Skaza - Zbigniew Zborowski - ebook
NOWOŚĆ

Skaza ebook

Zbigniew Zborowski

0,0

50 osób interesuje się tą książką

Opis

Warszawa, czasy współczesne. W jednym z mieszkań odnaleziono zwłoki kobiety zamordowanej w wyjątkowo brutalny sposób. Na miejsce przyjeżdża podkomisarz Bartosz Konecki, który wraca do służby po załamaniu nerwowym spowodowanym rodzinną tragedią. Szybko okazuje się, że ofiarą jest Zofia Pogoda, doktorantka fizyki jądrowej. Coraz więcej dowodów sugeruje, że jej śmierć nie była przypadkiem…

Lata trzydzieste XX wieku. W tajemniczych okolicznościach umiera Bolo Kochański, asystent w Katedrze Fizyki Eksperymentalnej i ukochany brat małej Hani. Czy jego nagła śmierć może mieć związek ze zjawiskiem sonoluminescencji, przypadkowo odkrytym przez profesora Zimbacha?

Wszystkie wątki zaczynają się ze sobą łączyć, a Konecki musi wrócić do wydarzeń z dawnej przeszłości.

„Skaza” opowiada o największych ludzkich słabościach i traumach. Zbigniew Zborowski serwuje czytelnikom mieszankę wybuchową, po mistrzowsku łącząc elementy kryminału, thrillera oraz powieści psychologicznej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 386

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ty­tuł: Skaza

Fragment

Co­py­ri­ght © Zbi­gniew Zbo­row­ski, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt okładki: Da­niel Na­tka­niec

Re­dak­cja: Mi­lena Schefs

Ko­rekta: Dream Team

ISBN 978-91-8076-610-4

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.pl

PRO­LOG

Rok 1934. Uni­wer­sy­tet Ko­loń­ski, III Rze­sza Nie­miecka

W wy­peł­nio­nej wodą szkla­nej ku­li­stej re­tor­cie bom­bar­do­wa­nej ul­tra­dź­wię­kami po­ja­wiły się na­gle słabe roz­bły­ski nie­bie­skiego świa­tła. Pro­fe­sor Zim­bach był za­sko­czony. Nie o taki efekt mu cho­dziło. Li­czył na od­kry­cie tech­no­lo­gii szyb­kiego wy­wo­ły­wa­nia klisz fil­mo­wych, a nie na cher­lawe pod­wodne fa­jer­werki.

Co z tym po­cząć?

Nic – zde­cy­do­wał w końcu po­mię­dzy za­cią­gnię­ciem się pa­pie­ro­sem a wy­pusz­cze­niem dymu. A po­tem wy­łą­czył apa­ra­turę.

Na la­ko­niczny opis nie­zro­zu­mia­łego eks­pe­ry­mentu, po­le­ga­ją­cego na „wy­wo­ły­wa­niu zja­wi­ska so­no­lu­mi­ne­scen­cji”, świat na­uki za­re­ago­wał zgod­nym wzru­sze­niem ra­mion. Od­kry­cie uznano za bez­u­ży­teczne.

Pięć lat póź­niej. Uni­wer­sy­tet im. Jana Ka­zi­mie­rza we Lwo­wie, Pol­ska

Za oknami sta­rej sali wy­kła­do­wej Wy­działu Ma­te­ma­tyczno­Przy­rod­ni­czego przy ulicy św. Mi­ko­łaja ko­ły­sały się w czerw­co­wym słońcu ga­łę­zie kasz­ta­nowca. Jego prze­kwi­tłe kwiaty i so­czy­sto­zie­lone li­ście przy­po­mi­nały o nad­cho­dzą­cych wa­ka­cjach stło­czo­nym w auli stu­den­tom. Ża­den nie miał jed­nak dość od­wagi, by przy­glą­dać się im dłu­żej niż kilka pi­ko­se­kund. Wy­kład pro­wa­dził pro­fe­sor Jó­zef Szpi­lecki, ad­iunkt w Ka­te­drze Fi­zyki Eks­pe­ry­men­tal­nej, le­genda wy­działu. Jego ci­chy, mo­no­tonny głos mo­głaby za­głu­szyć na­wet prze­la­tu­jąca mu­cha.

Nic więc dziw­nego, że wszy­scy wstrzy­mali od­dech, kiedy drzwi sali otwo­rzyły się z hu­kiem. Sta­nął w nich pro­fe­sor Zdzi­sław Paz­dro, nieco po­ufale na­zy­wany przez ża­ków Zdziś­kiem.

– Wy­buch! – krzyk­nął gło­sem, który w kry­sta­licz­nej ci­szy auli za­brzmiał ni­czym dzwon króla Zyg­munta. – Na Zo­fiówce!

Stu­denci wpa­try­wali się w niego bez słowa, a on prze­ska­ki­wał spoj­rze­niem od jed­nej do dru­giej twa­rzy, zdzi­wiony bra­kiem re­ak­cji.

– Na Zo­fiówce! – po­wtó­rzył. – Nie ro­zu­mie­cie? W ba­raku Ko­chań­skiego! Bolo nie żyje!

Przez tłum prze­bie­gło drże­nie, szepty zmie­niły się w okrzyki prze­ra­że­nia, a po­tem stu­dencka masa po­de­rwała się z krze­seł. Bolo Ko­chań­ski, asy­stent w Ka­te­drze Fi­zyki Eks­pe­ry­men­tal­nej, był ulu­bień­cem wszyst­kich. Wy­so­kiego, bar­dzo szczu­płego blon­dyna ze strze­chą wło­sów opa­da­ją­cych na nie­bie­skie oczy jedni uwa­żali za nie­szko­dli­wego wa­riata, a inni za ge­niu­sza. Ci pierwsi dla żartu, ci dru­dzy z pełną po­wagą na­zy­wali go Ein­ste­inem.

– Do­rożkę! – Szpi­lecki za­cho­wał zimną krew, choć i na jego po­liczki wy­stą­pił ru­mie­niec. – Zdzi­siek, je­dziemy!

Chwilę póź­niej – we trzech, bo do ich po­wozu wsko­czył jesz­cze dzie­kan wy­działu, pro­fe­sor Zier­hof­fer – z tur­ko­tem kół gnali ko­lej­nymi uli­cami: za­tło­czoną Aka­de­micką, po­tem nieco luź­niej­szą Wo­ło­ską i w końcu św. Zo­fii. Prze­mknęli obok miej­skiego ką­pie­li­ska, z po­śli­zgiem skrę­cili w Po­mor­ską i omal nie wpa­dli ca­łym pę­dem w po­li­cyj­nego fiata, za­par­ko­wa­nego przed czymś czar­nym, roz­le­głym i wciąż dy­mią­cym. Wy­sie­dli.

Spo­dzie­wali się pło­ną­cego ba­raku, ewen­tu­al­nie stosu osma­lo­nych, roz­rzu­co­nych wy­bu­chem de­sek, z któ­rych skle­cone było la­bo­ra­to­rium Bola – ale nie cze­goś ta­kiego.

Wciąż oszo­ło­mieni tym, co roz­cią­gało się przed ich oczami, zbli­żyli się do kręgu wy­pa­lo­nej ziemi. Nie było żad­nego po­żaru, żad­nych osma­lo­nych de­sek. W ogóle nic nie było – poza dy­mią­cym krę­giem, cią­gle jesz­cze bu­cha­ją­cym pie­kiel­nym ża­rem. Ba­rak, wy­peł­nia­jąca go apa­ra­tura, a także Bolo Ko­chań­ski – znik­nęli.

– Świad­ko­wie mó­wią o ośle­pia­ją­cym bły­sku, huku i grzy­bie ognia, który wzniósł się nad oko­licą – po­wie­dział ci­cho po­ste­run­kowy, który roz­po­znał w nich „pro­fe­so­rów od Jana Ka­zi­mie­rza”. – Co to mu­siało dup­nąć, że wszystko wy­pa­ro­wało?

Igno­ru­jąc po­li­cjanta i nie ba­cząc na to, że za­czy­nają mu się tlić po­de­szwy bu­tów, pro­fe­sor Szpi­lecki wkro­czył na po­go­rze­li­sko. Przez chwilę pa­trzył uważ­nie pod nogi, a po­tem za­wo­łał:

– Zdzi­siu, po­patrz!

Pro­fe­sor Zdzi­sław Paz­dro zbli­żył się do kręgu.

– Wi­try­fi­ka­cja – szep­nął. – Ze­szklony pia­sek. Boże, jaka tu mu­siała być tem­pe­ra­tura…

Jesz­cze przez mo­ment obaj ga­pili się w roz­to­pioną, za­sty­ga­jącą zie­mię.

– A to? – Szpi­lecki wska­zał dro­binki iskrzące się wśród czar­nej krze­mionki.

Paz­dro wy­jął z kie­szeni ma­ry­narki chustkę do nosa i przez ma­te­riał ujął jedno z ta­kich ma­leństw. Dłuż­szą chwilę ostroż­nie oglą­dał je pod słońce.

– Co to jest? – nie­cier­pli­wił się Szpi­lecki.

– Gdyby to nie było kom­plet­nie nie­moż­liwe… – za­wa­hał się Paz­dro – po­wie­dział­bym, że to dia­ment.

– Dia­ment?! – prych­nął sto­jący kilka kro­ków za nimi Zier­hof­fer. – Dia­menty nie ro­dzą się na traw­niku. Na­wet spa­lo­nym. Dia­menty po­wstają we wnę­trzu Ziemi, gdzie…

– …pa­nuje ci­śnie­nie sie­dem­dzie­się­ciu ty­sięcy ki­lo­gra­mów na cen­ty­metr kwa­dra­towy i tem­pe­ra­tura ty­siąca trzy­stu stopni – do­koń­czył za niego Paz­dro.

I za­raz po­wtó­rzył:

– Boże, co się tu­taj stało?

***

Go­dzinę póź­niej znacz­nie wol­niej wra­cali do­rożką na ulicę św. Mi­ko­łaja.

– W ca­łym tym nie­szczę­ściu – prze­rwał w końcu mil­cze­nie Zier­hof­fer – gra­tu­luję so­bie, że upar­łem się, aby Ko­chań­ski nie pro­wa­dził swo­ich eks­pe­ry­men­tów na te­re­nie uni­wer­sy­tetu. Zgo­dzisz się chyba, Jó­ziu?

Szpi­lecki ob­rzu­cił go nie­chęt­nym spoj­rze­niem.

– Szkoda tylko – dzie­kan wy­raź­nie po­sta­no­wił zła­go­dzić ton swo­jej wy­po­wie­dzi – że Bolo nie po­zo­sta­wił po so­bie żad­nych za­pi­sków.

Przez chwilę je­chali, nie od­zy­wa­jąc się ani sło­wem.

– Nad czym on wła­ści­wie pra­co­wał? – po­now­nie ode­zwał się dzie­kan.

– Nad zja­wi­skiem so­no­lu­mi­ne­scen­cji – od­po­wie­dział Szpi­lecki.

TE­RAZ

War­szawa. So­bota

Ciało le­żało w naj­więk­szym z trzech po­koi miesz­ka­nia na siód­mym pię­trze. Przez drzwi bal­ko­nowe wi­dać było ulicę Mię­dzy­na­ro­dową, łą­czącą się trzy­sta me­trów da­lej z Trasą Ła­zien­kow­ską, czte­ro­pię­trowe bloki i sie­ciową cu­kier­nię, w któ­rej sprze­da­wano pyszną pa­vlovą. A także spory mar­ket spo­żyw­czy, par­king strze­żony i ni­ski bu­dy­nek, kry­jący chyba ad­mi­ni­stra­cję osie­dla.

Pod­ko­mi­sarz Bar­tosz Ko­necki wie­dział, że gdyby zro­bił krok nad de­natką i pod­szedł do szyby, miałby szansę uj­rzeć cią­gnące się po le­wej stro­nie ogródki dział­kowe. Nie ru­szył się jed­nak z miej­sca. Bo raz, że te­raz, w po­ło­wie marca, nie było na co pa­trzeć, a dwa, że wszyst­kie okna oglą­dał tech­nik w po­szu­ki­wa­niu „pa­lu­chów”. Ko­necki z naj­wyż­szym tru­dem ode­rwał więc wzrok od okna i zmu­sił się do spoj­rze­nia na ciało.

Ko­bieta przed trzy­dziestką, dość pulchna i zu­peł­nie naga. Cał­kiem dłu­gie kasz­ta­nowe włosy roz­rzu­cone na tan­det­nym, wy­dep­ta­nym dy­wa­nie przy­kry­wa­ją­cym jesz­cze bar­dziej tan­detną pod­łogę z pły­tek.

Kto jesz­cze ma dziś w domu ta­kie płytki? – po­my­ślał oskar­ży­ciel­sko. – Je­śli ko­goś nie stać na drew­niany par­kiet, kła­dzie przy­naj­mniej pa­nele.

