Kamper - Angela Węcka - ebook

Kamper ebook

Angela Węcka

4,0

Opis

Kiedy zwykła podróż zmienia się w podróż życia

Trzydziestoletnia Ida jest pracoholiczką i właścicielką niewielkiej firmy marketingowej. Wraz ze swoją dziewczyną, beztroską artystką Salmą, i psem Pędzelkiem żyją na krakowskich przedmieściach. Kobiety są ze sobą już lata, ale mają wrażenie, że przez ten czas oddaliły się od siebie. Pewnego dnia Salma wpada na pomysł, aby zmienić ich najbliższe tygodnie w przygodę – kupuje Kamper i namawia Idę do caravaningu. Ta z trudem się zgadza, nie rozumie jednak postępowania partnerki.

Kobiety podróżują od Krakowa do Borów Tucholskich. Podczas objazdu po kraju zaczynają dostrzegać, że ich związek został wystawiony na próbę. Kiedy dojeżdżają do Wiśnicy, na obydwie czeka ogromne, emocjonujące zaskoczenie.

Kamper” to obyczajowa, jedyna w swoim rodzaju tęczowa książka polskiej autorki o wieloletniej więzi między paniami. To powieść drogi, pokazująca, jak mało mamy czasu na realizację swoich marzeń i planów. To w końcu pozycja dla wszystkich nieheteronormatywnych kobiet, które tęsknią za literaturą o nich i dla nich.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 198

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (3 oceny)
2
0
0
1
0

Popularność




Część IIda

1.Niewiele – początek wspomnień

Salma spóźniała się tylko kilka razy w roku. Usilnie ignorowała swoje urodziny, niczym dorosły, który nie chce się starzeć. Umyślnie przegapiała wizyty u stomatologa, wmawiając sobie, że po jodze i powtarzaniu mantr pełnych obfitości ból zęba sam minie. W końcu: nie miała wyczucia czasu, jeśli chodziło o wyjątkowe okazje, bo zawsze musiało jej coś wyskoczyć.

Tak też było tym razem. Od pół godziny czekałam, aż moja dziewczyna przyjedzie, by zakupić kamper, który wybrała samodzielnie, bo tak się jej podobał. Chociaż „zakupić” to złe słowo – ona już go prawie miała. Zostały tylko formalności, a tych powinna dopełnić wspólnie ze mną. Po wielkiej kłótni sprzed dwóch dni nie było już prawie śladu – nadal czułam w sercu lekką złość. Salma wydała wszystkie swoje oszczędności, by, jak stwierdziła, mieć coś z życia. Mnie, ambitnej ladyboss, która prowadziła firmę i zaciskała pasa na wspólny rozwój, zupełnie to nie pasowało.

Prychnęłam na samo wspomnienie ostrej wymiany zdań i przestąpiłam z nogi na nogę. Przecież czerpałyśmy z życia pełnymi garściami. Mogło być lepiej, jasne, ale po wielu latach borykania się z problemami nie można od razu spodziewać się manny z nieba i miodu z mlekiem płynących z kranu w nowym mieszkaniu. Jednak ostatnio się nam poszczęściło. Moja zakręcona miłość z włosem jasnym jak kłosy zboża postanowiła to wykorzystać.

– Jestem! – krzyknęła mi prosto do ucha, zjawiwszy się znikąd. – Wiem, wiem. Nic nie mów. Znów coś mi wyskoczyło.

– Umhm – mruknęłam, ale rozpromieniłam się na widok jej uśmiechu. Miałam diabła w domu i chyba musiałam się z tym pogodzić. – Daj mi buzi i nie gadaj tyle.

Dyskretnego całusa w usta nikt postronny nie zauważył. Mała czułość, wymieniona naprędce, od razu ugasiła moje nerwy. Tym razem po wkurwie nie było śladu, została sama miłość. I obawa, czy aby na pewno tym kamperem przejedziemy całą Polskę i nie rozkraczymy się w polu.

Bo wiesz, z Salmą bywa różnie. Już samo jej imię jest dziwaczne, ale idealnie do niej pasuje. Pozwala na siebie też mówić Salamandra, głównie znajomym. Salma lubi słońce i ciepło. Z problemów wyślizguje się szybko, niezauważalnie, nim dym przysłoni drogę ucieczki. Ja zajmuję się finansami, mam firmę, ratuję nam budżet; ona dorabia i maluje, maluje, maluje. Jej malunkami wytapetowałam sobie serce.

Brzmię jak romantyczka, ale co zrobić – jestem permanentnie zakochana. Cztery lata razem, a mam wrażenie, że mijają dekady. Pomimo upływu czasu nadal nie do końca wiem, co jej pod czachą dymi. Pomysły Salamandry przypominają wybitnie długi rollercoaster. Najpierw dłuższa niepewność, potem spadanie. No i mnóstwo młynków, zawirowań, lęku zmieszanego z adrenaliną. Gdybym jej nie kochała, pewnie dawno bym odrzuciła zaproszenie do wspólnej wiecznej jazdy. Tymczasem siedziałam w pierwszym wagoniku, gotowa na każdą przejażdżkę, nawet próbną.

A skoro o tym mowa...

Weszłyśmy do ogromnego garażu. Przyjrzałam się człowiekowi, który prowadził ten biznes. Facet lat pięćdziesiąt na karku, i to z hakiem; z brzuszkiem, wąsami à la pan z epoki PRL-u i w źle dobranym garniturze. Mówił coś szybko do telefonu, nie zawsze wyraźnie. Od łysej czaszki odbijało się sztuczne światło lamp. Nie zwrócił na nas uwagi, zajęty dyskusją. Musiałam odchrząknąć, by zauważył, że jesteśmy już obie.

– Panie są, a już myślałem… a myślałem, bo to ludzie teraz różnie kupują…

– Przecież zaliczkę wpłaciłyśmy – dodałam uprzejmie, przypominając o sporej sumie przelanej w ubiegłym tygodniu. Tego też się obawiałam – wysyłanie pieniędzy nie zawsze kończyło się dobrze. Ufałam jednak Salmie. I trzymałam kciuki, żebym się na tym nie przejechała.

I – śmiech na sali. Już widziałam oczami wyobraźni, jak mężczyzna próbuje dobić targu na kamper z kimś zupełnie innym, mając nasze pieniądze w kieszeni. Może nie powinnam tak myśleć, ale byłam cholernie ostrożna – zwłaszcza jeśli w grę wchodziły tysiące. Własna firma mnie tego nauczyła.

– No tak, tak… – Mężczyzna ochoczo pokiwał głową, ale wydawał się zawiedziony.

Z lękiem spojrzałam na wielki uśmiechający się do mnie pojazd. Taki miał układ świateł i belki – dziko wesoły. Westchnęłam i zapytałam, czy możemy wejść do środka.

Mechanik miał zrobić wszystko, by samochód nas nie zawiódł podczas trzytygodniowych wakacji w drodze. Nie znałam gościa, więc nie mogłam być pewna jego pracy – ufałam, że faktycznie nie będziemy mieć żadnego wypadku. Powoli weszłam do kampera, biorąc głęboki wdech – nie pachniał starością, bardziej olejem i warsztatem samochodowym. Interesujące wnętrze utwierdzało mnie natomiast w przekonaniu, że cała zaplanowana podróż będzie przyjemna.

Pojazd był piękny, nowoczesny, wygodny. Poprzednia właścicielka, która sprzedała go mechanikowi praktycznie w takim samym stanie, nie mogła już dłużej się nim zajmować. Pozostała podróżniczką, która na stare lata postanowiła się osiedlić i żyć wspomnieniami. Jeździła nim ponad dziesięć lat, stąd miałam obawę, że momentami mogłabym mieć z nim problem. Czy to z odpaleniem, czy z wymianą poszczególnych elementów. Słono dopłacę za ten remont i przegląd techniczny – oby nic mnie nie zaskoczyło.

Rozejrzałam się, Salma zapiszczała. W dziewczęcy sposób pokazywała swoją radość, a ja jej na to pozwalałam. Lubiłam, gdy się cieszyła, dzieliła emocjami. Ja wolałam trzymać swoje na wodzy, na wszelki wypadek.

By się nie przejechać.

By nic nie stracić.

Salma w gruncie rzeczy cieszyła się za nas dwie. Złota dziewczyna. Patrzyłam, jak muska blat kuchni palcami i kręci się dookoła. Zrobiłam to samo. Obróciłam się wokół własnej osi, podziwiając przytulne wnętrze. Naprzeciwko mnie była duża, rozkładana i wygodna sofa. Na niej leżało mnóstwo kolorowych, częściowo wyszywanych poduszeczek. Zaraz obok, tuż przy wejściu, była kuchnia. Białe meble lśniły wesoło. Uwagę głównie przykuwała drobna kuchenka, wciśnięta na samym końcu. Jej powierzchnia do złudzenia przypominała delikatny marmurek. Czysta, zadbana i bez smug. Nie mogłam się doczekać, aż Salma zaserwuje nam w drodze jedzenie. Potrafiła gotować w każdych warunkach i z minimalnymi zasobami. Szczerze w niej to kochałam – to i nie tylko to. Kochałam ją całą.

Dalej: łazienka. Zajrzałam tam osobiście, bo nie cierpiałam brudnych ubikacji czy pryszniców z grzybem. Tego się również obawiałam podczas drogi. Że rozbijemy się na środku biwaku i będziemy zmuszone do korzystania z publicznego WC. Obrzydlistwo. Na szczęście i tutaj poprzednia właścicielka się wykazała. Było widać, że kamper stanowił nie tylko jej własność, ale po prostu dom.

– Ida, patrz! – zawołała Salma, a ja odwróciłam wzrok od całkiem przyzwoitego kibla. Spojrzałam w jej stronę, a ona wskazała na rozsuwaną ściankę. Za nią znajdowało się łóżko. Widać, że wygodne. Usiadłam na nim obok niej i westchnęłam. Dobry materac!

– Spokojnie zmieścimy się z Pędzelkiem – powiedziałam zadowolona. – Cholera, nawet nasze łóżko nie jest tak komfortowe!

Salma roześmiała się i potwierdziła.

– Ale to nieważne – dodała, patrząc na mnie. Uśmiech nie schodził jej z ust od kilku dni. To wspaniały widok, biorąc pod uwagę ostatnie wspólne lata. – W końcu najbliższe trzy tygodnie spędzimy tutaj!

Potaknęłam. Zaległam raz jeszcze, gapiąc się w sufit. Nad nami przygotowano chyba drugie miejsce do spania, nieco węższe. Przekręciłam głowę – małe okienko pozwalało patrzeć na świat. W tym przypadku na mechanika, który pisał coś na komputerze. Przymknęłam oczy.

Życie dało nam w kość. Było niczym pościg, który się nie kończył. Co jakiś czas uciekałyśmy przed problemami, ale te w końcu nas znajdowały. Stawiałyśmy im czoła i tak znów, znów. Salma często próbowała o nich zapomnieć – nie pamiętała o potknięciach, patrzyła ufnie w przyszłość. Ignorowała kłopoty w tym samym momencie, w którym przestały stwarzać dyskomfort. Jakby nigdy nas nie dotyczyły.

Co innego ja. Chmura gradowa, która przysłaniała słońce. Wyrywałam jej z głowy szalone pomysły. Wgniatałam powinności. Czasami byłam na siebie cholernie wściekła, że zabierałam jej radość, kiedy wpadała na szalony pomysł. Bałam się naszych problemów z przeszłości i nie umiałam iść do przodu. Tylko w ten sposób, według mnie, mogłyśmy mieć mieszkanie, stabilny dochód, lekkie życie. Wszystko po to, by czuć się bezpiecznie.

Dlatego się zgodziłam – mogłyśmy sobie na to pozwolić. Salma wydała swoje pieniądze na pojazd, na – tak naprawdę – trzytygodniową podróż. O dziwo samodzielnie ją zaplanowała, od początku do końca, pozostało mi więc westchnąć przeciągle. I dobić targu.

Chwilę później, kiedy usłyszałam chrząknięcia mechanika, wyszłyśmy z kampera. Najwyraźniej mu się spieszyło. To dobrze, bo nam również. W całym tym rozgardiaszu dopiero co poinformowałam pracowników, że biorę sobie urlop. Musiałam nimi jeszcze pokierować w pracy, a z moją ukochaną dopiąć plan wycieczki.

– Sumę zaległą wypisałem tu. – Mechanik podał nam kartkę z liczbą i pochylił głowę. Znów chrząknął.

– O co chodzi? – dopytałam i zmarszczyłam brwi.

– Kamper jest w dobrym stanie. Nawet bardzo, miałem wielu kupców, ale pani szła do celu po trupach. – Wskazał na Salmę. – Jedynie martwi mnie, czy panie sobie z tym poradzą. Trzeba mieć, no wiedzą panie, ekhem. Męski dryg.

Uniosłam brew.

Typowe gadanie. Będąc ze sobą w związku, co chwila trafiałyśmy na mniej lub bardziej problematyczne jednostki. Mężczyzna nie był niebezpieczny, ale widocznie znalazł lepszą ofertę i chciał nas odwieść od zakupu za wszelką cenę. Bo cena była tu istotna. Salma podczas kłótni wspomniała, że co chwila podbijał stawkę, ale skutecznie ostudziła jego zapędy informacją, że bierze samochód od ręki.

– Pan się nie martwi. – Przerwała moje rozmyślania. Jej głos nie brzmiał już słodko. Kiedy chciała, umiała postawić na swoim. – Chcemy zapłacić i jak najszybciej jechać.

Pokiwałam głową. Miałyśmy przy sobie gotówkę, bo takiej zapłaty zażyczył sobie mężczyzna. Rozliczyłam się z nim szybko, co chwila zerkając na moją kobietę. Nie oczekiwałam rachunku, głos mi podpowiadał, że nawet go nie wystawi. Ale wystarczyło spojrzeć na Salmę. Uśmiech znów wrócił na jej twarz, a ona gładziła dłonią pojazd. Zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia. Nie mogłam jej tego odebrać z powodu moich wątpliwości.

A ja? Cóż. Przede wszystkim byłam wdzięczna, że jest w niezłym stanie, przytulny i czysty. Nie mogłam się jednak pozbyć guli w gardle spowodowanej stresem, bólu żołądka i chmary spraw na głowie, które bezwzględnie musiałam rozwiązać, nim ruszymy z Krakowa w nieznane.

2.Coś jak kamper

Praca w firmie przypominała istny kocioł. Chociaż to może za duże słowo. Siedziba mojej niewielkiej marketingowej działalności mieściła się w wynajmowanym lokalu na obrzeżach Starego Miasta, wciśnięta między duże przedsiębiorstwa. Laura i Zuza, dziewczyny, które wraz ze mną pracowały na sukces agencji, uśmiechnęły się do mnie ze współczuciem. Obydwie umiały czytać ze mnie jak z otwartej księgi.

– Poradzimy sobie – zapewniła Laura. To ona tak naprawdę była najbardziej doświadczona w zdobywaniu klientów i w działaniach marketingowych. Złota pracownica.

– Poza tym w drodze w razie czego skorzystasz z komputera. Komunikacja w tych czasach to bułka z masłem, dopóki nie wjedziesz w szczere pole – dodała Zuza, młoda dziewczyna, która nie tylko tryskała energią, lecz także rzucała na prawo i lewo kreatywnymi pomysłami.

Odetchnęłam głęboko, chcąc się całkowicie skupić na zaplanowanej rozmowie. Obydwie powinny wiedzieć, jak prowadzić działalność bez mojego stacjonarnego nadzoru.

Rozmawiałyśmy. Kreśliłam im sytuacje klientów, a one zaskakiwały mnie swoją wiedzą na ich temat. Każda z dziewczyn była… Jak to się mówi? Hop do przodu? Tak. I to w totalnie pozytywnym wydaniu. Po dwóch godzinach rozmów i burzy mózgów mniej więcej wiedziałam, na czym stoję.

– Ida, naprawdę wszystko będzie dobrze – podkreśliła Laura, kładąc dłoń na moim ramieniu i próbując mnie pocieszyć na swój sposób. Ta piękna dziewczyna o niebieskich oczach, podobnie jak ja, była lesbijką. Ceniła przestrzeń, w której mogła się wykazać – bez zbędnych ograniczeń, stygmatyzacji, kpiących spojrzeń. Wiele razy stanęła na wysokości zadania, zdobywając klienta, który już prawie z nas rezygnował. Miała dar opowiadania historii i umiejętnie wykorzystywała go w marketingu. Kiedy opowiadała mi o swoich okropnych przebojach w typowym polskim korpo, miałam ochotę ją przytulić.

Zuza zaś była młoda. Niewiele o niej wiedziałam, nie chciała o sobie opowiadać. Pomimo to w sprawach firmy ufałam jej całkowicie – wiele razy udowodniła swoją lojalność. Więc skoro obydwie moje pracownice przekonały mnie skutecznie do wyjazdu, dlaczego nadal czułam się tak mocno zdenerwowana?

Usiadłam przy swoim biurku odgrodzonym od ich stanowisk pracy za pomocą składanej ścianki działowej. Bębniłam o blat, próbując się z nim pożegnać. To nie tak, że jestem pracoholiczką uzależnioną od firmowych sukcesów. Po prostu w ten sposób odpoczywam od problemów w życiu. Spełniam się, może nawet trochę relaksuję. W pracy nic nie może mnie powstrzymać. W innych agencjach marketingowych trafiałam na zadania, które z łatwością mnie pokonywały. Nie umiałam stawić im czoła, nie potrafiłam też odnaleźć się w niezbyt przyjaznym otoczeniu. We własnej firmie nie ma miejsca na uprzedzenia – ale poza jej siedzibą jest ich pełno.

Pokręciłam głową. Nie chciałam o tym myśleć. Nie miałam czasu na dumanie o niepewnościach – w końcu wieczorem miałyśmy dopiąć plan działania na kolejne tygodnie.

Ruszamy już za dwa dni. Tylko dwa dni!

– Salma?

Zapukałam do kampera, który stał na naszym drugim miejscu parkingowym. Ukochana ewidentnie była w środku. Zawsze słuchała muzyki przez głośniki, rzadko przez słuchawki – tylko wtedy, kiedy nie mogła inaczej.

Przyjechałam jak najszybciej po pracy. Powoli ulegałam ekscytacji. Z głowy uleciało mi już wspomnienie kłótni, ale zastąpiła je niepewność. W czasie gwałtownej wymiany zdań nie padły żadne odpowiedzi na pytania z cyklu: ale czemu ty to robisz, kochanie?

W związku z Salmą ceniłam sobie przecież szczerość. Moja ostatnia eks mnie w tym zawiodła. Lubiła oszukiwać, chyba się w tym szkoliła na jakichś tajnych obozach dla szpiegów – tak świetna była w serwowaniu kłamstw. Salma od początku z bezpośredniością dziecka bombardowała mnie najróżniejszymi pytaniami. Wtedy byłam nimi zmieszana – teraz wiedziałam, że to tylko dobry znak.

Salma długo ukrywała fakt wydania części oszczędności, które miała z zachowku po zmarłej babce. Prosiłam ją wielokrotnie, by je trzymała na koncie i pod żadnym pozorem nie ruszała. Ona jednak zupełnie to zignorowała, zaklepując kamper. Przez pierwsze minuty, chwilę po wyjawieniu mi tej rewelacji, siedziała na krześle w kuchni z zaciśniętymi ustami. Nic nie mówiła, a ja – z sekundy na sekundę – odczuwałam coraz większą złość. Co jest? Co się z nią dzieje? W końcu wybuchłam, przerywając ciszę.

– Czy ty zawsze musisz być taka nieodpowiedzialna?!

Dziewczyna prychnęła i nie zamierzała już więcej milczeć.

– A czy ty zawsze musisz niszczyć frajdę?! – ryknęła i aż złapała się za brzuch. Z niepokojem patrzyłam na jej ostatnie dolegliwości, jednak złość przysłaniała mi tego dnia zdrowy rozsądek.

– Ja nie niszczę nam frajdy – warknęłam. – Staram się przeżyć w tym popieprzonym kraju i nie musieć prosić nikogo o jedzenie. Naprawdę nie pamiętasz, co było kiedyś?

– Kiedyś? Owszem, pamiętam. Ale kiedyś bardziej martwiłaś się o nas, a nie o firmę!

Zamrugałam. Czułam się tak, jakby Salma znów mnie nie doceniała. Owszem, w pracy spędzałam wiele czasu. Poświęcałam popołudniowy odpoczynek z ukochaną na rzecz doszlifowania projektów. Dawałam z siebie wszystko. Ale nie robiłam tego wyłącznie dla własnej satysfakcji, ale dla własnego bezpieczeństwa.

Naszego bezpieczeństwa.

Czy kamper taki był? Czy był bezpieczny? Jaki był z niego pożytek? Czy ta podróż to dobry pomysł? Znów wróciłam do rzeczywistości i uniosłam dłoń, by otworzyć drzwi pojazdu. Salma faktycznie siedziała w środku. Układała nasze rzeczy we wnęce, która robiła za dość pojemną szafę. Śpiewała i tańczyła przy tym wesoło, dając się ponieść muzyce.

– Salamandra?

– Tak, Id? – zapytała, uśmiechając się do mnie promiennie. Jakkolwiek byśmy się nie pokłóciły, jej miłość była mi w stanie wszystko wybaczyć. I vice versa.

– Jak idzie?

– A dobrze, jak widać. Wróciłam z pracy. Szef mnie nie zwolnił, także tyle dobrego. Udało mi się odebrać zaległy urlop.

Zamrugałam powiekami. Zaległy urlop? Ciekawe. Wiedziałam, że Salma miała dwa tygodnie wolności, to na pewno, ale żeby aż trzy? Spojrzałam na nią, na co machnęła ręką. Wiedziała, o czym myślę.

– Mówiłam ci, że Truskowiecki jest dobrym człowiekiem, to nie wierzyłaś! – dodała, wspominając swojego niezbyt uprzejmego szefa. Spotkałam go raz i… nie chciałam nigdy więcej. – Udało mi się, więc spokojna głowa. Jak tylko wrócimy do Krakowa, to od razu pójdę do biura. Przyniosę kwiaty jego żonie!

Pokiwałam powoli głową i podeszłam bliżej, aby jej pomóc. Zręcznie przekładałyśmy ostatnie pary butów i podkoszulki. Pakowałyśmy chyba zbyt wiele rzeczy, ale kamper nie szczędził miejsca – szczerze mówiąc, mogłybyśmy zabrać cały dom.

Pracowałyśmy w milczeniu. W pewnym momencie Salma padła na sofę i jęknęła. Patrzyłam na nią z niepokojem.

– Na pewno wszystko w porządku?

– Tak, Idka! – odpowiedziała głośno, sapiąc. – Po prostu jestem tutaj od dwóch godzin i się stresuję.

– Ty? – zapytałam z powątpiewaniem, na co Salamandra pokazała mi język.

– Nawet ja. Boję się, że mechanik nas wykiwał i samochód stanie nam w polu.

– Ty takich rzeczy nie mów! – Pogroziłam jej teatralnie palcem, ale zagryzłam wargi. Oczywiście, że coś takiego mogło się stać. Przecież sama już o tym myślałam.

Ostatniej nocy sporo czytałam o kamperach i sztuce przetrwania w nich. Chociaż pozytywnie nastawiałam się na tę podróż, niepokoiłam się. Czułam, że to będzie coś wielkiego. Nie tylko pierwszy raz pojedziemy na tak długie wakacje, i to z Pędzelkiem, lecz także będziemy zmuszone radzić sobie same. Tak, postrzegałam naszą podróż jako pewnego rodzaju survival. Jeśli coś się nie uda, to naprawdę trudno nam się będzie wykaraskać. Spojrzałam na Salmę. Odchyliła głowę i oddychała głęboko. Jej piersi unosiły się rytmicznie, a ja miałam ochotę ją po prostu przytulić. Chociaż po kłótni nie było teoretycznie śladu, nie od razu wpadłyśmy sobie w ramiona. Trzymałyśmy dystans. Nie znosiłam tego.

Dlatego podeszłam do mojej dziewczyny i wyciągnęłam dłoń. Obrysowałam palcami jej policzek, czoło, potem znów policzek i usta. Uchyliła powieki, jakby chciała śledzić każdy mój ruch, ale utkwiła wzrok w twarzy. Kochałam jej kocie spojrzenie. Ni to zielone, ni brązowe oczy miały w sobie wiele złotych refleksów i małych błyskawic. Płonęły radością, ale teraz dostrzegłam również zmęczenie.

– Nie męcz się, bo to nie będą wakacje, a przymusowa podróż – szepnęłam i nachyliłam się nad nią. Ucałowałam jej wargi, na co odpowiedziała jęknięciem. Uchyliła usta, bym mogła pocałować ją mocniej, głębiej, namiętniej. Lubiłam te momenty zbliżeń. Lubiłam takie godzenie się.

Moje dłonie automatycznie wsunęły się pod jej koszulkę. Ubrała się inaczej niż zwykle, miała na sobie strój roboczy – dresy mocno opinające jej sylwetkę, a także dużą, poszarpaną na rękawach koszulkę z napisem: „Tęcza jest wszystkim”. Zrobiłyśmy ją z okazji zeszłorocznego miesiąca dumy, czyli czerwca. Wtedy też pierwszy raz byłyśmy na paradzie. Wspomnienia tych kilku dni zlewały się teraz w jeden – dzisiejszy. Nic więcej się nie liczyło, jedynie Salma, nasza podróż i… Pędzelek, którego szczekanie dochodzące z mieszkania było słychać na całym parkingu przed blokiem.

Stęknęłam, kiedy Salma oderwała się ode mnie i z niepokojem zerknęła przez okno kampera wychodzące na budynek, w którym mieszkałyśmy.

– Mały ma nerwy – rzekła cicho.

Odsunęłam się niechętnie, pozwalając jej poprawić koszulkę.

– Wiem. Ale weterynarz powiedział, że wszystko jest w porządku.

Moja ukochana zmarszczyła brwi. Nie dowierzała. Nic dziwnego, Pędzelek miał niecałe cztery lata i na koncie już dwie przebyte operacje. Nasz ukochany zwierzak cierpiał, a my razem z nim. Może się to wydać przesadne. W końcu to… „tylko pies”. Jednak ten zwierzak, a nie jakiś człowiek, jako pierwszy nas zaakceptował. Każdego dnia dawał nam siłę. A mówią, że domowe pupile nie mają duszy. Co za ślepi ludzie…

– Chodźmy – postanowiłam, a Salma kiwnęła głową i wstała. Szybko przetransportowałyśmy się do domu.

3.Coś przeszłego

Kilka lat wcześniej

– Ido, mam problem w boksie z tymi starszymi psami. Znów się kłócą. Doprawdy nie wiem, co z nimi zrobić… – Ciotka spojrzała na mnie ze smutkiem. Odgarnęłam grzywkę z czoła, zastanawiając się, czy mówienie: „będzie dobrze” jeszcze kogoś przekona. Nawet ja przestałam wierzyć w przyszłość tak mocno jak dawniej. Myślałam, że problemy największej miłośniczki zwierząt w mojej rodzinie przeminą, bo miała dobre serce i szczere intencje. Jakże się pomyliłam.

Sylwetka starszej kobiety już wtedy mocno pochylała się ku ziemi, ale nadal jasno i z ufnością patrzyła w gwiazdy. Tamtego dnia narzuciła na siebie puchową kurtkę, zniszczoną przez czworonożnych pobratymców. Starałam się jej pomóc w utrzymaniu schroniska. Uciekłam z domu, w którym nie spotkałoby mnie nic ciekawego prócz pełnych bólu wspomnień po zawsze pijanej matce. Ciotka, jedyna, która mi została z rodziny, przyjmowała mnie zazwyczaj ciepło. Jednak teraz, kiedy jej zdrowie mocno się pogorszyło, a psie schronisko nie mogło bez niej funkcjonować, wpadła w depresję. Nie chciała jednak słyszeć o wsparciu.

– Bo do nas już nikt nie przyjdzie, Ido. Nikt. A jeśli tak się stanie, utoniemy w długach.

Ruszyłam przed siebie, rzucając się do sprzątania w biurze schroniska. Wytarłam ręce w stary ręcznik wiszący przy drzwiach i wyszłam. Mroźny marzec dawał się we znaki. Chociaż była już kalendarzowa wiosna, zima ani trochę nie chciała ustąpić. Mróz skuł ziemię, stłumił pierwsze oznaki nowej pory roku i utrzymywał ziąb. Od razu poczułam, jak i mnie mrozi do szpiku kości. Owinęłam się ciaśniej znoszonym szalikiem w złote gwiazdy i ruszyłam do ostatnich boksów.

Maks i Tutek to dwa psy w typie wilczura, starsze, niespokojne. W ich oczach dostrzegałam jedynie jedynie lęk, i to nie tylko przed światem – głównie przed człowiekiem. Nie lubiły też siedzieć w jednym boksie i znosić niewoli ze spokojem. Wcale im się nie dziwiłam. Otworzyłam metalowe drzwi. Na ten dźwięk rozległo się szczekanie. Maks wyszedł, niespokojnie machając ogonem. Patrzył na mnie przenikliwym wzrokiem, którego chyba nigdy nie zapomnę. Nie myśląc za wiele, wzięłam go na spacer na pole za schroniskiem. Tutek został w budzie – nie chciał wyściubić z niej nosa. Zajął rozlatujące się, ale bezpiecznie wyglądające legowisko. Nie mogłam go winić, bo życie jest także psie.

Z Maksem szliśmy bez smyczy. Jeszcze źle reagował na bliską interakcję z człowiekiem, ale z radością biegał na wolności. Byle z dala od świata i schroniska, w którym przyszło mu żyć.

Życie to schronisko, pomyślałam, głowiąc się nad własnym losem. Miałam do dyspozycji obskurne mieszkanie, które jeszcze kilka miesięcy temu dzieliłam z matką alkoholiczką. Ojciec często po prostu znikał, tłumacząc się pracą – w pewnym momencie zniknął naprawdę. Mama trzeźwa była tylko wtedy, kiedy miał przyjść listonosz z rentą. Dlatego żyłam od pierwszego do pierwszego, patrząc, jak matka staje się bardziej agresywna, gdy kończyła się jej wódka. I jak przypomina sobie o swojej roli, kiedy alkoholu było wystarczająco dużo – pouczając mnie bełkotem. Potem już nie słyszałam żadnych głosów, trwałam w marazmie.

Dlatego uciekałam, dokąd mogłam. Miałam dwadzieścia kilka lat i zero pomysłu na siebie. Ledwo zaliczyłam maturę z matmy. Nie spieszyło mi się na studia. Przyzwyczaiłam się do istnienia, by po prostu udawać, że jakoś jestem. Modliłam się żarliwie do kogoś na górze, by źli ludzie nie odebrali mi mieszkania. Cieszyłam się, mogąc dorobić kilka groszy w osiedlowym monopolowym – i tak sąsiedzi mieli mnie za pijaczkę, chociaż stroniłam od alkoholu.

Kiedy mogłam, przychodziłam do ciotki Haliny i jej psów. Mieszkała na obrzeżach miasta, i czasami ciężko było tam dojechać komunikacją. Ale dla mnie, młodej dorosłej z aspiracjami i chęcią wydostania się z klatki, to nie był żaden problem. Brałam swój zdezelowany rower i jechałam przed siebie, walcząc z pogodą, własnymi łzami i brakiem perspektyw.

Ciotka była starsza, miała słabe zdrowie. Już sama nie wiedziałam, jak długa jest jej lista medykamentów, ale kiedy ostatnio wykupywałam jej leki – zdębiałam. Teraz prosiła o pomoc sąsiada, który z delikatnym, współczującym uśmiechem przywoził jej zakupy.

Oderwałam się od tych wspomnień, zerknęłam na Maksa. Kopał coś na skraju ścieżki, głośno parskając. Prawdopodobnie okazywał swoje niezadowolenie z tego, że ziemia nadal pozostawała zmarznięta. Uśmiechnęłam się.

– Ja też bym już bardzo chciała lato. Człowiek mógłby tak nie marznąć i nie chorować. Wy też, biedaki, marzniecie. A my z ciotką nie wiemy, co zrobić. Chociaż, może cię to pocieszy, u mnie w bloku też ziąb daje w kość nad ranem.

Przypomniałam sobie chwile, w których matka w ogóle nie włączała kaloryferów. Zimne i nieprzyjazne, praktycznie nigdy nie dawały ciepła. Nieszczelne okna nie ułatwiały sprawy – chowałam się pod trzema kołdrami, by nie zamarznąć. Jeszcze nigdy nie obudziłam się w ciepłym pomieszczeniu, dopiero teraz mogłam sobie pozwolić na ten luksus.

Każdy dzień przynosił więcej problemów i zero rozwiązań. Szłam dalej, myślami oddalając się nie tylko od Maksa. W końcu jednak otrząsnęłam się z tych czarnych wizji – wystarczyło się zderzyć z przypadkową dziewczyną.

– Ej! – krzyknęłam poddenerwowana, zdając sobie jednak sprawę, że to chyba była moja wina. Otworzyłam oczy i spojrzałam gniewnie na wprost.

Przede mną stała chyba najbardziej uśmiechnięta długowłosa blondynka, jaką widziałam. Szczerzyła się jak opętana. Zamrugałam, próbując odgadnąć, co ją tak bawi. Speszona od razu zamknęłam się w sobie, w bezpiecznej przestrzeni pełnej filozofii „mam to w dupie”.

– Wybacz, rzucałam piłkę w stronę Ralfa – odpowiedziała, widząc moją minę, i wskazała ręką na krajobraz za sobą.

Faktycznie. Zza jej pleców przybiegł zziajany czworonóg, dużo mniejszy od Maksa. Ten warknął na niego i odszedł dalej, szukając najwyraźniej psiego spokoju. Czarny podpalany kundelek trzymał w pysku dużą miękką piłkę. Wyglądał na zachwyconego, a ja od razu się zorientowałam, że to nasz Ralf ze schroniska ciotki. Spojrzałam znów na dziewczynę. Ale kim była ona?

Nie pamiętałam o żadnej dodatkowej rekrutacji. W schronisku było niewiele młodych dziewczyn, które regularnie opiekowały się psami. Ta najwyraźniej stanowiła wyjątek. Chyba przez pogrzeb matki musiało mnie coś ominąć.

– Jestem Salma, od niedawno pomagam w schronisku. A ty? Nie znamy się chyba jeszcze, nie?

Pokręciłam głową. Zacisnęłam dłonie w pięści, nadal trzymając je w kieszeni. Nie lubiłam takich dziewczyn. Salma wydawała się taka pewna siebie, uśmiechała się, chociaż w takim zimnie człowiek wolałby osłonić twarz szalikiem. Szukałam w głowie słów, dzięki którym mogłabym ją sprowokować do odejścia.

Ale mój wzrok zatrzymał się na jej oczach. Tliły się w nich ogniki radości. Spojrzałam na usta – te zaś wyglądały apetycznie. Za mało powiedziane! Pełne, miękkie wargi, których kąciki cały czas lekko się unosiły. Nie wiedziałam, czy zdawała sobie z tego sprawę. I ja mimowolnie się uśmiechałam, nie zwracając uwagi na to, że naprawdę nie było mi do śmiechu.

– Rozumiem, że jesteś zdziwiona? Lubisz być sama na spacerach z psami? – Cały czas zadawała niewygodne pytania. – Ja lubię, wręcz uwielbiam, cholera. Wolność w końcu jest czymś nieuchwytnym w dorosłości.

Spojrzałam na nią znów, tym razem pytająco. Zmarszczyłam brwi, na co się roześmiała.

– Przepraszam. Pieprzę od rzeczy, kiedy nałykam się za dużo rześkiego powietrza. Możemy iść z wami? – zapytała, nie czekając na odpowiedź. Pokiwałam automatycznie głową, zastanawiając się, czy słowo „nie” będzie miało dla niej jakiś sens. Zapewne nie.

Więc poszłyśmy. Ja, z mieszanymi uczuciami, i ona – okrutnie wygadana, głośna, ale taka… prawdziwa. Po pierwszym kwadransie dopiero przypomniałam sobie, do czego ludziom służy język.

– Wow – skwitowałam opowieść o tym, jak udało się jej znaleźć dom dla bezpańskich psów w sąsiedniej, mniejszej wsi. Opowiadała o tych zwierzakach z radością, jakby nie istniało nic piękniejszego od tych czworonogów.

I chyba to nas do siebie tak zbliżyło.

4.Coś domowego

Kiedy wchodziłam z Salmą po schodach na drugie piętro, zastanawiałam się nad naszym pierwszym spotkaniem. Byłam zupełnie inna. Nie dostrzegałam swojego talentu ani pasji. Żyłam z dnia na dzień, utwierdzając się w przekonaniu, że nic nie osiągnę. Salma była takim światełkiem w ciemnym tunelu. Bez niej na zawsze bym w nim została, ale nigdy jej głośno tego nie powiem. Nie umiem.

Pędzelek drapał w drzwi od chwili, w której usłyszał nas na klatce. Ostatnimi czasy nie miał nastroju na długie, samotne siedzenie w domu. W kontekście podróży nie martwiłam się tylko o Salmę, lecz także o niego.

Nasz średniej wielkości mieszaniec spaniela i labradora patrzył na nas z radością. Od razu skoczył na Salmę, która cierpliwie tłumaczyła mu, że zniknęłyśmy tylko na chwilę. Śmiałam się cicho, kiedy – jeszcze w butach! – opadła na sofę i bawiła się z naszym pupilem. Pędzel, kiedy był jeszcze niewielką kruszynką w schroniskowym boksie, miał bujny ogon, który zamiatał wszystkie kałuże w pobliżu. Uwielbiał również przewalać farby Salmy, kiedy ta malowała swoje obrazy. Potem kolorowe bazgroły wiły się po podłodze, a czasami – co gorsza – także po ścianie czy suficie. Innymi słowy, Pędzel był tak samo szalony jak Salamandra. Dobraliśmy się wszyscy idealnie.

– Myślisz, że da radę? – powiedziałam, a Salma spojrzała na mnie z wyrzutem. Musiałam zniszczyć tę piękną chwilę, mówiąc o naszych niepewnościach. Mogłam je upchać głęboko w sobie i zamknąć w osobistej puszce Pandory, ale nie potrafiłam. Dziwny stres, który ciążył mi na ramionach w momencie odbierania kampera, nie odpuszczał ani na chwilę.

Nieważne, że firmę zostawiłam w dobrych rękach, a Salma cudem załatwiła sobie urlop. Dziewczyna bawiła się chwilę z Pędzelkiem, rzucając mu zabawki. Nasz prawie spaniel, sapiąc niemożliwie, dobiegał do niej, łapał przedmioty w zęby i je przynosił. Potem prosił o pieszczoty, więc dziewczyna drapała go po łebku, między uszami, po szyi.

– Da. Jestem tego pewna. – Salamandra uśmiechnęła się do mnie, ale jakoś tak smutniej. Niczego nigdy nie była pewna. To przecież ja miałam to wiedzieć. Tak ustaliłyśmy, tak nam było dobrze. Do czasu.

Znów spojrzałam na psiego członka rodziny.

– To co? Może obiad dla wszystkich? – zapytałam, na co Salma krzyknęła, a Pędzel jej zawtórował swoim szczekaniem. Nie byłam najlepsza w kuchni, ale nauczyłam się przyzwoicie przygotowywać kilka dań. To powinno poprawić nam humor, zwłaszcza że zawsze serwowałam deser.

Godzinę później stawiałam talerze na stole, wołając domowników. Pędzel dostał swoją porcję karmy przepisanej przez weterynarza. Najpierw spojrzał na mnie z psim wyrzutem, ale poklepałam go po boku.

– Potem dostaniesz coś ekstra!

Od razu zaczął wyjadać swoją porcję – jakby mnie zrozumiał!

Salma usiadła na krześle i związała długie włosy. Mimowolnie uśmiechnęłam się na ten widok.

– Twoje pyszne wegańskie curry? – zapytała, ale nie musiałam odpowiadać. Od razu zabrała się za pałaszowanie. I ja sięgnęłam po łyżkę. Najpierw wzięłam kawałek posklejanego ryżu jaśminowego, później zanurzyłam ją w ostrym sosie. Mmm, wyszło!

Salma również wydawała się zadowolona. Jadła aż jej się uszy trzęsły. W milczeniu pochłaniałyśmy swoje porcje, a kiedy ostatni kęs znalazł się w moich ustach, westchnęłam. Poklepałam się po brzuchu. Dobre!

– Pycha! – dodała Salamandra, jakby czytała mi w myślach. I ona skończyła i sięgnęła po sok, ale skrzywiła się w pewnym momencie.

– Okej?

Szybko skinęła głową.

– Tak! Po prostu… chyba za szybko przełknęłam. – Skrzywiła się znów i upiła spory łyk.

Pozbierałam naczynia i przeniosłyśmy się na kanapę.

– Opowiesz mi, jak w firmie z dziewczynami? – zapytała, najwyraźniej ciekawa.

– Jasne. Obydwie wiedzą, gdzie mnie szukać, jeśli coś się stanie – odpowiedziałam, wyciągając się wygodnie. Salamandra nie zamierzała jednak rozgościć się obok. Usiadła mi znienacka na kolanach, przodem do mnie. Była wysoka, ale smukła, lekka. Ja byłam przy niej śmiesznym brązowowłosym kartofelkiem.

– Jestem pewna, że dadzą sobie radę.

– Nie wątpię w to. – Uśmiechnęłam się na samą myśl o moich pracownicach. – Po prostu moja wewnętrzna Pani Biznes będzie szaleć. Dręczyć mnie. Pomimo że one naprawdę wiedzą, jak prowadzić moją firmę. A skoro mowa o pracy… Jak dokładnie załatwiłaś sprawę urlopu? Nadal nie mogę uwierzyć, że twój egoistyczny szef wypuścił cię aż na trzy tygodnie!

Salma miała taką minę, jakby właśnie wpadła w pułapkę. Aha! Spojrzałam na nią przenikliwie, modląc się w myślach, żeby jak najszybciej to powiedziała.

– Salma?

– Och, tak... – bąknęła niewyraźnie. – Powiedziałam mu, że biorę ślub.

Prawie zakrztusiłam się własną śliną.

– Salma!

– No co! Dał się nabrać, pokazałam mu pierścionek, który od ciebie dostałam. Jego żona przyszła akurat do gabinetu na małe co nieco, zachwyciła się, kazała, cytuję, „staremu prykowi bez serca” dać mi urlop. I oto jestem! Pojutrze wyruszamy w trasę.

– Nie wiem, o co najpierw cię zapytać…

– O to, czy szefostwo pieprzy się we własnym biurze, czy postradałam zmysły.

Westchnęłam ciężko.

– Chyba powinnam zapytać cię o jedno i drugie… Ale zostawmy to. Ufam, że wiesz, co robisz. Nie będę się wtrącać.

Salma pocałowała mnie mocno.

– I dobrze, skup się na mnie – szepnęła mi do ucha, a jej dłonie powędrowały na moje piersi. Gładziła je przez materiał, by chwilę później rozpiąć guziki bluzki. Mruknęła, na co wywróciłam oczami.

– Masz siłę po takim obiedzie?

– Nie. Ale chcę się z tobą podroczyć!

Kilka minut później leżałyśmy obok siebie, ale szczęście nie trwało długo. Salma szybko poczuła się niedobrze i pobiegła do łazienki. Patrzyłam za nią z niepokojem. To nie pierwszy raz. To prawdopodobnie nerwy, nadmierna ekscytacja – kiedy szalała z emocji, często miała mdłości. Zmarszczyłam brwi i wstałam z sofy, kiedy zbyt długo balowała w łazience.

– Wszystko w porządku, Salmo? – zapytałam zmartwiona. Na samą myśl, że mogłoby się dziać coś złego, a ona mi o tym nie mówiła, bolało mnie serce. Ale to niemożliwe. Salma była, jaka była. Beztroska, radosna, otwarta. Zazwyczaj informowała mnie o swoich problemach.

– Chyba… chyba coś mi zaszkodziło! – Usłyszałam przez drzwi przytłumiony głos. – Zaraz wyjdę.

– W porządku.

Podeszłam do sofy i cmoknęłam na Pędzla. Pies dopadł do mnie, łasy na głaskanie. Dawałam mu wiele czułości, licząc siwe włoski na psiej brodzie. Marzyłam o tym, by nikt nigdy ode mnie nie odchodził. Każda nasza choroba mnie przerażała. I to nie tylko dlatego, że nie został mi nikt z rodziny. Po prostu śmierć nigdy nie jest sprawiedliwa i zawsze przychodzi w najgorszym momencie. Ale nieważne. Przecież nas to nie dotyczy. Jesteśmy młode, dopiero osiągnęłyśmy względny spokój. Odchodzenie nie ma tutaj racji bytu.

Zacisnęłam powieki, uśmiechając się z całych sił. Myślałam o wrześniu, który właśnie się rozpoczynał. O tym, że to dobry czas na długą podróż. Trzy tygodnie drogi nie będą katorgą – słońce nie praży już tak mocno, ale cały świat nadal jest słoneczny.

5.Coś wspomnianego

Jutro znaczy wyjazd. Zadrżałam, stojąc w łazience i patrząc na siebie w lustrze. Pomimo że szybko położyłyśmy się do spania, nie zmrużyłam oka do drugiej. W głowie kotłowały mi się sprawy, przelewały wspomnienia i nie potrafiłam się w nich odnaleźć.

Ambaras, bo nie mogłam inaczej nazwać tego, co zafundowała nam Salma, był swego rodzaju wyzwaniem, którego nie mogłam zignorować. Wymagał ode mnie wielu poświęceń w pracy, przeorganizowania kalendarza, który zawsze ma stały porządek. Niemniej widziałam, jak się cieszy na wspólny czas. Jak planuje. Jak ją to motywuje… do bycia szczęśliwą.

Umyłam zęby. Salma wyszła wcześnie rano z listą zakupów, gotowa poświęcić sprawunkom maksymalne skupienie. Obiecała mi, że kupi wszystko, a nie, jak zwykle, zapomni o części produktów.

– Chociażbym się miała o to bić, szefowo! – rzuciła na odchodnym, udając, że salutuje. Niezgrabnie jej to wyszło, bardziej zabawnie. Śmiałam się, kiedy zamykała drzwi, po czym wróciłam do łóżka, by pospać jeszcze godzinę.

Wypłukałam usta, umyłam twarz, nałożyłam lekki makijaż. Jestem kobietą o pełnych kształtach – to znaczy, że gdzieś tutaj czai się niewielki, ale drugi podbródek. Wałeczki tłuszczu na brzuchu przykrywam kardiganami lub specjalnie dopasowanymi marynarkami. Nie wiedziałam, jak się ubrać na czas kilkugodzinnej jazdy kamperem, ale ignorowałam ten problem – miałam na głowie ważniejsze. Przy mnie Salma wyglądała jak modelka. Wysoka, smukła, elastyczna, z długimi włosami przykuwała uwagę. Wszystko leżało na niej doskonale, a ja wysyłałam ostrzegawcze spojrzenia do facetów i kobiet, którzy śmieli flirtować z nią w tęczowych i nietęczowych barach.

Poszłam do kuchni jeszcze w koszuli nocnej. Po raz pierwszy od dawna mogłam zwolnić, zająć się tylko Pędzelkiem i sobą. Zrobiłam nam śniadanie, głaszcząc co jakiś czas po łbie naszego psiego przyjaciela.

W sumie, jakby się nad tym zastanowić, dziwny los nas ze sobą złączył. Nie nas i Pędzelka, ale mnie i Salmę. Przypadek, że akurat na swoje drugie miejsce zamieszkania Salma wybrała zupełnie inne miasto, w zupełnie innej części Polski. Skąd pochodziła, nie wiedziałam. Miałam pojęcie o tym, dlaczego wyjechała, zabierając ze sobą kilka groszy i podręczną walizkę najpotrzebniejszych rzeczy. Uciekła z ultrareligijnej wsi do miasta, które miało pomóc jej zacząć życie na nowo. Pamiętałam dokładnie moment, w którym mi to opowiedziała. Była zdenerwowana – nie wiedziała, jak zareaguję, ale ja jej tylko słuchałam. Nigdy nie powiedziałam, że robiłam to z dziwną przyjemnością. Ja nie miałam pełnej, prawdziwej rodziny. Ona nie chciała pamiętać o swojej. Czułam wtedy jej niepewność. I to nie tylko w związku z bliskimi. Wspominała, jak się obawiała, że zamieszka na ulicy, że nie znajdzie lokum dla siebie, że generalnie nic nie zyska i będzie zmuszona wrócić, by żyć według czyjegoś widzimisię.