Skazani na wolność - Iwo Konopek - ebook

Skazani na wolność ebook

Iwo Konopek

0,0

Opis

Wolność zrodzona ze wstydu bywa bolesną pułapką

Po wielu latach życia w poczuciu wstydu i braku akceptacji, czterdziestoletni Wiktor w końcu ma wszystko – kochającą żonę, która rozumie jego potrzeby, pracę, w której się spełnia i dobrze zarabia, a także przyjaciół, z którymi może zapomnieć o codzienności. Alicja jest otwarta na nowe, nietypowe doświadczenia i fantazje seksualne, więc Wiktor nie musi już hamować swoich popędów. Korzysta zatem na tej wolności, zapraszając do małżeńskiej sypialni koleżanki, dokładnie tak jak w marzeniach większości nastolatków. Okazuje się jednak, że życie w zgodzie z potrzebami ma swoje brutalne konsekwencje, kiedy żona Wiktora ujawnia swoje fantazje. Dlaczego tak trudno mu zrozumieć, że ona może mieć ochotę na dodatkowego mężczyznę w łóżku albo spróbować czegoś, co Wiktorowi nie mieści się w głowie?

Jaki ma to związek z dzieciństwem, wychowaniem i schematami, których oboje nauczyli się dawno temu?

„Skazani na wolność” to opowieść o męskich uprzedzeniach i walce z samym sobą. Bo choć na co dzień wolność wydaje się naszym priorytetem, nie zawsze jesteśmy w stanie dać ją najbliższym na tych samych zasadach. To historia o tym, że podejmowanie decyzji w zgodzie z potrzebami jest drogą do wolności, ale każda z tych decyzji pociąga za sobą odpowiedzialność.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 454

Rok wydania: 2023

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wrocław, poniedziałek

Wiktor ułożył się wygodnie na łóżku z telefonem w dłoni. Co prawda nie było to łatwe, ponieważ miał do dyspozycji materac jedynie osiemdziesięciocentymetrowej szerokości, jednak kiedy pokręcił się odrobinę w lewo i prawo, w końcu poczuł się wystarczająco komfortowo. Ten trik podpatrzył u swojego psa, uroczej staruszki, którą uratowali ze schroniska, a ona odwdzięczyła im się bezgraniczną ufnością i wulkanem miłości. Właśnie ona nauczyła Wiktora, że wygodnie jest wtedy, kiedy poszurasz trochę tyłeczkiem, zanim opadniesz całym ciężarem na materac.

W pokoju hotelowym oprócz wąskiego łóżka był jedynie stolik z zestawem do zaparzenia kawy i lampka nocna na niewielkim stoliku. Wiktor szybko dostosował wszystko do swoich potrzeb. Bywał w hotelach tak często, że doskonale adaptował każdy pokój, aby czuć się swobodnie. Zdjął lampkę ze stolika, by zastąpić ją laptopem. Kubek na kawę wypełnił czerwonym, wytrawnym winem i w zasadzie był gotowy na relaksujący wieczór. Do pełnego odpoczynku potrzebował jednak odpowiedniego towarzystwa i wiedział, gdzie je znajdzie.

Wyświetlił w telefonie Messengera, przewinął kilka razy ekran i znalazł czat, którego szukał.

Ostatnią wiadomością, jaką zobaczył, była ta wysłana przez niego.

Co one mają ważniejszego do roboty od naszej rozmowy? – pomyślał niby z żartem, choć tak naprawdę poczuł ukłucie przykrości.

Upił łyk wina i włączył odcinek serialu na laptopie. Jeśli o to chodziło, był obsesyjnym paranoikiem pełnym natręctw. Oglądał w zasadzie ciągle to samo. Co prawda był to najpopularniejszy serial w historii wszechświata, jednak nieustanne powtarzanie odcinków pełnych gagów i żartów grupy sześciu znajomych z Nowego Jorku normalnym ludziom dawno by się znudziło.

Wiktor uśmiechnął się do siebie na pomyślane słowa. „Normalni ludzie”. Co to właściwie znaczy? Wyobraził sobie model takiego człowieka tuż obok wzorca kilograma czy metra, które widział w jednym z francuskich muzeów. Nigdy nie pamiętał w którym. Jak by taki normalny miał wyglądać? Co miałoby decydować o tym, że jest normalny? Na przykład takie dziesięć cech definiujące normalnego, dające bezwzględny dowód jego normalności. Absurd.

Zresztą na całe szczęście nie ma takiego modelu, bo z całą pewnością nie znalazłby w sobie nawet połowy z tych dowodów. I z tego akurat był dumny.

Z rozmyślań wyrwało go powiadomienie w telefonie. Jakoś tak to działa, że obojętnie co robisz i w jakim momencie, to powiadomienie i tak będzie zawsze silniejszym bodźcem. Koszmar dwudziestego pierwszego wieku… – pomyślał.

Oczywiście natychmiast wyświetlił wiadomość i uśmiechnął się serdecznie.

Tuż pod jego ostatnią wiadomością pojawił się link. Żadnych wstępów, „dzień dobry, cześć, jak się masz”. Po prostu link. Wiktor poczuł specyficzną mieszankę radości i ekscytacji. Cieszył się, że jego pomysł zaczyna działać, a na myśl o treści pod adresem natychmiast się podniecił. Był jednak moderatorem gry, więc pozory opanowania były mu potrzebne.

W:

Wow, dziękuję za link, czekamy na Alicję i startujemy.

Niemal natychmiast pojawiły się migoczące punkciki na ekranie – znak, że Alicja jest i odpisuje.

Al:

Jestem, jestem i nie mogę się doczekać.

W:

No to mamy komplet, 3, 2, 1 start.

Ogłosił rozpoczęcie gry i cała iluzja opanowania pękła jak bańka mydlana. Zerwał się z łóżka i nawet nie zauważył, że telefon spadł na podłogę. Chwycił laptopa razem ze stolikiem i ustawił je tak, żeby mógł leżeć na boku i wygodnie oglądać. Uruchomił przeglądarkę i wyświetlił rozmowę na czacie. Wziął niewielki łyk wina i kliknął w link.

Komputer chwilę ładował nową stronę, ale wreszcie wyświetlił film.

Na ekranie pojawiły się dwie młode dziewczyny. Wiktor ocenił je na dwadzieścia, może dwadzieścia dwa lata. Jedna z nich podoba mu się zacznie bardziej. Miała proste włosy, które z ledwością sięgały szyi. Były w kolorze palonego jęczmienia, jakiego dodaje się do kotła, ważąc piwo. Dziewczyna miała na sobie bawełnianą pidżamę – koszulkę i krótkie spodenki. Jej koleżanka o dłuższych, kręconych blond włosach ubrana była w niemal identyczną. Obie siedziały na dużym łóżku z drewnianą ramą i białą pościelą. Dekoracja sypialni też była właściwie wyłącznie biała. Ściany, sufit i meble lśniły czystością.

Dziewczyny w pidżamach i jasnych skarpetkach przekomarzały się, wiercąc się niespokojnie na pościeli. Wiktor uważnie obserwował ich ruchy. Co prawda skarpetki nie były białe, ale były. Jako miłośnik damskich stóp doskonale wiedział, że każda chwila oglądania może przynieść nowe doznanie. Skupiał się zatem na ich niesfornych ruchach.

Tymczasem dziewczyny niespodziewanie zaczęły się całować. No, może nie była to aż taka niespodzianka… Całowały się najpierw jak nastolatki, zaskoczone swoim zachowaniem. Szybko jednak dały po sobie poznać, że podoba im się ta zabawa i chcą więcej. Kilkoma płynnymi ruchami zdjęły sobie nawzajem pidżamy i, o zgrozo, również skarpetki. Bose stopy były dla Wiktora wspaniałym widokiem, jednak, nie wiadomo dlaczego, szczególnymi względami darzył takie w skarpetkach. To jakby ozdobna dekoracja. Teraz jednak mógł zobaczyć dziewczyny w całej okazałości.

Ta, która podobała mu się bardziej, miała pełniejsze piersi. Nie za duże, nieco większe, niż pomieści męska dłoń. Tak przynajmniej mu się wydawało. Na ich szczycie zobaczył spore brodawki w kolorze śliwki. Był już naprawdę podniecony. Druga dziewczyna brodawki miała jasne, delikatnie ciemniejsze od koloru skóry. Obie były wspaniale zbudowane, bez cienia niedoskonałości. Nierealne i nieprawdopodobne.

Bawiły się teraz ze sobą, nie ukrywając ogromnej radości. Całowały się, wzajemnie ważąc w dłoniach swoje piersi. Faworytka Wiktora położyła się na plecach, ostentacyjnie rozkładając nogi, a jej koleżanka natychmiast zanurzyła twarz pomiędzy jej udami. Podekscytowany filmem pogłośnił i usłyszał pojękiwanie i wzdychanie. Nie przepadał za odgłosami w sypialni, te były jednak subtelne i urocze.

Po kilku chwilach dziewczyny zamieniły się rolami. Ta druga uklękła na łóżku i położyła głowę na poduszce. Dzięki temu Wiktor mógł podziwiać jej wypięty tyłeczek. Jej koleżanka usadowiła się wygodnie za plecami blondynki, by pieścić jej pośladki. Język łapczywie zlizywał każdy centymetr ciała. Po chwili znudził się pośladkami i powędrował pomiędzy nie. Tam odkrył dwie jaskinie rozkoszy i smakował je na zmianę. Zanurzał się głęboko pomiędzy wargi sromowe, by już po sekundzie z takim samym zapałem wkradać się w nieco mniej dostępną, lecz bardziej kuszącą dziurkę pomiędzy pośladkami. Po chwili oderwały się od siebie, a faworytka Wiktora sięgnęła pod poduszkę i wyjęła telefon.

Niezwykły zwrot akcji – pomyślał mężczyzna, lecz już po chwili przestał się dziwić.

Koleżanki postanowiły wezwać pomoc, by jeszcze lepiej spędzić wspólny czas w sypialni. W następnej scenie w drzwiach pojawił się mężczyzna. Potężny, atletycznie zbudowany. Prawdopodobnie przystojny, choć Wiktor nigdy nie był pewny swojej oceny. Krótko przycięte, stylizowane jasne włosy, brak zarostu, niebieskie jeansy i luźna, biała koszula.

Wszedł do sypialni lekko zaniepokojony, w końcu został wezwany w trybie pilnym. Dziewczyny jednak szybko wyjaśniły mu powody interwencji, zapraszając, by podszedł do łóżka. Natychmiast rzuciły się na jego spodnie i już po sekundzie nie miał na sobie nic od pasa w dół. Sam poradził sobie z koszulą i stał teraz, jak go stwórca postanowił światu podarować.

A podarował niezłą partię. Wiele miesięcy intensywnych treningów teraz procentowało na każdym fragmencie jego ciała. Klatka piersiowa wyraźnie odstawała od mostka, na brzuchu prężyły się mięśnie płaskie i skośne. Ręce, prawie jak w atlasie anatomicznym, ilustrowały skomplikowaną machinerię tkanek i ścięgien. To wszystko było jednak dodatkiem do gigantycznego penisa, który majestatycznie prezentował się tuż przed podnieconymi dziewczynami.

Obie usiadły na brzegu łóżka, które miało taką wysokość, jakby zaprojektowano je specjalnie dla nich. Dokładnie na wysokości ust prężył im się ten gigant i bez najmniejszego trudu mogły się nim nawzajem bawić. Kiedy pierwsza ssała z zapamiętaniem jego główkę, druga językiem gładziła go po długości. Po chwili jedna z nich usiadła na wprost, by zabrać całego tylko dla siebie, a koleżanka uklękła na łóżku za nią, by chwycić jej głowę i płynnymi ruchami dociskać ją do podbrzusza mężczyzny. Ten zdradzał coraz większe podniecenie.

Dziewczyny pracowały rytmicznie i z dużą wprawą. Wiktor nie mógł sobie wyobrazić, jakim cudem tak duży penis może niemal w całości zmieścić się w ustach i gardle maleńkiej dziewczyny. Sam nieraz krztusił się z powodu szczoteczki do zębów, którą szorował ósemki.

Tymczasem na ekranie nastąpił kolejny zwrot akcji. Faworytka położyła się na plecach, jak na początku filmu, z tą różnicą, że teraz chciała już tylko mężczyznę. Ten uklęknął przy jej rozłożonych udach, zwilżył śliną palce prawej dłoni, by pogłaskać nimi nagą, pozbawioną nawet jednego włoska waginę. Sekundę potem wszedł w nią delikatnie, lecz stanowczo. Wolnymi ruchami rozpoczął rytuał. Niczym maszyna parowa musiał rozpędzić się do odpowiedniej prędkości.

Druga dziewczyna, chyba z nudów, całowała się z mężczyzną, głaskała go po torsie, by po chwili zająć się zabawą piersiami koleżanki, która z zamkniętymi oczami przeżywała teraz rozkosz. Po minucie pojawiła się na ekranie bliźniacza scena, tylko aktorki zamieniły się miejscami. Ta druga leżała pod mężczyzną, który z tą samą inicjatywą wdzierał się w nią swoim ponadprzeciętnym penisem.

Wiktor odczuł odrobinę znudzenia. Chyba liczył na nieco więcej. Jednak reguły gry zapewniały wolność wyboru. Wyciągnął rękę w kierunku laptopa, żeby przewinąć film bliżej końca, lecz nie zdążył, ponieważ aktorzy zadbali o jego niedosyt. Leżąca pod pół bogiem, pół mężczyzną dziewczyna szepnęła coś do niego zalotnie.

Wiktor oglądał film bez dźwięku, ze wstydu przed ludźmi zajmującymi sąsiednie pokoje, zatem nie zrozumiał słów. Przesłanie było jednak dość czytelne, przynajmniej dla aktora. Ideał mężczyzny uśmiechnął się jak prawdziwy filmowy amant, chwycił dłonią podstawę swojego penisa, by wolnym ruchem wyjąć go z pochwy dziewczyny i wprowadzić kilka centymetrów niżej.

Powoli i delikatnie, centymetr po centymetrze wsadzał go pomiędzy nieduże, jędrne pośladki aktorki. Dziewczyna podniosła wyżej nogi – zapewne po to, by wszystko było lepiej widoczne w oku kamery. Apollo doskonale znał technikę i już po chwili zanurzał się głęboko w tej na co dzień rzadko dostępnej seksualnie przestrzeni. Druga dziewczyna zaczęła bawić się wargami sromowymi pierwszej. Głaskała i całowała łechtaczkę, wkładała paluszek lub dwa tam, gdzie jeszcze przed chwilą królował wielki penis mężczyzny.

Wszyscy troje mieli na twarzy wyraz ekstremalnego podniecenia. Podobny wyraz musiał mieć Wiktor, który już nie chciał przewijać filmu, a dłoń, która zmierzała do laptopa, od dłuższej chwili znajdowała się pod kołdrą, w jego bokserkach.

Ostatnia scena filmu należała do faworytki Wiktora. To ona klęczała na łóżku, domagając się, by mężczyzna robił wszystko mocno i szybko. Ten, stojąc tuż za nią, podziwiał chwilę jej wypięty tyłeczek, by ponownie w niego wejść. Płynnymi ruchami wchodził w otwór, który był tematem tabu dla wielu i przedmiotem marzeń dla innych, a właściwie to dla tych samych osób. Mężczyzna był w dziewczynie tak głęboko, że obijał się udami o jej pośladki. Z każdą sekundą aktorka krzyczała głośniej, dając więcej dowodów swojej rokoszy. Minęła jeszcze minuta, aż mężczyzna bez uprzedzenia zrobił krok wstecz, a dziewczyny, jak wytrenowane, natychmiast uklękły mu pod nogami, by pomóc w rozkosznym spełnieniu.

Wiktor wyłączył film. Wiedział, że za moment uruchomi się kolejny, a to już przecież nie należało do gry. Wytarł dłonie, na których również można było znaleźć dowody rozkosznego spełnienia, i wrócił do okienka czatu. Napisał:

1: 92: 83: 10

Po niespełna minucie przeczytał:

1: 72: 93: 10

Oraz:

1: 82: 83: 9

Niezwykła zgodność – pomyślał. A to dopiero pierwsza runda.

***

Runda druga miała miejsce zaledwie kilka minut później, gdy na czacie pojawił się link numer dwa. Bez ostrzeżenia, zapowiedzi i przygotowania. Po prostu link i tyle. Wiktor zareagował z nieco mniejszym entuzjazmem; w końcu to nie te same emocje, skoro przed chwilą załatwił sprawę pod kołdrą. Jednak radość z samej gry pozostała ta sama, więc czym prędzej odpalił film. Od razu zauważył, że konwencja jest podobna. Jakby dziewczyny się umówiły. Oczywiście pojawiły się fabularne różnice – za pierwszym razem znudzone aktorki wezwały na pomoc zaradnego kolegę, tym razem to spragniony rozrywki mężczyzna szukał w grupie znajomych dwóch ledwie dorosłych kobiet.

Tak czy inaczej, cała reszta spektaklu była bardzo podobna. Dość długi wstęp, zawiązanie akcji za pomocą dwóch par ust i jednego, ogromnego penisa, rozwinięcie fabuły najpierw w jednej, a potem w drugiej, młodej, napalonej, przecudnie wyćwiczonej i wydepilowanej dziewczynie i płynne przejście do kumulacji atrakcji w postaci analnych igraszek. Wnikliwy obserwator zauważyłby różnice w kolejności scen, sekwencjach poszczególnych działań, no i w samych aktorach, choć równie atrakcyjnych. Trzeba było jednak przyznać, że sama koncepcja była podobna, a i sam scenariusz jak napisany na tej samej matrycy.

Wiktor odłożył komputer na szafkę nocną, położył się na plecach i zamyślił.

Jak to jest, że oglądanie cudzego seksu jest tak podniecające?

Odtworzył sobie w pamięci historię swojej „przyjaźni” z pornografią. Była długa i intensywna. Pierwsze wspomnienia. Początek szkoły podstawowej. Pamiętał, że zainteresował się gazetkami z nagimi kobietami, zanim jeszcze nauczył się onanizować. Co prawda nie umiał przypomnieć sobie pierwszego zdjęcia, doskonale jednak pamiętał swoją pierwszą pornograficzną zbrodnię.

Babcia Wiktora życie dzieliła między Polskę a Austrię. Był to wynik prastarych historii z komuną, ucieczką od partii, pracą za granicą… Tak czy inaczej, Wiktor od najmłodszych lat kursował między Katowicami a Wiedniem i dalej, w głąb krainy małych domków, nieprzebranych pól i zamkniętych w sobie ludzi. Pierwsze wspomnienia z Austrią, Grazem i zagranicznością. Miał wtedy jakieś siedem lat. Przynajmniej tak mu się wydawało, choć doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że zwykle mylił się w szacunkach. Tłumaczył to trudnymi sytuacjami w dzieciństwie, które wyparł i teraz mieszały mu się wydarzenia w czasie. Z drugiej strony wiele osób miało dziecięce traumy, albo raczej niewielu ich nie miało, a pomimo to ludzie dorośli raczej pamiętają swoje dzieciństwo chronologicznie. Rzecz pozostawała bez diagnozy.

Podczas pierwszej wizyty w Austrii, którą pamiętał, Wiktor buszował namiętnie w ogromnym mieszkaniu, które babcia wynajmowała na czas swoich obowiązkowych wizyt w Grazu. Mieszkanie było bardzo duże, a ponieważ on nigdy wcześniej tak dużego nie widział, to wydawałoby mu się wielkie jak Wersal. Gdyby oczywiście kiedykolwiek słyszał o Wersalu. We wszystkich pomieszczeniach mieszkania były sterty gratów, ponieważ właścicielka na co dzień traktowała je bardziej jak składzik niż pomieszczenie mieszkalne. Buszowanie w cudzych, zagranicznych gratach było dla Wiktora nawet większą atrakcją niż zwiedzanie miasta czy towarzyszenie babci podczas zakupów. Kiedy tylko mógł, bawił się w poszukiwacza skarbów, przedzierając się przez nagromadzone latami sprzęty, dekoracje, no i czasopisma.

Wiktor dokładnie pamiętał swój zachwyt nad kolorowymi gazetami niemal na każdy temat. W większości były to bezpłatne foldery reklamowe, grube na centymetr, jakie w Polsce miał zobaczyć co najmniej dziesięć lat później. W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych mógł oglądać tylko okładki magazynu „Detektyw” (mama surowo zabraniała zaglądać do środka) no i „Dziennik Zachodni” (tu już bez ograniczeń, ale i bez atrakcji). Tymczasem w Austrii odkrył ciężkie kolorowe foldery z ogromnymi zdjęciami, grafikami, kolorami. Na kredowym, błyszczącym papierze. Wcale nie szeleszczące jak zwykła gazeta, tylko piszczące przy dotyku. Było w nich dosłownie wszystko. Meble, ogrody, dodatki do salonu i łazienki, sprzęt AGD, no a w jednej… gołe baby.

To było odkrycie na miarę bursztynu na plaży w Sopocie. Tylko znacznie ciekawsze. Pomiędzy katalogami reklamowymi a gazetami uczącymi wykonywania odpowiednich krojów i szycia Wiktor znalazł prawdziwego pornola – dość grubą, kolorową gazetę z samymi aktami. Te były odważne, bez najmniejszej cenzury. Zgrabne panie prężyły się na ich od lewej do prawej. Nie było panów do wspólnej zabawy, same akty. Większość kobiet była zupełnie naga. Czasami zdarzały się pończochy czy skrawki bielizny. Rozkładały nogi w bardzo wielu konfiguracjach, niemal zawsze stawiając na naturalizm, z gąszczem włosów łonowych bez najmniejszej korekty fryzjerskiej.

Wiktor pamiętał szaleńczą satysfakcję z odkrycia i podniecenie. Nie było to jednak podniecenie seksualne, a bardziej ekscytacja, że się wszystkim pochwali. Postanowił zatem dokonać przestępstwa kradzieży. Precyzyjnie dobierał momenty, kiedy był całkiem poza zasięgiem babci, by podglądać swoją zdobycz strona po stronie, planując jednocześnie wielką akcję. W dniu powrotu do Polski bardzo się bał, ale był zdeterminowany. Nie było już mowy o odwrocie. Razem z babcią krzątali się już od świtu, pakując do walizek sterty ubrań, jedzenia i innych rarytasów, wciąż mało znanych w ojczyźnie.

Tuż przed wyjściem na planowany pociąg Wiktor rozpoczął misję. Wymknął się do pokoju pod pretekstem sprawdzenia, czy o niczym nie zapomnieli i… wsunął gazetkę głęboko w spodnie, przykrywając to, co się nie zmieściło, koszulką. Był przekonany, że to słaba kryjówka i babcia od razu się połapie, pomimo to brnął w czarny świat przestępstwa, ponieważ oczami wyobraźni widział, jak chwali się kolegom czymś, o czym mogli jedynie marzyć. Ostatecznie akcja powiodła się bez najmniejszego problemu. Zajęta bagażami, biletami i szukaniem miejsc babcia w ogóle nie zwróciła uwagi na zmiany w obszarze spodni Wiktora. Zatem kilkanaście godzin później stał się przemytnikiem pornografii.

Wiktor uwiadomił sobie, że chyba ani razu nie pokazał nikomu swojej zdobyczy. Nie pamiętał, z jakiego powodu. Ze wstydu, braku okazji czy może poczucia, że to jednak złe. Tak czy inaczej, długo był wiernym czytelnikiem czasopisma, a raz nawet został przyłapany przez mamę na masturbacji w łazience.

Późniejsze wspomnienia związane z pornografią nie były tak sensacyjne. Razem z przyjacielem organizowali sobie regularne wyprawy do kiosku. Żeby łupić gazetkę, należało się naradzić. Dwukrotnie. Raz w domu lub na placu zabaw, a drugi już na miejscu, pod kioskiem. Trzeba było stanąć z boku, poza zasięgiem wzroku kioskarza albo kioskarki i ustalić plan.

Każdorazowo sprowadzał się on do podejścia i wyszeptania upragnionego tytułu możliwie niskim głosem. I każdorazowo robił to Jacek. Z dwóch powodów. Po pierwsze, on wyglądał na swój wiek, a przyjaciel miał już zalążki brody i wąsa. Po drugie, zawsze w podobnej sytuacji Wiktor był zalany wstydem po uszy, więc rozmowa z panią z kiosku była poza jego zasięgiem.

Raz poszli razem. Wstyd był mniejszy, bo zaatakowali kiosk w sąsiednim mieście, gdzie nikt nie mógł ich rozpoznać ani nie było ryzyka, że będą musieli tam wrócić. Poprosili o gazetkę, a pan o pękatej twarzy z czarnym wąsem, uśmiechając się serdecznie, powiedział:

– Papierosów bym wam nie sprzedał, ale gazetkę mogę.

Tego rodzaju przygody powtarzały się od czasu do czasu. Niezbyt często, gdyż budżety obu nie pozwalały na szaleństwa. Z drugiej strony przynajmniej czasopisma się należycie odpłacały, ponieważ „czytali” je na zmianę od deski do deski. Wielokrotnie.

Były to beztroskie czasy bez Internetu i pieniędzy. Wszelkie potrzeby były zatem zaspakajane w stopniu umiarkowanym. Może zdrowiej? Jednak w końcu sieć dotarła także do świata Wiktora, a wtedy wór nagich, pięknych kobiet rozwiązał się na dobre.

Teraz, dwadzieścia pięć lat później, Wiktor siedział na łóżku autentycznie zadumany.

Jak to właściwie działa, że pomimo satysfakcji z życia seksualnego, ekscytującej, wyjątkowej partnerki, albo jak dawniej wielu doraźnych, świat odrealnionego, karykaturalnego seksu „idealnych ludzi” na ekranie jest taki uzależniający – myślał.

Pamiętał kilka prób walki z nałogiem. Koszmar. Godziny i dni odliczania. To już pełen tydzień. To już dwa i pół miesiąca. Życie w ciągłym stresie i właściwie brak odczuwalnych pozytywnych skutków takiej terapii. Nawet mając dziesięć czy dwanaście lat, już wdrażał elementy walki z uzależnieniem. Na przykład tradycyjnie utrzymywał celibat w Wigilię Bożego Narodzenia. Nie z pobożności, a ze strachu. Mama powiedziała mu, że to, co robi się w Wigilię, potem dzieje się przez cały rok. No i w panice odkładał grzecznie rączki na kołdrę, walcząc z pokusami i syndromem odstawienia.

Dziś już, co prawda, nie musiał się ani powstrzymywać, ani ukrywać, ani nawet wstydzić swojej „pasji”, a mimo to czasami uważał się za brudnego. Pocieszał się, że ma wspaniałych sojuszników w tej przygodzie. Ta ostatnia myśl dała mu wreszcie odrobinę spokoju i radości. Ułożył się najwygodniej, jak zdołał, zamknął oczy i jeszcze zanim zasnął, wymyślił dwie kolejne kategorie do gry.

