Kręgi - Zbigniew Zborowski - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Kręgi ebook i audiobook

Zbigniew Zborowski

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Na Polu Mokotowskim w Warszawie zostaje znalezione ciało brutalnie zamordowanej dziewczyny. Sprawca odciął jej obie dłonie, a sposób, w jaki to zrobił, przywodzi na myśl nierozwiązaną sprawę sprzed lat. Policja rozpoczyna zakrojone na szeroką skalę dochodzenie.

W tym samym czasie Bartosz Konecki – niegdyś utalentowany policjant, dziś prywatny detektyw z problemami – przyjmuje nietypowe zlecenie. Ma obserwować wschodzącą gwiazdę telewizji. Rutynowa sprawa szybko przeradza się jednak w skomplikowane śledztwo, gdy były funkcjonariusz odkrywa niepokojący związek między swoim zadaniem a okrutną zbrodnią popełnioną w parku miejskim.

Czy mieszkańcy Warszawy są świadkami powrotu seryjnego mordercy?

„Kręgi” to mroczny kryminał o zmaganiu się z własnymi demonami i przepracowywaniu osobistych traum. Zbigniew Zborowski opowiada o tym, jak jeden czyn potrafi uruchomić lawinę zdarzeń, które zataczają coraz szersze kręgi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 443

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 32 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Maciej Motylski

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Fragment

Ty­tuł: Kręgi

Co­py­ri­ght © Zbi­gniew Zbo­row­ski, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt okładki: Da­niel Na­tka­niec

Re­dak­cja: Mi­lena Schefs

Ko­rekta: Pra­cow­nia Mole

ISBN 978-91-8076-852-8

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.pl

– Spójrz­cie.

– Kręgi.

– Na wo­dzie.

– Na po­czątku są małe. A po­tem spójrz­cie,

jak się po­więk­szają. Ale musi być ktoś, kto za­cznie.

(Po­ca­hon­tas)

Gwał­tem za­bija się albo ka­le­czy

Bliź­nich osobę, a do­bra i mie­nie

Po­ża­rem gubi, ra­buje, ni­we­czy.

Stąd skry­to­bój­ców i mor­der­ców cie­nie,

Zbrod­niów, zło­dziei od­dzielną ko­morą

Do­stały pierw­szy krąg na po­sie­le­nie.

(Dante Ali­ghieri, Bo­ska Ko­me­dia, przeł. E. Po­rę­bo­wicz, pieśń XI)

PRO­LOG

War­szawa. Li­piec 1992

Obu­dziła się na­gle, od razu przy­tomna, z po­czu­ciem, że jest źle. Gwał­tow­nie wcią­gnęła po­wie­trze. Jak to­nący, który wy­nu­rzył się na po­wierzch­nię, lecz wie, że nie star­czy mu sił, by się dłu­żej na niej utrzy­mać. Zimne świa­tło ja­rze­nió­wek pod wy­so­kim su­fi­tem uka­zało jej ob­szerną, po­zba­wioną okien halę. Le­żała na sze­ro­kim i dłu­gim me­ta­lo­wym stole, nad któ­rym zwie­szała się piła tar­czowa.

Po­czuła, jak prze­ra­że­nie za­lewa jej serce, i rap­tow­nie usia­dła. Nie była zwią­zana. Ze­sko­czyła. Prze­bie­gła kilka me­trów. Bose stopy za­dud­niły na zim­nej, be­to­no­wej pod­ło­dze, po­kry­tej je­dy­nie po­pla­mio­nym li­no­leum. Za­trzy­mała się. Wró­ciła. Ru­szyła w prze­ciw­nym kie­runku. Znowu sta­nęła.

Była sama w tym dziw­nym po­miesz­cze­niu, w któ­rym oprócz stołu i piły zgro­ma­dzono mnó­stwo za­gad­ko­wych przed­mio­tów. Z su­fitu zwi­sały wiel­kie haki, pod ścia­nami stały po­jem­niki na ko­łach, a tuż obok niej pię­trzyło się coś, co wy­glą­dało jak ta­bo­ret ol­brzyma. Wszystko lśniące, me­ta­lowe, zimne.

– Co to za miej­sce? – Jej szept ule­ciał ku su­fi­towi, by po chwili wró­cić echem, które wwier­ciło się w mózg nie­zno­śnym bó­lem.

– To rzeź­nia! – Usta uło­żyły się w słowa, któ­rych nie miała od­wagi wy­po­wie­dzieć. – Obu­dzi­łam się w rzeźni.

Spró­bo­wała ze­brać my­śli. Skon­cen­tro­wać się. Bo­lała ją głowa, a w ustach czuła cierpki, che­miczny smak, od któ­rego ro­biło jej się nie­do­brze.

– Jak się tu­taj zna­la­złam?

Cał­kiem nie­dawno, nie­mal przed chwilą, rzu­ciła wszystko, czego nie zno­siła, za­kwe­stio­no­wała mo­del ży­cia, który pę­tał ją jak gro­bowy ca­łun. Du­siła się w nim, nu­dziła, gar­dziła nim. Długo nie miała od­wagi, żeby się z tego wy­zwo­lić. Trudno być od­ważną, kiedy się ma do­piero pięt­na­ście lat. Ale w końcu się udało. Oznaj­miła ro­dzi­com i ca­łej ma­ło­mia­stecz­ko­wej resz­cie, że ru­sza w Pol­skę. Sama. Było piękne lato. Po­je­chała na fe­sti­wal roc­kowy do Ja­ro­cina – miał za­grać Dżem. A ra­czej chciała po­je­chać. Te­raz pa­mię­tała tylko biało­szarą szosę, przy któ­rej ła­pała stopa, i dwóch sym­pa­tycz­nych pa­nów za­trzy­mu­ją­cych się przy niej wiel­kim merce­de­sem. A po­tem cierpki, che­miczny smak tam­ponu, który ktoś przy­ci­skał jej do ust i nosa.

– Uśpili mnie. Dra­nie.

Po co to zro­bili? Od­po­wiedź przy­szła szyb­ciej niż wy­po­wie­dze­nie w my­ślach tego py­ta­nia. Prze­stra­szyła się jesz­cze bar­dziej. Nie była już dziec­kiem. Przy­naj­mniej do tej chwili tak są­dziła.

Spoj­rzała na swoje od­bi­cie w wy­po­le­ro­wa­nej me­ta­lo­wej ściance dziw­nego – jak wszystko wo­kół – urzą­dze­nia. Miała na so­bie dżinsy z ba­za­rku na rynku i ko­szulkę. Żad­nych dziur, roz­darć, siń­ców. Zgi­nęły jej tylko buty. Może więc nie jest tak źle?

Po­now­nie ru­szyła przed sie­bie. Tym ra­zem już jed­nak nie bie­gła. Zro­zu­miała, że to nie ko­niec. To ra­czej po­czą­tek. Oni gdzieś tu­taj są. Czają się, knują, ob­ser­wują.

Ro­zej­rzała się. Wo­kół nie było ży­wego du­cha. Ostroż­nie po­de­szła do cięż­kich i gru­bych me­ta­lo­wych drzwi. Były uchy­lone. Wyj­rzała i za­raz cof­nęła głowę. Znów wyj­rzała.

Ko­ry­tarz był oświe­tlony błę­kit­nym świa­tłem brzę­czą­cych ci­cho ja­rze­nió­wek. Na­dal żad­nych okien. Po pra­wej odra­pane drzwi do ła­zie­nek, po le­wej ko­lejne uchy­lone sta­lowe wrota. Pod ścia­nami wię­cej po­jem­ni­ków i wóz­ków. Wszyst­kie na kół­kach. W po­wie­trzu za­pach stę­chli­zny, ku­rzu i cze­goś jesz­cze. Le­dwo uchwytny, me­ta­liczny, draż­niący noz­drza za­pach. Znała go. To był za­pach krwi.

Szła ko­ry­ta­rzem, ostroż­nie roz­glą­da­jąc się wo­kół. Ogromny be­to­nowy bun­kier wy­peł­niony był lśnią­cymi urzą­dze­niami do za­bi­ja­nia, kro­je­nia, odzie­ra­nia ze skóry. Plą­ta­nina ko­ry­ta­rzy, sal du­żych i mniej­szych. Wciąż ani jed­nego okna, choćby świe­tlika. Jed­nak prze­cież gdzieś, do li­cha ja­snego, musi być stąd ja­kieś wyj­ście.

Wtedy usły­szała zwie­lo­krot­niony echem, od­le­gły śmiech. Po­tem od­głos kro­ków. Prze­ra­że­nie ża­rzące się w środku klatki pier­sio­wej na­gle się roz­pa­liło – jak pa­le­ni­sko gwał­tow­nie otwar­tego pie­cyka. Rzu­ciła się bie­giem w prze­ciw­nym kie­runku. Za nią roz­brzmiało dud­nie­nie bie­gną­cych nóg. Ści­gał ją nie je­den, nie dwóch, ale kilku lu­dzi. Znie­kształ­cone echem głosy zda­wały się brzmieć po nie­miecku.

Niemcy? W ogrom­nej rzeźni? A może to tylko kosz­marny sen?

W tym mo­men­cie jej spa­ni­ko­wany i wciąż otu­ma­niony umysł wresz­cie się prze­bu­dził.

– Mu­szę wró­cić tam, gdzie się obu­dzi­łam!

Stół, piła, rząd ha­ków pod su­fi­tem. To ja­sne. Tam tra­fiają zwie­rzęta tuż po uboju. A więc gdzieś obok musi być hala, w któ­rej są uśmier­cane, a za nią rampa, przez którą są pę­dzone do rzeźni.

Wyj­ście.

Za­wró­ciła na pię­cie i po­gnała z po­wro­tem. Byle zdą­żyć przed tam­tymi. Kim­kol­wiek są.

Była szybka. W kilku su­sach do­pa­dła cięż­kich drzwi, przez które do­piero co wy­szła. Sko­czyła do hali, mi­nęła stół i piłę, do­strze­gła ko­lejne drzwi, pew­nie pro­wa­dzące do ubojni. Rzu­ciła się ku nim.

I za­raz za­ha­mo­wała.

Zo­ba­czyła ich. Wcho­dzili ko­lejno, za­trzy­my­wali się, mie­rzyli ją wzro­kiem. Jakby oce­niali pół­tu­szę.

Męż­czyźni. Nie wy­glą­dali na po­twory. Ten z pra­wej był ni­ski i pulchny, o jo­wial­nej twa­rzy. Środ­kowy był wyż­szy, ale znacz­nie star­szy. Po le­wej stał naj­młod­szy, z brzusz­kiem ry­su­ją­cym się pod dre­sową bluzą. Może nie jest tak źle? Może chcieli tylko po­na­pa­wać się tro­chę jej stra­chem? Za­żar­to­wać?

Nie. W ich oczach było coś, co od­bie­rało na­dzieję. Oni chcieli ją skrzyw­dzić. Skoro jed­nak spra­wiali wra­że­nie zwy­czaj­nych fa­ce­tów w wieku jej taty, to może da się ich ubła­gać? Prze­pro­sić? Prze­ko­nać, żeby zo­sta­wili ją w spo­koju?

– Nie rób­cie mi nic złego – usły­szała wła­sny, po­twor­nie za­chryp­nięty głos. – Ja… Ja je­stem dziec­kiem.

Gwał­tow­nie drgnęła, kiedy ktoś się ode­zwał tuż za jej ple­cami. Nie zro­zu­miała słów, męż­czy­zna mó­wił po nie­miecku. To mu­siało być coś za­baw­nego, bo ci przed nią tu­bal­nie za­re­cho­tali.

Od­wró­ciła się po­woli, bo­jąc się tego, co zo­ba­czy. Uj­rzała sym­pa­tycz­nego kie­rowcę mer­ce­desa, fa­ceta mię­dzy trzy­dziestką a czter­dziestką, lekko ły­sie­ją­cego, do­syć wy­so­kiego. Pa­trzył na nią ciem­nymi, lekko za­mglo­nymi oczami we­sołka, który nad­używa al­ko­holu. Znała ta­kie spoj­rze­nia. W po­bli­skim mia­steczku pełno było ta­kich fa­ce­tów.

Stru­chlała. Płytki od­dech nie mógł za­pew­nić jej trze­po­czą­cemu prze­ra­że­niem sercu wy­star­cza­ją­cej ilo­ści tlenu. Za gar­dło za­czął ła­pać ją szloch.

– Da­lej już nie uciek­niesz, ty mała kurwo.

W jego gło­sie brzmiała nie tyle złość, ile ra­czej drwina. Szy­dził z niej. Sy­cił się jej prze­ra­że­niem. To ją otrzeź­wiło. Wzbu­dziło złość. Oszust. Po­ry­wacz. Gno­jek, który ją uśpił i uło­żył na stole do dzie­le­nia mięsa.

– No da­lej, dziwko. Bła­gaj o li­tość.

W piersi wzbie­rała jej fu­ria. Zwy­czajny fa­cet w sta­dzie in­nych zwy­czaj­nych fa­ce­tów, mó­wiący ję­zy­kiem be­stii. Nie, nie bę­dzie go o nic pro­sić.

Spoj­rzała w górę, ku rzę­dowi lśnią­cych i ostrych jak dia­bli ha­ków. Zro­biła dwa kroki roz­biegu, pod­sko­czyła i chwy­ciła je­den. Tak jak my­ślała, był tylko lu­zem wło­żony w otwór pro­wad­nicy. Bez trudu go z niej wy­biła.

Fa­cet sto­jący przed nią wy­ba­łu­szył ze zdzi­wie­nia oczy.

– Co? Co ty…

Nie po­zwo­liła mu skoń­czyć. Na­gle wy­dał jej się ża­ło­sny i słaby. Cała jego siła opie­rała się na pod­stę­pie i aplau­zie tych pa­ja­ców w dre­sach.

Z roz­ma­chem wbiła mu ostry i lśniący hak w ra­mię. Wy­soko, aż pod sam roz­ja­rzony zim­nym świa­tłem ja­rze­nió­wek su­fit, wzniósł się jego kwik.

CZĘŚĆI

TE­RAZ

War­szawa. Li­sto­pad. Środa

Ko­rek za­czy­nał się już w po­ło­wie ulicy San­guszki. Opa­da­jącą łu­kiem ku Wi­sło­stra­dzie drogę wy­peł­niały samo­chody ro­ze­dr­gane po­ranną ner­wo­wo­ścią kie­row­ców. Pół me­tra do przodu, tro­chę w lewo, tro­chę w prawo. Na są­siedni pas. Z po­wro­tem. Byle za­cho­wać złu­dze­nie, że jed­nak po­su­wam się do przodu.

Z miej­sca, w któ­rym uliczka łą­czyła się z naj­waż­niej­szą ar­te­rią sto­licy, do­bie­gały wy­so­kie dźwięki klak­so­nów, zło­wro­gie po­mruki mo­to­rów, ner­wowe bły­ski czer­wo­nych świa­teł stopu. Na wszyst­kich – obo­jętna wo­bec bu­cha­ją­cego złą ener­gią kłę­bo­wi­ska – pa­dała so­bie drobna, je­sienna mżawka.

– Tylko spo­koj­nie – wy­szep­tał do kie­row­nicy Bar­tosz Ko­necki. – Jesz­cze parę chwil i będę w biu­rze.

Wy­ob­raź­nia na­tych­miast pod­su­nęła mu tę wy­cze­ki­waną chwilę. Zo­ba­czył, jak otwiera drzwi i od razu kie­ruje się do biurka. Prze­szu­kuje szu­fladę, wyj­muje opa­ko­wa­nie al­praksu, bie­rze ta­bletkę i po­pija kra­nówką. Kilka chwil i wszystko się koń­czy. Ogar­niają go spo­kój i po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. My­śli się pro­stują, a wspo­mnie­nia wra­cają tam, gdzie ich miej­sce – do ciem­nej jamy za­po­mnie­nia.

Ko­rek znów ru­szył. Dwa, cztery, pięć me­trów. Ładny skok. Zde­ze­lo­wany golf dwójka, za­by­tek mo­to­ry­za­cji ku­piony przez Bartka pół roku temu za gro­sze od fa­ceta, który nie pa­trzył mu w oczy, za­dy­mił czarną sa­dzą, za­ter­ko­tał wy­słu­żo­nym sil­ni­kiem die­sla i mi­nął łuk obok sta­cji ben­zy­no­wej. Da­lej roz­po­ście­rał się wi­dok na kom­plet­nie za­pchaną au­tami trzy­pa­smówkę bie­gnącą wzdłuż rzeki.

W tyl­nej szy­bie sa­mo­chodu ja­dą­cego przed gol­fem – gra­na­towe su­zuki liana, rzadki mo­del – Ko­necki zo­ba­czył twarz mło­dej ko­biety.

Od­wró­cona w jego stronę dziew­czyna mu­siała chyba klę­czeć na swoim fo­telu. Jej wzrok wy­dał mu się nie­przy­tomny, błędny, za­gu­biony. Pi­jana? Ćpunka? A może wa­riatka?

Al­prax. Że też mu­siał zo­sta­wić go w biu­rze. Gdyby miał te­raz przy so­bie choć jedną pi­gułkę… Ale cóż. Jolka zro­biła się ostat­nio bar­dzo czujna. Zmie­niał leki i opa­ko­wa­nia, żeby ją zmy­lić, ale to prze­sta­wało już dzia­łać. Szybko na­uczyła się roz­po­zna­wać ta­bletki każ­dej od­miany ben­zo­dia­ze­piny, która po­ma­gała mu utrzy­my­wać się w pio­nie: Dia­ze­pam, Lo­ra­fen, Xa­nax. Od kiedy wy­wa­liła mu le­dwo na­po­częte opa­ko­wa­nie Neu­rolu, wo­lał nie ry­zy­ko­wać i trzy­mał leki w pracy. To ska­zy­wało go jed­nak na bo­le­sne kon­fron­ta­cje z każ­dym ko­lej­nym po­ran­kiem.

– Od­staw to świń­stwo, Bar­tek! – Jolka mó­wiła to po­ważna i za­tro­skana, co bu­dziło w nim jesz­cze więk­szy nie­po­kój. – Dla­czego znowu bie­rzesz? Co się dzieje? Ro­bię coś źle? Czymś się gry­ziesz?

Cho­lera. Ja­sne, że to nie jej wina. Tylko jak jej to wy­tłu­ma­czyć? Ich ży­cie było sie­lanką. Było? Wła­ści­wie po­winno być. Jolka się sta­rała. Ko­chała go, to pewne. I on ją też. Spę­dzali ze sobą fan­ta­styczne chwile. A jed­nak od środka zże­rał go ro­bal o wielu imio­nach. Nie­pew­ność. Strach. Prze­ra­że­nie. Nuda.

Znów spoj­rzał na dziew­czynę za szybą. Nie zmie­niła po­zy­cji. Wciąż wy­glą­dała zza za­główka swo­jego fo­tela. Ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Na­raz wy­dało mu się, że w jej za­mglo­nym wzroku do­strzega prośbę. Bła­ga­nie o po­moc.

Nie wa­riuj – upo­mniał się w my­ślach. Nic się nie dzieje, la­ska po pro­stu nie zdą­żyła na­pić się kawy.

Mimo to nie­po­kój na­ra­stał. Bar­tek za­czął już na­wet cał­kiem se­rio roz­wa­żać wyj­ście z sa­mo­chodu, po­dej­ście do tam­tego auta, a po­tem…

Mógł­bym za­pu­kać w szybę i grzecz­nie spy­tać, czy wszystko w po­rządku. A gdy­bym uznał, że…

Za­uwa­żył go w ostat­niej chwili. Srebrna mazda prze­cięła po­dwójną cią­głą, wy­prze­dziła kilka aut, pę­dząc po łuku drogi pod prąd, i te­raz, uni­ka­jąc czo­ło­wego zde­rze­nia z ja­dącą pod górę cię­ża­rówką, we­pchnęła się wła­śnie przed niego. Tuż przed ba­lu­stradą roz­dzie­la­jącą na za­krę­cie dwa pa­sma ulicy. W ostat­niej chwili za­ha­mo­wał i od­ru­chowo na­ci­snął klak­son. Golf szarp­nął się na zu­ży­tych amor­ty­za­to­rach. Kie­rowca mazdy otwo­rzył okno i wy­sta­wił środ­kowy pa­lec. Ręka w bia­łej ko­szuli, do­bry ze­ga­rek na nad­garstku. Pew­nie me­ne­dżer śred­niego szcze­bla w dro­dze do swego kor­po­ra­cyj­nego raju.

Ko­necki za­ci­snął wiel­kie dło­nie na wą­tłym kole kie­rowni­cy. Twardy ebo­nit – czy z czego tam przed ćwierć­wie­czem ro­biono koła ste­rowe volks­wa­ge­nów – za­skrzy­piał i lekko ustą­pił.

– Spo­koj­nie, za­raz będę w biu­rze – po­wtó­rzył swoją po­ranną mo­dli­twę Bar­tek.

Już nie my­ślał o tam­tej dziew­czy­nie.

Wie­dział, że ma pro­blemy z kon­tro­lo­wa­niem agre­sji. To był efekt uboczny abs­ty­nen­cji ben­zo­dia­ze­pi­no­wej, po­ja­wia­jący się za­wsze wtedy, kiedy nie łyk­nął na czas ko­lej­nej ta­bletki. Dwa mie­siące temu, gdy pró­bo­wał od­sta­wić psy­cho­tropy, stłukł do nie­przy­tom­no­ści pew­nego ta­tu­sia, który w jego obec­no­ści strze­lił na od­lew w pysk swo­jego kilku­let­niego chłopca. Ta­tu­sia miał tylko wy­śle­dzić na zle­ce­nie ma­musi. Fa­cet zgar­nął swo­jego syna spod szkoły i znik­nął. Jego żona, z którą ko­leś wła­śnie to­czył w są­dzie bez­par­do­nowy bój zwany sprawą roz­wo­dową, od­cho­dziła od zmy­słów. Ta­tuś wcze­śniej nie­zbyt in­te­re­so­wał się dzie­cia­kiem, wo­lał to­wa­rzy­stwo tan­ce­rek go-go, ale gdy żona zło­żyła po­zew, uznał, że od­bie­rze jej chło­paka. Ko­necki wy­peł­nił swoje za­da­nie i cze­kał tylko na przy­jazd zle­ce­nio­daw­czyni. Nie miał prawa się mie­szać. A jed­nak się nie po­wstrzy­mał.

Sznur sa­mo­cho­dów znów ru­szył. Pierw­szy bieg, a po­tem – al­le­luja! – na­wet i drugi. I w tym mo­men­cie fa­cet w srebr­nej maź­dzie rap­tow­nie za­ha­mo­wał. Nie mu­siał, mógł je­chać da­lej, ale naj­wy­raź­niej uznał, że sprawa z gol­fem, który na niego za­trą­bił, wy­maga do­koń­cze­nia.

Bar­tek wdep­nął środ­kowy pe­dał, a klocki ha­mul­cowe za­pro­te­sto­wały wy­so­kim pi­skiem. Omal nie za­rył no­sem w przed­nią szybę.

– Spo­koj­nie. – Po raz trzeci spró­bo­wał swo­jej man­try. – Tylko spo­koj­nie.

Sprawa po­bi­cia tam­tego ta­tu­sia, mimo ko­rzyst­nych ze­znań chłopca zło­żo­nych w obec­no­ści psy­cho­loga, wciąż była w toku. Nie mógł so­bie po­zwo­lić na ko­lejną burdę. Sie­dział więc na­pięty jak pięść za kie­row­nicą dy­cha­wicz­nego volks­wa­gena i nie­mal bła­gał w my­ślach tam­tego, żeby od­pu­ścił.

Jed­nak kie­rowca mazdy naj­wy­raź­niej brak re­ak­cji na za­czepki od­czy­tał jako sła­bość. Srebrne drzwi otwo­rzyły się i wy­pluły ubra­nego w ko­szulę, spodnie od gar­ni­turu i kra­wat osiłka o sprę­ży­stych mię­śniach, w po­cie czoła wy­pra­co­wa­nych w klu­bie fit­ness w ra­mach kar­netu pra­cow­ni­czego VIP plus.

– Coś ci się nie po­doba? Masz ja­kiś pro­blem, fra­je­rze? – Głos do­biegł do wnę­trza ka­biny golfa przez za­mkniętą szybę.

Bar­tek roz­pacz­li­wie wpa­try­wał się w ma­ja­czącą w opa­rach mgły Wi­słę.

– Spo­koj­nie, za­raz będę w…

Plask! Kra­wa­ciarz po­trak­to­wał ma­skę golfa z otwar­tej. Bar­tek nie­mal usły­szał szmer osy­pu­ją­cej się rdzy. Al­prax. Po­trze­bo­wał go.

Kie­rowca mazdy był już przy drzwiach. Szarp­nął klamkę. Za­ma­szy­ście otwo­rzył.

– Py­ta­łem, czy coś ci się…

Ko­necki po­woli ode­rwał wzrok od skłę­bio­nych wi­rów Wi­sły i prze­niósł go na kor­po­ra­cyj­nego re­kina. Nie­spiesz­nie od­piął pas i wy­sta­wił przez próg nogę, a za nią resztę swo­jego na­zbyt zwa­li­stego ciała. Oczy po­do­bno są zwier­cia­dłem du­szy. Kiedy spoj­rze­nia Bartka i kra­wa­cia­rza w końcu się spo­tkały, go­guś cof­nął się, przy­klapł i zer­k­nął ner­wowo w bok, jakby cze­kał na od­siecz. Od­chrząk­nął, a jego grdyka wy­ko­nała roz­pacz­liwy skok w górę i w dół.

– Ja, ee… – W jego głos wkra­dły się nieco pi­skliwe tony.

Bar­tek po­ło­żył ciężką dłoń na śnież­no­bia­łym ra­mie­niu, na­chy­lił się nad opa­loną w so­la­rium twa­rzą i po­jed­naw­czo za­mru­czał wprost w roz­sze­rzone stra­chem źre­nice:

– Mi­łego dnia. A te­raz spa­daj, pa­jacu.

***

Ko­necki nie lu­bił swo­jego biura. Miej­sce niby ide­alne – mię­dzy ron­dem Wia­traczna a pla­cem Szem­beka. Tuż nad sa­lo­nem gier Las Ve­gaz, bli­sko sklepu Al­ko­hole 24 h, obok ru­chli­wej Gro­chow­skiej. Skromny szyld wi­dać było z prze­jeż­dża­ją­cych obok tram­wa­jów, au­to­bu­sów i sto­ją­cych na świa­tłach sa­mo­cho­dów. Mimo to nie umiał za­pu­ścić tu­taj ko­rzeni. A może to nie była wina miej­sca, lecz ka­ta­stro­fal­nego stanu jego fi­nan­sów? Wciąż nie chciał się do tego przy­znać, na­wet sam przed sobą, ale wy­glą­dało na to, że się prze­li­czył. Na pal­cach obu rąk mógłby po­li­czyć wszyst­kich klien­tów, któ­rzy zgło­sili się do niego w ciągu pierw­szych trzech mie­sięcy funk­cjo­no­wa­nia firmy.

– Cześć, Brudny Harry! – we­soło po­wi­tał go po­do­bny do wie­prza blon­dyn, ochro­niarz z sa­lonu gier, na oko sto dwa­dzie­ścia kilo mu­sku­la­tury wy­mę­czo­nej na si­łowni.

– Cześć, Piggy – od­burk­nął.

– Nie na­zy­waj mnie tak! – usły­szał obu­rzony głos, kiedy wspi­nał się po scho­dach dłu­giego pa­wi­lonu han­dlo­wego.

„Agen­cja De­tek­ty­wi­styczna. Grupa Ko­necki” – po­wi­tała go ta­bliczka na drzwiach. Ta­bliczka jak ta­bliczka, zdą­żył się przy­zwy­czaić na­wet do tej „grupy”, któ­rej do­pi­sa­nie do­ra­dziła mu Jolka. Twier­dziła, że „grupa” brzmi po­waż­niej niż ja­kiś tam „pry­watny de­tek­tyw”. Zdzi­wiło go co in­nego – o drzwi jego biura opie­rał się ja­kiś fa­cet.

Przez chwilę pa­trzyli na sie­bie w mil­cze­niu. Tam­ten był ubrany w gar­ni­tur. Za­pięta ma­ry­narka ujaw­niała cha­rak­te­ry­styczne uwy­pu­kle­nie pod lewą pa­chą. Ko­necki na­tych­miast sko­ja­rzył je z ka­burą pi­sto­letu. Od­kąd zo­stał de­tek­ty­wem, też so­bie taką spra­wił. Tyle że no­sił luź­niej­sze ma­ry­narki.

Nie­zna­jomy był o do­bre pół głowy niż­szy od Bartka, ale przy­sa­dzi­sta syl­we­tka i zde­for­mo­wane, po­kryte bli­znami uszy zdra­dzały by­łego za­pa­śnika. Nie­do­kład­nie wy­go­lona głowa ujaw­niała się­ga­jącą głę­boko ły­sinę i parę sta­rych blizn. Oczy miał czarne, pewne sie­bie, spo­kojne. Był także star­szy od Ko­nec­kiego o kil­ka­na­ście ład­nych lat. Może na­wet dwa­dzie­ścia? Na pewno dawno prze­kro­czył już pięć­dzie­siątkę.

To je­den z tych, któ­rzy za­wsze do­stają do­kład­nie to, czego chcą – po­my­ślał Bar­tek, a na głos za­py­tał:

– Pan do mnie?

Fa­cet za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem i nie­spiesz­nie wy­pu­ścił strugę dymu w kie­runku su­fitu. Jego mię­si­ste usta wy­krzy­wił cień asy­me­trycz­nego uśmie­chu. Lewy ką­cik w górę, prawy w dół.

– Znasz się na lu­dziach – wy­ce­dził. – Słusz­nie na­zwa­łeś tego z dołu ciotą.

– Na­zwa­łem go Piggy. To ku­kiełka z Mup­pet Show, a nie ciota.

Bart­kowi nie po­do­bał się ten czło­wiek. Nie­po­koił go.

– Dla mnie Piggy to ciota, ale jak tam so­bie chcesz. – Łysy po­jed­naw­czo wzru­szył ba­rami, po czym zga­sił peta w dwóch pal­cach i pstryk­nął nim w dół scho­dów, ku po­pa­tru­ją­cemu na nich ochro­nia­rzowi. – Przy­sze­dłem w in­te­re­sach. Otwie­rasz to swoje Miami Vice czy mam iść do kon­ku­ren­cji?

Wcho­dząc do środka, Bar­tek uświa­do­mił so­bie z roz­draż­nie­niem, że chwila się­gnię­cia po al­prax zna­cząco się od­dala. I to też mu się nie spodo­bało.

Klient osten­ta­cyj­nie ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu. Biurko, fo­tel, kom­pu­ter, szafa pan­cerna, półka sko­ro­szy­tów, tele­wi­zor. I mały kom­ple­cik w rogu: ni­ski sto­lik, sofa, dwa wą­tłe krze­sła. Obok drzwi do mi­kro­sko­pij­nej ku­chenki.

– Tro­chę tu drę­two. – Gość ro­zej­rzał się z bła­zeń­skim wy­ra­zem twa­rzy. – Przy­dałby ci się, chło­pie, ba­rek na kół­kach. Albo cho­ciaż akwa­rium.

– Wo­lał­bym, żeby się pan naj­pierw przed­sta­wił. Gwa­ran­tuję dys­kre­cję, ale chcę wie­dzieć, z kim mam do czy­nie­nia.

Za­pa­śnik opadł na sofkę. Me­bel jęk­nął, coś w nim trza­snęło, ale wy­trzy­mał. Ko­necki oparł się o biurko, spla­ta­jąc ręce na piersi.

– Grunt, że my wiemy, z kim mamy do czy­nie­nia – od­parł tam­ten, za­kła­da­jąc ręce za głowę. Wy­pu­kłość pod ma­ry­narką omal nie wy­rwała jej gu­zi­ków.

Co on tam ma? Prze­dłu­żo­nego glocka? Ma­gnum? Strzelbę my­śliw­ską?

– Były ko­mi­sarz eli­tar­nego Wy­działu Ter­roru Kry­mi­nal­nego, obie­cu­jący de­tek­tyw, czło­wiek, który miał siłę pod­nieść się z cięż­kiego za­ła­ma­nia ner­wo­wego, by zna­leźć uko­je­nie w ra­mio­nach ko­le­żanki po fa­chu, a wcze­śniej za­strze­lić pod­łego prze­stępcę. Á pro­pos, jak ci się układa z uro­czą ko­mi­sarz Jo­lantą Boń­czak? Ko­le­dzy już chyba nie na­zy­wają jej lesbą?

Góra mięsa spo­czy­wa­jąca na jego sofce za­mil­kła i przy­glą­dała mu się z uśmie­chem.

Ko­nec­kiemu po­ja­śniało przed oczami. Ja­skrawa biel za­lała po­kój. Ra­miona roz­plo­tły się, dło­nie za­ci­snęły w pię­ści.

Spo­koj­nie! – su­rowo roz­ka­zał so­bie w my­ślach.

Ta pro­wo­ka­cja miała ja­kiś cel. Tam­ten chciał go wy­ba­dać. Chciał spraw­dzić, na ile pa­nuje nad sobą? Zwe­ry­fi­ko­wać krą­żące swego czasu po Ko­men­dzie Sto­łecz­nej plotki, że bywa po­ryw­czy? A może wręcz prze­ciw­nie, wy­ba­dać, czy nie jest tchó­rzem? Wszystko jedno. W ra­zie po­trzeby znaj­dzie prze­cież czas, żeby mu dać po gę­bie.

– Pod­ko­mi­sarz.

Brwi za­pa­śnika po­szy­bo­wały na śro­dek ni­skiego czoła w wy­ra­zie zdzi­wie­nia.

– Co: pod­ko­mi­sarz?

– Kiedy mnie wy­wa­lono z po­li­cji, by­łem pod­ko­mi­sa­rzem.

– Aha.

– No to skoro nie mam już przed tobą ta­jem­nic, ga­daj, gru­ba­sie, z jaką sprawą przy­cho­dzisz. Albo zrzucę cię w końcu z tych scho­dów.

Czło­wiek w opię­tym gar­ni­tu­rze ru­basz­nie za­re­cho­tał. Kiw­nął głową z uzna­niem.

– Już lu­bię twój styl. Dam ci więc to zle­ce­nie.

– Ja­kie zle­ce­nie?

Za­pa­śnik prze­stał się śmiać.

– Ame­lia Sto­krocka – oznaj­mił z lek­kim pa­to­sem.

Bar­tek czym prę­dzej prze­szu­kał za­ka­marki pa­mięci, ale nie zna­lazł w niej żad­nego pliku o ta­kiej na­zwie.

– Kto to taki?

Wą­skie, ale naj­wy­raź­niej bar­dzo ru­chliwe brwi znów po­szy­bo­wały na śro­dek czoła.

– No co ty, chło­pie? Te­le­wi­zji nie oglą­dasz?

– Oka­zjo­nal­nie. – Ko­necki rzu­cił okiem na za­ku­rzone LCD sto­jące w prze­ciw­le­głym rogu. Od­bior­nik nie był na­wet włą­czony do kon­taktu.

– Wscho­dząca gwiazdka ekranu. Na ra­zie wła­ści­wie tylko po­go­dynka, ale już do­stała rólkę w ja­kimś fil­mie, a poza tym prze­bą­kuje się, że ma wejść do te­le­wi­zji śnia­da­nio­wej. W branży wróży się jej ka­rierę rów­nie wielką jak jej cyce.

– Aha.

– Słabo znasz to śro­do­wi­sko, co? – Męż­czy­zna przyj­rzał mu się ba­daw­czo.

– Prze­szka­dza ci to?

– Ani tro­chę. – Tym ra­zem fa­cet po­ka­zał w uśmie­chu na­wet zęby. – Ważne tylko, że­byś jej nie spło­szył. Były glina chyba tyle po­trafi?

Ko­necki nie od­po­wie­dział. Pa­trzył na go­ścia i za­sta­na­wiał się, z kim ma do czy­nie­nia. Wbrew swo­jej po­wierz­chow­no­ści fa­cet był cał­kiem in­te­li­gentny. Umiał na­rzu­cić wła­sne wa­runki w roz­mo­wie, zręcz­nie ma­ni­pu­lo­wał. Wy­glą­dał na ban­dytę, ale Bar­tek ra­czej ob­sta­wiałby, że to były gli­niarz. Jak on sam. Py­ta­nie tylko, komu te­raz służy?

– Mam ją śle­dzić? Po co? Je­śli w celu do­ko­na­nia ja­kie­goś prze­stęp­stwa, to ci po­wiem od razu, że­byś…

– Spo­koj­nie, spo­koj­nie! – Łysy nie­świa­do­mie użył dzi­siej­szej man­try Bar­to­sza Ko­nec­kiego. – Masz ją śle­dzić, prawda, ale tylko po to, by spraw­dzić, czy się la­ska nie pusz­cza na boku. Ca­pi­sci?

Za­ma­szy­stym ge­stem się­gnął do bocz­nej kie­szeni ma­ry­narki i wy­jął zło­żone na cztery dwie kartki ma­szy­no­pisu. Rzu­cił je na sto­lik, a Ko­necki za­no­to­wał, że na jego nad­garstku błysz­czy ze­ga­rek wart co naj­mniej dwa­dzie­ścia ty­sięcy.

– Prze­czy­taj i wy­ryj to so­bie na pa­mięć. – Gość znów ode­zwał się wład­czo. – Nie mogę ci tego zo­sta­wić.

Bar­tek ode­rwał się od biurka, uświa­da­mia­jąc so­bie, że wszyst­kie mię­śnie ma na­pięte. Pod­szedł sztywno, roz­pro­sto­wał kartki i rzu­cił okiem. Na pierw­szej ad­res Ame­lii Sto­kroc­kiej i jej ce­chy fi­zyczne. Wzrost 175 cen­ty­me­trów, oczy nie­bie­skie, szczu­pła bu­dowa ciała. Na dru­giej zo­ba­czył zdję­cie pięk­nej blon­dynki z wło­sami zwią­za­nymi w kok. Pa­trzyła w obiek­tyw lekko sko­śnymi, może odro­binę zbyt bli­sko osa­dzo­nymi oczami z in­ten­syw­no­ścią, która wy­pa­lała dziury na jego siat­kówce.

– Za­zdro­sny mąż? – za­py­tał.

– Nie jest mę­żatką.

– Na­rze­czony, który chce ją spraw­dzić przed ślu­bem?

– O ile wiem, nie pla­nuje w naj­bliż­szym cza­sie mał­żeń­stwa.

– To dla kogo mam ją śle­dzić?

– To show-bu­si­ness, ko­lego. Show-bu­si­ness! – Za­pa­śnik po­kle­pał się po kie­sze­niach, wy­do­był paczkę ca­meli i za­pa­lił, nie py­ta­jąc o zgodę ani nie czę­stu­jąc. – W tym świe­cie lu­dzi łą­czą naj­róż­niej­sze po­wią­za­nia. Nie na­dą­żysz za tym. I nie pró­buj. Masz tylko wy­no­to­wać, z kim i kiedy ta księż­niczka się spo­tyka. Zdję­cia, na­zwi­ska, o czym roz­ma­wiali. No i oczy­wi­ście, czy daje ko­muś dupy.

Dym ty­to­niowy ude­rzył Bartka w noz­drza, bu­dząc na­tych­miast roz­pacz­liwą tę­sk­notę za pa­le­niem. Rzu­cił pa­pie­rosy pół roku temu, kiedy wpro­wa­dził się do Jolki. Trzy­mał się tam­tego po­sta­no­wie­nia. Wy­star­czy, że wró­cił do za­ży­wa­nia psy­cho­tro­pów… Żeby za­jąć czymś ręce, po­szedł więc do kuchni po spode­czek (po­piel­niczki nie miał) i pod­sta­wił go­ściowi. Nie chciał, żeby gru­bas wy­pa­lił mu dziurę w nie­spła­co­nych jesz­cze me­blach.

– Skoro to taka gwiazda, czemu nie wy­bra­li­ście ja­kiejś spraw­dzo­nej sie­ciówki de­tek­ty­wi­stycz­nej? – spy­tał. – Aha, i wciąż jesz­cze nie wiem, z kim mam do czy­nie­nia.

Za­pa­śnik za­cią­gnął się jak lo­ko­mo­tywa, wstał i zhar­to­wał le­dwo nad­pa­lo­nego pa­pie­rosa na ta­le­rzyku. Wy­raź­nie zbie­rał się do wyj­ścia.

– Wy­bra­li­śmy cie­bie wła­śnie dla­tego, że­byś nie za­da­wał ta­kich py­tań. Chyba nie na­rze­kasz na nad­miar ro­boty, co? – Pu­ścił oko. – Chcemy być pewni, że nie schrza­nisz zle­ce­nia. By­łeś nie­złym gliną. Pa­su­jesz nam. I wszystko w te­ma­cie.

Ko­necki do­brze wie­dział, że po­wi­nien od­mó­wić i że zgod­nie z pra­wem nie wolno mu przy­jąć zle­ce­nia bez pod­pi­sa­nia umowy. Ta sprawa cuch­nęła na ki­lo­metr. Jed­nak z dru­giej strony fak­tycz­nie mu­siał ostat­nio po­zwo­lić, by to Jolka go utrzy­my­wała. Nie miał pie­nię­dzy. Miał długi. A do tego co­dzien­nie śniło mu się, że jest gli­nia­rzem. Kiedy bu­dził się rano i do­pa­dała go świa­do­mość, że za­miast do pa­łacu Mo­stow­skich musi je­chać do ja­kiejś kan­ciapy, miał chęć wbić zęby w ścianę. Je­śli bę­dzie od­rzu­cał oferty z po­wodu etycz­nych czy pro­ce­du­ral­nych roz­te­rek, za­mknie ten biz­nes jesz­cze przed koń­cem roku. Kim się wtedy sta­nie? Utrzy­man­kiem? Cie­ciem w su­per­mar­ke­cie? Me­ne­lem?

– Wiem, że za­sta­na­wiasz się, w co cię wra­biam. – Za­pa­śnik prze­rwał mu te roz­my­śla­nia. – Otóż bądź spo­kojny. Ta sprawa nie ma dru­giego dna. Po pro­stu cho­dzi o la­skę, któ­rej być może tro­chę zbyt ła­two roz­jeż­dżają się nogi. To twoja za­liczka.

Jesz­cze nie prze­brzmiały jego słowa, a na sto­liku już lą­do­wał cały ru­lon bank­no­tów. Bar­tek ener­gicz­nie prze­łknął ślinę.

– Pięć ty­sięcy. Za­da­nie jest pro­ste, więc spraw się szybko. A jak skoń­czysz, za­dzwoń pod ten te­le­fon. – Męż­czy­zna pstryk­nął w jego kie­runku wi­zy­tówką z sa­mym tylko nu­me­rem. Wtedy do­rzucę jesz­cze dwa razy tyle.

Po­wie­dziaw­szy to, od razu od­wró­cił się do drzwi. Nie cze­kał na­wet na od­po­wiedź.

– Od jak dawna nie pra­cu­jesz w po­li­cji? – za­wo­łał za nim Bar­tek.

Sze­ro­kie jak kre­dens z cza­sów sa­na­cji plecy ze­sztyw­niały. Ma­sywny kor­pus za­marł w pół kroku. Kiedy jed­nak łysy się od­wró­cił, na jego ustach znów igrał asy­me­tryczny uśmiech.

– Od po­czątku po­wta­rza­łem mo­jemu wspól­ni­kowi, że ko­mi­sarz Ko­necki to by­strzak – za­re­cho­tał. – I że naj­le­piej na­daje się do de­li­kat­nej ro­boty. Tylko pro­szę… – Znów pu­ścił oko. – Tym ra­zem ni­kogo nie za­bi­jaj.

Wy­szedł, a po chwili z dołu do­bie­gło jego tu­balne: „Cześć, Piggy!” i ura­żone pro­te­sty ochro­nia­rza. Bar­tek po­zo­stał w swoim biu­rze z nie­przy­jemną świa­do­mo­ścią, że na­prawdę zo­stał do­kład­nie prze­świe­tlony. Czy tak po­stę­puje ktoś, kto chce zło­żyć de­tek­ty­wowi ba­na­lne zle­ce­nie? Do­sko­nale znał od­po­wiedź na to py­ta­nie. Pa­ko­wał się w kło­poty. Ale jaki miał wy­bór?

Jed­nym ru­chem zgar­nął pie­nią­dze ze stołu i scho­wał je do kie­szeni ma­ry­narki. Czuł, że prze­pa­lają mu kie­szeń.

Dwa, trzy dni pracy, a po­tem zgar­niam forsę i o wszyst­kim za­po­mi­nam – so­len­nie obie­cał so­bie w my­śli, kie­ru­jąc się ku szu­fla­dzie biurka.

I wtedy zdał so­bie sprawę, że w ogóle nie ma ochoty na ta­bletkę pra­su­jącą zwoje mó­zgowe. Może i wła­śnie po­peł­nił błąd, a na­wet zła­mał prawo. Ale znów czuł, że jest w swoim ży­wiole. Jak daw­niej.

WCZE­ŚNIEJ

War­szawa. Li­piec 1992

„Sprawa wy­kryta, sprawa opita” – tej mak­sy­mie hoł­do­wano w jego sek­cji z peł­nym od­da­niem. Dla­tego na­czel­nik Chałka ki­wał się te­raz sen­nie w swoim ga­bi­ne­cie nad ak­tami, roz­ło­żo­nymi na biurku dla nie­po­znaki, bro­daty ko­mi­sarz Wil­czyń­ski z im­pe­tem prze­szu­ki­wał całe pię­tro w na­dziei usta­le­nia miej­sca po­bytu ostat­niej flaszki, a star­szy sier­żant Ława wal­czył ze snem w po­koju obok, uda­jąc, że prze­słu­chuje głów­nego po­dej­rza­nego, który za­miast od­po­wia­dać na z tru­dem for­mu­ło­wane py­ta­nia, wo­lał ga­pić się na rybki w akwa­rium. Że­nada.

Aspi­rant Nor­bert Pa­łu­cha z naj­wyż­szym tru­dem skry­wał złość i po­gardę. Sie­dząc bez­czyn­nie za swoim biur­kiem, na wprost ma­szyny do pi­sa­nia, w któ­rej część zu­ży­tych przy­ci­sków za­stą­piono przy­cię­tymi pod wy­miar ka­wał­kami drewna, ćmił pa­pie­rosa, żuł fusy z wy­sty­głej, prze­sło­dzo­nej kawy i wo­dził oczami po tym baj­zlu, zwa­nym sek­cją do spraw za­bójstw Wy­działu Kry­mi­nal­nego Ko­mendy Dziel­ni­co­wej War­szawa Śród­mie­ście.

– Banda pi­ja­ków i nie­udacz­ni­ków – wy­szep­tał bez­gło­śnie. – Jak się stąd nie wy­rwę, utknę w tym ba­gnie na za­wsze. Ju­tro na­pi­szę na nich no­tatkę służ­bową.

Do­brze wie­dział, że tamci go nie lu­bią. Nie ufali mu, nie uzna­wali za „swo­jaka”. I pew­nie po­dej­rze­wali – nie bez ra­cji zresztą – że na nich ka­bluje. Sta­rzy gli­nia­rze, do nie­dawna jesz­cze mi­li­cjanci, nie to­le­ro­wali mło­dzika, który do re­sortu wstą­pił po sierp­nio­wych wy­bo­rach 1989 roku, a sto­pień aspi­ranta do­stał już po nie­spełna dwóch la­tach służby.

To dla­tego te­raz mu­siał sie­dzieć bez­czyn­nie, kiedy cała sek­cja ce­le­bro­wała swój triumf.

– Triumf – prych­nął w głąb sie­bie Pa­łu­cha. – Też mi triumf…

Tego dnia do spółki z bu­ra­kami z ko­mendy po­wia­to­wej w Wy­szko­wie zgar­nęli cały tam­tej­szy gang Oriona.

– Chyba ra­czej gang Ol­sena – kon­ty­nu­ował swój szy­der­czy mo­no­log.

Banda trud­niła się drob­nymi wy­mu­sze­niami, po­kąt­nym han­dlem ma­ri­hu­aną oraz kra­dzieżą sa­mo­cho­dów. I gdyby je­den z nich, nie­jaki Orion vel Sta­ni­sław Orecki, nie wdał się parę ty­go­dni temu w strze­la­ninę pod war­szaw­ską dys­ko­teką Hy­brydy, chłopcy bez­kar­nie dzia­ła­liby da­lej. Nikt z tych wie­śnia­ków z Wy­szkowa w ży­ciu nie od­wa­żyłby się do­brać im do tył­ków. Ale że po­strze­lony przez Oriona ko­leś wy­krwa­wił się na śmierć, w sprawę włą­czyli się po­li­cjanci z ulicy Wil­czej.

Prze­cież to ja wpa­dłem na to, kto strze­lał! – krzy­czał w my­ślach Pa­łu­cha, zer­ka­jąc rów­no­cze­śnie, jak Wil­czyń­ski, w ostat­niej na­dziei zna­le­zie­nia wódki, prze­trząsa jego wła­sną szafę pan­cerną, bez mru­gnię­cia okiem zry­wa­jąc od­ci­śnięte w pla­ste­li­nie plomby. – A te­raz, mimo że je­stem je­dy­nym trzeź­wym w tym to­wa­rzy­stwie, nie po­zwa­lają mi na­wet prze­słu­chać tam­tego ny­gusa.

– Te, Nowy, jest sprawa – za­gaił ko­mi­sarz Wil­czyń­ski. – Trzeba iść do noc­nego na Mar­szał­kow­ską.

Jesz­cze czego! Był z nich naj­lep­szy, ale za­miast go sza­no­wać, je­dy­nie się nim wy­słu­gi­wali. Dość tego.

– Nowy, głu­chy je­steś czy nie­gra­motny?

– Nie mogę iść – od­parł hardo Pa­łu­cha. – Je­stem na służ­bie.

Znad są­sied­nich biu­rek, w nie­mym roz­ba­wie­niu, unio­sły się głowy po­zo­sta­łych człon­ków sek­cji – chu­dego jak tyczka pod­ko­mi­sa­rza Łu­ka­sza Gó­rec­kiego, krę­pego i ob­da­rzo­nego wą­sem gę­stym jak lina cu­mow­ni­cza sier­żanta Wie­siołka i kasz­lą­cego ast­ma­tycz­nie po­sia­da­cza żół­tej cery gruź­lika ko­mi­sa­rza Że­lazko.

– Weź dwie! – Wil­czyń­ski nie zwró­cił na­wet uwagi na jego od­mowę. – I pół sztancy pa­pie­ro­sów. Też się za­raz skoń­czą.

Zły jak osa Pa­łu­cha wy­szedł na mia­sto. Cie­pła noc, a wła­ści­wie już nie­mal brzask, była ostoją róż­nej ma­ści pi­jacz­ków, a ni­ski wzrost i osten­ta­cyj­nie ele­gancki wy­gląd Nor­berta Pa­łu­chy pro­wo­ko­wały ich do za­cze­pek.

– E, ko­leś, wy­skocz ze szluga!

– Uwa­żaj, ol­brzy­mie! Że­byś nie po­tknął się o swój kra­wat!

Nor­mal­nie w ta­kiej sy­tu­acji wy­cią­gnąłby po­li­cyjną bla­chę oraz kaj­danki i zgar­nął jed­nego z dru­gim na do­łek. Był le­ga­li­stą. Nie to­le­ro­wał żad­nych prze­ja­wów ła­ma­nia prawa, zwłasz­cza gdy wy­kro­cze­nie ude­rzało w jego kom­pleksy. A na­tar­czywe do­ma­ga­nie się pa­pie­rosa pod­pa­dało prze­cież pod agre­sywne że­brac­two. Tej nocy nie chciało mu się jed­nak wal­czyć z wia­tra­kami. Ofi­cer dy­żurny i tak wy­pu­ściłby me­neli za­raz z rana, a prze­ło­żony, zna­czy się Chałka, nie przy­jąłby od niego ra­portu w tak bła­hej kwe­stii. Le­piej za­cho­wać roz­sy­pu­jącą się ze sta­ro­ści ma­szynę do pi­sa­nia na po­waż­niej­sze sprawy.

Z Wil­czej skrę­cił w prawo i prze­szedł przez opu­sto­szałą o tej po­rze Mar­szał­kow­ską. Pod skle­pem noc­nym jak zwy­kle kwi­tło oży­wione ży­cie to­wa­rzy­skie. Pod­sta­rzałe pro­sty­tutki z po­bli­skiego pi­ga­laka u zbiegu Wspól­nej i Po­znań­skiej roz­pi­jały al­pagę „Kwiat ja­błoni” z chwie­ją­cymi się fa­ce­tami, spra­wia­ją­cymi wra­że­nie go­ści z pro­win­cji w po­dróży służ­bo­wej. Dwóch do­li­nia­rzy, do­brze zna­nych or­ga­nom ści­ga­nia, za­cią­gało się pa­pie­ro­sami, żar­łocz­nie zer­ka­jąc na opusz­cza­ją­cych sklep klien­tów. Ja­kiś wy­ta­tu­owany za­ka­pior bez ko­szulki prę­żył mię­śnie w ten spo­sób, że wzo­rek skor­piona na kla­cie zda­wał się to uno­sić, to opusz­czać ogon.

– Do­bry wie­czór, pa­nie ko­mi­sa­rzu! – Sprze­daw­czyni o zmę­czo­nej ży­ciem twa­rzy roz­pro­mie­niła się na jego wi­dok. I do­dała, kom­plet­nie igno­ru­jąc długą ko­lejkę spra­gnio­nych klien­tów: – Co po­dać?

– Dwa razy pół bo­chenka chleba i pół sztancy scha­bo­wego z ko­ścią.

Wziął dwie flaszki, wy­pchał wszyst­kie kie­sze­nie ma­ry­narki pacz­kami Eks­tra Moc­nych z fil­trem, za­pła­cił 322 ty­siące zło­tych z wła­snej kie­szeni (trzeba pa­mię­tać, żeby od­dali mu po wy­pła­cie), wy­szedł. Do­li­nia­rze spod sklepu ob­rzu­cili jego siatkę po­żą­dli­wym spoj­rze­niem, ale za­raz roz­po­znali glinę i osten­ta­cyj­nie od­wró­cili głowy. Ko­leś bez ko­szulki, nie­zra­żony obo­jęt­no­ścią pu­blicz­no­ści, wciąż po­ru­szał skor­pio­nem. Dziwki chi­cho­tały.

Idąc do ko­mendy, Pa­łu­cha roz­pa­mię­ty­wał szcze­góły z dzi­siej­szego za­trzy­ma­nia gangu Oriona. Do Wy­szkowa po­je­chali całą sek­cją – w dwa nie­ozna­ko­wane po­lo­nezy. Na miej­scu Łu­kasz Gó­recki tro­chę spa­ni­ko­wał, kiedy ko­le­dzy z Wy­szkowa spy­tali, gdzie jest ich broń długa i ka­mi­ze­lki.

– To oni mogą do nas strze­lać? Dla­czego nikt mi wcze­śniej nie po­wie­dział?! Pier­dolę, nie idę! Ja mam żonę i dziec­ko! – darł się pod tam­tej­szą ko­mendą pi­skli­wym gło­sem.

Reszta po­pa­trzyła po so­bie nie­pew­nie. O cho­lera, fak­tycz­nie o tym nie po­my­śleli. A prze­cież wy­star­czyło tylko wy­pi­sać kwit do zbro­jowni…

Na szczę­ście za­trzy­ma­nie po­szło jak po ma­śle. Wy­szkow­ska gang­sterka oka­zała się tylko grupą spa­sio­nych ste­ry­dami ćwo­ków, któ­rzy na wi­dok po­li­cji od razu ro­bili w ga­cie. Je­dy­nym pro­ble­mem oka­zał się Orion, który był uzbro­jony, miesz­kał na par­te­rze i pró­bo­wał uciec. Chałka pod­szedł do jego drzwi ze wspar­ciem dwóch miej­sco­wych, a Nor­ber­towi ka­zał czaić się pod oknami. W po­je­dynkę! Kiedy trójca sze­ry­fów za­ło­mo­tała w drzwi, herszt gangu w sa­mych sli­pach hyc­nął przez okno… do­kład­nie w ra­miona Pa­łu­chy, który od razu przy­sta­wił mu do czoła swoje służ­bowe p-64. Na szczę­ście to wy­star­czyło, by wyż­szy od niego o dwie głowy cie­lak od razu spo­kor­niał i dał się skuć. Strach po­my­śleć, co by było, gdyby za­czął się sta­wiać.

– Cwa­niaki, za­wsze dają mi naj­gor­sze za­da­nie – pod­jął swoją li­ta­nię Pa­łu­cha, wra­ca­jąc do ko­mendy.

Sier­żant Ława już spał z po­licz­kiem wtu­lo­nym w biurko, a po­dej­rzany pa­trzył na niego zde­gu­sto­wany. Rybki z akwa­rium pusz­czały bą­belki. Chałka, apa­tycz­nie i bez wiary w suk­ces, usi­ło­wał prze­ko­nać Wil­czyń­skiego, żeby prze­jął za­trzy­ma­nego, ale bro­dacz był nie­do­pity, zły i ogól­nie nie­chętny do współ­pracy. Gó­recki do­piesz­czał ra­port, Wie­sio­łek pa­lił, Że­lazko za­no­sił się kasz­lem. Nic no­wego.

Te­le­fon. Nikt na­wet nie spoj­rzał na apa­rat. Drugi sy­gnał, trzeci. Aspi­rant Nor­bert Pa­łu­cha nie­chęt­nie się­gnął po szarą, ebo­ni­tową słu­chawkę.

– Sek­cja za­bójstw, Pa­łu­cha.

– Dy­żurny z tej strony. Sier­żant szta­bowy Bo­rowy Ma­ciej, zna­czy się.

– Da­waj.

– Jest sztyw­niak na Po­lach Mo­ko­tow­skich, przy Nie­pod­le­gło­ści.

Nor­bert tylko prze­wró­cił oczami. Pew­nie znów ja­kiś bez­do­mny „Abo­ry­gen” dał w piór­nik po przedaw­ko­wa­niu wody brzo­zo­wej.

– To gra­nica na­szego re­wiru. Zwal to na chło­pa­ków z Mo­ko­towa.

– Pró­bo­wa­łem, ale mó­wią, że w ze­szłym ty­go­dniu ro­bili za nas tego dziadka, który wy­ki­to­wał w Ła­zien­kach, i te­raz na­sza ko­lej.

Przez dłu­gie pół se­kundy Pa­łu­cha chciał bez słowa odło­żyć słu­chawkę. Niech się dy­żurny mar­twi, skoro za­bra­kło mu jaj, żeby od razu od­mó­wić. Coś jed­nak go po­wstrzy­mało. In­tu­icja? Nos de­tek­tywa? A może po pro­stu nie chciało mu się wię­cej la­tać po wódkę.

– Znasz już ja­kieś szcze­góły?

– Na dziew­czynę na­tra­fił pa­trol ciem­nia­ków z Ba­ta­lionu Pa­tro­lowo-In­ter­wen­cyj­nego pod­czas ru­ty­no­wego…

Dzwo­nek alar­mowy. Ad­re­na­lina. Po­wie­dział „dziew­czyna”. To wszystko zmie­niało.

– W ja­kim sta­nie są zwłoki? – prze­rwał.

– Dość fa­tal­nym, że tak po­wiem.

– Do rze­czy, czło­wieku!

– Ktoś jej… chyba że źle zro­zu­mia­łem… No, w każ­dym ra­zie ktoś po­do­bno ob­ciął jej dło­nie. No i jest naga. Zgwał­cona, zdaje się…

Aspi­rant Nor­bert Pa­łu­cha wcią­gnął głę­boko po­wie­trze, przy­trzy­mał, a po­tem po­woli wy­pu­ścił z płuc. Sprawa przez duże S. Coś, co pod­chwycą me­dia, na co będą pa­trzeć prze­ło­żeni. Na czymś ta­kim można wresz­cie wy­pły­nąć. Wy­do­stać się z tego baj­zlu.

Szybko rzu­cił spoj­rze­niem na lewo i prawo. Nikt się nim nie in­te­re­so­wał. Wil­czyń­skiego kom­plet­nie wcięło, Chałka ki­wał się nad swoim biur­kiem. A więc już nikt mu tego nie za­bie­rze. Po­pro­wa­dzi to.

– Przy­go­tuj mi klu­czyki od po­lo­neza, za­raz zejdę. Bie­rzemy tę sprawę.

***

Przez dwa lata w po­li­cji i po­nad pół roku w sek­cji za­bójstw Nor­bert wi­dy­wał już różne rze­czy. Sa­mo­bójcę, któ­rego roz­człon­ko­wał po­ciąg, za­wa­łowca, który wy­kor­ko­wał w wan­nie, a go­rąca woda w po­ło­wie go ugo­to­wała, trupa, który mie­siąc prze­le­żał w wer­salce… ale do­piero ta mar­twa dziew­czyna nim wstrzą­snęła. Dziew­czyna? Ra­czej dziew­czynka. Dziecko wła­ści­wie.

Le­żała na ple­cach w krza­kach, za­le­d­wie parę me­trów od chod­nika, na któ­rym czer­niły się ślady opon. Si­niaki i za­dra­pa­nia na jej skó­rze kon­tra­sto­wały z opa­le­ni­zną wi­do­czną wciąż na ra­mio­nach, no­gach i twa­rzy. Sine i na­brzmiałe ślady na szyi. Ja­sne włosy roz­sy­pane wśród źdźbeł trawy. Białe, równe ząbki od­sło­nięte przez wargi wy­krzy­wione w ago­nii. No i te ki­kuty za­miast dłoni…

– Nie zgi­nęła w tym miej­scu. Mor­derca przy­wiózł ją sa­mo­cho­dem i wy­rzu­cił w krza­kach – usły­szał Pa­łu­cha.

Aspi­rant drgnął i ob­ró­cił się gwał­tow­nie, uświa­da­mia­jąc so­bie, że od dłuż­szej chwili stoi nad zwło­kami jak wryty. Obok sie­bie zo­ba­czył dok­tora Ka­linę, ana­to­mo­pa­to­loga z In­sty­tutu Me­dy­cyny Są­do­wej przy Oczki.

– Dzię­kuję, że pan przy­je­chał, dok­to­rze – szep­nął, przy­po­mi­na­jąc so­bie, że pro­ku­ra­tor, któ­rego obu­dził za­raz po te­le­fo­nie od ofi­cera dy­żur­nego, zru­gał go w nie­wy­bred­nych sło­wach i po­wie­dział, że po­jawi się do­piero na sek­cji.

– Ścią­gnął pan tu­taj tech­ni­ków, aspi­ran­cie?

– Mają za­raz do­je­chać, boję się jed­nak, że oni – zer­k­nął na dwóch ubra­nych w czarne mun­dury osił­ków z BPI, prze­stę­pu­ją­cych nad cia­łem z nogi na nogę – już za­dep­tali ślady.

– Grunt, żeby tech­nicy zro­bili od­cisk gip­sowy tych opon – rze­czowo za­uwa­żył le­karz. – Ja zajmę się zwło­kami.

Stary dok­tor prze­rwał na mo­ment i spoj­rzał na Pa­łu­chę.

– Mam wnuczkę mniej wię­cej w jej wieku. Zro­bię wszystko, żeby mógł pan do­rwać tego su­kin­syna.

Nor­bert nie od­po­wie­dział. Dok­tor pod­szedł do zwłok. Mun­du­rowi ner­wowo ćmili pa­pie­rosy. Od strony Wi­sły niebo za­pło­nęło czer­wie­nią, w ko­ro­nach drzew za­częły wrza­skli­wie na­wo­ły­wać się ptaki. Na miej­sce prze­stęp­stwa pod­je­chali tech­nicy, a za­raz po nich kilku po­ste­run­ko­wych, któ­rych Pa­łu­cha roz­sta­wił tak, by piesi i spa­ce­ro­wi­cze nie pchali im się pod nogi. Pa­trol dro­gówki w volks­wa­ge­nie pas­sa­cie za­blo­ko­wał je­den pas ru­chu w Ale­jach Nie­pod­le­gło­ści.

– Od razu, na go­rąco, mogę po­wie­dzieć tyle, że dziew­czynka zgi­nęła tej nocy. – Dok­tor Ka­lina za­koń­czył oglę­dziny i dał znać tech­ni­kom, że mogą za­czy­nać pracę. – Tak jak my­śla­łem, zmarła w in­nym miej­scu. Plamy opa­dowe i otar­cia na­skórka, które po­ja­wiły się post mor­tem, wska­zują, że ciało było prze­no­szone. Zgon na­stą­pił przez za­dzierz­gnię­cie. Udu­sił ją, mó­wiąc po ludzku. Naj­praw­do­po­dob­niej skó­rza­nym pa­skiem.

Pa­łu­cha ode­rwał spoj­rze­nie od dziew­czyny i uniósł je ku ko­ro­nom par­ko­wych drzew.

Czy dam radę? Czy mnie to nie prze­ro­śnie?

Za­raz się jed­nak zre­flek­to­wał i opu­ścił wzrok na zie­mię. Oczy­wi­ście, że da radę. Był do­bry, naj­lep­szy. A to jest sprawa, która wy­nie­sie go do Ko­mendy Sto­łecz­nej lub jesz­cze wy­żej. Ta­kie ny­gusy jak Chałka będą się przed nim płasz­czyć.

– Pa­nie dok­to­rze… – za­jąk­nął się.

Ka­lina spoj­rzał na niego spod si­wych, krza­cza­stych brwi, opa­da­ją­cych mu na pół­przy­mknięte po­wieki.

– Chce pan spy­tać o ręce? – do­my­ślił się.

Nor­bert ski­nął głową.

– Pra­wie na pewno zo­stały od­jęte już po śmierci. Równo, gładko, jed­nym cię­ciem. Ob­sta­wiał­bym ja­kiś diaks czy inną piłę tar­czową. Lub le­kar­ską piłkę uży­waną do am­pu­ta­cji koń­czyn. Tyle że nie zro­bił tego le­karz. Jedna dłoń zo­stała am­pu­to­wana po­wy­żej nad­garstka, a druga ni­żej, na wy­so­ko­ści obu ko­ści czwo­ro­bocz­nych, głów­ko­wa­tej i ha­czy­ko­wa­tej. Krótko mó­wiąc – par­tacka ro­bota.

– Ale dla­czego?

Dok­tor nie od­po­wie­dział od razu. Po­woli ob­szu­kał kie­sze­nie swo­jego bez­rę­kaw­nika w ko­lo­rze khaki, opa­trzo­nego wie­loma za­ka­mar­kami. Zna­lazł wy­mię­to­loną paczkę i py­ta­jąco skie­ro­wał ją w stronę Pa­łu­chy, a gdy ten od­mó­wił, się­ga­jąc po wła­sną, wy­łu­skał po­krzy­wio­nego pa­pie­rosa.

– Nie je­stem psy­cho­lo­giem – ode­zwał się, kiedy oto­czył go si­nawy ob­ło­czek dymu. – Po­wie­dział­bym jed­nak, że sprawca zro­bił to, by utrud­nić panu ro­botę.

– Cho­dzi o li­nie pa­pi­larne?

– To też. Ale poza tym przy­pusz­czam, że dziew­czyna wal­czyła. Pew­nie głę­boko za­dra­pała na­past­nika. Sprawca zda­wał so­bie sprawę, że pod jej pa­znok­ciami jest jego grupa krwi.

Aspi­rant po­dzię­ko­wał i zro­bił krok ku tech­ni­kom, któ­rzy już usta­wiali wo­kół ciała nu­merki ozna­cza­jące ślady, spo­rzą­dzali szkic sy­tu­acyjny i szy­ko­wali się do zdjęć. Obok zwłok stała wa­lizka z prosz­kiem dak­ty­lo­sko­pij­nym i ze­sta­wem pę­dzel­ków do jego na­no­sze­nia.

– Aspi­ran­cie?

Od­wró­cił się do dok­tora.

– Niech się pan spie­szy. Wy­daje mi się, że to jest ro­bota se­ryj­nego. Może to jego pierw­sze za­bój­stwo. Może wcze­śniej tylko gwał­cił. Ale te­raz, gdy już za­sma­ko­wał we krwi, bę­dzie mor­do­wał, póki go nie po­wstrzy­ma­cie.

– Do­padnę go – obie­cał Pa­łu­cha.

TE­RAZ

War­szawa. Li­sto­pad. Czwar­tek

Ogo­lony, w naj­lep­szej ma­ry­narce i wy­glan­so­wa­nych bu­tach, sie­dział w swoim gol­fie, ob­ser­wu­jąc wyj­ście z apar­ta­men­towca przy ma­łej uliczce No­waka-Je­zio­rań­skiego na Go­cła­wiu. Z pra­daw­nego, trza­ska­ją­cego ra­dia pły­nęły wia­do­mo­ści. Nie zdzi­wił się na­wet spe­cjal­nie, kiedy w pew­nym mo­men­cie usły­szał głos Jolki. Przed­sta­wiona przez re­por­tera jako rzecz­niczka pra­sowa ko­men­danta sto­łecz­nego po­li­cji, mó­wiła o ja­kimś bru­tal­nym mor­der­stwie po­peł­nio­nym na mło­dej ko­bie­cie, któ­rej jesz­cze nie udało się zi­den­ty­fi­ko­wać. Ob­cięte dło­nie, na­gie ciało po­rzu­cone w Ma­zo­wiec­kim Parku Kra­jo­bra­zo­wym. Kosz­mar, który Boń­czak opi­sy­wała w krót­kich sło­wach, tchną­cych za­wo­dową pew­no­ścią sie­bie. Żad­nych emo­cji, żad­nego ją­ka­nia się czy nie­po­trzeb­nych szcze­gó­łów zbrodni. Fakty po­da­wane przez zna­ją­cego swoją war­tość fa­chowca.

Wy­ro­biła się – po­my­ślał z dumą Ko­necki.

Z dumą, ale i bo­le­snym ukłu­ciem za­zdro­ści. Ona wciąż była po­li­cjantką. A on już nie.

Pa­mię­tał jej po­czątki w wy­dziale pra­so­wym, za­le­d­wie kilka mie­sięcy temu. Wtedy wy­da­wała się nieco za­gu­biona, przy­tło­czona pre­sją dzien­ni­ka­rzy uzbro­jo­nych w dyk­ta­fony i ka­mery. Po­cie­szał ją, do­da­wał otu­chy, ki­bi­co­wał. Te­raz już tego nie po­trze­bo­wała. Bry­lo­wała w pro­gra­mach śnia­da­nio­wych, wie­czor­nych de­ba­tach pu­bli­cy­stycz­nych, ulicz­nych re­la­cjach na żywo. Ka­mera ją lu­biła, me­dia ak­cep­to­wały. Już te­raz miała kilka pro­po­zy­cji pracy w kilku sta­cjach. Na­gle strasz­nie za­chciało mu się wziąć ją w ra­miona.

Bez­wied­nie po­pra­wił wsteczne lu­sterko, w któ­rym od­bi­jała się fa­sada ob­ser­wo­wa­nego przez niego wie­lo­pię­trowca. Musi się skon­cen­tro­wać, żeby nie prze­ga­pić wyj­ścia Sto­kroc­kiej. Pew­nie wy­je­dzie z pod­ziem­nego ga­rażu swoim le­xu­sem RX. Dzięki sta­rym zna­jo­mo­ściom w dro­gówce znał jego nu­mery re­je­stra­cyjne, ko­lor i hi­sto­rię man­da­tów. Wy­łącz­nie dwa ro­dzaje wy­kro­czeń: prze­kro­cze­nie pręd­ko­ści i par­ko­wa­nie w miej­scach nie­do­zwo­lo­nych. Wy­glą­dało na to, że „Sto­krotka” miała żywy tem­pe­ra­ment i nie li­czyła się z in­nymi.

Że­bym tylko za nią na­dą­żył tym struc­lem. – Uśmiech­nął się do sie­bie.

Cią­gle nie mógł ode­rwać my­śli od Jolki. Kur­czę, jak dziw­nie się to wszystko po­ukła­dało. Jesz­cze na po­czątku roku, pod­czas tam­tej sprawy, która osta­tecz­nie oka­zała się gro­bem dla jego po­li­cyj­nej ka­riery i tram­po­liną do awansu Jolki, za­dziorna po­li­cjantka bu­dziła jego nie­chęć. Rze­czy­wi­ście po­kąt­nie prze­zy­wali ją lesbą. Była nie­przy­stępna, zimna, ubrana w stylu mi­li­tar­nym. A po­tem to wszystko wy­wró­ciło się do góry no­gami. Śledz­two za­koń­czyło się krwa­wym pa­rok­sy­zmem, w wy­niku któ­rego on mu­siał za­strze­lić czło­wieka, a ona, cóż, roz­kwi­tła. I spoj­rzał na nią zu­peł­nie in­nymi oczami.

– Czy to, co jest mię­dzy nami, prze­trwa? – za­dał py­ta­nie swo­jemu od­bi­ciu w lu­sterku.

Bo prze­cież nie do­trzy­my­wał jej kroku. Źle zno­sił wy­da­le­nie ze służby. Nie mógł od­na­leźć się w sa­mot­nej pracy pry­wat­nego de­tek­tywa. Kie­dyś, gdy był na służ­bie, nie mógł opę­dzić się od in­nych gli­nia­rzy. Kiedy chciał spo­koj­nie po­my­śleć, mu­siał za­my­kać się w ki­blu albo wy­cho­dzić z ko­mendy na par­king. Te­raz bra­ko­wało mu tego wiecz­nego gwaru, za­cze­pek, na­wet awan­tur. Dziś w pracy był sam jak pa­lec. A świa­do­mość, że musi oso­bi­ście pła­cić po­datki, składki na ZUS i raty kre­dytu, przy­pra­wiała go o mdło­ści. Wcze­śniej nie mar­twił się o przy­szłość. Pen­sja była, jaka była, ale wpły­wała na konto re­gu­lar­nie. Te­raz re­gu­lar­nie przy­cho­dziły do niego je­dy­nie mo­nity z banku. To wy­trą­ciło go z nie­pew­nej rów­no­wagi, jaką po śmierci córki i odej­ściu żony od­zy­skał rap­tem nie­wiele po­nad pół roku temu. I żeby nie za­cząć wa­rio­wać, znów się­gnął po ben­zo­dia­ze­piny. Kie­dyś psy­cho­tropy wy­cią­gnęły go z czar­nej ot­chłani. A te­raz? Nie był w roz­pa­czy, tylko się bał. Tylko? Wy­da­le­nie z po­li­cji wstrzą­snęło nim moc­niej, niż sam przed sobą przy­zna­wał. Nie był już gliną, a nie czuł się de­tek­ty­wem. I, szcze­rze mó­wiąc, nie chciał się nim po­czuć. Kim więc był?

Tym­cza­sem Jolka wy­ra­stała na gwiazdę, osobę roz­po­zna­walną. Nad­ska­ki­wali jej prze­ło­żeni. On nie mógł się po­chwa­lić choćby cie­niem po­dob­nych suk­ce­sów. Na­wet li­cen­cję pry­wat­nego de­tek­tywa zdo­był z nie­ma­łym tru­dem. Jako czło­wiek zwol­niony z po­li­cji w za­sa­dzie nie po­wi­nien jej do­stać. Na szczę­ście re­sort roz­stał się z nim na za­sa­dach po­ro­zu­mie­nia stron, a nie dys­cy­pli­narki, ja­koś więc udało się omi­nąć tę rafę. Po­tem jed­nak wy­pły­nęła sprawa po­zwo­le­nia na broń. Eg­za­min zdał bez pro­blemu, ale ba­da­nia psy­cho­lo­giczne… Mu­siał nie­mal klę­kać przed po­li­cyj­nym pro­fi­le­rem o sze­ro­kich zna­jo­mo­ściach w światku psy­cho­lo­gów, Grze­go­rzem Pac-Za­maj­skim, z któ­rym nie bar­dzo się lu­bili, kiedy był jesz­cze gli­nia­rzem, i pro­sić go o po­śred­nic­two w wy­gła­dze­niu paru punk­tów w te­ście. Ile czasu Jolka bę­dzie to­le­ro­wać u swego boku sfru­stro­wa­nego, uga­nia­ją­cego się za ba­nal­nymi zle­ce­niami pry­wat­nego „łapsa” ze zwyż­ku­jącą nad­wagą?

– Myśl o zle­ce­niu! – Bar­tek przy­wo­łał się do po­rządku, kon­cen­tru­jąc wzrok na szcze­gó­łach wi­docz­nych w za­mglo­nym pa­tyną dzie­jów wstecz­nym lu­sterku.

Mu­siał, bez­względ­nie mu­siał upo­rać się z tym szybko. Dla­tego do­brze się przy­go­to­wał. Przez swoje dawne kon­takty spraw­dził Sto­krocką w Urzę­dzie Dziel­nicy War­szawa Praga-Po­łu­dnie. Miesz­kała sama, była stanu wol­nego, bez­dzietna. U za­przy­jaź­nio­nego te­le­ope­ra­tora usta­lił nu­mer jej ko­mórki i – co było trud­niej­sze, a w do­datku wy­ma­gało wy­ło­że­nia pię­ciu stów ła­pówki – typ jej te­le­fonu. Na szczę­ście miała smart­fona, mógł więc wy­słać jej ukry­tego ese­mesa z wi­ru­sem wy­ge­ne­ro­wa­nym przez cał­kiem le­gal­nie ku­piony pro­gram Mo­bi­le­Spy. Te­raz już miał ją na oku. Po­zy­cja GPS, nu­mery po­łą­czeń, strony, na ja­kich lo­go­wała się w in­ter­ne­cie.

Sar­ka­stycz­nie uśmiech­nął się na myśl o tym, że wszyst­kie te czyn­no­ści, które wy­ko­nał wczo­raj w ciągu jed­nego dnia, za­ję­łyby mu – gdyby na­dal był po­li­cjan­tem – co naj­mniej ty­dzień. Samo uzy­ska­nie zgody sę­dziego i pro­ku­ra­tora na tak sze­roko za­kro­joną in­wi­gi­la­cję wy­ma­ga­łoby wy­peł­nie­nia szu­flady kwi­tów. Zda­wał so­bie jed­nak do­brze sprawę z tego, że po­stę­puje nie­le­gal­nie. Bez­czel­nie ła­mie prawo. I, szcze­rze mó­wiąc, mocno go to uwie­rało.

– Tylko ten je­den raz – obie­cał so­bie. – Szybka forsa, ure­gu­lo­wa­nie za­le­głych rat oraz czyn­szu i wra­cam do uczci­wej dzia­łal­no­ści.

Z bu­dynku wy­szła ko­bieta. Po­cząt­kowo nie zwró­cił na nią spe­cjal­nej uwagi, bo spo­dzie­wał się ra­czej, że Sto­krocka wy­je­dzie sa­mo­cho­dem. Smu­kła syl­we­tka, krótka kur­teczka, ar­ty­stycz­nie po­darte dżinsy, spor­towe buty. Ro­zej­rzała się wo­kół, zlu­stro­wała sa­mo­chody za­par­ko­wane wzdłuż ulicy. I to dało mu wresz­cie do my­śle­nia. Czy to ona? Szła szybko, drob­nymi kro­kami, w kie­runku cen­trum han­dlo­wego Pro­me­nada. Blond włosy upięte w kok, na nich ró­żowa bejs­bo­lówka z dasz­kiem na­su­nię­tym na oczy. Tak, to Ame­lia Sto­krocka.

Od­cze­kał chwilę, a po­tem wy­gra­mo­lił się z sa­mo­chodu. Nie­spiesz­nie ru­szył jej śla­dem. Była wy­soka, no­siła się pro­sto, więc na­wet gdy po prze­kro­cze­niu ob­ro­to­wych drzwi oboje wmie­szali się w tłum kłę­biący się mię­dzy dro­ge­rią a skle­pem spo­żyw­czym, wciąż wi­dział ją z da­leka. Szła, nie za­trzy­mu­jąc się przy wy­sta­wach, pro­sto do celu. Czyli do­kąd?

Dziew­czyna mi­nęła prze­szkloną windę z wy­pu­kłym oknem i do­szła do sztucz­nego stawu cią­gną­cego się wzdłuż głów­nej alejki. Obo­jęt­nie prze­szła obok wej­ścia na schody pro­wa­dzące do gór­nych re­stau­ra­cji i kom­pleksu fit­ness.

Czy kie­ro­wała się do dru­giego wej­ścia? Może za­par­ko­wała tam sa­mo­chód i w ten spo­sób chce prze­chy­trzyć ewen­tu­alny ogon?

Nie. Za­le­d­wie pięć­dzie­siąt me­trów od drzwi za­trzy­mała się przy ma­łej ka­fejce. Sto­liki usta­wione wo­kół fon­tanny, mały ba­rek, jedna kel­nerka. Usia­dła. Ko­necki mi­nął ją i wszedł na po­bli­skie schody, a po­tem na an­tre­solę, z któ­rej mógł bez­piecz­nie ob­ser­wo­wać jej sto­lik.

Bar­tek za­ło­żył, że mo­gła za­pa­mię­tać wy­so­kiego fa­ceta w gar­ni­tu­rze idą­cego jej śla­dem, więc wło­żył oku­lary OTP z wbu­do­waną mi­ni­ka­merą, zdjął ma­ry­narkę i pod­wi­nął rę­kawy ko­szuli. Drobna zmiana wy­glądu, ale za­wsze.

Mógł so­bie na to po­zwo­lić, bo nie za­brał ze sobą sig sau­era – le­gal­nie ku­pio­nego ko­pyta, na które wy­kosz­to­wał się po zwol­nie­niu z po­li­cji. Za­kła­dał, że Sto­krocka umówi się z kimś w re­stau­ra­cji lub klu­bie, w któ­rym jest se­lek­cja. Nie chciał na­ro­bić ra­banu, gdyby ochrona za­uwa­żyła szelki ka­bury pod ma­ry­narką.

Do jej sto­lika pod­szedł ja­kiś fa­cet. Dżinsy o nie­mod­nym kroju i skó­rzana kurtka tu­rec­kiego typu, na­ło­żona na swe­ter ze wzor­kiem. Czarne włosy gę­sto prze­ty­kane si­wi­zną. Bar­tek uru­cho­mił na­gry­wa­nie w oku­la­rach i lekko zbiegł po scho­dach. Pod­szedł bez­po­śred­nio do barku, po­pro­sił o kawę, dys­kret­nie się obej­rzał.

Na Don Ju­ana, który uwiódł te­le­wi­zyjną gwiazdę, gość ra­czej nie wy­gląda – po­my­ślał.

Sie­dzieli za­le­d­wie kilka me­trów od niego. Stary po­ka­zy­wał wła­śnie Sto­kroc­kiej za­war­tość tek­tu­ro­wej teczki wią­za­nej na ta­siemki. Nie dało się usły­szeć, o czym mó­wili, nie wi­dział do­kład­nie za­war­to­ści teczki, wy­dało mu się jed­nak, że są to wy­cinki ga­zet. Ra­czej sta­rych, po­żół­kłych.

Za­szu­miał eks­pres, bar­manka zdą­żyła do­piero na­lać mu espresso, kiedy tamci już wsta­wali. Ame­lia Sto­krocka wci­snęła dziad­kowi ja­kiś bank­not, chyba stówkę.

– Niech pan go znaj­dzie, bar­dzo pro­szę!

Ostat­nie słowa dziew­czyna po­wie­działa gło­śniej i Ko­nec­ki na­resz­cie coś usły­szał. Tam­ten naj­pierw osten­ta­cyj­nie pro­te­sto­wał, po­tem scho­wał forsę do kie­szeni.

– Spró­buję – obie­cał.

Na po­że­gna­nie cmok­nął ją w dłoń. Ona skie­ro­wała się z po­wro­tem w głąb ga­le­rii han­dlo­wej, on do drzwi na ze­wnątrz.

Za kim te­raz?

Wa­hał się tylko parę se­kund. Łyk kawy i ru­szył za męż­czy­zną. Niż­szy od niego o pół me­tra czło­wie­czek szedł za­ma­szy­ście w stronę kładki wio­dą­cej na drugą stronę dwu­pa­smo­wej Ostro­bram­skiej. Bar­tek z po­wro­tem wło­żył ma­ry­narkę, ale zo­sta­wił so­bie oku­lary. Dzie­więć­dzie­siąt mi­nut na­gry­wa­nia na jed­nej ba­te­rii, nie ma co oszczę­dzać. Na kładce trzy­mał się dość bli­sko za swoim obiek­tem, za­sta­na­wia­jąc się rów­no­cze­śnie, jak to ro­ze­grać. Mu­siał do­wie­dzieć się, kim jest ten fa­cet, a rów­no­cze­śnie nie spło­szyć Sto­kroc­kiej, do któ­rej dzia­dek na pewno by za­dzwo­nił, gdyby Ko­necki przy­ci­snął go za mocno.

Si­wo­włosy zszedł pro­sto na przy­sta­nek. Wy­chy­lił się poza kra­węż­nik, pa­trząc na jezd­nię bie­gnącą pro­sto aż do wia­duktu nad wę­złem Marsa. Do przy­stanku zbli­żał się au­to­bus.

Za­raz wsią­dzie. I co da­lej? Te­le­pać się za nim przez mia­sto i zo­sta­wić Sto­krocką bez nad­zoru?

W ostat­niej chwili, kiedy po­spieszne 520 już zwal­niało, Bar­tek za­szedł tam­temu drogę. Czło­wie­czek pod­niósł na niego za­sko­czone, ale cał­kiem prze­ni­kliwe oczy. Miał gę­ste, krza­cza­ste brwi opa­da­jące nie­równą fi­ranką na po­wieki, sze­ro­kie usta i po­bruż­dżoną zmarszcz­kami cerę. Ko­necki uświa­do­mił so­bie, że jest star­szy, niż wy­da­wało się z da­leka. Ja­kieś sześć­dzie­siąt, może sie­dem­dzie­siąt lat.

– Dzień do­bry panu! – Wy­cią­gnął rękę do nie­zna­jo­mego.

Tam­ten nie­chęt­nie od­wza­jem­nił uścisk. Lekki, spo­tniały, nie­zde­cy­do­wany.

– Nie po­znaje mnie pan? Na­zy­wam się Ar­kady Wo­decki.

Oczy tam­tego zmie­rzyły go ba­daw­czo, twarz jed­nak na­wet nie drgnęła.

– Przy­znam, że pana nie po­znaję – wy­ce­dził.

– No tak – zmar­twił się nie­szcze­rze Bar­tek. – To już parę ład­nych lat.

Uczy­nił gest, jakby miał się wy­co­fać. Smęt­nie zwie­sił głowę.

– Prze­pra­szam – zre­flek­to­wał się fa­cet. – Na­prawdę nie pa­mię­tam. Tyle spraw, tyle osób…

Bez­rad­nie roz­ło­żył ręce, a Ko­necki po­spiesz­nie ana­li­zo­wał każde jego słowo. „Tyle spraw”? Czyżby eme­ry­to­wany po­li­cjant? Albo pro­ku­ra­tor? Nie wy­glą­dał na gli­nia­rza.

W tym mo­men­cie na przy­stanku za­trzy­mał się au­to­bus.

– Mu­szę le­cieć, to mój – uspra­wie­dli­wił się tam­ten. – Pro­szę kie­dyś za­dzwo­nić, po­ga­damy – rzu­cił, ro­biąc krok do wej­ścia.

Osta­tecz­nie się jed­nak za­wa­hał i za­py­tał jesz­cze:

– Pi­sa­łem kie­dyś o panu?

Bar­tek, na­wet gdyby chciał, nie zdą­żyłby od­po­wie­dzieć. Drzwi za­mknęły się z sy­kiem. Bingo. „Pi­sa­łem kie­dyś o panu?”. A więc dzien­ni­karz.

***

Lu­bił miesz­ka­nie Jolki przy ulicy Świę­to­jer­skiej, a mimo to – choć miesz­kał tu już pół roku – wciąż jesz­cze nie umiał po­my­śleć o nim: „Mój dom”. Le­żały tam jego rze­czy, sy­piał tam co­dzien­nie, do­rzu­cał się do czyn­szu, wciąż jed­nak czuł się jak gość.

Ostat­nie, czwarte pię­tro, dwa ob­szerne po­koje, wą­ska, ale widna kuch­nia. Okna sa­lonu i bal­kon wy­cho­dziły na Świę­to­jer­ską, sto me­trów od ulicy Freta, czyli ob­le­pio­nego tu­ry­styczną me­lasą Sta­rego Mia­sta. Z kuchni i sy­pialni wi­dać było z ko­lei po­ro­śnięty ol­chami skwe­rek, z ław­kami za­ję­tymi przez eme­ry­tów. Ci­sza, spo­kój, dys­kretny urok luk­susu. Za­nim się do niej spro­wa­dził, miesz­kał w ma­łej klitce w dzie­się­cio­pię­trowcu przy Gi­bal­skiego. Okna tam­tego miesz­ka­nia wy­cho­dziły na par­king, na któ­rym dzie­ciaki ko­pały piłkę, przy drzwiach do klatki pi­jacz­ko­wie kon­ku­ro­wali z za­kap­tu­rzoną mło­dzieżą o naj­lep­sze miej­sca na ga­zo­nach dawno zdep­ta­nych kwia­tów. Tam jed­nak czuł ro­ze­dr­gany nerw mia­sta. Tu miał wra­że­nie, że tra­fił do sce­no­gra­fii ro­dem z sit­comu. Nie wy­obra­żał so­bie jed­nak, żeby Jolka zgo­dziła się za­miesz­kać z nim na Gi­ba­laku. Zresztą miesz­kali już tam lo­ka­to­rzy, a pie­nią­dze z wy­najmu za­si­lały bie­żący bu­dżet Joli i Bartka.

– O, zja­wił się mój Phi­lip Mar­lowe! – Jolka sie­działa w szla­froku przed te­le­wi­zo­rem.

Za­bawne, ale na ekra­nie też ją wi­dział. W re­gu­la­mi­nowo za­pię­tym czar­nym mun­du­rze z na­pi­sem „Po­li­cja” na koł­nie­rzyku, z in­ten­syw­nym spoj­rze­niem zie­lo­nych oczu i gładko za­cze­sa­nym ko­kiem mó­wiła o za­mor­do­wa­niu mło­dej ko­biety, któ­rej per­so­na­lia oraz pro­fe­sję już usta­lono. Marta S., osoba nie­let­nia trud­niąca się pro­sty­tu­cją.

Bez­wied­nie po­rów­nał obie wer­sje ko­mi­sarz Jo­lanty Boń­czak. Tę służ­bową, pro­stą jak struna, z biu­stem wy­pię­tym dum­nie ku oku ka­mery, i do­mową, w lekko zme­cha­co­nym szla­froku, ze zwią­za­nymi ko­ko­nem ręcz­nika świeżo umy­tymi wło­sami i w gru­bych oku­la­rach, które za­stą­piły roz­ja­śnia­jące barwę oczu szkła kon­tak­towe. Ta druga bar­dziej go krę­ciła.

– Gdzie by­łeś? – Jolka pod­nio­sła się z fo­tela.

Kiedy wsta­wała, poła szla­froka od­chy­liła się, po­ka­zu­jąc drobną, za­dzior­nie ster­czącą pierś. Bart­kowi zro­biło się go­rąco.

– Mam zle­ce­nie! – Szybko zdjął ma­ry­narkę i za­czął roz­pi­nać ko­szulę.

– Nie­wierny mąż? Po­dej­rzana nia­nia? Bar­man pod­kra­da­jący drob­niaki ze sło­ika na na­piwki? – Prze­su­nęła pal­cem po jego po­ro­śnię­tym blond locz­kami tor­sie.

Rzu­cił jej szyb­kie, ba­daw­cze spoj­rze­nie. Czy z niego kpiła? Za­raz jed­nak par­sk­nął tylko odro­binę wy­mu­szo­nym śmie­chem.

– Śle­dzę taką jedną…

– Ładna? – Ko­lejne py­ta­nie na­de­szło, za­nim jesz­cze prze­brzmiała jego od­po­wiedź.

Piękna i be­stia – po­my­ślał.

Czy to moż­liwe, że była o niego za­zdro­sna?

– Ja­kie na­gra­nie? – za­py­tał, uświa­da­mia­jąc so­bie, że Jolka coś po­wie­działa.

– Py­ta­łam, czy masz ją na fil­mie – od­parła, wska­zu­jąc na oku­lary OTP wy­sta­jące z we­wnętrz­nej kie­szeni ma­ry­narki, którą do­piero co po­wie­sił na opar­ciu krze­sła.

– Nie mogę ci po­ka­zy­wać ma­te­ria­łów do­ty­czą­cych klienta. – Bar­tek po­sta­no­wił się z nią po­prze­ko­ma­rzać.

– W ta­kim ra­zie sam od­grze­waj so­bie ko­la­cję! – Jolka pod­jęła grę, te­atral­nie wzru­sza­jąc ra­mio­nami i od­wra­ca­jąc się do te­le­wi­zora.

Na ekra­nie nie było już jej twa­rzy. Za­stą­piły ją „ope­ra­cyjne zdję­cia po­li­cji”. Le­żące w krza­kach, chyba na le­śnym igli­wiu, zwłoki na­giej ko­biety z od­cię­tymi dłońmi. Twarz i miej­sca in­tymne oczy­wi­ście za­ma­zano, ale wi­dok i tak ra­ził bez­ce­re­mo­nialną bru­tal­no­ścią. „Wy­jąt­kowe okru­cień­stwo”, „dia­bel­ska per­fi­dia”, „zbrod­nia bez pre­ce­densu” – spi­ker nie szczę­dził moc­nych słów ko­men­ta­rza. Cóż, było po je­de­na­stej w nocy, sta­cja mo­gła po­ka­zać wię­cej, żeby za­do­wo­lić co bar­dziej wy­ma­ga­ją­cych od­bior­ców…

Ko­necki się wzdry­gnął. Ni­gdy nie lu­bił wi­doku tru­pów. Na­wet kiedy oglą­dał je re­gu­lar­nie w Wy­dziale Ter­roru Kry­mi­nal­nego. Czym prę­dzej prze­niósł spoj­rze­nie na Jolkę i do­strzegł, że koł­nierz szla­froka zsu­nął jej się z ra­mie­nia, od­sła­nia­jąc opa­loną skórę.

Sa­mo­opa­lacz czy cho­dzi do so­la­rium?

Ogar­nęła go fala po­żą­da­nia. Pod­szedł, na­chy­lił się, mu­snął jej ciało ustami. Skóra Jolki nie pach­niała sa­mo­opa­la­czem. De­li­kat­nie wsu­nął dłoń przez połę szla­froka, do­ty­ka­jąc jej drob­nych piersi.

– Prze­stań, ła­sko­czesz mnie! – Lekko go ode­pchnęła.

– Do­bra, po­każę ci to na­gra­nie.

– Nie mu­sisz. Żar­to­wa­łam.

Stała od­wró­cona do ekranu, na któ­rym bru­talne ob­razy zbrodni zdą­żył już za­stą­pić głu­piutki uśmiech pre­zen­terki za­po­wia­da­ją­cej pro­gnozę po­gody. A po­tem przy­cią­gnęła go do sie­bie.

***

– Bo wiesz… – po­wie­dział pół go­dziny póź­niej, kiedy le­żeli nadzy na dy­wa­nie, przy­kryci je­dy­nie kapą z sofy. – Po­my­śla­łem, że mo­gła­byś mi po­móc roz­po­znać na tym moim dzi­siej­szym fil­mie ta­kiego jed­nego fa­cia.

Zer­k­nęła na niego z uśmie­chem.

– Cią­gle stare gli­niar­skie na­wyki, co? – Klep­nęła go w ra­mię. – Na­wet w cza­sie ra­do­snego bzy­kanka my­ślisz o ro­bo­cie?

Po­czuł się głu­pio.

– Przy­szło mi to na myśl do­piero te­raz!

– Mnie też obo­wią­zuje ta­jem­nica służ­bowa! – Tym ra­zem to ona się prze­ko­ma­rzała.

Oparła głowę na zgię­tej w łok­ciu ręce. Na­rzuta zsu­nęła się z jej ra­mion i piersi.

– To nie jest zwią­zane z twoją pracą w po­li­cji – za­czer­wie­nił się. – Cho­dzi o zi­den­ty­fi­ko­wa­nie… – po­czuł, że znów ogar­nia go pod­nie­ce­nie – pew­nego dzien­ni­ka­rza. A ty masz prze­cież zna­jo­mo­ści w świe­cie me­diów.

– Pró­bu­jesz skło­nić funk­cjo­na­riuszkę po­li­cji do po­peł­nie­nia wy­kro­cze­nia.

– Ale przy­naj­mniej nie je­steś na służ­bie. Za­wsze to ja­kaś oko­licz­ność ła­go­dząca.

– Skąd wiesz? Może je­stem agentką pod przy­kry­ciem?

– W ta­kim ra­zie mu­sisz bar­dziej za­an­ga­żo­wać się w swoją rolę… – Spró­bo­wał przy­cią­gnąć ją do sie­bie, ale zwin­nie mu się wy­msknęła.

– Dam się sko­rum­po­wać, je­śli obie­casz mi jesz­cze je­den nu­me­rek.

– Z naj­więk­szą ochotą!

– W ta­kim ra­zie po­każ, co tam na­gra­łeś.

Jolka wstała. Na­rzuta spły­nęła po jej ciele, a on za­pa­trzył się w jej zgrabny ty­łe­czek.

– Chcesz za­liczkę już te­raz?

Po­de­szła do od­wie­szo­nej ma­ry­narki, wy­jęła oku­lary OTP i spraw­nie po­łą­czyła ich pa­mięć z te­le­wi­zo­rem.

– Wolę za­in­ka­so­wać ca­łość póź­niej – od­po­wie­działa, włą­cza­jąc od­twa­rza­nie.

Na ekra­nie po­ja­wiła się scena z Pro­me­nady.

– Ame­lia Sto­krocka. – Na­tych­miast roz­po­znała dziew­czynę. – To ją masz śle­dzić?

Bart­kowi wy­dało się, że w jej gło­sie sły­szy nutę po­dziwu. Czyżby jej za­im­po­no­wał?

– Co o niej wiesz? – spy­tał.

Bar­dzo ko­biece wzru­sze­nie ra­mion, ma­jące dać mu do zro­zu­mie­nia, że te­mat nie jest go­dzien spe­cjal­nego po­głę­bie­nia.

– Pod­opieczna pew­nego pro­du­centa fil­mo­wego. Ma w śro­do­wi­sku opi­nię pusz­czal­skiej, ale ta­kiej, która się umie usta­wić. Mówi się o niej, że może zajść wy­soko.

Pusz­czal­ska – od­biło mu się echem po gło­wie.

– Tak na­prawdę to chcia­łem cię spy­tać o tego fa­ceta – prze­wi­nął film, za­trzy­mu­jąc klatkę na sce­nie z przy­stanku au­to­bu­so­wego.

– Nie ko­ja­rzę.

– To dzien­ni­karz, ale chyba z ja­kiejś ga­zety – uści­ślił Ko­necki, przy­po­mi­na­jąc so­bie po­żół­kłe wy­cinki z teczki prze­ka­za­nej Sto­kroc­kiej. Co było w tych ze­tla­łych skraw­kach pa­pieru, że dała mu za nie sto zło­tych?

– Pi­sma­ków go­rzej ko­ja­rzę. Mam do czy­nie­nia ra­czej z te­le­wi­zo­rami.

Pi­smacy. Te­le­wi­zory – za­śmiał się w du­chu. – Już przy­swo­iła ten me­dialny slang.

– A mo­gła­byś tro­chę po­py­tać? Tak przy oka­zji. Może któ­ryś z dzien­ni­ka­rzy go so­bie przy­po­mni?

Ski­nęła głową.

Pusz­cza­jąc kadr ze swo­jego filmu na dru­karkę, po­czuł, jak Jolka za­rzuca mu od tyłu ręce na szyję. Po­woli się do niej od­wró­cił.

– Pani ko­mi­sarz, to bez­prawne uży­cie środ­ków przy­musu bez­po­śred­niego!

– Bądź ci­cho i rób, co ci każę, bo ina­czej przy­kuję cię do ka­lo­ry­fera! – wy­dy­szała mu pro­sto do ucha.

WCZE­ŚNIEJ

Ka­lisz. Ko­niec lipca 1992

Tra­cił na­dzieję. W let­nim upale snuł się ulicz­kami: Dwor­cową, Wro­cław­ską i ja­ki­miś tam jesz­cze wo­kół dworca ko­le­jo­wego w Ka­li­szu, za­cze­pia­jąc bez­dom­nych, tak­sia­rzy, bi­le­terki w ka­sach i kon­duk­to­rów. Prze­py­tał chło­pa­ków z naj­bliż­szego ko­mi­sa­riatu, a także nie­licz­nych śled­czych, któ­rzy chcieli z nim ga­dać w miej­skiej ko­men­dzie. Nic. Zero. Próż­nia.

Pod wzno­szącą się nad nim z god­no­ścią ko­lum­nadą dworca ury­wał się ślad. A prze­cież aspi­rant Nor­bert Pa­łu­cha za­słu­żył na to, żeby coś uchwy­cić.

Po pierw­sze, po­go­nił tech­ni­ków, żeby szybko usta­lili typ opon, któ­rych ślady po­zo­stały na chod­niku i tra­wie obok miej­sca po­rzu­ce­nia zwłok. Nie­miec­kie, pra­wie na pewno na­le­żące do „beczki”, czyli oso­bo­wego mer­ce­desa W123. W ra­mach bo­nusu tra­fiło mu się też otar­cie la­kieru na pniu par­ko­wego drzewka, o które mor­derca przy­tarł błot­nik swo­jego auta. Ko­lor bu­tel­ko­wo­zie­lony.

Po dru­gie, z nie­ma­łym tru­dem usta­lił per­so­na­lia za­mor­do­wa­nej. Kry­styna Talko, lat pięt­na­ście. Wy­łu­skał ją z dzie­siąt­ków zgło­szeń za­gi­nięć na­sto­lat­ków, które – nor­mal­nie, jak to w wa­ka­cje – za­le­wały ko­mendy, ko­mi­sa­riaty i po­ste­runki po­li­cji jak kraj długi i sze­roki. Ła­two nie było. Nie ist­niała prze­cież ogól­no­pol­ska baza da­nych na te­mat za­gi­nięć. Dzwo­nił więc i fak­so­wał po wszyst­kich ko­men­dach re­jo­no­wych po­li­cji, za­ta­cza­jąc co­raz szer­sze kręgi wo­kół War­szawy. Po ty­go­dniu ta­kiej ro­boty, w któ­rej nie po­ma­gał mu nikt (bo Chałka, któ­remu ktoś mu­siał szep­nąć, że Pa­łu­cha na­pi­sał na niego no­tatkę z do­no­sem, nie przy­dzie­lił mu na­wet po­ste­run­ko­wego), wresz­cie zna­lazł pa­su­jące zgło­sze­nie. W Zduń­skiej Woli. Za­gi­nię­cie córki zgło­sili ro­dzice.

We­zwał ich więc do War­szawy w celu roz­po­zna­nia zwłok. Przy­je­chali we czworo, z wy­stra­szo­nym kil­ku­let­nim brzdą­cem – ich młod­szą córką – oraz ja­kimś bla­dym i roz­trzę­sio­nym chło­pa­kiem o imie­niu Da­niel, któ­rego przed­sta­wili jako „przy­ja­ciela Krysi”. Przy­ja­ciel? Pa­łu­cha od razu wziął go w ob­roty. Oka­zało się, że Kry­styna Talko i ów Da­niel byli parą od roku. Cho­dzili za rączki i do kina, a na­wet da­wali so­bie buzi-buzi. Zwy­kła, nudna jak flaki z ole­jem szcze­nięca mi­łość. Na­sto­la­tek co chwila po­pła­ki­wał i wa­lił czo­łem w sfa­ty­go­wany blat jego służ­bo­wego biurka. Śmierć Krysi kom­plet­nie go roz­wa­liła. Pa­łu­cha nie­chęt­nie wy­klu­czył go wstęp­nie z grona po­dej­rza­nych. Ten nad­wraż­liwy dzie­ciak na­prawdę był za­ła­many. Może na­wet bar­dziej niż ro­dzice de­na­tki – pro­ści, bo­go­bojni lu­dzie. W su­mie to jed­nak on w końcu pchnął śledz­two na nowe tory. Po­mię­dzy jed­nym a dru­gim chlip­nię­ciem chło­pak wy­stę­kał, że Kry­sia – wbrew jego sta­now­czym pro­te­stom – zwiała z domu i po­je­chała na Fe­sti­wal Mu­zyki Roc­ko­wej do Ja­ro­cina. Wy­znał też, że sam nie znosi ani roc­ko­wej, pun­ko­wej czy blu­eso­wej mu­zyki, ani tłu­mów spo­co­nych im­pre­zo­wi­czów tań­czą­cych pogo. Woli Ni­rvanę, Re­pu­blikę i Co­hena. Ale w osta­tecz­no­ści zde­cy­do­wał się z nią po­je­chać. Kryśka jed­nak wy­śmiała ten po­mysł. Ura­żony, po­zo­stał w domu.

A więc Ja­ro­cin. Pa­łu­cha wy­bła­gał u na­czel­nika Chałki służ­bowy sa­mo­chód i de­pu­tat na pa­liwo, a po­tem wy­dzwo­nił jed­nostki w Sie­ra­dzu, Ka­li­szu i Ja­ro­ci­nie. Aspi­rant z War­szawy do­bi­ja­jący się do szefa ko­mendy mia­sta. Śmieszne. Spusz­czali go co­raz ni­żej, aż w końcu udało mu się po­roz­ma­wiać z za­stęp­cami sze­fów pre­wen­cji, któ­rzy obie­cali mu „da­leko idącą po­moc na miarę skrom­nych moż­li­wo­ści ka­dro­wych”. Czyli nic. Sam mu­siał ob­le­cieć dworce au­to­bu­sowe i ko­le­jowe ze zdję­ciem ze szkol­nej le­gi­ty­ma­cji Kry­styny Talko. Straszna ro­bota. Być może na­wet by ją so­bie od­pu­ścił, gdyby nie wi­zja awansu i wy­rwa­nia się z dziel­ni­co­wego graj­dołka. No i pro­szę! Wczo­raj jego trud zo­stał w końcu na­gro­dzony. Jedna z ka­sje­rek roz­po­znała dzie­wu­chę. Kry­styna Talko dzie­więć dni temu ku­piła w Sie­ra­dzu bi­let do Ka­li­sza.

Otarł pot zbie­ra­jący mu się pod koł­nie­rzy­kiem ko­szuli. Z kra­wata zre­zy­gno­wał jesz­cze rano, ma­ry­narkę prze­wie­sił przez ra­mię pół go­dziny temu. Upał na­ra­stał. Co za lato! Strach po­my­śleć, co bę­dzie, je­śli ta su­sza i tro­pik po­trwają dłu­żej.

Wstą­pił do wa­rzyw­niaka przy Dwor­co­wej i spy­tał o oran­żadę. Oran­żady nie mieli, ale sprze­daw­czyni po­le­ciła mu no­wość – nie­miecki na­pój ga­zo­wany w pla­sti­ko­wej bu­telce. Wy­pił dusz­kiem, słu­cha­jąc trzesz­czą­cego na sto­isku ra­dia, w któ­rym spi­ker in­for­mo­wał o po­wo­ła­niu rządu Hanny Su­choc­kiej.

Jesz­cze tro­chę, a do po­li­cji też za­czną przyj­mo­wać baby – po­my­ślał, czu­jąc, jak po gar­dle i ję­zyku roz­lewa mu się nie­przy­jemny, che­miczny smak.

– Pan przy­jezdny? – za­ga­iła sprze­daw­czyni.

Przy­tak­nął, roz­ko­szu­jąc się stru­mie­niem po­wie­trza z usta­wio­nego na wi­śniach wia­traczka. Nie chciało mu się wy­cho­dzić na ten upał. Po co? I tak nikt nie ko­ja­rzył tu­taj tej Kry­styny. Nie ku­po­wała bi­letu ani w ko­le­jo­wej, ani w au­to­bu­so­wej ka­sie. Nikt nie przy­po­mi­nał so­bie, żeby krę­ciła się po pe­ro­nie czy pod dwor­cem.

Zmę­czo­nym ru­chem pod­su­nął sprze­daw­czyni pod oczy zdję­cie na­sto­latki.

– Je­stem z po­li­cji – wy­chry­piał. – Może ją pani wi­działa tu­taj w ciągu ostat­nich ośmiu, dzie­wię­ciu dni?

Eks­pe­dientka z na­bożną nie­mal czcią po­chy­liła się nad fo­to­gra­fią.

– Jaka młoda… – wes­tchnęła. – I ładna. Nie żyje, prawda?

– Skąd pani wie?

– Ina­czej po­li­cja nie szu­ka­łaby jej w taki upał.

Dziwne ro­zu­mo­wa­nie, ale trafne.

– Nie­stety, nie wi­dzia­łam jej. A py­tał pan w ka­sach?

Na­wet nie chciało mu się od­po­wia­dać. Wy­szedł na roz­pa­lony sło­necz­nym ża­rem pla­cyk przed dwor­cem, za­sta­na­wia­jąc się, co da­lej. Pod ko­lum­nami przy wej­ściu, w cie­niu, chro­nili się bez­do­mni. Szybko otak­so­wał ich wzro­kiem. Z tym sta­rym, ob­da­rzo­nym pa­triar­chalną brodą, już roz­ma­wiał. O ile można na­zwać roz­mową wy­mianę mo­no­sy­lab. Z tym dru­gim, wy­ta­tu­owa­nym, też. Aha, po­ja­wił się jesz­cze ja­kiś chło­pak. Ob­dar­tus w dżin­so­wej kurtce z na­ma­lo­waną na ple­cach pa­cyfą i klap­nię­tym iro­ke­zem na wło­sach. Aspi­rant Pa­łu­cha pod­szedł do niego cięż­kim kro­kiem.

– Ko­ja­rzysz tę dziew­czynę?

Chło­pak, na oko naj­wy­żej dwu­dzie­sto­letni, ob­da­rzył go nie­chęt­nym spoj­rze­niem.

– Fajna dupa. Masz jej te­le­fon?

Był od Nor­berta do­bre dzie­sięć cen­ty­me­trów wyż­szy, więc aspi­rant mu­siał się wspiąć na palce, żeby spoj­rzeć mu pro­sto w oczy. Po­zo­stali me­nele za­chi­cho­tali.

– Je­stem z po­li­cji, błaź­nie – wy­ce­dził, ma­cha­jąc mu le­gi­ty­ma­cją przed no­sem. – Do­ku­menty!

Chło­pak po­słusz­nie wy­cią­gnął z kie­szeni po­miętą zie­loną ksią­żeczkę. A więc do­brze go oce­nił. Mło­kos był już peł­no­letni.

– Ce­glar­czyk Ja­nusz – prze­czy­tał Pa­łu­cha w jego do­wo­dzie oso­bi­stym. – Za­miesz­kały w War­sza­wie. Co cię spro­wa­dza do Ka­li­sza?

– A co? Chyba wolno po­dró­żo­wać po kraju? Ko­muna upa­dła, co nie? Wol­ność mamy.

Nie chciał znowu stru­gać przed nim ko­gu­cika. Było na to za duszno.

– Od­po­wia­daj na py­ta­nia albo cię wrzucę na do­łek – od­parł bez prze­ko­na­nia, bo wie­dział prze­cież, że ko­le­dzy z ka­li­skiej ko­mendy się uśmieją, je­śli war­sza­wiak przy­pro­wa­dzi im za­trzy­ma­nego.

– Wra­cam z Ja­ro­cina! – Chło­pak nieco spu­ścił z tonu. – A tej la­luni ze zdję­cia nie ko­ja­rzę. Przy­się­gam.

– Po­każ bi­let.

– Nie mam forsy na po­ciąg! Wszystko wy­da­łem na browca i skręty! – Usi­ło­wał się za­śmiać, ale słabo mu wy­szło.

– Co w ta­kim ra­zie ro­bisz pod dwor­cem?

– Pro­szę prze­chod­niów o parę gro­szy.

Za­pa­dło krót­kie mil­cze­nie. Ko­lejne nie­po­wo­dze­nie. Na­stępny nie­do­szły świa­dek. Chyba już czas się zwi­jać do War­szawy.

– Ale lu­dzie nic nie dają! – Mło­kos naj­wy­raź­niej zmie­nił front i te­raz po­sta­no­wił za­ga­dać gli­nia­rza. – Będę mu­siał da­lej je­chać do do­mciu au­to­sto­pem.

Au­to­stop – w ugo­to­wa­nym umy­śle Nor­berta Pa­łu­chy po­ru­szyła się ja­kaś za­padka. – Au­to­stop, no ja­sne!

***

Na ulicy Ja­snej Pa­łu­cha wy­siadł spo­cony jak mysz z roz­pa­lo­nej ka­biny po­lo­neza. Na szczę­ście od rzeki Pro­sny i roz­cią­ga­ją­cego się na jej dru­gim brzegu parku tchnęło nieco chłod­niej­szym po­wie­wem. Si­ląc się na zde­cy­do­wany krok, wszedł do ko­mendy, mach­nął po­li­cyjną bla­chą czer­wo­nemu jak pi­wo­nia ofi­ce­rowi dy­żur­nemu i ru­szył do ga­bi­netu ko­men­danta. Udało się. Z pro­te­stu­jącą pi­skli­wie se­kre­tarką na ple­cach otwo­rzył drzwi. Ude­rzył go kwa­śny odór dymu z pa­pie­ro­sów i ulotna woń ko­niaku.

– Kim pan jest? – spy­tał ostro zwa­li­sty wą­sacz w nie­bie­skim mun­du­rze, sie­dzący za biur­kiem.

– Aspi­rant Pa­łu­cha Nor­bert, sek­cja za­bójstw Wy­działu Kry­mi­nal­nego Ko­mendy Re­jo­no­wej War­szawa-Śród­mie­ście! – wy­re­cy­to­wał w po­sta­wie za­sad­ni­czej.

– A… tak. Sły­sza­łem o was. – Ko­men­dant mach­nął ręką. – Co po­trzeba?

Se­kre­tarka wresz­cie dała za wy­graną.

W krót­kich, żoł­nier­skich sło­wach i po­sta­wie na bacz­ność Nor­bert wy­po­wie­dział swoją prośbę. Szef ka­li­skich po­li­cjan­tów nie był za­do­wo­lony.