Szybko zo­rien­to­wał się jed­nak, że znowu pró­buje uciec od wi­doku de­natki, więc po­wró­cił do lu­stro­wa­nia jej ob­na­żo­nego ciała. Śmierć do­pa­dła ją w po­zy­cji klę­czą­cej. Te­raz le­żała na ple­cach, wsparta o wła­sne pięty, z no­gami zgię­tymi w ko­la­nach. Duże, na­prawdę kon­kretne piersi, ręce skrę­po­wane z tyłu ta­śmą izo­la­cyjną, kasz­ta­nowa kępka mię­dzy udami. Mar­mu­rowo biała skóra, z którą kon­tra­sto­wały ciem­no­czer­wone rany po cię­ciach i drobne, wy­stę­pu­jące pa­rami si­niaczki. A także szare sploty ta­śmy izo­la­cyj­nej, którą za­kle­jono jej usta. Za­sty­głe, wle­pione w su­fit oczy, za­snute bia­ławą mgiełką.

Nie, szlag by to tra­fił – po­my­ślał Ko­necki. – Za dużo tego.

Od­wró­cił się i wy­szedł z po­koju. Nie­stety, w ko­ry­ta­rzyku też było sporo lu­dzi. Wy­cho­dził fo­to­graf, wcho­dził pa­to­log, krę­cił się aspi­rant z pre­wen­cji, który pierw­szy zna­lazł trupa. Pod­ko­mi­sarz po­szedł więc pro­sto do kuchni, którą chłopcy z la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­stycz­nego zdą­żyli już obej­rzeć, i za­pa­trzył się na Pa­łac Kul­tury, wi­doczny po dru­giej stro­nie za­sło­nię­tej ni­skimi blo­kami Wi­sły. Na­wet tu do­go­nił go słod­kawo-mdlący za­pach śmierci.

Bar­tek od­dy­chał płytko, sta­ra­jąc się po­wstrzy­mać nud­no­ści.

Cho­lera, jesz­cze bra­kuje, że­bym się tu zrzy­gał – po­my­ślał ze zło­ścią.

Po mi­nu­cie czy dwóch po­czuł się na tyle le­piej, żeby wró­cić do po­koju. Szczę­śli­wie ma­sywne ciel­sko jego part­nera, ko­mi­sa­rza Zdzi­sława Za­prawy, prze­sła­niało ma­ka­bryczny wi­dok. Ko­necki prze­su­nął wzro­kiem po wy­po­sa­że­niu po­koju. Z le­wej me­blo­ścianka z cza­sów Pe­erelu, z usta­wio­nymi w ide­al­nym po­rządku bi­be­lo­tami, mu­szel­kami i fi­gur­kami. Obok parę ksią­żek, sto­ją­cych od naj­więk­szej do naj­mniej­szej, i zdję­cie dziew­czyny w drew­nia­nej ramce. Ładna bu­zia, we­sołe mio­dowe oczy, uro­cze do­łeczki w po­licz­kach. Obej­mo­wała ją para star­szych lu­dzi. Pew­nie ro­dzice. Trzeba bę­dzie ich za­wia­do­mić… Da­lej, już przy sa­mym bal­ko­nie, te­le­wi­zor lam­powy. W oknach za­słony i fi­ranki. Po pra­wej wą­skie półki z książ­kami, roz­kła­dana sofa z Ikei, sto­lik, lampka nocna.

– Jak tam, ko­mi­sa­rzu Ko­necki? Le­piej tro­szeczkę? – Z ust po­chy­lo­nego nad zwło­kami pa­to­loga pa­dły ocie­ka­jące iro­nią słowa. – Już nie mdli?

– Od­pieprz się od chło­paka – za­mru­czał ba­sem Za­prawa, a po­tem zwró­cił się do swo­jego part­nera: – Idź, Bar­tek, po­ga­dać z tym aspi­ran­tem. Po co chło­pak ma wy­ra­biać nad­go­dziny w przed­po­koju?

Ko­necki z ulgą wró­cił na ko­ry­tarz. Za sobą usły­szał jesz­cze ści­szony głos pa­to­loga:

– Co tak się z nim pie­ścisz? Ile lat ko­leś robi w po­li­cji? Dzie­więć? Dzie­sięć? Chyba miał dość czasu, żeby prze­stać się bać tru­pów?

– Mó­wię, od­pieprz się od niego.

Ko­necki z aspi­ran­tem wy­szli na klatkę scho­dową. Zza wszyst­kich czte­rech par drzwi na pię­trze wy­sta­wały głowy są­sia­dów. Bar­tek po­cią­gnął więc aspi­ranta do okna w ko­ry­ta­rzyku. Wy­jął no­tat­nik.

– Kurde blaszka, ale ak­cja – za­gaił aspi­rant. – Mogę za­pa­lić?

Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, się­gnął do kie­szeni i wy­cią­gnął paczkę „ko­zioł­ków” z prze­mytu. Pod­su­nął pa­pie­rosy Ko­nec­kiemu, ale ten po­krę­cił głową.

Aspi­rant za­pa­lił, za­cią­gnął się, wy­pu­ścił dym w stronę cie­kaw­skich. Ko­necki prze­łknął ślinę. Nie pa­lił już pra­wie pół roku. Za to wcze­śniej wy­kań­czał na­wet dwie paczki dzien­nie. Te­raz ję­zyk przy­kleił mu się do pod­nie­bie­nia.

– W su­mie to nie­zła na­wet la­ska była, nie? – Aspi­rant wy­raź­nie się od­prę­żył. – Cycki ta­kie… Szkoda.

– Jak się na­zy­wa­cie? – uciął pod­ko­mi­sarz.

Tam­ten spoj­rzał na niego z mie­sza­niną zdzi­wie­nia i nie­smaku.

– Ja?

– A kogo tu jesz­cze z nami wi­dzi­cie? – Z każ­dym sło­wem Ko­necki od­zy­ski­wał pew­ność sie­bie, nad­wą­tloną w tym prze­klę­tym po­koju.

Nie dzie­sięć ani dzie­więć – po­my­ślał. – Za mie­siąc, pod ko­niec kwiet­nia, bę­dzie sie­dem lat, jak je­stem gliną.

Młody, zdolny, prze­bo­jowy – tak o nim mó­wiono. Szybka ka­riera, szybki awans. Dzi­siaj to już prze­szłość.

– Aspi­rant Ko­wal­czyk Je­rzy – wy­re­cy­to­wał tam­ten ob­ra­żo­nym gło­sem.

Był o głowę niż­szy od Ko­nec­kiego, ale moc­nej bu­dowy. Z wy­dat­nym brzu­chem. Ru­miane po­liczki po­kryte cie­niem wie­czor­nego za­ro­stu, gę­sty, gruby, pie­czo­ło­wi­cie przy­cięty wąs.

Stara gwar­dia – po­my­ślał z nie­chę­cią pod­ko­mi­sarz.

Po­li­cjant na­to­miast po­sta­no­wił po­ka­zać, że zna się na rze­czy. Skoro ko­mi­sarz nie ży­czy so­bie luź­nej gadki, to pro­szę bar­dzo. Mó­wił krótko, rze­czowo, kon­kret­nie.

We­zwa­nie było do re­jo­no­wej na Gre­na­die­rów dwie go­dziny temu. Do­kład­nie o 16.40. Zgła­szała są­siadka, Ja­dwiga Sta­siak. Tamte drzwi za scho­dami, nu­mer miesz­ka­nia 44. Że przez wspólną ścianę sły­szy ja­kieś od­głosy. A ra­czej sły­szała, bo już uci­chły.

– Ja­kiego ro­dzaju? – prze­rwał Ko­necki.

– A to już pan ko­mi­sarz sam u niej ustali. – Oczy aspi­ranta zwę­ziły się chy­trze. – Moja rola była przy­je­chać tu z dziel­ni­co­wym i spraw­dzić.

– Mów­cie da­lej.

Nie do­wie­dział się wiele wię­cej. Przy­je­chali, pu­kali, dzwo­nili. Nic. Pew­nie by po­szli, ale pani Ja­dwiga była bar­dzo zde­ner­wo­wana. Ener­giczna ko­bitka. Pa­plała, że jej są­siadka ci­cha, spo­kojna, a tu od paru go­dzin ja­kieś ha­łasy, jęki…

Ko­necki po­wstrzy­mał się od ką­śli­wej uwagi, że aspi­rant Ko­wal­czyk jed­nak wie, ja­kiego ro­dzaju od­głosy do­bie­gały zza ściany, i słu­chał da­lej. O tym, jak Sta­sia­kowa uro­biła ich w końcu, żeby po­szli po do­zorcę i w jego obec­no­ści otwo­rzyli za­mknięte drzwi jej za­pa­so­wym kom­ple­tem klu­czy.

– We­szlim, po­pa­trzy­lim i od razu wie­dzie­li­śmy, że trzeba dzwo­nić po ter­ror kry­mi­nalny – za­koń­czył Ko­wal­czyk fi­lo­zo­ficzną re­flek­sją.

Bar­tosz Ko­necki za­pi­sał nu­mer te­le­fonu aspi­ranta i po­zwo­lił mu odejść. Kiedy kor­pu­lentna syl­wetka sta­rego wygi znik­nęła za cięż­kimi drzwiami pre­hi­sto­rycz­nej windy, pod­ko­mi­sarz po­czuł, że w pełni od­zy­skuje siły. Pew­nie dla­tego, że nie mu­siał tam wra­cać i pa­trzeć na zma­sa­kro­wane ciało ko­biety. Czy ją tor­tu­ro­wano? Zgwał­cono? Szybko wy­rzu­cił z głowy te py­ta­nia. Jego za­da­niem było te­raz prze­słu­cha­nie miesz­kań­ców bloku. Przede wszyst­kim pani Ja­dwigi. W ta­kich spra­wach czas ma klu­czowe zna­cze­nie. Pa­mięć świad­ków jest ulotna, ich za­an­ga­żo­wa­nie i chęć udzie­la­nia po­mocy or­ga­nom ści­ga­nia także. Dla wy­kry­cia sprawcy naj­waż­niej­sze są pierw­sze go­dziny śledz­twa.

***

– I jak? W po­rządku? – z nie­skry­waną tro­ską w gło­sie za­py­tał Za­prawa, kiedy około pół­nocy pa­ko­wali się do jego wy­słu­żo­nej octa­vii, za­par­ko­wa­nej pod blo­kiem nu­mer 46, na sa­mym środku drogi po­ża­ro­wej.

– W po­rządku.

Ko­mi­sarz zbli­żył klu­czyk do sta­cyjki, ale jego niedź­wie­dzia łapa za­marła w pół drogi. Sap­nął, po­wier­cił się, na co za­wie­sze­nie po­jazdu od­po­wie­działo skrzy­pie­niem i ję­kiem, a po­tem zmie­rzył part­nera wzro­kiem.

– Czego? – nie wy­trzy­mał Ko­necki.

– Da­jesz radę? – od­po­wie­dział py­ta­niem Za­prawa.

– Wszystko okej.

– Bo wiesz… Może to nie był naj­lep­szy po­mysł, żeby aku­rat cie­bie przy­dzie­lać do tej sprawy… Stary jakby tro­chę za­po­mniał, no wiesz…

Tym ra­zem to Ko­necki uważ­nie zmie­rzył part­nera wzro­kiem. Czyżby Za­prawa nie był go pe­wien? Bał się, że spie­przy mu śledz­two? Bę­dzie cię­ża­rem?

– Po­ra­dzę so­bie, Zdzi­siek – po­wie­dział, na­da­jąc gło­sowi ton zde­cy­do­wa­nia, który miał po­kryć wąt­pli­wo­ści.

Ko­lega pa­trzył na niego jesz­cze przez chwilę, a po­tem wresz­cie uru­cho­mił sil­nik.

– Do­bra, wie­rzę ci – za­bur­czał o ton ni­żej od war­kotu zim­nego die­sla. – Bierzmy się do ro­boty. Pro­ku­ra­tor chce mieć na rano wstępny ra­port.

– Któ­rego nam przy­dzie­lili? – za­in­te­re­so­wał się Ko­necki.

– Paw­ło­wi­cza.

– O, do dia­bła.

– No wła­śnie – za­mru­czał Za­prawa.

Pro­ku­ra­tora Pio­tra Paw­ło­wi­cza po­li­cjanci za ple­cami na­zy­wali Kunk­ta­tor. Fa­cet był ni­ski, za­wsze usłużny wo­bec prze­ło­żo­nych i bez­li­to­śnie wy­ma­ga­jący wo­bec zwy­kłych gli­nia­rzy. Nie mo­gli tra­fić go­rzej.

***

Pod Ko­mendę Sto­łeczną za pla­cem Ban­ko­wym do­je­chali w dzie­sięć mi­nut. Wcale nie dla­tego, że Za­prawa pro­wa­dził szybko. Ko­mi­sarz był po­wolny – i pie­szo, i w sa­mo­cho­dzie. Tylko my­śleć umiał szybko – to dzięki temu już od pięt­na­stu lat zaj­mo­wał biurko w wy­dziale do­cho­dze­nio­wym naj­waż­niej­szej ko­mendy w War­sza­wie. Po pro­stu o tej po­rze pra­wie nie było ru­chu. Prze­mknęli więc Mię­dzy­na­ro­dową do Wa­szyng­tona, po­tem przez most Po­nia­tow­skiego, Mar­szał­kow­ską i plac Ban­kowy do roz­le­głego gma­szy­ska pa­łacu Mo­stow­skich. Kiedy wcho­dzili, ofi­cer dy­żurny na­wet nie pod­niósł głowy.

– Da­waj, co masz – wy­sa­pał zmal­tre­to­wany wej­ściem po sze­ro­kich scho­dach Za­prawa.

Ko­necki za­lał kawę w dwóch kub­kach i po­sta­wił je na bla­cie, pla­miąc ja­kieś za­le­ga­jące tam od wie­ków pa­pie­rzy­ska, przy­su­nął so­bie krze­sło, usiadł i za­czął mó­wić.

Szału nie było.

Tylko Sta­sia­kowa coś sły­szała. Reszta miesz­kań­ców wie­żowca przy Mię­dzy­na­ro­do­wej, róg Zwy­cięz­ców, nie za­uwa­żyła ni­czego po­dej­rza­nego. Wła­ści­wie trudno się dzi­wić. W so­botę wcze­snym po­po­łu­dniem na Je­dynce le­ciał Okrasa, na Dwójce Fa­mi­liada, w TVN-ie pusz­czali Sin­gielkę, a w Pol­sa­cie – Sło­iki. Poza tym lu­dzie ro­bili obiad, uże­rali się z dzie­cia­kami, ktoś na­wet po­szedł na spa­cer. Była jed­nak pewna rzecz godna od­no­to­wa­nia. Około czter­na­stej na do­mo­fon Wa­si­ków spod nu­meru 61 za­dzwo­nił męż­czy­zna po­da­jący się za ra­tow­nika po­go­to­wia. Że niby przy­je­chał do ko­goś in­nego, ale po­my­lił gu­ziki. Wa­si­ko­wie otwo­rzyli i wró­cili do oglą­da­nia Dro­gówki na TV 4.

– Tak się do­stał na klatkę scho­dową – za­mru­czał Za­prawa. – A co po­wie­działa Sta­sia­kowa?

Ko­necki wró­cił my­ślami do roz­mowy z są­siadką ofiary. Pani Ja­dwiga Sta­siak nie była kru­chą sta­ruszką. To była wielka baba o ma­łych, świ­dru­ją­cych oczkach i cię­tym ję­zyku, któ­rego nie stę­pił siódmy krzy­żyk na karku. Bar­tek mu­siał bar­dzo uwa­żać, żeby nie wy­paść z roli prze­słu­chu­ją­cego i nie stać się prze­słu­chi­wa­nym. Sta­sia­kowa wiele wie­działa o miesz­kań­cach bloku, a już szcze­gól­nie Wa­si­kom nie szczę­dziła cierp­kich słów. Że pi­jaki, co do ko­ścioła cho­dzą tylko dla picu, a jak bi­gos go­tują, to smród nie­sie się do par­teru. Zo­się Po­godę ko­chała jed­nak pra­wie tam samo jak swoje do­ro­słe, „wy­je­chane do An­glii” dzieci. Od­kąd dziew­czyna dwa lata temu wy­na­jęła miesz­ka­nie na siód­mym pię­trze, pani Ja­dwiga da­łaby się za nią po­kroić. Ci­cha, spo­kojna, a do tego po­dobno miała ty­tuł dok­tora. I tylko jedno mar­twiło Sta­sia­kową – że jej nie­spełna trzy­dzie­sto­let­nia są­siadka nie ma na­rze­czo­nego. Że sa­motna taka. Kiedy więc w po­koju swo­jej ka­wa­lerki, są­sia­du­ją­cym z Zo­siną kuch­nią przez ścianę, usły­szała koło 14.30 ja­kieś sa­pa­nia i jęki, po­my­ślała so­bie z ra­do­ścią: „Oho, na­resz­cie moja dziew­czynka spro­wa­dziła so­bie ja­kie­goś chłopa”. To dla­tego nie wsz­częła alarmu od razu. A na­wet ra­dio po­gło­śniła. Te­raz z tego po­wodu ma ochotę włosy rwać so­bie z głowy. Na po­li­cję za­dzwo­niła do­piero wtedy, kiedy coś gruch­nęło o zie­mię. Ku­chenny sto­łek chyba. Przy­ło­żyła wtedy ucho do ściany i usły­szała chro­bot zamka. I za­raz po nim trza­śnię­cie drzwi windy. A po­tem to już nic. My­ślała, że za­raz roz­le­gnie się szum wody w ła­zience, prze­cież wia­domo, że Zo­sia taka czy­ścioszka… A tu nic, ci­sza. Wtedy do niej za­dzwo­niła. Bez od­bioru. No i wy­krę­ciła wresz­cie 112.

– A jak usły­szała to chro­bo­ta­nie, nie wyj­rzała przez wi­zjer? – Za­prawa zmie­rzył part­nera uważ­nym spoj­rze­niem.

– Wyj­rzała – po­twier­dził Ko­necki. – Ale jej drzwi wy­cho­dzą bar­dziej na zsyp niż na windę, więc nie­wiele wi­działa. Tylko czy­jeś plecy.

– Plecy, po­wia­dasz… – Za­prawa siorb­nął wy­sty­głą kawę.

– Sze­ro­kie, ra­czej na pewno mę­skie. W sza­rej blu­zie dre­so­wej.

– Przez okno nie po­pa­trzyła, kto wy­cho­dzi z bloku?

– Jej okno znaj­duje się po stro­nie Pa­łacu Kul­tury, za­chod­niej.

– A wyj­ście z bloku jest na Trasę Ła­zien­kow­ską. Na po­łu­dnie – przy­po­mniał so­bie Za­prawa.

Za­mil­kli. Oto­czyła ich nocna ci­sza. Zza okna nie do­cho­dziły dźwięki ani sa­mo­cho­dów, ani tram­wa­jów. W ca­łym wy­dziale nie było ży­wego du­cha. Tylko gdzieś z pię­tra ni­żej, od strony kan­ciapy dy­żur­nego, do­bie­gały ja­kieś ra­do­sne blu­zgi i stłu­mione śmie­chy. Pew­nie świ­rusy z la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­stycz­nego przy­szły po­pra­co­wać nad ra­por­tem z oglę­dzin miesz­ka­nia.

– Na pewno mo­żemy od­rzu­cić mo­tyw ra­bun­kowy – zmę­czo­nym gło­sem ode­zwał się ko­mi­sarz. – Z miesz­ka­nia de­natki ra­czej nic nie zgi­nęło. Lap­top, ko­mórka, nie­wielka suma pie­nię­dzy… Na to się sprawca nie po­ła­ko­mił. Po­koje nie zo­stały też prze­szu­kane, nikt nie otwie­rał szaf ani szu­flad.

Ko­mi­sarz spoj­rzał na Ko­nec­kiego, jakby ocze­ki­wał po­twier­dze­nia. Ten jed­nak czuł nie­przy­jemny ucisk w żo­łądku. Coś nie da­wało mu spo­koju. Coś, co zo­ba­czył w tym miesz­ka­niu. Tylko co? Był zbyt zmę­czony, by wy­do­być to z pod­świa­do­mo­ści.

Za­prawa, nie do­cze­kaw­szy się od part­nera choćby ski­nie­nia głową, mó­wił da­lej.

– Na ten mo­ment skła­niał­bym się więc do dwóch wer­sji. Pierw­sza – od­giął pa­lec gruby jak trzo­nek młotka – to mo­tyw na­pa­ści sek­su­al­nej.

– Ofiara otwo­rzyła sprawcy drzwi – prze­bu­dził się Ko­necki. – A Sta­sia­kowa mó­wiła, że dziew­czyna była ra­czej ostrożna.

– Ny­gus mógł jej po­wie­dzieć co­kol­wiek! – Ko­mi­sarz mach­nął ciężką łapą. – Że jest z ga­zowni albo ad­mi­ni­stra­cji. Mógł po­dać się za hy­drau­lika i wci­snąć kit, że miesz­ka­nie na szó­stym woda za­lewa. Sam wiesz, jacy lu­dzie, na­wet ci ostrożni, są na­iwni.

Pod­ko­mi­sarz przy­gryzł wargę. Na­gle żo­łą­dek pod­je­chał mu do gar­dła, a lewa po­wieka za­trze­po­tała w tiku nie­moż­li­wym do opa­no­wa­nia.

Za­prawa ga­pił się na niego chwilę ze zmarsz­czo­nym czo­łem.

– Oż kurna, prze­pra­szam. Za­po­mnia­łem – za­dud­nił.

Tak, on ma ra­cję. Lu­dzie są na­iwni – zgo­dził się w my­ślach Ko­necki. Sam wie­dział o tym naj­le­piej.

– Mów da­lej. – Sfor­mu­ło­wa­nie tych rzu­co­nych po­zor­nie lek­kim to­nem słów kosz­to­wało go mnó­stwo ener­gii.

– A druga – sie­dzący po prze­ciw­nej stro­nie biurka ko­los od­giął drugi pa­luch – że za­bój­stwo to ze­msta ja­kie­goś od­rzu­co­nego ko­chanka, szur­nię­tego stal­kera lub bez­na­dziej­nie za­ko­cha­nego ko­legi z pracy.

Ko­necki przez chwilę tra­wił słowa Zdzi­sława. Po­czuł nie­po­kój. Nie­ja­sne wra­że­nie, że wła­śnie pa­kują się w ślepą uliczkę. Coś w za­pa­mię­ta­nym ob­ra­zie miesz­ka­nia Zo­fii Po­gody go nie­po­ko­iło. Wy­wo­ły­wało dys­kom­fort. Draż­niło. Nie mógł so­bie jed­nak przy­po­mnieć, co to ta­kiego.

– Plan dzia­ła­nia na ju­tro. – W ulotne my­śli wdarł się ni­ski głos Zdzi­sława. – Z sa­mego rana ra­port dla Paw­ło­wi­cza. Ty go na­pisz, do­brze? A poza tym…

Ko­mi­sarz na chwilę za­milkł, zbie­ra­jąc my­śli. Jego cięż­kie, po­kryte czar­nymi wło­skami pa­lu­chy za­bęb­niły w blat biurka. Me­bel za­ko­ły­sał się nie­bez­piecz­nie, a uśpiony ekran sto­ją­cego na nim kom­pu­tera roz­ja­śnił się ta­petą przed­sta­wia­jącą Zdzi­sława Za­prawę obej­mu­ją­cego cał­kiem ładną na­sto­let­nią blon­dy­neczkę – jego córkę. Jo­witę, zdaje się. A może Ju­sty­się? Tak czy ina­czej, dziew­czyna była wielką dumą i oczkiem w gło­wie ta­tu­sia. Już wkrótce miała wy­je­chać na za­gra­niczne stu­dia.

Pa­trząc na la­to­rośl part­nera, Ko­necki do­znał na­głego ude­rze­nia żalu. Tak na­głego i tak sil­nego, że miał ochotę sku­lić się na krze­śle.

– Poza tym po­trze­bu­jemy li­sty wszyst­kich zbo­ków po­zo­sta­ją­cych ak­tu­al­nie na wol­no­ści – grzmiał tym­cza­sem Za­prawa. – Trzeba ich po­spraw­dzać. Ja się tym zajmę. No i wy­pada po­ga­dać z ro­dzi­cami de­natki. Wy­py­tać o na­rze­czo­nych, szcze­gól­nie tych by­łych. To twoje za­da­nie.

Pod­ko­mi­sarz tylko po­ki­wał głową. Do­stał naj­gor­szą ro­botę. Przed­sta­wie­nie wstęp­nych usta­leń Kunk­ta­to­rowi, który na sto pro­cent prze­czołga go jak kota, i po­wia­do­mie­nie o śmierci je­dy­naczki dwojga star­szych pań­stwa. Nie­zły po­czą­tek, ale nie za­pro­te­sto­wał. Znał swoje miej­sce. A poza tym… do­piero wra­cał do gry. Za­py­tał więc tylko:

– A sek­cja zwłok? Za­bez­pie­cze­nie śla­dów z jej miesz­ka­nia? Bil­lingi te­le­fonu? Spraw­dze­nie kom­pu­tera?

Za­prawa spoj­rzał na niego cięż­kim wzro­kiem.

– Słu­chaj, sy­nek, nie bierz mnie tu­taj pod włos, okej? To wszystko bę­dzie. Kiedy… bę­dzie. Wiesz chyba, ile czasu ła­pi­du­chy po­trze­bują na zro­bie­nie sek­cji.

– To prio­ry­te­towa sprawa…

– Prio­ry­tet czy nie, ty­dzień jak ob­szył. Nie­wiele kró­cej trzeba cze­kać na ra­port chłop­ców z la­bo­ra­to­rium. A już in­for­ma­tycy to będą grze­bać się w jej lap­to­pie ru­ski rok albo i dłu­żej.

– To może cho­ciaż bil­lingi?

– To już nie te czasy co pół roku temu. – Głos Za­prawy nieco zmiękł. – Nie za­dzwo­nisz już so­bie pry­wat­nie do ope­ra­tora, żeby ci po sta­rej zna­jo­mo­ści przy­słał wy­kaz nu­me­rów przed de­cy­zją sądu. Te­raz trzeba wy­stą­pić z ofi­cjalną bu­magą i cze­kać.

– Aha.

– No a czas leci, co nie? Śledz­two trzeba pro­wa­dzić, bo nam skur­czy­syn, który ją po­kroił, pry­śnie, jak, nie przy­mie­rza­jąc, ten szaj­bus, który rok temu uciął ko­bie­cie głowę na Skier­nie­wic­kiej. Do­brze mó­wię?

Ko­necki nie od­po­wie­dział. Py­ta­nie Za­prawy uznał za re­to­ryczne.

– Nie bę­dziemy sie­dzieć na tył­kach i po­pi­jać kawki. Trzeba… – tu Zdzi­sław przy­wa­lił ku­ła­kiem w biurko tak, że aż u dy­żur­nego uci­chły śmie­chy – …do­rwać dra­nia, za­nim wy­pło­szą go nam me­dia.

– Albo drani…

Ko­mi­sarz spoj­rzał na Ko­nec­kiego roz­tar­gnio­nym wzro­kiem.

– Co?

– Może nie był sam.

– Wąt­pię. Więk­szo­ści po­dob­nych prze­stępstw do­ko­nuje je­den po­pa­prany zbok. Za­ufaj no­cha­lowi sta­rego gliny. Zo­ba­czysz, za parę dni wy­cią­gniemy świ­rusa w sa­mych ga­ciach z ja­kiejś me­liny i na­kar­mimy nim Kunk­ta­tora.

– Amen – po­wie­dział bez uśmie­chu Ko­necki.

WCZE­ŚNIEJ

Kwie­cień 1940. Lwów

Ha­nię Ko­chań­ską obu­dziło w nocy wa­le­nie pię­ścią w drzwi. Otwo­rzyła oczy i wstrzy­mała od­dech, czu­jąc po­tęż­nie­jący w skro­niach puls. A więc stało się. To dziś. Ma­mu­sia przy­go­to­wy­wała ją na tę chwilę od kilku mie­sięcy. Mó­wiła, że przyjdą i żeby się wtedy nie bała. Po tym, jak w grud­niu ze­szłego roku So­wieci wzięli z domu ta­tu­sia i za­mknęli w aresz­cie na Bry­gid­kach, nie było już żad­nej na­dziei.

– Pani Ko­chań­ska, pani się nie boi! – do­bie­gło zza drzwi stłu­mione wo­ła­nie. Ha­nia po­znała głos są­siada, Wę­ży­kow­skiego, który po za­ję­ciu mia­sta przez Ru­skich zo­stał star­szyną w ich ka­mie­nicy. – Są ze mną pa­no­wie ofi­ce­ro­wie z NKWD. Trzeba otwo­rzyć!

Ha­nia wtu­liła po­li­czek w pu­szy­sty pysz­czek swo­jego Miśka. Do­stała go pięć lat temu od Bola, uko­cha­nego star­szego brata, na siódme uro­dziny. Nie­duży, może ze trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów wy­so­ko­ści, o cu­dow­nie mięk­kim brą­zo­wym fu­terku. Po­cząt­kowo pra­wie się z nim nie roz­sta­wała. Po­tem pod­ro­sła i Mi­siek przez dłuż­szy czas był je­dy­nie ozdobą jej łóżka. Dum­nie za­sia­dał za dnia na ja­snej ka­pie, wsparty o pi­ra­midkę z po­duszki i jaśka. Jed­nak od­kąd pra­wie rok temu w dziw­nym wy­bu­chu zgi­nął Bolo, a po­tem uwię­ziono ta­tu­sia, fu­trzak wró­cił do łask.

W miesz­ka­niu na­dal pa­no­wała ci­sza. Ma­mu­sia nie otwie­rała drzwi. Może tamci so­bie pójdą?

Nie. Ha­nię nie­mal po­de­rwało na równe nogi ło­mo­ta­nie kol­bami. A po­tem okrzyk:

– Cha­ziajka, otkry­waj dwieri!

Do­piero wtedy od strony sy­pialni ro­dzi­ców roz­le­gło się szu­ra­nie pan­to­fli ma­musi. Zgrzyt zamka, ło­mot cięż­kich bu­tów, błysk lampy naf­to­wej. Ha­nia ze­rwała się z łóżka i szybko na­cią­gnęła na pi­żamę ubra­nie le­żące na ta­bo­re­cie.

Skoń­czyła w chwili, kiedy roz­le­gły się wy­po­wie­dziane po ro­syj­sku słowa, a za­raz po nich tłu­ma­cze­nie Wę­ży­kow­skiego:

– Pan ofi­cer pyta, gdzie pani scho­wała pi­sto­let męża.

– Boże drogi, jaki pi­sto­let? – Mama zła­pała się za głowę. – Hen­ryk nie jest woj­sko­wym. To na­uczy­ciel aka­de­mic­ki. Ni­gdy w tym domu nie było broni.

Ha­nia z Miś­kiem w ra­mio­nach wcho­dziła aku­rat w krąg świa­tła roz­le­wa­jący się wo­kół ku­chen­nego stołu, kiedy Ro­sja­nin w nie­bie­skiej czapce i bu­tach „szklan­kach”, czyli wy­so­kich, skó­rza­nych, wy­po­le­ro­wa­nych na glanc ofi­cer­kach, wy­rzu­cił z sie­bie po­tok słów, a po­tem spoj­rzał na Wę­ży­kow­skiego. Ten lekko się sku­lił; wy­raź­nie nie kwa­pił się, by prze­tłu­ma­czyć, ale mocne szturch­nię­cie spra­wiło, że za­czął mó­wić.

– Pan ofi­cer ka­zał po­wtó­rzyć pani, że wie o pi­sto­le­cie. I o kontr­re­wo­lu­cyj­nych po­glą­dach sza­now­nej pani.

– A niby skąd? Kto mu ta­kich głu­pot na­ga­dał?

– Ja… zło­ży­łem ze­zna­nie. Że pi­sto­let wi­dzia­łem. No i re­ak­cyjne po­glądy od pani sły­sza­łem.

Ma­mu­sia aż po­kra­śniała. Jej oczy za­lśniły czy­stą fu­rią.

– Pan? Pan?! Prze­cież pan na­wet u nas nie by­wał! Jak pan śmiał, jak…

Urwała w pół słowa na wi­dok sto­ją­cej w progu córki. Jej spoj­rze­nie na­tych­miast zła­god­niało, w oczach za­lśniły łzy.

– Chodź do mnie, có­ruś.

Czte­rech męż­czyzn w ra­dziec­kich mun­du­rach jakby się prze­bu­dziło. Ten w nie­bie­skiej czapce za­czął wy­da­wać po­le­ce­nia po­zo­sta­łym, uzbro­jo­nym w ka­ra­biny z po­sta­wio­nymi ba­gne­tami. Ci, przy­świe­ca­jąc so­bie la­tar­kami, roz­bie­gli się po miesz­ka­niu. Chwilę póź­niej po domu za­częły fru­wać ubra­nia, pie­rze z po­du­szek i kartki z roz­szar­py­wa­nych na strzępy ksią­żek. Ha­nia pa­trzyła na to dzieło znisz­cze­nia wiel­kimi oczami. Ta­tuś prze­cież za­wsze po­wta­rzał, że książki to świę­tość, bo za­warte są w nich my­śli wiel­kich lu­dzi. A ci dep­tali je bu­cio­rami!

To wy­gląda tak, jakby chcieli tylko nisz­czyć, a nie szu­kać – prze­mknęło jej przez głowę. – Bo chyba nie są­dzą, że re­wol­wer ukryty jest mię­dzy kart­kami?

– Co te­raz bę­dzie? – zmar­twia­łym gło­sem za­py­tała mama.

– Spo­koj­nie, pani Ko­chań­ska, spo­koj­nie. – Są­siad przy­gła­dził wąsa, ale jego oczy mysz­ko­wały po za­war­to­ści szu­flad wy­rzu­ca­nych na pod­łogę. – Prze­sie­dlą was, ot co. Żadna tra­ge­dia. Gor­sze rze­czy się te­raz nie­któ­rym przy­tra­fiają.

Urwał i szybko po­stą­pił kilka kro­ków w stronę sa­lonu, w któ­rym ten w nie­bie­skiej czapce wy­sy­py­wał za­war­tość szka­tułki z bi­żu­te­rią (a ra­czej z jej reszt­kami, bo w zi­mie za opał i chleb trzeba było pła­cić zło­tem).

– Mogę? – Wy­cią­gnął dłoń po me­da­lik z krzy­ży­kiem wy­sa­dza­nym dia­men­ci­kami.

– Pa­szoł won! – Ofi­cer ode­pchnął go i na­wet po­ło­żył dłoń na za­tknię­tym za pas na­ga­nie.

Wę­ży­kow­ski wto­pił się w ścianę, a en­ka­wu­dzi­sta prze­niósł wzrok na Ha­nię i jej mamę. My­ślał chwilę, za­gryzł wąsa, aż w końcu pod­szedł do nich za­ma­szy­stym kro­kiem.

– Ma­cie, no, bie­ri­tie! – Wrę­czył pani Ko­chań­skiej je­den z pier­ścion­ków.

Po­wie­dziaw­szy to, zer­k­nął szybko w stronę pod­ko­mend­nych do­ko­nu­ją­cych re­wi­zji, po czym od­su­nął kie­szeń mun­duru i ostroż­nie wsy­pał do niej za­war­tość szka­tułki.

Bolo uprze­dzał, że tak bę­dzie – po­my­ślała z go­ry­czą Ha­nia. Nie słu­chała zbyt uważ­nie roz­mów do­ro­słych o po­li­tyce, wo­lała ba­wić się w sklep albo sa­lon su­kien, pa­mię­tała jed­nak, że kiedy wszy­scy stu­denci ob­no­sili po Aka­de­mic­kiej wpięte w klapy ma­ry­na­rek wy­po­le­ro­wane od­znaki Or­ga­ni­za­cji Strze­lec­kiej i od­gra­żali się, że na Boże Na­ro­dze­nie bę­dziemy w Ber­li­nie, tylko on mó­wił, że jak ru­szą się Niemcy, to bol­sze­wicy za­raz wbiją nam nóż w plecy. I że trzeba się wcze­śniej przy­go­to­wać. Ukryć lub na­wet znisz­czyć to, co cenne. Prze­trwać.

Na wspo­mnie­nie brata zro­biło jej się strasz­nie smutno, płacz­li­wie. A prze­cież obie­cy­wała so­bie, że co by się nie działo, bę­dzie dzielna jak… Jak Emi­lia Pla­ter!

– Nie lzia, nie lzia. – Ofi­cer wska­zał pal­cem jej łzy, po czym szybko po­wie­dział coś Wę­ży­kow­skiemu.

– Pa­kuj­cie się! – wark­nął star­szyna ka­mie­nicy, pa­trząc na nie spode łba, jakby to Ko­chań­ska i jej córka okra­dły go z me­da­lika. – Jak nie ma­cie w co, to w po­szwy na po­duszki. I nie za­po­mnij­cie wziąć cie­płych rze­czy.

TE­RAZ

Hajfa, Izrael. So­bota

Star­szy pan – śred­niego wzro­stu, z wy­dat­nym brzusz­kiem i do­bro­tliwą twa­rzą sie­dem­dzie­się­cio­latka – pa­trzył w okno wy­cho­dzące na Za­tokę Spo­koju. Po po­ły­skli­wej tur­ku­so­wej ta­fli wody su­nęły ogromne statki zmie­rza­jące do portu. Nie­które stały na re­dzie. Wi­dział je do­kład­nie, stał prze­cież na jed­nym z naj­wyż­szych pię­ter szpi­tala Ram­bam. Biały, wy­soki, bar­dzo no­wo­cze­sny bu­dy­nek gó­ro­wał nad oko­licą. Z każ­dego z jego okien można było po­dzi­wiać albo za­tokę, albo roz­cią­ga­jące się w dole mia­sto, albo pię­trzące się na po­łu­dniu zie­lone wzgó­rza Gór­skiego Parku Na­ro­do­wego Car­mel.

Ko­chał to mia­sto. Przed laty od­na­lazł w nim spo­kój i wy­tchnie­nie. A także sza­cu­nek i sym­pa­tię są­sia­dów, któ­rzy ce­nili w nim życz­liwe na­sta­wie­nie do świata i po­czu­cie hu­moru. Ce­nili też jego dwóch sy­nów – za­wo­do­wych żoł­nie­rzy. Star­szy pan wiódł tu­taj spo­kojny ży­wot w nie­du­żym domku na jed­nej z za­la­nych słoń­cem, sen­nych uli­czek po­mię­dzy plażą a ru­chliwą ulicą Sde­rot Je­ru­sza­la­jim. Dla są­sia­dów był po pro­stu Aaro­nem Co­he­nem, eme­ry­tem. Nie wie­dzieli o nim nic wię­cej. I do­brze mu z tym było.

Od­kąd ode­szła Me­ira, jego uko­chana żona, nie miał zbyt wielu roz­ry­wek. Lu­bił wsta­wać wcze­śnie, wsia­dać w auto i pod­jeż­dżać do portu jach­to­wego, żeby za­mie­nić parę słów z węd­ka­rzami lub rzu­cać w po­wie­trze ka­wałki sta­rego chleba, któ­rym nie po­zwa­lały spaść na zie­mię żar­łoczne mewy. Nie­mal co wie­czór ga­wę­dził też z są­sia­dami lub prze­sia­dy­wał do późna w jed­nej z ulicz­nych knaj­pek po­ło­żo­nych w cen­trum. Od czasu do czasu od­wie­dzał go któ­ryś z sy­nów. Pięk­nych chło­pa­ków się do­cho­wał. Wy­so­kich, czar­no­wło­sych, o uważ­nych, po­zba­wio­nych lęku spoj­rze­niach. Nie bar­dzo jed­nak miał o czym z nimi roz­ma­wiać. Woj­sko, wojna, po­li­tyka – od tego sta­rał się ucie­kać, na ile to było moż­liwe. A im nie chciało się ga­dać o stat­kach i me­wach.

Te­raz jed­nak wie­dział, że wszystko to dia­bli wzięli. Mu­siał wy­je­chać. Na za­wsze. Dzi­siej­sza wi­zyta w Ram­bam tylko po­twier­dziła to, do czego od dawna się przy­go­to­wy­wał. Ostatni raz pa­trzył na za­tokę i port. Ostatni raz…

TE­RAZ

War­szawa. Po­nie­dzia­łek

Pła­kał przez sen. Znowu. Zro­zu­miał to, kiedy w duszny i klau­stro­fo­biczny świat kosz­ma­rów wdarł się idio­tyczny mo­tyw z Gwiezd­nych wo­jen. Usta­wiła mu go w ko­mórce jesz­cze Go­sia. Dawno temu, w ja­kimś in­nym ży­ciu. A on nie umiał, czy też ra­czej nie chciał, go zmie­nić, choć za każ­dym ra­zem, kiedy dzwo­nił te­le­fon, od­czu­wał bo­le­sne ukłu­cie w sercu.

Tym ra­zem sy­gnał uwol­nił go od ma­ja­ków, w któ­rych prze­wi­jało się na­gie, udrę­czone ciało Zo­fii Po­gody, w ja­kiś sza­tań­ski spo­sób zmie­nia­jące się w sku­lone na pod­ło­dze ciałko jego Kru­szynki. Mała miała za­mknięte oczy, była ubrana w swoją ulu­bioną pi­żamę ze Świnką Peppą i le­żała bez ru­chu. Pró­bo­wał ją pod­nieść, za­brać z tego prze­klę­tego miesz­ka­nia, ale oka­zała się za ciężka. Na­chy­lił się i zo­ba­czył, że jest przy­kle­jona do pod­łogi szarą ta­śmą. Za­wył z roz­pa­czy. Pró­bo­wał ją ode­rwać, szar­pał, gryzł, ale to nic nie da­wało. I wtedy do po­koju we­szła Gośka. Pie­go­wata bu­zia z sze­ro­kim no­skiem, który tak lu­bił ca­ło­wać. Za­wsze, kiedy to ro­bił, chi­cho­tała. Twier­dziła, że jego usta ją ła­sko­czą. W tym jego prze­klę­tym śnie nie ode­zwała się jed­nak ani sło­wem. Przy­naj­mniej nie wtedy, kiedy za­kli­nał ją, żeby po­mo­gła mu ode­rwać od ziemi Kru­szynę. Stała i pa­trzyła zre­zy­gno­wa­nym, ale oskar­ży­ciel­skim wzro­kiem. Aż w końcu się ode­zwała.

„To twoja wina. To przez cie­bie”.

Otwo­rzył oczy, wciąż czu­jąc prze­szy­wa­jący serce ból. Się­gnął po te­le­fon le­żący obok ma­te­raca. Spoj­rzał na wy­świe­tlacz. Tak, można się było tego spo­dzie­wać. Za­prawa. Wczo­raj, a może już dzi­siaj zo­sta­wił go w ko­men­dzie nad długą ni­czym egip­skie pa­pi­rusy li­stą miesz­kań­ców War­szawy i oko­lic – no­to­wa­nych, ka­ra­nych lub po­dej­rze­wa­nych o prze­stęp­stwa prze­ciwko ży­ciu i zdro­wiu oraz na tle sek­su­al­nym. Nie­zły kok­tajl pa­ra­gra­fów, jed­nak przede wszyst­kim: 148 – za­bój­stwo, i 197 – gwałt. Przez kilka go­dzin prze­glą­dali to wspól­nie, kiedy jed­nak Bar­tek za­snął na sie­dząco i omal nie spadł z krze­sła, Za­prawa wy­słał go do domu.

– Przy­jeż­dżaj! – ryk­nął te­raz. – Chyba mam ptaszka.

Nad ra­nem par­king dla pra­cow­ni­ków ko­mendy był nie­mal pu­sty. Ko­necki zo­sta­wił więc swoją to­yotę aygo (tylko nieco więk­szą od wózka w hi­per­mar­ke­cie) tuż obok wej­ścia, po­zdro­wił dy­żur­nego i przy­tknął kartę iden­ty­fi­ka­cyjną do portu w bramce. Pięć su­sów i był na pię­trze. Z po­koju, który zaj­mo­wali z Za­prawą, wy­le­wało się na ko­ry­tarz świa­tło lamp, w któ­rym wi­ro­wał pa­pie­ro­sowy dym. Bar­tek szybko od­pa­ko­wał dwa listki gumy mię­to­wej i we­pchnął so­bie do ust. Sam nie wie­dział, jak to działa, ale smak mięty po­zwa­lał mu przez mo­ment nie my­śleć o pa­le­niu.

– To ten – ko­mi­sarz po­ło­żył przed nim wy­druk zdję­cia.

„Bo­gu­sław Czuba, lat 37” – prze­czy­tał Ko­necki.

Pan Bo­guś zo­stał ska­zany pół­tora roku temu z ar­ty­kułu 200 Ko­deksu kar­nego: „Kto ob­cuje z nie­let­nim po­ni­żej 15 lat”, na dwa lata w za­wie­sze­niu.

– Był kie­rowcą wła­ści­ciela klubu Marko Pa­olo, nie­ja­kiego Bier­nac­kiego – wy­ja­śnił Za­prawa. – Co­dzien­nie prze­sia­dy­wał do późna w klu­bie. I lu­bił so­bie po­ciup­ciać. Szcze­gól­nie trzy­na­sto­let­nie dziew­czynki.

Po nocy ślę­cze­nia nad pa­pie­rami ko­mi­sarz wy­glą­dał jak eme­ry­to­wany bok­ser wagi cięż­kiej, który w swo­jej ka­rie­rze za­li­czył zbyt wiele no­kau­tów. Sine worki pod ma­łymi, czuj­nymi oczami wy­glą­dały te­raz jak dwie fio­le­towe po­du­szeczki na igły, a po­chyłe czoło prze­ci­nała głęb­sza niż za­zwy­czaj bruzda. W opa­dłym ką­ciku wy­bla­kłych ust smęt­nie do­ga­sał pa­pie­ros.

Ko­nec­kiemu zro­biło się żal part­nera. Tak, wie­dział, że Zdzi­siek ma dwu­dzie­sto­let­nią obec­nie córkę. Pew­nie dla­tego ucze­pił się tego żi­go­laka. To jego, Bartka, wina. Nie po­wi­nien był iść do domu i zo­sta­wiać Za­prawy sa­mego z tymi pa­pie­rami. Te­raz mu­siał jed­nak przy­wo­łać ko­mi­sa­rza do po­rządku. To było ważne śledz­two. Ju­tro… – cho­lera, ra­czej już dziś – mają zdać re­la­cję z wy­ni­ków na po­ran­nym ze­bra­niu ca­łego wy­działu. Po­wie­dział więc naj­de­li­kat­niej, jak tylko mógł o trze­ciej rano:

– To, że gno­jek lubi nie­laty, nie czyni go na­szym po­dej­rza­nym. Zo­fia nie miała na­stu lat. No i za­bój­stwo ze szcze­gól­nym udrę­cze­niem ofiary to jed­nak nie to samo, co…

– Nie? – prych­nął dy­mem Za­prawa. – To słu­chaj da­lej.

Wcią­gnął po­wie­trze, za­krztu­sił się i roz­ka­słał. Ze zło­ścią we­pchnął peta w prze­peł­nioną, opa­trzoną na­pi­sem „Święto Po­li­cji 1986” po­piel­niczkę i mó­wił da­lej.

– Po otrzy­ma­niu za­wia­sów nasz Czu­buś wy­le­ciał z ro­boty. Ja­kiś czas szwen­dał się po mie­ście, wy­sta­jąc na bram­kach co po­śled­niej­szych klu­bów. Ale na­tura cią­gnie wilka do lasu. Pod ko­niec ze­szłego roku pa­trol pre­wen­cji za­trzy­mał go w parku Ska­ry­szew­skim… – Za­prawa prze­rwał i zmie­rzył Ko­nec­kiego bacz­nym spoj­rze­niem. – Za­pa­mię­taj: Ska­ry­szew­skim – po­wtó­rzył – na usi­ło­wa­niu gwałtu. Nie­do­szła ofiara ze­znała, że gro­ził, że po­trak­tuje ją no­żem, je­śli nie bę­dzie ci­cho.

– I co? – za­py­tał ostroż­nie Ko­necki.

– I gówno! – Ko­mi­sarz ze zło­ścią pla­snął dło­nią w udo. – Ty głu­chy je­steś czy ja­kiś gen­der? Park Ska­ry­szew­ski leży rzut be­re­tem od Mię­dzy­na­ro­do­wej, a na­szą de­natkę ktoś przed śmier­cią kroił jak sa­lami w hi­per­mar­ke­cie!

Ko­necki przez do­brą chwilę mil­czał, żeby nie pro­wo­ko­wać ko­lej­nych wy­bu­chów. Wszystko to, mó­wiąc naj­de­li­kat­niej, wy­da­wało mu się mocno na­cią­gane. I dałby głowę, że Zdzi­siek też miał ta­kie po­czu­cie. Dla­tego tak się ci­skał.

W końcu pod­ko­mi­sarz wy­do­był z sie­bie neu­tralne py­ta­nie:

– Py­ta­łem, co z tym za­trzy­ma­nym. Sie­dzi?

– Nie do­szło do ska­za­nia. – Zdzi­sław mach­nął łapą z ko­lej­nym, nie­za­pa­lo­nym jesz­cze pa­pie­ro­sem. – Ko­bieta nie zło­żyła do­nie­sie­nia o po­peł­nie­niu prze­stęp­stwa.

Ko­mi­sarz wy­dał bli­żej nie­okre­ślone sap­nię­cie. Po­tem przy­pa­lił pa­pie­rosa, wy­cią­gnął swoje wiel­kie ciel­sko na ob­ro­to­wym krze­śle i prze­mó­wił spoza opa­rów dymu:

– Nie cze­piaj się, Bar­tek. Nie szu­kaj na siłę dziury w ca­łym. Ten Czuba, póki co, pa­suje ide­al­nie. Lep­szego nie mamy.

WCZE­ŚNIEJ

Sty­czeń 1941. Ob­wód ak­tiu­biń­ski w Ka­zach­sta­nie

Sie­działa na bar­łogu z wy­su­szo­nych ło­dyg ło­pianu, z no­gami pod brodą. Do chu­dej piersi przy­ci­skała Miśka. Na środku kur­nej chaty pa­lił się kop­czyk ki­zia­ków – ze­bra­nych je­sie­nią z pól wy­schnię­tych plac­ków kro­wiego łajna. To był ich je­dyny opał na całą zimę. Zresztą nie tylko opał. Z tego sa­mego, tyle że świe­żego ma­te­riału – a także gliny, wody i plew – zro­bione były kir­pi­cze, czyli ce­główki, z któ­rych zbu­do­wano wszyst­kie chaty w ich sow­cho­zie Pier­wo­majsk.

Nad stro­mym da­chem wył po­tę­pień­czo bu­ran – ka­zach­ski wi­cher przy­no­szący śnieg. Jesz­cze przed­wczo­raj, kiedy za­cho­ro­wała mama, w po­wie­trzu pa­no­wała kom­pletna ci­sza. Step był po­kryty je­dy­nie cienką war­stewką śniegu, spod któ­rego wy­sta­wały kępy trawy i ze­schłe chwa­sty. Pani Gon­czar­ska, która na ty­fus pla­mi­sty cho­ro­wała je­sie­nią i te­raz jako je­dyna nie bała się przy­cho­dzić do jej mamy, wpa­dała do nich kilka razy dzien­nie. Po­ma­gała kar­mić pół­przy­tomną chle­bem roz­mo­czo­nym w wo­dzie, zmie­niała okłady na czole, przy­kła­dała lu­sterko do ust, kiedy mama za­mie­rała w bez­ru­chu. Przy niej Ha­nia nie czuła się tak strasz­nie sa­motna i tak po­twor­nie wy­stra­szona. Aż na­gle wczo­raj po po­łu­dniu od pół­noc­nego wschodu nad­cią­gnął wał gra­na­to­wych chmur. Zbli­żał się szybko jak ta­bun roz­sza­la­łych koni. Za­grzmiało, jakby ktoś strze­lił z ar­maty, i po­wiało tak, że w po­wie­trzu za­wi­ro­wał piach pod­nie­siony z ziemi. A po­tem syp­nęło śnie­giem. Syp­nęło? Nie, to nie były ja­kieś tam miłe płatki, które we Lwo­wie za­mie­niały ulice w tory sa­necz­kowe. To była na­wał­nica za­le­pia­jąca oczy i usta, grze­biąca w skrzy­pią­cej od mrozu bieli całe osady. W pół go­dziny za­sy­pało całe wej­ście do chaty, a to był do­piero po­czą­tek. Kiedy w środku nocy mama za­częła prze­ra­ża­jąco char­czeć i rzę­zić, Ha­nia nie wy­trzy­mała i po­sta­no­wiła biec do pani Gon­czar­skiej. Przez ni­skie wyj­ście nie dało się prze­bić. Wdra­pała się więc pod sam su­fit, do otworu, przez który ucie­kał dym, i prze­ci­snęła na ze­wnątrz. Już tak nie wiało, dała więc radę wy­grze­bać się na górę. Ro­zej­rzała się i za­marła. Wszyst­kie chaty w Pier­wo­maj­sku to­nęły w za­spach się­ga­ją­cych szczy­tów da­chów. Nie­które do­mo­stwa kom­plet­nie w nich znik­nęły! Ha­nia zro­biła krok, aby przejść do są­siadki górą, i za­pa­dła się w puch po same pa­chy! Omal nie uto­nęła w śniegu. Z tru­dem wdra­pała się z po­wro­tem do otworu i osu­nęła w głąb chaty.

A dzi­siaj… Mama znie­ru­cho­miała. Roz­mo­czony chleb za­miast do prze­łyku spły­wał jej po po­licz­kach. Ha­nia co chwila przy­ty­kała do jej ust uła­mek lu­sterka. Co­raz dłu­żej mu­siała cze­kać i co­raz bacz­niej wy­pa­try­wać, by zo­ba­czyć na nim choć odro­binę pary.

Te­raz był dzień, cze­kała więc, aż ktoś się do nich do­ko­pie. Męż­czyźni pew­nie już zła­pali za szu­fle i ło­paty. Tylko czy zdążą? A na­wet je­śli, co z tego? Prze­cież w pro­mie­niu kil­ku­set ki­lo­me­trów nie było żad­nej ap­teki, fel­czera, le­kar­stwa.

Wy­cią­gnęła chudą rączkę i ostroż­nie, sa­mymi ko­niusz­kami pal­ców, do­tknęła skroni mamy. Czoło było zimne. Może to do­bry znak? Wcze­śniej prze­cież pło­nęło go­rączką. A może…

– Ma­mu­siu! – szep­nęła. – Pro­szę cię, nie zo­sta­wiaj mnie sa­mej w tym strasz­nym miej­scu!

Dźwięk wła­snych słów obu­dził w niej głę­boko skry­waną roz­pacz. Po­cią­gnęła no­sem, za­trzę­sła chu­dymi plec­kami, a po­tem już łzy po­pły­nęły po­to­kiem. Trzy­ma­jąc wciąż Miśka, opa­dła na nie­ru­chome ciało mamy, za­częła nim po­trzą­sać, usi­ło­wała pod­no­sić.

Wtedy pani Ko­chań­ska otwo­rzyła oczy. Przez mo­ment, raz po raz, prze­no­siła wzrok z córki na trzy­ma­nego przez nią plu­szaka, aż wresz­cie otwo­rzyła usta:

– Có­ruś, mu­szę ci po­wie­dzieć coś waż­nego o Bolu i tym… – Za­ka­słała, a gałki jej oczu na mo­ment wy­wró­ciły się biał­kami ku gó­rze.

Z tru­dem prze­łknęła ślinę, za­mru­gała. Jej spoj­rze­nie, jesz­cze przed se­kundą cał­kiem przy­tomne, po­now­nie zmęt­niało.

– …i o tej za­bawce – do­koń­czyła słab­ną­cym gło­sem. – Twój Mi­siek… Ma pe­wien se­kret…

Mó­wie­nie spra­wiało jej co­raz więk­szą trud­ność, Ha­nia więc za­sło­niła jej usta swoją ma­lutką rączką.

– Cii, cii. Od­pocz­nij, ma­mu­siu – po­wie­działa, czu­jąc, jak jej serce na nowo wy­peł­nia na­dzieja.

Czyżby mama zdro­wiała?

Pani Ko­chań­ska głę­boko wes­tchnęła, za­my­ka­jąc oczy. A po­tem znie­ru­cho­miała. Za­nie­po­ko­jona Ha­nia le­ciutko nią po­trzą­snęła. Wtedy głowa mamy osu­nęła się i ude­rzyła z głu­chym stuk­nię­ciem o kle­pi­sko. Lu­sterko. Dziew­czynka trzy­mała je długo, długo tuż przy pół­otwar­tych, szybko si­nie­ją­cych ustach. Nic. Na­wet śladu od­de­chu.

Za­częła krzy­czeć. Wy­krzy­ki­wała ja­kieś za­klę­cia i prośby, ale roz­szar­pu­jący jej serce szloch za­głu­szył słowa. W końcu Ha­nia za­snęła na tę­że­ją­cym ciele matki.

TE­RAZ

War­szawa. Po­nie­dzia­łek

W po­koju kon­fe­ren­cyj­nym ze­brali się nie­mal wszy­scy. Na­czel­nik Wy­działu do walki z Ter­ro­rem Kry­mi­nal­nym i Za­bójstw, pod­in­spek­tor Krzysz­tof Ży­wu­ski, wraz z dwoma za­stęp­cami sie­dział przy sto­liku na wprost rzędu krze­seł. Jak zwy­kle spra­wiał wra­że­nie lu­zaka i we­sołka. Śred­niego wzro­stu, krępy, o nieco zbyt pu­co­ło­wa­tej twa­rzy, z którą kon­tras­to­wały małe, by­stre oczy, sie­dział roz­wa­lony na krze­śle, chi­cho­cząc z ja­kie­goś świń­skiego ka­wału. Ni­kogo z obec­nych nie mo­gła zmy­lić ta mowa ciała. Wszy­scy wie­dzieli, że pod po­wierz­chow­no­ścią nie­sfor­nego chłopca szef skrywa po­ryw­czą na­turę i umysł ostry jak ży­leta. Tak zresztą na­zy­wali go mię­dzy sobą. Ży­leta.

Obok niego, po pra­wej, do­stoj­nie za­sia­dał pro­ku­ra­tor Piotr Paw­ło­wicz. Kunk­ta­tor. Trudno o więk­szy kon­trast. Pro­ku­ra­tor wbity w do­pa­so­wany gar­niak z kra­wa­tem, ni­czym z po­wie­ści Mi­ło­szew­skiego, sie­dział sztywno, jakby kij po­łknął. Może tro­chę dla­tego, że na­prze­ciw, po le­wej ręce Ży­lety, miał nad­ko­mi­sa­rza Jana Nie­wia­dom­skiego, chu­dego po­nu­raka o ko­stycz­nej twa­rzy in­kwi­zy­tora i za­pad­nię­tych oczach czło­wieka, który nie wie­rzy w nic i ni­komu nie ufa.

Ostatni czło­wiek przy stole był jakby żyw­cem wy­jęty z hol­ly­wo­odz­kiego se­rialu o gli­nia­rzach. Dość wy­soki, po­stawny, ale bez prze­sady, ubrany w luźny gar­ni­tur bez kra­wata. Typ przy­stoj­niaka z wy­datną szczęką i no­sem bok­sera oraz wy­ra­zem twa­rzy fa­ceta, który za­wsze do­staje od ży­cia do­kład­nie to, czego chce. Nad­ko­mi­sarz Adam Oliwa.

Na usta­wio­nych w pół­kole krze­słach za­sia­dała reszta wy­działu. Ko­necki ze zdzi­wie­niem skon­sta­to­wał, że wielu twa­rzy nie zna. Od­kąd ostatni raz, po­nad pół roku temu, uczest­ni­czył w po­dob­nym ze­bra­niu, tra­fiło tu sporo no­wych lu­dzi. A kilku ode­szło.

Z daw­nych zna­jo­mych ko­ja­rzył star­szego aspi­ranta Ja­nu­arego Li­choc­kiego, który jakby chcąc spro­stać swemu na­zwi­sku, był wśród nich naj­więk­szym rap­tu­sem i za­ka­pio­rem; ko­mi­sa­rza Pio­tra Arab­skiego, zwa­nego Ara­bem nie tyle z ra­cji na­zwi­ska, ile ra­czej dzi­wacz­nej pa­sji, która ka­zała mu spę­dzać każde let­nie wa­ka­cje na nur­ko­wa­niu w egip­skiej Hur­gha­dzie; a także pier­do­ło­wa­tego z wy­glądu oku­lar­nika, pod­ko­mi­sa­rza Er­ne­sta Góź­dzia, który miał po­dobno IQ na po­zio­mie 160 (wszy­scy w wy­dziale do­wie­dzieli się tego z akt dzięki nie­dy­skre­cji se­kre­tarki szefa Ha­liny). Wśród zgro­ma­dzo­nych było jesz­cze paru gli­nia­rzy, na przy­kład pod­ko­mi­sarz Jolka Boń­czak, je­dyna dziew­czyna w tym gro­nie, ale Ko­necki nie miał już czasu się im przy­glą­dać. Wie­dział, że za­raz wszys­cy za­milkną w ocze­ki­wa­niu na to, co on i Zdzi­siek Za­prawa mają do po­wie­dze­nia na te­mat śledz­twa.

W wiel­kie okna po­koju za­bęb­nił deszcz ze śnie­giem, w dło­niach sty­gły pa­pie­rowe kubki z kawą bez mleka (Ha­lina za­po­mniała za­mó­wić), palce po­cie­rały o sie­bie z tę­sk­noty za pa­pie­ro­sem. W pa­łacu Mo­stow­skich jed­nak się nie pa­liło. Przy­naj­mniej na ofi­cjal­nych spo­tka­niach. Nowy ko­men­dant sto­łeczny wy­dał ka­te­go­ryczny za­kaz.

– No, da­waj, Zdzi­siek. Mów, co tam ma­cie – prze­mó­wił Ży­leta.

Za­prawa za­czerp­nął po­wie­trza i wal­nął prze­mowę. O tym, że wy­ty­po­wali wspól­nie z part­ne­rem po­ten­cjal­nego sprawcę, Bo­gu­sława Czubę, lat 37, za­miesz­ka­łego przy ulicy Sta­lo­wej. Za­pre­zen­to­wał ze­bra­nym po­krę­cony ży­cio­rys owego in­dy­wi­duum, nad­mie­nił, że próby gwałtu sprzed kilku mie­sięcy do­ko­nał za­le­d­wie kil­ka­set me­trów od bloku Zo­fii Po­gody, a mo­dus ope­randi tej nie­do­szłej zbrodni był ude­rza­jąco po­dobny do tego, co przy­tra­fiło się ich de­natce. Pod­kre­ślił też, że syl­wetka Czuby – wy­soka, mu­sku­larna – pa­suje do frag­men­ta­rycz­nego wpraw­dzie i wi­dzia­nego przez wi­zjer, ale jed­nak opisu sprawcy mor­der­stwa. W dal­szych sło­wach Za­prawa ujaw­nił, że roz­ma­wiał w nie­dzielę z pro­fi­le­rem, który zgo­dził się z opi­nią, że Czuba to typ de­spe­rata. Gdy taki de­spe­rat traci grunt pod no­gami (wy­rok, utrata pracy, po­tem pra­wie ko­lejna wpadka), staje się agre­sywny i nie­prze­wi­dy­walny.

Ko­necki słu­chał słów ko­legi i – choć bar­dzo się sta­rał, bo prze­cież Za­prawa to równy gość, który nie bał się wziąć go na part­nera po tym wszyst­kim, co Bar­tek spie­przył po­nad pół roku temu – nie po­tra­fił się z nimi iden­ty­fi­ko­wać. Ja­koś mu ten Czuba nie pa­so­wał do ukła­danki. A ra­czej do okrut­nej, ale wy­ra­fi­no­wa­nej i po­peł­nio­nej na zimno zbrodni. Bo prze­cież sprawca naj­pierw zmu­sił ofiarę do ro­ze­bra­nia się (rze­czy Zo­fii nie były po­darte, więc ich z niej nie ze­rwano), na­stęp­nie skrę­po­wał ją ta­śmą w bar­dzo nie­wy­god­nej po­zy­cji (czę­ściowo klę­czą­cej, a czę­ściowo le­żą­cej), a na­stęp­nie długo się nad nią pa­stwił. Czy tak działa de­spe­rat po­lu­jący na ko­biety w parku? Być może. Ale było coś jesz­cze, co nie da­wało Ko­nec­kiemu spo­koju. To coś, co za­uwa­żył wtedy w po­koju ofiary. Ulotne wra­że­nie, spo­strze­że­nie, które le­dwo mu­snęło jego pa­mięć i za­raz w niej za­to­nęło. Do li­cha, wciąż nie mógł wy­do­być go na po­wierzch­nię.

– Prze­pra­szam, że wejdę w słowo. – Głos Kunk­ta­tora wy­rwał go z za­my­śle­nia. – Ale czy ma­cie na tego Czubę ja­kieś do­wody?

Za­prawa lekko się zmie­szał.

– To może cho­ciaż mocne po­szlaki?

Zdzi­sław spoj­rzał na Bartka wzro­kiem roz­bitka mio­ta­nego przez sztor­mowe fale.

– Co­kol­wiek, z czym będę mógł pójść do sądu i go oskar­żyć? – bo­le­śnie punk­to­wał da­lej Paw­ło­wicz.

Ze­brani po­ru­szyli się ner­wowo, ale ża­den nie wy­po­wie­dział choćby słowa.

– A więc nie ma­cie na fa­ceta nic.

– Czuję, że to on! – wy­pa­lił Za­prawa. – A jesz­cze ni­gdy in­tu­icja mnie nie za­wio­dła.

Pro­ku­ra­tor tylko po­pa­trzył na niego lek­ce­wa­żąco. Mo­kry śnieg – czy może zmro­żony deszcz – wciąż wa­lił w szyby, a po­tem od razu ście­kał po nich plą­ta­niną stru­mycz­ków.

– Spo­koj­nie – wy­ce­dził w końcu Ży­leta.

– Pan mówi: spo­koj­nie? – Brwi pro­ku­ra­tora po­szy­bo­wały do po­łowy czoła. – Jak mogę być spo­kojny, kiedy trze­ciego dnia śledz­twa sły­szę, że…

– Mamy wy­ty­po­wa­nego po­dej­rza­nego. – Na­czel­nik nie dał mu do­koń­czyć. – Te­raz trzeba go spraw­dzić.

– Po­dej­rza­nego? – Kunk­ta­tor sy­cił się swoją prze­wagą. – Ra­czej po­dej­rze­wa­nego. I to na pod­sta­wie in­tu­icji.

Za­prawa za­ci­snął pięść, oparł się na niej o po­ręcz krze­sła, po­chy­lił.

– Czy są już wy­niki sek­cji? – spy­tał czym prę­dzej na­czel­nik, choć do­brze wie­dział, że wy­ni­ków nie ma.

– Nie ma – po­spie­szył z od­po­wie­dzią Ko­necki. – Jesz­cze nie ma.

– A ra­port tech­nicz­nych?

– Do­sta­li­śmy wczo­raj. Nie zna­leźli żad­nych śla­dów.

– Żad­nych? – spy­tali rów­no­cze­śnie szef i pro­ku­ra­tor.

Kilka osób ener­gicz­nie po­ru­szyło się na krze­słach, roz­leg­ły się ści­szone szepty. Brak ja­kich­kol­wiek śla­dów na miej­scu zbrodni był jed­nak czymś nie­co­dzien­nym. Wła­ści­wie coś ta­kiego do­tąd się chyba nie zda­rzyło.

– Tylko kilka wło­sów ło­no­wych w od­pły­wie wanny – po­spie­szył z wy­ja­śnie­niem Ko­necki. – Po­szły do ba­dań ge­ne­tycz­nych, ale pra­wie na pewno na­leżą do de­natki.

– No pew­nie, trudno się spo­dzie­wać, że sprawca po wszyst­kim po­szedł się wy­ką­pać – pod­su­mo­wał z prze­ką­sem Arab.

Ko­necki spoj­rzał na niego dość chłodno.

– A poza tym z ze­znań świadka wy­nika, że tam­tego po­po­łu­dnia nie od­krę­cano wody – do­rzu­cił.

Ży­leta, co nie zda­rzało mu się czę­sto, wy­da­wał się nieco zbity z tropu.

– Żad­nych od­bi­tych pa­lu­chów? Od­ci­śnię­tej po­de­szwy buta? Po­rzu­co­nego kiepa? Na­krętki od mi­ne­ral­nej? Kłaczka wełny ze swe­tra?

Ko­necki krę­cił prze­cząco głową.

– Dy­wan w po­koju na­siąkł krwią, więc sprawca roz­niósł po miesz­ka­niu dużo śla­dów – po­wie­dział. – Ale na żad­nym nie od­bił się bież­nik buta. Zu­peł­nie jakby cho­dził w skar­pe­tach. Pa­lu­chów, wło­sów ani żad­nych in­nych śla­dów nie zna­le­ziono. A je­dyne od­ci­ski pal­ców, ja­kie za­bez­pie­czono w miesz­ka­niu – kon­ty­nu­ował po chwili – na­le­żały albo do de­natki, albo do Ja­dwigi Sta­siak, która czę­sto ją od­wie­dzała. Było też parę pa­lu­chów aspi­ranta Je­rzego Ko­wal­czyka, który zna­lazł ciało.

– A na ciele de­natki? Prze­cież ny­gus mu­siał jej do­ty­kać, co nie?

– Nic.

– Chu­jowo.

– Zga­dzam się z pa­nem na­czel­ni­kiem.

Przy stole roz­le­gły się ner­wowe chi­choty. Deszcz nieco przy­sto­po­wał. Na ulicy An­dersa za­trą­bił sa­mo­chód.

– Cała na­sza na­dzieja, że uda się za­bez­pie­czyć ja­kieś, hm, ślady bio­lo­giczne na ciele ofiary – wy­re­cy­to­wał Arab.

Wszy­scy zmie­rzyli go nie­chęt­nym wzro­kiem. Na­wet Kunk­ta­tor.

– No do­bra, to jak spraw­dzić tego wa­szego fa­ceta? Rzu­caj­cie po­my­sły! – Ży­wu­ski po­wiódł po swoim ze­spole prze­ni­kli­wym wzro­kiem.

– Przede wszyst­kim spraw­dzić alibi Czuby.

– Po­ka­zać jego zdję­cie miesz­kań­com bloku. Może ktoś je­chał z nim windą?

– Po­szu­kać u niego noża. I dać do la­bo­ra­to­rium wszyst­kie ubra­nia.

– Za­mknąć na cztery osiem i przy­ci­snąć.

Ostat­nia pro­po­zy­cja po­cho­dziła, rzecz ja­sna, od Li­choc­kiego. Była tak bez­sen­sowna, że w sali za­pa­dła ci­sza. Ko­necki, który nie miał żad­nych pro­po­zy­cji, po­chwy­cił roz­pacz­liwe spoj­rze­nie Za­prawy. Part­ner go po­trze­bo­wał.

– A ja bym na ra­zie ko­le­sia nie pło­szył. Bo może… – za­jąk­nął się w oba­wie, że za­raz go wy­śmieją.

– Może co?

Wziął głę­boki wdech i brnął da­lej:

– Za­bójca jest sa­dy­stą i psy­cho­patą. A tacy lu­bią się sy­cić swoim dzie­łem. Za­łożę się, że już po wszyst­kim fa­cet stał jesz­cze długo nad cia­łem Zo­fii Po­gody i na­pa­wał się tym wi­do­kiem.

– Bar­tek, za­miast pier­do­lić, przejdź wresz­cie do rze­czy – po­ra­dził mu szef.

– My­ślę, że jest szansa, że sprawca wróci w oko­lice miej­sca zbrodni. Do bloku nie wej­dzie, ale może cho­ciaż po­pa­trzy so­bie na niego z ulicy.

– Chcesz za­ło­żyć ob­ser­wa­cję na Mię­dzy­na­ro­do­wej? – za­py­tał z nie­do­wie­rza­niem Er­nest Góźdź.

– I niby ile czasu mie­li­by­śmy kwit­nąć pod tym blo­kiem? Ty­dzień? Dwa? Mie­siąc? Aż się ja­śnie pan zbok po­fa­ty­guje do nas z wi­zytą? – do­rzu­cił swoje Arab.

– Nie trzeba tam sie­dzieć. Wy­star­czy co­dzien­nie przej­rzeć mo­ni­to­ring.

– Bar­tek, tam nie ma ka­mer. Spraw­dza­li­śmy prze­cież. – Za­prawa z re­zy­gna­cją po­kle­pał go po ra­mie­niu. – Jest ich kilka, ale pół ki­lo­me­tra da­lej. Przy parku Ska­ry­szew­skim. Tam gdzie ban­ko­mat, duży sklep, sa­lon sa­mo­cho­dowy i piz­ze­ria. Ale pod tym blo­kiem… plaża.

– Po dru­giej stro­nie ulicy jest ka­wiar­nia z pry­wat­nym mo­ni­to­rin­giem – za­pro­te­sto­wał Ko­necki. – Wy­star­czy po­ga­dać z wła­ści­cie­lem, żeby prze­krę­cił ka­merkę znad swo­jego wej­ścia w stronę bloku.

W po­koju za­pa­dła pełna zwąt­pie­nia ci­sza. W su­mie Ko­necki się im nie dzi­wił. Jego po­mysł rze­czy­wi­ście był sła­biutki. Opie­rać śledz­two na luź­nym przy­pusz­cze­niu to byłby idio­tyzm.

– Do­bra, spró­bu­jemy. – Ży­wu­ski po­wie­dział to bez prze­ko­na­nia. – Ale w mię­dzy­cza­sie ci­śnij­cie ła­pi­du­chów o wy­niki sek­cji. I wy­ty­puj­cie mi paru in­nych po­dej­rza­nych. Przy­dzie­lam wam do ze­społu Araba, Ja­nu­arego, Góź­dzia i Jolkę.

– Może by­li­by­ście też ła­skawi prze­słu­chać zna­jo­mych ofiary, jej współ­pra­cow­ni­ków, by­łych na­rze­czo­nych i całą resztę po­ten­cjal­nych po­dej­rza­nych – do­rzu­cił kwa­śno Kunk­ta­tor.

TE­RAZ

War­szawa. Po­nie­dzia­łek

Je­remy Ba­tes, pięć­dzie­się­cio­pię­cio­letni drugi za­stępca at­ta­ché kul­tu­ral­nego Am­ba­sady Sta­nów Zjed­no­czo­nych, zło­żył pa­ra­sol. Mo­kry śnieg prze­stał pa­dać. Ide­al­nie. Ba­tes prze­szedł przez Aleje Ujaz­dow­skie i nie zwa­ża­jąc na ka­łuże, wkro­czył do parku Ujaz­dow­skiego. Te jego sa­motne spa­cery były kie­dyś nie­ustan­nym źró­dłem trosk Teda Tur­nera, ich szefa bez­pie­czeń­stwa. Młod­szy o dwie de­kady i cięż­szy o dwa­dzie­ścia kilo mię­śni Tur­ner uwa­żał, że prze­chadzki dy­plo­ma­tów po ob­cym, choć oczy­wi­ście so­jusz­ni­czym mie­ście prę­dzej czy póź­niej ścią­gną kło­poty na jego wy­go­loną głowę. Pró­bo­wał wci­skać Je­remy’emu ob­stawę. To­wa­rzy­stwo ubra­nego po cy­wil­nemu ma­rine w ciem­nych oku­la­rach i ma­ry­narce, z kie­sze­nią wy­pchaną przez ka­burę, było jed­nak ostat­nim, na czym za­le­żało Ba­te­sowi. Chciał się wto­pić, roz­pły­nąć w tłu­mie, zgrać z ryt­mem mia­sta.

Tego po­ranka, nie zwa­ża­jąc na błoto, bar­wiące na szaro jego buty Lo­ake Pim­lico, szczel­nie otu­lony płasz­czem Gia­como Conti, szedł nie­spiesz­nie obok stawu, przy któ­rym eme­rytki kar­miły kaczki, wzdłuż pu­stego przy tej po­go­dzie placu za­baw, aż do bramy wy­cho­dzą­cej na ulicę Gór­no­ślą­ską. Skrę­cił w prawo, mi­nął am­ba­sadę Fran­cji i za­wa­hał się, jak iść da­lej. Czy w lewo Wiej­ską, w stronę placu Trzech Krzyży, czy w prawo wzdłuż rzędu drew­nia­nych dom­ków fiń­skich? Po­wiał chłodny wiatr i Je­remy zde­cy­do­wał się na pierw­szy wa­riant. Mi­nął bu­dy­nek sej­mowy i dzi­waczny po­mnik po­świę­cony walce zbroj­nej Po­la­ków w cza­sie wojny świa­to­wej, prze­szedł obok Kan­ce­la­rii Pre­zy­denta i pew­nym kro­kiem wszedł do sto­łówki wy­daw­nic­twa Czy­tel­nik. Je­remy czuł coś na kształt dumy, że on – ob­co­kra­jo­wiec – wy­wę­szył ten lo­kal. Kar­miono tu smacz­nie i czę­sto można było zo­ba­czyć cie­ka­wych lu­dzi. Zu­peł­nie od­wrot­nie niż w po­ło­żo­nym sto me­trów da­lej She­ra­to­nie, do któ­rego wcze­śniej cha­dzał.

Zdjął płaszcz, wy­wo­łał uśmiech po­li­to­wa­nia u sprze­daw­czyni, gdy za­mó­wił pie­rogi, wziął z półki ga­zetę i usiadł. Nie umiał płyn­nie czy­tać po pol­sku, z pew­nym wy­sił­kiem po­tra­fił jed­nak od­szy­fro­wać ty­tuły. Na szczę­ście co­dzienną pra­sów­kę ro­biła mu asy­stentka Mar­tha. Śmieszna mała, z tym pie­go­wa­tym no­skiem i ma­łymi ustecz­kami przy­po­mi­nała cie­kaw­ską wie­wiórkę. Bar­dzo am­bitną wie­wiórkę. Naj­pierw tłu­ma­czyła mu nie­mal wy­łącz­nie in­for­ma­cje i ar­ty­kuły kul­tu­ralne. Była za­sko­czona, a na­wet odro­binę zgor­szona, kiedy po­pro­sił, by dała so­bie spo­kój z całą tą pa­pla­niną o wy­sta­wach, sztu­kach te­atral­nych i udu­cho­wio­nych twór­cach, a w za­mian wzbo­ga­ciła swój ma­te­riał o wia­do­mo­ści ro­dem z ta­blo­idów – zbrod­nie, skan­dale, in­sy­nu­acje i plotki.

WCZE­ŚNIEJ

Sier­pień 1941. Ob­wód ak­tiu­biń­ski w Ka­zach­sta­nie

Pęd po­wie­trza roz­wie­wał jej włosy, pa­lące słońce świe­ciło pro­sto w twarz, a za­pach sierp­nio­wego stepu na­peł­niał płuca ener­gią. Tę­tent ko­pyt, ro­ze­dr­gana praca po­tęż­nych, a przede wszyst­kim po­słusz­nych jej roz­ka­zom koń­skich mię­śni, równe sa­pa­nie chra­pów – to wszystko bu­dziło w niej fale nie­opi­sa­nego szczę­ścia. Jesz­cze rok temu na­wet by nie przy­pusz­czała, że ona, Ha­nia Ko­chań­ska, blada i nad wiek po­ważna pro­fe­sor­ska córka, która bała się zbli­żyć choćby do do­roż­kar­skiej cha­bety, bę­dzie już wkrótce ga­lo­po­wać po ste­pie na dzi­kich ka­zach­skich ogie­rach.

Do tej pracy skie­ro­wał ją wio­sną pred­sie­da­tiel ich sow­chozu, Jew­gie­nij Wo­łow. Była wtedy po­grą­żona w bez­brzeż­nym smutku po śmierci mamy. Czuła się słaba i kru­cha. Lada dzień spo­dzie­wała się wła­snej śmierci. Po co miała żyć? Sama na świe­cie? Naj­pierw okrutny los za­brał jej brata, po­tem czer­woni za­brali tatę do ka­towni na Bry­gid­kach, a na ko­niec ty­fus ode­brał mamę.

Kie­row­nic­two sow­chozu było jed­nak nie­ubła­gane. „Nie pra­cu­jesz, nie jesz” – gło­siła tu­tej­sza de­wiza. A poza tym była wojna i zdra­dziecki Hi­tler na­padł na Zwią­zek So­wiecki – swo­jego do­tych­cza­so­wego so­jusz­nika. Na­leży więc od­dać wszystko – siły, mło­dość, jak trzeba, to i ży­cie – na po­trzeby frontu. A front to nie tylko czołgi, sa­mo­loty, pa­ro­wozy i cię­ża­rówki. To także – a może przede wszyst­kim – ko­nie. Do ich sow­chozu spę­dzano więc z ca­łego Ka­zach­stanu, Kir­gi­zji i Uz­be­ki­stanu ta­buny pół­dzi­kich ru­ma­ków. Trzeba je było ujeż­dżać, kieł­znać, cza­sem ka­stro­wać i słać na za­chód, prze­ciw nad­cią­ga­ją­cym za­go­nom śmier­tel­nego wroga.

Ha­nia po­cząt­kowo bała się na­wet zbli­żyć do tych be­stii bu­cha­ją­cych pier­wotną ener­gią. Ogiery par­skały, strze­lały ko­py­tami, rzu­cały się w po­ścig za kla­czami i po­ła­mały już nie­jed­nego nie­ostroż­nego pa­robka. Przez pierw­sze mie­siące panna Ko­chań­ska peł­niła więc je­dy­nie po­moc­ni­cze funk­cje – po­iła, sy­pała ziarno, na­rzu­cała siano. Ale pew­nego dnia…

To było w po­ło­wie lipca. Tam­ten młody ogie­rek był wy­jąt­kowo nie­ustę­pliwy. Kasz­ta­nek z siwą łatą na py­sku i na­prę­żo­nymi mu­sku­łami. Zrzu­cił z sie­bie sta­rego Ba­tyra, zna­czy Sie­miona Ana­sta­zo­wi­cza, który był star­szyną ich grupy. Po­tem zdep­tał mło­dego chło­paka, ko­niu­szego. I jesz­cze kop­nął w bok cię­żarną klaczkę. Ba­tyr tak się wściekł, że po­szedł po win­towkę, żeby od­strze­lić wście­kłego du­raka, i wła­śnie wtedy kasz­ta­nek pod­biegł wprost do niej. Nie zdą­żyła się cof­nąć, za­marła ze zgrozy, a on do­tknął jej twa­rzy swo­imi cie­płymi, cu­dow­nie mięk­kimi chra­pami. Prze­ła­mu­jąc strach, po­gła­skała go. Wtedy on się po­chy­lił, pra­wie wpy­cha­jąc łeb pod jej rękę. Ha­nia za­chi­cho­tała, a Ba­ty­rowi opa­dła strzelba.

– Jak tak się z nim tu­lisz, to może byś go do­sia­dła? – za­mru­czał zło­śli­wie.

A ona, jak w tran­sie, który się zda­rza lu­dziom albo bar­dzo od­waż­nym, albo po pro­stu nie­ma­ją­cym już nic do stra­ce­nia, wsu­nęła lewą stopę w strze­mię, od­biła się i klap­nęła na sio­dło. Ani się obej­rzała, jak po­szli w ga­lop.

– Nu, mo­łodca! – Ba­tyr pół go­dziny póź­niej z nie­do­wie­rza­niem krę­cił głową. – Pierw­szy raz sie­dzi na ko­niu i od razu idzie w step cwa­łem. Jak­bym nie wi­dział, to­bym nie uwie­rzył.

Od tego czasu pa­nienka Ko­chań­ska zo­stała ko­niu­szym. Naj­lep­szym ze wszyst­kich, ja­kich miał Ba­tyr. Być może na­wet lep­szym niż ka­zach­scy chłopcy, któ­rzy prze­cież ro­dzili się w sio­dle. Mniej wię­cej wtedy lu­dzie za­częli ją na­zy­wać Sza­ban­doza, co po ka­zach­sku zna­czy jeź­dziec.

W tam­tym mo­men­cie jakby wstą­piło w nią nowe ży­cie. Rana w sercu po stra­cie mamy wciąż była głę­boka, ale Ha­nia przy­naj­mniej nie bała się już spoj­rzeć w głąb sie­bie. Całe dni spę­dzała na ste­pie, przy sta­dzie, sto ki­lo­me­trów od swo­jej chaty. Spała pod ka­pią­cym gwiaz­dami nie­bem, ja­dła pie­czone mięso uro­dzo­nych mar­two źre­ba­ków, piła ko­byle mleko. Zmęż­niała, na­brała sił i wiary w sie­bie. I na­uczyła się strze­lać z dłu­giego bata, co bar­dzo się przy­da­wało, kiedy roz­ocho­ceni pa­rob­ko­wie zbyt na­tręt­nie pró­bo­wali wy­zna­wać jej swoje uczu­cia.

***

Pod ko­niec mie­siąca, a może za­raz na po­czątku wrze­śnia – któż to wie? – Ba­tyr wy­słał ją wo­zem do Pier­wo­maj­ska po ziarno dla koni, ka­szę dla lu­dzi i bańkę sa­mo­gonu dla sie­bie. Je­chała nie­chęt­nie; nie lu­biła opusz­czać koni, a i wi­dok sow­chozu bu­dził w niej smutne wspo­mnie­nia. Jakby na ich po­twier­dze­nie za­raz po przy­jeź­dzie do­wie­działa się, że pani Gon­czar­ska zmarła na za­pa­le­nie płuc, a jej dzie­się­cio­letni syn Ja­nek tra­fił do diet­skogo doma aż w Mar­tieku, a może i da­lej.

Była też jed­nak i druga no­wina. W sow­cho­zie go­ścili aku­rat żoł­nie­rze. Z nie­do­wie­rza­niem pa­trzyła na wy­cięte z kon­serwy orzełki na ich fu­ra­żer­kach. Go­dło nie miało wpraw­dzie ko­rony, ale bez dwóch zdań było pol­skie.

Ci przed­sta­wi­ciele do­wo­dzo­nego przez ge­ne­rała An­dersa woj­ska, for­mu­ją­cego się wła­śnie w Bu­zu­łuku, na­ma­wiali męż­czyzn z sow­chozu, by za­cią­gnęli się w sze­regi no­wej ar­mii. Po­dobno sam Sta­lin po­ro­zu­miał się w tej spra­wie z rzą­dem w Lon­dy­nie i wy­dał amne­stię dla wszyst­kich więź­niów oraz prze­sie­dleń­ców. Męż­czyźni z Pier­wo­maj­ska bali się jed­nak pro­wo­ka­cji. Pol­skie woj­sko? Orzełki na czap­kach? Za ta­kie ma­rze­nia jesz­cze mie­siąc temu można było po­je­chać do ko­palni ni­klu albo do ła­gru, w któ­rym na­są­czano tru­ją­cym kok­taj­lem pod­kłady ko­le­jowe. Za­szcze­piony w nich strach nie po­zwa­lał uwie­rzyć wer­bow­ni­kom. Tylko Sza­ban­doza, dziew­czynka roz­zu­chwa­lona ste­po­wym wia­trem, po­de­szła do ich sto­lika.

– Chcesz się za­cią­gnąć? – za­py­tał z nie­do­wie­rza­niem po­rucz­nik.

– Może…

– A ile masz lat?

– Trzy­na­ście.

– No to od­pada. Na­wet do ju­na­ków bie­rzemy co naj­mniej czter­na­sto­lat­ków. Za smar­kata je­steś.

Ode­szła od nich z za­ciętą twa­rzą. Do tej pory nie pla­no­wała wstę­po­wać do woj­ska. Wer­bow­ni­ków za­cze­piła ot tak, dla draki, na tej za­sa­dzie, na ja­kiej ka­zach­skie chło­paki spraw­dzały się na­wza­jem na ste­pie. Je­den uda­wał, że ata­kuje dru­giego za­krzy­wio­nym no­żem. Jak ten za­cze­piony się nie prze­stra­szył, wszy­scy wy­bu­chali śmie­chem. A jak się cof­nął… cóż, mało to mło­dzi­ków zo­stało na za­wsze w kę­pie ło­pianu? Step sze­roki, utuli w swo­ich ra­mio­nach nie­jed­nego trupa.

Te­raz jed­nak Ha­nia po­czuła się tak, jakby ten za­bie­dzony po­rucz­ni­czyna, który le­d­wie mie­siąc temu był ta­kim jak ona ka­torż­ni­kiem, na­pluł jej w twarz. Za­wrzała gnie­wem.

Mnie nie przyj­mie­cie? Ja dla was za smar­kata? Po­cze­kaj­cie, zo­ba­czymy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki