Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
50 osób interesuje się tą książką
Warszawa, czasy współczesne. W jednym z mieszkań odnaleziono zwłoki kobiety zamordowanej w wyjątkowo brutalny sposób. Na miejsce przyjeżdża podkomisarz Bartosz Konecki, który wraca do służby po załamaniu nerwowym spowodowanym rodzinną tragedią. Szybko okazuje się, że ofiarą jest Zofia Pogoda, doktorantka fizyki jądrowej. Coraz więcej dowodów sugeruje, że jej śmierć nie była przypadkiem…
Lata trzydzieste XX wieku. W tajemniczych okolicznościach umiera Bolo Kochański, asystent w Katedrze Fizyki Eksperymentalnej i ukochany brat małej Hani. Czy jego nagła śmierć może mieć związek ze zjawiskiem sonoluminescencji, przypadkowo odkrytym przez profesora Zimbacha?
Wszystkie wątki zaczynają się ze sobą łączyć, a Konecki musi wrócić do wydarzeń z dawnej przeszłości.
„Skaza” opowiada o największych ludzkich słabościach i traumach. Zbigniew Zborowski serwuje czytelnikom mieszankę wybuchową, po mistrzowsku łącząc elementy kryminału, thrillera oraz powieści psychologicznej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 386
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł: Skaza
Fragment
Copyright © Zbigniew Zborowski, 2026
This edition: © Gyldendal Astra/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt okładki: Daniel Natkaniec
Redakcja: Milena Schefs
Korekta: Dream Team
ISBN 978-91-8076-610-4
Opracowanie e-booka:Marcin Słociński / www.monikaimarcin.com
Gyldendal Astra/Gyldendal A/SKlareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
www.gyldendalastra.pl
PROLOG
Rok 1934. Uniwersytet Koloński, III Rzesza Niemiecka
W wypełnionej wodą szklanej kulistej retorcie bombardowanej ultradźwiękami pojawiły się nagle słabe rozbłyski niebieskiego światła. Profesor Zimbach był zaskoczony. Nie o taki efekt mu chodziło. Liczył na odkrycie technologii szybkiego wywoływania klisz filmowych, a nie na cherlawe podwodne fajerwerki.
Co z tym począć?
Nic – zdecydował w końcu pomiędzy zaciągnięciem się papierosem a wypuszczeniem dymu. A potem wyłączył aparaturę.
Na lakoniczny opis niezrozumiałego eksperymentu, polegającego na „wywoływaniu zjawiska sonoluminescencji”, świat nauki zareagował zgodnym wzruszeniem ramion. Odkrycie uznano za bezużyteczne.
Pięć lat później. Uniwersytet im. Jana Kazimierza we Lwowie, Polska
Za oknami starej sali wykładowej Wydziału MatematycznoPrzyrodniczego przy ulicy św. Mikołaja kołysały się w czerwcowym słońcu gałęzie kasztanowca. Jego przekwitłe kwiaty i soczystozielone liście przypominały o nadchodzących wakacjach stłoczonym w auli studentom. Żaden nie miał jednak dość odwagi, by przyglądać się im dłużej niż kilka pikosekund. Wykład prowadził profesor Józef Szpilecki, adiunkt w Katedrze Fizyki Eksperymentalnej, legenda wydziału. Jego cichy, monotonny głos mogłaby zagłuszyć nawet przelatująca mucha.
Nic więc dziwnego, że wszyscy wstrzymali oddech, kiedy drzwi sali otworzyły się z hukiem. Stanął w nich profesor Zdzisław Pazdro, nieco poufale nazywany przez żaków Zdziśkiem.
– Wybuch! – krzyknął głosem, który w krystalicznej ciszy auli zabrzmiał niczym dzwon króla Zygmunta. – Na Zofiówce!
Studenci wpatrywali się w niego bez słowa, a on przeskakiwał spojrzeniem od jednej do drugiej twarzy, zdziwiony brakiem reakcji.
– Na Zofiówce! – powtórzył. – Nie rozumiecie? W baraku Kochańskiego! Bolo nie żyje!
Przez tłum przebiegło drżenie, szepty zmieniły się w okrzyki przerażenia, a potem studencka masa poderwała się z krzeseł. Bolo Kochański, asystent w Katedrze Fizyki Eksperymentalnej, był ulubieńcem wszystkich. Wysokiego, bardzo szczupłego blondyna ze strzechą włosów opadających na niebieskie oczy jedni uważali za nieszkodliwego wariata, a inni za geniusza. Ci pierwsi dla żartu, ci drudzy z pełną powagą nazywali go Einsteinem.
– Dorożkę! – Szpilecki zachował zimną krew, choć i na jego policzki wystąpił rumieniec. – Zdzisiek, jedziemy!
Chwilę później – we trzech, bo do ich powozu wskoczył jeszcze dziekan wydziału, profesor Zierhoffer – z turkotem kół gnali kolejnymi ulicami: zatłoczoną Akademicką, potem nieco luźniejszą Wołoską i w końcu św. Zofii. Przemknęli obok miejskiego kąpieliska, z poślizgiem skręcili w Pomorską i omal nie wpadli całym pędem w policyjnego fiata, zaparkowanego przed czymś czarnym, rozległym i wciąż dymiącym. Wysiedli.
Spodziewali się płonącego baraku, ewentualnie stosu osmalonych, rozrzuconych wybuchem desek, z których sklecone było laboratorium Bola – ale nie czegoś takiego.
Wciąż oszołomieni tym, co rozciągało się przed ich oczami, zbliżyli się do kręgu wypalonej ziemi. Nie było żadnego pożaru, żadnych osmalonych desek. W ogóle nic nie było – poza dymiącym kręgiem, ciągle jeszcze buchającym piekielnym żarem. Barak, wypełniająca go aparatura, a także Bolo Kochański – zniknęli.
– Świadkowie mówią o oślepiającym błysku, huku i grzybie ognia, który wzniósł się nad okolicą – powiedział cicho posterunkowy, który rozpoznał w nich „profesorów od Jana Kazimierza”. – Co to musiało dupnąć, że wszystko wyparowało?
Ignorując policjanta i nie bacząc na to, że zaczynają mu się tlić podeszwy butów, profesor Szpilecki wkroczył na pogorzelisko. Przez chwilę patrzył uważnie pod nogi, a potem zawołał:
– Zdzisiu, popatrz!
Profesor Zdzisław Pazdro zbliżył się do kręgu.
– Witryfikacja – szepnął. – Zeszklony piasek. Boże, jaka tu musiała być temperatura…
Jeszcze przez moment obaj gapili się w roztopioną, zastygającą ziemię.
– A to? – Szpilecki wskazał drobinki iskrzące się wśród czarnej krzemionki.
Pazdro wyjął z kieszeni marynarki chustkę do nosa i przez materiał ujął jedno z takich maleństw. Dłuższą chwilę ostrożnie oglądał je pod słońce.
– Co to jest? – niecierpliwił się Szpilecki.
– Gdyby to nie było kompletnie niemożliwe… – zawahał się Pazdro – powiedziałbym, że to diament.
– Diament?! – prychnął stojący kilka kroków za nimi Zierhoffer. – Diamenty nie rodzą się na trawniku. Nawet spalonym. Diamenty powstają we wnętrzu Ziemi, gdzie…
– …panuje ciśnienie siedemdziesięciu tysięcy kilogramów na centymetr kwadratowy i temperatura tysiąca trzystu stopni – dokończył za niego Pazdro.
I zaraz powtórzył:
– Boże, co się tutaj stało?
***
Godzinę później znacznie wolniej wracali dorożką na ulicę św. Mikołaja.
– W całym tym nieszczęściu – przerwał w końcu milczenie Zierhoffer – gratuluję sobie, że uparłem się, aby Kochański nie prowadził swoich eksperymentów na terenie uniwersytetu. Zgodzisz się chyba, Józiu?
Szpilecki obrzucił go niechętnym spojrzeniem.
– Szkoda tylko – dziekan wyraźnie postanowił złagodzić ton swojej wypowiedzi – że Bolo nie pozostawił po sobie żadnych zapisków.
Przez chwilę jechali, nie odzywając się ani słowem.
– Nad czym on właściwie pracował? – ponownie odezwał się dziekan.
– Nad zjawiskiem sonoluminescencji – odpowiedział Szpilecki.
TERAZ
Warszawa. Sobota
Ciało leżało w największym z trzech pokoi mieszkania na siódmym piętrze. Przez drzwi balkonowe widać było ulicę Międzynarodową, łączącą się trzysta metrów dalej z Trasą Łazienkowską, czteropiętrowe bloki i sieciową cukiernię, w której sprzedawano pyszną pavlovą. A także spory market spożywczy, parking strzeżony i niski budynek, kryjący chyba administrację osiedla.
Podkomisarz Bartosz Konecki wiedział, że gdyby zrobił krok nad denatką i podszedł do szyby, miałby szansę ujrzeć ciągnące się po lewej stronie ogródki działkowe. Nie ruszył się jednak z miejsca. Bo raz, że teraz, w połowie marca, nie było na co patrzeć, a dwa, że wszystkie okna oglądał technik w poszukiwaniu „paluchów”. Konecki z najwyższym trudem oderwał więc wzrok od okna i zmusił się do spojrzenia na ciało.
Kobieta przed trzydziestką, dość pulchna i zupełnie naga. Całkiem długie kasztanowe włosy rozrzucone na tandetnym, wydeptanym dywanie przykrywającym jeszcze bardziej tandetną podłogę z płytek.
Kto jeszcze ma dziś w domu takie płytki? – pomyślał oskarżycielsko. – Jeśli kogoś nie stać na drewniany parkiet, kładzie przynajmniej panele.
Szybko zorientował się jednak, że znowu próbuje uciec od widoku denatki, więc powrócił do lustrowania jej obnażonego ciała. Śmierć dopadła ją w pozycji klęczącej. Teraz leżała na plecach, wsparta o własne pięty, z nogami zgiętymi w kolanach. Duże, naprawdę konkretne piersi, ręce skrępowane z tyłu taśmą izolacyjną, kasztanowa kępka między udami. Marmurowo biała skóra, z którą kontrastowały ciemnoczerwone rany po cięciach i drobne, występujące parami siniaczki. A także szare sploty taśmy izolacyjnej, którą zaklejono jej usta. Zastygłe, wlepione w sufit oczy, zasnute białawą mgiełką.
Nie, szlag by to trafił – pomyślał Konecki. – Za dużo tego.
Odwrócił się i wyszedł z pokoju. Niestety, w korytarzyku też było sporo ludzi. Wychodził fotograf, wchodził patolog, kręcił się aspirant z prewencji, który pierwszy znalazł trupa. Podkomisarz poszedł więc prosto do kuchni, którą chłopcy z laboratorium kryminalistycznego zdążyli już obejrzeć, i zapatrzył się na Pałac Kultury, widoczny po drugiej stronie zasłoniętej niskimi blokami Wisły. Nawet tu dogonił go słodkawo-mdlący zapach śmierci.
Bartek oddychał płytko, starając się powstrzymać nudności.
Cholera, jeszcze brakuje, żebym się tu zrzygał – pomyślał ze złością.
Po minucie czy dwóch poczuł się na tyle lepiej, żeby wrócić do pokoju. Szczęśliwie masywne cielsko jego partnera, komisarza Zdzisława Zaprawy, przesłaniało makabryczny widok. Konecki przesunął wzrokiem po wyposażeniu pokoju. Z lewej meblościanka z czasów Peerelu, z ustawionymi w idealnym porządku bibelotami, muszelkami i figurkami. Obok parę książek, stojących od największej do najmniejszej, i zdjęcie dziewczyny w drewnianej ramce. Ładna buzia, wesołe miodowe oczy, urocze dołeczki w policzkach. Obejmowała ją para starszych ludzi. Pewnie rodzice. Trzeba będzie ich zawiadomić… Dalej, już przy samym balkonie, telewizor lampowy. W oknach zasłony i firanki. Po prawej wąskie półki z książkami, rozkładana sofa z Ikei, stolik, lampka nocna.
– Jak tam, komisarzu Konecki? Lepiej troszeczkę? – Z ust pochylonego nad zwłokami patologa padły ociekające ironią słowa. – Już nie mdli?
– Odpieprz się od chłopaka – zamruczał basem Zaprawa, a potem zwrócił się do swojego partnera: – Idź, Bartek, pogadać z tym aspirantem. Po co chłopak ma wyrabiać nadgodziny w przedpokoju?
Konecki z ulgą wrócił na korytarz. Za sobą usłyszał jeszcze ściszony głos patologa:
– Co tak się z nim pieścisz? Ile lat koleś robi w policji? Dziewięć? Dziesięć? Chyba miał dość czasu, żeby przestać się bać trupów?
– Mówię, odpieprz się od niego.
Konecki z aspirantem wyszli na klatkę schodową. Zza wszystkich czterech par drzwi na piętrze wystawały głowy sąsiadów. Bartek pociągnął więc aspiranta do okna w korytarzyku. Wyjął notatnik.
– Kurde blaszka, ale akcja – zagaił aspirant. – Mogę zapalić?
Nie czekając na odpowiedź, sięgnął do kieszeni i wyciągnął paczkę „koziołków” z przemytu. Podsunął papierosy Koneckiemu, ale ten pokręcił głową.
Aspirant zapalił, zaciągnął się, wypuścił dym w stronę ciekawskich. Konecki przełknął ślinę. Nie palił już prawie pół roku. Za to wcześniej wykańczał nawet dwie paczki dziennie. Teraz język przykleił mu się do podniebienia.
– W sumie to niezła nawet laska była, nie? – Aspirant wyraźnie się odprężył. – Cycki takie… Szkoda.
– Jak się nazywacie? – uciął podkomisarz.
Tamten spojrzał na niego z mieszaniną zdziwienia i niesmaku.
– Ja?
– A kogo tu jeszcze z nami widzicie? – Z każdym słowem Konecki odzyskiwał pewność siebie, nadwątloną w tym przeklętym pokoju.
Nie dziesięć ani dziewięć – pomyślał. – Za miesiąc, pod koniec kwietnia, będzie siedem lat, jak jestem gliną.
Młody, zdolny, przebojowy – tak o nim mówiono. Szybka kariera, szybki awans. Dzisiaj to już przeszłość.
– Aspirant Kowalczyk Jerzy – wyrecytował tamten obrażonym głosem.
Był o głowę niższy od Koneckiego, ale mocnej budowy. Z wydatnym brzuchem. Rumiane policzki pokryte cieniem wieczornego zarostu, gęsty, gruby, pieczołowicie przycięty wąs.
Stara gwardia – pomyślał z niechęcią podkomisarz.
Policjant natomiast postanowił pokazać, że zna się na rzeczy. Skoro komisarz nie życzy sobie luźnej gadki, to proszę bardzo. Mówił krótko, rzeczowo, konkretnie.
Wezwanie było do rejonowej na Grenadierów dwie godziny temu. Dokładnie o 16.40. Zgłaszała sąsiadka, Jadwiga Stasiak. Tamte drzwi za schodami, numer mieszkania 44. Że przez wspólną ścianę słyszy jakieś odgłosy. A raczej słyszała, bo już ucichły.
– Jakiego rodzaju? – przerwał Konecki.
– A to już pan komisarz sam u niej ustali. – Oczy aspiranta zwęziły się chytrze. – Moja rola była przyjechać tu z dzielnicowym i sprawdzić.
– Mówcie dalej.
Nie dowiedział się wiele więcej. Przyjechali, pukali, dzwonili. Nic. Pewnie by poszli, ale pani Jadwiga była bardzo zdenerwowana. Energiczna kobitka. Paplała, że jej sąsiadka cicha, spokojna, a tu od paru godzin jakieś hałasy, jęki…
Konecki powstrzymał się od kąśliwej uwagi, że aspirant Kowalczyk jednak wie, jakiego rodzaju odgłosy dobiegały zza ściany, i słuchał dalej. O tym, jak Stasiakowa urobiła ich w końcu, żeby poszli po dozorcę i w jego obecności otworzyli zamknięte drzwi jej zapasowym kompletem kluczy.
– Weszlim, popatrzylim i od razu wiedzieliśmy, że trzeba dzwonić po terror kryminalny – zakończył Kowalczyk filozoficzną refleksją.
Bartosz Konecki zapisał numer telefonu aspiranta i pozwolił mu odejść. Kiedy korpulentna sylwetka starego wygi zniknęła za ciężkimi drzwiami prehistorycznej windy, podkomisarz poczuł, że w pełni odzyskuje siły. Pewnie dlatego, że nie musiał tam wracać i patrzeć na zmasakrowane ciało kobiety. Czy ją torturowano? Zgwałcono? Szybko wyrzucił z głowy te pytania. Jego zadaniem było teraz przesłuchanie mieszkańców bloku. Przede wszystkim pani Jadwigi. W takich sprawach czas ma kluczowe znaczenie. Pamięć świadków jest ulotna, ich zaangażowanie i chęć udzielania pomocy organom ścigania także. Dla wykrycia sprawcy najważniejsze są pierwsze godziny śledztwa.
***
– I jak? W porządku? – z nieskrywaną troską w głosie zapytał Zaprawa, kiedy około północy pakowali się do jego wysłużonej octavii, zaparkowanej pod blokiem numer 46, na samym środku drogi pożarowej.
– W porządku.
Komisarz zbliżył kluczyk do stacyjki, ale jego niedźwiedzia łapa zamarła w pół drogi. Sapnął, powiercił się, na co zawieszenie pojazdu odpowiedziało skrzypieniem i jękiem, a potem zmierzył partnera wzrokiem.
– Czego? – nie wytrzymał Konecki.
– Dajesz radę? – odpowiedział pytaniem Zaprawa.
– Wszystko okej.
– Bo wiesz… Może to nie był najlepszy pomysł, żeby akurat ciebie przydzielać do tej sprawy… Stary jakby trochę zapomniał, no wiesz…
Tym razem to Konecki uważnie zmierzył partnera wzrokiem. Czyżby Zaprawa nie był go pewien? Bał się, że spieprzy mu śledztwo? Będzie ciężarem?
– Poradzę sobie, Zdzisiek – powiedział, nadając głosowi ton zdecydowania, który miał pokryć wątpliwości.
Kolega patrzył na niego jeszcze przez chwilę, a potem wreszcie uruchomił silnik.
– Dobra, wierzę ci – zaburczał o ton niżej od warkotu zimnego diesla. – Bierzmy się do roboty. Prokurator chce mieć na rano wstępny raport.
– Którego nam przydzielili? – zainteresował się Konecki.
– Pawłowicza.
– O, do diabła.
– No właśnie – zamruczał Zaprawa.
Prokuratora Piotra Pawłowicza policjanci za plecami nazywali Kunktator. Facet był niski, zawsze usłużny wobec przełożonych i bezlitośnie wymagający wobec zwykłych gliniarzy. Nie mogli trafić gorzej.
***
Pod Komendę Stołeczną za placem Bankowym dojechali w dziesięć minut. Wcale nie dlatego, że Zaprawa prowadził szybko. Komisarz był powolny – i pieszo, i w samochodzie. Tylko myśleć umiał szybko – to dzięki temu już od piętnastu lat zajmował biurko w wydziale dochodzeniowym najważniejszej komendy w Warszawie. Po prostu o tej porze prawie nie było ruchu. Przemknęli więc Międzynarodową do Waszyngtona, potem przez most Poniatowskiego, Marszałkowską i plac Bankowy do rozległego gmaszyska pałacu Mostowskich. Kiedy wchodzili, oficer dyżurny nawet nie podniósł głowy.
– Dawaj, co masz – wysapał zmaltretowany wejściem po szerokich schodach Zaprawa.
Konecki zalał kawę w dwóch kubkach i postawił je na blacie, plamiąc jakieś zalegające tam od wieków papierzyska, przysunął sobie krzesło, usiadł i zaczął mówić.
Szału nie było.
Tylko Stasiakowa coś słyszała. Reszta mieszkańców wieżowca przy Międzynarodowej, róg Zwycięzców, nie zauważyła niczego podejrzanego. Właściwie trudno się dziwić. W sobotę wczesnym popołudniem na Jedynce leciał Okrasa, na Dwójce Familiada, w TVN-ie puszczali Singielkę, a w Polsacie – Słoiki. Poza tym ludzie robili obiad, użerali się z dzieciakami, ktoś nawet poszedł na spacer. Była jednak pewna rzecz godna odnotowania. Około czternastej na domofon Wasików spod numeru 61 zadzwonił mężczyzna podający się za ratownika pogotowia. Że niby przyjechał do kogoś innego, ale pomylił guziki. Wasikowie otworzyli i wrócili do oglądania Drogówki na TV 4.
– Tak się dostał na klatkę schodową – zamruczał Zaprawa. – A co powiedziała Stasiakowa?
Konecki wrócił myślami do rozmowy z sąsiadką ofiary. Pani Jadwiga Stasiak nie była kruchą staruszką. To była wielka baba o małych, świdrujących oczkach i ciętym języku, którego nie stępił siódmy krzyżyk na karku. Bartek musiał bardzo uważać, żeby nie wypaść z roli przesłuchującego i nie stać się przesłuchiwanym. Stasiakowa wiele wiedziała o mieszkańcach bloku, a już szczególnie Wasikom nie szczędziła cierpkich słów. Że pijaki, co do kościoła chodzą tylko dla picu, a jak bigos gotują, to smród niesie się do parteru. Zosię Pogodę kochała jednak prawie tam samo jak swoje dorosłe, „wyjechane do Anglii” dzieci. Odkąd dziewczyna dwa lata temu wynajęła mieszkanie na siódmym piętrze, pani Jadwiga dałaby się za nią pokroić. Cicha, spokojna, a do tego podobno miała tytuł doktora. I tylko jedno martwiło Stasiakową – że jej niespełna trzydziestoletnia sąsiadka nie ma narzeczonego. Że samotna taka. Kiedy więc w pokoju swojej kawalerki, sąsiadującym z Zosiną kuchnią przez ścianę, usłyszała koło 14.30 jakieś sapania i jęki, pomyślała sobie z radością: „Oho, nareszcie moja dziewczynka sprowadziła sobie jakiegoś chłopa”. To dlatego nie wszczęła alarmu od razu. A nawet radio pogłośniła. Teraz z tego powodu ma ochotę włosy rwać sobie z głowy. Na policję zadzwoniła dopiero wtedy, kiedy coś gruchnęło o ziemię. Kuchenny stołek chyba. Przyłożyła wtedy ucho do ściany i usłyszała chrobot zamka. I zaraz po nim trzaśnięcie drzwi windy. A potem to już nic. Myślała, że zaraz rozlegnie się szum wody w łazience, przecież wiadomo, że Zosia taka czyścioszka… A tu nic, cisza. Wtedy do niej zadzwoniła. Bez odbioru. No i wykręciła wreszcie 112.
– A jak usłyszała to chrobotanie, nie wyjrzała przez wizjer? – Zaprawa zmierzył partnera uważnym spojrzeniem.
– Wyjrzała – potwierdził Konecki. – Ale jej drzwi wychodzą bardziej na zsyp niż na windę, więc niewiele widziała. Tylko czyjeś plecy.
– Plecy, powiadasz… – Zaprawa siorbnął wystygłą kawę.
– Szerokie, raczej na pewno męskie. W szarej bluzie dresowej.
– Przez okno nie popatrzyła, kto wychodzi z bloku?
– Jej okno znajduje się po stronie Pałacu Kultury, zachodniej.
– A wyjście z bloku jest na Trasę Łazienkowską. Na południe – przypomniał sobie Zaprawa.
Zamilkli. Otoczyła ich nocna cisza. Zza okna nie dochodziły dźwięki ani samochodów, ani tramwajów. W całym wydziale nie było żywego ducha. Tylko gdzieś z piętra niżej, od strony kanciapy dyżurnego, dobiegały jakieś radosne bluzgi i stłumione śmiechy. Pewnie świrusy z laboratorium kryminalistycznego przyszły popracować nad raportem z oględzin mieszkania.
– Na pewno możemy odrzucić motyw rabunkowy – zmęczonym głosem odezwał się komisarz. – Z mieszkania denatki raczej nic nie zginęło. Laptop, komórka, niewielka suma pieniędzy… Na to się sprawca nie połakomił. Pokoje nie zostały też przeszukane, nikt nie otwierał szaf ani szuflad.
Komisarz spojrzał na Koneckiego, jakby oczekiwał potwierdzenia. Ten jednak czuł nieprzyjemny ucisk w żołądku. Coś nie dawało mu spokoju. Coś, co zobaczył w tym mieszkaniu. Tylko co? Był zbyt zmęczony, by wydobyć to z podświadomości.
Zaprawa, nie doczekawszy się od partnera choćby skinienia głową, mówił dalej.
– Na ten moment skłaniałbym się więc do dwóch wersji. Pierwsza – odgiął palec gruby jak trzonek młotka – to motyw napaści seksualnej.
– Ofiara otworzyła sprawcy drzwi – przebudził się Konecki. – A Stasiakowa mówiła, że dziewczyna była raczej ostrożna.
– Nygus mógł jej powiedzieć cokolwiek! – Komisarz machnął ciężką łapą. – Że jest z gazowni albo administracji. Mógł podać się za hydraulika i wcisnąć kit, że mieszkanie na szóstym woda zalewa. Sam wiesz, jacy ludzie, nawet ci ostrożni, są naiwni.
Podkomisarz przygryzł wargę. Nagle żołądek podjechał mu do gardła, a lewa powieka zatrzepotała w tiku niemożliwym do opanowania.
Zaprawa gapił się na niego chwilę ze zmarszczonym czołem.
– Oż kurna, przepraszam. Zapomniałem – zadudnił.
Tak, on ma rację. Ludzie są naiwni – zgodził się w myślach Konecki. Sam wiedział o tym najlepiej.
– Mów dalej. – Sformułowanie tych rzuconych pozornie lekkim tonem słów kosztowało go mnóstwo energii.
– A druga – siedzący po przeciwnej stronie biurka kolos odgiął drugi paluch – że zabójstwo to zemsta jakiegoś odrzuconego kochanka, szurniętego stalkera lub beznadziejnie zakochanego kolegi z pracy.
Konecki przez chwilę trawił słowa Zdzisława. Poczuł niepokój. Niejasne wrażenie, że właśnie pakują się w ślepą uliczkę. Coś w zapamiętanym obrazie mieszkania Zofii Pogody go niepokoiło. Wywoływało dyskomfort. Drażniło. Nie mógł sobie jednak przypomnieć, co to takiego.
– Plan działania na jutro. – W ulotne myśli wdarł się niski głos Zdzisława. – Z samego rana raport dla Pawłowicza. Ty go napisz, dobrze? A poza tym…
Komisarz na chwilę zamilkł, zbierając myśli. Jego ciężkie, pokryte czarnymi włoskami paluchy zabębniły w blat biurka. Mebel zakołysał się niebezpiecznie, a uśpiony ekran stojącego na nim komputera rozjaśnił się tapetą przedstawiającą Zdzisława Zaprawę obejmującego całkiem ładną nastoletnią blondyneczkę – jego córkę. Jowitę, zdaje się. A może Justysię? Tak czy inaczej, dziewczyna była wielką dumą i oczkiem w głowie tatusia. Już wkrótce miała wyjechać na zagraniczne studia.
Patrząc na latorośl partnera, Konecki doznał nagłego uderzenia żalu. Tak nagłego i tak silnego, że miał ochotę skulić się na krześle.
– Poza tym potrzebujemy listy wszystkich zboków pozostających aktualnie na wolności – grzmiał tymczasem Zaprawa. – Trzeba ich posprawdzać. Ja się tym zajmę. No i wypada pogadać z rodzicami denatki. Wypytać o narzeczonych, szczególnie tych byłych. To twoje zadanie.
Podkomisarz tylko pokiwał głową. Dostał najgorszą robotę. Przedstawienie wstępnych ustaleń Kunktatorowi, który na sto procent przeczołga go jak kota, i powiadomienie o śmierci jedynaczki dwojga starszych państwa. Niezły początek, ale nie zaprotestował. Znał swoje miejsce. A poza tym… dopiero wracał do gry. Zapytał więc tylko:
– A sekcja zwłok? Zabezpieczenie śladów z jej mieszkania? Billingi telefonu? Sprawdzenie komputera?
Zaprawa spojrzał na niego ciężkim wzrokiem.
– Słuchaj, synek, nie bierz mnie tutaj pod włos, okej? To wszystko będzie. Kiedy… będzie. Wiesz chyba, ile czasu łapiduchy potrzebują na zrobienie sekcji.
– To priorytetowa sprawa…
– Priorytet czy nie, tydzień jak obszył. Niewiele krócej trzeba czekać na raport chłopców z laboratorium. A już informatycy to będą grzebać się w jej laptopie ruski rok albo i dłużej.
– To może chociaż billingi?
– To już nie te czasy co pół roku temu. – Głos Zaprawy nieco zmiękł. – Nie zadzwonisz już sobie prywatnie do operatora, żeby ci po starej znajomości przysłał wykaz numerów przed decyzją sądu. Teraz trzeba wystąpić z oficjalną bumagą i czekać.
– Aha.
– No a czas leci, co nie? Śledztwo trzeba prowadzić, bo nam skurczysyn, który ją pokroił, pryśnie, jak, nie przymierzając, ten szajbus, który rok temu uciął kobiecie głowę na Skierniewickiej. Dobrze mówię?
Konecki nie odpowiedział. Pytanie Zaprawy uznał za retoryczne.
– Nie będziemy siedzieć na tyłkach i popijać kawki. Trzeba… – tu Zdzisław przywalił kułakiem w biurko tak, że aż u dyżurnego ucichły śmiechy – …dorwać drania, zanim wypłoszą go nam media.
– Albo drani…
Komisarz spojrzał na Koneckiego roztargnionym wzrokiem.
– Co?
– Może nie był sam.
– Wątpię. Większości podobnych przestępstw dokonuje jeden popaprany zbok. Zaufaj nochalowi starego gliny. Zobaczysz, za parę dni wyciągniemy świrusa w samych gaciach z jakiejś meliny i nakarmimy nim Kunktatora.
– Amen – powiedział bez uśmiechu Konecki.
WCZEŚNIEJ
Kwiecień 1940. Lwów
Hanię Kochańską obudziło w nocy walenie pięścią w drzwi. Otworzyła oczy i wstrzymała oddech, czując potężniejący w skroniach puls. A więc stało się. To dziś. Mamusia przygotowywała ją na tę chwilę od kilku miesięcy. Mówiła, że przyjdą i żeby się wtedy nie bała. Po tym, jak w grudniu zeszłego roku Sowieci wzięli z domu tatusia i zamknęli w areszcie na Brygidkach, nie było już żadnej nadziei.
– Pani Kochańska, pani się nie boi! – dobiegło zza drzwi stłumione wołanie. Hania poznała głos sąsiada, Wężykowskiego, który po zajęciu miasta przez Ruskich został starszyną w ich kamienicy. – Są ze mną panowie oficerowie z NKWD. Trzeba otworzyć!
Hania wtuliła policzek w puszysty pyszczek swojego Miśka. Dostała go pięć lat temu od Bola, ukochanego starszego brata, na siódme urodziny. Nieduży, może ze trzydzieści centymetrów wysokości, o cudownie miękkim brązowym futerku. Początkowo prawie się z nim nie rozstawała. Potem podrosła i Misiek przez dłuższy czas był jedynie ozdobą jej łóżka. Dumnie zasiadał za dnia na jasnej kapie, wsparty o piramidkę z poduszki i jaśka. Jednak odkąd prawie rok temu w dziwnym wybuchu zginął Bolo, a potem uwięziono tatusia, futrzak wrócił do łask.
W mieszkaniu nadal panowała cisza. Mamusia nie otwierała drzwi. Może tamci sobie pójdą?
Nie. Hanię niemal poderwało na równe nogi łomotanie kolbami. A potem okrzyk:
– Chaziajka, otkrywaj dwieri!
Dopiero wtedy od strony sypialni rodziców rozległo się szuranie pantofli mamusi. Zgrzyt zamka, łomot ciężkich butów, błysk lampy naftowej. Hania zerwała się z łóżka i szybko naciągnęła na piżamę ubranie leżące na taborecie.
Skończyła w chwili, kiedy rozległy się wypowiedziane po rosyjsku słowa, a zaraz po nich tłumaczenie Wężykowskiego:
– Pan oficer pyta, gdzie pani schowała pistolet męża.
– Boże drogi, jaki pistolet? – Mama złapała się za głowę. – Henryk nie jest wojskowym. To nauczyciel akademicki. Nigdy w tym domu nie było broni.
Hania z Miśkiem w ramionach wchodziła akurat w krąg światła rozlewający się wokół kuchennego stołu, kiedy Rosjanin w niebieskiej czapce i butach „szklankach”, czyli wysokich, skórzanych, wypolerowanych na glanc oficerkach, wyrzucił z siebie potok słów, a potem spojrzał na Wężykowskiego. Ten lekko się skulił; wyraźnie nie kwapił się, by przetłumaczyć, ale mocne szturchnięcie sprawiło, że zaczął mówić.
– Pan oficer kazał powtórzyć pani, że wie o pistolecie. I o kontrrewolucyjnych poglądach szanownej pani.
– A niby skąd? Kto mu takich głupot nagadał?
– Ja… złożyłem zeznanie. Że pistolet widziałem. No i reakcyjne poglądy od pani słyszałem.
Mamusia aż pokraśniała. Jej oczy zalśniły czystą furią.
– Pan? Pan?! Przecież pan nawet u nas nie bywał! Jak pan śmiał, jak…
Urwała w pół słowa na widok stojącej w progu córki. Jej spojrzenie natychmiast złagodniało, w oczach zalśniły łzy.
– Chodź do mnie, córuś.
Czterech mężczyzn w radzieckich mundurach jakby się przebudziło. Ten w niebieskiej czapce zaczął wydawać polecenia pozostałym, uzbrojonym w karabiny z postawionymi bagnetami. Ci, przyświecając sobie latarkami, rozbiegli się po mieszkaniu. Chwilę później po domu zaczęły fruwać ubrania, pierze z poduszek i kartki z rozszarpywanych na strzępy książek. Hania patrzyła na to dzieło zniszczenia wielkimi oczami. Tatuś przecież zawsze powtarzał, że książki to świętość, bo zawarte są w nich myśli wielkich ludzi. A ci deptali je buciorami!
To wygląda tak, jakby chcieli tylko niszczyć, a nie szukać – przemknęło jej przez głowę. – Bo chyba nie sądzą, że rewolwer ukryty jest między kartkami?
– Co teraz będzie? – zmartwiałym głosem zapytała mama.
– Spokojnie, pani Kochańska, spokojnie. – Sąsiad przygładził wąsa, ale jego oczy myszkowały po zawartości szuflad wyrzucanych na podłogę. – Przesiedlą was, ot co. Żadna tragedia. Gorsze rzeczy się teraz niektórym przytrafiają.
Urwał i szybko postąpił kilka kroków w stronę salonu, w którym ten w niebieskiej czapce wysypywał zawartość szkatułki z biżuterią (a raczej z jej resztkami, bo w zimie za opał i chleb trzeba było płacić złotem).
– Mogę? – Wyciągnął dłoń po medalik z krzyżykiem wysadzanym diamencikami.
– Paszoł won! – Oficer odepchnął go i nawet położył dłoń na zatkniętym za pas naganie.
Wężykowski wtopił się w ścianę, a enkawudzista przeniósł wzrok na Hanię i jej mamę. Myślał chwilę, zagryzł wąsa, aż w końcu podszedł do nich zamaszystym krokiem.
– Macie, no, bieritie! – Wręczył pani Kochańskiej jeden z pierścionków.
Powiedziawszy to, zerknął szybko w stronę podkomendnych dokonujących rewizji, po czym odsunął kieszeń munduru i ostrożnie wsypał do niej zawartość szkatułki.
Bolo uprzedzał, że tak będzie – pomyślała z goryczą Hania. Nie słuchała zbyt uważnie rozmów dorosłych o polityce, wolała bawić się w sklep albo salon sukien, pamiętała jednak, że kiedy wszyscy studenci obnosili po Akademickiej wpięte w klapy marynarek wypolerowane odznaki Organizacji Strzeleckiej i odgrażali się, że na Boże Narodzenie będziemy w Berlinie, tylko on mówił, że jak ruszą się Niemcy, to bolszewicy zaraz wbiją nam nóż w plecy. I że trzeba się wcześniej przygotować. Ukryć lub nawet zniszczyć to, co cenne. Przetrwać.
Na wspomnienie brata zrobiło jej się strasznie smutno, płaczliwie. A przecież obiecywała sobie, że co by się nie działo, będzie dzielna jak… Jak Emilia Plater!
– Nie lzia, nie lzia. – Oficer wskazał palcem jej łzy, po czym szybko powiedział coś Wężykowskiemu.
– Pakujcie się! – warknął starszyna kamienicy, patrząc na nie spode łba, jakby to Kochańska i jej córka okradły go z medalika. – Jak nie macie w co, to w poszwy na poduszki. I nie zapomnijcie wziąć ciepłych rzeczy.
TERAZ
Hajfa, Izrael. Sobota
Starszy pan – średniego wzrostu, z wydatnym brzuszkiem i dobrotliwą twarzą siedemdziesięciolatka – patrzył w okno wychodzące na Zatokę Spokoju. Po połyskliwej turkusowej tafli wody sunęły ogromne statki zmierzające do portu. Niektóre stały na redzie. Widział je dokładnie, stał przecież na jednym z najwyższych pięter szpitala Rambam. Biały, wysoki, bardzo nowoczesny budynek górował nad okolicą. Z każdego z jego okien można było podziwiać albo zatokę, albo rozciągające się w dole miasto, albo piętrzące się na południu zielone wzgórza Górskiego Parku Narodowego Carmel.
Kochał to miasto. Przed laty odnalazł w nim spokój i wytchnienie. A także szacunek i sympatię sąsiadów, którzy cenili w nim życzliwe nastawienie do świata i poczucie humoru. Cenili też jego dwóch synów – zawodowych żołnierzy. Starszy pan wiódł tutaj spokojny żywot w niedużym domku na jednej z zalanych słońcem, sennych uliczek pomiędzy plażą a ruchliwą ulicą Sderot Jeruszalajim. Dla sąsiadów był po prostu Aaronem Cohenem, emerytem. Nie wiedzieli o nim nic więcej. I dobrze mu z tym było.
Odkąd odeszła Meira, jego ukochana żona, nie miał zbyt wielu rozrywek. Lubił wstawać wcześnie, wsiadać w auto i podjeżdżać do portu jachtowego, żeby zamienić parę słów z wędkarzami lub rzucać w powietrze kawałki starego chleba, którym nie pozwalały spaść na ziemię żarłoczne mewy. Niemal co wieczór gawędził też z sąsiadami lub przesiadywał do późna w jednej z ulicznych knajpek położonych w centrum. Od czasu do czasu odwiedzał go któryś z synów. Pięknych chłopaków się dochował. Wysokich, czarnowłosych, o uważnych, pozbawionych lęku spojrzeniach. Nie bardzo jednak miał o czym z nimi rozmawiać. Wojsko, wojna, polityka – od tego starał się uciekać, na ile to było możliwe. A im nie chciało się gadać o statkach i mewach.
Teraz jednak wiedział, że wszystko to diabli wzięli. Musiał wyjechać. Na zawsze. Dzisiejsza wizyta w Rambam tylko potwierdziła to, do czego od dawna się przygotowywał. Ostatni raz patrzył na zatokę i port. Ostatni raz…
TERAZ
Warszawa. Poniedziałek
Płakał przez sen. Znowu. Zrozumiał to, kiedy w duszny i klaustrofobiczny świat koszmarów wdarł się idiotyczny motyw z Gwiezdnych wojen. Ustawiła mu go w komórce jeszcze Gosia. Dawno temu, w jakimś innym życiu. A on nie umiał, czy też raczej nie chciał, go zmienić, choć za każdym razem, kiedy dzwonił telefon, odczuwał bolesne ukłucie w sercu.
Tym razem sygnał uwolnił go od majaków, w których przewijało się nagie, udręczone ciało Zofii Pogody, w jakiś szatański sposób zmieniające się w skulone na podłodze ciałko jego Kruszynki. Mała miała zamknięte oczy, była ubrana w swoją ulubioną piżamę ze Świnką Peppą i leżała bez ruchu. Próbował ją podnieść, zabrać z tego przeklętego mieszkania, ale okazała się za ciężka. Nachylił się i zobaczył, że jest przyklejona do podłogi szarą taśmą. Zawył z rozpaczy. Próbował ją oderwać, szarpał, gryzł, ale to nic nie dawało. I wtedy do pokoju weszła Gośka. Piegowata buzia z szerokim noskiem, który tak lubił całować. Zawsze, kiedy to robił, chichotała. Twierdziła, że jego usta ją łaskoczą. W tym jego przeklętym śnie nie odezwała się jednak ani słowem. Przynajmniej nie wtedy, kiedy zaklinał ją, żeby pomogła mu oderwać od ziemi Kruszynę. Stała i patrzyła zrezygnowanym, ale oskarżycielskim wzrokiem. Aż w końcu się odezwała.
„To twoja wina. To przez ciebie”.
Otworzył oczy, wciąż czując przeszywający serce ból. Sięgnął po telefon leżący obok materaca. Spojrzał na wyświetlacz. Tak, można się było tego spodziewać. Zaprawa. Wczoraj, a może już dzisiaj zostawił go w komendzie nad długą niczym egipskie papirusy listą mieszkańców Warszawy i okolic – notowanych, karanych lub podejrzewanych o przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu oraz na tle seksualnym. Niezły koktajl paragrafów, jednak przede wszystkim: 148 – zabójstwo, i 197 – gwałt. Przez kilka godzin przeglądali to wspólnie, kiedy jednak Bartek zasnął na siedząco i omal nie spadł z krzesła, Zaprawa wysłał go do domu.
– Przyjeżdżaj! – ryknął teraz. – Chyba mam ptaszka.
Nad ranem parking dla pracowników komendy był niemal pusty. Konecki zostawił więc swoją toyotę aygo (tylko nieco większą od wózka w hipermarkecie) tuż obok wejścia, pozdrowił dyżurnego i przytknął kartę identyfikacyjną do portu w bramce. Pięć susów i był na piętrze. Z pokoju, który zajmowali z Zaprawą, wylewało się na korytarz światło lamp, w którym wirował papierosowy dym. Bartek szybko odpakował dwa listki gumy miętowej i wepchnął sobie do ust. Sam nie wiedział, jak to działa, ale smak mięty pozwalał mu przez moment nie myśleć o paleniu.
– To ten – komisarz położył przed nim wydruk zdjęcia.
„Bogusław Czuba, lat 37” – przeczytał Konecki.
Pan Boguś został skazany półtora roku temu z artykułu 200 Kodeksu karnego: „Kto obcuje z nieletnim poniżej 15 lat”, na dwa lata w zawieszeniu.
– Był kierowcą właściciela klubu Marko Paolo, niejakiego Biernackiego – wyjaśnił Zaprawa. – Codziennie przesiadywał do późna w klubie. I lubił sobie pociupciać. Szczególnie trzynastoletnie dziewczynki.
Po nocy ślęczenia nad papierami komisarz wyglądał jak emerytowany bokser wagi ciężkiej, który w swojej karierze zaliczył zbyt wiele nokautów. Sine worki pod małymi, czujnymi oczami wyglądały teraz jak dwie fioletowe poduszeczki na igły, a pochyłe czoło przecinała głębsza niż zazwyczaj bruzda. W opadłym kąciku wyblakłych ust smętnie dogasał papieros.
Koneckiemu zrobiło się żal partnera. Tak, wiedział, że Zdzisiek ma dwudziestoletnią obecnie córkę. Pewnie dlatego uczepił się tego żigolaka. To jego, Bartka, wina. Nie powinien był iść do domu i zostawiać Zaprawy samego z tymi papierami. Teraz musiał jednak przywołać komisarza do porządku. To było ważne śledztwo. Jutro… – cholera, raczej już dziś – mają zdać relację z wyników na porannym zebraniu całego wydziału. Powiedział więc najdelikatniej, jak tylko mógł o trzeciej rano:
– To, że gnojek lubi nielaty, nie czyni go naszym podejrzanym. Zofia nie miała nastu lat. No i zabójstwo ze szczególnym udręczeniem ofiary to jednak nie to samo, co…
– Nie? – prychnął dymem Zaprawa. – To słuchaj dalej.
Wciągnął powietrze, zakrztusił się i rozkasłał. Ze złością wepchnął peta w przepełnioną, opatrzoną napisem „Święto Policji 1986” popielniczkę i mówił dalej.
– Po otrzymaniu zawiasów nasz Czubuś wyleciał z roboty. Jakiś czas szwendał się po mieście, wystając na bramkach co pośledniejszych klubów. Ale natura ciągnie wilka do lasu. Pod koniec zeszłego roku patrol prewencji zatrzymał go w parku Skaryszewskim… – Zaprawa przerwał i zmierzył Koneckiego bacznym spojrzeniem. – Zapamiętaj: Skaryszewskim – powtórzył – na usiłowaniu gwałtu. Niedoszła ofiara zeznała, że groził, że potraktuje ją nożem, jeśli nie będzie cicho.
– I co? – zapytał ostrożnie Konecki.
– I gówno! – Komisarz ze złością plasnął dłonią w udo. – Ty głuchy jesteś czy jakiś gender? Park Skaryszewski leży rzut beretem od Międzynarodowej, a naszą denatkę ktoś przed śmiercią kroił jak salami w hipermarkecie!
Konecki przez dobrą chwilę milczał, żeby nie prowokować kolejnych wybuchów. Wszystko to, mówiąc najdelikatniej, wydawało mu się mocno naciągane. I dałby głowę, że Zdzisiek też miał takie poczucie. Dlatego tak się ciskał.
W końcu podkomisarz wydobył z siebie neutralne pytanie:
– Pytałem, co z tym zatrzymanym. Siedzi?
– Nie doszło do skazania. – Zdzisław machnął łapą z kolejnym, niezapalonym jeszcze papierosem. – Kobieta nie złożyła doniesienia o popełnieniu przestępstwa.
Komisarz wydał bliżej nieokreślone sapnięcie. Potem przypalił papierosa, wyciągnął swoje wielkie cielsko na obrotowym krześle i przemówił spoza oparów dymu:
– Nie czepiaj się, Bartek. Nie szukaj na siłę dziury w całym. Ten Czuba, póki co, pasuje idealnie. Lepszego nie mamy.
WCZEŚNIEJ
Styczeń 1941. Obwód aktiubiński w Kazachstanie
Siedziała na barłogu z wysuszonych łodyg łopianu, z nogami pod brodą. Do chudej piersi przyciskała Miśka. Na środku kurnej chaty palił się kopczyk kiziaków – zebranych jesienią z pól wyschniętych placków krowiego łajna. To był ich jedyny opał na całą zimę. Zresztą nie tylko opał. Z tego samego, tyle że świeżego materiału – a także gliny, wody i plew – zrobione były kirpicze, czyli cegłówki, z których zbudowano wszystkie chaty w ich sowchozie Pierwomajsk.
Nad stromym dachem wył potępieńczo buran – kazachski wicher przynoszący śnieg. Jeszcze przedwczoraj, kiedy zachorowała mama, w powietrzu panowała kompletna cisza. Step był pokryty jedynie cienką warstewką śniegu, spod którego wystawały kępy trawy i zeschłe chwasty. Pani Gonczarska, która na tyfus plamisty chorowała jesienią i teraz jako jedyna nie bała się przychodzić do jej mamy, wpadała do nich kilka razy dziennie. Pomagała karmić półprzytomną chlebem rozmoczonym w wodzie, zmieniała okłady na czole, przykładała lusterko do ust, kiedy mama zamierała w bezruchu. Przy niej Hania nie czuła się tak strasznie samotna i tak potwornie wystraszona. Aż nagle wczoraj po południu od północnego wschodu nadciągnął wał granatowych chmur. Zbliżał się szybko jak tabun rozszalałych koni. Zagrzmiało, jakby ktoś strzelił z armaty, i powiało tak, że w powietrzu zawirował piach podniesiony z ziemi. A potem sypnęło śniegiem. Sypnęło? Nie, to nie były jakieś tam miłe płatki, które we Lwowie zamieniały ulice w tory saneczkowe. To była nawałnica zalepiająca oczy i usta, grzebiąca w skrzypiącej od mrozu bieli całe osady. W pół godziny zasypało całe wejście do chaty, a to był dopiero początek. Kiedy w środku nocy mama zaczęła przerażająco charczeć i rzęzić, Hania nie wytrzymała i postanowiła biec do pani Gonczarskiej. Przez niskie wyjście nie dało się przebić. Wdrapała się więc pod sam sufit, do otworu, przez który uciekał dym, i przecisnęła na zewnątrz. Już tak nie wiało, dała więc radę wygrzebać się na górę. Rozejrzała się i zamarła. Wszystkie chaty w Pierwomajsku tonęły w zaspach sięgających szczytów dachów. Niektóre domostwa kompletnie w nich zniknęły! Hania zrobiła krok, aby przejść do sąsiadki górą, i zapadła się w puch po same pachy! Omal nie utonęła w śniegu. Z trudem wdrapała się z powrotem do otworu i osunęła w głąb chaty.
A dzisiaj… Mama znieruchomiała. Rozmoczony chleb zamiast do przełyku spływał jej po policzkach. Hania co chwila przytykała do jej ust ułamek lusterka. Coraz dłużej musiała czekać i coraz baczniej wypatrywać, by zobaczyć na nim choć odrobinę pary.
Teraz był dzień, czekała więc, aż ktoś się do nich dokopie. Mężczyźni pewnie już złapali za szufle i łopaty. Tylko czy zdążą? A nawet jeśli, co z tego? Przecież w promieniu kilkuset kilometrów nie było żadnej apteki, felczera, lekarstwa.
Wyciągnęła chudą rączkę i ostrożnie, samymi koniuszkami palców, dotknęła skroni mamy. Czoło było zimne. Może to dobry znak? Wcześniej przecież płonęło gorączką. A może…
– Mamusiu! – szepnęła. – Proszę cię, nie zostawiaj mnie samej w tym strasznym miejscu!
Dźwięk własnych słów obudził w niej głęboko skrywaną rozpacz. Pociągnęła nosem, zatrzęsła chudymi pleckami, a potem już łzy popłynęły potokiem. Trzymając wciąż Miśka, opadła na nieruchome ciało mamy, zaczęła nim potrząsać, usiłowała podnosić.
Wtedy pani Kochańska otworzyła oczy. Przez moment, raz po raz, przenosiła wzrok z córki na trzymanego przez nią pluszaka, aż wreszcie otworzyła usta:
– Córuś, muszę ci powiedzieć coś ważnego o Bolu i tym… – Zakasłała, a gałki jej oczu na moment wywróciły się białkami ku górze.
Z trudem przełknęła ślinę, zamrugała. Jej spojrzenie, jeszcze przed sekundą całkiem przytomne, ponownie zmętniało.
– …i o tej zabawce – dokończyła słabnącym głosem. – Twój Misiek… Ma pewien sekret…
Mówienie sprawiało jej coraz większą trudność, Hania więc zasłoniła jej usta swoją malutką rączką.
– Cii, cii. Odpocznij, mamusiu – powiedziała, czując, jak jej serce na nowo wypełnia nadzieja.
Czyżby mama zdrowiała?
Pani Kochańska głęboko westchnęła, zamykając oczy. A potem znieruchomiała. Zaniepokojona Hania leciutko nią potrząsnęła. Wtedy głowa mamy osunęła się i uderzyła z głuchym stuknięciem o klepisko. Lusterko. Dziewczynka trzymała je długo, długo tuż przy półotwartych, szybko siniejących ustach. Nic. Nawet śladu oddechu.
Zaczęła krzyczeć. Wykrzykiwała jakieś zaklęcia i prośby, ale rozszarpujący jej serce szloch zagłuszył słowa. W końcu Hania zasnęła na tężejącym ciele matki.
TERAZ
Warszawa. Poniedziałek
W pokoju konferencyjnym zebrali się niemal wszyscy. Naczelnik Wydziału do walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw, podinspektor Krzysztof Żywuski, wraz z dwoma zastępcami siedział przy stoliku na wprost rzędu krzeseł. Jak zwykle sprawiał wrażenie luzaka i wesołka. Średniego wzrostu, krępy, o nieco zbyt pucołowatej twarzy, z którą kontrastowały małe, bystre oczy, siedział rozwalony na krześle, chichocząc z jakiegoś świńskiego kawału. Nikogo z obecnych nie mogła zmylić ta mowa ciała. Wszyscy wiedzieli, że pod powierzchownością niesfornego chłopca szef skrywa porywczą naturę i umysł ostry jak żyleta. Tak zresztą nazywali go między sobą. Żyleta.
Obok niego, po prawej, dostojnie zasiadał prokurator Piotr Pawłowicz. Kunktator. Trudno o większy kontrast. Prokurator wbity w dopasowany garniak z krawatem, niczym z powieści Miłoszewskiego, siedział sztywno, jakby kij połknął. Może trochę dlatego, że naprzeciw, po lewej ręce Żylety, miał nadkomisarza Jana Niewiadomskiego, chudego ponuraka o kostycznej twarzy inkwizytora i zapadniętych oczach człowieka, który nie wierzy w nic i nikomu nie ufa.
Ostatni człowiek przy stole był jakby żywcem wyjęty z hollywoodzkiego serialu o gliniarzach. Dość wysoki, postawny, ale bez przesady, ubrany w luźny garnitur bez krawata. Typ przystojniaka z wydatną szczęką i nosem boksera oraz wyrazem twarzy faceta, który zawsze dostaje od życia dokładnie to, czego chce. Nadkomisarz Adam Oliwa.
Na ustawionych w półkole krzesłach zasiadała reszta wydziału. Konecki ze zdziwieniem skonstatował, że wielu twarzy nie zna. Odkąd ostatni raz, ponad pół roku temu, uczestniczył w podobnym zebraniu, trafiło tu sporo nowych ludzi. A kilku odeszło.
Z dawnych znajomych kojarzył starszego aspiranta Januarego Lichockiego, który jakby chcąc sprostać swemu nazwisku, był wśród nich największym raptusem i zakapiorem; komisarza Piotra Arabskiego, zwanego Arabem nie tyle z racji nazwiska, ile raczej dziwacznej pasji, która kazała mu spędzać każde letnie wakacje na nurkowaniu w egipskiej Hurghadzie; a także pierdołowatego z wyglądu okularnika, podkomisarza Ernesta Góździa, który miał podobno IQ na poziomie 160 (wszyscy w wydziale dowiedzieli się tego z akt dzięki niedyskrecji sekretarki szefa Haliny). Wśród zgromadzonych było jeszcze paru gliniarzy, na przykład podkomisarz Jolka Bończak, jedyna dziewczyna w tym gronie, ale Konecki nie miał już czasu się im przyglądać. Wiedział, że zaraz wszyscy zamilkną w oczekiwaniu na to, co on i Zdzisiek Zaprawa mają do powiedzenia na temat śledztwa.
W wielkie okna pokoju zabębnił deszcz ze śniegiem, w dłoniach stygły papierowe kubki z kawą bez mleka (Halina zapomniała zamówić), palce pocierały o siebie z tęsknoty za papierosem. W pałacu Mostowskich jednak się nie paliło. Przynajmniej na oficjalnych spotkaniach. Nowy komendant stołeczny wydał kategoryczny zakaz.
– No, dawaj, Zdzisiek. Mów, co tam macie – przemówił Żyleta.
Zaprawa zaczerpnął powietrza i walnął przemowę. O tym, że wytypowali wspólnie z partnerem potencjalnego sprawcę, Bogusława Czubę, lat 37, zamieszkałego przy ulicy Stalowej. Zaprezentował zebranym pokręcony życiorys owego indywiduum, nadmienił, że próby gwałtu sprzed kilku miesięcy dokonał zaledwie kilkaset metrów od bloku Zofii Pogody, a modus operandi tej niedoszłej zbrodni był uderzająco podobny do tego, co przytrafiło się ich denatce. Podkreślił też, że sylwetka Czuby – wysoka, muskularna – pasuje do fragmentarycznego wprawdzie i widzianego przez wizjer, ale jednak opisu sprawcy morderstwa. W dalszych słowach Zaprawa ujawnił, że rozmawiał w niedzielę z profilerem, który zgodził się z opinią, że Czuba to typ desperata. Gdy taki desperat traci grunt pod nogami (wyrok, utrata pracy, potem prawie kolejna wpadka), staje się agresywny i nieprzewidywalny.
Konecki słuchał słów kolegi i – choć bardzo się starał, bo przecież Zaprawa to równy gość, który nie bał się wziąć go na partnera po tym wszystkim, co Bartek spieprzył ponad pół roku temu – nie potrafił się z nimi identyfikować. Jakoś mu ten Czuba nie pasował do układanki. A raczej do okrutnej, ale wyrafinowanej i popełnionej na zimno zbrodni. Bo przecież sprawca najpierw zmusił ofiarę do rozebrania się (rzeczy Zofii nie były podarte, więc ich z niej nie zerwano), następnie skrępował ją taśmą w bardzo niewygodnej pozycji (częściowo klęczącej, a częściowo leżącej), a następnie długo się nad nią pastwił. Czy tak działa desperat polujący na kobiety w parku? Być może. Ale było coś jeszcze, co nie dawało Koneckiemu spokoju. To coś, co zauważył wtedy w pokoju ofiary. Ulotne wrażenie, spostrzeżenie, które ledwo musnęło jego pamięć i zaraz w niej zatonęło. Do licha, wciąż nie mógł wydobyć go na powierzchnię.
– Przepraszam, że wejdę w słowo. – Głos Kunktatora wyrwał go z zamyślenia. – Ale czy macie na tego Czubę jakieś dowody?
Zaprawa lekko się zmieszał.
– To może chociaż mocne poszlaki?
Zdzisław spojrzał na Bartka wzrokiem rozbitka miotanego przez sztormowe fale.
– Cokolwiek, z czym będę mógł pójść do sądu i go oskarżyć? – boleśnie punktował dalej Pawłowicz.
Zebrani poruszyli się nerwowo, ale żaden nie wypowiedział choćby słowa.
– A więc nie macie na faceta nic.
– Czuję, że to on! – wypalił Zaprawa. – A jeszcze nigdy intuicja mnie nie zawiodła.
Prokurator tylko popatrzył na niego lekceważąco. Mokry śnieg – czy może zmrożony deszcz – wciąż walił w szyby, a potem od razu ściekał po nich plątaniną strumyczków.
– Spokojnie – wycedził w końcu Żyleta.
– Pan mówi: spokojnie? – Brwi prokuratora poszybowały do połowy czoła. – Jak mogę być spokojny, kiedy trzeciego dnia śledztwa słyszę, że…
– Mamy wytypowanego podejrzanego. – Naczelnik nie dał mu dokończyć. – Teraz trzeba go sprawdzić.
– Podejrzanego? – Kunktator sycił się swoją przewagą. – Raczej podejrzewanego. I to na podstawie intuicji.
Zaprawa zacisnął pięść, oparł się na niej o poręcz krzesła, pochylił.
– Czy są już wyniki sekcji? – spytał czym prędzej naczelnik, choć dobrze wiedział, że wyników nie ma.
– Nie ma – pospieszył z odpowiedzią Konecki. – Jeszcze nie ma.
– A raport technicznych?
– Dostaliśmy wczoraj. Nie znaleźli żadnych śladów.
– Żadnych? – spytali równocześnie szef i prokurator.
Kilka osób energicznie poruszyło się na krzesłach, rozległy się ściszone szepty. Brak jakichkolwiek śladów na miejscu zbrodni był jednak czymś niecodziennym. Właściwie coś takiego dotąd się chyba nie zdarzyło.
– Tylko kilka włosów łonowych w odpływie wanny – pospieszył z wyjaśnieniem Konecki. – Poszły do badań genetycznych, ale prawie na pewno należą do denatki.
– No pewnie, trudno się spodziewać, że sprawca po wszystkim poszedł się wykąpać – podsumował z przekąsem Arab.
Konecki spojrzał na niego dość chłodno.
– A poza tym z zeznań świadka wynika, że tamtego popołudnia nie odkręcano wody – dorzucił.
Żyleta, co nie zdarzało mu się często, wydawał się nieco zbity z tropu.
– Żadnych odbitych paluchów? Odciśniętej podeszwy buta? Porzuconego kiepa? Nakrętki od mineralnej? Kłaczka wełny ze swetra?
Konecki kręcił przecząco głową.
– Dywan w pokoju nasiąkł krwią, więc sprawca rozniósł po mieszkaniu dużo śladów – powiedział. – Ale na żadnym nie odbił się bieżnik buta. Zupełnie jakby chodził w skarpetach. Paluchów, włosów ani żadnych innych śladów nie znaleziono. A jedyne odciski palców, jakie zabezpieczono w mieszkaniu – kontynuował po chwili – należały albo do denatki, albo do Jadwigi Stasiak, która często ją odwiedzała. Było też parę paluchów aspiranta Jerzego Kowalczyka, który znalazł ciało.
– A na ciele denatki? Przecież nygus musiał jej dotykać, co nie?
– Nic.
– Chujowo.
– Zgadzam się z panem naczelnikiem.
Przy stole rozległy się nerwowe chichoty. Deszcz nieco przystopował. Na ulicy Andersa zatrąbił samochód.
– Cała nasza nadzieja, że uda się zabezpieczyć jakieś, hm, ślady biologiczne na ciele ofiary – wyrecytował Arab.
Wszyscy zmierzyli go niechętnym wzrokiem. Nawet Kunktator.
– No dobra, to jak sprawdzić tego waszego faceta? Rzucajcie pomysły! – Żywuski powiódł po swoim zespole przenikliwym wzrokiem.
– Przede wszystkim sprawdzić alibi Czuby.
– Pokazać jego zdjęcie mieszkańcom bloku. Może ktoś jechał z nim windą?
– Poszukać u niego noża. I dać do laboratorium wszystkie ubrania.
– Zamknąć na cztery osiem i przycisnąć.
Ostatnia propozycja pochodziła, rzecz jasna, od Lichockiego. Była tak bezsensowna, że w sali zapadła cisza. Konecki, który nie miał żadnych propozycji, pochwycił rozpaczliwe spojrzenie Zaprawy. Partner go potrzebował.
– A ja bym na razie kolesia nie płoszył. Bo może… – zająknął się w obawie, że zaraz go wyśmieją.
– Może co?
Wziął głęboki wdech i brnął dalej:
– Zabójca jest sadystą i psychopatą. A tacy lubią się sycić swoim dziełem. Założę się, że już po wszystkim facet stał jeszcze długo nad ciałem Zofii Pogody i napawał się tym widokiem.
– Bartek, zamiast pierdolić, przejdź wreszcie do rzeczy – poradził mu szef.
– Myślę, że jest szansa, że sprawca wróci w okolice miejsca zbrodni. Do bloku nie wejdzie, ale może chociaż popatrzy sobie na niego z ulicy.
– Chcesz założyć obserwację na Międzynarodowej? – zapytał z niedowierzaniem Ernest Góźdź.
– I niby ile czasu mielibyśmy kwitnąć pod tym blokiem? Tydzień? Dwa? Miesiąc? Aż się jaśnie pan zbok pofatyguje do nas z wizytą? – dorzucił swoje Arab.
– Nie trzeba tam siedzieć. Wystarczy codziennie przejrzeć monitoring.
– Bartek, tam nie ma kamer. Sprawdzaliśmy przecież. – Zaprawa z rezygnacją poklepał go po ramieniu. – Jest ich kilka, ale pół kilometra dalej. Przy parku Skaryszewskim. Tam gdzie bankomat, duży sklep, salon samochodowy i pizzeria. Ale pod tym blokiem… plaża.
– Po drugiej stronie ulicy jest kawiarnia z prywatnym monitoringiem – zaprotestował Konecki. – Wystarczy pogadać z właścicielem, żeby przekręcił kamerkę znad swojego wejścia w stronę bloku.
W pokoju zapadła pełna zwątpienia cisza. W sumie Konecki się im nie dziwił. Jego pomysł rzeczywiście był słabiutki. Opierać śledztwo na luźnym przypuszczeniu to byłby idiotyzm.
– Dobra, spróbujemy. – Żywuski powiedział to bez przekonania. – Ale w międzyczasie ciśnijcie łapiduchów o wyniki sekcji. I wytypujcie mi paru innych podejrzanych. Przydzielam wam do zespołu Araba, Januarego, Góździa i Jolkę.
– Może bylibyście też łaskawi przesłuchać znajomych ofiary, jej współpracowników, byłych narzeczonych i całą resztę potencjalnych podejrzanych – dorzucił kwaśno Kunktator.
TERAZ
Warszawa. Poniedziałek
Jeremy Bates, pięćdziesięciopięcioletni drugi zastępca attaché kulturalnego Ambasady Stanów Zjednoczonych, złożył parasol. Mokry śnieg przestał padać. Idealnie. Bates przeszedł przez Aleje Ujazdowskie i nie zważając na kałuże, wkroczył do parku Ujazdowskiego. Te jego samotne spacery były kiedyś nieustannym źródłem trosk Teda Turnera, ich szefa bezpieczeństwa. Młodszy o dwie dekady i cięższy o dwadzieścia kilo mięśni Turner uważał, że przechadzki dyplomatów po obcym, choć oczywiście sojuszniczym mieście prędzej czy później ściągną kłopoty na jego wygoloną głowę. Próbował wciskać Jeremy’emu obstawę. Towarzystwo ubranego po cywilnemu marine w ciemnych okularach i marynarce, z kieszenią wypchaną przez kaburę, było jednak ostatnim, na czym zależało Batesowi. Chciał się wtopić, rozpłynąć w tłumie, zgrać z rytmem miasta.
Tego poranka, nie zważając na błoto, barwiące na szaro jego buty Loake Pimlico, szczelnie otulony płaszczem Giacomo Conti, szedł niespiesznie obok stawu, przy którym emerytki karmiły kaczki, wzdłuż pustego przy tej pogodzie placu zabaw, aż do bramy wychodzącej na ulicę Górnośląską. Skręcił w prawo, minął ambasadę Francji i zawahał się, jak iść dalej. Czy w lewo Wiejską, w stronę placu Trzech Krzyży, czy w prawo wzdłuż rzędu drewnianych domków fińskich? Powiał chłodny wiatr i Jeremy zdecydował się na pierwszy wariant. Minął budynek sejmowy i dziwaczny pomnik poświęcony walce zbrojnej Polaków w czasie wojny światowej, przeszedł obok Kancelarii Prezydenta i pewnym krokiem wszedł do stołówki wydawnictwa Czytelnik. Jeremy czuł coś na kształt dumy, że on – obcokrajowiec – wywęszył ten lokal. Karmiono tu smacznie i często można było zobaczyć ciekawych ludzi. Zupełnie odwrotnie niż w położonym sto metrów dalej Sheratonie, do którego wcześniej chadzał.
Zdjął płaszcz, wywołał uśmiech politowania u sprzedawczyni, gdy zamówił pierogi, wziął z półki gazetę i usiadł. Nie umiał płynnie czytać po polsku, z pewnym wysiłkiem potrafił jednak odszyfrować tytuły. Na szczęście codzienną prasówkę robiła mu asystentka Martha. Śmieszna mała, z tym piegowatym noskiem i małymi usteczkami przypominała ciekawską wiewiórkę. Bardzo ambitną wiewiórkę. Najpierw tłumaczyła mu niemal wyłącznie informacje i artykuły kulturalne. Była zaskoczona, a nawet odrobinę zgorszona, kiedy poprosił, by dała sobie spokój z całą tą paplaniną o wystawach, sztukach teatralnych i uduchowionych twórcach, a w zamian wzbogaciła swój materiał o wiadomości rodem z tabloidów – zbrodnie, skandale, insynuacje i plotki.
WCZEŚNIEJ
Sierpień 1941. Obwód aktiubiński w Kazachstanie
Pęd powietrza rozwiewał jej włosy, palące słońce świeciło prosto w twarz, a zapach sierpniowego stepu napełniał płuca energią. Tętent kopyt, rozedrgana praca potężnych, a przede wszystkim posłusznych jej rozkazom końskich mięśni, równe sapanie chrapów – to wszystko budziło w niej fale nieopisanego szczęścia. Jeszcze rok temu nawet by nie przypuszczała, że ona, Hania Kochańska, blada i nad wiek poważna profesorska córka, która bała się zbliżyć choćby do dorożkarskiej chabety, będzie już wkrótce galopować po stepie na dzikich kazachskich ogierach.
Do tej pracy skierował ją wiosną predsiedatiel ich sowchozu, Jewgienij Wołow. Była wtedy pogrążona w bezbrzeżnym smutku po śmierci mamy. Czuła się słaba i krucha. Lada dzień spodziewała się własnej śmierci. Po co miała żyć? Sama na świecie? Najpierw okrutny los zabrał jej brata, potem czerwoni zabrali tatę do katowni na Brygidkach, a na koniec tyfus odebrał mamę.
Kierownictwo sowchozu było jednak nieubłagane. „Nie pracujesz, nie jesz” – głosiła tutejsza dewiza. A poza tym była wojna i zdradziecki Hitler napadł na Związek Sowiecki – swojego dotychczasowego sojusznika. Należy więc oddać wszystko – siły, młodość, jak trzeba, to i życie – na potrzeby frontu. A front to nie tylko czołgi, samoloty, parowozy i ciężarówki. To także – a może przede wszystkim – konie. Do ich sowchozu spędzano więc z całego Kazachstanu, Kirgizji i Uzbekistanu tabuny półdzikich rumaków. Trzeba je było ujeżdżać, kiełznać, czasem kastrować i słać na zachód, przeciw nadciągającym zagonom śmiertelnego wroga.
Hania początkowo bała się nawet zbliżyć do tych bestii buchających pierwotną energią. Ogiery parskały, strzelały kopytami, rzucały się w pościg za klaczami i połamały już niejednego nieostrożnego parobka. Przez pierwsze miesiące panna Kochańska pełniła więc jedynie pomocnicze funkcje – poiła, sypała ziarno, narzucała siano. Ale pewnego dnia…
To było w połowie lipca. Tamten młody ogierek był wyjątkowo nieustępliwy. Kasztanek z siwą łatą na pysku i naprężonymi muskułami. Zrzucił z siebie starego Batyra, znaczy Siemiona Anastazowicza, który był starszyną ich grupy. Potem zdeptał młodego chłopaka, koniuszego. I jeszcze kopnął w bok ciężarną klaczkę. Batyr tak się wściekł, że poszedł po wintowkę, żeby odstrzelić wściekłego duraka, i właśnie wtedy kasztanek podbiegł wprost do niej. Nie zdążyła się cofnąć, zamarła ze zgrozy, a on dotknął jej twarzy swoimi ciepłymi, cudownie miękkimi chrapami. Przełamując strach, pogłaskała go. Wtedy on się pochylił, prawie wpychając łeb pod jej rękę. Hania zachichotała, a Batyrowi opadła strzelba.
– Jak tak się z nim tulisz, to może byś go dosiadła? – zamruczał złośliwie.
A ona, jak w transie, który się zdarza ludziom albo bardzo odważnym, albo po prostu niemającym już nic do stracenia, wsunęła lewą stopę w strzemię, odbiła się i klapnęła na siodło. Ani się obejrzała, jak poszli w galop.
– Nu, mołodca! – Batyr pół godziny później z niedowierzaniem kręcił głową. – Pierwszy raz siedzi na koniu i od razu idzie w step cwałem. Jakbym nie widział, tobym nie uwierzył.
Od tego czasu panienka Kochańska została koniuszym. Najlepszym ze wszystkich, jakich miał Batyr. Być może nawet lepszym niż kazachscy chłopcy, którzy przecież rodzili się w siodle. Mniej więcej wtedy ludzie zaczęli ją nazywać Szabandoza, co po kazachsku znaczy jeździec.
W tamtym momencie jakby wstąpiło w nią nowe życie. Rana w sercu po stracie mamy wciąż była głęboka, ale Hania przynajmniej nie bała się już spojrzeć w głąb siebie. Całe dni spędzała na stepie, przy stadzie, sto kilometrów od swojej chaty. Spała pod kapiącym gwiazdami niebem, jadła pieczone mięso urodzonych martwo źrebaków, piła kobyle mleko. Zmężniała, nabrała sił i wiary w siebie. I nauczyła się strzelać z długiego bata, co bardzo się przydawało, kiedy rozochoceni parobkowie zbyt natrętnie próbowali wyznawać jej swoje uczucia.
***
Pod koniec miesiąca, a może zaraz na początku września – któż to wie? – Batyr wysłał ją wozem do Pierwomajska po ziarno dla koni, kaszę dla ludzi i bańkę samogonu dla siebie. Jechała niechętnie; nie lubiła opuszczać koni, a i widok sowchozu budził w niej smutne wspomnienia. Jakby na ich potwierdzenie zaraz po przyjeździe dowiedziała się, że pani Gonczarska zmarła na zapalenie płuc, a jej dziesięcioletni syn Janek trafił do dietskogo doma aż w Martieku, a może i dalej.
Była też jednak i druga nowina. W sowchozie gościli akurat żołnierze. Z niedowierzaniem patrzyła na wycięte z konserwy orzełki na ich furażerkach. Godło nie miało wprawdzie korony, ale bez dwóch zdań było polskie.
Ci przedstawiciele dowodzonego przez generała Andersa wojska, formującego się właśnie w Buzułuku, namawiali mężczyzn z sowchozu, by zaciągnęli się w szeregi nowej armii. Podobno sam Stalin porozumiał się w tej sprawie z rządem w Londynie i wydał amnestię dla wszystkich więźniów oraz przesiedleńców. Mężczyźni z Pierwomajska bali się jednak prowokacji. Polskie wojsko? Orzełki na czapkach? Za takie marzenia jeszcze miesiąc temu można było pojechać do kopalni niklu albo do łagru, w którym nasączano trującym koktajlem podkłady kolejowe. Zaszczepiony w nich strach nie pozwalał uwierzyć werbownikom. Tylko Szabandoza, dziewczynka rozzuchwalona stepowym wiatrem, podeszła do ich stolika.
– Chcesz się zaciągnąć? – zapytał z niedowierzaniem porucznik.
– Może…
– A ile masz lat?
– Trzynaście.
– No to odpada. Nawet do junaków bierzemy co najmniej czternastolatków. Za smarkata jesteś.
Odeszła od nich z zaciętą twarzą. Do tej pory nie planowała wstępować do wojska. Werbowników zaczepiła ot tak, dla draki, na tej zasadzie, na jakiej kazachskie chłopaki sprawdzały się nawzajem na stepie. Jeden udawał, że atakuje drugiego zakrzywionym nożem. Jak ten zaczepiony się nie przestraszył, wszyscy wybuchali śmiechem. A jak się cofnął… cóż, mało to młodzików zostało na zawsze w kępie łopianu? Step szeroki, utuli w swoich ramionach niejednego trupa.
Teraz jednak Hania poczuła się tak, jakby ten zabiedzony poruczniczyna, który ledwie miesiąc temu był takim jak ona katorżnikiem, napluł jej w twarz. Zawrzała gniewem.
Mnie nie przyjmiecie? Ja dla was za smarkata? Poczekajcie, zobaczymy.