Wrocław,dwanaście godzin wcześniej

Wrocław od zawsze urzekał Wiktora architekturą. Rozmach, a jedocześnie brak warszawskiego przepychu czy zadęcia, które obserwował w Krakowie, pozwalały mu długo cieszyć się obrazami, dźwiękami i atmosferą miasta. I nawet jeśli spacerował w zasadzie tą samą trasą – z Ostrowa Tumskiego, gdzie miał zwyczaj nocować, na plac Dominikański, gdzie pracował – zachwycał się miastem nieustanie. Tak jak teraz, gdy mijał zabłąkanych reprezentantów wrocławskiej młodzieży. Uśmiechał się serdecznie do nich i do parku, w którym czytali książki lub rozmawiali, siedząc na ławce. Pomyślał, że dokładne ta sama młodzież w Warszawie biegałaby teraz pomiędzy zatłoczonymi przejściami dla pieszych, śpiesząc się przeokropnie, nie wiadomo dokąd.

Kiedyś usłyszał złotą radę od dobrej warszawskiej znajomej, że aby przetrwać pieszą wędrówkę przez centrum, należy w każdym z tuneli oraz na schodach do nich przyklejać się płasko do jednej ze ścian i tak właśnie pokonywać kolejne metry. Wówczas okazja do potrącenia przez tłum nieco maleje.

Tymczasem tutaj, tuż pod budynkiem Panoramy Racławickiej, istniał zupełnie inny świat. Studenci czytali, siedząc pod drzewami, starsze osoby wyprowadzały psy na spacer. Ktoś, owszem, spieszył się do pracy, ale wyglądał raczej, jakby kręcił teledysk do piosenki z tekstem Agnieszki Osieckiej, niż jakby miał zaraz zatopić się w korporacyjnej machinie sukcesu. Ot, taki Wrocław.

Wiktor zerknął na zegarek i odkrył, że właściwie też nie musi się spieszyć i może choć przez moment poczuć się jak mieszkaniec tego niezwykłego miasta. Co prawda nie miał książki ani nawet jabłka, z którym jeszcze lepiej pasowałby do atmosfery wokoło, mimo to usiadł na ławce. Ze wstydem wyjął z kieszeni telefon, który miał być zupełnie nieudanym substytutem.

Zamiast otworzyć aplikację z e-bookami, wpadł na całkowicie inny pomysł. Włączył Messengera, wyszukał swoją ulubioną konwersację grupową, stuknął w okienko i napisał:

W:

A może zagramy w grę?.

Przez kilka minut nie było żadnego odzewu. Zauważył, że nikt nawet nie odczytał jego wiadomości. Nieco zmartwiony zamknął aplikację. Wiedział, że jest wtorkowy poranek, więc członkowie grupy dzielili się na tych, którzy już intensywnie pracują, i takich, którzy jeszcze długo będą smacznie spać. Nie było szans na pogadanie o grze, choć już wiedział, że to świetny pomysł.

Schował telefon do kieszeni kurtki. Wewnętrznej, żeby trudniej było spontanicznie go wyjąć. Między innymi tak się zabezpieczał przed kompulsywnym korzystaniem ze smartfona. Wiedział, że kiedy go schowa do kieszeni zewnętrznej lub takiej w spodniach, to zaraz wyjmie go z powrotem i przegapi cały ten wrocławski, poranny urok. No cóż, jak mawiał jeden z jego ulubionych kolegów pisarzy: „Łatwiej jest zmieniać otoczenie niż wnętrze”. Wiktor nie miał wątpliwości, że i jemu było łatwiej.

Wyszedł z parku, minął majestatyczną, piękną pocztę i wszedł do hotelu. Ten już nie zachwycał urokiem, za to był doskonale przygotowany do prowadzenia szkoleń. Czuł się tutaj jak u siebie w domu. Nie zapytał zatem ani o drogę do sali szkoleniowej, ani o jej wyposażenie, ani nawet o porę przerwy lunchowej. Po minucie był już w swojej świątyni. Przez najbliższe kilka godzin będzie władał tą przestrzenią. Jednak jeszcze przez moment był po prostu Wiktorem – pełnym swoich natręctw i rytuałów.

Zaparzył kawę w wielkim i głośnym ekspresie, który stał w kącie sali wraz z trzema stołami wykwintnych, maleńkich przekąsek. Z żalem stwierdził, że po obfitym śniadaniu, jakie sobie zafundował w hotelu, w którym spędził noc, zupełnie nie ma na nie ochoty. Zatem tylko kawa i do roboty. Z filiżanką przeszedł do swojego stanowiska. Zerknął na flipchart, stolik na wszelkie przybory (zawsze za mały) i zegarek.

Bardzo bezpieczna godzina – pomyślał.

Odwiesił kurtkę na wieszak pod ścianą i już miał wyjmować przeróżne graty ze swej szkoleniowej walizki, kiedy nagle przegrał z nawykiem. Wrócił się po telefon i po raz ostatni przed południem odblokował ekran. Zobaczył dwie wiadomości, jedna pod drugą.

Jasne, że tak!

Brzmiała pierwsza. Druga była nieco mniej entuzjastyczna:

A co to za gra?.

Obie odebrał z równą radością. Od wizyty w parku rozmyślał o grze i teraz mógł wreszcie sprawdzić, na ile jego wyobrażenia pokryją się z rzeczywistością. Mogło być różnie, ale był dobrej myśli. W końcu skład graczy nie był przypadkowy. Wręcz przeciwnie, dobrany idealnie.

Wziął solidny łyk kawy i niczym wytrawny mistrz RPG zaczął wprowadzać instrukcję.

W:

Dziewczyny, przed nami pierwsza runda wyjątkowej rozgrywki. Gra, którą opracowałem, pomoże nam się lepiej poznać i przygotować do spotkania. Ktoś powiedział, że obraz wyraża więcej niż tysiąc słów, zatem:

1. Pomyśl sobie teraz o tym, co najbardziej chciałabyś zrobić właśnie z nami, kiedy spotkamy się na żywo.2. Zastanów się, jak wyobrażasz sobie to spotkanie.3. Pozwól sobie na szaleństwo, zero ograniczeń, to tylko gra.4. Zobacz scena po scenie, co będziemy wspólnie robić i w jakiej konfiguracji, a potem… Poszukaj w przeogromnym zbiorze Internetu filmu, który jak najdokładniej to właśnie pokazuje.

Albo zupełnie odwrotnie… Zainspiruj się filmowymi kadrami i zdecyduj, że tego właśnie chcesz i wtedy nam to pokaż. Całość zobaczymy już dziś o 18. Każde z nas prześle swój wymarzony film, być może z krótkim opisem. Następnie ocenimy całość w konkretnych kategoriach.

Moje propozycje to:

1. Atrakcyjność całości 1–10,2. Atrakcyjność aktorów 1–10,3. Chcę tak z Wami 1–10,

Co wy na to?

Niestety nie mógł zaczekać na odpowiedź, ponieważ zbliżała się godzina rozpoczęcia szkolenia. Wiedział, że myśl o tym, jak dziewczyny zareagują na propozycję, raczej nie będzie pomagała w skupieniu. Był jednak profesjonalistą, więc ze spokojem usiadł na swoim miejscu i spojrzał kolejno na każde z piętnastu krzeseł stojących przed nim w półkolu.

Kolejni uczestnicy nieśmiało wchodzili do sali. Wiktor doskonale zdawał sobie sprawę z mieszanki uczuć, jaka im towarzyszyła.

To całkiem naturalne, kiedy radość i ekscytacja z nowej przygody mieszają się z obawami i niepokojem – pomyślał. Jak zawsze chodziło o ocenę i jej dramatyczne skutki dla naszej psychiki. Jak to jest, że wszystkie istoty żywe oceniają rzeczywistość, żeby przeżyć, a tylko człowiek musiał z tego zrobić narzędzie tortur? – rozważał. Czy kiedy drzewo ocenia kierunek padania promieni słonecznych, to robi sobie krzywdę? Albo kiedy kot buszujący w śmietniku ocenia, co jadalne, to robi to wbrew sobie?

Nie! Jasne, że nie tylko człowiek tak potrafi. Na przykład ocenić innych, żeby na tej ocenie wyjść stratnym. Porównać się do kogoś i poczuć smutek. Z przykrością odkryć, że inni mają droższe ciuchy i lepsze zegarki. Albo poczuć złość, że kolega kupił sobie bardziej wypasiony samochód. Ech te przymiotniki. Tyle złego sobie robimy z ich powodów…

Prowadząc swoje rozważania, rysował markerem na flipcharcie „pomoce dydaktyczne”. Były to proste rysunki, które podpowiadały uczestnikom kolejne pojęcia, które będą omawiać. Kiedy skończył, zerknął na krzesła. Zajęte były prawie wszystkie. Dwa puste miejsca przypominały te przy wigilijnym stole. Czekające na zbłąkanego gościa, którego przyjmą z radością. Tak je nawet czasami nazywał, kiedy prosił grupę o ich usunięcie.

Powiódł wzrokiem po zebranych. Spodziewał się dobrego nastawienia i ochoty do pracy. Tego rodzaju szkolenia, i to w takich zespołach, najczęściej były samą frajdą. Uczestnicy sami wybierali sobie temat zajęć i trenera. Była więc spora szansa na to, że każdy z nich jest tu świadomie i z ochotą.

Choć przed chwilą wygłosił w myślach sympozjum krytykujące ocenę, teraz gapił się i… bezczelnie oceniał. I to nawet nie w kontekście zajęć, szukając lidera, eksperta i tak dalej; bezczelnie gapił się w poszukiwaniu najładniejszej dziewczyny. Znalazł ją szybko, sprawa była oczywista. Siedziała na trzecim krześle od lewej strony. Ciemne, długie, proste włosy łagodnie opadały po obu stronach jej twarzy. Miała wyraźne, dość ostre rysy, szerokie brwi, dodające jej wyglądowi siły i odwagi. Z odległości nie widział koloru oczu, ale wydawały mu się ciemne.

Dziwne, nie lubię ciemnych oczu… – pomyślał.

Dziewczyna miała pełne usta pomalowane matową szminką w kolorze brudnego różu, też raczej nie w jego guście. I nosek, który wydał mu się okrągły. Generalnie wyglądała jak amerykańska aktorka z korzeniami ludów Ameryki Południowej. A może Turcji? Tymczasem on wolał skandynawskie bladości i wschodnioeuropejskie rysy.

O co chodzi? – pomyślał i natychmiast szeroko się uśmiechnął. Alicja, spadaj, nie zawracaj mi głowy swoim gustem! – żartobliwie skrzyczał w myślach żonę. Tyle że było już za późno. Wiedział, że częściej będzie spoglądał właśnie na trzecie krzesło od lewej.

Po kilku zdaniach wprowadzenia zaproponował wspólne przedstawienie się kilkoma prostymi zdaniami. Od dziewczyny na trzecim krześle usłyszał:

– Cześć, jestem Monika, na co dzień studiuję i piszę poezję…

Szkolenie minęło bez najmniejszych utrudnień. Temat całkowicie mu odpowiadał, mógł pozwalać sobie na dygresje, trudne pytania i wielowątkowe analizy ćwiczeń i gier. Uwielbiał sytuacje, w których trzymał wszystkie sznurki w ręku i nie był zależny od programu, obostrzeń działu HR czy wymagań menadżera. Robił to, co uważał za słuszne i co wspierało rozwój uczestników. Wspaniały pomysł na życie.

Do hotelowego pokoju dotarł około szesnastej.

I co teraz? – pomyślał.

Niby miał jeszcze pół dnia, a jednak Wiktor był typem skowronka. Cudownie efektywny od szóstej do dziesiątej rano i tyle. Teraz, po południu, to już tylko Netflix, kilka stron książki, czerwone wino i portale społecznościowe. Żadnych szans na efektywność. Trochę się na to gniewał, lecz z drugiej strony natury nie oszukasz… Wstawał więc o świcie, by nadrabiać zaległości w mailach, materiałach szkoleniowych i innych nieciekawych powinnościach. Za to popołudnia i wieczory zwyczajnie trwonił na przyjemności.

Otworzył wino i przelał do kubeczka do mycia zębów. Większość hoteli oferowała tylko takie łazienkowe szkło. Sięgnął po laptop. Odruchowo otworzył przeglądarkę Safari i zawahał się z dłonią nad klawiaturą. Wybór nie był skomplikowany, a jednak trudny. Na co właściwie bardziej miał ochotę…? O jego uwagę konkurowały dwie strony: Netflix, wybór oczywisty, i teenbabiesinsocks.com, ten mniej oczywisty, ale równie kuszący.

Jakie to niezwykłe, że ktoś pokusił się o zgromadzenie w jednym miejscu mnóstwa zdjęć młodych, atrakcyjnych dziewczyn, prezentujących swoje wdzięki w… skarpetkach. Ech, te skarpetki…

Setny raz zastanawiał się, na czym polega ich fenomen. W końcu wyszukał na stronie Netflixa jedyny serial, który go tam interesował. To był doskonały kompromis. Coś leciało, nie było ciszy, a jednocześnie mógł skupić część uwagi na przykład na przeglądaniu telefonu.

Zaraz, zaraz, przecież jesteśmy u progu wielkiej rozgrywki – przypomniał sobie. Pora na podkręcenie atmosfery w rozkosznym gniazdku fizycznych uciech.

W:

Dzień dobry drogie panie. Strasznie się za wami stęskniłem. Cały dzień rozmyślałem nad tym, na ile spodobała Wam się moja gra. Proponuję rozpocząć seans o 18:00. Nie mogę się doczekać.

Wrocław, wtorek

Obudził się jak zawsze o świcie i natychmiast odkrył, że jest totalnie napalony. Chyba nie z powodu snu, nie pamiętał, żeby śniło mu się tej nocy coś ekscytującego. Więc wspomnienie z wczoraj…

– Gra – powiedział na głos.

Absolutny sukces pierwszej odsłony rozgrywki zachęcił go do natychmiastowej pracy nad ciągiem dalszym. Ułożył się zatem wygodnie na plecach i zaczął fantazjować. Odpowiednia, jak sądził, kategoria rozgrywki dłuższą chwilę nie chciała się ujawnić, lecz wreszcie pojawiła mu się przed oczami. Postanowił napisać bez przywitania na wspólnym czacie.

W:

Pozwólcie, że zarysuję fabułę. Jesteśmy umówieni na wieczór. Wszystko dopięte na ostatni guzik. I w ostatniej chwili odkrywasz w sobie dyskwalifikujące dysfunkcje. Będziesz obecna na spotkaniu, a jednocześnie nie będziesz mogła się z nami bawić. Pytanie do gry: jak chciałabyś zobaczyć naszą zabawę bez ciebie? Startujemy o 20!

Łatwo przyszło mu wymyślenie kategorii. Po prostu zastanowił się, co chce zobaczyć, i bach, już jest. Tyle że kolejnym krokiem jest znalezienie własnej interpretacji filmowej danej kategorii…

Więc jestem na spotkaniu, ale nie mogę uczestniczyć w zabawie. Właściwie dlaczego nie mogę? Przecież nie dostałem okresu… Złamałem nogę czy co? Zaraz, jakie to ma znaczenie? Nie mogę, to nie mogę. One się bawią, a ja patrzę. Hmm…

Otworzył przeglądarkę i dłuższą chwilę myślał, co w nią wpisać. Był pewien, że samo „lesbian” nie wystarczy. Widział w życiu setki filmów o dwóch nagich dziewczynach w łóżku i jakoś mu to nie pomagało. Owszem, były to wielokrotnie przyjemne dla oka obrazki, ale niewystarczające. Spróbował „teen lesbian”, lecz wybór nadal był za duży. Nie chciał pokazywać dziewczynom zwykłego filmu. Czuł, że musi popisać się oryginalnością, unikać banału. Tylko po co? Co chciał udowodnić? Mieli się przecież tylko dobrze bawić. Wiktor odkrył, że chyba nazbyt poważnie podchodzi do własnej gry. Szukanie filmu stawało się mozolną pracą. Porzucił poszukiwania, odłożył laptopa na szafkę nocną, rozłożył się wygodnie na łóżku i spoglądając w sufit, zaczął rozmyślać.

Mam w domu żonę, która tak mnie kocha, że zaprasza do małżeńskiego łóżka drugą dziewczynę tylko dla mnie. Nie jest przecież lesbijką, nie jest nawet biseksualna… Po prostu druga atrakcyjna dziewczyna jej nie przeszkadza, a jednocześnie zaspakaja moje fantazje. Ilu facetów ma tyle szczęścia? Żeby do tego stopnia dbać o potrzeby partnera, trzeba go szaleńczo kochać. Jasne, że to wzajemność i że można wtedy liczyć na to samo, a jednak bez ogromnego uczucia byłoby to chyba niemożliwe. Wyjście naprzeciw potrzebom drugiej połówki to największy akt miłości. Ważniejszy niż troska o porządek w domu, ugotowany obiad i wyprasowane koszule. I tak codziennie. Tak, wiele osób realizuje miłość poprzez powinności. Powinienem przynieść worek pieniędzy do domu co miesiąc, bo jestem facetem i kocham żonę. I powinienem jeszcze kupować kwiaty, komplementować i nie zauważać innych kobiet na ulicy. A ona powinna gotować, prać i prasować, zgadzać się na mecze z kumplami, piwo i brudne skarpetki w salonie.

Wiktor poczuł ogromne wzruszenie. Do oczu napłynęły mu łzy, a dolna warga zaczęła lekko drżeć. Nigdy nie sądził, że spotka go taka ilość szczęścia i miłości w maleńkim drugim człowieku. Poprzednie relacje traktował instrumentalnie i egotycznie. Więcej brał, niż dawał, ukrywał potrzeby i kreował się na innego, niż był w rzeczywistości. Tymczasem dziś po prostu przeżywał. Współistniał u boku Alicji ze wszystkimi swoimi przywarami. Był, i to okazywało się wystarczające.

On i ona. I ich potrzeby. I świat był dookoła ze wszystkimi pokusami i atrakcjami. Nie musiał już udawać, że nosi specjalne okulary, które mu zasłaniają inne kobiety, strony z brzydkimi filmami, stopy koleżanek… Sam też oczywiście musiał się mierzyć z faktem, że Alicja spogląda na lewo i prawo. I że ma zdecydowanie więcej kolegów, niż on obecnie miał koleżanek. To powodowało dyskomfort. Tak to już jest, że facet inicjuje większość relacji, a dziewczyna się ewentualnie zgadza. Seksizm…

Zatem pojawiała się pewna oczywista dysproporcja. Wiktor inicjował niewiele znajomości. Głównie dlatego, że nawykowo potrafił zaczynać tylko takie z podtekstem, a podtekstów już nie potrzebował. Za to Alicja chętnie reagowała na zaczepki facetów, czerpiąc przyjemność z bycia adorowaną.

Była piękna, urocza, niebanalna i nieskończenie odważna, co było czuć z daleka. Zatem wielu facetów próbowało swych sił w walce o jej względy. Jak na razie Wiktor nie czuł oddechu konkurencji na plecach. Otrzymywał mnóstwo dowodów miłości właściwie we wszystkich z pięciu języków.

Po pierwsze, słowa.

Nieustannie wymieniali się z Alicją komplementami. Opisywali zachwyt, dopytywali o samopoczucie, zauważali zmiany nastroju, mówili o sobie nawzajem innym w cudownych słowach. Język miłości oparty na wyrazach opanowali do perfekcji.

Po drugie, upominki.

Nie przesadnie często i nie nazbyt obficie, ale pamiętali o sobie, na przykład robiąc zakupy w markecie. Alicja kupowała ser, którego w ogóle nie lubiła. Wiktor przynosił do domu słodycze, choć nigdy ich nie jadał. Z okazji świąt Bożego Narodzenia obsypywali się nawzajem gradem prezentów. Tu akurat trochę przesadzali, tworząc dysproporcje do innych członków rodziny, ale co tam. Miłość nie ma taryfy ulgowej.

Po trzecie, czas poświęcany drugiej osobie.

Taki czas na wyłączność. Wiktor nie miał ani trochę takiej potrzeby. Jeszcze do niedawna każdy wieczór chciał spędzać w szerszym gronie, jednak Alicja potrzebowała również tego języka miłości, więc popróbował. I teraz doceniał bardzo intymne chwile, które spędzali tylko we dwoje. Przypomniał sobie wycieczkę, jaką odbyli jakiś czas temu. Umówili się ze znajomymi na wspólny weekend. Wyjazd był atrakcyjny i rozrywkowy, ale Wiktor naprawdę dobrze się bawił jedynie w drodze na miejsce, kiedy jechał w samochodzie wyłącznie z nią.

Czwartym językiem miłości było służenie pomocą.

Tu Wiktor miał odrobinę trudności. Poprzednie relacje nauczyły go samodzielności, ponieważ jego dziewczyny nie były skore do ofiarowywania czasu na jego potrzeby. Głównie dlatego, że to on nie był gotowy ich angażować. Tymczasem teraz z przyjemnością się tego uczył. Potrafił już poprosić Alicję o przysługę wymagającą jej czasu i uwagi, umiał też służyć swoim czasem, kiedy tego potrzebowała. Czuł jednak, że nie jest to jego faworyt w językach miłości.

Ostatnim, o którym czytał, był kontakt fizyczny.

Tu oczywiści dominował ich wspaniały, niezwykły seks, który w ogóle zasługiwał na nagrodę, dyplom i puchar, bo był jedynym powodem ich poznania. Gdyby nie popęd i dzika, seksualna pasja, nigdy by do siebie nie zagadali. On nie chodził na randki, tym bardziej kiedy był w stałym związku, ona… właściwie identycznie. Tak więc seks był ojcem ich sukcesu. Jednak język miłości oparty na kontakcie to nie tylko seks. To też dotyk, czułość, głaskanie się i przytulanie. Wiktor od zawsze marzył o pozaseksualnych pieszczotach. Ze wzruszeniem oglądał, jak na filmach dziewczyna kładzie sobie na kolanach stopy partnera, żeby je masować. Od Alicji dostawał mnóstwo takiego dotyku. Bez seksu w tle. Czysta czułość.

Koncepcja pięciu języków miłości bardzo się mu spodobała. W prosty sposób mógł dbać o najważniejsze elementy pielęgnujące ich związek. W dodatku prościej określał to, czego sam najbardziej chce. Niedawno ze zdziwieniem odkrył, że jest ogromnie łasy na dotyk i słowa. Drobne prezenty też bardzo doceniał. Za to intymnego czasu potrzebował najmniej. No a angażowanie czasu Alicji do pomocy przy jego sprawach wciąż było dla Wiktora krępujące.

Tak czy inaczej, dowody miłości Alicji atakowały go ze wszystkich stron. Czuł z tego powodu ogromną radość, ale też wielką ulgę. Doskonale pamiętał wyniki badań, o których czytał w ulubionym poradniku psychologicznym. Poproszono zaręczone pary, aby policzyły, ile razy w ciągu dnia robią dla siebie wspierające rzeczy. Każdy mały gest, jak filiżanka kawy, „dzień dobry, kochanie” czy „kupiłem twój ulubiony serek”, został precyzyjnie zliczony. Policzono także te mniej radosne elementy współżycia, jak przykre słowa, zawody, niedopatrzenia.

Okazało się, że po siedmiu latach próbę czasu przetrwały tylko te pary, które dawały sobie co najmniej pięć razy więcej wsparcia niż trudności. To dużo, ale gdy dawały mniej, nie było z czego odłożyć. To jak uczuciowe konto oszczędnościowe. Jeśli uzbierasz choć trochę, kiedy jest wspaniale i miło, to możesz zużyć na przeżycie trudnych chwil. A jak zużywasz na bieżąco, to po prostu brakuje. Wiktor nigdy nie liczył proporcji, jednak był pewien, że na pięć działań wspierających przypada nie więcej niż jedna przykra.

Wciąż wzruszony wrócił do przeglądania filmów. Wybrał dwa takie, które pokazywały najwięcej intymnej pasji, zamiast obdartego z uczuć seksu. Dziewczyny zachwycały się sobą, podziwiały każdy fragment ciała. Smakowały się po kawałeczku, jakby miało im zaraz czegoś zabraknąć. Wszystko było subtelne, kierowane emocjami. Kamerzysta podkreślał delikatne piękno aktorek i nie zachowywał się jak operator przy zabiegach chirurgicznych. Dziewczyny przeżywały ekstazę, ale nie z powodu mechaniki, tylko raczej chemii pomiędzy sobą.

Tak, dziś chciałbym was oglądać właśnie w taki sposób – pomyślał Wiktor.

Wysłał film o umówionej porze. Właściwie nie miał teraz ochoty świntuszyć ani oglądać filmików od dziewczyn i oceniać kryteriów; chciał się przytulić do Alicji i zasnąć w jej ramionach. Wiedział, że to niemożliwe, nie tylko dlatego że był dwieście kilometrów od niej, lecz także z powodu technicznych komplikacji. Na myśl o nich się uśmiechnął.

Jak to się dzieje, że przytulanie to górna granica przyjemności, a spać w objęciach się nie da?

Potrafili z Alicją trwać we własnych ramionach długo i szczęśliwie, ale gdy przychodził sen… Trzeba było leżeć obok. Ciekawe.

Teraz jednak chciałby podjąć jeszcze jedną próbę. Zamiast tego miał Netflixa i kubek z winem. Włączył serial, żeby po raz setny zobaczyć, jak Ross żeni się z Emily w Londynie. Nie lubił tego wątku, był idiotyczny. Cały świat wiedział, że Ross ma być z Rachel, ale nie, on będzie teraz z jakąś brytyjską wiedźmą…

Zaraz… A może ja tak nie lubię tej historii, bo przypomina mi własną? Ile razy byłem na miejscu Rossa, dokonując idiotycznych wyborów, zamiast iść oczywistą drogą. Drogą serca, nie penisa.

Najbardziej nie lubił scen, w których Emily strzela dziecięcego, kapryśnego focha.

To jak z moją pierwszą żoną! – odkrył. Cała historia pasowała do jego pierwszego małżeństwa. No, może niedokładnie, Wiktor nie pomylił imion podczas przysięgi, a szkoda. Pomylił za to osobę, z którą w ogóle się związał. Szedł do ślubu bez cienia emocji. Bez miłości czy chociażby sympatii do swojej przyszłej żony. Czuł się zaszczuty, zmuszony i poddany przeogromnej presji. Oczywiście był za słaby na ewakuację i musiał zaczekać na założenie obrączki, żeby poczuć wystarczającą determinację. Uciekł miesiąc później, a gdyby ulga, którą poczuł, była płynem, stworzyłaby na Śląsku konkurencję dla Mazur.

Co prawda potem jeszcze dwa lata formalnie był w związku małżeńskim, jednak realnie wiódł życie szalonego singla. W końcu przyszedł jednak czas na pozew rozwodowy, bo… jego żona zarzuciła mu złą opiekę nad psem. Tego Wiktor nie mógł jej darować.

Przypomniał sobie tę historię i kiedy porównał ją do związku z Alicją, po prostu się rozpłakał. Ze szczęścia, wzruszenia i radości. Zasnął jak kamień i przegapił, jak Ross mówi podczas przysięgi imię Rachel.

Wstał jak zwykle o wiele za wcześnie. Zawsze tak robił, bo poranek był jedyną porą dnia, kiedy był efektywny. Poszedł do toalety, umył twarz zimną wodą, po czym rozsiadł się na sedesie z telefonem w ręku. Kolejny rytuał. Chciał jak co dzień przejrzeć kolekcję instagramowych zdjęć, jednak zaczął od Messengera. Przecież wczoraj nie dokończył gry. Nadal miał na nią umiarkowaną ochotę. Być może ta kategoria nie była strzałem w dziesiątkę… On dobrze się bawił, szukając dziewczęcej przygody, jednak teraz miał zobaczyć aktorów odgrywających scenę, w której on bawi się z Agnieszką, a Alicja w tym nie uczestniczy. Poczuł niesmak.

Sam na to wpadłeś? – skarcił się w myślach.

Jednak słowo się rzekło, zajrzał więc na czat. Mignął mu przed oczami jakiś link, ale wzrok od razu wyłapał zdanie pod nim.

A:

Okazało się, że mam wolny wieczór. Mogę do was wpaść?

Poczuł, jak penis zmienia stan skupienia i już nie spogląda swym jednym okiem w głąb muszli klozetowej. Podniecił się w ułamku sekundy. Dziś miał okazję znów spotkać we własnej sypialni dwie niesamowite dziewczyny. Obrazy wskakiwały mu przed oczy jeden po drugim. Od tych delikatnych, subtelnych, zabawnych po ostre, perwersyjne i dzikie. Już miał odpisać „Tak!!!”, lecz kciuk nad ekranem się zawahał.

Nie, nie, to tak nie działa! Najpierw pogadam z Alicją.

Cztery razy rozpoczynał wiadomość i zdegustowany ją kasował. Wszystko przez sprzeczności. Chciał wykrzyczeć w tych kilku linijkach tekstu coś w stylu: „Aaaaa, znów będę uprawiać seks z dwiema zajebistymi laskami! Znów zużyję sześć prezerwatyw i będę opowiadał o tym kumplom przez miesiąc! Znów poczuję się bogiem, herosem i tytanem tytanów”.

Wiedział jednak, że bardziej odpowiednie będzie coś w stylu: „Wiesz, Agnieszka napisała, że chce wpaść. Sam nie wiem, może to i niezły pomysł, choć nie jestem przekonany, bo miałem dokręcić kran w kuchni i pomalować sypialnię, zanim naprawię samochód w garażu…”.

No i co… Penis podpowiadał jedno, rozsądek drugie… W końcu zdecydował się na kompromis.

W:

Kochanie, Aga napisała, że może nas odwiedzić jeszcze dziś. Wiem, że pytam dość późno, a Ty lubisz wiedzieć wcześniej, jednak chciałbym, żebyśmy się z nią spotkali. Co ty na to?

Westchnął. Jak to dobrze, że dawno temu uwierzył w moc porozumienia bez przemocy; że zrozumiał, a nie tylko zapamiętał komunikat „ja” i teraz już odruchowo go używał. To pozwalało mu redukować liczbę ocen, osądów, uogólnień i innych fatalnych elementów języka. Dzięki temu zazwyczaj nie powodował konfliktów, otoczenie go rozumiało.

Wiele razy rozmyślał nad tym, dlaczego to dla nas takie trudne. Dlaczego łatwiej porozumiewać się ocenami, agresją, stereotypami. Oczywiście od dawna znał odpowiedź. Po pierwsze, oczy, uszy i nos mamy na zewnątrz właśnie po to, żeby oceniały innych, a nie siebie. Po drugie, komunikacja typu „ty”, „wy”, „oni” zrzuca z nas odpowiedzialność za słowa. Kiedy mówię „gadasz głupoty”, to przecież ktoś ma kłopot i powinien się poprawić. Koszmarki takie.

W duchu porozumienia bez przemocy było mu dziś łatwiej. Oczywiście nadal łapał się na brutalnych ocenach, „co za debil tu jedzie”, „no baba” i tak dalej, jednak umiał nad nimi niemal w pełni panować.

Zerknął na zegarek. Zero szans na odpowiedź. Była ósma rano, co oznaczało, że Alicja dociera dopiero do czwartej z sześciu sennych krain. Wiktor wiedział doskonale, że przyjdzie mu poczekać jeszcze dwie godziny, zanim przeczyta odpowiedź.

Co ja właściwie teraz miałem zrobić? – zapytał siebie.

Odpowiedzieć na cztery maile i dokończyć materiały szkoleniowe, powinien był usłyszeć od siebie, jednak zamiast tego położył się na łóżku i odpłynął myślami do dnia, w którym po raz pierwszy odwiedziła ich Agnieszka.

Sytuacja wydawała się dziecinnie prosta. Agnieszka była starą znajomą Wiktora z czasów jego frywolnych igraszek pozazwiązkowych. Znali się niemal wyłącznie z łóżka i SMS-owych flirtów, i to właśnie podpowiedziało Wiktorowi, że Aga jest odpowiednią kandydatką do tego eksperymentu. Zatem pomimo mgiełki wstydu, jaka towarzyszyła mężczyźnie za każdym razem, kiedy proponował zabawę, napisał do niej.

W zasadzie nie był to wstyd, jaki czujemy, kiedy zrobimy coś złego. To raczej zakamuflowany lęk przed porażką, obawa, że ta druga strona powie „nie, dziękuję”. Że on, Wiktor, książę uwodzenia, zostanie z niczym. Tym razem jednak nie było na to najmniejszych szans. Dogadali się w ciągu trzech wiadomości i w czwartej umówili na konkretny termin. Szok, niedowierzanie i ogromne podniecenie…

Mogłoby się zatem wydawać, że po tak prostym i oczywistym wstępie wszystko pójdzie dokładnie jak na filmie lub w wieczornych marzeniach Witora…

On leży wygodnie na kanapie swojego salonu, oglądając ulubiony serial. Na sobie ma niebieskie jeansy i czarną koszulę. Nic więcej. W prawej dłoni trzyma ciężką, zdobioną szklankę z rubinowym płynem. To negroni, wyborny włoski drink, odrobinę słodki, przede wszystkim mocny i wyraźnie gorzki w smaku. Opiera głowę o poduszkę. Lewą nogę ma zgiętą w kolanie, szarmancko i lekceważąco. Trzyma na niej szklankę z drinkiem.

Wtedy otwierają się drzwi sypialni i wchodzą one. Piękne, zdecydowane, spragnione wyłącznie jego. Alicja z lewej, Aga z prawej. Trzymają się za dłonie jak najlepsze przyjaciółki. Obie ubrane identycznie – białe topy, krótkie plisowane spódniczki w czerwoną kratkę, białe kolanówki. Nic więcej. Przechodzą przez salon, a on zauważa je dopiero, kiedy przystają nieopodal kanapy, na której leży. Niespiesznie odwraca głowę, jakby od niechcenia. Uśmiechają się wstydliwie, jak nastolatki. Odwzajemnia uśmiech, bierze ostatni łyk negroni i odstawia szklankę.

Wstaje z kanapy, a dziewczyny chichocą z radości, jakby dostały prezent. Chwyta dwie dekoracyjne poduszki z kanapy i nonszalancko rzuca je na podłogę przed sobą. Dziewczyny zakrywają dłonią usta – trochę ze wstydu, bardziej z niedowierzania – i natychmiast zajmują pozycję. Każda klęka na jednej poduszce i siada tyłeczkiem na piętach.

On nigdzie się nie śpieszy. Powolnym ruchem odpina pasek przy spodniach, rozsuwa rozporek i opuszcza spodnie do kostek. Nie robi już nic więcej. Dziewczyny, zupełnie jakby zobaczyły ukryty skarb, rzucają się łapczywie na jego bokserki, zdzierając je jednym ruchem. Chwilę patrzą na swoją zdobycz, podziwiają z zachwytem, ostrożnie dotykają, jakby nie były pewne, czy na nią zasłużyły. Wreszcie Alicja pokonuje wstyd i niepewność i zdecydowanym ruchem wkłada go sobie do ust…

Tak…

Wiktor westchnął, patrząc w hotelowy sufit. Tak to właśnie sobie wyobrażałem. Tymczasem, choć pierwsza wizyta Agnieszki była zjawiskowym widowiskiem, to niespecjalnie przypominała setki razy odtwarzaną fantazję. Przyjechała o wyznaczonej godzinie, weszła do mieszkania Wiktora i Alicji w czarnej spódnicy i czarnej koronkowej bluzce. Pomyślał wtedy, że wolałby nieco mniej elegancji, ale to przecież detal.

Wszyscy troje usiedli na kanapie niemal tak samo skrępowani i niemal identycznie udający, że wcale nie. Wiktor zaproponował drinka. Coś musiało się zgadzać z fantazją… Poszedł mieszać gin, campari i czerwony wermut, dokładnie jak we włoskim przepisie. Oczywiście nie zapomniał o historii, jak to książę Negroni poprosił o gin do drinka americano, który wydał mu się za słaby, i tak stworzył legendarny napój. Trudno powiedzieć, czy tego typu historie opowiadał bardziej dla siebie, czy dla słuchaczy. Tym razem pomagała uniknąć ciszy.

Po chwili siedzieli z powrotem w trójkę, delektując się alkoholem. Trochę mówili, nieco żartowali. Napięcie powolutku rosło. Wiktor czuł wyraźny, silny kontrast swoich fantazji, w których był zdecydowany, bezwzględnie opanowany i pewny siebie, z tą sytuacją, w której dominowały stres i zakłopotanie.

To dziwne, w końcu sytuacja jest jasna. Wszyscy jesteśmy tutaj w tym samym celu i z tego samego powodu. Powinno być chyba łatwiej – pomyślał wtedy.

Łatwiej się stało dzięki dziewczynom. To Alicja przełamała impas, oferując prysznic. No tak, perfekcyjna higiena to domena kobiet… Zatem kolejno (właściwie dlaczego?) każde z nich skorzystało z toalety i po kwadransie byli czyści, pachnący i otuleni jedynie ręcznikami. Ten ostatni fakt w naturalny sposób zaprowadził ich na łóżko w sypialni.

Usiedli z boku, nadal pozbawieni instrukcji obsługi. Wtedy wreszcie Wiktor wspiął się na wyżyny męskości. Silnym ruchem zrzucił z Agnieszki ręcznik, odsłaniając opalone ciało – ciężkie, pełne piersi i szczupłą, aksamitną talię. Był to gest niczym sygnał startowy. Minutę później całą sypialnię wypełniła rozkosz.

Chorzów, czwartek

Czwartek zapowiadał się jako jeden z mniej ciekawych dni w tym miesiącu. Niemal od tygodnia lało. XXI wiek zaowocował wysypem nowoczesnych rozwiązań, jak szkolenia online, które „ułatwiają pracę i pozwalają na dużo więcej niż tradycyjne”, o których na myśl Wiktorowi odechciewało się w ogóle wstawać z łóżka. Spał zatem dłużej niż zwykle, co z kolei obniżało jego samopoczucie, gdyż lubił wczesne poranki pełne aktywności. Mógłby wstawać wcześniej z powodu psa, jednak ten lubił wylegiwać się znacznie dłużej niż on. Najwyraźniej świat postanowił uwziąć się na niego i utrudnić mu ulubione elementy dnia, jak tylko można.

Z łóżka wyrwał go SMS. Na punkcie telefonu miał prawdziwą obsesję. Traktował ten sprzęt jak surowego ojca lub bezwzględnego szefa, który rozlicza go z każdej minuty w ciągu dnia. Żeby nieco mniej bać się przeklętego urządzenia z baterią, która jak na złość wytrzymywała cały dzień, aż do późnego wieczora, Wiktor już dawno nauczył się mieć zawsze ustawiony tryb cichy. To, co prawda, nie ratowało go w zupełności od obsesyjnych myśli, ale pozwalało na mniej więcej spokojną pracę i inne aktywności w trakcie dnia.

Teraz jednak jego iPhone zadzwonił silnym, dźwięcznym sygnałem i mężczyzna aż podskoczył na łóżku. Szybko poskromił odruchy, ponieważ tuż przy nim Alicja śniła w najlepsze i za nic w świecie nie chciał jej obudzić. Wyskoczył spod kołdry i w samych bokserkach pobiegł do salonu wiedziony ciekawością. Właściwie nie wiedział, czy bardziej był zainteresowany tym, kto napisał, czy zdziwiony tym, że telefon w ogóle wydał jakieś dźwięki. Przynajmniej pierwszy powód ciekawości wyjaśnił się w jednej chwili. Zerknął na wyświetlacz.

Tu kurier, w ciągu godziny dostarczę przesyłkę.

No tak, nie dalej jak trzy dni temu wpadł na niewinny pomysł, by tylko na chwilę zerknąć na ulubiony sklep internetowy z odzieżą. Niewinny kaprys kosztował go prawie trzy tysiące złotych i już za godzinę miał dotrzeć na wskazany adres.

Wiktor nie należał do rozsądnych i analitycznych umysłów. Często ulegał nastrojowi i chwilowym pokusom. Tak też było w tym przypadku. Teraz trzymał wirtualne kciuki za to, by ciuchy przyszły w niewłaściwym rozmiarze. Mógłby wtedy po raz pierwszy życiu skorzystać z darmowego zwrotu. Odłożył telefon na stolik i przeszedł do kuchni, by zaparzyć kawę. Jeśli istniały w jego życiu rytuały niepodlegające dyskusji, odporne na nastrój, porę roku i trzęsienie ziemi, to jednym z nich było na pewno poranne parzenie. Wiktor wyznawał maksymę swojego ulubionego bohatera, Jacka Reachera. Ten niezłomny renegat, równie silny co radziecki czołg, i mniej więcej tak samo atrakcyjny, zwykł mawiać: „Nic nie jest zbyt pilne w porównaniu z kawą”.

Podobnie jak Reacher Wiktor lubił czarną, gorzką, mocną i w możliwie dużym kubku. Żeby na pewno wystarczyło. Taką też zaparzył sobie teraz. Nalał gorącej wody (nie więcej niż osiemdziesiąt dziewięć stopni Celsjusza!) do kubka ze świeżo zmielonymi ziarnami i czekał cierpliwie, aż cała procedura dobiegnie końca. Ponieważ niezbyt dobrze radził sobie z nudą, chwycił za telefon i zaczął drugi już z porannych rytuałów – szperanie w portalach społecznościowych.

Otworzył Instagram w nadziei na poranną porcję atrakcyjnych zdjęć. Obserwował ulubione aktorki, piosenkarki i koleżanki, na które lubił patrzeć. Kiedyś nawet zastanawiał się, czy to zdrowe, ale liczba użytkowników Instagrama na świecie podpowiadała, że jeśli nawet nie zdrowe, to przynajmniej popularne. Co prawda Alicja twierdziła, że korzysta z Insta, żeby poznawać świat poprzez relacje i opowieści różnych ludzi, ale tylko w połowie był w stanie w to uwierzyć. Liczne przykłady przystojnych, niekompletnie ubranych osiłków, którzy groźnie patrzyli na niego z jej telefonu, podpowiadały mu, że to poznawanie świata przynajmniej w części opiera się na cieszeniu oka atrakcyjnymi obrazkami. I dobrze. Życie powinno dostarczać przyjemności.

Kiedy dotarł do napisu „jesteś na bieżąco”, ze smutkiem stwierdził, że nikt nie zafundował mu dziś zachwytu ani nawet nie zaskoczył go niespodzianką. Tymczasem w zupełnie innej części telefonu, przy niebieskim dymku, pojawiła się nagle cyferka „1” w czerwonym kółeczku. Zaraz więc zapomniał o frustracji i z ciekawością otworzył Messengera.

Okazało się, że to Michał kategorycznie domagał się spotkania przy piwie.

M:

Facet, znajdź dla mnie dwie godziny. Musisz mi to wszystko wyjaśnić, bo ja nic nie rozumiem.

W:

Hmm, czego kolega nie rozumie?

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Katowice, piątek

Dostępne w wersji pełnej

Chorzów, sobota

Dostępne w wersji pełnej

Katowice, środa

Dostępne w wersji pełnej

Chorzów, piątek

Dostępne w wersji pełnej

Szczyrk, sobota

Dostępne w wersji pełnej

Chorzów, niedziela

Dostępne w wersji pełnej

Orlando, poniedziałek

Dostępne w wersji pełnej

Chorzów, poniedziałek

Dostępne w wersji pełnej

Katowice, piątek

Dostępne w wersji pełnej

Szczyrk, sobota

Dostępne w wersji pełnej

Chorzów, niedziela

Dostępne w wersji pełnej

Checiny, poniedziałek

Dostępne w wersji pełnej

Warszawa, czwartek

Dostępne w wersji pełnej

Chorzów, piątek

Dostępne w wersji pełnej

Łódź, poniedziałek

Dostępne w wersji pełnej

Chorzów, piątek

Dostępne w wersji pełnej

Antalya, poniedziałek

Dostępne w wersji pełnej

Chorzów, środa

Dostępne w wersji pełnej

Chorzów, sobota

Dostępne w wersji pełnej

Szaflary, sobota

Dostępne w wersji pełnej

Katowice, niedziela

Dostępne w wersji pełnej

Chorzów, poniedziałek

Dostępne w wersji pełnej

Wrocław, wtorek

Dostępne w wersji pełnej

Chorzów, wtorek

Dostępne w wersji pełnej

Chorzów, środa

Dostępne w wersji pełnej

Chorzów, czwartek

Dostępne w wersji pełnej

Chorzów, sobota

Dostępne w wersji pełnej

Katowice, niedziela

Dostępne w wersji pełnej

Podziekowania

Dostępne w wersji pełnej

Skazani na wolność

ISBN: 978-83-8313-714-8

© Iwo Konopek i Wydawnictwo Novae Res 2023

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Jędrzej Szulga

KOREKTA: Anna Jakubek

OKŁADKA: Izabela Surdykowska-Jurek

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Zaczytani sp. z o.o. sp. k.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk