Głos przeszłości - Zbigniew Zborowski - ebook + książka

Głos przeszłości ebook

Zbigniew Zborowski

4,4
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Dwie Warszawy – ta z czasów wojny i współczesna. Łączy je miłość, zagadka i… zbrodnia.

W warszawskim getcie giną młode kobiety. Nikt nie był zainteresowany szukaniem Golema – brutalnego mordercy. Przemierzając szmuglerskie meliny i skorumpowane urzędy, tropem zbrodni podąża były funkcjonariusz polskiej Policji Państwowej, Żyd, ojciec młodej Cyli – Andrzej Bartycki.

W tym samym czasie do getta wkracza z tajną misją podoficer oddziału AK – Jerzy Popławski – zadeklarowany antysemita. Mimo swoich przekonań, mężczyzna zakochuje się w Cyli, a ich miłość przetrwa wszelkie przeciwności.

Warszawa rok 2017. Piotr Hamer, recydywista, który stara się zostać uczciwym człowiekiem. Pracuje w hospicjum, gdzie zaprzyjaźnia się z Lusią, młodą dziewczyną z dobrego domu. Na skutek splotu zdarzeń oboje wchodzą w drogę „czyścicielom kamienic”, lecz to nie oni są największym problemem.

W cieniu czai się Golem - morderca sprzed ponad pół wieku!

Pasjonująca zagadka i miłość przekraczająca granice w wiernie odmalowanym klimacie okupacyjnej Warszawy. Skrupulatnie przedstawione ówczesne realia, napięcia i gusta żyjących wtedy ludzi oraz wątek współczesny napędzany warszawską aferą reprywatyzacyjną.

Zbigniew Zborowski – dziennikarz i autor sześciu książek cieszących się powodzeniem. Laureat wyróżnienia w literackim konkursie miesięcznika „Fantastyka”, absolwent Studium Scenariuszowego przy Łódzkiej Szkole Filmowej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 333

Oceny
4,4 (78 ocen)
45
20
11
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
AnnaDe1980

Nie oderwiesz się od lektury

Ciekawa i wciągająca. A Filip Kosior nawet gdyby książkę telefoniczną czytał, to okazałoby się, że akcja tam wartka i poruszająca 😁
10
laiagogo

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała książka. Obydwa wątki - i ten z czasów wojny i współczesny - bardzo interesujące. Romans i kryminał z historią w tle. Aż wierzyć się nie chce, że autorem nie jest kobieta, bo nieczęsto się zdarza, żeby świetne książki dla kobiet napisał mężczyzna.
10
ewafraczyk

Dobrze spędzony czas

Przeszłość i współczesność. Dwa wątki luźno połączone. Oba ciekawe i poruszające emocjonalnie. W obu mamy brutalne zbrodnie i zagmatwane śledztwo. We wspólczesnym nieco rozczarowało mnie mało przekonujące rozwiązanie kryminalnej zagadki. Mimo to powieść jest naprawdę interesująca. Zawiera wiele odniesień do zdarzeń autentycznych. Mocny łyk historii wojennej, okupacyjnej i tej najnowszej sprzed kilku, kulkunastu lat. Polecam.
10
grazyna2525

Nie oderwiesz się od lektury

Godna polecenia w wykonaniu mistrzowskim lektora Pana Filipa Kosiora.
00
DossosD1

Dobrze spędzony czas

Ciekawa historia łącząca okres wojenny ze współczesnością. Super lektor.
00



PROLOG

Kwie­cień 1942

War­szawa, tar­go­wi­sko na Ker­ce­laku

– Nie! Nie strze­laj! Nie zabi­jesz mnie prze­cież na oczach mojego Felka! Nie każ dziecku na to patrzeć!

Jesz­cze sekundę wcze­śniej w tym miej­scu pano­wał wielki tłok. Kupu­jący z tru­dem prze­ci­skali się mię­dzy byle jak pozbi­ja­nymi z desek budami, w któ­rych han­dla­rze sprze­da­wali na wagę ziem­niaki, bru­kiew, kaszę i mąkę. Ludzie tło­czyli się i zde­rzali ze snu­ją­cymi się w tę i z powro­tem bystro­okimi cwa­nia­kami, któ­rzy pod dłu­gimi płasz­czami, na spe­cjal­nych haczy­kach, mieli poza­wie­szane połcie sło­niny i pęta kieł­basy ze „Świ­nia­kowa”, czyli Kar­czewa. Ludzka rzeka opły­wała nie­wiel­kie wózki i sto­liki, przy któ­rych zażywne kobiety nawo­ły­wały, żeby kupo­wać u nich gorące pyzy w sło­ikach, a wychu­dzeni, jakby zawsty­dzeni inte­li­genci pró­bo­wali spie­nię­żyć lub zamie­nić na praw­dziwy, zna­czy nie­kart­kowy chleb palto żony, lakierki od sur­dutu lub zega­rek cebulę jesz­cze po ojcu.

Gwar, ścisk, zamęt.

I nagle cisza. Han­dla­rze, kupu­jący, przy­jezdni i miej­scowi, kie­szon­kowcy, ben­kla­rze, uczciwi oby­wa­tele, patrioci i szmal­cow­nicy – wszy­scy cof­nęli się zgod­nie, two­rząc zwartą ścianę ludz­kich twa­rzy. W pustym kręgu na wydep­ta­nej ziemi zostali tylko oni dwaj.

– Jestem nie­winny!

Lufa visa zatań­czyła Jur­kowi przed oczami. Szczer­binka żadną siłą nie chciała spo­tkać się z muszką. Ręka zro­biła się ciężka i miękka, palec na spu­ście zmar­twiał.

– W imie­niu Pol­ski Pod­ziem­nej…

– To pomyłka!

– …zosta­łeś ska­zany na śmierć…

– Popeł­niasz błąd!

– …za zdradę ojczy­zny.

Cisza aż dzwo­niła w uszach. Czas sta­nął w miej­scu. Tam­ten – bar­czy­sty, kędzie­rzawy blon­dyn o mię­si­stych ustach – naj­pierw zaci­snął powieki i sku­lił się w sobie, ale kiedy strzał wciąż nie padał, uchy­lił oczy. Lufa ośmio­strza­ło­wego visa już nie tań­czyła. Ona się zata­czała i drżała. Do licha! Czemu to takie trudne?

– Strze­laj! – dobiegł go zza ple­ców głos Mikrego. – Kończ sprawę!

Ale wystrzału wciąż nie było. Broń sta­wała się coraz cięż­sza, coraz trud­niej było nad nią zapa­no­wać. Kolba lepiła się od potu, lufa celo­wała to w zie­mię, to w niebo.

Blon­dyn zro­bił dwa kroki w tył. Na bia­łej jak płótno twa­rzy poja­wił się cień nadziei. I lekki uśmiech. Znowu się cof­nął, mur gapiów za nim roz­stą­pił się. Odwró­cił się, chwy­cił za rękę oszo­ło­mio­nego chłopca w cykli­stówce.

– Jerzyk, wal w skur­czy­byka, bo nam nawieje!

Wystrzał nie był gło­śny. Męż­czy­zna poczuł lek­kie kop­nię­cie w nad­garstku. W baza­ro­wym powie­trzu roze­szła się ledwo wyczu­walna woń spa­lo­nego kor­dytu. Czy tra­fił? I tak, i nie. Pocisk posłany z roz­chwia­nej ręki tylko dra­snął czaszkę tam­tego. Ponie­waż jed­nak była to kula kali­bru dzie­więć, odłu­pała kawał kości i roz­bry­zgała po sto­ją­cym obok dziecku bura­czaną maź. Ryko­szet ude­rzył w pobli­ską budę z uży­wa­nymi ciu­chami, odry­wa­jąc z deski dłu­gie drza­zgi. Chło­piec nazwany wcze­śniej Fel­kiem patrzył oszo­ło­miony na doro­słego chwie­ją­cego się bez tyl­nej połowy głowy, a krwi­ste roz­bry­zgi na jego puco­ło­wa­tej buzi spra­wiały wra­że­nie upior­nych pie­gów. Usta wyglą­da­ją­cego na jakieś sie­dem lat dziecka zaczęły wykrzy­wiać się w pod­kówkę, kiedy uścisk doro­słej dłoni na jego rączce osłabł, roz­luź­nił się, a ciało jego ojca osu­nęło się w zadep­tany pył Ker­ce­laka.

– Jerzyk! Chodu! Zgo­lamy do rik­szy!

Mikry nie stra­cił rezonu. Szarp­nął oszo­ło­mio­nego wciąż strzelca za palto, wcią­gnął w roz­stę­pu­jący się tłum i popro­wa­dził w stronę ulicy Towa­ro­wej, gdzie cze­kał trans­port. Zanim wsie­dli do rik­szy, poja­wiła się jesz­cze Sarna, łącz­niczka z gru­bym blond war­ko­czem, która spraw­nym ruchem wyjęła Jerzemu z pal­ców broń, scho­wała ją w zaka­mar­kach swo­jej spód­nicy i zaraz roz­myła się w tłu­mie.

Chwilę póź­niej sie­dzieli obaj na podwój­nej kana­pie, a za nimi Wel­wet sapał i stę­kał, naci­ska­jąc pedały. Mikry rozej­rzał się, szcze­gól­nie pil­nie lustru­jąc wylot ulicy Leszno, którą rap­tem sto metrów dalej zamy­kała pil­no­wana przez eses­ma­nów brama getta – ale ni­gdzie nie było widać Szwa­bów. Rik­sza skrzy­piała i jęczała, ale mknęła już z szyb­ko­ścią pozwa­la­jącą wyprze­dzić cią­gniętą przez wysu­szoną szkapę kołową plat­formę z pousta­wia­nymi na niej krze­słami dla pasa­że­rów zmie­rza­ją­cych z Ker­ce­laka do Śród­mie­ścia i dalej na plac Zba­wi­ciela.

– No to się udało! – Ode­tchnął z ulgą Mikry, kiedy pod­ska­ku­jąc na nie­rów­nym bruku, skrę­cili w Kroch­malną, a potem we Wro­nią, gubiąc się w gąsz­czu odra­pa­nych kamie­nic.

Jerzy Popław­ski, pseu­do­nim Jerzyk, nie odpo­wie­dział. Pęd powie­trza chło­dził mu roz­pa­loną twarz, wyci­skał łzy z oczu i łago­dził wzbie­ra­jące w głębi gar­dła tor­sje. Ostatni raz czuł się tak dwu­dzie­stego ósmego wrze­śnia trzy­dzie­stego dzie­wią­tego roku, kiedy wraz z innymi pozna­nia­kami z 25 Dywi­zji Pie­choty skła­dał broń po bitwie o War­szawę. Wtedy prze­grał. Ale teraz to była chyba wygrana?

część I

Pierścionek

1

Kwiecień 2017

War­szawa, osie­dle Ursy­nów

Wszedł do pokoju, stą­pa­jąc na pal­cach, żeby nie obu­dzić Lusi. O leżącą pod oknem sta­ruszkę się nie bał. Nie narobi hałasu, bo od kilku dni dogo­rywa pod­łą­czona do kro­plówki z mor­finą. Deli­kat­nie posta­wił wia­dro, moc­niej ujął mopa i cichutko jak myszka zaczął prze­my­wać pod­łogę.

– Pio­trek?

Zesztyw­niał. Wstrzy­mał oddech. Ale wie­dział, że już jest za późno.

– Daj spo­kój, Pio­trek, wiem, że to ty.

Ciężko wes­tchnął, odło­żył mop.

– Nie chcia­łem cię budzić, Lusia.

– W ogóle ostat­nio mnie uni­kasz.

– Nie, ja… mam po pro­stu swoją robotę – skła­mał.

Dziew­czyna pokle­pała brzeg łóżka.

– Usiądź na chwilę.

Ostatni raz, nie­mal tęsk­nym spoj­rze­niem, obrzu­cił wia­dro i mopa, po czym pod­szedł i przy­siadł na posła­niu.

Drob­niutka i deli­katna jak skrzy­dło ważki dłoń dziew­czyny spraw­nie wyma­cała jego dłoń. Drobne palce wplo­tły się zwin­nie pomię­dzy jego grube, pokan­ce­ro­wane licz­nymi bli­znami, oszpe­cone tatu­ażami palu­chy.

– To jak będzie?

– Z czym? – Uda­wał, że nie rozu­mie.

– Ty już dobrze wiesz. – Blade usta drgnęły w tro­chę tęsk­nym, a tro­chę psot­nym uśmie­chu.

* * *

Godzinę póź­niej zbie­gał z kilku stopni pro­wa­dzą­cych do wej­ścia wprost na sze­roki chod­nik cią­gnący się wzdłuż ulicy. Znowu się zasie­dział. A prze­cież lada chwila miał przy­je­chać ten facet z komodą.

Szyb­kim kro­kiem ruszył na przy­sta­nek auto­busu 179, który dojeż­dżał do sta­cji metra Imie­lin.

– Gdzie cię pod­rzu­cić, Hamer?

Zatrzy­mał się jak wryty. Do licha, stra­cił czuj­ność. Zapo­mniał przed wyj­ściem z pracy zlu­stro­wać przez okno ulicę.

– Co masz taką minę, jak­byś akt oskar­że­nia zoba­czył? – zare­cho­tał tam­ten.

Śmie­chowi zawtó­ro­wały jesz­cze dwa inne głosy.

Powoli zmie­rzył ich wzro­kiem. Trzej faceci oparci o dwa nie­prze­pi­sowo zapar­ko­wane na ścieżce rowe­ro­wej beemki. Dwóch z nich pierw­szy raz widział na oczy. Młode wilczki o wyzy­wa­ją­cych spoj­rze­niach, skore do wsz­czę­cia jakiej­kol­wiek awan­tury, byle tylko się wyróż­nić w oczach szefa. Ci się nie liczyli.

Pro­blem sta­no­wił czter­dzie­sto­letni łysy i przy­sa­dzi­sty męż­czy­zna w roz­cheł­sta­nej na piersi koszuli i roz­pię­tej mary­narce, spod któ­rej z bez­czelną osten­ta­cją wyglą­dała na świat kolba sie­dem­na­sto­strza­ło­wego glocka.

– Sie masz, Kro­ko­dyl – wyce­dził Piotr Hamer.

Tam­ten nie odpo­wie­dział od razu. Prze­niósł wzrok na budy­nek, potem kry­tycz­nym spoj­rze­niem zlu­stro­wał Pio­tra. Cmok­nął, splu­nął, pstryk­nął pal­cami.

– Cienko się przę­dzie, co? – zagad­nął.

Na przy­sta­nek pod­je­chało wła­śnie 179. Wysia­dła z niego para dość mło­dych, spra­wia­ją­cych wra­że­nie zdez­o­rien­to­wa­nych ludzi. Potem drzwi się zamknęły, sil­nik zawar­czał, auto­bus mru­gnął miga­czem i w żół­wim tem­pie powlókł się w kie­runku sta­cji metra. Piotr miał dość roz­sądku, żeby nie pró­bo­wać do niego wsia­dać.

– Na co ci ta robota z umar­la­kami? – kon­ty­nu­ował Kro­ko­dyl, wska­zu­jąc pod­bród­kiem hospi­cjum.

Do budynku, który dopiero co opu­ścił Piotr, wła­śnie wcho­dziła para z auto­busu.

– Raj­cuje cię to czy jak?

Dwa wilczki znowu zare­cho­tały. Jeden z nich ode­rwał się od swo­jego auta i zro­bił krok w stronę Pio­tra, ale krót­kie wark­nię­cie Kro­ko­dyla osa­dziło go w miej­scu.

– Spo­koj­nie, Robal!

– Czego ty ode mnie chcesz? – zapy­tał Piotr. – Zabłą­dzi­łeś na Ursy­no­wie? Chcesz poży­czyć kasę?

Spore brzu­szy­sko Kro­ko­dyla aż się zatrzę­sło ze śmie­chu. Jego poma­gie­rzy zmełli w ustach prze­kleń­stwa.

– Ty mi chcesz poży­czać sałatę, Hamer? – recho­tał tak, że aż z kącika oka musiał otrzeć łzę. – Masz tupet jak na takiego psiego chujka, w jakiego się zmie­ni­łeś.

Znowu zapa­dło mil­cze­nie. Od strony odle­głej trasy do Pia­seczna dobie­gło tylko jakieś gniewne trą­bie­nie, ulicą obok nich prze­mknęło kilka oso­bó­wek, niebo nad osie­dlem roz­ch­mu­rzyło się na moment i w tysią­cach okien blo­ko­wi­ska zalśniło słońce.

– Wsia­daj. – Kro­ko­dyl wska­zał kciu­kiem czarne bmw 530d, na któ­rego masce przy­siadł. – Pod­rzucę cię. Poga­damy po dro­dze. À pro­pos, gdzie ty wła­ści­wie teraz miesz­kasz?

To była ostat­nia infor­ma­cja, jaką podzie­liłby się z Kro­ko­dy­lem.

– Nie, dzięki – odparł, siląc się na swo­bodny ton. – Jestem na warun­ko­wym. Na co mi kło­poty?

– Myślisz, że to gorące auto? – Twarz męż­czy­zny wyra­żała święte obu­rze­nie.

– Aż parzy.

Kro­ko­dyl z namasz­cze­niem poki­wał głową.

– Wiesz, że mógł­bym im kazać – nie oglą­da­jąc się, wska­zał kciu­kiem dwóch napię­tych jak struny zaka­pio­rów – zapa­ko­wać cię do bagaż­nika, wywieźć do Lasu Kabac­kiego i tam skoń­czyć roz­mowę?

– Wiem – odpo­wie­dział szcze­rze Pio­trek. – Tylko po co miał­byś to robić? Paliwo coraz droż­sze, Kabaty wcale nie tak bli­sko, a ty masz trzy­li­trowy sil­nik.

Tam­ten zda­wał się chwilę tra­wić te słowa. W końcu wes­tchnął, pod­szedł do drzwi auta, poło­żył grube palu­chy na klamce. Wilczki strzyk­nęły w stronę Pio­tra śliną.

– Do zoba­cze­nia, Hamer – poże­gnał się Kro­ko­dyl. – Bo to jesz­cze nie koniec.

* * *

Zdą­żył wybiec z metra na sta­cji Arse­nał, kiedy zadzwo­nił tele­fon.

– No to jestem! – usły­szał seple­niący w war­szaw­skim slangu głos czło­wieka, któ­rego ogło­sze­nie zna­lazł na olx. – Zabie­raj pan ta komoda, bo za chwyle musze być już na Cho­mi­czów­kie.

„Co to zna­czy za chwilę?” – zasta­na­wiał się, bie­gnąc Mar­szał­kow­ską w stronę nie­bo­tycz­nie wyso­kich blo­ków osie­dla Za Żela­zną Bramą. „Czyżby facet nie zamie­rzał pomóc mi wtar­gać tego na górę?”

Kiedy zdy­szany wypadł na alejkę pod swoim kil­ku­na­sto­pię­trow­cem, niebo się zacią­gnęło i po twa­rzy siek­nęła go mżawka. Nie­osło­nięta niczym przed desz­czem komoda, którą zamó­wił w Inter­ne­cie, już stała na asfal­cie obok pikapa. Na jego pace pię­trzył się jesz­cze jakiś stół i wyście­łane – kom­plet­nie pew­nie już nasiąk­nięte wodą – krze­sła.

– No wresz­cie. Cztery dyszki, jak żeśmy się uma­wiali – wyse­ple­nił bary­to­nem czło­wiek w bejs­bo­lówce z orłem bia­łym i czar­nej blu­zie z gotyc­kim napi­sem: „Pamię­tamy o kole­gach z wyro­kami”.

Piotr zmie­rzył mebel kry­tycz­nym okiem. Choć nie­wąt­pli­wie antyczny, ozdobny, rzeź­biony we wzory, na zdję­ciu w sieci wyglą­dał zde­cy­do­wa­nie bar­dziej świeżo.

– Kor­niki z niego nie wylezą?

Czarna bluza aż się zago­to­wał.

– A co ty mi tu, koleżko, ske­cze zaczy­nasz odsta­wiać? Cena uga­dana. Sza­feczka pierw­sza klasa. Mało jeż­dżona, nie­try­kana. Można tele­wy­zo­rek se na niej posta­wić, albo posa­dzić lalu­nię, żeby roz­ło­żyła kula­ski.

Piotr otarł pot z czoła i podra­pał z waha­niem ostrzy­żoną na jeża głowę. Dopiero wtedy sprze­dawca dostrzegł jego tatu­aże.

– No dobra, niech będą trzy i pół dyszki, jak dla kolegi spod celi.

– Ale pomo­żesz mi to wnieść?

Czarna bluza aż jęk­nęła z roz­pa­czy.

– Kochany, nie ma opcji, ja mam jesz­cze stół dębowy ory­gi­nał i dwa krze­sła roko­koko na Cho­mi­czów­kie. Mogę ci naj­wy­żej nadrzu­cić to cacko na plery. W ramach przy­sługi gra­tis, bo mi na zio­mala wyglą­dasz.

Chwilę póź­niej odje­chał, a Piotr poczuł, że drew­niane bydlę zaraz wtło­czy go w asfalt. Komoda ważyła chyba ze sto kilo! Stał zgięty wpół, ści­ska­jąc na wyso­ko­ści bar­ków dwie nóżki, i roz­pacz­li­wie roz­glą­dał się za jaką­kol­wiek odsie­czą. Nie musiał długo cze­kać. Od osie­dlo­wego skle­piku po dru­giej stro­nie uliczki ode­rwały się dwa szare cie­nie z posta­wio­nymi kap­tu­rami i rękami wbi­tymi w kie­sze­nie.

– Pomóc z tym do windy, sze­fie?

– A ile to będzie kosz­to­wało?

– Jede­na­staka.

– Dla­czego aku­rat jede­na­ście zło­tych? – wysa­pał Piotr, czu­jąc, jak z każdą sekundą opusz­czają go siły.

– Dwie nalewki wiśniowe po pięć pięć­dzie­siąt za butelkę. Rachu­nek jak dla pierw­szaka.

Spoj­rzał tęsk­nie w stronę odle­głych o pięć­dzie­siąt metrów drzwi do bloku. Wła­śnie się otwo­rzyły, wyplu­wa­jąc z wnę­trza kil­ku­na­stu wyglą­da­ją­cych iden­tycz­nie Azja­tów. Jede­na­ście zło­tych. Nie miał do wyda­nia takiej forsy. Cały jego mają­tek to sto trzy­dzie­ści. A prze­cież trzeba coś jeść do końca mie­siąca.

Ruszył. Po pierw­szym kroku myślał, że zaraz pękną mu rzepki kola­nowe, po dru­gim puls zadud­nił w gło­wie. Z każ­dym kolej­nym szło się jed­nak lepiej. Doczła­pał do wej­ścia, sym­pa­tyczna sta­ruszka przy­trzy­mała mu drzwi, wkro­czył na klatkę scho­dową.

Na windę cze­kał tłum ludzi. Pani z dwoma dogami arle­ki­nami, kolejna grupka sko­śno­okich, star­szy pan z wóz­kiem wypeł­nio­nym zaku­pami z pobli­skiej Hali Mirow­skiej. Co robić? Cze­kać na kolejną windę? Piotr czuł, że jeśli raz postawi mebel, już wię­cej go nie unie­sie. Sam nie wie­rząc, że to robi, ruszył ku scho­dom. I znów – pierw­szy krok był pie­kłem, drugi już tylko cier­pie­niem. A trzeci po pro­stu wysił­kiem ponad siły.

Spo­cony i zady­szany spło­szył cału­jącą się parę nasto­lat­ków na pierw­szym, gro­madkę gim­na­zja­li­stów zacią­ga­ją­cych się blan­tami na dru­gim i pana Zalew­skiego na trze­cim, który jak zwy­kle był zbyt pijany, by tra­fić klu­czem w zamek kraty odci­na­ją­cej ślepą kiszkę klatki scho­do­wej, w któ­rej mie­ściło się jego miesz­ka­nie.

Kwa­drans póź­niej, spo­cony jak mysz, ledwo sto­jąc na nogach i z obo­la­łymi ple­cami, wycie­rał komodę z wody w swo­jej kawa­lerce. Swo­jej? Zwy­kła wynaj­mo­wana dziura na osie­dlu zamiesz­ka­nym już nie­mal wyłącz­nie przez eme­ry­tów i wiet­nam­skich loka­to­rów gnież­dżą­cych się po kil­ku­na­stu w jed­nym lokalu. Piąte pię­tro, zno­śny widok na sąsiedni pię­trowiec, kuch­nia w wypło­wia­łej tape­cie imi­tu­ją­cej cegłę, pokój w przed­po­to­po­wej boaze­rii. Poza tym gołe ściany. Pra­wie tysiąc zło­tych mie­sięcz­nie plus czynsz, prąd i woda. Sporo jak na recy­dy­wi­stę sta­wia­ją­cego pierw­sze kroki na dro­dze pra­wo­rząd­no­ści i cnoty.

Han­dlarz tra­fił w sedno, rze­czy­wi­ście pla­no­wał usta­wić na komo­dzie tele­wi­zor. Oczy­wi­ście jak już uzbiera na uży­wany. Skoń­czył wycie­rać i przyj­rzał się swo­jemu pierw­szemu nabyt­kowi w nowym miesz­ka­niu. Posza­rzała, odła­żąca poli­tura. Masywny blat, pod nim dwie szu­flady z fan­ta­zyj­nymi, chyba mosięż­nymi uchwy­tami. Jesz­cze niżej dwoje drzwi­czek do sza­fek z pół­kami. Na drzwicz­kach rzeź­bione motywy słońca i jakichś straż­ni­ków z hala­bar­dami. Koleś w patrio­tycz­nej bejs­bo­lówce miał rację. Roko­koko.

Spró­bo­wał wysu­nąć szu­flady. Jedna wyszła gładko, druga z tru­dem. Coś ją musiało blo­ko­wać. Póź­niej się spraw­dzi. A zresztą, i tak nie za bar­dzo miał co do niej scho­wać. Otwo­rzył więc szafki. Zaj­rzał do środka, powyj­mo­wał półki, opu­kał plecy komody. Od razu wyczuł, że są mocno oblu­zo­wane – to pew­nie one blo­ko­wały szu­fladę. Natę­żył się, odsu­wa­jąc mebel od ściany, i zaszedł go od tyłu. Tak, wcze­śniej nie zauwa­żył, ale plecy ledwo się trzy­mały. Ktoś musiał upy­chać w komo­dzie za dużo gra­tów i wypchnął nie­chcący jej plecy. Z drew­nia­nej obu­dowy wysko­czył cały rzą­dek gwoź­dzi­ków. Jedna z szu­flad, nie znaj­du­jąc opar­cia, zesko­czyła z szyny, prze­chy­la­jąc się nieco.

Pio­trek nie miał młotka, ale miał adi­dasy marki Puma. Zdjął więc jeden, przy­klęk­nął, wyce­lo­wał i zaczął dobi­jać plecy pode­szwą. Komoda zadrżała, sklejka trza­snęła, coś brzęk­nęło o pod­łogę. Nachy­lił się i ujrzał…

– Ja pier­dy­kam! – Aż gwizd­nął z podziwu.

Na pod­ło­dze leżał pier­ścio­nek. Chyba złoty. A do tego z maleń­kim, ład­nie osa­dzo­nym bry­lan­tem. Zde­cy­do­wa­nie stary, bo pokryty kurzem i patyną.

2

Kwiecień 1942

War­szawa, getto żydow­skie

Wel­wet pod­wiózł go rik­szą w pobliże bramy na Lesz­nie. Szla­ban był wła­śnie pod­nie­siony, a bru­ko­waną ulicą mię­dzy dwiema ścia­nami fasad zanie­dba­nych kil­ku­pię­tro­wych kamie­nic masze­ro­wali ludzie z opa­skami z gwiazdą Dawida eskor­to­wani przez dwóch żan­dar­mów. To byli pro­wa­dzeni do pracy w aryj­skiej czę­ści dziel­nicy Żydzi, po obu stro­nach muru nazy­wani pla­ców­ka­rzami.

– Gotów? – szep­nął zza jego ple­ców sie­dzący na rowe­ro­wym sio­dełku Wel­wet.

– Jesz­cze jak! – Jerzy sta­rał się zawa­diac­kim tonem zama­sko­wać wyci­ska­jący mu soki z żołądka strach.

– Powo­dze­nia!

Jurek Popław­ski wstał z kanapy, pro­stu­jąc się na całą wyso­kość, obcią­gnął gar­ni­tur, wyrów­nał kape­lusz, prze­su­nął aktówkę pod pachę. Przed wojną, choć w dniu jej wybu­chu był nie­spełna dwu­dzie­sto­lat­kiem, lubił nosić się ele­gancko. Czy to w mun­du­rze, czy po cywil­nemu. Zresztą, chyba głów­nie swo­jej pre­zen­cji zawdzię­czał to, że został ordy­nan­sem rot­mi­strza Anto­niego Pasz­kow­skiego, dowódcy 25. szwa­dronu kawa­le­rii dywi­zyj­nej. Ale to stare dzieje. Potem, w obo­zie jeniec­kim w Wol­den­bergu, a zwłasz­cza póź­niej – po ucieczce wraz z sze­ścioma kole­gami z baraku w Oflagu II C – wymogi kon­spi­ra­cji kazały się nosić nijako. Bufia­ste spodnie, wyświech­tana mary­narka, cykli­stówka. Teraz, w gar­ni­turze i pod kra­wa­tem, w bry­cze­sach i wypa­sto­wa­nych na glanc ofi­cer­skich butach „szklan­kach”, czuł, jak powoli powraca mu dawna pew­ność sie­bie.

Ruszył bez słowa w kie­runku straż­ni­czej budki, przy któ­rej krę­cił się postawny eses­man z ple­cio­nym skó­rza­nym pej­czem. Na jego widok Popław­skiemu znów skur­czyło się serce, ale ener­giczny stu­kot jego pod­ku­tych zelów­kami butów szybko go uspo­koił.

„Jesteś Niem­cem. Waż­nia­kiem. Przy­je­cha­łeś tutaj aż z Kra­kowa z roz­kazu guber­na­tora Hansa Franka”, powta­rzał w myślach jak lita­nię.

Eses­man już go spo­strzegł. Wyszedł przed opusz­czony ponow­nie szla­ban, sta­nął w roz­kroku, skrzy­żo­wał na ple­cach dło­nie z pej­czem. Popław­ski dostrzegł na jego bar­kach pagony rottenführera.

– Stać! – wydarł się Nie­miec.

Nogi nie­mal wyko­nały roz­kaz. Głowa jed­nak zmu­siła je do dal­szego mar­szu. Szedł ener­gicz­nym kro­kiem pro­sto na straż­nika.

– Stój, bo zastrzelę jak psa! – Eses­man prze­ło­żył pejcz, się­ga­jąc prawą dło­nią do kabury przy pasie.

Jerzy Popław­ski zatrzy­mał się metr od niego.

– Czego się pan tak wydziera, rottenführer? – zapy­tał spo­koj­nie ide­alną niem­czy­zną, jaką wbito mu do głowy w Mar­cinku, reno­mo­wa­nym poznań­skim liceum. – Do Niemca chce pan strze­lać? Prze­szedł pan na stronę Żydów?

Eses­man aż spur­pu­ro­wiał.

– Ja? Do Żydów? Jak pan śmie?!

Do Popław­skiego dotarło, że prze­ho­lo­wał. Nie mógł jed­nak teraz spu­ścić nagle z tonu.

– Nazwi­sko?

Nie­miec zmie­rzył go wście­kłym wzro­kiem, ale dobra pru­ska tre­sura wygrała z emo­cjami.

– Rottenführer Josef Blo­sche! – Strze­lił obca­sami. – A ty to kto?

Jerzy zauwa­żył kątem oka, że ruch wokół nich zamiera. Z budki wyszedł drugi straż­nik i gapił się na nich ze zmarsz­czo­nym czo­łem, kil­koro krę­cą­cych się w pobliżu ludzi z opa­skami zer­kało na nich lękli­wie.

– Dok­tor Gustaw von Ples­sen – odpo­wie­dział, poda­jąc Niem­cowi doku­menty wyko­nane przez Wydział Lega­li­za­cji i Tech­niki powo­ła­nej dopiero co Armii Kra­jo­wej. – Główny Kon­tro­ler Insty­tutu Zapo­bie­ga­nia Epi­de­mii Tyfusu.

W oczach eses­mana znowu zabły­sła wście­kłość.

– Jesteś cywi­lem? I obra­żasz żoł­nie­rza SS?

– Jestem cywi­lem przy­sła­nym tutaj z roz­kazu samego guber­na­tora Hansa Franka, naczel­nika Gene­ral­nego Guber­na­tor­stwa. – Popław­ski wytrzy­mał spoj­rze­nie żoł­daka. – Cywi­lem, któ­remu przed chwilą gro­zi­łeś śmier­cią.

Z tam­tego lekko uszło powie­trze.

– Wy w Kra­ko­wie żyje­cie sobie jak pączki w maśle – wybą­kał Nie­miec. – Nie macie poję­cia, jaki ban­dy­tyzm panuje w War­sza­wie. Tu trzeba być czuj­nym, bo ina­czej…

– Przy­słano mnie, abym zba­dał zagro­że­nie epi­de­mio­lo­giczne w dziel­nicy żydow­skiej – wszedł mu w słowo Jerzy. – Podobno nie radzi­cie sobie z zarazą tyfusu.

Pod­ofi­cer tylko wzru­szył ramio­nami.

– Spóź­ni­łeś się pan. Żydłaki padały tutaj jak muchy, ale to było w zeszłym roku. Teraz jest już z nimi dużo lepiej.

– Mimo to wyko­nam swoje obo­wiązki – zauwa­żył sztywno von Ples­sen. – I uprze­dzam, że będę się tu poja­wiał codzien­nie, co naj­mniej przez dwa, trzy tygo­dnie.

Bez dal­szych wyja­śnień wyjął z dłoni Josefa Blo­sche swoje fał­szywe papiery i ruszył przed sie­bie.

– Pie­przony ary­sto­kra­tyczny dupek – usły­szał za ple­cami teatralny szept rottenführera. – Oby cię w tym śmiet­niku obla­zły wszy, urzę­da­sie!

* * *

Kiedy ruszył przed sie­bie ulicą Leszno, pochwy­cił prze­lotne spoj­rze­nie dziew­czyny o ciem­nej kar­na­cji i wiel­kich czar­nych jak dwie stud­nie oczach. To była tylko chwila, uła­mek sekundy. Zaraz się odwró­ciła, fur­ko­cąc fal­baną sukienki uszy­tej z dwóch poszew, i zawró­ciła w kie­runku bramy na prze­ciw­le­głym końcu getta. Ktoś za nią zawo­łał:

– Hej, Cyla! Kró­lowo Dep­taka!

Odwró­ciła się nieco, posłała wiel­bi­cie­lowi pro­mienny uśmiech i zama­szy­ście ruszyła przed sie­bie, cią­gnąc za sobą dzie­siątki peł­nych podziwu męskich spoj­rzeń.

„Cyla” – pomy­ślał dziw­nie wytrą­cony z rów­no­wagi.

Zaraz się jed­nak zre­flek­to­wał. Ot, jesz­cze jedna zamknięta w get­cie Żydówka. W sumie jest ich tu wszyst­kich ponoć czte­ry­sta tysięcy. Straszny tłok. Ale skoro mają siłę strze­lać oczami i flir­to­wać, to chyba nie jest z nimi tak źle, jak szep­czą nie­któ­rzy żydo­file po aryj­skiej stro­nie muru. Hitler to śmier­telny wróg, ale pro­blem żydow­ski roz­wią­zał po wizjo­ner­sku. Naresz­cie prze­stali się pano­szyć, głu­szyć pol­ską przed­się­bior­czość, cisnąć uczci­wych ludzi lichwiar­skimi kre­dy­tami.

Jerzy Popław­ski, pani­czyk z nie­du­żego majątku w Kór­niku pod Pozna­niem, dan­dys i kawa­le­rzy­sta, marzył o Rze­czy­po­spo­li­tej wol­nej od lichwy, wyzy­sku, cwa­niac­twa i zmowy han­dlo­wej. Czy­stej i świę­tej. Takiej, w któ­rej Polak Pola­kowi byłby bra­tem, przy­ja­cie­lem, pomocną dło­nią w potrze­bie. Takiej, jakiej nadej­ście wiesz­czono w powszech­nie czy­ta­nym w Pozna­niu i Wiel­ko­pol­sce „Małym Dzien­niku” i „Ryce­rzu Nie­po­ka­la­nej”. Krótko mówiąc, Pol­ski bez komu­chów, lewa­ków i Żydów.

Szedł dalej w gęst­nie­ją­cym tłu­mie. Życie getta toczyło się głów­nie na ulicy. Mijał han­dla­rzy sta­rzy­zną, głów­nie róż­nymi ciu­chami, któ­rzy zaj­mo­wali całe chod­niki. Prze­ci­skał się obok węgla­rzy sprze­da­ją­cych czarne bryłki na sztuki. Patrzył na kobie­ciny pcha­jące ople­cione dru­cianą siatką dzie­cięce wózki, w któ­rych poukła­dały swoje rachi­tyczne wypieki.

„Po co im te siatki?” – zasta­no­wił się. „I co się stało z małymi dziećmi?”

Odpo­wiedź na pierw­sze pyta­nie otrzy­mał, gdy doszedł do skrzy­żo­wa­nia i skrę­cił w Kar­me­licką.

Tu tłum zro­bił się jesz­cze gęst­szy, w uszy ude­rzyła jesz­cze więk­sza wrzawa.

– Do gorą­cej kawy! Do słod­kiej! – nawo­ły­wały sprze­daw­czy­nie sto­jące przy osma­lo­nych garach peł­nych czar­nej lury, z któ­rych wysta­wały zato­pione w nich cho­chle.

– Rece­ches, łat­kes, hajse! – darły się baby w chu­s­tach tulące do sie­bie miski pełne racu­chów kar­to­fla­nych po sześć­dzie­siąt gro­szy sztuka.

Nagle tuż obok Jurka śmi­gnął jakiś cień. Czło­wiek w łach­ma­nach, zaro­śnięty, roz­czo­chrany, chudy jak szkie­let. Z nie­spo­dzie­waną zwin­no­ścią dosko­czył do ople­cio­nego siatką wózka z wypie­kami, wężo­wym ruchem wsu­nął pod drut rękę, porwał pla­cek i rzu­cił się do ucieczki.

– Cha­per! Cha­per! Łapać cha­pera! – zawrzał tłum.

Chu­dzie­lec ucie­kał, poże­ra­jąc rów­no­cze­śnie swoją zdo­bycz, ale nie dobiegł daleko. Trzy­dzie­ści metrów dalej wpadł pro­sto w ręce dwóch raczej wątłych, ale peł­nych urzę­do­wego dosto­jeń­stwa męż­czyzn w gra­na­to­wych czap­kach z jasno­nie­bie­skimi oto­kami. Byli uzbro­jeni w pałki i wie­dzieli, jak ich użyć. Oba­lili zło­dzieja na zie­mię i z furią zaczęli go okła­dać.

– Halt! – ryk­nął Popław­ski, zanim zdą­żył się zasta­no­wić, co robi.

Tamci zamarli w posta­wie usłuż­nego wycze­ki­wa­nia. Gło­do­mór wyko­rzy­stał ten moment, żeby pozbie­rać z bruku okruszki. Nie­które poto­czyły się aż do rynsz­toka i pod leżące w nim ciało tru­po­sza. Rów­nie jak on chu­dego i zanie­dba­nego, tyle że już mar­twego. Popław­ski prze­czy­tał bez­wied­nie tytuł w przy­kry­wa­ją­cej lito­ści­wie jego twarz „Gaze­cie Żydow­skiej”: „Funk­cjo­na­riu­sze ŻSP w piw­nicy przy ulicy Pawiej zna­leźli roz­ka­wał­ko­wane i nie­kom­pletne ciało Miry Apple­stein. To już ósma ofiara Golema!”. ŻSP? Co to takiego? Prze­niósł wzrok na wpa­tru­ją­cych się wciąż w niego cuda­ków z pał­kami i wtedy dostrzegł na man­kie­tach ich mary­na­rek żółte opa­ski z napi­sem: „Żydow­ska Służba Porząd­kowa”. Aha.

– Co tu się dzieje? – spy­tał po nie­miecku.

– Prze­cież to cha­per, sza­nowny panie! – ode­zwał się star­szy stop­niem (miał na środku czapki nabite dwa gwoź­dzie).

A widząc, że czło­wiek w gar­ni­tu­rze na­dal przy­gląda mu się badaw­czo, wyja­śnił:

– Cha­per, od pol­skiego słowa „chap­nąć”, czyli zła­pać znie­nacka. Pod­biega taki gło­do­mór do sto­iska, krad­nie i zjada w cza­sie ucieczki. Dar­mo­zjad.

Popław­ski zaczął żało­wać, że się wmie­szał. Żydki biją Żydka, wiel­kie rze­czy!

– Co z nim zro­bi­cie?

Funk­cjo­na­riu­sze spoj­rzeli tylko po sobie.

– Do aresztu na Gęsią szkoda nawet takiego pro­wa­dzić. – Wzru­szył ramio­nami ten z dwoma gwoź­dziami. – Myśle­li­śmy, że damy mu parę kuk­sań­ców i tyle. I tak toto zaraz z głodu zdech­nie.

Powoli poki­wał głową. Patrzyły na niego dzie­siątki, jeśli nie setki par oczu. Nie­źle. Jak na żoł­nie­rza wyko­nu­ją­cego tajną misję naro­bił wokół sie­bie nie­złego rabanu. Brawo. Jak teraz z tego wybrnąć?

Na szczę­ście cha­per skoń­czył wybie­rać z ulicy okruszki i galo­pu­jąc na czwo­ra­kach, rzu­cił się Kar­me­licką w dół ku Lesznu. Sekundę póź­niej znik­nął w tłu­mie.

– Dobra robota – pochwa­lił funk­cjo­na­riu­szy Jerzy i czym prę­dzej ruszył w prze­ciwną stronę.

„Masz zada­nie. Skon­cen­truj się” – upo­mniał się, idąc nie­spiesz­nie Kar­me­licką w kie­runku skrzy­żo­wa­nia z Dzielną i Wię­zienną. To był jego cel. Główny punkt obser­wa­cyjny na tra­sie wio­dą­cej do wię­zie­nia na Pawiaku. A w przy­szło­ści, być może, także miej­sce akcji.

3

Dziew­czyna mu ucie­kała. Zamknęła oczy, zwiot­czała, jej skóra zro­biła się sucha i zimna. Zimny był nawet różo­wawy pot na jej czole. Swoją drogą zabawne, że czło­wiek, który bar­dzo cierpi, poci się krwią.

Tak czy ina­czej, za wcze­śnie na umie­ra­nie. Jesz­cze się nią nie nacie­szył. Jesz­cze nie wyci­snął z niej ostat­niej kro­pli upo­ko­rze­nia i stra­chu. Powoli, z namasz­cze­niem, zli­zał per­lące się na jej czole kro­pelki. Uwiel­biał ten smak. Potem zama­szy­ście ude­rzył dło­nią jej piersi. Z lewej, z pra­wej grzbie­tem dłoni i znów z lewej. Zako­ły­sały się, obi­ja­jąc o sie­bie jak dwa doj­rzałe owoce. Chwy­cił sam czu­bek sutka, ści­snął, wykrę­cił. Dopiero wtedy uchy­liła powieki. Przez chwilę patrzyła nie­przy­tom­nie, jakby z innego, odle­głego miej­sca. Ale w końcu sobie przy­po­mniała, gdzie jest i, przede wszyst­kim, w czy­ich rękach. Jęk­nęła, załkała. Jej zwią­zane w bole­śnie wygięty pałąk ciało zadrżało. Spró­bo­wała wypro­sto­wać nogi, co spo­wo­do­wało zaci­śnię­cie pętli na szyi. Spod kne­bla w ustach dobie­gło ciche rzę­że­nie.

Z nie­mal naboż­nym pie­ty­zmem popra­wił jej czarne, krę­cone loki. Tak aby syme­trycz­nie opa­dały na nagie ramiona. Trzeba przy­znać, że miała ładne włosy. Dłu­gie i gęste. W get­cie, gdzie nie­mal wszy­scy nie doja­dają, zdrowe włosy to rzad­kość.

Ostroż­nie polu­zo­wał kne­bel. Musiał być czujny. Nad nimi, tuż nad sufi­tem niskiej piw­nicy, miesz­kała niczego nie­świa­doma rodzina. Taki był wła­śnie naj­więk­szy pro­blem z tą żydow­ską dziel­nicą. Tu wszę­dzie byli ludzie. Trudno o pry­wat­ność. O słod­kie sam na sam.

Dziew­czyna jed­nak ani myślała już krzy­czeć. Za bar­dzo była prze­ra­żona. I osła­biona. Na jej sinie­ją­cych powie­kach przy­sia­dła już śmierć. Musiał się spie­szyć.

– Zro­bię… wszystko. Tylko daruj życie – szep­nęła.

Czule pogła­skał ją po czar­nych puklach.

– Wiem – odpo­wie­dział łagod­nym gło­sem. – Prze­cież już wszystko zro­bi­łaś.

Zapła­kała. W tym szlo­chu była bez­rad­ność i kapi­tu­la­cja. Prze­ra­że­nie. Jego ulu­biona potrawa z całego menu umie­ra­nia.

Deli­kat­nym ruchem znowu ją zakne­blo­wał. Szarp­nęła się, na nowo zaci­ska­jąc pętlę i na chwilę pozba­wia­jąc się tchu. Wyba­łu­szyła oczy. Odpo­wie­dział przy­ja­znym uśmie­chem, uspo­ka­ja­jąco pokle­pał jej opuch­nięte i posi­nia­czone piersi. A następ­nie wstał, ode­brał z rąk swo­jego mil­czą­cego pomoc­nika wyostrzony rzeź­ni­czy nóż i sta­nął nad nią okra­kiem. Długą chwilę sycił się wido­kiem wiją­cego się mię­dzy jego nogami nagiego, zmal­tre­to­wa­nego ciała. W końcu jed­nak wziął się do roboty.

4

Kwiecień 2017

War­szawa, aleja Jana Pawła II

Otwie­rał wła­śnie drzwi do usy­tu­owa­nego w dłu­gim ciągu bie­gną­cych wzdłuż alei Jana Pawła II pię­tro­wych pawi­lo­nów lom­bardu, kiedy nie­mal sta­ra­no­wała go ete­ryczna sta­ruszka ener­gicz­nie dzio­biąca chod­nik laską. Piotr w ostat­niej chwili zatrzy­mał się w pół kroku, wpusz­cza­jąc kobie­cinę do środka.

Nawet na niego nie spoj­rzała, nie wspo­mi­na­jąc już o „dzię­kuję”. Przy­pa­dła do lady zdy­szana jak Gołota po pierw­szej run­dzie z Tyso­nem.

– Chce pani coś u nas zasta­wić? – pod­po­wie­dział jej tłu­sty byk z roz­le­głym, wie­lo­barw­nym tatu­ażem na przed­ra­mie­niu przed­sta­wia­ją­cym czaszki, cier­nie i inne wymu­skane obrazki, które można sobie wykłuć w salo­nie za kil­ka­set zło­tych.

Pio­trek bez­wied­nie rzu­cił okiem na swoje dło­nie pokryte zro­bio­nymi w wię­zie­niu kul­fo­nami: napis „siła” na czte­rech pal­cach pra­wej dłoni i „honor” na pię­ciu lewej. Do tego łeb węża na wierz­chu pra­wej i róża w pod­ko­wie – sym­bol zakładu kar­nego w Bia­ło­łęce – na lewej.

Chęt­nie by się pozbył tego wydziar­ga­nego badzie­wia.

Babina drżącą ręką wysu­płała z torebki jakiś wisio­rek i z bole­snym wes­tchnie­niem poło­żyła na ladzie. Tłu­sty zgar­nął go jed­nym ruchem ręki. Obej­rzał, zwa­żył, poskro­bał. W tym cza­sie kobie­cina traj­ko­tała jak najęta. O pamiątce po matce, o wiel­kiej war­to­ści sta­rej biżu­te­rii i bez­na­dziej­nym losie pol­skiego eme­ryta. Zano­siło się, że Piotr spę­dzi w lom­bar­dzie dłuż­szą chwilę.

Się­gnął więc do kie­szeni i wyjął zna­le­ziony w komo­dzie pier­ścio­nek. Ale fart! Jak dobrze zagada ze sprze­dawcą, może wystar­czy forsy na uży­wany tele­wi­zor. Bab­cia nawi­jała dalej coraz bar­dziej płacz­li­wym tonem, Pio­trek obej­rzał więc bły­skotkę dokład­niej. Dopiero teraz spo­strzegł, że na wewnętrz­nej stro­nie obrączki, dość nie­po­rad­nie, wyryto ser­duszko i maleń­kie litery. Zmru­żył oczy i prze­czy­tał: „C i J 1943 B.H.O.”.

Co to miało zna­czyć? Jakiś szyfr? Ini­cjały? Tak czy ina­czej, pier­ścio­nek musiał być star­szy, niż myślał. „1943” to zapewne rok. Czasy wojny.

– Jak to osiem­dzie­siąt zło­tych? – Roz­my­śla­nia prze­rwało mu kwi­le­nie sta­ro­winy. – Pro­szę pana, to na pewno jest wię­cej warte!

Tłu­sty tylko pokrę­cił prze­cząco głową. Ziew­nął, potarł nos, prze­niósł spoj­rze­nie na następ­nego klienta w kolejce.

– Ależ pro­szę pana! – nie odpusz­czała bab­cia. – Musi mi pan dać wię­cej. To rodzinna pamiątka! Poza tym samego długu w skle­pie u pani Krysi mam sto dwa­dzie­ścia zło­tych! A to już ostat­nia rzecz, jaką mam do sprze­da­nia. Co ja pocznę z osiem­dzie­się­cioma zło­tymi? A jesz­cze prąd, gaz, woda, lekar­stwa?

– Tu nie pomoc spo­łeczna – skwi­to­wał arty­stycz­nie wyta­tu­owany tłu­ścioch. – Na litość to może se pani brać księ­dza, ja robię biz­nesy. Następny! Co pan tam masz?

Wycią­gnął szyję, zer­ka­jąc na trzy­many przez Pio­tra pier­ścio­nek.

Sta­ro­winka chyba zro­zu­miała, że jej czas prze­mija. Chlip­nęła więc ostatni raz, wytarła spod gru­bych jak soczewki tele­skopu Are­cibo oku­la­rów łzę i wró­ciła do nego­cja­cji.

– To może cho­ciaż dzie­więć­dzie­siąt pan mi da?

Han­dlarz nawet na nią nie spoj­rzał.

– Osiem­dzie­siąt pięć? – jęk­nęła.

Pio­trek poczuł, że robi mu się gorąco. Typ impul­sywny oso­bo­wo­ści chwiej­nej emo­cjo­nal­nie – brzmiała dia­gnoza posta­wiona mu kil­ka­na­ście lat temu, pod­czas pierw­szej odsiadki jesz­cze w popraw­czaku. Zawdzię­czał to coś ponoć tatu­siowi, który z regu­lar­no­ścią metro­nomu lał żonę i swoje dzieci – Piotrka i jego sio­strę. Z tego, co pamię­tał, miało to ozna­czać, że nie umie sobie radzić w zwy­kłych, ale stre­su­ją­cych sytu­acjach. Na każdą drobną trud­ność reago­wał albo wybu­chem nie­po­ha­mo­wa­nej agre­sji, albo cał­ko­wi­tym wyco­fa­niem. Żad­nych sta­nów pośred­nich. Tylko walka lub ucieczka.

Tym razem nie miał ochoty ucie­kać. Tłu­sty go wku­rzał. Zaczy­nał już sobie wyobra­żać, jak za moment się­gnie przez ladę i zła­pie go za grube pod­gar­dle, a potem przy­cią­gnie do sie­bie i…

– Stop! – powie­dział na tyle gło­śno, że tamci prze­rwali i spoj­rzeli na niego pyta­jąco.

„Jesteś teraz innym czło­wie­kiem” – dokoń­czył już w myślach. „Skoń­czy­łeś z tam­tym życiem”.

– Pan coś mówił? – zain­te­re­so­wał się tłu­sty.

Hamer wie­dział, że musi to prze­rwać. Natych­miast. Ina­czej wybuch­nie i będzie źle.

– Tak – odparł. – Mówi­łem. Ale nie do cie­bie, spa­ślaku, tylko do tej pani – dodał, się­ga­jąc do kie­szeni.

Wyjął kilka pomię­tych bank­no­tów i kilka monet. Odli­czył sto dwa­dzie­ścia zło­tych i wrę­czył je sta­ruszce. Szyb­kim, pta­sim ruchem chwy­ciła forsę i rączo stu­ka­jąc laseczką, pognała do wyj­ścia.

– He, he, sama­ry­ta­nin! – zaśmiał się sprze­dawca. – Nawet ci nie podzię­ko­wała.

Nie odpo­wie­dział. Wypadł na ulicę jak wynu­rza­jący się nurek, któ­remu pod wodą skoń­czyło się powie­trze w butli.

– Mało bra­ko­wało – szep­nął, zatrzy­mu­jąc się na chod­niku i roz­glą­da­jąc wokół sie­bie.

Sze­roką ulicą uspo­ka­ja­jąco pędziły samo­chody, na prawo – pod skle­pem na rogu z aleją Soli­dar­no­ści, swoj­sko pohu­ki­wali pijacy, daleko w dali na lewo wiatr poru­szał mono­ton­nie łysymi bady­lami drzewa sto­ją­cego obok wej­ścia do muzeum gesta­pow­skiego wię­zie­nia na Pawiaku. Ode­tchnął głę­boko, wygła­dził myśli.

Co teraz? Wciąż miał pier­ścio­nek. Do tłu­stego han­dla­rza wpraw­dzie nie wróci, ale są prze­cież inne lom­bardy. Tylko… przy­po­mniał sobie pochli­pu­jącą sta­ruszkę. Ta bły­skotka z komody też pew­nie była czy­jąś rodzinną pamiątką. Nie­ocze­ki­wa­nie dopa­dła go sza­lona myśl, żeby odna­leźć jej wła­ści­cielkę i zwró­cić pier­ścio­nek. To byłby ładny, choć kom­plet­nie bez­sen­sowny gest. W miej­scu, w któ­rym się wycho­wał – na ulicy Strze­lec­kiej na war­szaw­skiej Pra­dze – uznano by go za szczyt fra­jer­stwa. Ale Piotr prze­cież wła­śnie przed tym miej­scem ucie­kał. Dla­tego po wyj­ściu z wię­zie­nia wyna­jął kawa­lerkę na dru­gim brzegu Wisły, żeby odciąć się wresz­cie od tego, co dotąd cią­gnęło go w otchłań. Może więc jed­nak popeł­nić to sza­leń­stwo? To byłby dobry począ­tek jego nowego życia. A poza tym kto wie? Może wła­ści­cielka pier­ścionka by go wyna­gro­dziła? Może nawet dostałby wię­cej niż sto, sto pięć­dzie­siąt zło­tych, na które może liczyć u tych pazer­nych lichwia­rzy z lom­bar­dów?

Ode­tchnął głę­boko war­szaw­skim smo­giem. Poma­rzyć fajna rzecz. Ale życie jest życiem. Jeśli szybko nie spie­nięży tej bły­skotki, będzie do końca mie­siąca lizał łapę. Więc… No dobra, jesz­cze dzi­siaj nie musi szu­kać innego lom­bardu. Może tro­chę pouda­wać przed samym sobą, że jesz­cze się nad tym ruchem zasta­nowi. Może nawet pora­dzi się Lusi?

– A na razie nie jest źle. – Pró­bo­wał oszu­ki­wać sam sie­bie. – W końcu wypłata już za dzie­sięć dni, a mi zostało jesz­cze całe dzie­sięć zło­tych.

5

Kwiecień 2017

War­szawa, ulica Hozju­sza na Żoli­bo­rzu

Z sądu rejo­no­wego przy ulicy Kocjana 3 udało mu się dotrzeć na Żoli­borz bez sta­nia w kor­kach. Na Kra­siń­skiego jak zwy­kle bar­dziej przy­ci­snął gaz, pło­sząc guz­drzą­cych się na ścieżce rowe­ro­wej cykli­stów. Minął kościół św. Sta­ni­sława Kostki, w któ­rym był pocho­wany jakiś ksiądz czy inny święty, skrę­cił w prawo i znów w prawo. Zwol­nił przed otwie­raną pilo­tem bramą. Igno­ru­jąc kła­nia­ją­cego mu się z okienka straż­ni­czej budki ochro­nia­rza, zje­chał do garażu pod­ziem­nego. Nie bez wysiłku wci­snął swo­jego SUV-a pomię­dzy lexusa RX i mer­ce­desa ML sąsia­dów. Wysiadł, sta­ra­jąc się nie obtłuc drzwi, prze­cią­gnął pal­cem po klamce i kiedy auto poże­gnało go zwie­lo­krot­nio­nym przez echo klik!, ruszył w stronę scho­dów.

Na pierw­szym stop­niu zatrzy­mał się, obej­rzał, zlu­stro­wał swoje auto w mod­nym kolo­rze bia­łej perły.

– Cay­enne. – Przez chwilę sma­ko­wał jego nazwę. A potem skrzy­wił się jak ktoś, komu tra­fiła się kwa­śna, nie­doj­rzała cze­re­śnia, i wypluł jesz­cze cztery słowa: – Cay­enne, porsche dla ubo­gich.

A do tego zale­d­wie sze­ścio­cy­lin­drowy sil­nik. Pra­wie naj­tań­sza opcja z całej oferty poło­żo­nej w Lip­sku firmy. Tro­chę wstyd.

„Mece­nas Szy­mon Drza­zga” – gło­siła mosiężna tabliczka na dębo­wych drzwiach pro­wa­dzą­cych do apar­ta­mentu na par­te­rze. Otwo­rzył je, wszedł do wąskiego holu, z któ­rego można było przejść do łazienki, sypialni i salonu z anek­sem kuchen­nym. Drzwi tara­sowe na gra­nicy salonu i aneksu wio­dły do mikro­sko­pij­nego ogródka. Głu­pie sie­dem­dzie­siąt metrów. Co z tego, że w jed­nym z naj­bar­dziej pre­sti­żo­wych miejsc sto­licy, gdzie metr kwa­dra­towy kosz­to­wał trzy­dzie­ści pięć tysięcy?

Cia­snota, sąsiedz­two za ścianą, zero praw­dzi­wego pre­stiżu.

Poło­żył lap­top na ciso­wym sto­liku pod krysz­ta­ło­wym lustrem w moder­ni­stycz­nej ramie i czuj­nie przyj­rzał się swo­jemu odbi­ciu.

Trzy­dzie­ści pięć lat, nie­źle dopa­so­wany gar­ni­tur, wypra­co­wana w fit­ness clu­bie syl­wetka. Nieco za mała szczęka, za wąskie usta, zbyt zakrzy­wiony nos, jak za prze­pro­sze­niem u jakie­goś Żyda. Za to spoj­rze­nie jak trzeba. Zimne, błę­kitne, pewne sie­bie. Z nutką cze­goś nie­obli­czal­nego. Z iskrą zaczep­nej pogróżki.

– Daję ci pół roku – poin­for­mo­wał chłod­nym gło­sem tam­tego. – Do tego czasu masz zamknąć tę sprawę.

Skoń­czył, odwró­cił się i wszedł ener­gicz­nym kro­kiem do salonu. Nie zwal­nia­jąc, zgar­nął pilota ze sto­lika z dębo­wym bla­tem i włą­czył roz­cią­ga­jący się na całą ścianę tele­wi­zor. Zalał go szum ser­wisu infor­ma­cyj­nego. Kurs franka, stan gospo­darki oży­wio­nej 500+, nie­pra­wi­dło­wo­ści przy zwro­cie sto­łecz­nych kamie­nic, dewiant, który w ubie­głym roku odciął kobie­cie głowę, uznany za poczy­tal­nego.

Nie słu­cha­jąc wia­do­mo­ści, Drza­zga pod­szedł do ste­ryl­nie czy­stej kuchni – w któ­rej szczy­tem jego kuli­nar­nych osią­gnięć było odgrza­nie paelli w mikro­fa­lówce – i włą­czył eks­pres. Zapro­gra­mo­wał podwójne espresso latte, odcze­kał, ode­brał, umo­czył usta. I opadł z fili­żanką Rosen­thala na obitą wiel­błą­dzią skórą sofę.

– Pół roku – powtó­rzył. – A potem wypier­da­lam z tego getta do domu z base­nem i ben­tleyem w garażu.

6

Kwiecień 1942

War­szawa, getto żydow­skie

Cyla Bar­tycka prze­ci­skała się przez tłum zapeł­nia­jący ulicę Kar­me­licką, nie tra­cąc z oczu ele­gan­cika. Męż­czy­zna był dosyć wysoki, ale nie aż na tyle, żeby góro­wać nad rzeką głów pły­ną­cych ulicą. Miał jed­nak coś, co go wyróż­niało – kape­lusz. W get­cie od dawna nikt już ich nie nosił. Wszyst­kie zostały sprze­dane i wywie­zione za mur, na aryj­ską stronę.

Wła­ści­wie sama nie wie­działa, dla­czego go śle­dzi. Cho­ciaż „śle­dzi” było za moc­nym sło­wem. I tak szła w stronę domu poło­żo­nego w IV Rejo­nie, przy Świę­to­jer­skiej.

Dziwny facet. Nie­miec, to pewne. Gustaw von Ples­sen, jeśli dobrze pod­słu­chała. Wyprę­żony po woj­sko­wemu blon­dyn z pro­stym nosem i wydatną szczęką. Ale chyba nie z gestapo. Choć to, w jaki spo­sób usta­wił Fran­ken­ste­ina – jak w get­cie prze­zy­wano tę krwio­żer­czą bestię, rottenführera Josefa Blo­sche – świad­czyło o tym, że jest jakimś waż­nia­kiem. Lecz skoro tak, to dla­czego chwilę póź­niej ujął się za schwy­ta­nym przez tych słu­gu­sów z ŻSP cha­pe­rem?

Męż­czy­zna stał teraz obok zakładu, w któ­rym prze­ra­biano dzie­cięce wózki na ruchome sto­iska han­dlowe. Gapił się w mil­cze­niu na dłu­gie rzędy spa­ce­ró­wek i gon­dol, jakby nie rozu­miał, skąd tutaj tyle ich się wzięło. Nie sły­szał o epi­de­mii tyfusu z zeszłego roku, która zabrała z getta więk­szość star­ców i dzieci?

O, ruszył. Wol­nym kro­kiem w kie­runku Pawiaka, wciąż ści­ska­jąc pod pachą aktówkę. Więc może to jed­nak gestapo? Jeśli tak, to dla­czego zacho­wuje się tak wstrze­mięź­li­wie? Niemcy w get­cie albo zaraz wycią­gali apa­raty foto­gra­ficzne i cykali zdję­cia tru­pów i żebra­ków, albo wrzesz­czeli i trza­skali na odlew w twarz, by natych­miast uzy­skać potrzebną im infor­ma­cję.

W końcu Cyla posta­no­wiła dać sobie spo­kój ze śle­dze­niem ele­gan­cika. Szkoda fatygi. W domu cze­kali bra­cia. Star­szy od niej o sześć lat, dwu­dzie­sto­pię­cio­letni Adam, nie wyma­gał opieki. Od wielu dni, ba! od mie­sięcy, sie­dział zapa­trzony w okno i obser­wo­wał spa­ce­ro­wi­czów w ogro­dzie Kra­siń­skich po dru­giej stro­nie muru. Cza­sem tylko gwał­tow­nie wsta­wał i wycho­dził z pokoju, w któ­rym gnieź­dziła się cała ich pię­cio­oso­bowa rodzina. Zni­kał wtedy na kilka dni, po czym wra­cał – jesz­cze bar­dziej smutny, melan­cho­lijny, wychu­dły – i znów zasia­dał w oknie. Pro­blem sta­no­wił Artur, jej uko­chany dzie­wię­cio­letni bra­ci­szek. Ten z kolei nie potra­fił usie­dzieć w miej­scu. Cią­gle gdzieś ganiał, naj­czę­ściej – przez dziury w murze – prze­do­sta­wał się na aryj­ską stronę. Han­dlo­wał tam sta­rymi ciu­chami, zepsu­tymi żelaz­kami, nie wia­domo skąd wydłu­ba­nymi kablami elek­trycz­nymi, i kupo­wał za to ćwiartkę chleba lub jabłko. Śmier­tel­nie nie­bez­pieczna zabawa! Mógł wpaść po tam­tej stro­nie albo zostać zastrze­lony w cza­sie prze­cho­dze­nia przez mur. Wła­śnie Fran­ken­stein zawdzię­czał swój pseu­do­nim temu, że chęt­nie strze­lał do takich małych szmu­glow­ni­ków. Temu, a także gwał­tom na żydow­skich dziew­czę­tach, które póź­niej mor­do­wał.

A prze­cież Artur nie musiał się tak nara­żać! Mama Róża miała świetną pracę w zakła­dzie wytwa­rza­ją­cym szczotki, drew­niaki, pan­to­fle z masy papie­ro­wej i tek­tury oraz let­nie sukienki prze­ra­biane ze sta­rych poszew, obru­sów i prze­ście­ra­deł. Cyla sama wła­śnie taką na sobie miała. Prze­far­bo­wana na czer­wono powłoczka, ze wstaw­kami ze sta­rej firanki i bia­łymi gro­chami. Za takie cuda mamu­sia zara­biała cza­sem nawet 15 zło­tych dzien­nie! Jesz­cze lepiej sobie radził zatrud­niony w przed­się­bior­stwie pogrze­bo­wym tata Andrzej. Ten dumny przed­wo­jenny śled­czy, prze­chrzczony na kato­li­cyzm żyd, czyli meches, mógłby się wyprzeć rodziny i spró­bo­wać prze­trwać po aryj­skiej stro­nie w gra­na­to­wej poli­cji. On jed­nak wolał pójść do getta razem z żoną i dziećmi. Pap­cio nie wstą­pił też do żydow­skiej poli­cji, choć szef tej for­ma­cji, przed­wo­jenny puł­kow­nik Poli­cji Pań­stwo­wej Józef Sze­ryń­ski (też meches zresztą) bar­dzo go nama­wiał. Tatuś uwa­żał, że byłoby to poni­żej jego god­no­ści. Zamiast tego został łapi­du­chem wożą­cym zmar­łych na cmen­tarz żydow­ski w fir­mie pogrze­bo­wej króla nie­bosz­czy­ków Modela Pin­kierta. Pen­sja takiego pra­cow­nika wyno­siła… zero zło­tych. Ale jakie roz­ta­czała nie­for­malne moż­li­wo­ści!

Z roz­my­ślań wyrwał ją wzno­szący się nad ulicą wrzask tłumu. Obej­rzała się i… ledwo zdą­żyła usko­czyć w kłę­biącą się na chod­niku ludzką masę. Minął ją roz­pę­dzony opel blitz, na któ­rego stop­niu stał Nie­miec tłu­kący prze­chod­niów drew­nianą pałką. Z wciąż biją­cym ser­cem patrzyła, jak roz­pę­dzona cię­ża­rówka skręca w Dzielną i hamuje dopiero pod bramą Pawiaka.

Odbi­ja­jąc na tym samym skrzy­żo­wa­niu w prawo, w kie­runku domu, ostatni raz poszu­kała wzro­kiem kape­lu­sza. Jego dumny posia­dacz stał w głębi ulicy, nie­mal przy skrę­cie w Wię­zienną, zapa­trzony w cię­ża­rówkę sto­jącą przed szla­ba­nem pod bramą wię­zie­nia. Wyglą­dał tak, jakby chciał prze­nik­nąć wzro­kiem bre­zent plan­deki i zoba­czyć, kto sie­dzi na pace. A kiedy samo­chód zady­mił, zawar­czał i wje­chał na wewnętrzny dzie­dzi­niec, ele­gan­cik otwo­rzył aktówkę, wydo­był z niej zeszyt i chwilę coś pil­nie noto­wał.

Ki czort? Czyżby Niemcy zaczęli kon­tro­lo­wać samych sie­bie? A może on jest z pol­skiego ruchu oporu i…

Cyla nie dokoń­czyła tej myśli, bo pod sklep spo­żyw­czy, obok któ­rego stała, zaje­chała bryczka cią­gnięta przez dycha­wiczną szkapę. Żydow­skie Pogo­to­wie Ratun­kowe. Z roz­kle­ko­ta­nego powozu wysko­czyło trzech bar­czy­stych dra­bów – szcze­gól­nie jeden, wysoki i wielki Zysman Hilicz, robił pio­ru­nu­jące wra­że­nie – i roz­trą­ca­jąc prze­chod­niów, wpa­dło do środka. Coś gruch­nęło, roz­pry­sło się szkło, przez otwarte drzwi na ulicę wyto­czyły się buraki, które natych­miast pochwy­cili cha­pe­rzy.

– Po haracz przy­je­chali – skwi­to­wał męż­czy­zna w poprze­cie­ra­nym cha­ła­cie i z długą brodą. – Pogo­to­wie… Aku­rat! Pospo­lite zbiry z daw­nej „Trzy­nastki”, psia ich mać.

Odwró­ciła się bły­ska­wicz­nie i szyb­kim kro­kiem ruszyła w stronę wschod­niej gra­nicy getta. Na dziś miała dosyć atrak­cji. Trzeba zro­bić pra­nie w wodzie po ziem­nia­kach, wysu­szyć, a wie­czo­rem, po zmroku, kiedy w rurach być może pojawi się gaz, ugo­to­wać na jutrzej­szy obiad czu­lent z bru­kwi. Oby tylko jutro nade­szło. Coraz czę­ściej mie­wała co do tego wąt­pli­wo­ści, mimo iż z natury była opty­mistką.

7

Kwiecień 2017

War­szawa, osie­dle Ursy­nów

Szli obok sie­bie główną aleją Gale­rii Ursy­nów. A raczej krę­cili się nie­zde­cy­do­wa­nie wokół scho­dów. Lusia nie­mal wisiała na jego ramie­niu, łatwo mu więc było nią kie­ro­wać. Wciąż jesz­cze nie przy­zwy­cza­iła się do swo­jej ułom­no­ści i każde samo­dzielne stąp­nię­cie było dla niej jak krok w czarną otchłań. Tylko przy nim odzy­ski­wała pew­ność ruchów.

– Doj­dziemy wresz­cie do tej cukierni? – maru­dziła. – Nie wie­rzę, że nie potra­fisz jej zna­leźć.

Pio­trek prze­łknął, pró­bu­jąc zapa­no­wać nad śli­no­to­kiem. Cho­lera, był głodny jak bez­pań­ski pies. Ow­szem, doja­dał resztki, które pozo­sta­wiali po posił­kach pacjenci hospi­cjum, ale to mu nie wystar­czało. Kucharka go lubiła, więc gdyby powie­dział jej, że nie ma pie­nię­dzy na jedze­nie do końca mie­siąca, z pew­no­ścią wycza­ro­wa­łaby dla niego co naj­mniej talerz zupy dzien­nie. Na to jed­nak był zbyt dumny. Tak samo jak na ciastko, które chciała zafun­do­wać mu Lusia. Nie lubił mieć dłu­gów.

– Słu­chaj, a może już wró­cimy? – zapro­po­no­wał. – W hospi­cjum mogli się już poła­pać, że cie­bie nie ma, i wsz­cząć alarm.

Zachi­cho­tała.

– Nie mów, że się boisz. Ty? – Moc­niej wtu­liła się w jego ramię, zmu­sza­jąc go, żeby przy­sta­nął. – Urwa­łam się tutaj na ciastka i nic mnie nie powstrzyma przed zje­dze­niem wuzetki i popi­ciem jej colą. Pro­wadź do cukierni, wodzu! Albo zacznę zaga­dy­wać obcych męż­czyzn. A naj­pierw obma­cy­wać. Bo, przy­po­mi­nam, jestem zupeł­nie ślepa. Chcesz tego?

Popa­trzył na nią z uśmie­chem. Ech, ta Lusia. Panienka z dobrego domu, świeżo upie­czona stu­dentka medy­cyny, wysoka – wyż­sza nawet od jego mar­nych stu osiem­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów wzro­stu, ete­ryczna blon­dynka o gra­cji modelki. Guz nowo­two­rowy uci­skał jej nerw wzro­kowy, oszczę­dza­jąc jed­nak duże i piękne oczy. Inte­li­gentna, dobrze wycho­wana, z zapla­no­waną w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach wizją przy­szło­ści. Ni­gdy by nawet na niego nie spoj­rzała w swoim poprzed­nim życiu. Nie spoj­rzała? Na widok zaka­za­nej gęby ucie­kłaby wzro­kiem za hory­zont! Nawet teraz Piotr cie­szył się, że młod­sza od niego o dzie­sięć lat dziew­czyna nie widzi tych wszyst­kich tatu­aży i blizn po bój­kach i samo­oka­le­cze­niach. Pew­nie inni salowi napo­mknęli jej coś na temat jego wyglądu, ale i tak z pew­no­ścią nie zda­wała sobie sprawy, jakie mon­strum obda­rzyła sym­pa­tią i zaufa­niem.

Pio­trek nie chciał tego wszyst­kiego. Lubił ją, ale wyko­rzy­sty­wa­nie bez­na­dziej­nej sytu­acji, w jakiej zna­la­zła się Luśka, nie było w jego stylu. Ow­szem, był kie­dyś ban­dytą i zło­dzie­jem. Może na­dal jest. Ale nie nada­wał się na far­ma­zona, który zawró­ciłby w gło­wie umie­ra­ją­cej dziew­czy­nie. Ona jed­nak nie chciała tego zro­zu­mieć. Cho­lera, że też aku­rat jego wybrała sobie na powier­nika i kum­pla! I jesz­cze ta jej kom­plet­nie odje­chana prośba! Jak niby miałby się teraz z tego wymo­tać?

„Dobra, coś się z cza­sem wyczasz­kuje” – uspo­koił się w myślach. „A na razie dość tej walki z sobą. Jedno ciastko to nie takie znowu wiel­kie halo. Zresztą, oddam jej po wypła­cie”.

* * *

– Myślę, że jest bar­dzo stary – powie­działa, obma­cu­jąc pier­ścio­nek nie­mal prze­zro­czy­stymi pal­cami. – Co chcesz z nim zro­bić?

Spoj­rzał na nią z lekką iry­ta­cją. W sumie to nie zamie­rzał opo­wia­dać Lusi o swoim zna­le­zi­sku. Zro­bił to teraz, żeby zmie­nić temat. Bo znów zaczęła wier­cić mu dziurę w brzu­chu w spra­wie tego swo­jego kom­plet­nie nie­re­al­nego marze­nia.

– Co zro­bię? – powtó­rzył, czu­jąc, jak po żyłach roz­pływa mu się czy­ste zło. – To oczy­wi­ste, zaniosę do pasera, wyrwę jak naj­wię­cej kasy, a potem spiję się jak świ­nia.

Myślał, że ją urazi, albo i spło­szy, ale Luśka się roze­śmiała.

– Kur­czę! Cza­sem zapo­mi­nam, jaki z cie­bie mroczny typ.

Zawsze umiała go roz­broić. „Mroczny typ”. Nie­złe. Może taką powi­nien mieć ksywkę, a nie zwy­czaj­nie Hamer? Złość natych­miast wsią­kła w zgniłą glebę jego czar­nej duszy i też się zaśmiał.

– Tak serio, to jesz­cze nie zde­cy­do­wa­łem. Myślisz, że trzeba to oddać?

– Ale komu?

– Na pewno nie temu cwa­nia­kowi, który prze­han­dlo­wał komodę. To pośred­nik. Musiał­bym dotrzeć do praw­dzi­wego wła­ści­ciela.

– A dał­byś radę?

To pyta­nie leciutko go dotknęło. Co ona sobie myśli? Że jest tylko tępym, wyta­tu­owa­nym debi­lem?

– Żaden pro­blem – odparł oschle.

– Super! – Odło­żyła widel­czyk, któ­rym prze­pro­wa­dzała wiwi­sek­cję wuzetki, na co Piotr patrzył z wciąż skur­czo­nym od głodu żołąd­kiem (swój tort kaj­ma­kowy wcią­gnął z tale­rza nie­mal nosem). – Więc plan jest taki. – Wyma­cała na sto­liku szklankę coli i pocią­gnęła długi łyk. – Odda­jesz pier­ścio­nek, zosta­jesz w oczach jakiejś sta­ruszki boha­te­rem, a potem bie­rzesz się do mnie.

– Biorę… do cie­bie?

Znów się zaśmiała.

– No, nie obie­cuj sobie za dużo, przy­stoj­niaku. Mówię… wiesz o czym.

– Ale to sza­leń­stwo!

Gwał­tow­nie spo­waż­niała. Potem odszu­kała na bla­cie jego dłoń i w swój ulu­biony spo­sób prze­plo­tła białe palce przez jego cztery koślawe: „siła”. Wyglą­dało to, jakby kwiat zapusz­czał korzonki w gli­nia­stej ziemi.

– Pio­trek. Nie zostało mi wiele czasu. Gle­jak wie­lo­po­sta­ciowy, pamię­tasz, jak ci mówi­łam? Wyjąt­kowo wredna odmiana nowo­tworu zło­śli­wego mózgu, która zabija w dwa­na­ście mie­sięcy. A ja noszę go w gło­wie już od czte­rech. Teraz jestem ślepa, mie­wam zawroty głowy i powłó­czę nogami. Za tydzień mogę już nie wsta­wać z łóżka, a za mie­siąc, być może, zapo­mnę, jak się nazy­wam.

Nie odpo­wie­dział. Nie miał już czym odwró­cić jej uwagi.

– Musisz mi pomóc to zro­bić. Musisz. Rodzina się na mnie wypięła. Płacą dużą kasę za miej­sce w hospi­cjum i leki, od reszty wolą odwró­cić wzrok. Daw­nych przy­ja­ciół już nie mam. Nawet tych, z któ­rymi kie­dyś żeglo­wa­łam. A mój chło­pak powie­dział, że to jed­nak nie była miłość. I ma inną. Sam widzisz, że zosta­łeś mi tylko ty.

– Ale ja jestem na warun­ko­wym zwol­nie­niu. Jeśli zro­bię to, o co mnie pro­sisz, to…

Z gło­śnym hukiem odsta­wiła szklankę.

– Zawsze byłeś taki roz­sądny? Czy dopiero teraz zaczyna ci bra­ko­wać odwagi?

Powie­działa to tak gło­śno, że w kawiarni zapa­dła cisza. Jakaś zapa­trzona w sie­bie parka przy sąsied­nim sto­liku trwoż­nie zmie­rzyła Piotrka wzro­kiem i czym prę­dzej się wyco­fała. Kel­nerka zaczęła nagle sta­ran­nie czy­ścić pod­łogę za bar­kiem. Koleś w bok­ser­skiej koszulce „Ever­Last” zapa­trzył się w szybę.

„Odwaga” – powtó­rzył w myślach.

– Lusia? – zdo­był się w końcu na zada­nie pyta­nia.

– Co, do dia­bła?! – Wciąż była wku­rzona.

– Mogę dokoń­czyć twoją wuzetkę?

8

Kwiecień 1942

War­szawa, getto żydow­skie

Przy­siadł na pię­tach obok kara­wanu rowe­ro­wego z napi­sem „Wiecz­ność, ul. Dzielna 1” i prze­glą­dał reklamy w „Gaze­cie Żydow­skiej”. „Kuchenka feno­men. Gotuje lepiej niż każda kuch­nia”. „Żądaj­cie tylko wód mine­ral­nych T-wa Mine­rał”. „Pro­szek jajeczny Erika zastę­puje w zupeł­no­ści natu­ralne jajko”. „Kara­kuły sztuczne”. Ziew­nął i prze­szedł do ogło­szeń. „Samotna przyj­mie każdą pracę”. „Jakiej­kol­wiek pracy za jedze­nie podej­mie się inte­li­gentny”. „Lin­gwi­sta, per­fekt nie­miecki, poszu­kuje zaję­cia w zamian za obiad”.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki