Wróciła, poprawiła okulary na nosie.

– Nie ma już gniazda – oznajmiła tonem pełnym wyrzutu, jakby Mel grała jej na nerwach.

– Nie zostanę tutaj. Jakiś starszy pan wyciągnął mój samochód z błota, potem pilotował tutaj, ale ten domek po prostu nie nadaje się do zamieszkania. W dodatku jestem głodna, nie mam nic do jedzenia... – Zaśmiała się głucho. – Pani zapewniała, że przygotuje zapas jedzenia na kilka dni, do póki sama nie wybiorę się na zakupy. Miało być czysto... wysprzątane...

– Ma pani podpisany kontrakt. Musi pani zostać.

– Nie oczekuje pani chyba, że zaakceptuję to mieszkanie.

Hope podniosła głowę.

– Dach nie przecieka. To jednak walor.

– Dla mnie niewystarczający.

– Cholerna Cheryl Creighton miała tu posprzątać, ale wykręcała się przez trzy dni. Pewnie znowu pije, jak to ona. W samochodzie mam pościel. Zabiorę cię na kolację. – Gładko przeszła na ty. – Rano wszystko będzie wyglądało lepiej.

– Mogłabym zanocować gdzie indziej. Jest tu może jakiś pensjonat? Motel?

– Pensjonat? – zaśmiała się Hope. – A co to niby, kurort? Do motelu musiałabyś jechać przynajmniej godzinę, jeśli nie więcej w tym deszczu. Ja mam duży dom, ale żadnego wolnego pokoju. Strasznie zagracony. Będą go uprzątali po mojej śmierci. Kanapy nie mogłabym ci na pewno przygotować.

– Musi przecież coś być...

– Jo Ellen czasami wynajmuje pokój nad garażem, ale nie chciałabyś się tam zatrzymać. Jej mąż ma lepkie łapy. Od niejednej kobiety w Virgin River dostał w dziób. Położysz się do łóżka, Jo Ellen zdrowo zaśnie, a jemu coś wpadnie do głowy. Straszny babiarz.

Jezu, pomyślała Mel. Gdzie jak trafiłam? To jakieś koszmarne miejsce i z każdą chwilą wydaje się gorsze.

– Mam pomysł – mówiła dalej Hope. – Włączę kuchenkę i zrobię coś gorącego do jedzenia.

– A może pojechałybyśmy do cukierni czy tej waszej kawiarni, baru, jak tam go nazywacie?

– Od trzech lat już nie działa.

– Co? Przecież przysłałaś mi zdjęcia, jakbym mogła zjeść tam lunch czy kolację. Tak zrozumiałam.

– To wszystko nieistotne drobiazgi – zbyła ją Hope. – Wskakuj do samochodu i jedziemy. – Podeszła do lodówki, włączyła ją, ustawiła temperaturę, po czym zamknęła drzwiczki.

Lodówka ożyła z groźnym brzęczeniem. Mel nie chciała tego słuchać i uciekła do auta. Terenówka miała tak wysokie zawieszenie, że z trudem się do niej wspięła. Czuła się tutaj znaczniej bezpieczniej niż w domu, gdzie gospodyni usiłowała uruchomić właśnie bojler w łazience. Bała się, że to cholerstwo wybuchnie i będzie po niej.

Obejrzała się. Na tylnym siedzeniu leżały poduszki, koce, jakieś pudła. Dla niej zapewne. Hope McCrea chciała koniecznie urządzić ją w sypiącym się domu. Cóż, jeśli nie znajdzie noclegu, prześpi się w samochodzie. Jest kilka pledów, nie zamarznie. A o świcie...

Pojawiła się Hope, zamknęła drzwi domku, ale nie przekręciła klucza w zamku, i szybko podeszła do dżipa. Jak na starszą panią poruszała się nadzwyczaj żwawo. Otworzyła drzwiczki, postawiła stopę na progu i wskoczyła za kierownicę. Dziarska dama. Włączyła silnik i sprawnie wycofała wóz z wąskiego podjazdu.

– Kiedy rozmawiałyśmy dwa tygodnie temu, byłaś zdecydowana – przypomniała zagubionej w nowym świecie Mel.

– Dalej jestem. Byłam przez ostatnie dwa lata oddziałową w ogromnym szpitalu w Los Angeles. Na oddziale położniczo-ginekologicznym. Ciężka praca, mnóstwo beznadziejnych przypadków, ale robiłam, co mogłam. Wcześniej pracowałam na nagłych przypadkach w izbie przyjęć w tym samym szpitalu, to było jeszcze gorsze. Wiesz, kobieta na linii frontu, zawsze musisz być gotowa, tak to wyglądało, ani trochę nie przesadzam.

– Jezus, dziewczyno, chyba naprawdę musisz coś zjeść. Od razu poczujesz się lepiej, odetchniesz.

– Pewnie tak. – W duchu dodała, że powinna jak najszybciej spieprzać z tego przeklętego miejsca. Niestety Joey jednak miała rację.

Zamilkły. Mel powiedziała już wszystko, a teraz z podziwem obserwowała, jak Hope McCrea w mroku i deszczu sprawnie prowadzi wielką, ciężką terenówkę na krętej wąskiej drodze. Była to dla niej jakaś forma wytchnienia od samotności, cierpienia, lęku. Uciekła wreszcie od pacjentek, które były ofiarami przestępstw, uciekła od sprawców tych przestępstw, od kobiet biednych, pozbawionych nadziei i środków do życia. Kiedy zobaczyła zdjęcia małej, słodkiej osady, pomyślała, że ludzie będą jej tu potrzebować, może się przydać, będzie egzystować spokojnie i wykonywać ważną robotę dla rumianych farmerek. Ucieknie od smogu wielkiego miasta, od zgiełku, znajdzie się tam, gdzie piękne lasy i dobrzy, prostolinijni, uczciwi ludzie. Tak to widziała. Nigdy dotąd nie sądziła, że będzie żyła tak blisko natury.

Spodobał się jej pomysł odbierania dzieci w Virgin River, praca wśród nieubezpieczonych kobiet, bo większość z nich była zapewne nieubezpieczona. Lubiła pielęgniarstwo, ale jej prawdziwym powołaniem było położnictwo.

Joey, jedyna osoba z bliskiej rodziny, która jej została, chciała, żeby Mel przeniosła się do Colorado Springs, zamieszkała z nią, jej mężem Billem i trójką ich dzieci, ale Mel miała dość życia w mieście, chociaż Colorado Springs było znacznie mniejsze od Los Angeles. Może powinna była jednak się tam przenieść. Pojedzie chyba do siostry. Tutaj sytuacja wyglądała rozpaczliwie.

– To jest ta wasza osada? – Skrzywiła się. – Tego nie miałam na zdjęciach, które mi przesłałaś.

– Tak, to jest nasze Virgin River – przytaknęła Hope McCrea. – Tak właśnie wygląda. Znacznie lepiej prezentuje się w dzień. Cholerny deszcz. W marcu zawsze jest tu okropna pogoda. A to dom doktora, przyjmuje tutaj pacjentów, ale ma też dużo wizyt domowych. Dalej jest biblioteka, czynna we wtorki.

Minęły ładny kościółek. Przynajmniej go rozpoznała. Sklep akurat zamykany przez właściciela.

Przejeżdżały właśnie wzdłuż pierzei prywatnych domów.

– A gdzie jest szkoła?

– Jaka szkoła? – zdziwiła się Hope.

– Dostałam przecież zdjęcie.

– Ale my nie mamy tu szkoły. Jeszcze.

– O Jezu – jęknęła Mel.

Jechały dość szeroką, pustą, pozbawioną latarni ulicą.

Ciekawe, skąd Hope wzięła zdjęcia, które przesłała do pośredniaka?

Zatrzymała samochód naprzeciwko domu doktora, przed budyneczkiem z dużym podjazdem, sporym gankiem, neonem i napisem „Otwarte”. Najwyraźniej był to jakiś bar, knajpka....

– No, chodź – zachęciła znękaną Mel. – Zjesz coś, rozgrzejesz się i od razu nastrój ci się poprawi.

– Dziękuję. – Starała się być uprzejma. Umierała z głodu i naprawdę chciała coś zjeść, chociaż nie spodziewała się niczego szczególnego. Spojrzała na zegarek. Była siódma.

W progu Hope zdjęła płaszcz przeciwdeszczowy, ale Mel miała tylko kurtkę na grzbiecie. Nie miała też parasolki i cuchnęła jak zmokła owca.

Wnętrze miło ją zaskoczyło, przestronne, ciepłe, z wielkim kominkiem. Lśniące podłogi. Nęcące zapachy... Wielka wyprawiona ryba nad półką z alkoholami, na przeciwnej ścianie skóra niedźwiedzia. I piękne rogi jelenie. Jak w chacie myśliwskiej. Jakieś dwanaście stolików i tyko jeden gość przy barze. Starszy pan, który wyciągnął ją z błota, popijał drinka.

Za barem stał wysoki mężczyzna w zwykłej, płóciennej koszuli o podwiniętych rękawach. Właśnie wycierał kieliszek. Mógł mieć pod czterdziestkę, jak oceniała. Szatyn o krótko ostrzyżonych włosach. Uniósł brwi, uśmiechnął się na powitanie.

– Siadaj – powiedziała Hope McCrea, wskazując stolik najbliżej kominka. – Zaraz coś zamówię.

Mel zdjęła kurtkę i powiesiła ją na oparciu krzesła, by wyschła. Zaczęła rozcierać dłonie, wysuwając je w stronę ognia. Poczuła się wreszcie dobrze. Bar był przytulny, zaciszny, miły. Płomienie na kominku. Chata myśliwska, no tak, oczywiście. Zaraz dostanie coś do jedzenia. Nie musiała co prawda jadać mięsa, ale jeśli człowiek przyjeżdża na tereny łowieckie, może się spodziewać dobrej dziczyzny.

– Proszę. – Hope podała jej kieliszek ze złotym alkoholem. – To cię rozgrzeje. Jack zaraz poda potrawkę. Od razu poczujesz się lepiej.

– Co to jest? – zapytała bez sensu.

– Brandy. Wypij, proszę.

Mel wychyliła zawartość kieliszka i poczuła miłe ciepło w żołądku. Na moment zamknęła oczy, a kiedy je otworzyła, zobaczyła, że barman, czy też właściciel baru, zniknął.

– Ten facet – wskazała na jedynego gościa, starszego pana – wyciągnął mnie z błota.

– To przecież doktor Mullins. Musisz koniecznie mu się przedstawić.

– A po co? – bąknęła Mel. – Powiedziałam ci, nie mam zamiaru tu zostać.

– W porządku – odparła Hope zmęczonym głosem. – W takim razie przywitasz się z nim i pożegnasz, oznajmiając, że stąd spadasz, bo niespecjalnie spodobała ci się okolica. – Westchnęła i podeszła do doktora. – Dok, to jest Melinda Monroe, jeśli jeszcze się nie zorientowałeś. Panno Monroe, doktor Mullins.

Doktor podniósł wzrok znad szklaneczki.

– Dziękuję – powiedziała Mel – że mnie pan wyciągnął z błota.

Kiwnął nieznacznie głową.

Oto urocza, przyjacielska atmosfera małej osady, pomyślała.

Hope wróciła do stolika.

– Przepraszam – dodała jeszcze Mel i stary doktor ściągnął brwi. Był prawie łysy. Tylko te krzaczaste siwawe brwi.

– Miło poznać. Zatem chce pani u nas pracować? – rzucił prawie wrogo. – Tak czy nie?

– Słyszałam, że potrzebuje pan pomocy.

– Niekoniecznie – burknął. – To ona usiłuje znaleźć mi pomoc za wszelką cenę.

– Dlaczego? – zapytała Mel, nie mogąc się powstrzymać.

– Nie wiem. – Spuścił wzrok. – Może po prostu mnie nie lubi. Ja jej też zresztą nie lubię – oznajmił.

Barman, właściciel zapewne, wyszedł z kuchni z gorącym daniem i zatrzymał się, widząc, że Mel wdała się w rozmowę z Dokiem.

– Proszę się nie martwić – oznajmiła. – Nie zostanę tutaj. Zupełnie inaczej przedstawiono mi to miejsce.

– Dla mnie to żadne zmartwienie. Wygląda na to, że zmarnowała pani tylko czas.

– Najwyraźniej. Mówiono mi, że potrzebujecie pielęgniarki i położnej w jednym.

– Owszem, hrabstwo szuka takiej.

Mel westchnęła.

Pojedzie do Colorado, tam znajdzie pracę.

Z kuchni wyszedł młody chłopak, krótko ostrzyżony nastolatek. Spojrzał na Mel i zaczął ustawiać szklanki na półce. Miał na sobie dżinsy i flanelową koszulę. Ładny dzieciak, pomyślała, patrząc na jego twarz. Prosty nos, mocno zarysowana broda, ciemne brwi. Nagle znieruchomiał, otworzył na moment usta i zagapił się na Mel zaskoczony. Odwróciła wzrok, odeszła od baru i poszła do stolika, przy którym czekała Hope. Barman postawił przed nią talerz, podał sztućce oraz serwetkę i cofnął się, jakby na coś czekał. Potężny facet, około metra dziewięćdziesięciu, oceniła. Szerokie bary.

– Okropna pogoda jak na przywitanie w Virgin River – zagadnął.

– Melindo, to Jack Sheridan. Jack, to panna Melinda Monroe.

Mel miała ochotę powiedzieć im, że nie jest żadną panną, tylko panią Monroe, ale nie odezwała się, bo przecież nie było już pana Monroego. Doktora Monroego.

– Miło mi poznać – rzuciła tylko, przysuwając potrawkę.

– Przy ładnej pogodzie jest u nas pięknie – zapewnił Jack Sheridan.

– Wierzę – mruknęła, nie podnosząc wzroku.

– Niech pani tylko poczeka dzień albo dwa.

Spróbowała potrawki.

– Pyszna – pochwaliła.

– Z wiewiórki. – Gdy Mel zatchnęła się, uśmiechnął się szeroko. – Żartowałem. Porządna wołowina.

– Wybacz, ale zabrakło mi poczucia humoru – rzuciła poirytowana. – Mam za sobą długi i raczej męczący dzień.

– To może jeszcze kieliszek Remy Martin? – Wrócił za bar, odwróciła głowę, przez chwilę rozmawiał z chłopcem, pewnie synem.

– Czemu się tak wściekasz? – odezwała się z kolei Hope McCrea. – Kiedy rozmawiałyśmy przez telefon, byłaś rozluźniona. – Wyjęła z torebki paczkę papierosów i wyciągnęła jednego.

– Musisz palić? – zapytała Mel.

– Niestety muszę. – Zaciągnęła się.

Mel pokręciła tylko głową. Nic nie powiedziała. Podjęła decyzję. Postanowiła przespać się w samochodzie i wyjechać rano. Do Hope chyba już to dotarło.

Zjadła pyszną potrawkę i poczuła się trochę lepiej z pełnym żołądkiem, na lekkim rauszyku.

Dziewięć miesięcy minęło od śmierci Marka. Skończył nocny dyżur i w całodobowym sklepie chciał kupić mleko do płatków, na śniadanie, a zarobił trzy kulki w pierś. Tak zginął. I tak skończyła się jej miłość.

Noc w samochodzie przy tamtej tragedii to był naprawdę śmieszny drobiazg.

Jack podał jej drugi koniak, ale odmówiła już dokładki potrawki. Wrócił za bar, a ona złym okiem patrzyła na palącą Hope. Zaśmiał się pod nosem. Ta kobieta miała temperament. I była ładna. Drobna blondynka o żywych, błękitnych oczach, niewielkich ustach i ślicznej pupie opiętej dżinsami.

Kiedy panie w końcu wyszły, odezwał się do doktora Mullinsa:

– Dzięki. Mogłeś odpuścić dziewczynie. Dawno nie było u nas tak ładnego stworzenia, w każdym razie od czasu, gdy umarł złoty retriwer Bradleya.

– Głupi żart – mruknął doktor.

Ricky stanął za barem.

– Co z tobą, doktorze? Nie mógłbyś czasem pomyśleć o innych?

– Spokojnie, chłopcze – zaśmiał się Jack, kładąc rękę na ramieniu chłopca. – Ona nie dla ciebie.

– Dla ciebie też nie – odciął się Rick, szczerząc zęby.

– Możesz iść, dzieciaku. Nikt już raczej nie przyjdzie. Pustki. Weź trochę potrawki dla babci.

– Dobrze, dzięki. Do jutra.

Kiedy Rick wyszedł, Jack nachylił się do doktora.

– Przydałaby ci się pomoc.

– Nie potrzebuję pomocy, obejdzie się.

– No właśnie. Zawsze to samo. – Doktor odrzucał wszelkie sugestie Hope w kwestii pomocy. Taki już był, po prostu najbardziej uparty człowiek w miasteczku. Przy tym rzeczywiście się starzał, cierpiał na artretyzm, coraz wolniej pracował.

– Deszcz mnie wykańcza, czuję go w kościach. – Spojrzał na Jacka. – Wyciągnąłem samochód tej małej z błota.

Nalał doktorowi następnego burbona i odstawił butelkę na półkę. Dbał o starego, wiedział, ile może wypić. Nie za dużo. Nie chciałby go potem odprowadzać w deszczu przez ulicę. Doktor nie trzymał alkoholu w domu. Jeśli pił, to tylko u Jacka, który dzięki temu mógł kontrolować ilość.

Nie dziwił się Dokowi. Był przepracowany i samotny. A czasami nieznośny.

– Mogłeś zaproponować jej nocleg. Hope nie wyszykowała chaty na czas, to jasne.

– Nie chciałem brać jej do siebie – burknął Doki podniósł wzrok. – Tak cię obchodzi?

– Widać, że jest zagubiona. Miła i ładna.

– Jakoś nie zauważyłem. I nie wydaje się, żeby rwała się do roboty.

Natomiast Jack zauważył. Była naprawdę śliczna. Drobna blondyneczka o błyszczących oczach. I te usta...

– Wiesz, mogłeś jednak być dla niej sympatyczniejszy. Przydałaby się taka kobieta w miasteczku.

Byłoby milej.

ROZDZIAŁ DRUGI

W chacie było znacznie cieplej, ale oczywiście sama się nie wysprzątała.

– Kiedy rozmawiałam z tobą przez telefon, nie zorientowałam się, że jesteś taka pedantyczna i drobiazgowa – powiedziała Hope.

– Nie jestem. Oddział położniczy, na którym pracowałam, wcale tak znowu nie błyszczał. – Uderzyło ją, że tam, w zamęcie wielkiego szpitala, jakoś lepiej ogarniała sytuację niż tutaj. Tu czuła się zagubiona. Zagubiona i oszukana. Zresztą jakkolwiek wyglądał wielki oddział położniczy, po pracy wracała do czystego, wygodnego domu.

Hope zostawiła jej koce, poduszki i ręczniki.

Posłała sobie na starej, zakurzonej kanapie, uznawszy, że lepiej spać w brudzie niż w zimnym samochodzie. Przebrała się w miękki bawełniany dres, włożyła skarpety, owinęła się kołdrą i ułożyła na poduchach. Zostawiła światło w łazience i uchylone drzwi, w razie gdyby chciała wstać w nocy. Zmęczona długą podróżą, do tego po dwóch kieliszkach, zapadła w głęboki, spokojny sen, bez budzenia się i bez koszmarów. Deszcz ją ukołysał. Obudziła się o świcie wypoczęta i z pustą głową. Przez całą noc nawet się nie poruszyła.

Rzadka sprawa.

Leżała przez chwilę, nie dowierzając, że to możliwe. Czuła się dobrze, a potem znowu przed oczami pojawiła się twarz Marka. Dziewczyno, czego się spodziewałaś? Nie uciekniesz przed smutkiem, przed rozpaczą.

Kiedyś rano, zaraz po obudzeniu, otwierała oczy i słyszała muzykę w głowie. Zupełnie jak z radia. Wyraźne, czyste dźwięki. Za każdym razem była to inna melodia.

Mark budził się, opierał na łokciu i pytał, co słyszy, ona mówiła, że na przykład Begin the Beguine albo Deep Purple, a on się śmiał i śmiał.

Po śmierci Marka muzyka zniknęła, umilkła.

Usiadła owinięta kołdrą i potoczyła wzrokiem po zapuszczonej chacie. Za oknami ćwierkały ptaki. Podniosła się i podeszła do drzwi, otworzyła je. Ranek był słoneczny, cudownie jasny. Wyszła na ganek, ciągle owinięta kołdrą. Spojrzała na świerki i sosny wysokie na piętnaście, dwadzieścia metrów, niektóre jeszcze wyższe. Wciąż mokre po deszczu, z szyszkami tak dużymi, że strach było pomyśleć, co by było, gdyby z takiej wysokości któraś trafiła człowieka w głowę – murowane wstrząśnienie mózgu. I paprocie, dorodne, okazałe. Doliczyła się czterech typów, od rozłożystych jak wachlarze do delikatnych, niemal koronkowych. Wszystko wyglądało świeżo i zdrowo. Ptaki śpiewały, przeskakiwały z gałęzi na gałąź. Spojrzała w błękitne niebo, po którym płynęły lekkie chmurki. Takiego nieba nigdy nie widziała w Los Angeles, jak tam mieszkała dziesięć lat. Przeleciał wspaniały, szerokoskrzydły orzeł i zniknął za drzewami.

Wciągnęła głęboko w płuca rześkie poranne powietrze. Wiosenne powietrze. Szkoda, pomyślała, że chata do niczego, stary doktor antypatyczny, bo otoczenie było cudowne. Nieskalane. Chciało się żyć.

Nagle rozległ się trzask. Deski ganku, który od pierwszej chwili budził jej nieufność, zapadły się i Mel wylądowała w błocie.

– Cholera! – Wykaraskała się z kałuży i brudna, mokra wróciła do domu.

Zamknęła walizkę.

Dość tego.

Przynajmniej było widno i nie musiała się bać, że samochód znowu ugrzęźnie na rozmytym poboczu albo stoczy się w przepaść.

Podjechała do miasteczka, żeby przynajmniej wypić kawę przed podróżą, chociaż instynkt podpowiadał jej, żeby stąd wiać jak najszybciej i kawę wypić gdzieś po drodze. Podejrzewała, że bar o tak wczesnej godzinie będzie jeszcze zamknięty. Mogła zapukać wprawdzie do doktora i poprosić o kawę, ale nie miała ochoty widzieć jego skwaszonej miny.

Dom doktora wyglądał na zamknięty, jakby stary wyjechał już do pacjentów. Ulice puste, bar nieczynny, a ona bez kawy nie potrafiła zacząć dnia. Podeszła do drzwi i pchnęła je. O dziwo ustąpiły i znalazła się w przytulnym wnętrzu. Na kominku palił się już ogień. Tak, było tu miło, jeśli nie liczyć biednych zwierzaków, ryby, skóry ściągniętej z misia... poroża, które było smutnym wspomnieniem po dumnym, dorodnym jeleniu.

Trochę zaskoczona spojrzała na potężnego, łysego mężczyznę za barem, z kolczykiem w uchu, w czarnym T-shircie, z tatuażem na ramieniu. Był wielki i wyraźnie nieprzyjazny.

– Podać coś? – zagadnął, opierając ręce na barze.

– Mogłabym dostać kawę?

Odwrócił się, wziął kubek, chwycił dzbanek.

Najchętniej uciekłaby do najdalszego stolika, ale bała się obrazić faceta, więc usiadła na stołku przy barze, gdzie czekała już jej kawa.

– Dziękuję – bąknęła.

Kiwnął głową i cofnął się, oparł o półkę, skrzyżował ręce na piersi. Wyglądał jak bramkarz w klubie nocnym albo ochroniarz. Drugi Jesse Ventura, zapaśnik, aktor i gubernator.

Upiła łyk gorącego, pachnącego napoju. Uwielbiała kawę, nie wyobrażała sobie bez niej życia. Dawała jej napęd, energię.

– Świetna – pochwaliła.

Wielkolud nie odpowiedział.

I dobrze, pomyślała. Nie miała ochoty na pogawędki.

Minęła chwila, otworzyły się boczne drzwi i wszedł Jack z naręczem polan. Na widok Mel uśmiechnął się, prezentując równe, białe zęby. Miał na sobie niebieską koszulę dżinsową, pod którą widać było napięte muskuły. Niósł w końcu spory ciężar. Wąskie biodra, gładko wygolona twarz. Poprzedniego wieczoru miał lekki zarost, przypomniała sobie.

– Dzień dobry. – Podszedł do kominka i odłożył polana.

Mel patrzyła z podziwem na szerokie, muskularne plecy, na śliczną pupę.

Wielkolud chciał dolać Mel kawy.

– Ja to zrobię, Proboszcz – powiedział Jack i wielkolud zniknął w kuchni, a Jack napełnił kubek Mel.

– Dlaczego go tak nazywasz? Proboszcz?

– Naprawdę nazywa się John Middleton, ale wszyscy zwracają się do niego Proboszcz. Na Johna nawet by nie zareagował.

– Skąd taka ksywka?

– Bo nie pije, nie przeklina, nie interesują go kobiety.

– Jest tak potężny, że może wystraszyć człowieka samym wyglądem.

– Muchy nie skrzywdzi – powiedział Jack. – Jak minęła noc?

– Ujdzie. – Mel wzruszyła ramionami. – Nie mogłam tylko zacząć dnia bez kawy.

– Należałoby zabić Hope. Nie pomyślała nawet o kawie dla ciebie?

– Jakoś nie pomyślała.

– Przykro mi, że tak zostałaś przyjęta. Musisz myśleć o nas teraz okropne rzeczy. Może zjesz śniadanie? Proboszcz to świetny kucharz.

– Nie odmówię. – Uśmiechnęła się.

– Proboszcz, śniadanie dla pani – huknął Jack, podchodząc do drzwi kuchni, po czym wrócił do Mel. – Przynajmniej tyle możemy dla ciebie zrobić, dobrze cię nakarmić przed drogą. Chyba że zdecydujesz się zostać kilka dni.

– Niestety to niemożliwe. W chacie nie da się mieszkać. McCrea wspominała coś o kobiecie, która miała doprowadzić dom do ładu, ale podobno pije. Tak zrozumiałam.

– Ach, Cheryl. Rzeczywiście ma problem z alkoholem. Hope powinna była zatrudnić kogoś innego. Nie brakuje tu rąk do pracy, jest sporo kobiet, które chętnie zarobiłyby parę groszy.

– Teraz to już bez znaczenia – powiedziała Mel. – Pyszna kawa albo miałam zły dzień i teraz wszystko mnie cieszy.

– Nie, naprawdę robimy dobrą kawę. – Zmarszczył czoło i dotknął jej włosów. – Co to? Błoto?

– Zapewne. Stałam sobie, zachwycałam się pięknym porankiem, i nagle ganek się zawalił, a ja wpadłam w obrzydliwą kałużę. Nie odważyłam się wziąć prysznica. Łazienka jest zarośnięta brudem. Myślałam, że usunęłam całe błocko.

– O Jezu! – Jack wybuchnął śmiechem. – Naprawdę paskudnie zaczęłaś dzień. Możesz skorzystać z mojego prysznica. U mnie jest czyściutko. Dostaniesz nawet pachnące ręczniki.

– Dzięki, ale powinnam już ruszać w drogę. Zatrzymam się w motelu, zafunduję sobie porządną kąpiel, a na koniec spokojny wieczór, może jakiś film.

– Brzmi nieźle. Wracasz do Los Angeles?

Pokręciła głową.

Nie mogłaby już tam wrócić. Los Angeles przesycone było bolesnymi wspomnieniami: szpital, dom, wszystko budziło ból. Nie potrafiłaby tam już żyć. Poza tym zlikwidowała mieszkanie, rzuciła pracę, nie miała do czego wracać.

– Potrzebuję zmiany, ale najwyraźniej zaszła pomyłka. Mieszkasz tutaj całe życie?

– Ja? Od niedawna. Wychowałem się w Sacramento. Szukałem spokojnego miejsca. Trafiłem tutaj, przerobiłem ten domek na bar, dobudowałem mieszkanie, małe, ale wygodne. Proboszcz mieszka na górze, ma pokój nad kuchnią.

– Co cię tu trzyma? Nie chcę być niegrzeczna, ale przecież to straszna dziura.

– Mógłbym ci pokazać, jak tu jest pięknie. Osada liczy sześciuset mieszkańców, sporo ludzi ma domy letniskowe nad rzeką. Cisza, spokój, można wędkować. Nie ma zbyt wielu turystów, ale regularnie przyjeżdżają wędkarze i myśliwi. Proboszcz jest doskonałym kucharzem, a mój bar to jedyne miejsce w miasteczku, gdzie można coś zjeść i wypić piwo. W pobliżu są lasy sekwojowe, niezwykłe, majestatyczne. Latem przejeżdża tędy sporo wycieczkowiczów w drodze do parku narodowego. Pojawia się trochę amatorów biwaków. Takiego powietrza i takiego nieba nie znajdziesz w żadnym mieście.

– Twój syn ci pomaga?

– Syn? – Jack zaśmiał się. – Rick to miejscowy chłopiec, dorabia u mnie po szkole. Dobry dzieciak.

– Masz rodzinę?

– Siostry w Sacramento, zamężne, z dziećmi. Ojciec jeszcze żyje, matka umarła kilka lat temu.

Pojawił się Proboszcz i postawił przed Mel talerz z omletem serowym. Były też kiełbaski, frytki, tost... Jack podał serwetkę i sztućce. Pojawiła się woda z lodem i nowa kawa.

Mel spróbowała omletu i przymknęła oczy.

– Pycha. Jadłam tu wczoraj, jem dzisiaj i muszę powiedzieć, że nie próbowałam chyba lepszych dań.

– Jakoś nam się udaje. Proboszcz ma prawdziwy talent, chociaż dopiero u mnie zaczął kucharzyć, a ja też nieźle gotuję.

Podniosła do ust kolejny kęs. Jack przyglądał się jej, nie odchodził.

– Co to za sprawa z Hope McCrea i doktorem?

Oparł się o półkę za barem, rozłożył szeroko ręce.

– Obydwoje mają swoje zdanie, obydwoje są strasznie uparci i ciągle się kłócą, w niczym się nie potrafią zgodzić. Doktorowi rzeczywiście potrzebna byłaby pomoc, ale sama widziałaś, jaki jest.

Mel coś mruknęła z pełnymi ustami. Nigdy nie jadła tak doskonałego omletu.

– To maleńka osada. Całymi dniami nikt nie potrzebuje opieki medycznej, a potem raptem Dok ma całą kolejkę pacjentów, grypa, trzy rodzące, ktoś spadł z konia albo z dachu, wszystko równocześnie. A on ma już siedemdziesiątkę na karku, chociaż nie lubi o tym mówić. – Jack pokręcił głową. – Drugi lekarz jest dość daleko, prawie godzinę drogi stąd, szpital jeszcze dalej. Nie wiem, co zrobimy, kiedy Dok umrze, choć życzę mu, żeby żył jak najdłużej.

Mel przełknęła kęs i popiła wodą.

– Co zamyślała Hope, skąd ten pomysł? Naprawdę chciała wysłać na emeryturę doktora i zastąpić go kimś innym?

– Nie, to nie tak. Nie zamierza się go pozbywać, chce tylko znaleźć mu pomoc. Mąż zostawił jej pokaźny majątek, więc stać ją na wiele. Jest apodyktyczna, ale robi wiele dobrego. Wspomaga publiczną kasę i współfinansuje pastora, policjanta, nauczyciela, żeby dzieciaki nie musiały jeździć do szkoły ponad dwadzieścia kilometrów.

– Doktor Mullins nie docenia jej wysiłków? – Mel otarła usta serwetką.

– Boi się, że pójdzie w odstawkę. Nigdy się nie ożenił, służył ludziom, przepracował tutaj całe życie, więc wzbiera w nim złość na Hope. – Zadumał się na moment. – Kilka lat temu, zanim tu zamieszkałem, Dok miał dwa groźne przypadki. Ciężko rannego kierowcę ciężarówki i chłopca z zapaleniem płuc, w krytycznym stanie. Ratował najpierw kierowcę, zatamował krwawienie, ale zanim dotarł do małego, było za późno.

– Okropne. Ciężko potem żyć z takim doświadczeniem.

– Nikt go nie wini. Uratował wielu ludzi, ale coraz częściej myślimy, że potrzebna mu jest pomoc. Pojawiłaś jako pierwsza kandydatka. – Uśmiechnął się.

Dokończyła kawę. W tej samej chwili drzwi się otworzyły i weszło dwóch mężczyzn.

– Harv, Ron, cześć – przywitał ich Jack.

Usiedli przy oknie, a Jack wrócił do rozmowy z Mel.

– Dlaczego tu przyjechałaś? – zapytał.

– Wypaliłam się. Wiesz, miałam do czynienia z ofiarami przestępstw, znałam chyba wszystkich policjantów w Los Angeles.

– Jezu...

– Wiesz, co to jest wojna?

– Wiem.

– Widzisz, tak właśnie wygląda szpital w wielkim mieście. To walka na pierwszej linii frontu. Przez wiele lat pracowałam na izbie przyjęć, zajmowałam się nagłymi przypadkami. Przestępcy, ludzie w amoku, których musiało trzymać trzech, czterech policjantów. Ranni, osoby w ciężkiej traumie, przedawkowania, postrzały, ofiary wypadków. Wszyscy ci nieszczęśnicy trafiali do nas. To był chyba najgorszy szpital w Los Angeles, najtrudniej się tam pracowało. Mieliśmy najcięższe przypadki. Centrum bólu i traumy, tak to można nazwać. Równocześnie robiłam dyplom położnej. Nie zrozum mnie źle, wiedziałam, jak bardzo jesteśmy potrzebni. Pracowałam ze świetnymi ludźmi, najlepszymi, jakich ma Ameryka. – Przerwała na chwilę. Zakochała się wtedy w przyszłym mężu. Pracowała z oddaniem, z poświęceniem, czuła się spełniona. Pokręciła głową. – Zdobyłam dyplom, z nagłych przypadków przeszłam na oddział położniczy. Zawsze tego pragnęłam. Być akuszerką, pomagać rodzącym kobietom. To moje prawdziwe powołanie. Chyba nie ma cudowniejszego doświadczenia. Ale było też gorzko. – Zaśmiała się smutno. – Moją pierwszą pacjentkę przywiozła policja. Walczyłam z nimi jak wściekły rottweiler, żeby zdjęli jej kajdanki. Dranie chcieli, by rodziła przykuta do łóżka.

– W Virgin River nie mamy ani jednych kajdanek – pocieszył ją Jack.

– Nie zdarzało się to często, ale jednak. Byłam oddziałową, odpowiadałam za personel, musiałam podejmować decyzje. Chcę się opiekować kobietami, ale w tym tempie pracować już nie mogłam. Ogromny oddział wielkiego szpitala w wielkim mieście. To mnie przerosło. Pragnę czegoś innego, spokoju.

– Rzeczywiście musiało być ci ciężko. Jechałaś cały czas na adrenalinie.

– Tak, mówiono nawet, że inaczej już nie potrafię, ale to częsta przypadłość u pielęgniarek od nagłych przypadków. Chcę odpocząć.

– Mieszkałaś kiedyś w małym mieście? – zapytał, dolewając jej kawy.

– Najmniejsze liczyło milion mieszkańców. Urodziłam się w Seattle, potem przyjechałam do Kalifornii, tu poszłam do college’u.

– Małe miasteczka są miłe, ale też czają się w nich różne zagrożenia i zdarzają się dramaty.

– Jakie?

– Pożary. Powodzie. Myśliwi, którzy nie przestrzegają zasad. Czasem jakiś kryminalista. Albo ktoś, kto uprawia trawkę, chociaż akurat w Virgin River nie ma chyba nikogo takiego, w każdym razie nie słyszałem o czymś takim. W wielkim mieście jest inaczej.

– Zależało mi na zmianie, ale nie aż na tak radykalnej. Chyba przesadziłam w swoich poszukiwaniach. Może powinnam przenieść się do kilkudziesięciotysięcznego miasta. Gdzie jest Starbucks. – Co ona z tym Starbucksem? To przez Joey.

– W Starbucksie na pewno nie dostaniesz tak dobrej kawy jak ta, którą właśnie pijesz.

Zaśmiała się.

– Rzeczywiście świetna. Za to drogi górskie są okropne. Wąskie, kręte, niebezpieczne. – Wzdrygnęła się. – Wracam na autostrady. Tutaj człowiekowi serce staje ze strachu. Gdybym została, to wyłącznie dla twojego jedzenia.

Oparł dłonie na barze, nachylił się, wbił w nią spojrzenie, zmarszczył brwi.

– Mogę się postarać, żeby chata Hope raz dwa stała się zdatna do mieszkania. To żaden problem.

Położyła dłoń na barze, a on ją uścisnął.

– Mówiłeś już, że to dałoby się zrobić. Dziękuję, Jack. Spotkanie z tobą i twój bar to jedyna miła rzecz w całym tym eksperymencie. – Wstała i zaczęła szukać portfela. – Ile płacę?

– Na koszt firmy. Tyle przynajmniej mogę dla ciebie zrobić.

– Daj spokój. Akurat nie ty tu zawiniłeś.

– Wobec tego wyślę rachunek Hope.

W tym momencie na sali pojawił się Proboszcz z owiniętym w serwetkę talerzem, zapewne przykrytym drugim talerzem, bo jakżeby inaczej. Podał zawiniątko Jackowi.

– Śniadanie Doka. Wyjdę razem tobą – z uśmiechem oznajmił Jack.

– Dobrze – zgodziła się.

– Mogłabyś się jeszcze zastanowić – powiedział, podprowadzając ją do samochodu. – Mówię całkiem serio.

– Nie, Jack, to nie dla mnie. Wybacz.

– Wiesz, nie mamy tutaj specjalnego urodzaju na piękne kobiety. Szkoda. Jedź bezpiecznie. – Uścisnął jej łokieć, przytrzymując drugą ręką śniadanie Doka.

Mógł się podobać. Prawdziwe mięsko czy też ciacho. Miał mnóstwo seksapilu, ciepłe brązowe oczy, mocno zarysowaną brodę, a w niej niewielki dołek. I był ujmujący w obejściu. Chyba nie wiedział, jaki jest przystojny. Ktoś powinien go zagospodarować. A może już zagospodarował?

Popatrzyła, jak przechodzi przez ulicę, zmierzając do domu Doka, i wsiadła do samochodu. Zawróciła i ruszyła przed siebie trasą, którą przyjechała. Jack stał przed drzwiami doktora, nachylił się, coś oglądał, śniadanie postawił na stopniach. Machnął, żeby się zatrzymała. Był wyraźnie wstrząśnięty.

Mel wysiadła.

– Wszystko w porządku?

– Nie.

Wbiegła na ganek i zobaczyła pudło, a w pudle niemowlę.

– Jezusie święty!

– To raczej nie Jezusek – mruknął Jack.

Podniosła pudło, poprosiła, by Jack porządnie zaparkował jej samochód, a potem kilka razy nacisnęła dzwonek.

Po chwili pojawił się doktor we flanelowym szlafroku.

– Ach, to ty. Jeszcze nie wyjechałaś, co? Natrętne dziewczynisko. Przyniosłaś moje śniadanie?

– Znacznie więcej niż śniadanie. Znalazłam to pudło na pana schodach. Domyśla się pan, kto mógł zostawić maleństwo?

Doktor odchylił kocyk.

– Dziecko musiało się urodzić dzisiaj, nie dalej niż kilka godzin temu – ocenił. – Wnieś je do domu. To nie twoje?

– Oszalał pan? – Poprzedniego dnia nie zauważył, że raczej nie będzie rodzić w najbliższych godzinach, a dzisiaj nie raczył odnotować, że nie zachowuje się jak położnica. Tetryk. – Gdyby to było moje dziecko, na pewno nie zostawiłabym go pod pana drzwiami. – Absurdalna konwersacja. Minęła doktora, weszła do domu i wiedziona wyczuciem skierowała się przez małą poczekalnię prosto do gabinetu. Postawiła pudło na stole. Noworodek wyglądał zdrowo i najpewniej nie wymagał szczególnej pomocy medycznej. Zdjęła kurtkę, umyła ręce, wzięła stetoskop i osłuchała dziecko. Zdrowa dziewczyneczka. Wyjęła ją ostrożnie z pudła i położyła na wadze.

– Trzy kilogramy czterdzieści pięć – oznajmiła, kiedy doktor pojawił się w gabinecie. – W dobrym stanie, urodzona o czasie. Praca serca w normie, oddech również. – Dziecko zaczęło płakać. – Ma mocne płuca. Ktoś pozbył się absolutnie zdrowego, ślicznego malucha. Trzeba zawiadomić ludzi ze służb socjalnych.

Doktor zaśmiał się na te słowa, a w gabinecie pojawił się Jack.

– A jakże, przyjadą w te pędy.

– Co pan w takim razie zamierza?

– Nakarmić podrzutka. Mam coś dla niemowląt. – Wyszedł z gabinetu.

– Postaraj się go zrozumieć – poprosił Jack. – Tonie Los Angeles, gdzie służby socjalne zjawiają się w kilka minut po twoim telefonie. Tutaj najczęściej musimy radzić sobie sami. To naprawdę odludzie. Nie mamy posterunku policji, a szeryf hrabstwa raczej ci nie pomoże w tej sytuacji. Ma naprawdę spory obszar pod swoją jurysdykcją. Jeśli nie meldujesz mu poważnego przestępstwa, nie przyleci na skrzydłach. Przyjadą w swoim czasie, spiszą protokół, zawiadomią służby socjalne, tam ktoś będzie rozpatrywał sprawę, szukał rodziny zastępczej, która zajęłaby się tym małym... – Odchrząknął. – Ot, problemem.

– Do diabła, tylko nie nazywaj dziecka problemem. – Zaczęła przeszukiwać szafki, wyciągać szuflady.

– Gdzie jest kuchnia?

– Tam. – Jack wskazał na lewo.

– Poszukaj gazy albo tetry – poleciła.

– Co chcesz zrobić?

– Muszę ją umyć. – Wyszła z gabinetu z małą w ramionach i dotarła do przestronnej, czystej kuchni. Jack dostarczał posiłki, zatem doktor przesadnie z niej nie korzystał. Rozłożyła ścierkę, położyła małą na podłodze, potem wymyła zlewozmywak i napełniła go wodą. Dziewczynka zaczęła znowu płakać.

Mel podwinęła rękawy i zanurzyła ją w ciepłej wodzie. Mała ucichła.

– A widzisz, spodobała ci się kąpiel?

Do kuchni wszedł doktor Mullins z pudełkiem mleka w proszku, a za nim Jack z miękką tetrą.

Mel delikatnie, fachowo obmywała niemowlę z krwi porodowej.

– Nie domyśla się pan, kim jest matka?

– Nie mam najmniejszego pojęcia. – Doktor zaczął przygotowywać jedzenie dla małej.

– Kto był w ciąży?

– Ja odbieram porody w Virgin River. To musiała być jakaś dziewczyna z innego miasteczka.

– Rozumiem. Co w takim razie pan zamierza? – zapytała powtórnie.

– Założyć jej pieluchę, nakarmić, a potem się zirytować.

– Już pan jest wystarczająco zirytowany.

– A jakie mam wyjście?

– Nie ma w miasteczku jakiejś kobiety, która mogłaby pomóc?

– Może, ale w ograniczonym zakresie.

– Trzeba znaleźć dom dla tego dziecka. Pan powinien to zrobić.

– Przyjechałaś tu do pracy. Ty zajmij się małą.

Skończyła myć dzieciaka i położyła na mięciutkiej tetrze. Jack sprawnie go owinął i wziął na ręce.

– Dobry jesteś – powiedziała z podziwem.

– Mam osiem siostrzenic. – Przytulił dziewczynkę do piersi. – Zdarzyło mi się parę razy trzymać dziecko w ramionach. To jak, zostaniesz kilka dni?

– Problem w tym, że nie mam gdzie się zatrzymać. Chata nie nadaje się dla mnie samej, a już niemowlęcia nie można tam lokować w żadnym wypadku. Ganek zapadł się dziś rano. Przy drzwiach kuchennych nie ma schodów. Czarna rozpacz.

– Ja mam pokój na górze – powiedział doktor. – Możesz go zająć. Zaopiekujesz się małą, zapłacę ci. – Spojrzał na Mel surowo zza okularów. – Tylko się do niej nie przywiązuj, bo matka na pewno oprzytomnieje i odbierze ją.

Jack wrócił do baru i z kuchni zadzwonił.

– Cheryl?

– Jack?

– Potrzebuję przysługi. Natychmiast.

– O co chodzi?

– McCrea prosiła, żebyś zrobiła porządek w chacie, prawda? Pielęgniarka ma tam zamieszkać...

– Owszem, ale wiesz... rozchorowałam się. Miałam grypę.

Grypę, która nazywa się Smirnoff, pomyślał.

– Mogłabyś zacząć dzisiaj? Ja tam jadę naprawić ganek i byłoby dobrze, gdybyś i ty się pojawiła. Trzeba zrobić porządek. Ona już przyjechała. Zatrzymała się chwilowo u doktora. Musi gdzieś mieszkać.

– Jedziesz tam?

– Tak. I zostanę pewnie cały dzień. Myślałem o kimś innym, uznałem jednak, że najpierw zadzwonię do ciebie, ale musisz być trzeźwa. To warunek.

– Jestem trzeźwa.

Podejrzewał, że i tak pojawi się z flaszeczką, ale musiał zaryzykować.

Wiedział, że Cheryl wykona robotę porządnie. Była naprawdę dobra. Miała do niego słabość od chwili, gdy pojawił się w osadzie, więc nie zawali tym razem.

– Jedź tam – poprosił. – Chata jest otwarta. Ja będę za chwilę.

– Pomóc ci? – zagadnął Proboszcz, kiedy Jack odwiesił słuchawkę.

– Tak. Zamykamy bar i zabieramy się do chaty Hope. Może Melinda zdecyduje się zostać.

– Jeśli tego właśnie chcesz.

– Jest tu potrzebna. Jest potrzebna miasteczku.

– Pewnie – przytaknął spokojnie Proboszcz.

Gdyby Mel miała inną specjalizację, pewnie oddałaby małą doktorowi, wsiadła do samochodu i odjechała, ale położna nie może zrobić czegoś takiego. Nie może zostawić porzuconego noworodka. Doktor był stary, trochę już nieporadny i przygłuchy, mógłby nie usłyszeć płaczu małej. W dodatku oczekiwała, że może jednak matka się objawi. Kobieta w połogu często potrzebuje pomocy, a ona wiedziała, jak pomóc, kształciła się przecież w tym kierunku.

Pokój zaoferowany przez doktora okazał się zupełnie znośny, urządzony jak mała, wygodna izba porodowa: dwa łóżka szpitalne, stojak na kroplówkę, butla z tlenem, fotel na biegunach dla nowej mamy, stół do przewijania dziecka, nawet pojemnik z pleksi dla noworodka. Dom doktora był małym szpitalikiem. Poczekalnia, recepcja, gabinet, pokój zabiegowy. Jadać doktor musiał w kuchni przy niewielkim stole, o ile nie szedł akurat do Jacka. I tutaj było szpitalne wyposażenie: autoklaw do sterylizacji narzędzi, szafka na leki, szpitalna lodówka, nawet niewielki zapas krwi oraz plazmy.

Na górze znajdowały się tylko dwa pokoje, sypialnia doktora i pokój szpitalny, może nie nazbyt wygodny, ale nieporównanie lepszy od brudnej chaty Hope, tyle że surowo urządzony, zimny. Drewniana podłoga, chodniczek, pościel z grubego płótna i zabezpieczone trzeszczącym okropnie plastikiem materace. Tęskniła za satynową pościelą, miękkimi ręcznikami, grubą wykładziną na podłodze. No cóż, chciała zmiany, miała zmianę.

Przyjaciółki i siostra odwodziły ją od tego pomysłu, jednak bez skutku. Przeszła traumatyczne doświadczenie, oddając wszystkie rzeczy Marka, jego ubrania. Zachowała zdjęcia, zegarek, platynowe spinki do mankietów, które podarowała mu na ostatnie urodziny, oraz obrączkę. Kiedy pojawiła się możliwość pracy w Virgin River, sprzedała wszystkie meble, także dom, ich dom, wystawiła na sprzedaż. Po trzech dniach znalazł się kupiec. Spakowała ulubione książki, płyty, zdjęcia, inne drobiazgi. Peceta zostawiła przyjaciółce, zabrała tylko laptop i aparat cyfrowy. Część ciuchów upchnęła do trzech walizek, resztę rozdała. Pozbyła się wieczorowych sukien oraz seksownych koszul nocnych, które kupowała z myślą o Marku.

Była absolutnie zdecydowana zacząć wszystko od początku. Zlikwidowała przeszłość, nie chciała, by cokolwiek jeszcze łączyło ją z Los Angeles. W Virgin River sprawy ułożyły się całkiem na opak, ale postanowiła, że zostanie kilka dni i pomoże, a potem pojedzie do Colorado. Będzie blisko siostry, jej męża, ich dzieciaków. Tam zacznie nowe życie.

Joey była cztery lata od niej starsza. Przed piętnastu laty wyszła za Billa. Matka zmarła, kiedy Mel miała cztery lata, prawie jej nie pamiętała, praktycznie została jej tylko siostra. Ojciec, znacznie starszy od matki, odszedł spokojnie, gdy dobiegł siedemdziesiątki, co miało miejsce przed dziesięciu laty.

Rodzice Marka żyli, mieszkali w Los Angeles, ale nie miała z nimi nigdy dobrego kontaktu. Zawsze byli wobec niej chłodni i sztywni. Śmierć Marka trochę ich zbliżyła do siebie, ale to ona do nich dzwoniła, ona pytała, jak się czują. W końcu przestała dzwonić, nie powiedziała im nawet, że wyjeżdża z miasta.

Miała wspaniałe przyjaciółki, wierne i lojalne dziewczyny ze szkoły pielęgniarskiej i ze szpitala. Te odzywały się regularnie, wyciągały ją z domu, słuchały jej opowieści, pozwalały się wypłakiwać. Kochała je, ale po jakimś czasie poczuła, że zbyt kojarzą się ze śmiercią Marka. Ilekroć się z nimi spotykała, widziała w ich oczach współczucie i wtedy cały ból wracał, znów pogrążała się w żałobie, rozpaczy. Dlatego tak bardzo chciała zacząć wszystko od początku. Gdzieś, gdzie nikt nie wiedział, jak bardzo puste było jej życie.

Wieczorem przekazała małą doktorowi, a sama poszła wziąć prysznic i wyszorować się porządnie. Potem włożyła długą koszulę nocną, kapcie i zeszła na dół po noworodka.

Doktor szeroko otworzył oczy na widok jej stroju.

– Nakarmię ją i położę spać – oznajmiła. – Chyba że ma pan wobec niej inne plany.

– Ależ skąd. – Oddał małą Mel.

Wróciła do siebie na górę, nakarmiła dziewczynkę. Łzy napłynęły jej do oczu. Nikt nie wiedział o tym, że nie może mieć dzieci. Oboje z Markiem przez długi czas szukali pomocy. Miała dwadzieścia osiem lat, kiedy się pobrali, Mark trzydzieści cztery. Byli z sobą od dwóch lat, nie chcieli dłużej czekać. Nie stosowała pigułki. Kiedy ciągle nie zachodziła w ciążę, zaczęli szukać pomocy u specjalistów.

Z Markiem było wszystko w porządku, to ona miała kłopoty. Zaczęła brać hormony. Codziennie mierzyła temperaturę, sprawdzała, kiedy jajeczkuje. I nic. Zdecydowali się w końcu na kosztowne zapłodnienie in vitro, za które zapłacili piętnaście tysięcy dolarów. I wtedy Mark zginął. Gdzieś w lodówkach Los Angeles czekały zapłodnione jajeczka, ale nie miała już siły ciągnąć tego procesu.

Została sama. Tak bardzo pragnęła dziecka. I teraz trzymała w ramionach porzuconego noworodka. Śliczną dziewczyneczkę o różowej skórze i ciemnych włoskach. Jak miała nie płakać?

Mała była silna, zdrowa, chętnie zjadła i zasnęła, niepomna płaczu pani, która się nią zaopiekowała.

Doktor Mullins słyszał płacz, słyszał, jak ta kobieta cierpi, chociaż pokrywała ból sarkazmem.

Nic nie jest takie, jak się wydaje, pomyślał, gasząc lampkę nocną.

Tytuł oryginału: Virgin River

Pierwsze wydanie: MIRA Books, 2007

Redaktor serii: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne:Władysław Ordęga

Korekta: Ewa Popławska, Władysław Ordęga

© 2007 by Robyn Carr

© for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2009

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Kolekcja są zastrzeżone.

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o.

00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-5218-8