Słońce Londynu - Żaneta Siemsia-Pindur - ebook

Słońce Londynu ebook

Siemsia-Pindur Żaneta

0,0

Opis

Gdy gaśnie słońce, budzi się bóg wojny.

Nawet śnieżyca, która przetacza się przez Londyn, nie jest w stanie stłumić ognia narastającego buntu. Gdy Imperium Azteckie nakłada na Europę kolejne represje, wyzwoleńcy chwytają za strzelby i rewolwery, by odzyskać wolność odebraną im wieki temu przez kapłanów. W desperacji są gotowi na wszystko – ryzykując przebudzenie mocy, które powinny pozostać uśpione.

W samym sercu tej zawieruchy dwóch ludzi mierzy się z własnymi demonami.

Eztli de Garlande zawsze uważał się za dobrego człowieka, lecz przyparty do muru, gotów jest zaprzedąć się każdemu, kto pomoże mu odzyskać żonę i synów – nawet jeśli sam stanie się zdrajcą.

Tymczasem Toltecatl Tecciztecatl walczy z niewidzialnymi więzami narzuconymi mu przez świątynię i próbuje nie postradać zmysłów w świecie, który zmierza ku obłędowi. Tylko tak może ocalić swoją siostrę od losu gorszego niż śmierć...

Obaj będą musieli odpowiedzieć na pytanie: ile krwi trzeba, by wzeszło słońce – i kto ją przeleje.

„Słońce Londynu” wieńczy historię rozpoczętą w „Imperium Kolibra”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 465

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Słońce Londynu

Tom II

Wydanie I

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga zgody Wydawnictwa i autorki. Szanuj prawa autorskie: kupując z legalnych źródeł, wspierasz twórców. Ściągając „za darmo” sprawiasz, że przestają pisać.

Redaktor prowadzący: Angela Węcka

Redakcja fabularna: Tomasz Węcki

Redakcja językowa: Magdalena Świerczek-Gryboś

Skład: Katarzyna Mróz-Jaskuła

Ilustracje w książce: Żaneta Siemsia-Pindur

Koncepcja i skład okładki: Ewa Popławska

Ilustracja na okładkę: Aleksandra Grzesiak

Wydawnictwo Spisek Pisarzy

Powieść w wersji papierowej kupisz na stronie wydawnictwa i w księgarniach internetowych.

www.spisekpisarzy.pl

Copyright © by Żaneta Siemsia-Pindur, 2026

Copyright © by Spisek Pisarzy, 2026

All rights reserved

Irzadze, 2026

ISBN: 978-83-68277-40-1

Spis treści

W poprzednim tomie

Prolog

CZĘŚĆ 1

LONDYN

Rozdział 1

w którym dwóch dżentelmenów zmierza na spotkanie zmarłych

Rozdział 2

w którym ogień pożera mrok

Punkty orientacyjne

Cover

W poprzednim tomie

Eztli cisnął butelkę w kominek. Szkło rozprysło się na kawałki, a ogień, podsycony resztką alkoholu, buchnął gwałtownie. Żaden z mężczyzn nawet nie spojrzał w jego kierunku. Nie odwracali od siebie wzroku.

– Nie pozwolę ci umrzeć – wycedził Eztli.

Toltecatl nie odpowiedział1.

Na pierwszy rzut oka Eztlego de Garlande’a i Toltecatla Teccizecatla zdawało się dzielić więcej niż łączyć: poglądy na życie, pochodzenie, status społeczny. Pierwszy był synem zamożnego, europejskiego inżyniera. Drugi pochodził z rodu, którego nazwisko zapisano na kartach historii – jego przodek należał do Ośmiu Kapłanów, którzy przyczynili się do podbicia Europy przez Imperium Azteckie. Eztli wierzył tylko w siebie, Toltecatl studiował, by zostać kapłanem. De Garlande ożenił się i został ojcem dwójki chłopców, bliźniąt. Tecciztecatl co najwyżej zadręczał się, skąd wziąć pieniądze na posag dla swojej młodszej siostry, Nenetl.

Łączyła ich jednak przyjaźń charakterystyczna dla dwóch wyrzutków: żadne bogactwo nie mogło zmazać piętna mieszanego pochodzenia Eztlego, a reputacja rodziny Toltecatla została zniszczona przez długi jego ojca i alkoholizm matki. Obu dręczyło też poczucie winy z powodu wypadku, który przydarzył się drugiej siostrze Toltecatla – Yolihuani – w czasie ich wspólnej zabawy w dzieciństwie, przez który dziewczynka zapadła w niekończącą się śpiączkę.

I choć wiedzieli, że na ich przyjaźń niektórzy patrzą krzywo, żaden z nich nie przypuszczał, że może doprowadzić do początku końca świata.

– Już czas – powiedział strażnik. 

Eztli drgnął i powoli odłożył pióro. Atrament na papierze nawet nie zdążył wyschnąć. Mężczyzna pustym wzrokiem spojrzał na swoje pismo. 

Testament.

Eztli miał prosty plan: upewnić się, że Toltecatl nie zostanie w czasie ceremonii na cześć Huītzilōpōchtlego zastrzelony przez przypadkowego Europejczyka próbującego obalić rządy imperium. Ponieważ jego przyjaciel nie chciał zrezygnować z funkcji kapłana, uznał, że w takim razie skontaktuje się z wyzwoleńcami – nielegalną grupą rewolucjonistów dążących do odzyskania suwerenności ich ojczyzny – i przeprowadzi zakulisowe negocjacje. W końcu pieniądze potrafią załatwić wszystko…

Jakiś czas później, porwany przez własnego inżyniera, Hughesa, przykuty łańcuchem do łóżka i znarkotyzowany za pomocą opium przez dawnego pracownika swojego ojca, przestał mieć co do tego pewność. W tym samym czasie Toltecatl lawirował pomiędzy próbą odnalezienia przyjaciela a problemami w świątyni. Ta zaczęła przypominać strącony ul po tym, jak kapłan, który przybył ze stolicy, uznał, że żadna z czekających na śmierć ofiar nie zaspokoi pragnienia boga słońca. Ślęcząc nad podręcznikami, Tecciztecatl desperacko liczył na to, że Święta Policja uratuje Eztlego. W końcu jej możliwości wydawały się nieograniczone, a funkcjonariusze nieskrępowani żadnymi zewnętrznymi wpływami. To, że stoją po przeciwnej stronie barykady niż on, miał odkryć później.

– Czemu on? – spytał w końcu Toltecatl bezradnie. 

– To jego żąda Huītzilōpōchtli. 

– Ale dlaczego?

Itzcoatl nie odrywał od niego wzroku. 

– Z twojego powodu – powiedział wprost.

Itzcoatl Tecuampil został wysłany do Rejonu Angielskiego z jasnym celem: zapobiec potencjalnej katastrofie. Z tego powodu musiał wytypować odpowiedniego kapłana, potomka jednego z dawnych kapłanów, i znaleźć ofiarę – osobę wystarczająco cenną dla człowieka, który trzyma rytualny nóż, by przelanie jej krwi przestało być pustym gestem.

Myślał, że poszło mu z tym całkiem sprawnie, gdy na skutym lodem ołtarzu znalazł się Eztli.

Nie przewidział tylko, że w tym samym czasie wyzwoleńcy zdecydują się wysadzić drugą ze świątyń pokaźną dawką dynamitu.

– Żadnej zagłady nie będzie, przynajmniej nie teraz – zapewnił kapłan [Itzcoatl] swobodnym tonem, przesuwając wzrokiem po twarzach zebranych. – W końcu potrzebujemy tylko znaleźć i zabić jednego człowieka, a jak trudne może to być, gdy szuka go cały Londyn?

Eztli od zawsze pragnął zostać pionierem. Co prawda marzył raczej o otworzeniu pierwszej linii metra pod Londynem, a nie brawurowej ucieczce ze szczytu świątyni, ale życie zrewidowało jego priorytety. A po tym, jak zobaczył w dłoni Toltecatla obsydianowy nóż, zaczął kwestionować też, kto jest jego przyjacielem, a kto wrogiem. Nagle przypadkowo spotkany chłopak-dorożkarz stał się cennym sojusznikiem, a nieco podejrzany przedsiębiorca, Guatemoc, kluczem do przedostania się do Cesarstwa Chińskiego.

Życie Toltecatla również wywróciło się do góry nogami. Dawne zmartwienia, jak utrata rodzinnego domu, co prawda nie zniknęły, a nawet się spotęgowały, gdy lichwiarz zarządzający długami jego rodziny poinformował go o sprzedaniu ich tajemniczemu kupcowi – jednak te przyziemne problemy bladły przy konsekwencjach wydarzeń ze świątyni. Nagle musiał zmierzyć się z faktem, że jego przyjaciel jest poszukiwanym przestępcą, podejrzanym o konszachty z odpowiedzialnymi za krwawe zbrodnie wyzwoleńcami, wszyscy, łącznie z żoną Eztlego, oczekują od niego, że wytnie mu serce, Nenetl najwyraźniej go znienawidziła, a słońce… nie zatrzymało się pomimo nieudanego rytuału.

Eztli spojrzał na niego z rezygnacją, która zaskoczyła go bardziej od wcześniejszej furii. 

– Może? – ni stwierdził, ni spytał. – W końcu liczą się tylko bogowie, prawda?

Toltecatl się przygarbił. Ból w klatce piersiowej przybrał na sile. 

– Powinni – wyszeptał.

Guatemoc uznał, że wykorzysta trudne położenie Eztlego, by umieścić szpiega w szeregach wyzwoleńców, a de Garlande na to przystał – nawet jeśli oznaczało to, że musi odnaleźć i przekonać do siebie tych samych ludzi, którzy chwilę wcześniej go więzili. Choć udało mu się całkiem szybko trafić na ich trop, popełnił też poważny błąd – kierowany lękiem o swoją rodzinę zaczął działać nieostrożnie i w rezultacie pojawił się na progu domu jednego z wyzwoleńców równocześnie ze Świętą Policją i wojskiem. Na szczęście miał najlepszego zakładnika – samego siebie.

Dzięki temu po raz pierwszy od dawna Eztli i Toltecatl mogli ze sobą porozmawiać.

– A Eztli… de Garlande?

– Pozwoliłeś mu odejść – powiedział Itzcoatl, stając w drzwiach.

Wojsko ostatecznie przejęło posiadłość Ocotlana, ale Eztli zdołał uciec z niej wraz z częścią wyzwoleńców. Toltecatl tymczasem pozostał, by zmierzyć się z konsekwencjami decyzji – zarówno swoich, jak i przyjaciela.

Ludzi zamieszanych w strzelaninę pojmano, podobnie jak młodocianego dorożkarza, który pomagał Eztlemu, oraz jego rodzeństwo, a kulawe tłumaczenia Teccizecatla nie zdały się na nic. Itzcoatl nie czekał na dalszy rozwój wydarzeń – zdecydował się w pełni uświadomić Tecciztecatla, o co toczy się stawka.

Ojciec Toltecatla siedział w fotelu przed kominkiem. 

De Garlande zatrzymał się w pół kroku i po prostu patrzył na niego. Mazatl zlustrował go wzrokiem, nie wstając. 

– Dobrze widzieć cię całego – powiedział. 

Eztli nadal się nie ruszał. Miał wrażenie, że spada.

W tym samym czasie, gdy Itzcoatl prowadził Toltecatla w podziemia świątyni, Eztli próbował pogodzić się z faktem, że ojciec Teccizecatla – mężczyzna, którym gardził przez większość życia, uważając go za zwykłego hazardzistę – okazał się przywódcą grupy wyzwoleńczej.

O tym, że pod Londynem uwięziony został bóg, dowiedzieli się niemal równocześnie.

Musimy odkryć, czemu nie pozwolił ci przejąć kontroli, stwierdził [Itzcoatl].

A mimo tego Toltecatl się nie ruszał. Jego serce biło miarowo, spokojnie, oczy miał suche. Patrzył za okno, na świat tak boleśnie przepełniony światłem i życiem.

– Rzecz w tym – powtórzył – że słońce się spóźnia. 

Oto reszta ich historii.

1Wszystkie cytaty w streszczeniu pochodzą z powieści: Siemsia-Pindur Ż., Imperium Kolibra, Spisek Pisarzy, Irządze 2024.

Prolog

…mieliśmy zniknąć.

My, ludzie Tenochtitlan, ludzie doliny, potomkowie tych, którzy wyruszyli z Siedmiu Jaskiń, wojownicy zapowiedziani przez Chimalxochtili, nim pochłonęły ją płomienie, mężczyźni i kobiety, starcy i dzieci, te, które biegają, pełzają lub leżą w kołyskach bezbronne, my wszyscy.

Wiedział, że to stary tekst. Spisano go na pergaminie – nie papierze – pomarszczonym i spękanym przez upływ czasu. Tusz wyblakł, niektóre litery całkiem się rozmazały. Plama wilgoci zniszczyła część słów, na zawsze zabierając ze sobą fragment historii.

Wraz z nami mieli zniknąć nasi sojusznicy i nasi wrogowie, ich ciała pożarte przez zarazę, gnijące w domach i na drogach, na brzegu jeziora, na słońcu i w cieniu wielkich drzew, rozrywane przez ptaki o dziobach jak krzemienne ostrza, falujące od mrówek obierających mięso z kości. Ich los, nasz los – był jeden.

Zdania zapisano w nahuatl, dziwną mieszaniną europejskiego alfabetu i dawnych znaków; tylko części z nich nadal uczono w szkołach. Inne równie dobrze mogłyby być piktogramami z Cesarstwa Chińskiego, tak obce się wydawały. Być może Tecuampil albo inny kapłan ze Starego Kontynentu mógłby je odcyfrować, ale bez pomocy uczonego całe fragmenty historii pozostawały dla czytającego niejasne. Skupił się więc na tym, co zostało zanotowane fonetycznie, przesuwając palcami wzdłuż nierównych linii tekstu, wyglądających, jakby napisała je słaba, drżąca dłoń.

Moja siostra umarła. Mój brat, z którym dzieliłem ojca, umarł. Jego dzieci przed nim, jak mi się zdaje, bo ciała ich były obmyte i złożone pod ścianą. Nie znalazłem jego żony – choć długo wołałem z progu, nie przyszła do mnie. Nie znam jej losu.

W pomieszczeniu było lodowato, szron obrastał ceglane ściany, powietrze kłuło w płuca. Mężczyzna powinien skupić się na rozpaleniu ognia, ale nie potrafił oderwać wzroku od pergaminu.

Pamiętam śpiewy pełne radości, gdy wygnaliśmy obcych z ulic miasta – teraz Tenochtitlan milczało. Gdy szliśmy, słyszałem tylko nasze kroki i brzęczenie much.

Cisza dzwoniła w uszach, dźwięk oddechu brzmiał jak dudnienie mechanicznych tłoków.

Chodźmy do Teotihuacan, powiedziała do mnie Matlalcihuatl, tam, gdzie wszystko się zaczęło. Stańmy na szczycie świątyni i zawołajmy bogów. Niech będą świadkami naszego końca.

– Nie idź tam – wyszeptał, kurczowo zaciskając palce na pergaminie. Stara skóra zaskrzypiała cicho. Popiół, którym była przybrudzona, splamił jego dłonie.

Wyruszyliśmy w pięcioro, a troje dołączyło do nas wkrótce, jeden z miasta i dwóch z wioski nieopodal. Łączyło nas niewiele, tyle tylko, że nie zabrała nas zaraza – i że zabrała nam wszystko.

– Nie idź tam – powtórzył.

Pomyślałem, stoję na świątyni wzniesionej, nim wzniosło się słońce, stoję na świątyni starszej niż księżyc, stoję na świątyni, na której spłonął jaguar i orzeł, stoję na resztkach świata sprzed naszego świata, stoję tam, gdzie stali oni. Pomyślałem, bogowie, jeśli mnie słyszycie, jakże ja was nienawidzę.

Palce natrafiły na krawędź plamy wyżartej przez wilgoć i pleśń. Czytający zaczął skrobać pergamin gwałtownie, w absurdalnej nadziei, że odsłoni to, co zostało stracone, ale skóra tylko kruszyła się pod jego paznokciami. Pochylił się mocniej nad tekstem, zmrużył oczy i z trudem wyłapał ślady paru słów, które nie uległy całkowitemu zniszczeniu.

słyszysz?

zeszliśmy w mrok

prowadziła

tak zimno

słyszałem

I wreszcie, na samym dole pergaminu, tuż przed miejscem, gdzie cały fragment został oderwany, znajdowało się ostatnie z nich, wyrżnięte tak mocno, że miejscami stalówka przebiła skórę na wylot:

odpowiedzieli

CZĘŚĆ 1

LONDYN

Rozdział 1

w którym dwóch dżentelmenów zmierza na spotkanie zmarłych

Tonę, uświadomił sobie Toltecatl.

Oczy miał otwarte, piekące od zalewającej je wody, ale nie widział sufitu. Powinien słyszeć odgłosy docierające z głębi domu, rozmowę żołnierzy trzymających wartę pod drzwiami łazienki, wicher wyjący tuż za ścianą – ale otaczała go nienaturalna cisza. Był w stanie wychwycić tylko bicie własnego serca, tak odległe i słabe jak echo ginące w otchłani bezbrzeżnej jaskini. Pod palcami wyczuwał wyłącznie pustkę.

Tonę, powtórzył w myślach, bo wiedział, że nie może o tym zapomnieć.

Jego płuca płonęły z bólu, ale nawet gdyby zechciał, nie zdołałby rozluźnić szczęk, by zaczerpnąć powietrza. Spróbował poruszyć dłońmi, również bezowocnie. Jego ciało leżało sparaliżowane, bezbronne. Nie miał nad nim kontroli.

On ma, pomyślał, a później się poprawił: to ma.

Bure światło sączące się z jedynego okna stopniowo przygasało, pochłaniała go ciemność. Czuł, że nie jest w niej sam – nie jest sam we własnym umyśle.

To, co spotkał przed trzema dniami w trzewiach świątyni, odnalazło go – a on nie był na to przygotowany. W swoim domu, tak daleko od żelaznych wrót strzegących podziemi, czuł się bezpieczny. Powinien byćbezpieczny.

Ból promieniujący z klatki piersiowej obejmował całe jego ciało, jakby wszedł w ofiarny ogień. Serce biło coraz wolniej, słabiej.

Zabijesz mnie.

Czy Huītzilōpōchtli w ogóle go słyszał? Rozumiał?

Czy pragnął jego śmierci?

– Kapłanie!

Nagle obce ręce zanurzyły się w wodzie i Toltecatl został wyciągnięty szarpnięciem. Usiadł niezgrabnie i natychmiast zgiął się wpół, na przemian kaszląc i oddychając spazmatycznie. Stojący przy nim żołnierz złapał go pod ramionami, żeby nie osunął się znowu w głąb wanny.

Wrażenie czyjejś obecności niemal całkowicie zniknęło z umysłu Teccizecatla. Pozostała tylko wątła nić połączenia, drażniąca jak pajęczyna oblepiająca skórę na karku, ale postanowił ją zignorować, aby nie poddać się zupełnej panice.

– Wezwać doktora, kapłanie? – spytał nerwowo żołnierz, który go uratował. Nadal go podtrzymywał, przechylając się niewygodnie przez krawędź wanny. Drugi stał tuż obok, tak blady, jakby to jego podtopiono.

– Nie – wycharczał Toltecatl. Miał wrażenie, że wnętrze gardła przetarto mu papierem ściernym. – Nie potrzebuję go.

– Ale, kapłanie…

– Pomóżcie mi wyjść.

Żołnierze wymienili spojrzenia, ale żaden nie zdecydował się naciskać. Ten, który go asekurował, schylił się mocniej, żeby Toltecatl mógł przerzucić rękę przez jego bark, po czym dźwignął go do góry. Pod Teccizecatlem niemal natychmiast ugięły się nogi – wczepił się w jego mundur wolną dłonią i zaklął.

– Może jednak sprowadzę doktora – wymamrotał drugi, ale umilkł natychmiast, gdy Toltecatl posłał mu ciężkie spojrzenie. – To znaczy nie, oczywiście, jeśli sobie tego nie życzycie, kapłanie.

– Nie życzę – odwarknął.

W pełni zaczynało docierać do niego, że właśnie otarł się o śmierć, i ta myśl przerażała go do szpiku kości.

Mężczyzna zasalutował w milczeniu, a później odwrócił wzrok, aby nie patrzeć, jak Toltecatl niezgrabnie wychodzi z wanny. Następnie podał mu ręcznik, spojrzenie cały czas wbijając w wykafelkowaną posadzkę. Wychlapana z kąpieli woda rozlewała się po niej, dziwnie ciemna i gęsta jak stary atrament.

– Dlaczego w ogóle tu weszliście? – spytał Toltecatl, owijając się ręcznikiem. Dłonie drżały mu jak w febrze.

Czuł się marnie, ale nie mógł sobie pozwolić na luksus okazywania słabości. Już wystarczająco wiele plotek o nim zatruwało powietrze.

– Powiadomić, że przyjechała pani de Garlande. – Mężczyzna zmierzył go uważnym spojrzeniem, zanim zdecydował, że może przestać go podtrzymywać. – Najpierw pukaliśmy, ale gdy nie otrzymaliśmy odpowiedzi, zdecydowaliśmy się sprawdzić, co się dzieje.

– Rozumiem.

Toltecatl przetarł oczy. Nadal piekły i miał trudności ze skoncentrowaniem wzroku. Zdobienia na ścianach, misterny wzór muszli i ryb biegnący dookoła głównej łazienki, co rusz stawały się niewyraźnym zbiorem szarych i błękitnych plam.

– Przekażcie Tlallii, że niedługo przyjdę.

Mówienie było tak trudne. Czuł się, jakby przy każdym słowie przełykał garść igieł.

– Tak jest, kapłanie.

– I zostawcie mnie samego.

Znowu wychwycił wymianę zaniepokojonych spojrzeń, więc zmusił się do wyprostowania pleców.

– To rozkaz – stwierdził.

Nawet dla niego samego własny głos brzmiał żałośnie, ale i tak te dwa słowa wystarczyły, aby mężczyźni wyprężyli się i znowu mu zasalutowali. On sam mógł być w tej chwili półnagim, mokrym i rozdygotanym strzępem człowieka, ale stała za nim potęga świątyni.

Przynajmniej tak długo, jak długo ktokolwiek w niej wierzył, że Toltecatl ma szansę przejąć kontrolę nad Huītzilōpōchtlim.

Gdy tylko żołnierze wyszli, oparł się barkiem o ścianę i osunął na posadzkę. Skulił ramiona. Blizny po chłoście napięły się nieprzyjemnie, ale nie zwrócił na to uwagi. Wsunął palce w mokre włosy i powoli, ostrożnie wypuścił powietrze.

Zamieć za oknem przybierała na sile. Czuł, jak ściana za jego plecami dygocze pod naporem wiatru. Rosnące w pobliżu drzewo drapało zgiętymi gałęziami po dachówkach i ten dźwięk nieprzyjemnie kojarzył mu się z odgłosem pazurów zbliżającego się drapieżnika.

To się nie uda, pomyślał. To wszystko po prostu nie może się udać.

Drgnął, gdy raptem w odgłos śnieżycy wplątała się melodia skrzypiec. Nenetl grała niedaleko – zgadywał, że w sypialni Yolihuani – głośno, gwałtownie i nieco gorzej niż zwykle, co jakiś czas gubiła rytm. I to, w jakiś przewrotny sposób, pomogło mu się uspokoić.

Nie miał wyboru – musiał przejąć kontrolę nad Huītzilōpōchtlim.

To był jedyny sposób, aby ocalić słońce.

– Nie zamarzasz?

Eztli drgnął, gdy czyjaś dłoń wylądowała na jego ramieniu. Poderwał głowę i natychmiast tego pożałował, bo lodowaty wiatr cisnął mu śniegiem prosto w oczy.

– Bywało lepiej! – odpowiedział, próbując przekrzyczeć śnieżycę. – Ale dam radę iść.

Bury, wyzwoleniec, którego poznał zaledwie dzień wcześniej, uśmiechnął się krzywo. Jego zarost skrzył się od lodowych, ostrych drobinek, które uformowały się wokół jego ust.

– Zrobimy postój przed wyjściem na otwartą przestrzeń. Tam będzie gorzej.

– Nie pocieszasz.

Wiatr porwał jego słowa.

– Co?

– Nie pocieszasz! Ach, nieważne. – Machnął ręką i podciągnął wyżej szalik. Mimo grubych rękawiczek, czuł, że grabieją mu dłonie.

Szli po zamarzniętej tafli rzeki, korzystając z osłony drzew rosnących po obu stronach koryta – nawet las nie zdołał jednak ochronić ich całkowicie przed szalejącym żywiołem. Parę kroków przed sobą Eztli widział plecy Hughesa. Inżynier brnął naprzód przygarbiony, wspierając się na znalezionym po drodze kiju, a rakiety śnieżne klekotały, przyczepione do jego pasa. Zrezygnowali z nich, bo wicher zmiótł śnieg na brzegi rzeki, odsłaniając praktycznie nagi lód. Oliver, syn mężczyzny, zamykał pochód razem z innym wyzwoleńcem, Johnem. Na zmianę prowadzili konia – zimnokrwistego wałacha o płowej sierści i jednym sprawnym oku, zaprzężonego do niemalże pustych sań. Pod ciężką płachtą juty leżało trochę prowiantu, były też sucha rozpałka i dwa zapasowe pistolety w zalakowanej skrzynce, na wypadek, gdyby ich broń odmówiła posłuszeństwa.

To miała być szybka, prosta akcja – i była do chwili, gdy niebo zasnuły chmury sine jak ciało topielca, a świat utonął w zamieci. Po raz pierwszy w życiu Eztli widział tak nagłe załamanie pogody – i choć starał się nie dopatrywać w nim niczego nienaturalnego, udzielał mu się niepokój grupy.

Bury poklepał go po łopatce pokrzepiająco i przyspieszył, żeby zrównać się krokiem z Hughesem. Choć mężczyzn od de Garlande’a dzieliło zaledwie parę jardów, nie potrafił się zorientować, o czym rozmawiają. Podejrzewał, że mogą się zastanawiać, czy zdążą na czas do umówionego punktu przerzutu.

On sam wyłuskał z kieszeni kurtki zegarek, zwykły, stalowy, i na chwilę zsunął zębami rękawiczkę, aby podważyć wieczko paznokciem. Wszystko po to, żeby odkryć, że mechanizm nie wytrzymał mrozu – wskazówki zamarły pod oszronioną szybką.

– Merde.

Hughes i Bury zatrzymali się nagle, a po paru kolejnych krokach Eztli zrozumiał, co było przyczyną postoju. Znaleźli się na granicy lasu, w miejscu, gdzie rzeka zataczała szeroki łuk, żeby przeciąć pola.

– Musimy dotrzeć tam. – Bury uniósł dłoń i wskazał na wąską, ciemniejszą linię, którą de Garlande ledwo dostrzegł poprzez padający śnieg. Serce zabiło mu jednak szybciej.

Nasyp kolejowy.

Jedyny powód, dla którego zaoferował Hughesowi, że pomoże mu z jego zadaniem – by dowiedzieć się, jakimi ścieżkami wyzwoleńcy opuszczają Londyn.

Na wypadek, gdyby Guatemoc Cuamatla okazał się szują.

Pomimo tego, że stale palono we wszystkich kominkach w domu Teccizecatlów, korytarze i pokoje pozbawione bezpośredniego dostępu do ognia były lodowate. Przez nieszczelne framugi okienne do pomieszczeń wtłaczał się upiorny chłód i choć większość z nich obłożono kocami i szmatami, za wiele to nie pomogło. Zbyt cienkie ściany nie mogły utrzymać ciepła.

Toltecatl skulił ramiona i roztarł dłonie, próbując choć trochę się rozgrzać, gdy wlókł się do salonu. Mokre włosy przylepiały się do jego czoła i karku jak palce topielicy, a oddychanie nadal bolało. Przez to ledwo zwracał uwagę na ludzi, których mijał, choć oni obserwowali go czujnie.

Większość z nich nosiła pełne mundury – niektórzy nie rozpinali nawet grubych, czerwono-zielonych żołnierskich kurtek, a czasami na korytarzu migał nawet ostry pomarańcz świątynnych strażników. Jedynie szarości Świętej Policji nigdzie nie można było dostrzec.

Jeden z żołnierzy stał tuż przy drzwiach do salonu, grzejąc ręce o filiżankę z herbatą. Drobna porcelana wyglądała śmiesznie w jego pokrytych odciskami i bliznami dłoniach. Wyprostował się na widok Toltecatla i zerknął nerwowo na napój, jakby nie wiedział, co z nim zrobić.

– Nie przeszkadzaj sobie – powiedział Teccizecatl. – Tlallia jest w środku?

– Pani de Garlande? Tak, kapłanie.

– Dobrze…

Toltecatl położył dłoń na klamce, ale jej nie nacisnął. Z pokoju dotarło do niego nucenie, pozbawiona słów melodia. Znał ją, pamiętał z własnego dzieciństwa. Stanął nieruchomo, wpatrując się w drzwi z pustym wyrazem twarzy.

– Kapłanie? – spytał mężczyzna, gdy chwila zaczęła się przeciągać.

Toltecatl zamrugał, jak wybudzony z transu. Wypuścił powoli powietrze.

– Znajdźcie moją matkę i siostrę i powiedzcie im, żeby szykowały się do drogi. W taką śnieżycę musimy wyjechać wcześniej.

– Tak, kapłanie.

– Teraz, jeśli możecie.

Nie czekając na odpowiedź, Toltecatl w końcu wślizgnął się do salonu.

Tlallia stała niedaleko kominka, zapatrzona w ogień huczący na palenisku. Nuciła do siebie, rękami obejmując brzuch. Jej ramiona kołysały się łagodnie, ale nie wydawała się tego świadoma. Nie zauważyła, że wszedł do środka, więc zamknął drzwi trochę głośniej, niż było potrzeba.

Natychmiast przestała śpiewać i wyprostowała się sztywno, posyłając mu ostrożne spojrzenie. Źle wyglądała. W pierwszej chwili nie był pewny, co się zmieniło – jej strój pozostawał schludny i elegancki jak zawsze, włosy miała zaplecione w zgrabny warkocz, a szyję i nadgarstki obwieszone złotem – ale pod jej oczami rysowały się głębokie cienie, a skóra miała sinawy, niezdrowy odcień.

– Jak się czuje Cualli? – spytał zamiast powitania. Podszedł bliżej, powoli, nie spuszczając wzroku z jej twarzy. – Co powiedział doktor? Dotarł posłaniec ode mnie?

– Dotarł – odpowiedziała cicho. A później zamrugała gwałtownie, żeby pozbyć się łez nagle gromadzących się pod powiekami, a gdy to nie pomogło, starła je trzymaną w dłoni rękawiczką. – Doktor nie był pewien, czy mleko ma związek z jego… stanem… ale na wszelki wypadek posłałam po mamkę.

– Udało się kogoś znaleźć? – spytał. Po chwili wahania położył jej dłoń na ramieniu. – Wybacz, że nie przyjechałem. Ostatnie dni… – Urwał, niepewny, co może jej zdradzić.

Tlallia westchnęła i odsunęła się nieznacznie, uciekając od jego dotyku.

– Jakąś dziewczynę z domu robotniczego. Europejkę. Nie ufam jej. – Skrzywiła się nieznacznie. – Jest głośna i już ją przyłapałam na flirtowaniu ze służbą, jakby jednego bękarta jej było mało. Jestem pewna, że okradnie nas i ucieknie, gdy tylko przyjdzie wiosna.

Kobieta znowu zapatrzyła się w ogień. Jej palce zaciskały się na materiale sukni coraz mocniej, kłykcie pobielały.

– Najważniejsze, żeby stan Cuallego się poprawił – powiedział Toltecatl ostrożnie. – Ze wszystkim innym sobie poradzimy.

Tlallia skinęła głową, ale nadal unikała jego spojrzenia. Gdy odezwała się ponownie, jej głos drżał:

– Może przeżyje. Może nie. – Zamknęła oczy i wyszeptała: – Powinnam przy nim teraz być.

Dłonie Toltecatla drgnęły, jakby chciał ją objąć w pocieszającym geście, ale powstrzymał się w pół ruchu, gdy Tlallia dodała:

– Eztli powinien przy nas być.

Po tych słowach zapadła ciężka, pełna napięcia cisza. Wreszcie Toltecatl ukrył ręce za plecami i cofnął się nieco.

– Mogę porozmawiać ze stangretem…

– Nie. – Kobieta wypuściła powoli powietrze. Na jej twarzy pojawiła się determinacja. – Zostałam powiadomiona, że moja nieobecność na egzekucji zostałaby źle odebrana.

Toltecatl nie znalazł na to odpowiedzi. Martwienie się o opinię społeczeństwa wydawało mu się teraz błahą troską, jakby należącą do zupełnie innego świata – ale w pewnym sensie tak właśnie było. Tlallia nie miała pojęcia o bogu czy ciemności czającej się tuż poza granicą ich rzeczywistości.

A do Teccizecatla należało upewnienie się, że tak już pozostanie.

– Ta kołysanka – mruknął więc, byle tylko zmienić temat – wydaje mi się, że moja matka też ją kiedyś śpiewała. Tylko nie pamiętam czy mnie, czy Nenetl…

Żona Eztlego zmarszczyła brwi, w pierwszym momencie skołowana jego słowami, ale i tak podjęła wątek.

– Tę, którą nuciłam? Raczej tobie. – Zaczęła miętosić rękawiczkę. Dopiero teraz zauważył, że trzymała tylko jedną. Druga leżała na jej płaszczu rzuconym byle jak na wysłużoną kanapę. – Jest przeznaczona dla chłopców.

– Macochi pitentzin…2 – szepnął. – Jakoś tak, prawda?

– Macochi pitentzin… – powtórzyła za nim. A później zaśpiewała, choć tym razem nie kołysała się do melodii: – Manocoxteca pitelontzin… Macochi cochi noxocoyotl. – Na ostatnim słowie jej głos się załamał, więc umilkła.

Śpij, nie budź się, mój synku, moje ukochane dziecko, odruchowo przetłumaczył słowa w myślach.

– To piękna piosenka – stwierdził.

Tlallia skinęła głową.

– Pochodzi jeszcze sprzed Podboju. – Przymknęła oczy. – Czasami zastanawiam się, czy wtedy życie było prostsze. Gdy nikt nie wiedział o Europie. O tutejszych zarazach. O mrozie.

Toltecatl pomyślał o świątyniach wzniesionych w stolicy imperium i wzdrygnął się nieznacznie.

– Nie sądzę, Tlallio.

Przesunął dłonią po karku, odgarniając z niego wilgotne kosmyki, i otworzył usta, żeby coś dodać, ale przeszkodziło mu skrzypnięcie drzwi.

Do salonu weszła jego matka.

– Nenetl nie chce jechać i nie mogę jej przekonać… – rzuciła już od progu, ale zatrzymała się w pół kroku i spojrzała na syna z niepokojem. – Toltecatl, co się stało?

Zmusił się do słabego, fałszywego uśmiechu, który nie zmyliłby chyba nawet ślepego.

– Nic – zapewnił. – Co tym razem wymyśliła moja siostra?

Wiadukt zapewniał odrobinę lepszą ochronę od zamieci niż las, ale gdy przestali się poruszać, mróz zaczął kąsać jeszcze dotkliwiej. Eztlego najbardziej martwiło to, że nadal dudni mu w płucach. Atak kaszlu mógł złapać go w każdym momencie, równie gwałtowny, co bolesny. A on nie miał czasu na nawrót choroby.

Nie teraz.

Wypadła jego kolej na czuwanie przy samej linii nasypu i wypatrywanie pociągu, więc oparł się o ceglaną podporę i mocniej naciągnął na głowę podbitą kożuchem czapkę. Każda minuta spędzona na tym mrozie zdawała się ciągnąć przez wieczność.

To otwarta przestrzeń, myślał, próbując przebić się wzrokiem przez sypiący śnieg. Ale w nocy można byłoby przyczaić się przy samej ziemi… Gdyby powalić drzewo na granicy lasu, uznaliby, że to sprawka wichury…

Wiedział, że ten plan jest nierealny, ale i tak rozważanie szczegółów pozwalało mu się uspokoić. Odciągało jego myśli od rodziny, która została w Londynie – przez śnieżycę nawet nie mógł dostrzec zarysów miasta, choć miał wrażenie, że jeśli zmruży oczy wystarczająco, wyłapuje słaby poblask lamp w oddali, odbijających się na tle ciemniejącego powoli nieba.

Bury stanął obok niego i podał mu piersiówkę.

– Whisky – rzucił. – Rozgrzeje cię trochę.

– Mhm.

Przyjął alkohol z wdzięcznością i odkręcił zakrętkę.

– Jak w ogóle leci ta linia? – spytał niby mimochodem, kiwając głową w stronę torów ciągnących się nad nimi. – Przez Ipswich?

– Gdzie tam. Przecina Cambridge, a później skręca prosto do Norwich.

Moglibyśmy złapać tam statek, pomyślał.

– Nie wiedziałem, że mamy bezpośrednie połączenie z Londynu – mruknął i pociągnął łapczywie z piersiówki. Whisky zostawiło na jego języku dziwny posmak.

– Nie jest dostępne dla cywilów – wyjaśnił wyzwoleniec i wychylił głowę poza nasyp, jakby upewniał się, że niczego nie przegapią. – Nawet nie przejeżdża przez normalne dworce, tylko łączy bazy wojskowe z magazynami.

Musielibyśmy wyskoczyć, rozważał Eztli w myślach. Karkołomne z dziećmi na ręku.

– A…

– Oliver, przestań – warknął Hughes głośno, więc Eztli odruchowo odwrócił głowę i położył dłoń na kaburze rewolweru. Bury też zerknął przez ramię czujnie.

Oliver stał koło konia, trzymając go za lejce blisko pyska.

– Ale musisz przyznać, że to nie jest normalne – rzucił.

Pewnie rozmawiali już od jakiegoś czasu, ale dopiero teraz de Garlande zwrócił na to uwagę.

– Młody ma rację, Robert – dodał od niechcenia ostatni z wyzwoleńców, poprawiając derkę na grzbiecie zwierzęcia. – Jak byliśmy dzieciakami, to o takich zamieciach bajały co najwyżej powsinogi z głębi kontynentu.

– A odkąd wysadziliśmy tamtą świątynię, jest coraz gorzej – zauważył chłopak, nerwowo ciągnąc za lejce. Koń prychnął i potrząsnął łbem.

Hughes uniósł dłoń, jakby chciał dotknąć blizny po uchu, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie i podrapał się po policzku.

– Zimy przychodzą i odchodzą – rzucił oschle. – A my mamy robotę do wykonania.

– Ale…

– Dość.

Oliver opuścił głowę, ale Eztli zdążył dostrzec błysk złości w jego spojrzeniu. Sam odwrócił wzrok.

Co za bzdura, pomyślał. Totalna bzdura.

Tyle że słowa Olivera przypomniały mu o rozmowie z ojcem Toltecatla, Mazatlem. O tym, co powiedział o świątyni. O bogu.

To też była bzdura. Musiała być. Inaczej…

De Garlande potrząsnął głową i napił się ponownie z piersiówki, lecz tym razem whisky smakowała gorzko jak trucizna.

Toltecatl narzucił na plecy płaszcz wyszywany w pióra kolibra i nasunął cylinder na wilgotne włosy. Miał straszną ochotę zapalić, ale powstrzymywała go przed tym resztka zdrowego rozsądku. Tytoniowy dym tylko na powrót podrażniłby jego płuca.

– Jesteś pewien, że nic jej nie zrobią? Jeśli… się nie stawi? – spytała Anacaona cicho.

Szykowała się do wyjścia obok niego. Wyglądała schludnie i trzeźwo, ale futro, które założyła, widziało lepsze czasy: wypadło z niego tyle włosia, że nie opłacało się nawet próbować go sprzedać. Miał nadzieję, że matka w nim nie przemarznie.

– Nie sądzę. Nenetl nie jest istotna. Skoro pojawię się ja i Tlallia, nikt nie powinien zwrócić na to uwagi. Poza tym… – ściszył głos lekko i upewnił się, że żaden z żołnierzy ich nie podsłuchuje – …chyba lepiej, żeby tego nie oglądała.

Anacaona nie wyglądała na przekonaną. Co chwila zerkała w głąb domu, a jej usta zacisnęły się w wąską linię. Nie miała jednak zamiaru dyskutować z nim przy świadkach.

Pani de Garlande zajrzała do holu i skinęła ich dwójce głową.

– Jestem gotowa – wymamrotała.

Kręcący się po pomieszczeniu żołnierze z eskorty natychmiast zrobili jej miejsce, ale na ich twarzach nie było widocznego choćby cienia szacunku – sprawiali raczej wrażenie ludzi starających się unikać morowego powietrza. Tlallia wydawała się tego nie zauważać, więc Toltecatl też powstrzymał się przed komentarzem.

– W takim razie możemy ru… Co znowu?

Drzwi wejściowe otworzyły się z jękiem i do holu wkroczył jeden z żołnierzy, ciągnąc za ramię zakatarzonego chłopaka w zbyt cienkiej kurtce.

– Przyłapałem go na myszkowaniu koło głównej bramy – wyjaśnił mężczyzna, potrząsając młodzieńcem.

Ten kichnął donośnie, po czym rozejrzał się po otoczeniu z wyraźnym oburzeniem rysującym się na pociągłej, zdecydowanie europejskiej twarzy.

– Jakim myszkowaniu niby?! List przywiozłem. Do rąk kapłana Teccizecatla.

– Nie pozwalaj sobie na taki ton – warknął żołnierz, unosząc dłoń do ciosu.

Toltecatl zdążył złapać go za nadgarstek, zanim sytuacja eskalowała.

– Mimo wszystko chciałbym zobaczyć wiadomość – wycedził. – I niech ktoś zamknie drzwi, bo zaraz zrobi się tu zimno jak w psiarni.

Żołnierz zamrugał, jakby dopiero teraz go dostrzegł, a krew odpłynęła z jego twarzy.

– Oczywiście, kapłanie. – Odchrząknął i puścił w końcu chłopca na posyłki, po czym cofnął się do wyjścia.

Młodzieniec otrząsnął się, a świeży śnieg osypał się z jego ramion na podłogę. Bystre oczy błysnęły spod kaszkietu, gdy rzucił zaciekawione spojrzenie Toltecatlowi. Jego zachowanie było tak nietypowe, bezczelne jak na Europejczyka, że przez krótką chwilę Teccizecatl czuł nadzieję, że posłaniec przynosi mu wiadomość od Eztlego.

Natychmiast ją stracił, gdy chłopak zza pazuchy wyciągnął kopertę zabarwioną na charakterystyczny, fioletowy kolor. W laku wyraźnie odbijał się emblemat w kształcie krzewu jagód.

Toltecatl wziął od niego list i z rezygnacją złamał pieczęć. Choć przeczuwał jego treść, i tak nie zdołał powstrzymać skrzywienia się, gdy ją zobaczył:

Informuję, że prawa do długów Pańskiej rodziny zostały odpłatnie przekazane osobie trzeciej, która prosiła o wyznaczenie daty spotkania w dogodnym dla Pana czasie, aczkolwiek, cytując słowo w słowo, najlepiej, gdyby czas ten „nie był nazbyt odległy”.

– Wspaniale – wyrwało mu się.

Wzdrygnął się, gdy poczuł na ramieniu dłoń matki. Anacaona stanęła przy nim z niepokojem wypisanym na twarzy.

– Toltecatl, to od…?

Momentalnie złożył list na pół i wsunął do kieszeni płaszcza.

– Nie przejmuj się, to nic ważnego. – Odwrócił się od niej i skinął na żołnierzy, którzy mieli zostać w domu. – Zaprowadźcie chłopaka do kuchni, niech się ogrzeje przed drogą powrotną. My musimy ruszać.

Masywny gmach stacji kolejowej wyłonił się ze śnieżycy, niczym statek wypływający z nadmorskiej mgły, rozświetlony przez bujające się gwałtownie gazowe lampy.

Szeroki, pochyły dach wiaty osłaniał część ulicy, lecz w tym przypadku niewiele mógł pomóc. Gdy Toltecatl wysiadł z powozu, potrzebował całej siły, aby utrzymać wyrywane przez wiatr drzwiczki.

Jego cylinder został zdmuchnięty przez jeden z podmuchów i rzucony prosto pod kopyta koni ciągnących kolejną dorożkę, ale nawet nie próbował go złapać. Zamiast tego zaklął cicho i wyciągnął dłoń, pomagając wysiąść matce. Strażnik świątynny w tym samym czasie asekurował Tlallię.

– Przejdziemy przez tamte drzwi. – Jeden z ich żołnierzy obszedł budę powozu i machnął ręką w stronę bocznego przejścia. – Główne wejście jest zbyt zatłoczone.

Toltecatl skinął głową i pozwolił matce wsunąć rękę pod jego ramię. Czuł, że kobieta drży nieznacznie, choć nie wiedział, czy przez chłód, czy przez to, co niedługo miało się wydarzyć.

Dzięki eskorcie przecisnęli się przez tłum gromadzący się pod budowlą i dotarli do mniejszych drzwi, ozdobionych wykutym w żelazie wężem, których pilnowała inna grupka zbrojnych. Toltecatl nie musiał nawet wyciągać papierów – wystarczyło, że mężczyźni zobaczyli jego twarz, aby im otworzyć.

Z ulgą wszedł do środka i zmrużył oczy, które zaczęły łzawić od mocniejszego światła płynącego z lamp zawieszonych pod wysokim sufitem. Tlallia przystanęła obok niego, strzepnęła śnieg z ramion i rozejrzała się wokoło z pochmurną miną.

Znajdowali się na wąskim pasie luźnej przestrzeni, oddzielonej od reszty hali sznurem rozciągniętym pomiędzy ceglanymi kolumnami. Tuż za nim kłębił się tłum ludzi, wśród których można było dostrzec zarówno Azteków, jak i Europejczyków, mniej lub bardziej zamożnych, zziębniętych, zdenerwowanych, walczących o skrawek przestrzeni i cień szansy, żeby dojść do peronów.

Toltecatl zauważył dziennikarza ciągnącego za sobą ciężki aparat, osadzony już na statywie, a później dwójkę azteckich dzieci stojących na kontuarze, za którym normalnie siedzieli sprzedawcy biletów. Teraz wszystkie okienka były zamknięte, a sprzedaż, podobnie jak same pociągi, wstrzymana.

– Pamiętam, jak jeździliśmy stąd nad morze – powiedziała Anacaona cicho. – Kiedy byliście mali.

Zacisnęła mocniej palce na przedramieniu syna.

Toltecatl skinął głową bezmyślnie.

– Chodźmy – mruknął.

Podeszli do wejścia prowadzącego do głównej hali, mijając po drodze żołnierzy rozstawionych w równej odległości wzdłuż sznura, wszystkich ze strzelbami trzymanymi w gotowości i z dodatkowymi pistoletami wiszącymi w kaburach na biodrach. Z każdym krokiem Toltecatl czuł, jak coraz więcej osób z tłumu skupia na nich uwagę. Wyprostował się, uniósł wyżej głowę.

Nagle gdzieś z boku dobiegł go okrzyk:

– Dziwka tchórza!

Drgnął i obrócił się gwałtownie, ale nie dostrzegł nikogo podejrzanego. Strażnik świątynny, który prowadził Tlallię, spytał cicho:

– Szukać…?

– W tym tłumie to strata czasu – odpowiedziała de Garlande, zanim Toltecatl zdążył. Kobieta zacisnęła usta lekko, ale nie wydawała się poza tym szczególnie poruszona. – Chodźmy, bo zaraz zrobi się zamieszanie.

Tecciztecatl westchnął.

– Trzymajcie broń w pogotowiu – poprosił żołnierzy na wszelki wypadek.

Do głównej hali udało im się jednak dotrzeć bez dalszych incydentów. Ścieżka wyznaczona przez sznury prowadziła do pomostu po lewej stronie, który pozwalał na przejście ponad torami i dostanie się na dalsze perony. Stało na nim kilkanaście osób – zielony płaszcz Itzcoatla Toltecatl rozpoznał już z daleka. Taki sam pomost, rozciągnięty po prawej stronie od wejścia, był zupełnie pusty, pilnowany przez osobną grupę żołnierzy.

Kapłan spojrzał na niego krótko, czując, jak dreszcz przechodzi mu po karku, zanim ludzie z ich eskorty poprowadzili ich dalej.

Wspięli się na metalowe schody, dziwnie śliskie i chybotliwe. Na ich szczycie Toltecatl zatrzymał się na chwilę, omiatając wzrokiem wnętrze całej hali. Wszędzie, gdzie tylko mogli, tłoczyli się ludzie: na peronach, na ławach, ale też i w obniżeniach na torach.

– Kapłanie Teccizecatlcie, proszę tutaj!

Toltecatl z trudem oderwał wzrok od tego ludzkiego mrowia, żeby zobaczyć, że burmistrz macha na niego.

Podszedł więc bliżej, z matką i Tlallią u boku.

– Jak to dobrze, że ta zamieć was nie zatrzymała – powiedział mężczyzna, potrząsając jego dłonią. Miał mocny, pewny uścisk, a oczy błyszczały mu dziwnie, jakby gorączką. – Mieliście jakieś kłopoty?

– Przed mostem… Mam nadzieję, że nie czekaliście specjalnie na nas?

– Nie, nie, jeszcze ktoś inny musi dojechać. Ale panie mogą usiąść z tyłu, odpocząć. – Wskazał ławkę ustawioną przy barierce.

Toltecatl pokiwał głową i zerknął na matkę.

– Poradzisz sobie? Muszę… zamienić słowo z kapłanem Tecuampilem.

Puściła jego rękę niechętnie, ale skinęła głową. Tlallia tymczasem już zajęła miejsce, a jej twarz przybrała nieobecny wyraz. Toltecatl nie był pewien, czy myśli w tej chwili o Cuallim, czy o mężu. Przez sekundę kusiło go, żeby podejść do niej i upewnić się, że sobie radzi, ale nie chciał przyciągać do niej zbędnej uwagi. Zamiast tego odwrócił się więc i ruszył do Itzcoatla. Ten stał na uboczu, opierając się łokciami o kutą poręcz i ze znudzeniem obserwując tłum poniżej.

– Dzień dobry… – mruknął Toltecatl.

Kapłan spojrzał na niego powoli, bez cienia sympatii.

– Dnia, w którym muszę zmarnować tyle czasu na urządzaną przez burmistrza farsę, nie nazwałbym dobrym.

Toltecatl westchnął i przyciszył głos:

– Tak, oczywiście. Ale możemy porozmawiać? Zdarzyło się… coś dziwnego.

Itzcoatl zerknął ponad jego ramieniem na grupkę osób zebranych na pomoście. Większość z nich stanowili politycy, których twarze Toltecatl mgliście kojarzył z gazet.

– Nie teraz – stwierdził.

– A później?

Kapłan skinął krótko głową.

Przy schodach zapanowało zamieszanie, więc Toltecatl odruchowo wychylił się przez barierkę, żeby dostrzec jego przyczynę. Momentalnie dotarło do niego, na kogo czekał burmistrz.

Acalan Montezuma wszedł na pomost, nie zwracając większej uwagi na ludzi, którzy kłaniali się przed nim sztywno. Wyglądał tak samo jak w dniu, w którym zwołano konferencję po ucieczce Eztlego, jeśli nie liczyć zdobnego, wyszywanego złotą nicią płaszcza – wzór przedstawiający pierzastego węża wił się dookoła jego rękawa, przecinał klatkę piersiową i plecy, aż wreszcie kończył łbem ułożonym na wysokości serca. Sposób, w jaki lśnił w blasku lamp, niemal hipnotyzował Toltecatla. Z trudem odwrócił od niego wzrok.

Ostatni przed Montezumą ukłonił się burmistrz. Następnie zbliżył się do barierki, podnosząc dłonie, aby zwrócić uwagę tłumu, który szemrał w dole. Cisza zapadła zaskakująco szybko, wręcz nienaturalnie. Toltecatl spojrzał na gąszcz uniesionych głów i zadrżał nieznacznie.

– Obywatele. – Burmistrz opuścił ręce, uniósł za to nieco wyżej podbródek. Jego głos był pewny, donośny. – Doceniam, że przybyliście tak tłumnie mimo zamieci, która w tej chwili gnębi nasze miasto. Wasza determinacja sprawia, że moje serce rośnie, bo oto dostrzegam siłę, której nie mogą złamać ani lodowate wichry, ani ciężkie czasy. Widzę ludzi, którzy gotowi porzucić są swe bezpieczne domy i zgromadzić się tutaj, właśnie dzisiaj, właśnie teraz.

Toltecatl zerknął kątem oka na Itzcoatla i tak jak się spodziewał, na jego ustach zobaczył kpiący uśmieszek. Kapłan wsunął dłonie do kieszeni płaszcza w nonszalanckim geście i przechylił głowę, wyraźnie rozbawiony.

Burmistrz nie zwracał na niego uwagi. Tym razem ręce wyciągnął przed siebie, jakby próbował objąć nimi całą halę.

– Czy wiecie, dlaczego tu jesteście? – spytał głośno, choć jego głos nadal był spokojny. – Jesteście tu, bo wierzycie w sprawiedliwość. Wierzycie w prawo. Wierzycie w imperium, które my wszyscy zbudowaliśmy, któremu ofiarowaliśmy tak wiele, nie tylko na ołtarzach, ale każdego dnia naszej ciężkiej pracy.

Entuzjastyczne okrzyki z tłumu zaskoczyły Toltecatla tak mocno, że niemal cofnął się o krok. Spodziewał się chyba wszystkiego, ale nie radości, która nagle wybuchła poniżej.

Burmistrz odczekał chwilę, aż ludzie uspokoili się wystarczająco, by go nie zagłuszać. Oparł ręce o barierkę i przechylił się nieznacznie do przodu.

– Wytrwajcie, a wasza lojalność zostanie doceniona. Wierzcie, a nasz dom przetrwa tysiąclecia.

Kolejne wiwaty, gwizdy, okrzyki. Toltecatl przymknął oczy, walcząc z mdłościami. Itzcoatl uśmiechnął się nieco szerzej.

Burmistrz tymczasem skinął nieznacznie do policjanta stojącego po lewej, a ten na migi dał znać komuś czekającemu na schodach do przeciwległego mostu.

Wystarczyła chwila, by wprowadzona została na niego grupa ludzi, jakże różna od tej, która zgromadziła się na pierwszym.

– Spójrzcie! – krzyknął burmistrz, pokazując dłonią przed siebie. – Spójrzcie na tę żałosną bandę wichrzycieli, którzy ośmielają się nazywać „wyzwoleńcami”. – Ostatnie słowo niemal wypluł, tyle w nim było jadu i obrzydzenia. – Oto ci, którzy wchodzą do domu i podrzynają gardła niewinnym, ci, którzy burzą mury i sprowadzają na nas gniew bogów, ci, przez których parę dni temu zginęło tak wielu dobrych ludzi, tak wiele dzieci! Spójrzcie na nich teraz!

Toltecatl zmusił się, żeby unieść głowę.

– Dobra, szykujcie się. Jedzie – rzucił Bury.

Momentalnie postawiło to wszystkich na nogi. Oliver mocniej zacisnął dłonie na uździe konia, Hughes wyciągnął pistolet z kabury, John stanął po drugiej stronie przejścia, obserwując tyły.

Po chwili Eztli usłyszał przeciągły gwizd lokomotywy, z trudem przebijający się ponad hukiem wichury. Ściana wiaduktu zaczęła drżeć, wprawiona w wibrację przez potężny, parowy silnik.

– Czekać. – Bury wychylił się nieznacznie spod wiaduktu. Rękę trzymał uniesioną.

Eztli zawahał się i zrobił krok do tyłu, ale zaskoczone spojrzenie Hughesa zatrzymało go na miejscu. Niechętnie sięgnął do swojej kabury. Musiał przekonać wyzwoleńców, że jest jednym z nich.

Wałach zatańczył w uprzęży, uderzając kopytami w lód. Chrapy miał rozdęte, w oczach błysnęło białko, gdy szarpnął głową.

– Szlag – burknął John i doskoczył do Olivera, żeby mu pomóc. Gdyby koń poniósł, cała ich akcja skończyłaby się klęską.

Tymczasem lokomotywa wjechała na tory ponad ich głowami. Eztli zobaczył jej cień, przesuwający się absurdalnie powoli, i zaczął odliczać kolejne wagony. Pociąg wlókł się, tocząc z zamiecią wojnę o każdy mijany jard, ale w odczuciu de Garlande’a i tak jechał zbyt szybko.

Nagle Bury opuścił dłoń.

– Teraz – warknął.

Wyskoczyli spod wiaduktu w tym samym momencie, gdy ktoś ze zgrzytem rozsunął drzwi wagonu towarowego.

Eztli kątem oka dostrzegł, jak coś zostaje wypchnięte na zbocze nasypu kolejowego. Zrobił krok w kierunku pociągu, ale zatrzymał się gwałtownie, gdy uświadomił sobie, że nie jest to skrzynia z amunicją, na którą czekali.

Ludzkie zwłoki zsunęły się po śniegu, zostawiając za sobą ślad świeżej krwi.

De Garlande momentalnie uniósł rewolwer, celując w człowieka, który pozostał w wagonie, ale się zawahał. Tamten nie próbował się ukryć ani strzelić w ich stronę. Stał w nonszalanckiej pozie, barkiem oparty o rozsunięte drzwi, jakby rzucał im wyzwanie. Eztli przez śnieg nie mógł przyjrzeć się jego twarzy, ale był prawie pewien, że obcy miał rude włosy.

Jak Walker, pomyślał z niechęcią.

W następnej chwili Bury złapał go za nadgarstek i szarpnięciem skierował jego broń w ziemię.

– Ściągniesz na nas ochronę – warknął.

De Garlande skinął głową i zdjął palec ze spustu. Wagon odjechał już zbyt daleko, aby przy tak marnej widoczności mógł liczyć na pewny strzał.

Hughes tymczasem zdążył podejść do zwłok i ciągnął je właśnie w stronę wiaduktu. Eztlemu jakoś udało się otrząsnąć na tyle, aby mu pomóc. Zbliżył się niechętnie i złapał za nogi trupa, żeby go przenieść.

Gdy znaleźli się pod osłoną, Oliver odwrócił się od konia i spojrzał na nich szeroko rozwartymi oczami.

– A-ale… co?

To samo pytanie cisnęło się na usta Eztlemu.

Zerknął na martwego, czując się dziwnie otępiały. Nigdy nie spotkał tego człowieka, był tego pewien, ale niewiele to zmieniało. Nikomu nie życzył takiej śmierci.

– On jest od nas? – upewnił się.

Hughes skinął głową, a Bury przykląkł przy trupie. Ostatnie chwile zabitego nie były lekkie. Połowa jego szczęki została skruszona, jakby uderzono go czymś ciężkim, a nadgarstki i kostki spętane miał drutem. Krew na jego kurtce – żołnierskiej – nie zdążyła jeszcze zamarznąć ani tym bardziej skrzepnąć.

– N-nie rozumiem – wykrztusił Oliver.

Trząsł się tak bardzo, że John zabrał mu lejce z ręki i siłą odsunął dalej od wałacha.

Eztli czuł się tak samo zagubiony. Ledwo docierały do niego dźwięki otoczenia: stukot kół pociągu, który nadal toczył się nad ich głowami, wycie zamieci. Słyszał tylko szum własnej krwi, pulsującej w uszach.

– To on miał wyrzucić skrzynie z bronią? – spytał.

Bury skinął głową. Biorąc pod uwagę okoliczności, wydawał się przeraźliwie spokojny. Szybkim ruchem rozpiął kurtkę zmarłego. O lód uderzyła metalowa papierośnica, która wypadła zza jej poły, dla bezpieczeństwa przywiązana do szyi trupa kawałkiem rzemienia. Wyzwoleniec otworzył ją i obejrzał na kawałek ciasno złożonego papieru. Nie wydawał się zaskoczony.

Uniósł głowę i spojrzał na Hughesa, który stał w milczeniu, blady, jakby sam się wykrwawiał.

– Wiadomość od Anvila – powiedział Bury.

Na początku Toltecatl zamiast skazańców na pomoście widział zmarłych sprzed tygodnia, ich szczątki ułożone na placu przed świątynią w równym rzędzie, a wspomnienie to wzburzyło krew w jego żyłach. Ale po chwili co innego zaczęło przebijać się do jego świadomości i wściekłość, tak gorąca, że przez ułamek sekundy gotów byłby udusić zbrodniarzy własnymi rękoma, wygasła jak ognisko przysypane śniegiem.

Wyzwoleńcy zgromadzeni na przeciwległym moście naprawdę wyglądali nędznie. Dystans zacierał szczegóły, ale i tak widział, że ledwo stoją na nogach – cienie już bardziej niż prawdziwi ludzie, paru mężczyzn i ze dwie kobiety, wszyscy z twarzami ciemnymi od sińców i włosami zlepionymi w kłaki, najpewniej od krwi. Wzrok Toltecatla przyciągnęły jednak dwie najwątlejsze sylwetki: chłopak, który wyglądał, jakby jego ramię wyrwane było ze stawu, bo zwisało martwe i nieruchome, oraz dziewczynka, która mimo kajdanek próbowała cały czas tulić się do jego boku.

Dzieci, które pomogły Eztlemu, pomyślał, czując, jak żółć podchodzi mu do gardła.

Aż do teraz miał nadzieję, że Itzcoatl wycofał się ze swojego żądania, a nawet jeśli nie, to ktoś inny go powstrzymał. Że proszenie go, by oszczędzić im życie, coś dało.

– Nie odwracaj wzroku. – Tecuampil jakby wyczuł jego myśli, bo pochylił się do niego i dodał szeptem: – W końcu to przyjaciele de Garlande’a.

Toltecatl ukrył dłonie w kieszeniach, żeby kapłan nie mógł zobaczyć, że zacisnął je w pięści. Na dole tłum szalał, krzyczał, ale nie były to już te entuzjastyczne nawoływania z wcześniej. W głosach ludzi Teccizecatl wyczuwał żądzę mordu. Burmistrz nie próbował nawet przekrzykiwać tego chaosu.

Toltecatl powoli wypuścił powietrze i zmusił się, żeby ponownie spojrzeć na drugi most. Nie dał rady pomóc tym dzieciom, ale mógł je przynajmniej zapamiętać.

Policjanci zakładali właśnie sznury na szyje skazańców, gdy tymczasem żołnierze odpychali widzów od schodów, bo wyglądało na to, że było parę osób, które chciało wymierzyć sprawiedliwość własnoręcznie. Co zaskoczyło Toltecatla, ci najbardziej wściekli nosili się po europejsku.

Powoli wyzwoleńcy przechodzili przez barierkę mostu i stawali na wąskim pasku drewna, szerokim tylko na tyle, by można było oprzeć na nim pięty. Policjanci zachęcali ich do tego kułakami i ciosami, których nie próbowali nawet zamarkować, choć w odczuciu Toltecatla brutalność nie była potrzebna. Ludzie, których widział, dawno już stracili nadzieję na to, że wyjdą z tego żywi.

Niektórzy płakali, jak ta dziewczynka, która wyglądała, jakby miała najwyżej ze dwanaście lat, inni, jak jej brat, wpatrywali się w przepaść pod stopami z pustym, zobojętniałym wyrazem twarzy. Sznury zwisały z ich szyi, końcami przywiązane do tej samej poręczy, której skazańcy trzymali się, żeby nie zsunąć się z mostu.

– Niech sprawiedliwości stanie się zadość! – krzyknął burmistrz, a ponieważ jego głos utonął wśród innych, machnął ręką, dając znak policji.

Na moment przed tym, nim został popchnięty, chłopak z wybitym barkiem złapał swoją siostrę za rękę.

Toltecatl zamknął oczy i cofnął się, nagle niezdolny do utrzymania fasady. Przycisnął dłoń do ust, próbując zapobiec torsjom. Nikt jednak nie zwracał uwagi na to, co się z nim dzieje.

Nikt poza Itzcoatlem.

Kiedy Toltecatl w końcu otworzył oczy, momentalnie napotkał jego wzrok.

– Chodź – rozkazał kapłan. – Bardziej martwi już się nie staną.

2Fragment kołysanki Macochi Pitentzin, tłumaczenie własne na podstawie angielskiego przekładu.

Rozdział 2

w którym ogień pożera mrok

Nie mieli ze sobą łopat ani kilofów, a ziemia była zbyt zmarznięta, aby rozkopać ją rękoma, więc za grób posłużył płytki wykrot pod korzeniami przewalonego dębu.

Niewiele mówili, żeby nie krzyczeć ponad wiatrem, który doskwierał nawet w głębi lasu. Zresztą, nie było też wiele, co mogliby powiedzieć.

Hughes i Bury zajęli się zmarłym, a John pilnował konia przy rzece. Oliver snuł się wokół, otępiały. W teorii miał stać na czatach, ale tak naprawdę odesłali go, aby nie przeszkadzał. Jego ojciec co jakiś czas rzucał w stronę syna pochmurne spojrzenia.

Eztli stał przy drzewie, z rękami schowanymi głęboko w kieszeniach kurtki, w milczeniu obserwując pochówek. Czuł się nie na miejscu, jak obcy, który przypadkiem zawędrował na cmentarz i został uznany za żałobnika.

Bury odwinął drut z rąk i nóg mężczyzny, a później zaczął go rozbierać z munduru, walcząc z tężejącymi szybko kończynami. Zdjął mu też buty i wszystko, łącznie z pasem z pustą kaburą od pistoletu, a następnie zwinął w jeden tobołek. W tym samym czasie Hughes upewnił się, że nie zostawili niczego, co mogłoby sugerować, że zmarły był żołnierzem – to, jak sprawnie zajmował się zwłokami, niepokoiło de Garlande’a. Boleśnie uświadamiało mu, jak niewiele wiedział o swoim byłym pracowniku.

Wreszcie wyzwoleńcy wepchnęli zwłoki pod splątane korzenie. Inżynier przez chwilę klęczał jeszcze nad wykrotem, a gdy się odsunął, Eztli zobaczył, że trup ma dłonie skrzyżowane na zakrwawionej piersi i zamknięte oczy.

Wilki rozszarpią go jeszcze tej nocy, pomyślał, ale nie powiedział tego głośno.

Bury podszedł do Olivera i popchnął go bliżej powalonego drzewa.

W milczeniu stanęli w okręgu, ledwo widząc się nawzajem.

Syn Hughesa ciągle drżał, obejmując się ramionami. Eztli nie widział dobrze jego twarzy, ukrytej za grubą wełnianą chustą, którą nosił zamiast szalika, ale domyślał się, że płacze. Ojciec położył dłoń na jego ramieniu i ścisnął je lekko, ale nie powiedział niczego. Bury też milczał. Obaj zdawali się równie zamyśleni.

Może wspominali zmarłego. Może snuli w głowach plan zemsty. Ich spokój wydawał się Eztlemu upiorny, nieludzki. Mimo woli zaczął się zastanawiać, ile osób pożegnali w ten sposób przez ostatnie lata. Gazety chętnie donosiły o kolejnych sukcesach w walce z wyzwoleńcami, ale o ilu śmierciach nie wiedziały lub nie mogły pisać, de Garlande nawet nie próbował zgadywać.

Zacisnął jedną dłoń na palcach drugiej – ból z paznokcia, który dopiero zaczął odrastać, nagle wydawał się niemal przyjemny. Jak dowód, że on nadal żyje.

Wreszcie Bury drgnął i wykonał dziwny gest. Najpierw dotknął dłonią czoła, później swojej piersi, a następnie obu ramion. Dla reszty najwyraźniej był to znak, że czas odejść. Powtórzyli go szybko, a następnie Hughes pociągnął syna w stronę rzeki. Bury schylił się i podniósł rzeczy zmarłego. Skinął Eztlemu głową, by też się pospieszył.

Ten ostatni raz spojrzał na prowizoryczny grób, a później powlókł się za resztą, czując, jak niewidzialny ciężar przygniata mu ramiona. Miał wrażenie, że śmierć podąża za nim niestrudzenie jak ogar na polowaniu – a za każdym razem, gdy się jej wyślizguje, ginie ktoś inny.

John stał przy saniach na zakolu rzeki, pod skałą, która dawała lichą osłonę przed wichurą. Dłoń trzymał na broni, ale rozluźnił się, gdy tylko zobaczył, że to oni.

– Gdzie teraz? – spytał, gdy się zbliżyli.

Bury wrzucił mundur na sanie i przykrył go jutową płachtą, a następnie przejął od mężczyzny lejce. Milczał przez moment, unosząc twarz w stronę zasnutego chmurami nieba.

– Rozdzielimy się. Dwie osoby wrócą z wiadomością do Mazatla, a reszta weźmie konia i przyczai się w domu Emmy, aż śnieżyca ucichnie…

– Ja wracam do Londynu. – Eztli nawet nie czekał, aż dokończy rozkaz.

Wyzwoleniec się skrzywił.

– Płuca sobie wyplujesz po drodze – zauważył. – A my nie możemy pozwolić sobie na kolejny pogrzeb.

– Niech idzie – wtrącił się Hughes.

Obaj spojrzeli na niego zaskoczeni. Inżynier też wpatrywał się w niebo. Jego głos był nieobecny.

– Nie wiemy, ile dni potrwa ta zamieć, a Mazatl w każdej chwili może go potrzebować. – Hughes przeniósł wzrok na Burego. – Mnie też zresztą. Daj mi list.

Oliver jakby się ocknął z marazmu i zrobił krok w stronę ojca.

– Też pójdę…

– Nie. – Inżynier nawet nie spojrzał w jego stronę. Wzroku nie spuszczał z Burego.

Eztli milczał, czekając na rozwój sytuacji. Atmosfera pomiędzy wyzwoleńcami gęstniała z każdą mijającą sekundą.

John odkaszlnął i splunął na lód.

– Jeśli chcecie, to wszyscy się wleczcie do Londynu, ale ja wracam do Emmy, bo jaja zaraz mi zamarzną – warknął. – A poza tym ktoś musi jej powiedzieć, że jej brat nie żyje.

Te słowa podziałały na resztę jak kubeł zimnej wody. Oliver skulił ramiona i wcisnął dłonie w rękawiczkach pod pachy, a Hughes odwrócił wzrok. Bury westchnął i wysunął z kieszeni kartkę, którą znaleźli przy zwłokach.

– Mam nadzieję, że dobrze znasz drogę, Robert – powiedział, podając ją Hughesowi. Ten tylko skinął głową.

Eztli wychylił się zza skały i drgnął, gdy świeży podmuch wiatru uderzył go prosto w twarz. Przez chwilę się zastanawiał, czy podjął dobrą decyzję, ale ostatecznie tylko zaklął pod nosem. Nie mógł czekać, aż niebo się przejaśni.

Wielka papuga o błękitnych piórach uwiesiła się dziobem na żelaznej kracie. Nieprzyjemny, metaliczny odgłos rozpłynął się po salonie, a zaraz później dołączyły do niego jej skrzeki. Była głośna i niespokojna. Jej paciorkowate oczy omiatały pomieszczenie, co chwila próbowała też rozpostrzeć skrzydła, choć nie miała na to miejsca. Jej ruchy kołysały masywną, podwieszoną pod sufitem klatką tak mocno, że wyglądało to, jakby hak zaraz miał wysunąć się z tynku, a całość uderzyć o dywan leżący poniżej.

Toltecatl głębiej osunął się w fotelu, pustym wzrokiem wpatrując się w ogień pożerający kolejne polana.

Większość pomieszczenia tonęła w cieniach, ale wątły krąg światła wokół kominka odsłaniał bogate meble i dekoracje, soczyste kolory tkanych w geometryczne wzory pledów, kunszt jadeitowych posążków i delikatnej porcelany filiżanek ustawionych na niskim stole z marmurowym blatem.

Było jednak w tym miejscu coś dziwnego, nienaturalnego, co sprawiało, że z każdą mijającą minutą oczekiwania Teccizecatl czuł się coraz bardziej niekomfortowo. Jego oczy wyławiały z półmroku kolejne szczegóły, które były prawie właściwe, a jednak sprawiały, że cierpła mu skóra.

Figurki zwierząt i bogów nie stały na półkach jako ozdoby, ale leżały na stole i podłodze niczym zabawki porzucone przez znudzone dziecko. Obraz zawieszony nad gzymsem przedstawiał statek Corteza, ten sam, który został uwieczniony na malunku znajdującym się w gabinecie ojca Toltecatla, ale ktoś nieumiejętnie dorysował na jego pokładzie koślawych ludzi otoczonych przez kolorowe, bezkształtne gryzmoły. Na komodzie przy drzwiach stała wypchana druga papuga, ustawiona w ten sposób, by patrzeć na klatkę żywej.

Nie miała lewego skrzydła.

Pod oknami domu przejechał kolejny powóz, głośne rżenie koni na chwilę przebiło się ponad wyciem wiatru i Toltecatl drgnął, jakby wybudzony ze snu.

Westchnął, potarł napięte, zdrętwiałe ramię i pochylił się, żeby dolać sobie zimnej herbaty.

Drzwi do salonu się otworzyły, wywołując kolejną lawinę skrzeknięć i odgłosów, które brzmiały niemal jak nahuatl.

Teccizecatl podniósł się, wstał i omiótł spojrzeniem Itzcoatla.

– Czy macie już dla mnie czas, kapłanie? – spytał, nie pozwalając irytacji wkraść się do jego głosu.

Z jednej strony odniósł wrażenie, że Itzcoatl kazał mu czekać tak długo, aby go ukarać – znowu – z drugiej jednak coś w jego zamyślonym wyrazie twarzy go zaniepokoiło.

– Powiedzmy.

Itzcoatl podszedł do kominka i zapadł się w drugim fotelu, a następnie położył nogi na brzegu stolika, strącając z niego figurkę orła. Upadła cicho na dywan.

Toltecatl odczekał chwilę, a gdy kapłan nie rozpoczął rozmowy, westchnął.

– Czułem go dzisiaj – powiedział cicho, pamiętając, że za drzwiami stoją strażnicy. – Tak blisko, jakbym znowu znalazł się w świątyni. – Zamilkł na chwilę, bo kolejne słowa nie chciały przejść mu przez gardło. Wspomnienie momentalnie odżyło, jakby tylko czekało na okazję. Ból w piersi. Chłód wody. Dłonie zaczęły mu drżeć. – Nie mogłem się poruszyć – wyszeptał. – Czy to… Czy to normalne?

Itzcoatl spojrzał na niego, ale trudno było ocenić, co myśli o tych słowach. W końcu wzruszył ramionami.

– Nie wiem – stwierdził powoli. – Ja byłem noworodkiem, gdy pojawiło się połączenie pomiędzy mną a Tlalockiem. Przyzwyczaiłem się do niego, zanim zacząłem mówić. Nalej mi herbaty.

Toltecatl zamrugał.

– Jest zimna.

– Niech będzie. W szafce pod papugą znajdziesz rum.

Itzcoatl odwrócił od niego wzrok, jakby stracił zainteresowanie, więc Toltecatl stłumił westchnięcie i poszedł po alkohol. Ogień zamigotał w rzędzie butelek, gdy otworzył szafkę. Większość z nich była napoczęta i odstawiona po paru łykach.

Wyłowił tę z rumem i wyprostował się, mimowolnie zerkając na papugę.

Wygląda identycznie jak ta w klatce, uświadomił sobie. Ten błękit.

Kolejny dreszcz przeszedł mu po plecach, ale go zignorował. Wrócił do Itzcoatla, zaprawił mu herbatę i podsunął filiżankę.

Nie spodziewał się podziękowań i ich nie otrzymał.

Usiadł więc znowu w swoim fotelu i po prostu czekał.

– Ale to nigdy nie zniknie – powiedział w końcu kapłan. Sięgnął po herbatę, lecz nie uniósł napoju do ust. Wbijał wzrok w ogień. – To połączenie. Choćbyś się upił, naćpał opium, uciekł na inny kontynent. On zawsze tam będzie. W ciemności za twoimi powiekami.

Toltecatl się skrzywił.

– Nie czułem tego wcześniej.

Zabrzmiało to jak wyrzut, choć tego nie planował. Odkaszlnął, zmieszany.

– Znaczy, przez chwilę na świątyni, jako dziecko, ale nigdy później. Nawet gdy chodziłem do administracji. Gdy… gdy miałem poświęcić Eztlego. Dopiero teraz. Co to…?

– Nie wiem. – Głos Itzcoatla stał się ostry jak uderzenie batem.

– Idą. Idą. Idą – zaskrzeczała papuga i tym razem Toltecatl zrozumiał jej kulawy nahuatl. – Zły, zły chłopiec.

– Ty też się zamknij – mruknął Itzcoatl i wypił herbatę duszkiem. Odłożył filiżankę z brzękiem na stół i wbił w Toltecatla spojrzenie. – Nikt nie wie. To nie tak, że istnieją instrukcje postępowania z bogami. – Obnażył zęby aż do warg, na nieludzki, psi sposób. – Spłonęły w pożarze wywołanym przez pierdolniętego dziadka imperatora.

Toltecatl spojrzał na niego, skonfundowany.

– Przecież książki, podręczniki… – zaczął.

Na ustach Itzcoatla zamajaczył kpiący uśmiech.

– Bardzo nam pomogły jak na razie, prawda?

Znowu spojrzał w ogień.

– Były dzienniki – powiedział cicho. – Kiedyś. Pilnowane pod ścisłą strażą. Tylko paru najwyższych kapłanów miało do nich dostęp. I ci, którzy zostali wybrani przez bogów, oczywiście. Zresztą, zwykle to oznaczało jedno i to samo. Prawdziwe teksty zapisane przez ludzi, którzy ujarzmili bogów. Wszystko przepadło w pożarze stolicy sto lat temu. I książki, i ci, którzy znali ich treść.

Toltecatl powoli trawił te informacje.

– I nikt nie wykonał kopii?

– Oczywiście, że nie. Wyobrażasz sobie, co by zrobili nasi wrogowie, gdyby dotarli do tych informacji? – Kapłan wzniósł oczy ku sufitowi. – Czasami w rodzinach krążą legendy, są jakieś listy ze skrawkami wiadomości… ale ani w mojej, ani w twojej linii krwi niczego nie mogliśmy znaleźć… Niektóre rzeczy można było odtworzyć na podstawie instrukcji, jakie otrzymały świątynie, w których przetrzymywani są bogowie. Jak rozpoznać powiązanie. Jak postępować z osobami, które się połączyły. Stare prawa. Ale nie ma w tym nic o tym, dlaczego oni zachowują się tak lub inaczej. To możemy tylko zgadywać. – Opuścił nogi na dywan i pochylił się, łapiąc za butelkę rumu. Nalał sobie go bezpośrednio do filiżanki po herbacie i znów usiadł wygodniej. – Ci durnie ze świątynnej administracji tego nie rozumieją, a politycy jeszcze mniej. Dzisiaj pytali mnie, czy skoro ofiara musi być ci bliska, nie możesz w zastępstwie Eztlego poświęcić swojej siostry. A skąd ja mam to wiedzieć? Nie mamy nigdzie instrukcji, co robić, gdy bóg nie otrzyma ofiary, którą sobie upatrzył.

– …którą? Nenetl?

Toltecatl poczuł, że spada. Siedział nieruchomo, z dłońmi zaciśniętymi w pięści tak mocno, że paznokcie przebijały się przez jego skórę, ale nie czuł bólu. Patrzył na Itzcoatla, który był zbyt zatopiony we własnych myślach, by zauważyć choćby, że ton głosu rozmówcy się zmienił.

– Przecież nie tę wybrakowaną – odpowiedział kapłan z przekąsem. – Ale to za duże ryzyko. Gdyby Huītzilōpōchtli zamiast ją przyjąć, zdecydował się z nią związać, nasze kłopoty wzrosłyby dwukrotnie. Dziewczyna jest w paskudnym wieku.

Krew huczała w uszach Toltecatla.

– Proponowali zabicie Nenetl?

– To właśnie powiedziałem. Głupcy – stwierdził Itzcoatl z pogardliwym prychnięciem. – Musimy uśpić boga, a nie podsuwać mu dodatkowe źródło pragnień…

– Ja pieprzę, Itzcoatl. Kto ci proponował zabicie mojej siostry?

Wstał gwałtownie, mając gdzieś, że przysiągł sobie nie denerwować bardziej tego człowieka.

Itzcoatl uniósł na niego wzrok.

– Siadaj.

– Kto?

– Montezuma. I siadaj. Straszysz mi papugę.

– Zły, zły, zły – zaskrzeczało ptaszysko, obijając skrzydłami o pręty klatki.

Toltecatl nie usiadł. Wpatrywał się w kapłana wściekły i przerażony równocześnie. Ramiona mu drżały, źrenice miał rozszerzone.

– I powiedziałeś mu, że tego nie zrobimy? – upewnił się. Serce tłukło się w jego piersi jak oszalałe. Miał wrażenie, że z każdą mijającą chwilą w pokoju robi się odrobinę zimniej.

– Powiedziałem, że to równie dobrze mogłoby opóźnić, co przyspieszyć koniec świata. – Twarz Itzcoatla znowu wyglądała jak obojętna maska. Wypił haust rumu i sam się podniósł. – Gdybyśmy mieli więcej czasu… gdybyśmy wiedzieli więcej, może odważyłbym się na ryzyko. Albo gdyby twój oj…

Toltecatl nie pozwolił mu dokończyć zdania. Złapał za przód kaftana przełożonego i szarpnięciem przyciągnął go do siebie. Trącona przy okazji butelka przewróciła się z brzdęknięciem i resztka alkoholu polała się po blacie.

– To moja siostra – wycedził, patrząc wprost w zimne, wężowe oczy kapłana.

Kałuża rumu zaczęła pokrywać się cienką warstewką lodu.

– I za jakieś cztery tygodnie umrze razem z nami wszystkimi – odpowiedział Itzcoatl głosem wyzutym z jakichkolwiek emocji. – Przed chwilą odebrałem raport z Greenwich.

Nad paleniskiem unosił się kłąb gęstego, ciemnego dymu, ale w nocy i tak nikt nie zdołałby go wypatrzeć. Eztli przyklęknął na jedno kolano i wrzucił do tlącego się ognia kolejną wilgotną gałąź, a następnie przysunął nieco bliżej płomieni żelazny garnek, w którym topili śnieg.

Był spragniony, zmęczony i niespokojny.

Hughes parę kroków dalej rozkładał koce, które wygrzebał ze skrzyni stojącej pod ścianą, aby przygotować im posłania. W czasie drogi właściwie nie rozmawiali, oszczędzając siły, a gdy dotarli do leśnej kryjówki – tuż przed zmierzchem – było tak wiele drobnych zadań do wykonania, że Eztli nie miał nawet czasu o nic zapytać. Ale teraz, gdy w końcu mogli odpocząć, zaczynały kąsać go myśli równie dotkliwe jak mróz skuwający świat po drugiej stronie lichych kamiennych murów chaty.

Czy doszło już do egzekucji…?

Informacja o tym, że ludzie, którzy go ocalili, zostali skazani na śmierć, krążyła po Londynie od paru dni. Mazatl uznał, że policja próbuje sprowokować ich do próby odbicia więźniów, i kazał wszystkim trzymać się daleko od dworca. Eztli rozumiał jego argumenty, ale…

To wyzwoleńcy, upomniał się, śledząc wzrokiem iskry wolno wirujące ponad płomieniami. Zbrodniarze. I tak mieli krew na rękach.

Przed oczami stanął mu Darrell, przygarbiony, przestraszony, z policzkiem wciąż zaczerwienionym po ciosie, który mu wymierzył.

– On uciekł – wyszeptał sam do siebie. – Musiał.

Nie dopuszczał do siebie myśli, że mogło być inaczej.

– Mówiliście coś, sir? – Hughes podszedł bliżej i usiadł na koślawym zydlu. Podniósł z podłogi żelazny kubek i zanurzył go w wodzie ze stopionego śniegu.

De Garlande się wzdrygnął.

– Nie, nic ważnego – wymamrotał. – I nie musisz zwracać się do mnie sir – dodał po chwili. – W tych okolicznościach to trochę… Sam rozumiesz.

Wyzwoleniec pokiwał głową.

– Trudno pozbyć się starych nawyków.

Napił się i podał Eztlemu kubek. W chacie niemal nie było mebli, a wszystkie drobniejsze sprzęty wyglądały na stare i podniszczone – na osobie, która trafiłaby tu przypadkiem, miejsce miało wywierać wrażenie dawno opuszczonego. De Garlande spojrzał na naczynie – jeszcze nie tak dawno brzydziłby się go dotknąć. Teraz po prostu przytknął je do ust.

Woda miała inny smak niż ten, do którego przywykł. Pomiędzy zębami zawieruszyła mu się sosnowa igła, więc przechylił się i wypluł ją na klepisko.

Hughes wyciągnął dłonie do ognia, żeby je ogrzać. Jego wyraz twarzy był nieobecny, odległy.

W końcu to de Garlande zdecydował się przerwać ciszę:

– Dobrze znaliście… Jak miał na imię ten, który zginął?

– Adam. – Hughes z trudem oderwał wzrok od ognia. Wydawał się starzeć z każdym dniem o lata. – Adam Brook.

– Chyba nigdy o nim nie słyszałem.

– Nie pracował u was. – Głos Hughesa zadrżał trochę. – Dobry człowiek.

Na to Eztli nie znalazł odpowiedzi. Znów siedzieli przez chwilę w milczeniu, wsłuchani w wycie wichru i trzask płonącego drewna. Śnieg stopił się do końca w garnku, ale i tak nie mieli w nim co ugotować – w pośpiechu zostawili prowiant na saniach. De Garlande zresztą nie był pewien, czy dałby radę cokolwiek przełknąć tej nocy.

– Anvil… – wyszeptał. – Słyszałem już to nazwisko. Funkcjonariusze, którzy mnie przesłuchiwali, pytali o niego…

Urwał, gdy sobie przypomniał, że w czasie tego przesłuchania wydał Hughesa. Zerknął na inżyniera, ale Robert nie patrzył w jego stronę – nie miał więc jak zauważyć nagłego napięcia na twarzy dawnego pracodawcy.

– To wyzwoleniec – mruknął Hughes. – I gnój.

– Należy do innej grupy…?

– Przewodzi im.

Inżynier włożył dłoń do kieszeni kurtki, jakby upewniał się, że list do Mazatla nadal się w niej znajduje. W końcu spojrzał na Eztlego.

– Widziałeś go dzisiaj.

De Garlande drgnął, zaskoczony.

– W pociągu? – upewnił się. – Nie ma ludzi, których mógłby wysłać na taką akcję?

– Ha, więcej stoi za nim niż za nami. Ale chełpi się tym, że nie boi się samemu iść na front. To przyciąga dzieciaki. – We wzroku inżyniera pojawił się błysk dziwnej złości. Mężczyzna pochylił się i splunął do ogniska. Ślina zaskwierczała na żarze. – Nawet mój syn… Choć może dzisiaj mu wystarczy, żeby przestał widzieć w nim bohatera.

Eztli pokiwał głową z pochmurną miną.

– Nie wiedziałem, że walczycie między sobą. Grupy wyzwoleńcze.

– Bo nie walczymy, niby. – Hughes westchnął. – A przynajmniej tak było. My robiliśmy swoje, oni swoje. – Znowu dotknął listu ukrytego w kurtce. Eztlego kusiło, żeby spytać, czy może go przeczytać, jednak obawiał się naciskać zbyt mocno. – Ale to ludzie, którzy wierzą, że albo jesteś z nimi, albo przeciwko nim.

De Garlande się zawahał.

– I teraz chcą zmusić was, żebyście do nich dołączyli? – strzelił w ciemno.

Twarz Hughesa ściągnięta była zmartwieniem. Kościste palce zaciskał na nogawkach spodni.

– A szlag ich tam wie, sir. Może chcieli tylko pokazać, że mają wśród nas szpiega, żebyśmy sobie zaczęli skakać do oczu. A może wiedzą, że krucho u nas z amunicją… – Urwał.

Eztli uśmiechnął się blado.

– Domyśliłem się, że nie okradalibyśmy wojska, jakby był inny wybór – wymamrotał. – I naprawdę odpuść sobie to sir. Teraz jedziemy na jednym wozie.

Oby niezbyt długo, pomyślał.

– Ehe, nawyk straszny. Wasz ojciec też zawsze powtarzał, żebym mu po imieniu mówił, ale… – Inżynier westchnął, a jego wzrok zmętniał. – Też dobry człowiek z niego był. Śmierć zawsze najlepszych zabiera.

Te słowa wzięły Eztlego z zaskoczenia. Zamarł, czując nieprzyjemny uścisk w gardle. Twarz Louisa stanęła mu przed oczami jak żywa.

– T-tak – udało mu się w końcu wykrztusić. – Ale wracając do Anvila i reszty… – desperacko nie chciał rozmawiać o swoim ojcu – …skąd oni biorą broń? Może dałoby się ugadać z ich dostawcą.

Inżynier parsknął śmiechem pozbawionym grama wesołości.

– Chińczycy ich uzbrajają.

– Merde.

De Garlande poczuł, jak powódź myśli w jednym momencie zalewa jego umysł. Wśród nich jedna wybijała się ponad wszelkie inne: mogliby nam pomóc dostać się do Cesarstwa Chińskiego.

– Hughes, to czemu, do licha, z nimi nie współpracujecie? – usłyszał własny głos, ale jakby docierający z oddali. W uszach szumiała mu krew, serce tłukło się gwałtownie w klatce piersiowej. – Jeśli mają ich po swojej stronie…

Robert spojrzał na niego poważnie.

– Bo my chcemy obalić rządy Azteków, a oni ich wszystkich wymordować.