Skazana na miłość - Davis Siobhan - ebook + książka
BESTSELLER

Skazana na miłość ebook

Davis Siobhan

4,6

27 osób interesuje się tą książką

Opis

Czy można walczyć o miłość i wygrać, w świecie, gdzie kobiety służą jednemu celowi, a sojusze decydują o życiu lub śmierci?

Sierra

Dwudzieste pierwsze urodziny powinny być dla Sierry Lawson prawdziwą zabawą i świętowaniem, ale sprawy przybierają zgoła inny obrót, kiedy trafia do prywatnego pokoju w klubie i zostaje otoczona przez niebezpiecznych mężczyzn, którzy zawsze dostają to, czego chcą.

A chcą jej.

Bennett

Bennett Mazzone dorastał nie znając prawdy: jest nieślubnym synem najpotężniejszego szefa nowojorskiej mafii. Wiódł nieświadome życie, dopóki ojciec nie wciągnął go do świata, w którym władza, bogactwo, przemoc i okrucieństwo są jedyną walutą.

Nie może uwierzyć własnym oczom, kiedy na tajne spotkanie zostaje siłą przyprowadzona najmłodsza siostra jego byłej. Dorosła i jest oszałamiająco piękna. Znajduje się jednak w rękach najbardziej bezwzględnych mężczyzn, jakich kiedykolwiek znał. Być może zdoła ją uratować, ale Sierra zapłaci za to wysoką cenę.

 

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 597

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (541 ocen)
404
79
43
8
7
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Ruddaa
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Mega pozytywne zaskoczenie! No dobra pierwsze rozdziały (zwlaszcza akcja w Vegas) średnio mnie zainteresowały ale im wecej stron było za mną tym było coraz ciekawiej! Historia mnie wciągnęła na maxa, książka super napisana. I bardzo podoba mi sie to, że historia głównych bohaterów została ujeta w jednym tomie a nie rozbita na 2 lub 3. Mam nadzieję, że pojawią sie kolejne cześci o innych bohaterach. Jedyny minus to okładka. Średnio mi sie podoba.
70
IwonaP19884

Nie oderwiesz się od lektury

Książka jest rewelacyjna. Nie można się od niej oderwać. jedna z najlepszych z wątkiem mafijnym . gorąco polecam
50
Sylwiajabl

Całkiem niezła

trochę za długa
31
filipstefan

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja
20
Kasiamotyl

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna
20

Popularność




SPIS TREŚCI

PROLOG Sierra

CZĘŚĆ I

1 - Sierra

2 - Sierra

3 - Ben

4 - Ben

5 - Sierra

6 - Sierra

7 - Ben

8 - Sierra

9 - Sierra

10 - Sierra

11 - Sierra

12 - Sierra

13 - Sierra

14 - Sierra

CZĘŚĆ II SZEŚĆ LAT PÓŹNIEJ

15 - Ben

16 - Sierra

17 - Sierra

18 - Ben

19 - Sierra

20 - Ben

21 - Sierra

22 - Sierra

23 - Ben

24 - Ben

25 - Sierra

26 - Ben

27 - Ben

28 - Sierra

29 - Sierra

30 - Sierra

31 - Ben

32 - Ben

33 - Ben

34 - Ben

35 - Ben

36 - Sierra

37 - Sierra

38 - Sierra

39 - Sierra

40 - Sierra

41 - Ben

42 - Sierra

43 - Sierra

44 - Ben

45 - Ben

46 - Ben

47 - Ben

48 - Ben

49 - Ben

50 - Sierra

51 - Sierra

52 - Ben

53 - Ben

54 - Ben

55 - Ben

EPILOG - SIERRA

O AUTORCE

TYTUŁ ORYGINAŁU
Condemned to Love
Copyright © 2021. Condemned to Love by Siobhan Davis Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Papierówka Beata Bamber, 2021 Copyright © by Wydawnictwo Papierówka Beata Bamber, 2021Redaktor prowadząca: Beata Bamber Redakcja: Julia Cudowska Korekta: Patrycja Siedlecka Opracowanie graficzne okładki: Marcin Bronicki, behance.net/mbronicki Projekt typograficzny, skład i łamanie: Beata BamberWydanie 1 Gołuski 2021 ISBN 978-83-66429-90-1Wydawnictwo Papierówka Beata Bamber Sowia 7, 62-070 Gołuski www.papierowka.com.plPrzygotowanie wersji ebook: Agnieszka Makowska www.facebook.com/ADMakowska
.PRZEŁOŻYŁA Marta Piotrowicz

SŁOWNIK MAFII

Bratva – rosyjska mafia w USA

caporegime, capo – z wł. kapitan, termin używany w mafii dla wysoko postawionych członków rodziny przestępczej kierujących oddziałem żołnierzy

consigliere – członek rodziny przestępczej, doradca szefa, wewnątrzrodzinny mediator

don/szef – głowa rodziny przestępczej

la famiglia/famiglia – z wł. rodzina

La Cosa Nostra – z wł. nasza rzecz lub nasza sprawa, tajna organizacja przestępcza w USA obejmująca amerykańskie rodziny pochodzenia włoskiego, nawiązująca do tradycji sycylijskiej mafii

made man – osoba oficjalnie zwerbowana do mafii

mafioso – oficjalny członek mafii

mafia – rodzina przestępcza

omertá – zmowa milczenia, nieformalne prawo mafijne zabraniające członkowi mafii informowania kogokolwiek z zewnątrz o jej przestępstwach. Złamanie omerty jest zazwyczaj równoznaczne z wydaniem na siebie wyroku śmierci.

RICO – ustawa federalna Stanów Zjednoczonych uchwalona w 1970 roku. Pozwala prokuratorom domagać się surowszych kar, jeśli mogą udowodnić, że ktoś jest członkiem mafii.

soldati – z wł. żołnierze

żołnierz – niski rangą członek mafii, który podlega przydzielonemu capo

Komisja – organ zarządzający La Cosa Nostrą z siedzibą w Nowym Jorku, stolicy przestępczości zorganizowanej USA

pięć rodzin – główne rodziny mafijne działające w Nowym Jorku, z których każda jest kierowana przez innego szefa

Outfit – chicagowski oddział La Cosa Nostry

Triada – chińska organizacja przestępcza

capo bastone – z wł. podszef, drugi dowódca w rodzinie przestępczej i wtajemniczony członek mafii, który ściśle współpracuje z szefem i bezpośrednio mu podlega

Inne referencje:

UC (University of Chicago) – Uniwersytet Chicagowski

PROLOG Sierra

– Zawsze możesz poprosić mnie o rękę – mówi Saskia do Bena, trzepocząc rzęsami, jakby była słodkim niewiniątkiem wartym tej propozycji, a nie bezlitosną manipulantką, suką, którą kręci znęcanie się nade mną przy każdej nadarzającej się okazji.

Ponad jego ramieniem strzela wzrokiem w moją stronę, a ja mocniej wciskam się w ciemną wnękę, modląc się, żeby nie odkryła, że tu jestem. Jeśli się dowie, że słyszałam te przyprawiające o mdłości próby przekonania swojego chłopaka, by dał jej pierścionek, rozpęta się piekło.

– Co? – mamrocze Ben, a zdławiony śmiech wyrywa się z jego ust. – Chyba nie mówisz poważnie.

Panika tętniąca w moich żyłach uspokaja się nieco na dźwięk niedowierzania w głosie Bena. Mimowolnie zaczynam masować okolice serca, żałując, że nie widzę wyrazu jego twarzy. Chcę się przekonać, że on nawet przez sekundę nie bierze na serio jej niedorzecznej sugestii. Zawsze się zastanawiałam, jakim cudem tak długo wytrzymał z moją najstarszą siostrą. Miałam pewność, że po pierwszych tygodniach randkowania pośle ją do diabła, ale był z nią już rok. Gdyby to ode mnie zależało, dostałby za to złoty medal.

– Dlaczego, do cholery, miałabym nie mówić poważnie? – warczy Saskia tonem, który dobrze znam.

– Choćby dlatego, że ty masz dwadzieścia lat, a ja dwadzieścia jeden – odpowiada Ben pojednawczo.

– Jesteśmy dorośli – fuka, a ja przewracam oczami.

Uwielbia ten argument: „Jestem dorosła, Sierro. Nie to co ty, dzieciaku. Będziesz robić, co ci każę, bo inaczej naskarżę tacie, jak nieznośnie się zachowujesz”. Zaciskam pięści, żałując, że między mną a siostrami jest taka różnica wieku. Może gdyby jej nie było, nikt nie patrzyłby na mnie niczym na chodzący problem, a ja nie czułabym się we własnej rodzinie jak wyrzutek. Jedyna osoba, na której mogę polegać, to moja mama. Dla sióstr jestem utrapieniem, a dla ojca niefortunnym przypadkiem. Bezustannie psuję jego perfekcyjne życie, bo nie chcę się dostosować.

Może i mam tylko trzynaście lat i nadal odkrywam pewne rzeczy, ale wiem o sobie wystarczająco dużo, żeby wybrać własną ścieżkę życia. Nie chcę bezwolnie poddać się planowi, który nakreślił dla mnie ojciec – tak samo jak zrobił to z moimi dwiema siostrami – tylko dlatego, że powinnam zachować pozory jako córka jednego z najbogatszych i najbardziej wpływowych biznesmenów w USA. Pieprzyć to. Pójdę swoją drogą i nikomu nic do tego. A jeżeli ojciec zechce mnie wydziedziczyć, trudno. Niech tak będzie. Wolałabym być spłukana i wolna niż bogata i nieszczęśliwa.

– Dorośli na tyle, żeby głosować, uprawiać seks i się hajtać – precyzuje tymczasem Saskia.

– Chyba nie po to sugerujesz małżeństwo, żebyśmy mogli zacząć ze sobą sypiać. – Ben odchrząkuje znacząco.

Policzki zaczynają mnie piec, uczucie trzepotania wiruje w brzuchu. Takie samo jak wtedy, gdy fantazjuję o Bennetcie Carverze. Na pewno istnieje niepisana zasada, żeby nie podkochiwać się w chłopaku własnej siostry, i może zostanę ukarana za nieprzyzwoite myśli, ale nic na to nie poradzę, on jest niesamowity. Niemożliwe ciacho. Nie zaprzeczę, że nie fantazjowałam o przeczesywaniu palcami jego gęstych ciemnobrązowych włosów, tak jak robiła to Saskia, albo o wpatrywaniu się w jego przenikliwe niebieskie oczy. Albo że nie wyobrażałam sobie, jak by to było całować go i dotykać.

Gorąco na moich policzkach robi się nie do wytrzymania. Mam wrażenie, że skóra mi płonie. Przyciskam zimną, lepką dłoń do twarzy w nadziei, że płomienie zgasną.

Saskia ma szczęście – Ben to wspaniały chłopak. Nie chodzi tylko o to, że jest przystojny, słodki, miły i zabawny. On traktuje mnie jak kogoś wartościowego, a nie jak coś paskudnego, co przywarło do podeszwy jego buta. Dostrzega moje istnienie – tak jak moja mama – i za to go kocham.

– Właśnie z tego powodu to sugeruję. – Saskia zniża głos. Nie podoba mi się jego ochrypłe brzmienie. – Prawdę mówiąc, nie mam ochoty już dłużej czekać. Chcę ciebie.

Do diabła z konsekwencjami. Muszę zobaczyć, co się dzieje!

Wychylam głowę z wnęki i widzę, jak siostra zarzuca Benowi ręce na szyję, a potem wsuwa mu palce we włosy na karku, wpatrując się w jego usta, jakby chciała pożreć go żywcem.

– Myślałem, że czekasz na noc poślubną – mówi Ben beznamiętnym głosem.

– Zmieniłam zdanie – mruczy Saskia, coraz mocniej napierając na niego swoim ciałem.

Ben opiera dłonie na jej biodrach, a ja krzywię się na ten widok. Chcę wbiec do pokoju i oderwać ją od niego.

– Czemu?

– A jakie to ma znaczenie? – pyta Saskia ostrym tonem. – Pozwolę ci się przelecieć. Czy nie tego zawsze chciałeś?

Chłopak odsuwa się od niej, przeczesując nerwowo włosy.

– Szanowałem twoje decyzje i nigdy nie wywierałem na ciebie presji. Nie sprawiaj wrażenia, że do czegoś cię zmuszam. – Dlaczego do wszystkiego musisz podchodzić tak poważnie? – syczy siostra, krzyżując ręce na piersi i spoglądając na niego z irytacją.

– O co ci, do cholery, chodzi? – Ben parska śmiechem. – Masz czelność oskarżać mnie o coś takiego po tym, jak zasugerowałaś małżeństwo? Czy ty siebie słyszysz?

– Nie śmiej się z moich uczuć. – Saskia naburmusza się, a ja znów przewracam oczami. – Kocham cię, jesteśmy dla siebie stworzeni, więc po co czekać?

– Koniec. – Ben cofa się o kolejny krok. – Koniec z ciężkimi tematami. Przyszedłem zabrać cię na kolację, a czuję się coraz bardziej osaczany.

– Nie dramatyzuj. – Saskia szturcha go palcem w pierś, a ja jeśli jeszcze raz przewrócę oczami, to mi wypadną.

– Przenieśmy to na inny dzień – proponuje Ben.

Na twarzy siostry na moment pojawia się niepokój.

– Nie spinaj się tak.

Przysuwa się bliżej i kładzie mu dłonie na czarnej koszuli.

– Dziś jest nasza rocznica – mruczy jak kotka.

Przywołuje na usta sztucznie słodki uśmiech. Zawsze gdy go widzę, mam wrażenie, że cierpi na zaparcia.

– Zapomnij, że w ogóle coś mówiłam – dodaje na koniec. – Porozmawiamy o tym później.

Ben głośno wzdycha, lecz najwyraźniej przekonuje go wyraz twarzy Saskii.

– W porządku. Chodźmy się zabawić.

Zakłada jej za ucho kosmyk niesfornych włosów. Mam ochotę oderwać od niej jego palce. Nie mogę znieść widoku dłoni Bena na ciele mojej siostry. Chciałabym być starsza, żeby móc z nią o niego walczyć. Byłabym o niebo lepszą dziewczyną.

– Nie jestem jeszcze gotowa – mówi, odwracając się w stronę drzwi.

Nie czekam na koniec rozmowy. Wymykam się z wnęki i pędzę do swojej pracowni, zanim Saskia mnie nakryje.

Dwadzieścia minut później nie myślę już o Benie i siostrze, tylko zamaszystymi pociągnięciami pędzla maluję na płótnie kolorowe esy-floresy. Kilka lat temu mama przerobiła dla mnie na pracownię jeden z dodatkowych pokoi. To moja bezpieczna przystań w tym zimnym gmaszysku, który nazywam domem. Gdy mam zły dzień lub coś mnie dręczy, zamykam się tutaj i wyżywam poprzez sztukę. Nie ograniczam się ani nie krępuję, eksperymentując ze wszystkim, co pobudza kreatywność. Mama spełnia moje zachcianki. Brałam już lekcje malarstwa olejnego, akwareli, uczestniczyłam w warsztatach ceramicznych i uczyłam się robić biżuterię. Teraz uczęszczam na zajęcia z fotografii i ogromną radość sprawia mi nowy nikon – prezent od mamy na urodziny.

Ale dziś wyrażam siebie poprzez malowanie. Okna pracowni wychodzą na ogród – kocham ten widok. Zaczęłam malować piękny, wypielęgnowany trawnik i schludne klomby, lecz po jakimś czasie płótno zmieniło się w szaloną plątaninę kolorów, kresek i kropek. Pozwalam twórczej pasji przejąć kontrolę.

Głośne pukanie wyrywa mnie z transu. Na widok Bena zaglądającego do pokoju uśmiecham się szeroko.

– Przeszkadzam geniuszowi w pracy? – żartuje, odwzajemniając uśmiech, od którego kręci mi się w głowie.

– Ty nigdy nie przeszkadzasz – mówię, odkładając pędzel na półeczkę pod sztalugą.

Wycieram palce w wilgotną szmatkę, tymczasem on przymyka drzwi i podchodzi bliżej.

– To dobrze, bo coś ci przyniosłem.

Na widok pudełka, które trzyma przed sobą, piszczę radośnie i klaszczę w dłonie.

– Znów mają otwarte?

Kilka tygodni temu moja ulubiona cukiernia została niespodziewanie zamknięta. Już pożegnałam się z nadzieją, że kiedykolwiek będę mogła znowu spróbować ich pysznych babeczek.

Ben przytakuje, wręczając mi pudełko.

– Jadąc tutaj, zauważyłem, że w środku pali się światło. Musiałem się zatrzymać i kupić kilka ciastek dla mojego ulubionego Świetlika.

Mierzwi mi włosy, a mnie robi się gorąco z wrażenia. Pochylam głowę, pozwalając, by długie loki zasłoniły rumieńce na policzkach. – Red velvet, jest pycha. – Nabieram palcem miękki, słodki lukier.

– To twoje ulubione, prawda? – Ben opiera się o blat długiego stołu.

– Tak. I jeszcze…

– …te z masłem orzechowym i truflami.

– Dobrze mnie znasz. – Uśmiecham się do niego, zlizując lukier z palca.

– Myślę, że znam. – Ze zmarszczonymi brwiami rozgląda się po pracowni. – Kurczę, Świetliku, na poważnie wzięłaś się za fotografię. Te zdjęcia są niesamowite.

Rozpływam się, słysząc komplement. Obracam się i zerkam na kolekcję zdjęć przyczepionych do ściany bez ładu i składu.

– Ciągle uczę się techniki, ale to wielka frajda. Naprawdę sprawia mi radość.

– Masz talent.

Ben odpycha się od stołu i podchodzi do przeciwległej ściany, by musnąć palcami najnowsze elementy mojego muralu. Skopiowałam scenę z jednego z filmów o Harrym Potterze przedstawiającą monumentalny budynek Hogwartu wznoszący się nad bujnym, zielonym lasem. Pracowałam nad tym od miesięcy, zmieniając różne elementy w zależności od nastroju.

– Och, dodałaś Harry’ego – mówi Ben, zerkając na mnie przez ramię.

– Hermionę i Rona też. – Podchodzę do niego i wskazuję na postacie unoszące się na niebie na miotłach. – Musiałam dodać grę w quidditcha po tym, jak odwiedziliśmy Warner Bros.

Przesuwam palcem po krawędzi złotego znicza i uśmiecham się z zadowoleniem. Ben i malowanie sprawiają, że czuję się szczęśliwa. W tej chwili mogłabym skakać z radości.

– Umiesz wszędzie znaleźć inspirację, Sierro. Nie miałbym nic przeciwko, gdybym mógł zobaczyć świat twoimi oczami.

– Świat jest przecież jedną wielką inspiracją. Jak mogłabym nie być zainspirowana każdą sekundą każdej minuty każdego dnia?

Pochyla się, a ja na widok jego pięknej twarzy tak blisko mojej zapominam, jak się oddycha.

– Myślę, że to ty jesteś inspirująca, Świetliku.

Z niezwykłą delikatnością zakłada zabłąkany kosmyk włosów za moje ucho. Policzki mi płoną, ale nie chcę być zawstydzona. Wytrzymuję jego wzrok, a on promiennie uśmiecha się do mnie i szepcze:

– Nigdy się nie zmieniaj.

– Nie zmienię się. – Odchrząkuję, gdy prostuje się i odsuwa.

– Tak myślałam, że cię tu znajdę! – rozlega się od drzwi.

Podskakuję zaskoczona głosem Saskii, piszcząc przy tym głośno.

– Jezu, przestraszyłaś mnie.

– Nieładnie jest podsłuchiwać, prawda? – Mruży oczy, wyraźnie dając mi do zrozumienia, że wie o moim wcześniejszym szpiegowaniu.

– Ben przyniósł mi babeczkę. – Zmieniam temat, pokazując pudełko.

– Będziesz gruba, wiesz. – Obrzuca mnie krytycznym spojrzeniem. – Takie napychanie się nie ujdzie ci na sucho. Już się robisz okrągła.

Mam wrażenie, że płonąca zażenowaniem twarz zaraz mi eksploduje. Walczę ze łzami, bo nie chcę dać siostrze satysfakcji. Jak mogła tak powiedzieć w obecności Bena?

– Saskio, nie bądź okrutna – rzuca Ben.

Uwielbiam fakt, że wciąż staje w mojej obronie. To mój bohater, zawsze będę wielbić ziemię, po której stąpa.

– Jesteś doskonała taka, jaka jesteś. – Głaszcze mnie po głowie, dzięki czemu od razu przestaję się wstydzić.

– Staram się tylko uświadomić mojej młodszej siostrze, że świat to okrutne miejsce – oświadcza Saskia, po czym podchodzi do Bena i bez skrępowania przeczesuje mu włosy.

Zaciskam zęby na ten widok.

– Tylko starzy, obleśni faceci chcą się pieprzyć z grubymi laskami – mówi i protekcjonalnie klepie mnie po głowie. – Śmiało, zjedz tę swoją bombę kaloryczną, Świetliku. Ale nie miej do nikogo pretensji, gdy skończysz samotna i tłusta.

Ben odsuwa się Saskii, co daje mi jedynie cień satysfakcji, bo jej bolesne słowa i zjadliwe spojrzenie burzą mur, za którym się chowam. Ona wie, jak celnie uderzyć.

Mam świadomość, że ostatnio trochę przytyłam, lecz to dlatego, że weszłam w okres dojrzewania. Jestem najmniejsza w klasie, większość moich przyjaciół góruje nade mną. Mama mówi, żebym się nie martwiła, waga spadnie, gdy urosnę. W przeciwieństwie do sióstr nie mam obsesji na punkcie wyglądu i nie spędzam długich godzin przed lustrem. Nie jestem jednak na tyle silna, żeby odeprzeć taki atak. Myślałam, że starsza siostra powinna otaczać młodszą ochroną, a nie bez powodu okazywać jej okrucieństwo. – Posunęłaś się za daleko, Saskio – cedzi Ben przez zaciśnięte zęby. – Przeproś Sierrę.

– Jesteś moim chłopakiem, a nie ojcem. – Wybucha śmiechem. – Nie będę przepraszać za szczerość. Poza tym Sierra nie przejmuje się uczuciami innych i mówi to, co myśli.

Chłopak otwiera usta. Chce znowu stanąć w mojej obronie.

– W porządku, Ben – przerywam mu. – Już przywykłam do edukacji według Saskii. Nie obchodzi mnie, jakie ma zdanie.

Wpycham babeczkę do ust i posyłam siostrze mordercze spojrzenie. Patrzy zdegustowana i nabiera powietrza – pewnie po, by po raz kolejny mnie obrazić – ale ostatecznie rezygnuje pod wpływem ponurego wzroku Bena.

– Możemy już z tym skończyć? – pyta, odzyskawszy rezon.

Ben mruczy coś pod nosem i przytakuje.

Gnam do stołu, próbując przełknąć ostatni kęs ciastka, łapię za obrazek i pędzę z powrotem do drzwi.

– Dziękuję za babeczkę. – Wciskam Benowi rysunek. – Namalowałam to dla ciebie.

Z uśmiechem przygląda się obrazkowi, który stworzyłam z myślą o nim.

– Świetlik jaśniejący światłem i energią. Zupełnie jak mała dziewczynka, która go narysowała – mówi.

Staram się nie czuć rozczarowania uwagą o „małej dziewczynce”, ale trudno nie być przybitą. Wiem, że moje uczucia nigdy nie zostaną odwzajemnione, a komentarze takie jak ten jeszcze dobitniej mi to uświadamiają. Gdy chodzi o Bena Carvera, wolałabym jednak pławić się w błogiej niewiedzy.

– Dziękuję, Sierro. Bardzo mi się podoba. Na zawsze pozostanie moim skarbem.

Pochyla się i składa na moim policzku delikatny pocałunek. Uginają się pode mną nogi. Za plecami Bena Saskia uśmiecha się złośliwie. Jej mina zdradza, że doskonale zdaje sobie sprawę, że jestem totalnie zauroczona jej chłopakiem.

– Przecież to tylko głupi rysunek namalowany przez naiwnego dzieciaka. – Przewraca oczami. – Nie udawaj, że to jakieś arcydzieło. – Zachowujesz się jak zimna suka, a moja cierpliwość jest na wyczerpaniu – mówi Ben lodowatym tonem.

Wygląda tak, jakby chciał skręcić kark mojej siostrze. Nie jestem pewna, czy przejęłabym się, gdyby to zrobił.

– Wyluzuj. – Saskia zbywa śmiechem jego słowa i zaczyna masować mu ramiona. – Jesteś dziś dziwnie spięty. Po kolacji coś z tym zrobię – mruczy, a mój żołądek ściska się boleśnie.

– Nie mogłabyś być milsza? – pyta Ben, zerkając na mnie.

– Jestem miła. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego tak się tym przejmujesz. Przecież to nie twoja siostra.

Widzę, jak Ben zaciska zęby i cieszę się w duchu, że dziś Saskia ma tak niewyparzony język. Może ten wspaniały chłopak wreszcie przejrzy na oczy i z nią zerwie. Boże, mam nadzieję, że tak się stanie, bo zasługuje na kogoś znacznie lepszego. W następnej chwili uświadamiam sobie, co by to dla mnie oznaczało, a cała radość ulatnia się w ułamku sekundy. Nie zobaczyłabym go nigdy więcej. Nie przynosiłby mi babeczek z cukierni Mountainview, nie rozmawialibyśmy o sztuce, nie pytałby, jak tam w szkole. Z mojego życia zniknąłby ktoś, komu wydaję się bliska.

Ale mogłabym to zaakceptować, gdyby oznaczało, że Ben uwolni się od tej wiedźmy i znajdzie jakąś miłą dziewczynę, która go doceni. – Gdybym miał rodzeństwo, robiłbym wszystko, żeby je wspierać, a nie niszczyć. Nie zdajesz sobie sprawy, jakie masz szczęście. – A ty nie zdajesz sobie sprawy, jakie masz szczęście, że jesteś jedynakiem – ripostuje Saskia.

Ben odpycha od siebie jej ręce. Zapanowanie nad gniewem sprawia mu widoczną trudność.

– Chodźmy już, bo stracimy rezerwację – mówi w końcu. Po raz ostatni odwraca się w moją stronę i obdarza olśniewającym uśmiechem.

– Dobranoc, Świetliku.

– Dobranoc, Benie.

Może tego wieczoru włączył mi się jakiś szósty zmysł, bo to był ostatni raz, kiedy go widziałam. Niecały tydzień później zniknął w tajemniczych okolicznościach. Rozpłynął się w powietrzu, nic nikomu nie mówiąc. Zostawił Saskię bez słowa wyjaśnienia – wściekłą i ze złamanym sercem.

Przez lata zachodziłam w głowę, co się z nim stało. Czy był bezpieczny? Czy czuł się szczęśliwy? Aż w końcu przestał zajmować miejsce w moim sercu i udało mi się o nim zapomnieć. Nie myślałam, że go jeszcze zobaczę. Nigdy się nie spodziewałam, że będę potrzebowała ratunku przed nim. A na pewno nigdy nie przypuszczałam, że zacznę się go bać.

CZĘŚĆ I

OSIEM LAT PÓŹNIEJ

1 - Sierra

– Do dna, kochana! – Esme przekrzykuje ogłuszający hałas klubu. – Czas po raz pierwszy oficjalnie się upić!

– Jak dobrze robić to na legalu!

Nigdy więcej podrobionych dokumentów! Zlizuję sól z dłoni, wychylam tequilę i krzywię się, bo pali mnie w przełyku.

– Teraz wszystkie mamy po dwadzieścia jeden lat – potwierdza Penelope, szybko wypija swojego shota i dodaje: – Świat stoi przed nami otworem.

Jestem ostatnią z naszego grona, która świętuje dotarcie do tego przełomowego w życiu każdego człowieka momentu, dlatego zdecydowałyśmy się celebrować to w dobrym stylu. Jesteśmy w jednym z topowych klubów w Sin City, odstawione jak stróż w Boże Ciało, gotowe do imprezy przed duże „I”.

– A mówi to dziewczyna, która jest już zaręczona. – Esme unosi elegancko wyprofilowaną brew, po czym odrzuca długie faliste włosy za ramię.

– A co to, do cholery, ma z tym wspólnego? – pyta Penelope, mrużąc oczy.

– O nie! – Kręcę głową. – Dziś nie będziecie w to wchodzić. Są moje urodziny, dzięki uprzejmości moich rodziców jesteśmy w Las Vegas za darmochę, więc ustanawiam tu strefę wolną od kłótni. Żadnych drak na moich urodzinach, capisce? – Grożę palcem przyjaciółkom.

Kocham te dziewczyny całym sercem. Są mi o wiele bliższe niż rodzone siostry, choć trzeba przyznać, że sprzeczają się równie zajadle co Saskia i Serena. Trudno byłoby znaleźć dwie kobiety, które tak by się od siebie różniły, ale przyjaźnimy się od czasów liceum i nie potrafię wyobrazić sobie życia bez nich. Bez Esme i Penelope nie poradziłbym sobie, kiedy moja rodzina doprowadzała mnie na skraj obłędu.

– Musiałaś wyciągnąć sprawę urodzin, co? – Szczerząc zęby w uśmiechu, Esme sięga po jeden z drinków, które właśnie przyniósł nam kelner. – Dzięki.

Uśmiecha się do niego zalotnie. Jest olśniewająco piękna, ma gęste ciemnorude włosy i niezwykłe zielone oczy, jaśniejsze nawet od moich szmaragdowych. Ale to jej ujmująca osobowość uwodzi każdego mężczyznę, który na nią spojrzy. Esme wie, czego chce, i sięga po to bez wahania. Lubię myśleć, że pod tym względem jesteśmy do siebie podobne, choć staram się być subtelniejsza w swoich dążeniach.

– W porządku, wygrałaś – zgadza się Penelope.

Nie należy do tych, co długo chowają urazę. Wielkooka, drobna, lecz bardzo kobieca, a do tego otwarta – Pen jest nie mniej atrakcyjna niż Esme. Rozparta na niskiej, czerwono-czarnej aksamitnej kanapie całuje przyjaciółkę w policzek i bierze od niej drinka.

– Kocham cię, mała – mruczy.

Esme przesyła jej całusa.

–  Z wzajemnością – mówi i podaje mi cosmopolitana.

Pozostałe pięć dziewczyn z naszej grupy – przyjaciółki z rodzinnego miasta Chicago oraz dziewczyny ze studiów – chwyta za kieliszki. Rozmawiamy, śmiejemy się, popijając drinki, jestem przyjemnie wstawiona. Przyjazd do Vegas był genialnym pomysłem i to właśnie Esme zawdzięczam zorganizowanie całej wyprawy. Pen też wzięła udział w przygotowaniach, chociaż jest zajęta planowaniem ślubu, ale Esme nie chciała jej stresować, dlatego masę spraw wzięła na siebie. Pomogłabym, gdyby mi pozwolono, lecz dziewczyny aż do naszego przyjazdu chciały zachować w tajemnicy wszystkie szczegóły.

– Chodźmy potańczyć! – Tammy ciągnie mnie za łokieć, część dziewczyn również wstaje.

Na całą noc mamy wykupioną rezerwację w loży na niższym poziomie klubu.

– No dobra!

Podnoszę się i spoglądam na Pen i Esme. Nie zamierzam iść na parkiet bez moich przyjaciółek. Dziewczyny potrzebują lekkiej zachęty, dopijają więc drinki, zanim wyruszymy do centralnej części klubu.

Główna sala aż roi się od ludzi. Mimo przytłumionych świateł staram się zobaczyć jak najwięcej. Sycę oczy otoczeniem, podziwiam dbałość o szczegóły. Mam nadzieję, że osoba, która zaprojektowała to miejsce, dostała niezły bonus. Postawiono na motyw ognia. Wystrój jest mieszanką różnych materiałów i kolorów, wszystkie utrzymane w czerwieni, pomarańczu, czerni i złocie. Z sufitu zwieszają się dekadenckie kryształowe żyrandole. Bez wątpienia na nic nie szczędzono pieniędzy. Wielokolorowe stroboskopowe lampy ciągną się wzdłuż ścian, wybuchają feerią świateł, gdy przechodzimy na środek sali.

Kierujemy się w stronę parkietu. Pulsujące rytmy dudnią z pokaźnej kabiny didżeja znajdującej się na podwyższeniu, wprawiając w drżenie podłogę. Spory rzutnik wyświetla na ścianach i suficie iluzoryczne płomienie. Uśmiecham się, spoglądając w górę, po czym dołączam do przyjaciółek wyciągających ręce i próbujących złapać świetliste ogniki.

Tańczymy kilka kawałków, gromadząc wokół siebie sporo wielbicieli, lecz żaden z nich nie wpada mi w oko na tyle, żebym miała ochotę poflirtować. Rozszerzam obszar poszukiwań na drugą część parkietu.

– I jak łowy? – Esme zauważa moje starania.

– Jak na razie słabo, ale noc jeszcze młoda. – Marszczę brwi, a ona uśmiecha się i obejmuje mnie ramieniem.

– Ruszamy na polowanie. Musisz dziś koniecznie zaliczyć. To jak rytuał przejścia.

W obronnym geście łapię Pen za rękę, ale Esme nie daje za wygraną i ściąga nas obie z parkietu.

– Co robimy? – pyta Penelope, gdy zatrzymujemy się nieopodal baru.

Esme przepycha się do przodu, zwraca na siebie uwagę jednego z barmanów i wykrzykuje zamówienie, zupełnie nieświadoma niechętnych spojrzeń czekających na swoją kolej klientów.

– Polujemy na ofiarę. – Szczerzę się, taksując wzrokiem facetów kręcących się przy barze.

– Idę z wami – mówi Pen. – Wiem, jakie jesteście, kiedy się was zostawi bez kontroli.

– Możesz pomóc przy selekcji – zgadzam się, bo Pen ma niesamowite wyczucie ściemy i każdego dupka potrafi wywęszyć z odległości kilometra.

– Nie odnosisz czasami wrażenia, że dużo cię omija? – Esme dołącza do nas, rozdając kieliszki z wódką żurawinową.

– Esme – ostrzegam ją spojrzeniem. – Obiecałaś.

– Nie chcę babrać się w gównie, przysięgam. Jestem tylko ciekawa.

– Masz problem z Erikiem czy z moimi zaręczynami? – pyta Penelope i już wiem, że żadne ustalone przez mnie reguły nie powstrzymają tej kłótni.

– Nie chodzi o Erica. Podoba mi się, i to bardzo. Jest dla ciebie dobry – mówi Esme.

– Więc dlaczego nieustannie na mnie naskakujesz?

– Po prostu myślę, że to głupie wiązać się z nim w tak młodym wieku. Nie chcę, żebyś popełniła błąd.

Wiem, że chce dobrze, i wiem też, co jest powodem jej obaw.

– Pen to nie twoja siostra, a Eric nie jest tamtym zdradliwym dupkiem, którego ona poślubiła – mówię.

– Rozumiem, że martwisz się o mnie, Esme, i kocham cię za to, ale wiem, co robię – oznajmia Penelope. – Kocham Erica. Jest moją bratnią duszą i poza nim nie istnieje dla mnie żaden inny facet.

– Verity też myślała, że ten gnojek był jej bratnią duszą, i zobacz, jak to się skończyło. Teraz jest samotną matką dwójki małych dzieci, a on już ich nawet nie odwiedza. Jest zbyt zajęty zabawą w szczęśliwą rodzinę ze swoją nową żoną i synkiem.

– Do bani – mruczy Pen. – Koleś zachował się jak ostatnia łajza, co nie znaczy, że spotka mnie to samo.

– Może to głupie – Esme przygryza kącik ust – ale nie wybaczyłabym sobie, gdyby coś się rypnęło w twoim związku, a ja cię nie ostrzegłam.

– Nic się nie stanie – przerywam im, gdy widzę przygnębioną minę Penny.

Ostatnią rzeczą, jakiej bym chciała, jest zasianie ziarna niepewności w jej sercu. Doskonale rozumiem Esme i wiem, dlaczego nie chce z nikim się wiązać, lecz nie powinna przenosić swoich lęków na innych. To po prostu nie fair.

– Saskia wyszła za Feliksa w wieku dwudziestu jeden lat, a Serena miała dwadzieścia trzy w dniu swojego ślubu – przypominam. – Wychodzenie za mąż w młodym wieku nie jest niczym niezwykłym.

– Nie sądzę, by którakolwiek z twoich sióstr była dobrym przykładem na zażywanie rozkoszy życia małżeńskiego – ripostuje Esme, błyskając uśmiechem do kogoś ponad moim ramieniem.

– Pewnie masz rację.

Bez względu na to, kogo by poślubiła, wątpię, czy Saskia byłaby szczęśliwa. Natomiast Serena cholernie mnie zaskoczyła, wychodząc za jednego z najstarszych przyjaciół ojca. Trzymała swój związek w tajemnicy przede mną, przez co nadal mam do niej żal. W tej chwili nie utrzymujemy ze sobą kontaktu, więc trudno powiedzieć, czy jest szczęśliwa w małżeństwie. Wiem tylko, że całkiem szybko urodziła córeczkę Elisę, którą uwielbia rozpieszczać.

– Ale żadna z moich sióstr nie była szaleńczo zakochana w swoim mężu – dodaję, chcąc uspokoić Pen. – To jasne jak słońce, że bardzo kochasz swojego narzeczonego. Eric to wspaniały chłopak. Uwielbia cię i traktuje niczym księżniczkę. Jesteście fajną parą. Postępuj tak, jak podpowiada ci serce.

– Naprawdę tak uważasz czy tylko mówisz to wszystko dla świętego spokoju? – Esme wygląda na zaciekawioną.

– Naprawdę tak uważam – przytakuję.

Zakładam jasny kosmyk włosów za ucho i biorę łyk drinka.

– Też chciałabym w to wierzyć.

Uśmiech znika z twarzy Esme i na dłuższą chwilę zapada milczenie.

– Hej, mamy świętować, żadnych skwaszonych min! – Szturcha nas Pen. – Kto wie, może wasze bratnie dusze są właśnie w tym klubie. Chodźmy powęszyć.

– No wiesz, mnie interesują raczej niegrzeczni chłopcy – żartuje Esme. – Ale możesz pomóc. Podbiję do tego, którego uznasz za nic niewartego.

– Panie, miej nas w swojej opiece. – Pen kręci głową, a ja wystukuję szybką wiadomość do Tammy, żeby dać znać, gdzie jesteśmy. – Któregoś dnia wpędzi cię to w poważne kłopoty.

– Póki trzymamy rękę na pulsie, Esme jest bezpieczna – mówię i wsuwam komórkę do małej kieszonki czarno-złotej sukienki.

Krążymy z napojami w dłoniach, badamy teren, sprawdzamy opcje. Co za męska mieszanka. Starzy, młodzi, przystojniacy i ci nie bardzo. Jacyś goście gwiżdżą i zaczynają się wydzierać, kiedy przechodzimy obok. Kilka razy przystajemy, pozwalając sobie na flirt, zanim ruszymy dalej. Może to wina mojego dzisiejszego nastroju, ale żaden z tych facetów mnie nie kręci.

– O mój Boże. – Esme staje jak wryta, a ja z tego wszystkiego rozchlapuję żurawinową wódkę na podłogę. – Widziałaś go?

– Kogo? – pytamy z Pen unisono.

– To Saverio Salerno. – Esme oblizuje usta i roziskrzonym wzrokiem wpatruje się w tłum przed nami. Niemal widzę, jak trybiki w jej głowie ruszają pełną parą, gdy knuje swój plan.

– Powinnam wiedzieć, kto to?

Nigdy nie słyszałam o tym kolesiu. Podążam za jej wzrokiem do pleców wysokiego, ciemnowłosego faceta zmierzającego w kierunku pokoju dla VIP-ów. Ma na sobie czarny, świetnie skrojony garnitur, który wygląda na drogi. Materiał marynarki napina się na szerokich ramionach. Gość jest najwyraźniej przypakowany.

– To właściciel kilku kasyn i tego klubu też – dodaje, pochylając się w moją stronę. – Krążą plotki, że należy do mafii. Wymieniam spojrzenia z Pen. Esme jest podekscytowana, co dla nas oznacza, że mamy przechlapane.

– Proszę, nie mów mi, że interesujesz się takimi ludźmi.

– Wiecie przecież, że kocham niegrzecznych chłopców i lubię wyzwania.

– Wiemy też, że jesteś nierozważna i nie dbasz o swoje bezpieczeństwo. – Pen nerwowym ruchem przeczesuje ostrzyżone na boba włosy. – Esme, zazwyczaj wspieram twoje wybryki – mówię – ale jeżeli te plotki są prawdziwe, to nie jest człowiek, na którego powinnaś zwracać uwagę, nie mówiąc już o spaniu z nim.

Ja też mam w sobie coś z buntowniczki, spytajcie tylko mojego ojca. Dam sobie rękę uciąć, że byłby w stanie wyrecytować długą listę moich niesubordynacji, lecz mimo to potrafię odpuścić, zanim przekroczę granicę, której przekraczać nie powinnam. Przez moment zastanawiam się, jak uniknąć tej katastrofy.

– Powinnyśmy iść do innego klubu – oznajmiam z wymuszonym entuzjazmem. – Kto wie, kiedy znowu przyjedziemy do Vegas. Zrobimy rundkę po klubach!

– Niezła próba – Esme puszcza do mnie oko – ale nigdzie nie się stąd nie ruszę, dopóki się z nim nie przywitam.

– To bardzo zły pomysł – mruczy Pen, spoglądając nieufnie na plecy mężczyzny. – Chciałabym wrócić do domu cała i zdrowa, a nie w worku na zwłoki.

– Mój Boże, Pen, wyluzuj. Zdecydowanie przesadzasz.

W sumie… Co nam szkodzi przywitać się z tym facetem? Doskonale wiem, jak uparta potrafi być Esme, a nasz opór jeszcze bardziej ją zmotywuje do działania.

– Przywitajmy się, a potem porozmawiajmy z innymi dziewczynami i zobaczymy, czy chcą zostać, czy może wolą odwiedzić w inne miejsce – sugeruję.

– Mogę pójść na ustępstwa tylko z najlepszym z nich. Jak wyglądam? – Esme uśmiecha się szeroko.

Pen mamrocze coś pod nosem, najwidoczniej rezygnując z walki.

– Olśniewająco jak zawsze – mówię.

– Nie jestem pewna, czy taki facet na to poleci – zastanawia się Esme, nie odrywając oczu od Saveria Salerna, który rozmawia właśnie z grupką mężczyzn stojącą nieopodal zamkniętej strefy dla VIP-ów.

– To nadal facet, a oni wszyscy myślą fiutami.

Podciągam sukienkę bez ramiączek, sprawdzając, czy nie eksponuję więcej niż to społecznie akceptowalne, i tłumię parsknięcie wesołości. Gdyby ojciec mógł usłyszeć moje myśli, byłby ze mnie dumny.

Ruszamy za Esme.

– To okropny pomysł – mamrocze Pen, obejmując mnie ramieniem.

– Obydwie wiemy, że kiedy raz podejmie decyzję, nie ma odwrotu. Nie możemy pozwolić, żeby podeszła do niego sama. Gdyby coś jej się stało, nigdy byśmy sobie tego nie wybaczyły.

– Racja – wzdycha Pen. – Po prostu się o nią martwię. Jestem jak najbardziej za równością seksualną i odkrywaniem nowych obszarów, ale jej skłonność do pieprzenia się z niebezpiecznymi dupkami któregoś dnia może się na niej zemścić. Nie chcę, żeby cierpiała.

Zwłaszcza nie w dniu twoich urodzin. Chcę, żebyś wspaniale wspominała ten wieczór.

– I tak będzie. – Klepię ją po ramieniu, mając nadzieję, że nic złego się nie wydarzy.

Rozpuszczenie w napoju Tony’ego tabletek nasennych nie było najmądrzejszym rozwiązaniem. Gdyby ojciec wiedział, że imprezuję w Las Vegas bez ochroniarza, wpadłby w szał, lecz nie ma pojęcia, jak bardzo wkurza mnie ten ogon. Można by pomyśleć, że zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Mam ochroniarza, odkąd pamiętam, wciąż jednak nienawidzę tego, że do wszystkiego się wtrąca. A najbardziej nienawidzę uwagi, jaką przyciąga. Bycie córką miliardera, właściciela Lawson Pharma, wiąże się ze sporymi korzyściami, ale też niedogodnościami. Najbardziej doskwiera mi brak prywatności. Chciałam przyjechać do Las Vegas 1 i imprezować z przyjaciółkami bez Tony’ego wpatrzonego w moje plecy i zdającego ojcu relację z każdego kroku, który zrobię. Czasami mam ochotę być po prostu zwyczajną dziewczyną świętującą urodziny w gronie znajomych, robiącą te wszystkie wariackie rzeczy, które robią normalne dwudziestojednolatki. Czy to źle? Szczerze mówiąc, gdyby nagle pojawiła się dobra wróżka i dała mi wybór normalnego życia za cenę tych wszystkich pieniędzy i pułapek bogactwa, które mi towarzyszą, zrobiłabym to w mgnieniu oka. Nawet przez sekundę nie musiałabym się nad tym zastanawiać.

Planuję przelecieć kogoś podczas tej wyprawy, a Tony swoją obecnością odstrasza każdego potencjalnego kochasia i niszczy nastrój. Każ jakiemukolwiek mężczyźnie podpisać umowę o zachowaniu tajemnicy, a zobaczysz, jak szybko będzie uciekał. To główny powód, dla którego miałam jednego poważnego chłopaka i uprawiałam seks tylko z dwoma facetami.

Ojciec chce dosłownie wszystko mieć pod kontrolą. Tak wygląda nerwica natręctw w jego wydaniu. Jedna część mnie to rozumie. Jego majątek i rozgłos przyciągają wszelkiego rodzaju szaleńców, a on nie będzie ryzykował zakłócania spokoju swojej rodziny. Siostry i mama również mają osobistych ochroniarzy, a ojciec podróżuje w towarzystwie dwóch lub trzech. Czasami jednak myślę sobie, że nie tyle chodzi mu o moje bezpieczeństwo, co o dogłębne poznanie wszelkich aspektów życia, jakie prowadzę, i możliwość przejęcia nad nim kontroli. Nie rozumie, dlaczego nie jestem posłuszna jak moje siostry i czemu walczę z nim o każdy drobiazg. Nie może pojąć, że mam swoje własne plany, własne ambicje i chcę wybrać własną ścieżkę życia. Nie zamierzam pracować w rodzinnej firmie jak Saskia i Serena. Gdy odmówiłam zapisania się na ten sam kierunek biznesowy na Uniwersytecie Chicagowskim, który skończyły moje siostry, ojciec wpadł w furię. Groził, że mnie wydziedziczy, kiedy zapisałam się na studia biomedyczne w kierunku terapii alternatywnej, ale mama przemówiła mu do rozumu.

– Ziemia do Sierry. – Pen strzela palcami przed moim nosem. – Odleciałaś, koleżanko.

– Już wylądowałam.

Niemal wpadamy na plecy Esme, bo przyjaciółka nagle się zatrzymuje. Jesteśmy zaledwie metr od tego mężczyzny. Pochłania go rozmowa ze zgrają gości w garniturach. Nie sądzę, żeby przerwanie tej dyskusji wyszło Esme na dobre.

– To mi wygląda na konkretną wymianę zdań.

– Powinnyśmy potraktować tę sytuację jako wyraźny sygnał do odwrotu. – Pen po raz ostatni próbuje przemówić Esme do rozsądku. – Nie zamierzam tracić takiej okazji – odpowiada przyjaciółka. – Muszę tylko trafić na odpowiedni moment.

– Poczekajmy w tamtym miejscu. – Wskazuję na wolny stolik nieopodal. – Stamtąd będziemy mieć go na oku.

– Świetny pomysł – przytakuje entuzjastycznie.

Ruszamy, a kiedy przechodzimy tuż obok Saveria Salerna, Esme bezczelnie gapi się na niego. Subtelność nie należy do jej najmocniejszych stron. Patrzę prosto przed siebie, nie chcę, żeby ten mężczyzna pomyślał, że jestem nim zainteresowana. Szybki rzut oka pozwala mi ustalić, że on i jego towarzysze są znacznie starsi od nas, mniej więcej w wieku naszych ojców. Myśl o tym, że którykolwiek z nich miałby mnie dotykać, sprawia, że dostaję gęsiej skórki. Esme lubi dojrzałych facetów, ale zazwyczaj nie są aż tak starzy.

Przyjaciółka zajmuje jeden z wysokich stołków, strategicznie wybierając ten naprzeciwko mężczyzn, podczas gdy ja i Pen siadamy na pozostałych miejscach, tyłem do rozgrywającej się sceny. Przez kilka minut staramy się prowadzić w miarę normalną rozmowę, natomiast Esme wpatruje się w swój cel.

– Nie rób tego tak ostentacyjnie – wzdycha Pen.

– W tym cała zabawa – mówię.

– Dokładnie. Już kilka razy spotkaliśmy się wzrokiem. To działa. – Esme szczerzy zęby w bezczelnym uśmiechu. – Uwaga, moje panie. – Prostuje się i robi słodką minkę. – Idzie w naszą stronę. Ja będę mówić, dobra?

– Uwierz mi, jest do twojej dyspozycji – oznajmiam z lekkim niesmakiem.

1 Dosł. Miasto Grzechu, miasto lub obszar miejski, który skupia różne przejawy rozpusty – tej legalnej i zakazanej: hazardu, prostytucji, zorganizowanej przestępczości itd. Tu: Las Vegas (przyp. tłum).

2 - Sierra

– Witam miłe panie. – Tuż koło mojego ucha rozlega się głęboki głos.

Cała sztywnieję, czując na policzku powiew oddechu. Odruchowo prostuję plecy i gapię się prosto przed siebie, bo nie chcę patrzeć na tego mężczyznę. Gorąco emanuje z jego ciała odrażającymi falami. Wzdrygam się, gdy Salerno ociera się o mnie. Czy ten facet nie rozumie pojęcia przestrzeni osobistej? I dlaczego stoi tak blisko? To nie ja pieprzyłam go wzrokiem przez ostatnie dziesięć minut.

– Cześć. – Esme uśmiecha się szeroko.

– Podoba się wam mój klub? – zagaduje, potwierdzając swój status. Mam nadzieję, że tylko co do tej informacji moja przyjaciółka miała rację.

– Bardzo – odpowiada Esme – To miejsce jest niesamowite.

– A twoim przyjaciółkom? – dopytuje Salerno.

Powietrze wibruje, gdy facet staje dokładnie naprzeciwko, sprawiając, że muszę spojrzeć w górę. Oczy ciemne jak noc wpatrują się w moje z wyraźnym zainteresowaniem, a ja tłumię niemiłe zaskoczenie, gdy bezczelnie bada mnie wzrokiem.

Moje przypuszczenia okazują się słuszne, jest zdecydowanie starszy. Co najmniej czterdziestka. Trudno ocenić jego wiek, bo twarz ma pokrytą bliznami. Garnitur od Armaniego podkreśla szczupłą, ale muskularną sylwetkę.

Unosi brew w oczekiwaniu na odpowiedź. Nie jestem pewna, czy w ogóle zauważył Pen, a biorąc pod uwagę, że dziewczyna w ogóle nie kwapi się do rozmowy, muszę zabrać głos.

– Świetnie się bawimy, dziękuję – mówię.

Nie podoba mi się, z jaką uwagą obserwuje moją twarz.

– Sierra świętuje swoje dwudzieste pierwsze urodziny – uściśla Esme, a ja zabijam ją wzrokiem.

Co się, kurwa, dzieje? Po co ona go o tym informuje?

– Ach tak?

Typ nadal wpatruje się we mnie. Jego oczy właściwie nie są czarne. Mają głęboki odcień brązu i wyglądają naprawdę niepokojąco. Nigdy wcześniej nie czułam na sobie tak przeszywającego spojrzenia. W środku cała aż drżę. Ten mężczyzna to ucieleśnienie mocy i zagrożenia. Mój system alarmowy wariuje, ponagla do ucieczki.

Kiwam lekko głową, nerwowo wiercąc się na stołku, bo czuję się coraz bardziej niezręcznie. Czy matka go nie uczyła, że niegrzecznie tak się gapić?

Pstryka palcami, wciąż bez skrępowania pożerając mnie wzrokiem, jakby nie miał nad tym kontroli, a kelner pojawia się niemal natychmiast.

– Butelka najlepszego szampana dla ślicznej solenizantki i jej pięknych przyjaciółek – zarządza.

– Oczywiście, panie Salerno.

Kelner wygląda na przerażonego. Dobrze go rozumiem.

– To bardzo hojne z pana strony – mówię – ale całkowicie niepotrzebne.

Nie mam ochoty dostawać cokolwiek od tego człowieka. Wygląda mi na kogoś, kto nigdy niczego nie daje za darmo. W odpowiednim dla siebie czasie za wszystko słono sobie policzy.

– Możesz mi mówić „Saverio”. – Chwyta mnie za rękę bez żadnej zachęty. – Panno…

– Lawson – wyduszam z siebie, robiąc, co tylko mogę, by powstrzymać dreszcz obrzydzenia pełznący po kręgosłupie, gdy unosi moją dłoń i składa na niej pocałunek.

Nie spuszcza ze mnie wzroku, a jego usta wciąż dotykają mi skóry. Jest bezwstydny i tego nie ukrywa. To mężczyzna przyzwyczajony do dostawania tego, czego chce, a ja zaczynam być przerażona tym, jak bardzo mnie pragnie.

Zabiję Esme. Normalnie ją za to zabiję!

– Jesteś tu w interesach czy dla przyjemności? – pyta Esme.

Opiera łokcie na blacie stolika i pochyla się głęboko, dzięki czemu daje facetowi dobry widok na głęboki dekolt. Posyła mu uwodzicielski uśmiech, który zwykle sprawia, że mężczyźni padają jej do stóp. Typ wreszcie odkleja wzrok ode mnie i uwalnia moje palce, a ja wypuszczam powietrze, które jak się okazuje, do tej pory wstrzymywałam. Uśmiech, jaki posyła Esme, jest wręcz przerażający. Na pierwszy rzut oka przyjemny, dopóki nie zauważy się błysku poirytowania w oczach. Nie sądzę, żeby Salerno był przyzwyczajony do tego, że mu się przerywa, a już na pewno tego nie znosi. Esme kuli się pod jego onieśmielającym spojrzeniem. – Interesy – rzuca mężczyzna. – Chociaż spotkanie z piękną solenizantką jest zdecydowanie przyjemnością – dodaje, ponownie skupiając się na mnie.

Esme wzrusza ramionami, ponownie przyklejając uśmiech do twarzy. To nie w jej stylu tak łatwo się poddawać, ale do wszystkiego podchodzi pragmatycznie. Potrafi rozpoznać przegraną sprawę. Mamy też zasadę: nigdy nie kłócimy się z powodu faceta. Chociaż mam pewność, że po mojej reakcji poznała, że nie jestem zainteresowana tym mężczyzną.

Zerkam na nią i odkrywam, że zdążyła już przenieść swoje zainteresowanie na gościa stojącego za Człowiekiem z Blizną, nieświadoma bałaganu, jakiego narobiła. Saverio patrzy na mnie z jawnym pożądaniem, a ja zaczynam żałować podania prochów Tony’emu. Pierwszy raz w życiu chciałabym, żeby ochroniarz tu był. Pen pod stołem chwyta moją dłoń i ściska ją, by okazać mi wsparcie. Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek była tak cicha jak teraz.

– Jest pani zapierającym dech w piersi stworzeniem, panno Lawson. Prawdziwie wspaniałym.

„Stworzeniem”? Doprawdy?

Panika powraca, gdy Salerno delikatnie głaszcze moje włosy, jakby miał pełne prawo do dotykania mnie bez przyzwolenia. Gdyby był jakimkolwiek innym facetem, odepchnęłabym go i kazała spadać, ale ten człowiek to drapieżnik najgorszego gatunku i tylko idiota ryzykowałby wywołanie jego gniewu. Dlatego milczę i modlę się, by nie dostrzegł mojego strachu.

– Nigdy jeszcze nie widziałem włosów tak złotych i tak hipnotyzujących.

– Dziękuję. – Posyłam mu sztuczny uśmiech.

Przygryzam wewnętrzną stronę ust, ledwo powstrzymując się przed odepchnięciem jego dłoni. Wstrząsa mną dreszcz i chociaż staram się zachować spokój, ciężko mi pohamować strach pulsujący w żyłach, pełznący do każdego zakamarka ciała. Przeraża mnie ten mężczyzna, ale nikt nie zwraca uwagi na jego popieprzone zachowanie, więc chyba jest to norma.

Do diabła, jak Esme mogła w ogóle rozważać pójście do łóżka z kimś takim? Jest prawdziwie przerażający, nic mi się w nim nie podoba. Przez moment zastanawiam się nawet, skąd ma blizny na twarzy, ale szybko odpycham od siebie te myśli. Jestem wystarczająco wystraszona bez tej niepotrzebnej wiedzy.

Facet dosłownie się ślini, lustrując mnie od stóp do głów. Pen przytula się do mojego ramienia, oferując ciche wsparcie. Cała drży, wiem, że też się boi. Chcę wrzeszczeć na Salerna, żeby przestał rozbierać mnie wzrokiem, ale gardło mam sparaliżowane strachem. Zaczynam się modlić o boską interwencję.

Saverio wygląda na kogoś, kto zmiażdżyłby kobietę najlżejszym dotykiem, i na faceta lubiącego ostrą zabawę. Znam kilka lasek, które lubią być brutalnie traktowane w sypialni, lecz sama do nich nie należę.

– Szefie…

Mężczyzna, na którego Esme zwróciła uwagę, podchodzi do Salerna i szepcze mu coś do ucha, na co Saverio przytakuje, puszcza moje włosy i odsuwa się nieco.

– Jestem zmuszony panie opuścić. Interesy wzywają.

„Dzięki ci, kurwa, Panie Boże”, myślę, obserwując, jak kelner stawia na blacie wiaderko z szampanem i kieliszki.

– Miło było pana poznać – kłamię, przezornie chowając ręce pod stolik. – Dziękuję za szampana, jest pan bardzo hojny.

– Cała przyjemność po mojej stronie, panno Lawson.

Salerno pstryka palcami, na co podchodzi inny mężczyzna. Na plakietce ma napisane, że jest menedżerem.

– Panie Landers, proszę zaprowadzić pannę Lawson i jej przyjaciółki do loży dla VIP-ów i przynieść, co sobie zażyczą. Otwieram usta w proteście, ale Esme kopie mnie pod stołem i błaga wzrokiem, żebym nie odmawiała. Chyba nie sądzi, że przyjmę więcej gratisików od tego mężczyzny.

– Do następnego.

Saverio rzuca w moją stronę ostatnie lubieżne spojrzenie, po czym odchodzi ze swoimi towarzyszami. Opadam na stolik, gwałtowanie wypuszczając powietrze. Co za ulga, że poszedł.

– Proszę za mną – zaprasza gestem menedżer.

– Musimy poczekać na resztę. – Esme nonszalancko sięga po butelkę drogiego szampana i rozlewa go do kieliszków. – Za moment przyjdą.

– W takim razie wrócę za kilka minut, żeby paniom asystować – oznajmia mężczyzna i się ulatnia.

Pochylam się do Esme i mówię stanowczo:

– Wyślij do wszystkich wiadomość, że wychodzimy.

– Oszalałaś? – Patrzy na mnie, jakbym postradała rozum. – Zdajesz sobie sprawę, ile dziewczyn zabiłoby za dostanie się do strefy VIP-ów? Zaoferował nam tam lożę, rozumiesz? Cholerną lożę dla VIP-ów! – piszczy, ściskając moje dłonie. – Zwykle jest zarezerwowana dla celebrytów. Daj spokój! Nie możemy zmarnować takiej okazji!

– Ten mężczyzna mnie przeraża i zamierzam trzymać się od niego z daleka – oświadczam, zsuwając się ze stołka.

– Zgadzam się ze Sierrą – mówi Pen. – W Vegas jest całe mnóstwo klubów.

– Nie był znowu taki straszny – protestuje Esme.

– Nie zauważyłaś, jakie wysyła sygnały, ponieważ byłaś zajęta podrywaniem tego drugiego faceta. – Pen chwyta moją rękę. – Sposób, w jaki patrzył na Sierrę, totalnie mnie przerażał.

– No więc właśnie. – Opieram ręce na biodrach i świdruję Esme ponurym wzrokiem. – Są moje urodziny i to ja dziś rządzę.

Wychodzimy. Teraz, zanim zmieni zdanie i po nas wróci.

– Tu jesteście! – rozlega się głos Tammy. – Nie wiedziałyśmy, gdzie się podziałyście – bełkocze, obejmując Esme.

– Przekroczyłyśmy limit na rachunku – mówi Heather przepraszająco.

– Nie martw się, mój ojciec się tym zajmie.

Zasilił moją czarną kartę kredytową mnóstwem dodatkowej gotówki, aby pokryć koszty tego weekendu, co jest śmieszne i niepotrzebne, ponieważ mam wystarczająco na koncie, by wykarmić małe państwo. Zapomina, że nie jestem jak moje siostry. Nie marnuję tysięcy dolarów na designerskie ciuchy, torebki czy buty, nie spędzam długich godzin w salonach piękności czy u chirurga plastycznego. Przynajmniej teraz, gdy są zamężne, ojciec nie płaci ich astronomicznych rachunków.

Gdyby poświęcił mi trochę czasu, znałby mnie od tej strony. Ale woli oferować pieniądze niż męczyć się w moim towarzystwie. Na dwudzieste pierwsze urodziny każdej z moich sióstr urządził wystawne przyjęcia w hotelu Drake. Naspraszał mnóstwo swoich przyjaciół, a ja byłam tak znudzona, że na imprezie Sereny schowałam się pod stołem i zasnęłam. Tak dobrze się ukryłam, że nikt nie mógł mnie znaleźć i mało brakowało, a ojciec wezwałby policję. Dostałam szlaban na dwa tygodnie, i to tylko dlatego, że miałam czelność zasnąć. Gdy więc mama zaproponowała taką samą opcję urodzinowego przyjęcia, odrzuciłam ją bez wahania. Myślę, że poczuła ulgę.

– Jasna cholera! To niesamowite! Słyszałam, że pokoje dla VIP-ów są tu zajebiste! – wrzeszczy Tammy w odpowiedzi na krótkie streszczenie od Esme.

– Nawet nie zaczynaj – jęczę. – Nie poznałaś właściciela. Przyprawia mnie o gęsią skórkę.

– Nie był taki zły. – Esme wydyma usta i nakłada świeżą warstwę błyszczyka.

– Wygląda na człowieka, który na śniadanie pożera szczeniaki – wtrąca się Pen.

– A bobry na lunch – żartuje Esme, po czym wybucha przesadnie głośnym śmiechem.

Przeszywam ją spojrzeniem.

– No co? – Trąca mnie łokciem w bok. – Musisz przyznać, że to zabawne.

– Nie ma nic śmiesznego w tym, że ktoś gapi się na ciebie jak psychopata. Na samą myśl o jego spojrzeniu czuję się chora.

– Już sobie poszedł. Sama słyszałaś, ma interesy do załatwienia, nigdy więcej go nie zobaczysz.

– I tak chcę stąd wyjść.

Nie jestem tak naiwna, by sądzić, że nie będzie mnie szukał po załatwieniu swych spraw. Rozlega się grupowe buczenie. Kurczowo ściskam rękę Pen, podczas gdy pozostałe dziewczyny błagają mnie, żebym została. Widzę zirytowaną twarz menedżera, który po nas przyszedł chwilę temu.

– Nie daj się prosić, Sierra. – Tammy chwyta mnie za ramiona i posyła mi błagalne spojrzenie. – Wyluzuj! Masz urodziny, jesteśmy w Sin City, więc zgrzesz troszeczkę. Po co w takim razie uśpiłyśmy Tony’ego?

Słuszna uwaga. Co nie zmienia faktu, że Człowiek z Blizną się mną interesuje. Niezależnie od tego, czy należy do mafii czy nie, wolałabym stąd zniknąć. Kręcenie się tutaj nie przyniesie mi niczego dobrego.

– Możemy pójść do strefy dla VIP-ów w każdym innym klubie – mówię, mając nadzieję, że nazwisko mojego ojca wystarczy, żeby otworzyły się wszystkie drzwi.

– Nie o tak późnej porze – ripostuje Esme. – Zwykle musisz to zorganizować z wyprzedzeniem, chyba że jesteś znaną gwiazdą. – Nie pozwolę, żeby ten facet się do ciebie zbliżył – oświadcza Heather, a reszta dziewczyn przytakuje.

– Nie pozwolimy mu się do ciebie zbliżyć – dodaje Esme, puszczając mi oko.

– Nie traktuj mnie jak idiotki. Ten człowiek zawsze dostaje to, czego chce, i kilka dziewczyn go nie powstrzyma.

– W takim razie co powiesz na taki pomysł? – Esme podchodzi bliżej i zagląda mi w oczy. – Spędźmy tam godzinę, a jak ci się nie spodoba, wyjdziemy. Dopiero co poszedł na spotkanie, wątpię, żeby szybko się skończyło. Będziemy potem mogły się pochwalić, że imprezowałyśmy w loży dla VIP-ów w klubie Flame, a ty unikniesz spotkania z Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać.

Patrzą na mnie z podekscytowaniem wypisanym na twarzach. Nie chcę niszczyć im nastroju.

– Hmm… – Przeczesuję włosy dłonią.

Intuicja każe mi uciekać, ale serce pragnie uszczęśliwić przyjaciółki.

– Kochanie – rzuca Esme. – Czy naprawdę myślisz, że ja albo Pen pozwolimy, żeby coś ci się stało? Dostanie się do pokoju dla VIP-ów w takim klubie praktycznie graniczy z cudem. Założę się, że nawet twój tata nie byłby w stanie tego załatwić. Nie możesz odmówić. Pomyśl o tych wszystkich bogatych, seksownych kolesiach i darmowym szampanie. Twój urodzinowy weekend okryje się sławą. Zobaczysz, gdy nasze głowy posiwieją, a eleganckie szpilki zarosną kurzem, nadal będziemy o nim rozmawiać. To tylko godzina, Sierro. Proszę. Proszę, zgódź się.

Wzdycham, już wiedząc, że się zgodzę. Zerkam na Pen i dostrzegam rezygnację na jej twarzy. Zostałyśmy przegłosowane, obie mamy tego świadomość.

– Jesteś niepoprawna. Nie można ci odmówić i dlatego będziesz zajebistym prawnikiem.

– Hurra! – Esme piszczy z radości.

– Ale się zabawimy! – ekscytuje się Tammy. – Nie pożałujesz swojej decyzji!

– Mam taką nadzieję – mruczę, kiwając głową do menedżera i uparcie ignorując cichy głosik w głowie, który ostrzega mnie, że to zła decyzja i będę jej żałować.

2. Nawiązanie do amerykańskiego filmu w reżyserii Briana De Palmy Człowiek z blizną z Alem Pacinem w roli głównej (przyp. tłum.).

3 - Ben

Sączę bourbona. Nie chcę się dziś upijać. To pierwszy raz, kiedy ojciec zaufał mi na tyle, bym mógł reprezentować jego interesy na ważnym spotkaniu. Nie mogę tego spieprzyć. Zbyt wiele czasu poświęciłem na dotarcie do tego punktu i nie mam zamiaru tego zaprzepaścić.

Salerno kazał nam czekać na siebie czterdzieści minut, co mnie konkretnie wkurzyło. Relacje pomiędzy Nowym Jorkiem a Las Vegas od jakiegoś czasu są mocno napięte i dziś wieczorem zamierzam się tym zająć. Odpycham od siebie uczucie poirytowania, by skupić się na tym, co mam do zrobienia.

Znajdujemy się w piwnicy, w jego klubie. Dziwne miejsce na spotkanie biznesowe, ale to przecież Sin City, tu wszystko jest dozwolone. Rozsiadam się na pluszowej kanapie, obserwując, jak Salerno i jego ludzie zajmują fotele z wysokimi oparciami rozstawione przy niewysokich stolikach. Za plecami mam obrotowy barek, a po prawej parkiet ze sceną i kilkoma rurami do tańca. Wystrój jest podobny do tego w głównej sali klubu – mieszanka czerni, złota, czerwieni i pomarańczu. Przyćmione oświetlenie daje poczucie intymności, w tle mruczy muzyka.

Ukradkiem zerkam za siebie na schody prowadzące na wyższy poziom. Znajduje się tam kilka sypialni. Opowieści o narkotycznych orgiach Salerna są tajemnicą poliszynela. Przynajmniej tym razem wiem, czego mam się spodziewać. Kiedy kilka lat temu byłem tu z ojcem, brałem w jednej z nich udział.

– Jestem zaskoczony, że nie ma Angela ani innych szefów z Nowego Jorku – odzywa się Salerno. Odchyla głowę i patrzy na mnie z uwagą. Lubi onieśmielać każdego, z kim się styka, a jego mroczne spojrzenie jest już legendarne. Ale potrzeba znacznie więcej, by wzbudzić we mnie niepokój.

Sprowadził swojego zastępcę Grega Gambiniego, człowieka o reputacji zwyrodniałego sadysty, consigliere Fabrizzia Russa, kilku starszych capo i garść lojalnych żołnierzy. Ich jest jedenastu, nas pięciu, ale spodziewałem się takiego pokazu siły, tym bardziej że Salerno znajduje się na swoim terenie. Znam wszystkich z wyjątkiem żołnierzy.

Salerno dowodzi małym, lecz prężnie rozwijającym się biznesem w Vegas. Rządzi się swoimi zasadami i ma własny sposób działania, który nie zawsze jest zgodny z naszymi oczekiwaniami. Prywatnie nie akceptuję tego, jak tutejsi mafiosi traktują kobiety, lecz pod każdym innym względem idą z duchem czasu. W przeciwieństwie do wielu rodzin w USA.

– Są na spotkaniach w Filadelfii, na Florydzie, w Los Angeles i Bostonie – wyjaśniam.

Mężczyzna prostuje się w fotelu. Jego ludzie sztywnieją, po czym skupiają uwagę na mnie. Zdaję sobie sprawę, że stojący za mną Leo sięga po broń przypiętą do biodra.

– Nie jesteśmy więc wystarczająco warci spotkania z jednym z pięciu? – pyta Salerno śmiertelnie spokojnym głosem, jego twarz pozbawiona jest jakichkolwiek emocji.

Atmosfera w pokoju wyraźnie się zagęszcza.

– Bennett to spadkobierca Mazzonego, kiedyś będzie najpotężniejszym szefem w Nowym Jorku – odpowiada Leo chłodnym tonem. Cieszę się, że nie wspomina o moich ambitnych planach zostania najpotężniejszym szefem w całych Stanach. Pomiędzy pewnością siebie a arogancją znajduje się cienka granica. Mądry człowiek nigdy nie ujawnia swoich zamiarów, dopóki sukces jest nieunikniony. – To, że Ben zdecydował się przyjechać właśnie tutaj, powinno powiedzieć ci wszystko o twojej domniemanej wartości.

Podnoszę rękę, żeby uciszyć mojego porywczego zastępcę. Leo jest człowiekiem wielu talentów, lecz dyplomacja do nich nie należy. – Znalazłem się tutaj, ponieważ dzielimy te same wartości i ambicje – mówię, zakładając nogę na nogę.

– Myślałem, że jesteś tu w sprawach związanych z Komisją. – Russo rzuca mi pogardliwe spojrzenie, jakbym był robakiem, którego chciałby rozdeptać.

– Jestem, ale cele są zgodne.

– Słucham? – Salerno świdruje mnie wzrokiem.

– Jak wiecie, Komisja od wielu lat już nie istnieje.

– Została rozwiązana, gdy Chicago się rozpadło – uściśla Salerno, jakbym potrzebował lekcji historii. – Ciekawe, że wcześniej o tym nie wspomniałeś.

Gdy zostałem wciągnięty w ten świat, jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobiłem, było przestudiowanie historii organizacji.

Przeczytałem wszystko, co dotyczyło naszych rodzin i wrogów.

– Stosunki pomiędzy Nowym Jorkiem a Chicago są nadal napięte – rzucam od niechcenia.

– Mówisz jak polityk, chłopcze. – Salerno wybucha śmiechem. – Plotki, które słyszałem, okazują się prawdziwe.

Z wolna huśtam szklanką, wprawiając bourbon w ruch, i ignoruję próbę przejęcia kontroli nad rozmową.

– Na razie Chicago jest poza naszym zainteresowaniem.

– Zaryzykujecie gniew Outfitu? Sycylijczycy będę wkurwieni. – Salerno gwiżdże pod nosem.

– Powiedziałem „na razie”.

Muszę trzymać nerwy na wodzy. Gdyby ten dupek pozwolił mi mówić i nie przerywał, może to spotkanie nie zajęłoby nam całej nocy.

– Spokojnie, chłopcze.

Marszczy brwi, a ja mam ochotę wpakować mu kulkę w jebany łeb. Jeśli jeszcze raz nazwie mnie „chłopcem”, najzwyczajniej w świecie to zrobię.

– Też mam na pieńku z Outfitem – dodaje.

To dla mnie nowość. La Cosa Nostra powstała na Sycylii w XIX wieku, ale organizacja w USA narodziła się dopiero w czasach prohibicji i działała całkowicie niezależnie od Sycylii. Do czasu, gdy ponad trzydzieści lat temu Giuseppe DeLuca przejął władzę w Chicago i wszystko się zmieniło. Nowy przywódca Outfitu odmówił przyjęcia decyzji Komisji, ponieważ chciał wszystko robić po swojemu. Komisja została utworzona w latach trzydziestych przez Lucky’ego Luciana i służyła jako rada nadzorcza, że tak się wyrażę, dla całej włosko-amerykańskiej organizacji mafijnej. Nowy Jork jako jedyny stan z pięcioma rodzinami posiadał większość głosów, a tego Outfit nie akceptował. DeLuca przejął kontrolę w Chicago, nie ruszając się z rezydencji na Sycylii. Nakazał swojemu zastępcy Gifoliemu występować w swoim imieniu. Była to sytuacja nieposiadająca precedensu, a Komisja nigdy tego nie zaakceptowała. Gdy jednak się rozpadła, rodziny zaczęły działać niezależnie i wszyscy przeszli nad tym do porządku dziennego. Do dziś szef chicagowskiej mafii rządzi poprzez swojego capo bastone. To zdumiewające, że do tej pory nikt nie widział DeLuki na oczy.

Najważniejsze, że Chicago dobrze prosperuje i pozostaje drugą co do wielkości organizacją po Nowym Jorku.

Z czasem pomiędzy niektórymi rodzinami zawiązały się sojusze, głównie w celach biznesowych. Mamy układ z Salernem, dzięki czemu część naszych narkotyków trafia do Las Vegas, a on organizuje bezpieczny transport do Nowego Jorku. Wiele rodzin ma podobne sojusze, lecz dziś jestem tu po to, by spróbować stworzyć bardziej formalną strukturę. To odważne posunięcie, ale czuję, że musimy to zrobić. Pięciu szefów dało zielone światło i wprawiamy maszynę w ruch.

Unoszę brew w niemym pytaniu, zastanawiając się, co konkretnie Salerno ma do Chicago. Ignoruje moje pytanie machnięciem ręki, co jeszcze bardziej mnie rozwściecza. Krew gotuje mi się w żyłach, ale nie pokazuję tego po sobie.

– To, że Sycylijczycy nie są włączeni w ten plan, tylko zwiększa jego atrakcyjność.

„Na razie”. Jeśli konflikty z Bratvą się zaostrzą, będziemy potrzebować wsparcia każdej rodziny. W tym Chicago.

– Nowy Jork chce ponownie uruchomić Komisję.

– Dlaczego? – Saverio wzrusza ramionami. – Wszystko gra, więc po co próbować naprawiać coś, co nie jest zepsute?

– Rosjanie stanowią coraz większy problem. Musimy zjednoczyć wszystkie rodziny włosko-amerykańskie, jeżeli mamy powstrzymać zagrożenie z ich strony.

– Są też inni, z którymi trzeba się zmagać. Irlandczycy, Albańczycy i Triada mogą nam w Nowym Jorku zawadzać. Żadna z tych frakcji nie wymusza jednak natychmiastowych działań, bo ich liczebność jest niewielka, a wpływy słabe. Co nie zmienia faktu, że bacznie się temu przyglądam.

Biorę kolejny łyk drinka, z chłodną obojętnością odpierając twarde spojrzenie Gambiniego. W jego żyłach płynie trochę rosyjskiej krwi dzięki przodkom ze strony matki. Ojciec pochodzi ze znamienitej włosko-amerykańskiej rodziny, ale rosyjskie DNA pozwala poćwiczyć na nim strzelanie do celu. Przygląda mi się, jakby oczekiwał, że rzucę w niego obelgą i będzie miał pretekst do draki. Jest znany z miażdżenia oponentów gołymi rękami i z całkowitej pogardy dla życia. Kichnij na niego, a zabije cię ani się obejrzysz, i nawet się nie spoci. Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, że powinni mieć się przed nim na baczności. Sprytny człowiek, za jakiego niewątpliwie można uznać Saveria, nie czyni z okrutnego zabójcy swojego zastępcy, chyba że ten może poszczycić się innymi przydatnymi umiejętnościami.

– Rosjanie nie są zagrożeniem – mówi Salerno, dolewając sobie szkockiej.

Biorę butelkę Old Rip Van Winkle za dwadzieścia tysięcy dolarów i uzupełniam swojego drinka.

– Dorównują nam liczebnością.

– Są niezorganizowani, nielojalni i postępują niehonorowo. – Saverio pogardliwie wydyma usta.

– Wszystko się zgadza, ale otrzymałem informacje, które mnie zaniepokoiły. Gdyby Rosjanie się zmobilizowali, mogliby nam zaszkodzić. Nie zamierzamy dać im takiej możliwości.

– Obronię własne terytorium. Czemu miałbym się zgodzić na wskrzeszenie Komisji? Żeby brać udział w większej wojnie? –  Salerno dopija drinka i nalewa następnego.

– Będziesz bronił swojego terytorium, ale jak długo? Prędzej czy później dojdzie do konfliktu, a ci, którzy postanowią zostać niezależni, staną się głównym celem. Jeśli Rosjanie się zjednoczą i zaatakują całą swoją mocą, nie ma mowy, żebyś przetrwał. Wzmacnianie więzi ma sens.

– Jeżeli Rosjanie postawią stopę na mojej ziemi, zabiję każdego z tych skurwieli – oświadcza Salerno, a ja zastanawiam się, czy naprawdę w to wierzy.

– I skończysz albo w więzieniu, albo w dębowej jesionce. – Pochylam się w jego stronę. – Nie możemy już robić tego w tradycyjny sposób, Saverio. Bez względu na to, czy mamy w kieszeniach sędziów, prawników i organy ścigania, ustawa RICO jest restrykcyjna i nie da się zabijać na prawo i lewo bez strachu, że pójdziemy siedzieć. – Rzucam okiem na Gambiniego, a ten sukinsyn się krzywi. – La Cosa Nostra niczym się nie różni od każdego innego biznesu. Musimy się dostosowywać, rozwijać i rosnąć w siłę, inaczej nie przetrwamy.

– Słyszałem o twoich niektórych przedsięwzięciach. – Salerno strzela palcami na jednego z mężczyzn stojących przy drzwiach. Facet znika, jakby się na coś umówili. – Wiem, co zamierzasz.

– Czasy się zmieniają. Dostosujemy się albo zginiemy.

4 - Ben

– Zgadzam się z tym, że wzmacnianie więzi jest sprytne. Salerno potakuje, a ja mam ochotę władować mu pięść w twarz. Ten typ tylko mnie testował. Zaciskam dłoń na szklance, próbując opanować gniew. Od ośmiu lat jestem nieustannie sprawdzany, rzygać mi się już chce. Liczyłem, że fakt, iż zaczynałem w mafii od bycia prostym żołnierzem i całymi latami piąłem się po szczeblach kariery, zagwarantuje mi silną pozycję bez pytań czy kwestionowania moich umiejętności. Ale jak widać, niektórzy nadal czują potrzebę, by mnie sprawdzać.

– Co prowadzi do ostatniej kwestii, zanim przejdziemy do części rozrywkowej naszego wieczoru. – Saverio uśmiecha się pod nosem. Niespokojnie poprawiam się na kanapie. Wiem, co znaczą te słowa, i najchętniej wymówiłbym się od wątpliwej przyjemności, jaka mnie czeka. Niestety okazałbym brak szacunku dla naszego gospodarza, więc z rezygnacją przyjmuję fakt, że resztę nocy spędzę w towarzystwie dziwek i niewolnic seksualnych. Żółć podchodzi mi do gardła, biorę duży łyk bourbona, z ulgą przyjmując cierpkie nuty jabłka i karmelu. W gardle rozlewa się kojące ciepło. Upicie się może być jedynym sposobem na przetrwanie tej nocy.

– Czy twój ojciec ma odpowiedź na moją propozycję?

Znowu to samo. Zgrzytam zębami i liczę do dziesięciu, zanim odpowiem.

– Nie ożenię się z dzieckiem – mówię stanowczo. – Poza tym to zupełnie zbędne. Zawiązanie silniejszych sojuszy biznesowych i zjednoczenie pod auspicjami Komisji jest wszystkim, czego potrzeba do unii naszych rodzin.

Gdy już zostanę donem, będę optował za odejściem od niektórych zwyczajów, jak na przykład aranżowane małżeństwa. Zdaję sobie sprawę, że część naszej tożsamości jest zakorzeniona w tradycji i niektórych rzeczy nie da się zmienić, ale barbarzyńskie praktyki z udziałem kobiet oraz ich rola w naszej społeczności to coś, na co jestem wyjątkowo uczulony. Nie mogłem pomóc mojej mamie, ale może uda mi się pozbyć choć części poczucia winy, gdy wesprę inne kobiety, by nie musiały przechodzić tego, co ona.

– Nie podoba mi się twój ton – odzywa się Saverio, w powietrzu czuć wrogość.

– Nie chciałem urazić ciebie czy Anais, ale już oświadczyłem ojcu, że nie mam zamiaru się żenić. Traktuję poważnie obowiązki wobec rodziny, a małżeństwo osłabiłoby moją pozycję.