Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
12 osób interesuje się tą książką
Na Polu Mokotowskim w Warszawie zostaje znalezione ciało brutalnie zamordowanej dziewczyny. Sprawca odciął jej obie dłonie, a sposób, w jaki to zrobił, przywodzi na myśl nierozwiązaną sprawę sprzed lat. Policja rozpoczyna zakrojone na szeroką skalę dochodzenie.
W tym samym czasie Bartosz Konecki – niegdyś utalentowany policjant, dziś prywatny detektyw z problemami – przyjmuje nietypowe zlecenie. Ma obserwować wschodzącą gwiazdę telewizji. Rutynowa sprawa szybko przeradza się jednak w skomplikowane śledztwo, gdy były funkcjonariusz odkrywa niepokojący związek między swoim zadaniem a okrutną zbrodnią popełnioną w parku miejskim.
Czy mieszkańcy Warszawy są świadkami powrotu seryjnego mordercy?
„Kręgi” to mroczny kryminał o zmaganiu się z własnymi demonami i przepracowywaniu osobistych traum. Zbigniew Zborowski opowiada o tym, jak jeden czyn potrafi uruchomić lawinę zdarzeń, które zataczają coraz szersze kręgi.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 443
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Tytuł: Kręgi
Copyright © Zbigniew Zborowski, 2026
This edition: © Gyldendal Astra/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt okładki: Daniel Natkaniec
Redakcja: Milena Schefs
Korekta: Pracownia Mole
ISBN 978-91-8076-852-8
Opracowanie e-booka:Marcin Słociński / www.monikaimarcin.com
Gyldendal Astra/Gyldendal A/SKlareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
www.gyldendalastra.pl
– Spójrzcie.
– Kręgi.
– Na wodzie.
– Na początku są małe. A potem spójrzcie,
jak się powiększają. Ale musi być ktoś, kto zacznie.
(Pocahontas)
Gwałtem zabija się albo kaleczy
Bliźnich osobę, a dobra i mienie
Pożarem gubi, rabuje, niweczy.
Stąd skrytobójców i morderców cienie,
Zbrodniów, złodziei oddzielną komorą
Dostały pierwszy krąg na posielenie.
(Dante Alighieri, Boska Komedia, przeł. E. Porębowicz, pieśń XI)
PROLOG
Warszawa. Lipiec 1992
Obudziła się nagle, od razu przytomna, z poczuciem, że jest źle. Gwałtownie wciągnęła powietrze. Jak tonący, który wynurzył się na powierzchnię, lecz wie, że nie starczy mu sił, by się dłużej na niej utrzymać. Zimne światło jarzeniówek pod wysokim sufitem ukazało jej obszerną, pozbawioną okien halę. Leżała na szerokim i długim metalowym stole, nad którym zwieszała się piła tarczowa.
Poczuła, jak przerażenie zalewa jej serce, i raptownie usiadła. Nie była związana. Zeskoczyła. Przebiegła kilka metrów. Bose stopy zadudniły na zimnej, betonowej podłodze, pokrytej jedynie poplamionym linoleum. Zatrzymała się. Wróciła. Ruszyła w przeciwnym kierunku. Znowu stanęła.
Była sama w tym dziwnym pomieszczeniu, w którym oprócz stołu i piły zgromadzono mnóstwo zagadkowych przedmiotów. Z sufitu zwisały wielkie haki, pod ścianami stały pojemniki na kołach, a tuż obok niej piętrzyło się coś, co wyglądało jak taboret olbrzyma. Wszystko lśniące, metalowe, zimne.
– Co to za miejsce? – Jej szept uleciał ku sufitowi, by po chwili wrócić echem, które wwierciło się w mózg nieznośnym bólem.
– To rzeźnia! – Usta ułożyły się w słowa, których nie miała odwagi wypowiedzieć. – Obudziłam się w rzeźni.
Spróbowała zebrać myśli. Skoncentrować się. Bolała ją głowa, a w ustach czuła cierpki, chemiczny smak, od którego robiło jej się niedobrze.
– Jak się tutaj znalazłam?
Całkiem niedawno, niemal przed chwilą, rzuciła wszystko, czego nie znosiła, zakwestionowała model życia, który pętał ją jak grobowy całun. Dusiła się w nim, nudziła, gardziła nim. Długo nie miała odwagi, żeby się z tego wyzwolić. Trudno być odważną, kiedy się ma dopiero piętnaście lat. Ale w końcu się udało. Oznajmiła rodzicom i całej małomiasteczkowej reszcie, że rusza w Polskę. Sama. Było piękne lato. Pojechała na festiwal rockowy do Jarocina – miał zagrać Dżem. A raczej chciała pojechać. Teraz pamiętała tylko białoszarą szosę, przy której łapała stopa, i dwóch sympatycznych panów zatrzymujących się przy niej wielkim mercedesem. A potem cierpki, chemiczny smak tamponu, który ktoś przyciskał jej do ust i nosa.
– Uśpili mnie. Dranie.
Po co to zrobili? Odpowiedź przyszła szybciej niż wypowiedzenie w myślach tego pytania. Przestraszyła się jeszcze bardziej. Nie była już dzieckiem. Przynajmniej do tej chwili tak sądziła.
Spojrzała na swoje odbicie w wypolerowanej metalowej ściance dziwnego – jak wszystko wokół – urządzenia. Miała na sobie dżinsy z bazarku na rynku i koszulkę. Żadnych dziur, rozdarć, sińców. Zginęły jej tylko buty. Może więc nie jest tak źle?
Ponownie ruszyła przed siebie. Tym razem już jednak nie biegła. Zrozumiała, że to nie koniec. To raczej początek. Oni gdzieś tutaj są. Czają się, knują, obserwują.
Rozejrzała się. Wokół nie było żywego ducha. Ostrożnie podeszła do ciężkich i grubych metalowych drzwi. Były uchylone. Wyjrzała i zaraz cofnęła głowę. Znów wyjrzała.
Korytarz był oświetlony błękitnym światłem brzęczących cicho jarzeniówek. Nadal żadnych okien. Po prawej odrapane drzwi do łazienek, po lewej kolejne uchylone stalowe wrota. Pod ścianami więcej pojemników i wózków. Wszystkie na kółkach. W powietrzu zapach stęchlizny, kurzu i czegoś jeszcze. Ledwo uchwytny, metaliczny, drażniący nozdrza zapach. Znała go. To był zapach krwi.
Szła korytarzem, ostrożnie rozglądając się wokół. Ogromny betonowy bunkier wypełniony był lśniącymi urządzeniami do zabijania, krojenia, odzierania ze skóry. Plątanina korytarzy, sal dużych i mniejszych. Wciąż ani jednego okna, choćby świetlika. Jednak przecież gdzieś, do licha jasnego, musi być stąd jakieś wyjście.
Wtedy usłyszała zwielokrotniony echem, odległy śmiech. Potem odgłos kroków. Przerażenie żarzące się w środku klatki piersiowej nagle się rozpaliło – jak palenisko gwałtownie otwartego piecyka. Rzuciła się biegiem w przeciwnym kierunku. Za nią rozbrzmiało dudnienie biegnących nóg. Ścigał ją nie jeden, nie dwóch, ale kilku ludzi. Zniekształcone echem głosy zdawały się brzmieć po niemiecku.
Niemcy? W ogromnej rzeźni? A może to tylko koszmarny sen?
W tym momencie jej spanikowany i wciąż otumaniony umysł wreszcie się przebudził.
– Muszę wrócić tam, gdzie się obudziłam!
Stół, piła, rząd haków pod sufitem. To jasne. Tam trafiają zwierzęta tuż po uboju. A więc gdzieś obok musi być hala, w której są uśmiercane, a za nią rampa, przez którą są pędzone do rzeźni.
Wyjście.
Zawróciła na pięcie i pognała z powrotem. Byle zdążyć przed tamtymi. Kimkolwiek są.
Była szybka. W kilku susach dopadła ciężkich drzwi, przez które dopiero co wyszła. Skoczyła do hali, minęła stół i piłę, dostrzegła kolejne drzwi, pewnie prowadzące do ubojni. Rzuciła się ku nim.
I zaraz zahamowała.
Zobaczyła ich. Wchodzili kolejno, zatrzymywali się, mierzyli ją wzrokiem. Jakby oceniali półtuszę.
Mężczyźni. Nie wyglądali na potwory. Ten z prawej był niski i pulchny, o jowialnej twarzy. Środkowy był wyższy, ale znacznie starszy. Po lewej stał najmłodszy, z brzuszkiem rysującym się pod dresową bluzą. Może nie jest tak źle? Może chcieli tylko ponapawać się trochę jej strachem? Zażartować?
Nie. W ich oczach było coś, co odbierało nadzieję. Oni chcieli ją skrzywdzić. Skoro jednak sprawiali wrażenie zwyczajnych facetów w wieku jej taty, to może da się ich ubłagać? Przeprosić? Przekonać, żeby zostawili ją w spokoju?
– Nie róbcie mi nic złego – usłyszała własny, potwornie zachrypnięty głos. – Ja… Ja jestem dzieckiem.
Gwałtownie drgnęła, kiedy ktoś się odezwał tuż za jej plecami. Nie zrozumiała słów, mężczyzna mówił po niemiecku. To musiało być coś zabawnego, bo ci przed nią tubalnie zarechotali.
Odwróciła się powoli, bojąc się tego, co zobaczy. Ujrzała sympatycznego kierowcę mercedesa, faceta między trzydziestką a czterdziestką, lekko łysiejącego, dosyć wysokiego. Patrzył na nią ciemnymi, lekko zamglonymi oczami wesołka, który nadużywa alkoholu. Znała takie spojrzenia. W pobliskim miasteczku pełno było takich facetów.
Struchlała. Płytki oddech nie mógł zapewnić jej trzepoczącemu przerażeniem sercu wystarczającej ilości tlenu. Za gardło zaczął łapać ją szloch.
– Dalej już nie uciekniesz, ty mała kurwo.
W jego głosie brzmiała nie tyle złość, ile raczej drwina. Szydził z niej. Sycił się jej przerażeniem. To ją otrzeźwiło. Wzbudziło złość. Oszust. Porywacz. Gnojek, który ją uśpił i ułożył na stole do dzielenia mięsa.
– No dalej, dziwko. Błagaj o litość.
W piersi wzbierała jej furia. Zwyczajny facet w stadzie innych zwyczajnych facetów, mówiący językiem bestii. Nie, nie będzie go o nic prosić.
Spojrzała w górę, ku rzędowi lśniących i ostrych jak diabli haków. Zrobiła dwa kroki rozbiegu, podskoczyła i chwyciła jeden. Tak jak myślała, był tylko luzem włożony w otwór prowadnicy. Bez trudu go z niej wybiła.
Facet stojący przed nią wybałuszył ze zdziwienia oczy.
– Co? Co ty…
Nie pozwoliła mu skończyć. Nagle wydał jej się żałosny i słaby. Cała jego siła opierała się na podstępie i aplauzie tych pajaców w dresach.
Z rozmachem wbiła mu ostry i lśniący hak w ramię. Wysoko, aż pod sam rozjarzony zimnym światłem jarzeniówek sufit, wzniósł się jego kwik.
CZĘŚĆI
TERAZ
Warszawa. Listopad. Środa
Korek zaczynał się już w połowie ulicy Sanguszki. Opadającą łukiem ku Wisłostradzie drogę wypełniały samochody rozedrgane poranną nerwowością kierowców. Pół metra do przodu, trochę w lewo, trochę w prawo. Na sąsiedni pas. Z powrotem. Byle zachować złudzenie, że jednak posuwam się do przodu.
Z miejsca, w którym uliczka łączyła się z najważniejszą arterią stolicy, dobiegały wysokie dźwięki klaksonów, złowrogie pomruki motorów, nerwowe błyski czerwonych świateł stopu. Na wszystkich – obojętna wobec buchającego złą energią kłębowiska – padała sobie drobna, jesienna mżawka.
– Tylko spokojnie – wyszeptał do kierownicy Bartosz Konecki. – Jeszcze parę chwil i będę w biurze.
Wyobraźnia natychmiast podsunęła mu tę wyczekiwaną chwilę. Zobaczył, jak otwiera drzwi i od razu kieruje się do biurka. Przeszukuje szufladę, wyjmuje opakowanie alpraksu, bierze tabletkę i popija kranówką. Kilka chwil i wszystko się kończy. Ogarniają go spokój i poczucie bezpieczeństwa. Myśli się prostują, a wspomnienia wracają tam, gdzie ich miejsce – do ciemnej jamy zapomnienia.
Korek znów ruszył. Dwa, cztery, pięć metrów. Ładny skok. Zdezelowany golf dwójka, zabytek motoryzacji kupiony przez Bartka pół roku temu za grosze od faceta, który nie patrzył mu w oczy, zadymił czarną sadzą, zaterkotał wysłużonym silnikiem diesla i minął łuk obok stacji benzynowej. Dalej rozpościerał się widok na kompletnie zapchaną autami trzypasmówkę biegnącą wzdłuż rzeki.
W tylnej szybie samochodu jadącego przed golfem – granatowe suzuki liana, rzadki model – Konecki zobaczył twarz młodej kobiety.
Odwrócona w jego stronę dziewczyna musiała chyba klęczeć na swoim fotelu. Jej wzrok wydał mu się nieprzytomny, błędny, zagubiony. Pijana? Ćpunka? A może wariatka?
Alprax. Że też musiał zostawić go w biurze. Gdyby miał teraz przy sobie choć jedną pigułkę… Ale cóż. Jolka zrobiła się ostatnio bardzo czujna. Zmieniał leki i opakowania, żeby ją zmylić, ale to przestawało już działać. Szybko nauczyła się rozpoznawać tabletki każdej odmiany benzodiazepiny, która pomagała mu utrzymywać się w pionie: Diazepam, Lorafen, Xanax. Od kiedy wywaliła mu ledwo napoczęte opakowanie Neurolu, wolał nie ryzykować i trzymał leki w pracy. To skazywało go jednak na bolesne konfrontacje z każdym kolejnym porankiem.
– Odstaw to świństwo, Bartek! – Jolka mówiła to poważna i zatroskana, co budziło w nim jeszcze większy niepokój. – Dlaczego znowu bierzesz? Co się dzieje? Robię coś źle? Czymś się gryziesz?
Cholera. Jasne, że to nie jej wina. Tylko jak jej to wytłumaczyć? Ich życie było sielanką. Było? Właściwie powinno być. Jolka się starała. Kochała go, to pewne. I on ją też. Spędzali ze sobą fantastyczne chwile. A jednak od środka zżerał go robal o wielu imionach. Niepewność. Strach. Przerażenie. Nuda.
Znów spojrzał na dziewczynę za szybą. Nie zmieniła pozycji. Wciąż wyglądała zza zagłówka swojego fotela. Ich spojrzenia się spotkały. Naraz wydało mu się, że w jej zamglonym wzroku dostrzega prośbę. Błaganie o pomoc.
Nie wariuj – upomniał się w myślach. Nic się nie dzieje, laska po prostu nie zdążyła napić się kawy.
Mimo to niepokój narastał. Bartek zaczął już nawet całkiem serio rozważać wyjście z samochodu, podejście do tamtego auta, a potem…
Mógłbym zapukać w szybę i grzecznie spytać, czy wszystko w porządku. A gdybym uznał, że…
Zauważył go w ostatniej chwili. Srebrna mazda przecięła podwójną ciągłą, wyprzedziła kilka aut, pędząc po łuku drogi pod prąd, i teraz, unikając czołowego zderzenia z jadącą pod górę ciężarówką, wepchnęła się właśnie przed niego. Tuż przed balustradą rozdzielającą na zakręcie dwa pasma ulicy. W ostatniej chwili zahamował i odruchowo nacisnął klakson. Golf szarpnął się na zużytych amortyzatorach. Kierowca mazdy otworzył okno i wystawił środkowy palec. Ręka w białej koszuli, dobry zegarek na nadgarstku. Pewnie menedżer średniego szczebla w drodze do swego korporacyjnego raju.
Konecki zacisnął wielkie dłonie na wątłym kole kierownicy. Twardy ebonit – czy z czego tam przed ćwierćwieczem robiono koła sterowe volkswagenów – zaskrzypiał i lekko ustąpił.
– Spokojnie, zaraz będę w biurze – powtórzył swoją poranną modlitwę Bartek.
Już nie myślał o tamtej dziewczynie.
Wiedział, że ma problemy z kontrolowaniem agresji. To był efekt uboczny abstynencji benzodiazepinowej, pojawiający się zawsze wtedy, kiedy nie łyknął na czas kolejnej tabletki. Dwa miesiące temu, gdy próbował odstawić psychotropy, stłukł do nieprzytomności pewnego tatusia, który w jego obecności strzelił na odlew w pysk swojego kilkuletniego chłopca. Tatusia miał tylko wyśledzić na zlecenie mamusi. Facet zgarnął swojego syna spod szkoły i zniknął. Jego żona, z którą koleś właśnie toczył w sądzie bezpardonowy bój zwany sprawą rozwodową, odchodziła od zmysłów. Tatuś wcześniej niezbyt interesował się dzieciakiem, wolał towarzystwo tancerek go-go, ale gdy żona złożyła pozew, uznał, że odbierze jej chłopaka. Konecki wypełnił swoje zadanie i czekał tylko na przyjazd zleceniodawczyni. Nie miał prawa się mieszać. A jednak się nie powstrzymał.
Sznur samochodów znów ruszył. Pierwszy bieg, a potem – alleluja! – nawet i drugi. I w tym momencie facet w srebrnej maździe raptownie zahamował. Nie musiał, mógł jechać dalej, ale najwyraźniej uznał, że sprawa z golfem, który na niego zatrąbił, wymaga dokończenia.
Bartek wdepnął środkowy pedał, a klocki hamulcowe zaprotestowały wysokim piskiem. Omal nie zarył nosem w przednią szybę.
– Spokojnie. – Po raz trzeci spróbował swojej mantry. – Tylko spokojnie.
Sprawa pobicia tamtego tatusia, mimo korzystnych zeznań chłopca złożonych w obecności psychologa, wciąż była w toku. Nie mógł sobie pozwolić na kolejną burdę. Siedział więc napięty jak pięść za kierownicą dychawicznego volkswagena i niemal błagał w myślach tamtego, żeby odpuścił.
Jednak kierowca mazdy najwyraźniej brak reakcji na zaczepki odczytał jako słabość. Srebrne drzwi otworzyły się i wypluły ubranego w koszulę, spodnie od garnituru i krawat osiłka o sprężystych mięśniach, w pocie czoła wypracowanych w klubie fitness w ramach karnetu pracowniczego VIP plus.
– Coś ci się nie podoba? Masz jakiś problem, frajerze? – Głos dobiegł do wnętrza kabiny golfa przez zamkniętą szybę.
Bartek rozpaczliwie wpatrywał się w majaczącą w oparach mgły Wisłę.
– Spokojnie, zaraz będę w…
Plask! Krawaciarz potraktował maskę golfa z otwartej. Bartek niemal usłyszał szmer osypującej się rdzy. Alprax. Potrzebował go.
Kierowca mazdy był już przy drzwiach. Szarpnął klamkę. Zamaszyście otworzył.
– Pytałem, czy coś ci się…
Konecki powoli oderwał wzrok od skłębionych wirów Wisły i przeniósł go na korporacyjnego rekina. Niespiesznie odpiął pas i wystawił przez próg nogę, a za nią resztę swojego nazbyt zwalistego ciała. Oczy podobno są zwierciadłem duszy. Kiedy spojrzenia Bartka i krawaciarza w końcu się spotkały, goguś cofnął się, przyklapł i zerknął nerwowo w bok, jakby czekał na odsiecz. Odchrząknął, a jego grdyka wykonała rozpaczliwy skok w górę i w dół.
– Ja, ee… – W jego głos wkradły się nieco piskliwe tony.
Bartek położył ciężką dłoń na śnieżnobiałym ramieniu, nachylił się nad opaloną w solarium twarzą i pojednawczo zamruczał wprost w rozszerzone strachem źrenice:
– Miłego dnia. A teraz spadaj, pajacu.
***
Konecki nie lubił swojego biura. Miejsce niby idealne – między rondem Wiatraczna a placem Szembeka. Tuż nad salonem gier Las Vegaz, blisko sklepu Alkohole 24 h, obok ruchliwej Grochowskiej. Skromny szyld widać było z przejeżdżających obok tramwajów, autobusów i stojących na światłach samochodów. Mimo to nie umiał zapuścić tutaj korzeni. A może to nie była wina miejsca, lecz katastrofalnego stanu jego finansów? Wciąż nie chciał się do tego przyznać, nawet sam przed sobą, ale wyglądało na to, że się przeliczył. Na palcach obu rąk mógłby policzyć wszystkich klientów, którzy zgłosili się do niego w ciągu pierwszych trzech miesięcy funkcjonowania firmy.
– Cześć, Brudny Harry! – wesoło powitał go podobny do wieprza blondyn, ochroniarz z salonu gier, na oko sto dwadzieścia kilo muskulatury wymęczonej na siłowni.
– Cześć, Piggy – odburknął.
– Nie nazywaj mnie tak! – usłyszał oburzony głos, kiedy wspinał się po schodach długiego pawilonu handlowego.
„Agencja Detektywistyczna. Grupa Konecki” – powitała go tabliczka na drzwiach. Tabliczka jak tabliczka, zdążył się przyzwyczaić nawet do tej „grupy”, której dopisanie doradziła mu Jolka. Twierdziła, że „grupa” brzmi poważniej niż jakiś tam „prywatny detektyw”. Zdziwiło go co innego – o drzwi jego biura opierał się jakiś facet.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Tamten był ubrany w garnitur. Zapięta marynarka ujawniała charakterystyczne uwypuklenie pod lewą pachą. Konecki natychmiast skojarzył je z kaburą pistoletu. Odkąd został detektywem, też sobie taką sprawił. Tyle że nosił luźniejsze marynarki.
Nieznajomy był o dobre pół głowy niższy od Bartka, ale przysadzista sylwetka i zdeformowane, pokryte bliznami uszy zdradzały byłego zapaśnika. Niedokładnie wygolona głowa ujawniała sięgającą głęboko łysinę i parę starych blizn. Oczy miał czarne, pewne siebie, spokojne. Był także starszy od Koneckiego o kilkanaście ładnych lat. Może nawet dwadzieścia? Na pewno dawno przekroczył już pięćdziesiątkę.
To jeden z tych, którzy zawsze dostają dokładnie to, czego chcą – pomyślał Bartek, a na głos zapytał:
– Pan do mnie?
Facet zaciągnął się papierosem i niespiesznie wypuścił strugę dymu w kierunku sufitu. Jego mięsiste usta wykrzywił cień asymetrycznego uśmiechu. Lewy kącik w górę, prawy w dół.
– Znasz się na ludziach – wycedził. – Słusznie nazwałeś tego z dołu ciotą.
– Nazwałem go Piggy. To kukiełka z Muppet Show, a nie ciota.
Bartkowi nie podobał się ten człowiek. Niepokoił go.
– Dla mnie Piggy to ciota, ale jak tam sobie chcesz. – Łysy pojednawczo wzruszył barami, po czym zgasił peta w dwóch palcach i pstryknął nim w dół schodów, ku popatrującemu na nich ochroniarzowi. – Przyszedłem w interesach. Otwierasz to swoje Miami Vice czy mam iść do konkurencji?
Wchodząc do środka, Bartek uświadomił sobie z rozdrażnieniem, że chwila sięgnięcia po alprax znacząco się oddala. I to też mu się nie spodobało.
Klient ostentacyjnie rozejrzał się po pomieszczeniu. Biurko, fotel, komputer, szafa pancerna, półka skoroszytów, telewizor. I mały komplecik w rogu: niski stolik, sofa, dwa wątłe krzesła. Obok drzwi do mikroskopijnej kuchenki.
– Trochę tu drętwo. – Gość rozejrzał się z błazeńskim wyrazem twarzy. – Przydałby ci się, chłopie, barek na kółkach. Albo chociaż akwarium.
– Wolałbym, żeby się pan najpierw przedstawił. Gwarantuję dyskrecję, ale chcę wiedzieć, z kim mam do czynienia.
Zapaśnik opadł na sofkę. Mebel jęknął, coś w nim trzasnęło, ale wytrzymał. Konecki oparł się o biurko, splatając ręce na piersi.
– Grunt, że my wiemy, z kim mamy do czynienia – odparł tamten, zakładając ręce za głowę. Wypukłość pod marynarką omal nie wyrwała jej guzików.
Co on tam ma? Przedłużonego glocka? Magnum? Strzelbę myśliwską?
– Były komisarz elitarnego Wydziału Terroru Kryminalnego, obiecujący detektyw, człowiek, który miał siłę podnieść się z ciężkiego załamania nerwowego, by znaleźć ukojenie w ramionach koleżanki po fachu, a wcześniej zastrzelić podłego przestępcę. Á propos, jak ci się układa z uroczą komisarz Jolantą Bończak? Koledzy już chyba nie nazywają jej lesbą?
Góra mięsa spoczywająca na jego sofce zamilkła i przyglądała mu się z uśmiechem.
Koneckiemu pojaśniało przed oczami. Jaskrawa biel zalała pokój. Ramiona rozplotły się, dłonie zacisnęły w pięści.
Spokojnie! – surowo rozkazał sobie w myślach.
Ta prowokacja miała jakiś cel. Tamten chciał go wybadać. Chciał sprawdzić, na ile panuje nad sobą? Zweryfikować krążące swego czasu po Komendzie Stołecznej plotki, że bywa porywczy? A może wręcz przeciwnie, wybadać, czy nie jest tchórzem? Wszystko jedno. W razie potrzeby znajdzie przecież czas, żeby mu dać po gębie.
– Podkomisarz.
Brwi zapaśnika poszybowały na środek niskiego czoła w wyrazie zdziwienia.
– Co: podkomisarz?
– Kiedy mnie wywalono z policji, byłem podkomisarzem.
– Aha.
– No to skoro nie mam już przed tobą tajemnic, gadaj, grubasie, z jaką sprawą przychodzisz. Albo zrzucę cię w końcu z tych schodów.
Człowiek w opiętym garniturze rubasznie zarechotał. Kiwnął głową z uznaniem.
– Już lubię twój styl. Dam ci więc to zlecenie.
– Jakie zlecenie?
Zapaśnik przestał się śmiać.
– Amelia Stokrocka – oznajmił z lekkim patosem.
Bartek czym prędzej przeszukał zakamarki pamięci, ale nie znalazł w niej żadnego pliku o takiej nazwie.
– Kto to taki?
Wąskie, ale najwyraźniej bardzo ruchliwe brwi znów poszybowały na środek czoła.
– No co ty, chłopie? Telewizji nie oglądasz?
– Okazjonalnie. – Konecki rzucił okiem na zakurzone LCD stojące w przeciwległym rogu. Odbiornik nie był nawet włączony do kontaktu.
– Wschodząca gwiazdka ekranu. Na razie właściwie tylko pogodynka, ale już dostała rólkę w jakimś filmie, a poza tym przebąkuje się, że ma wejść do telewizji śniadaniowej. W branży wróży się jej karierę równie wielką jak jej cyce.
– Aha.
– Słabo znasz to środowisko, co? – Mężczyzna przyjrzał mu się badawczo.
– Przeszkadza ci to?
– Ani trochę. – Tym razem facet pokazał w uśmiechu nawet zęby. – Ważne tylko, żebyś jej nie spłoszył. Były glina chyba tyle potrafi?
Konecki nie odpowiedział. Patrzył na gościa i zastanawiał się, z kim ma do czynienia. Wbrew swojej powierzchowności facet był całkiem inteligentny. Umiał narzucić własne warunki w rozmowie, zręcznie manipulował. Wyglądał na bandytę, ale Bartek raczej obstawiałby, że to były gliniarz. Jak on sam. Pytanie tylko, komu teraz służy?
– Mam ją śledzić? Po co? Jeśli w celu dokonania jakiegoś przestępstwa, to ci powiem od razu, żebyś…
– Spokojnie, spokojnie! – Łysy nieświadomie użył dzisiejszej mantry Bartosza Koneckiego. – Masz ją śledzić, prawda, ale tylko po to, by sprawdzić, czy się laska nie puszcza na boku. Capisci?
Zamaszystym gestem sięgnął do bocznej kieszeni marynarki i wyjął złożone na cztery dwie kartki maszynopisu. Rzucił je na stolik, a Konecki zanotował, że na jego nadgarstku błyszczy zegarek wart co najmniej dwadzieścia tysięcy.
– Przeczytaj i wyryj to sobie na pamięć. – Gość znów odezwał się władczo. – Nie mogę ci tego zostawić.
Bartek oderwał się od biurka, uświadamiając sobie, że wszystkie mięśnie ma napięte. Podszedł sztywno, rozprostował kartki i rzucił okiem. Na pierwszej adres Amelii Stokrockiej i jej cechy fizyczne. Wzrost 175 centymetrów, oczy niebieskie, szczupła budowa ciała. Na drugiej zobaczył zdjęcie pięknej blondynki z włosami związanymi w kok. Patrzyła w obiektyw lekko skośnymi, może odrobinę zbyt blisko osadzonymi oczami z intensywnością, która wypalała dziury na jego siatkówce.
– Zazdrosny mąż? – zapytał.
– Nie jest mężatką.
– Narzeczony, który chce ją sprawdzić przed ślubem?
– O ile wiem, nie planuje w najbliższym czasie małżeństwa.
– To dla kogo mam ją śledzić?
– To show-business, kolego. Show-business! – Zapaśnik poklepał się po kieszeniach, wydobył paczkę cameli i zapalił, nie pytając o zgodę ani nie częstując. – W tym świecie ludzi łączą najróżniejsze powiązania. Nie nadążysz za tym. I nie próbuj. Masz tylko wynotować, z kim i kiedy ta księżniczka się spotyka. Zdjęcia, nazwiska, o czym rozmawiali. No i oczywiście, czy daje komuś dupy.
Dym tytoniowy uderzył Bartka w nozdrza, budząc natychmiast rozpaczliwą tęsknotę za paleniem. Rzucił papierosy pół roku temu, kiedy wprowadził się do Jolki. Trzymał się tamtego postanowienia. Wystarczy, że wrócił do zażywania psychotropów… Żeby zająć czymś ręce, poszedł więc do kuchni po spodeczek (popielniczki nie miał) i podstawił gościowi. Nie chciał, żeby grubas wypalił mu dziurę w niespłaconych jeszcze meblach.
– Skoro to taka gwiazda, czemu nie wybraliście jakiejś sprawdzonej sieciówki detektywistycznej? – spytał. – Aha, i wciąż jeszcze nie wiem, z kim mam do czynienia.
Zapaśnik zaciągnął się jak lokomotywa, wstał i zhartował ledwo nadpalonego papierosa na talerzyku. Wyraźnie zbierał się do wyjścia.
– Wybraliśmy ciebie właśnie dlatego, żebyś nie zadawał takich pytań. Chyba nie narzekasz na nadmiar roboty, co? – Puścił oko. – Chcemy być pewni, że nie schrzanisz zlecenia. Byłeś niezłym gliną. Pasujesz nam. I wszystko w temacie.
Konecki dobrze wiedział, że powinien odmówić i że zgodnie z prawem nie wolno mu przyjąć zlecenia bez podpisania umowy. Ta sprawa cuchnęła na kilometr. Jednak z drugiej strony faktycznie musiał ostatnio pozwolić, by to Jolka go utrzymywała. Nie miał pieniędzy. Miał długi. A do tego codziennie śniło mu się, że jest gliniarzem. Kiedy budził się rano i dopadała go świadomość, że zamiast do pałacu Mostowskich musi jechać do jakiejś kanciapy, miał chęć wbić zęby w ścianę. Jeśli będzie odrzucał oferty z powodu etycznych czy proceduralnych rozterek, zamknie ten biznes jeszcze przed końcem roku. Kim się wtedy stanie? Utrzymankiem? Cieciem w supermarkecie? Menelem?
– Wiem, że zastanawiasz się, w co cię wrabiam. – Zapaśnik przerwał mu te rozmyślania. – Otóż bądź spokojny. Ta sprawa nie ma drugiego dna. Po prostu chodzi o laskę, której być może trochę zbyt łatwo rozjeżdżają się nogi. To twoja zaliczka.
Jeszcze nie przebrzmiały jego słowa, a na stoliku już lądował cały rulon banknotów. Bartek energicznie przełknął ślinę.
– Pięć tysięcy. Zadanie jest proste, więc spraw się szybko. A jak skończysz, zadzwoń pod ten telefon. – Mężczyzna pstryknął w jego kierunku wizytówką z samym tylko numerem. Wtedy dorzucę jeszcze dwa razy tyle.
Powiedziawszy to, od razu odwrócił się do drzwi. Nie czekał nawet na odpowiedź.
– Od jak dawna nie pracujesz w policji? – zawołał za nim Bartek.
Szerokie jak kredens z czasów sanacji plecy zesztywniały. Masywny korpus zamarł w pół kroku. Kiedy jednak łysy się odwrócił, na jego ustach znów igrał asymetryczny uśmiech.
– Od początku powtarzałem mojemu wspólnikowi, że komisarz Konecki to bystrzak – zarechotał. – I że najlepiej nadaje się do delikatnej roboty. Tylko proszę… – Znów puścił oko. – Tym razem nikogo nie zabijaj.
Wyszedł, a po chwili z dołu dobiegło jego tubalne: „Cześć, Piggy!” i urażone protesty ochroniarza. Bartek pozostał w swoim biurze z nieprzyjemną świadomością, że naprawdę został dokładnie prześwietlony. Czy tak postępuje ktoś, kto chce złożyć detektywowi banalne zlecenie? Doskonale znał odpowiedź na to pytanie. Pakował się w kłopoty. Ale jaki miał wybór?
Jednym ruchem zgarnął pieniądze ze stołu i schował je do kieszeni marynarki. Czuł, że przepalają mu kieszeń.
Dwa, trzy dni pracy, a potem zgarniam forsę i o wszystkim zapominam – solennie obiecał sobie w myśli, kierując się ku szufladzie biurka.
I wtedy zdał sobie sprawę, że w ogóle nie ma ochoty na tabletkę prasującą zwoje mózgowe. Może i właśnie popełnił błąd, a nawet złamał prawo. Ale znów czuł, że jest w swoim żywiole. Jak dawniej.
WCZEŚNIEJ
Warszawa. Lipiec 1992
„Sprawa wykryta, sprawa opita” – tej maksymie hołdowano w jego sekcji z pełnym oddaniem. Dlatego naczelnik Chałka kiwał się teraz sennie w swoim gabinecie nad aktami, rozłożonymi na biurku dla niepoznaki, brodaty komisarz Wilczyński z impetem przeszukiwał całe piętro w nadziei ustalenia miejsca pobytu ostatniej flaszki, a starszy sierżant Ława walczył ze snem w pokoju obok, udając, że przesłuchuje głównego podejrzanego, który zamiast odpowiadać na z trudem formułowane pytania, wolał gapić się na rybki w akwarium. Żenada.
Aspirant Norbert Pałucha z najwyższym trudem skrywał złość i pogardę. Siedząc bezczynnie za swoim biurkiem, na wprost maszyny do pisania, w której część zużytych przycisków zastąpiono przyciętymi pod wymiar kawałkami drewna, ćmił papierosa, żuł fusy z wystygłej, przesłodzonej kawy i wodził oczami po tym bajzlu, zwanym sekcją do spraw zabójstw Wydziału Kryminalnego Komendy Dzielnicowej Warszawa Śródmieście.
– Banda pijaków i nieudaczników – wyszeptał bezgłośnie. – Jak się stąd nie wyrwę, utknę w tym bagnie na zawsze. Jutro napiszę na nich notatkę służbową.
Dobrze wiedział, że tamci go nie lubią. Nie ufali mu, nie uznawali za „swojaka”. I pewnie podejrzewali – nie bez racji zresztą – że na nich kabluje. Starzy gliniarze, do niedawna jeszcze milicjanci, nie tolerowali młodzika, który do resortu wstąpił po sierpniowych wyborach 1989 roku, a stopień aspiranta dostał już po niespełna dwóch latach służby.
To dlatego teraz musiał siedzieć bezczynnie, kiedy cała sekcja celebrowała swój triumf.
– Triumf – prychnął w głąb siebie Pałucha. – Też mi triumf…
Tego dnia do spółki z burakami z komendy powiatowej w Wyszkowie zgarnęli cały tamtejszy gang Oriona.
– Chyba raczej gang Olsena – kontynuował swój szyderczy monolog.
Banda trudniła się drobnymi wymuszeniami, pokątnym handlem marihuaną oraz kradzieżą samochodów. I gdyby jeden z nich, niejaki Orion vel Stanisław Orecki, nie wdał się parę tygodni temu w strzelaninę pod warszawską dyskoteką Hybrydy, chłopcy bezkarnie działaliby dalej. Nikt z tych wieśniaków z Wyszkowa w życiu nie odważyłby się dobrać im do tyłków. Ale że postrzelony przez Oriona koleś wykrwawił się na śmierć, w sprawę włączyli się policjanci z ulicy Wilczej.
Przecież to ja wpadłem na to, kto strzelał! – krzyczał w myślach Pałucha, zerkając równocześnie, jak Wilczyński, w ostatniej nadziei znalezienia wódki, przetrząsa jego własną szafę pancerną, bez mrugnięcia okiem zrywając odciśnięte w plastelinie plomby. – A teraz, mimo że jestem jedynym trzeźwym w tym towarzystwie, nie pozwalają mi nawet przesłuchać tamtego nygusa.
– Te, Nowy, jest sprawa – zagaił komisarz Wilczyński. – Trzeba iść do nocnego na Marszałkowską.
Jeszcze czego! Był z nich najlepszy, ale zamiast go szanować, jedynie się nim wysługiwali. Dość tego.
– Nowy, głuchy jesteś czy niegramotny?
– Nie mogę iść – odparł hardo Pałucha. – Jestem na służbie.
Znad sąsiednich biurek, w niemym rozbawieniu, uniosły się głowy pozostałych członków sekcji – chudego jak tyczka podkomisarza Łukasza Góreckiego, krępego i obdarzonego wąsem gęstym jak lina cumownicza sierżanta Wiesiołka i kaszlącego astmatycznie posiadacza żółtej cery gruźlika komisarza Żelazko.
– Weź dwie! – Wilczyński nie zwrócił nawet uwagi na jego odmowę. – I pół sztancy papierosów. Też się zaraz skończą.
Zły jak osa Pałucha wyszedł na miasto. Ciepła noc, a właściwie już niemal brzask, była ostoją różnej maści pijaczków, a niski wzrost i ostentacyjnie elegancki wygląd Norberta Pałuchy prowokowały ich do zaczepek.
– E, koleś, wyskocz ze szluga!
– Uważaj, olbrzymie! Żebyś nie potknął się o swój krawat!
Normalnie w takiej sytuacji wyciągnąłby policyjną blachę oraz kajdanki i zgarnął jednego z drugim na dołek. Był legalistą. Nie tolerował żadnych przejawów łamania prawa, zwłaszcza gdy wykroczenie uderzało w jego kompleksy. A natarczywe domaganie się papierosa podpadało przecież pod agresywne żebractwo. Tej nocy nie chciało mu się jednak walczyć z wiatrakami. Oficer dyżurny i tak wypuściłby meneli zaraz z rana, a przełożony, znaczy się Chałka, nie przyjąłby od niego raportu w tak błahej kwestii. Lepiej zachować rozsypującą się ze starości maszynę do pisania na poważniejsze sprawy.
Z Wilczej skręcił w prawo i przeszedł przez opustoszałą o tej porze Marszałkowską. Pod sklepem nocnym jak zwykle kwitło ożywione życie towarzyskie. Podstarzałe prostytutki z pobliskiego pigalaka u zbiegu Wspólnej i Poznańskiej rozpijały alpagę „Kwiat jabłoni” z chwiejącymi się facetami, sprawiającymi wrażenie gości z prowincji w podróży służbowej. Dwóch doliniarzy, dobrze znanych organom ścigania, zaciągało się papierosami, żarłocznie zerkając na opuszczających sklep klientów. Jakiś wytatuowany zakapior bez koszulki prężył mięśnie w ten sposób, że wzorek skorpiona na klacie zdawał się to unosić, to opuszczać ogon.
– Dobry wieczór, panie komisarzu! – Sprzedawczyni o zmęczonej życiem twarzy rozpromieniła się na jego widok. I dodała, kompletnie ignorując długą kolejkę spragnionych klientów: – Co podać?
– Dwa razy pół bochenka chleba i pół sztancy schabowego z kością.
Wziął dwie flaszki, wypchał wszystkie kieszenie marynarki paczkami Ekstra Mocnych z filtrem, zapłacił 322 tysiące złotych z własnej kieszeni (trzeba pamiętać, żeby oddali mu po wypłacie), wyszedł. Doliniarze spod sklepu obrzucili jego siatkę pożądliwym spojrzeniem, ale zaraz rozpoznali glinę i ostentacyjnie odwrócili głowy. Koleś bez koszulki, niezrażony obojętnością publiczności, wciąż poruszał skorpionem. Dziwki chichotały.
Idąc do komendy, Pałucha rozpamiętywał szczegóły z dzisiejszego zatrzymania gangu Oriona. Do Wyszkowa pojechali całą sekcją – w dwa nieoznakowane polonezy. Na miejscu Łukasz Górecki trochę spanikował, kiedy koledzy z Wyszkowa spytali, gdzie jest ich broń długa i kamizelki.
– To oni mogą do nas strzelać? Dlaczego nikt mi wcześniej nie powiedział?! Pierdolę, nie idę! Ja mam żonę i dziecko! – darł się pod tamtejszą komendą piskliwym głosem.
Reszta popatrzyła po sobie niepewnie. O cholera, faktycznie o tym nie pomyśleli. A przecież wystarczyło tylko wypisać kwit do zbrojowni…
Na szczęście zatrzymanie poszło jak po maśle. Wyszkowska gangsterka okazała się tylko grupą spasionych sterydami ćwoków, którzy na widok policji od razu robili w gacie. Jedynym problemem okazał się Orion, który był uzbrojony, mieszkał na parterze i próbował uciec. Chałka podszedł do jego drzwi ze wsparciem dwóch miejscowych, a Norbertowi kazał czaić się pod oknami. W pojedynkę! Kiedy trójca szeryfów załomotała w drzwi, herszt gangu w samych slipach hycnął przez okno… dokładnie w ramiona Pałuchy, który od razu przystawił mu do czoła swoje służbowe p-64. Na szczęście to wystarczyło, by wyższy od niego o dwie głowy cielak od razu spokorniał i dał się skuć. Strach pomyśleć, co by było, gdyby zaczął się stawiać.
– Cwaniaki, zawsze dają mi najgorsze zadanie – podjął swoją litanię Pałucha, wracając do komendy.
Sierżant Ława już spał z policzkiem wtulonym w biurko, a podejrzany patrzył na niego zdegustowany. Rybki z akwarium puszczały bąbelki. Chałka, apatycznie i bez wiary w sukces, usiłował przekonać Wilczyńskiego, żeby przejął zatrzymanego, ale brodacz był niedopity, zły i ogólnie niechętny do współpracy. Górecki dopieszczał raport, Wiesiołek palił, Żelazko zanosił się kaszlem. Nic nowego.
Telefon. Nikt nawet nie spojrzał na aparat. Drugi sygnał, trzeci. Aspirant Norbert Pałucha niechętnie sięgnął po szarą, ebonitową słuchawkę.
– Sekcja zabójstw, Pałucha.
– Dyżurny z tej strony. Sierżant sztabowy Borowy Maciej, znaczy się.
– Dawaj.
– Jest sztywniak na Polach Mokotowskich, przy Niepodległości.
Norbert tylko przewrócił oczami. Pewnie znów jakiś bezdomny „Aborygen” dał w piórnik po przedawkowaniu wody brzozowej.
– To granica naszego rewiru. Zwal to na chłopaków z Mokotowa.
– Próbowałem, ale mówią, że w zeszłym tygodniu robili za nas tego dziadka, który wykitował w Łazienkach, i teraz nasza kolej.
Przez długie pół sekundy Pałucha chciał bez słowa odłożyć słuchawkę. Niech się dyżurny martwi, skoro zabrakło mu jaj, żeby od razu odmówić. Coś jednak go powstrzymało. Intuicja? Nos detektywa? A może po prostu nie chciało mu się więcej latać po wódkę.
– Znasz już jakieś szczegóły?
– Na dziewczynę natrafił patrol ciemniaków z Batalionu Patrolowo-Interwencyjnego podczas rutynowego…
Dzwonek alarmowy. Adrenalina. Powiedział „dziewczyna”. To wszystko zmieniało.
– W jakim stanie są zwłoki? – przerwał.
– Dość fatalnym, że tak powiem.
– Do rzeczy, człowieku!
– Ktoś jej… chyba że źle zrozumiałem… No, w każdym razie ktoś podobno obciął jej dłonie. No i jest naga. Zgwałcona, zdaje się…
Aspirant Norbert Pałucha wciągnął głęboko powietrze, przytrzymał, a potem powoli wypuścił z płuc. Sprawa przez duże S. Coś, co podchwycą media, na co będą patrzeć przełożeni. Na czymś takim można wreszcie wypłynąć. Wydostać się z tego bajzlu.
Szybko rzucił spojrzeniem na lewo i prawo. Nikt się nim nie interesował. Wilczyńskiego kompletnie wcięło, Chałka kiwał się nad swoim biurkiem. A więc już nikt mu tego nie zabierze. Poprowadzi to.
– Przygotuj mi kluczyki od poloneza, zaraz zejdę. Bierzemy tę sprawę.
***
Przez dwa lata w policji i ponad pół roku w sekcji zabójstw Norbert widywał już różne rzeczy. Samobójcę, którego rozczłonkował pociąg, zawałowca, który wykorkował w wannie, a gorąca woda w połowie go ugotowała, trupa, który miesiąc przeleżał w wersalce… ale dopiero ta martwa dziewczyna nim wstrząsnęła. Dziewczyna? Raczej dziewczynka. Dziecko właściwie.
Leżała na plecach w krzakach, zaledwie parę metrów od chodnika, na którym czerniły się ślady opon. Siniaki i zadrapania na jej skórze kontrastowały z opalenizną widoczną wciąż na ramionach, nogach i twarzy. Sine i nabrzmiałe ślady na szyi. Jasne włosy rozsypane wśród źdźbeł trawy. Białe, równe ząbki odsłonięte przez wargi wykrzywione w agonii. No i te kikuty zamiast dłoni…
– Nie zginęła w tym miejscu. Morderca przywiózł ją samochodem i wyrzucił w krzakach – usłyszał Pałucha.
Aspirant drgnął i obrócił się gwałtownie, uświadamiając sobie, że od dłuższej chwili stoi nad zwłokami jak wryty. Obok siebie zobaczył doktora Kalinę, anatomopatologa z Instytutu Medycyny Sądowej przy Oczki.
– Dziękuję, że pan przyjechał, doktorze – szepnął, przypominając sobie, że prokurator, którego obudził zaraz po telefonie od oficera dyżurnego, zrugał go w niewybrednych słowach i powiedział, że pojawi się dopiero na sekcji.
– Ściągnął pan tutaj techników, aspirancie?
– Mają zaraz dojechać, boję się jednak, że oni – zerknął na dwóch ubranych w czarne mundury osiłków z BPI, przestępujących nad ciałem z nogi na nogę – już zadeptali ślady.
– Grunt, żeby technicy zrobili odcisk gipsowy tych opon – rzeczowo zauważył lekarz. – Ja zajmę się zwłokami.
Stary doktor przerwał na moment i spojrzał na Pałuchę.
– Mam wnuczkę mniej więcej w jej wieku. Zrobię wszystko, żeby mógł pan dorwać tego sukinsyna.
Norbert nie odpowiedział. Doktor podszedł do zwłok. Mundurowi nerwowo ćmili papierosy. Od strony Wisły niebo zapłonęło czerwienią, w koronach drzew zaczęły wrzaskliwie nawoływać się ptaki. Na miejsce przestępstwa podjechali technicy, a zaraz po nich kilku posterunkowych, których Pałucha rozstawił tak, by piesi i spacerowicze nie pchali im się pod nogi. Patrol drogówki w volkswagenie passacie zablokował jeden pas ruchu w Alejach Niepodległości.
– Od razu, na gorąco, mogę powiedzieć tyle, że dziewczynka zginęła tej nocy. – Doktor Kalina zakończył oględziny i dał znać technikom, że mogą zaczynać pracę. – Tak jak myślałem, zmarła w innym miejscu. Plamy opadowe i otarcia naskórka, które pojawiły się post mortem, wskazują, że ciało było przenoszone. Zgon nastąpił przez zadzierzgnięcie. Udusił ją, mówiąc po ludzku. Najprawdopodobniej skórzanym paskiem.
Pałucha oderwał spojrzenie od dziewczyny i uniósł je ku koronom parkowych drzew.
Czy dam radę? Czy mnie to nie przerośnie?
Zaraz się jednak zreflektował i opuścił wzrok na ziemię. Oczywiście, że da radę. Był dobry, najlepszy. A to jest sprawa, która wyniesie go do Komendy Stołecznej lub jeszcze wyżej. Takie nygusy jak Chałka będą się przed nim płaszczyć.
– Panie doktorze… – zająknął się.
Kalina spojrzał na niego spod siwych, krzaczastych brwi, opadających mu na półprzymknięte powieki.
– Chce pan spytać o ręce? – domyślił się.
Norbert skinął głową.
– Prawie na pewno zostały odjęte już po śmierci. Równo, gładko, jednym cięciem. Obstawiałbym jakiś diaks czy inną piłę tarczową. Lub lekarską piłkę używaną do amputacji kończyn. Tyle że nie zrobił tego lekarz. Jedna dłoń została amputowana powyżej nadgarstka, a druga niżej, na wysokości obu kości czworobocznych, główkowatej i haczykowatej. Krótko mówiąc – partacka robota.
– Ale dlaczego?
Doktor nie odpowiedział od razu. Powoli obszukał kieszenie swojego bezrękawnika w kolorze khaki, opatrzonego wieloma zakamarkami. Znalazł wymiętoloną paczkę i pytająco skierował ją w stronę Pałuchy, a gdy ten odmówił, sięgając po własną, wyłuskał pokrzywionego papierosa.
– Nie jestem psychologiem – odezwał się, kiedy otoczył go sinawy obłoczek dymu. – Powiedziałbym jednak, że sprawca zrobił to, by utrudnić panu robotę.
– Chodzi o linie papilarne?
– To też. Ale poza tym przypuszczam, że dziewczyna walczyła. Pewnie głęboko zadrapała napastnika. Sprawca zdawał sobie sprawę, że pod jej paznokciami jest jego grupa krwi.
Aspirant podziękował i zrobił krok ku technikom, którzy już ustawiali wokół ciała numerki oznaczające ślady, sporządzali szkic sytuacyjny i szykowali się do zdjęć. Obok zwłok stała walizka z proszkiem daktyloskopijnym i zestawem pędzelków do jego nanoszenia.
– Aspirancie?
Odwrócił się do doktora.
– Niech się pan spieszy. Wydaje mi się, że to jest robota seryjnego. Może to jego pierwsze zabójstwo. Może wcześniej tylko gwałcił. Ale teraz, gdy już zasmakował we krwi, będzie mordował, póki go nie powstrzymacie.
– Dopadnę go – obiecał Pałucha.
TERAZ
Warszawa. Listopad. Czwartek
Ogolony, w najlepszej marynarce i wyglansowanych butach, siedział w swoim golfie, obserwując wyjście z apartamentowca przy małej uliczce Nowaka-Jeziorańskiego na Gocławiu. Z pradawnego, trzaskającego radia płynęły wiadomości. Nie zdziwił się nawet specjalnie, kiedy w pewnym momencie usłyszał głos Jolki. Przedstawiona przez reportera jako rzeczniczka prasowa komendanta stołecznego policji, mówiła o jakimś brutalnym morderstwie popełnionym na młodej kobiecie, której jeszcze nie udało się zidentyfikować. Obcięte dłonie, nagie ciało porzucone w Mazowieckim Parku Krajobrazowym. Koszmar, który Bończak opisywała w krótkich słowach, tchnących zawodową pewnością siebie. Żadnych emocji, żadnego jąkania się czy niepotrzebnych szczegółów zbrodni. Fakty podawane przez znającego swoją wartość fachowca.
Wyrobiła się – pomyślał z dumą Konecki.
Z dumą, ale i bolesnym ukłuciem zazdrości. Ona wciąż była policjantką. A on już nie.
Pamiętał jej początki w wydziale prasowym, zaledwie kilka miesięcy temu. Wtedy wydawała się nieco zagubiona, przytłoczona presją dziennikarzy uzbrojonych w dyktafony i kamery. Pocieszał ją, dodawał otuchy, kibicował. Teraz już tego nie potrzebowała. Brylowała w programach śniadaniowych, wieczornych debatach publicystycznych, ulicznych relacjach na żywo. Kamera ją lubiła, media akceptowały. Już teraz miała kilka propozycji pracy w kilku stacjach. Nagle strasznie zachciało mu się wziąć ją w ramiona.
Bezwiednie poprawił wsteczne lusterko, w którym odbijała się fasada obserwowanego przez niego wielopiętrowca. Musi się skoncentrować, żeby nie przegapić wyjścia Stokrockiej. Pewnie wyjedzie z podziemnego garażu swoim lexusem RX. Dzięki starym znajomościom w drogówce znał jego numery rejestracyjne, kolor i historię mandatów. Wyłącznie dwa rodzaje wykroczeń: przekroczenie prędkości i parkowanie w miejscach niedozwolonych. Wyglądało na to, że „Stokrotka” miała żywy temperament i nie liczyła się z innymi.
Żebym tylko za nią nadążył tym struclem. – Uśmiechnął się do siebie.
Ciągle nie mógł oderwać myśli od Jolki. Kurczę, jak dziwnie się to wszystko poukładało. Jeszcze na początku roku, podczas tamtej sprawy, która ostatecznie okazała się grobem dla jego policyjnej kariery i trampoliną do awansu Jolki, zadziorna policjantka budziła jego niechęć. Rzeczywiście pokątnie przezywali ją lesbą. Była nieprzystępna, zimna, ubrana w stylu militarnym. A potem to wszystko wywróciło się do góry nogami. Śledztwo zakończyło się krwawym paroksyzmem, w wyniku którego on musiał zastrzelić człowieka, a ona, cóż, rozkwitła. I spojrzał na nią zupełnie innymi oczami.
– Czy to, co jest między nami, przetrwa? – zadał pytanie swojemu odbiciu w lusterku.
Bo przecież nie dotrzymywał jej kroku. Źle znosił wydalenie ze służby. Nie mógł odnaleźć się w samotnej pracy prywatnego detektywa. Kiedyś, gdy był na służbie, nie mógł opędzić się od innych gliniarzy. Kiedy chciał spokojnie pomyśleć, musiał zamykać się w kiblu albo wychodzić z komendy na parking. Teraz brakowało mu tego wiecznego gwaru, zaczepek, nawet awantur. Dziś w pracy był sam jak palec. A świadomość, że musi osobiście płacić podatki, składki na ZUS i raty kredytu, przyprawiała go o mdłości. Wcześniej nie martwił się o przyszłość. Pensja była, jaka była, ale wpływała na konto regularnie. Teraz regularnie przychodziły do niego jedynie monity z banku. To wytrąciło go z niepewnej równowagi, jaką po śmierci córki i odejściu żony odzyskał raptem niewiele ponad pół roku temu. I żeby nie zacząć wariować, znów sięgnął po benzodiazepiny. Kiedyś psychotropy wyciągnęły go z czarnej otchłani. A teraz? Nie był w rozpaczy, tylko się bał. Tylko? Wydalenie z policji wstrząsnęło nim mocniej, niż sam przed sobą przyznawał. Nie był już gliną, a nie czuł się detektywem. I, szczerze mówiąc, nie chciał się nim poczuć. Kim więc był?
Tymczasem Jolka wyrastała na gwiazdę, osobę rozpoznawalną. Nadskakiwali jej przełożeni. On nie mógł się pochwalić choćby cieniem podobnych sukcesów. Nawet licencję prywatnego detektywa zdobył z niemałym trudem. Jako człowiek zwolniony z policji w zasadzie nie powinien jej dostać. Na szczęście resort rozstał się z nim na zasadach porozumienia stron, a nie dyscyplinarki, jakoś więc udało się ominąć tę rafę. Potem jednak wypłynęła sprawa pozwolenia na broń. Egzamin zdał bez problemu, ale badania psychologiczne… Musiał niemal klękać przed policyjnym profilerem o szerokich znajomościach w światku psychologów, Grzegorzem Pac-Zamajskim, z którym nie bardzo się lubili, kiedy był jeszcze gliniarzem, i prosić go o pośrednictwo w wygładzeniu paru punktów w teście. Ile czasu Jolka będzie tolerować u swego boku sfrustrowanego, uganiającego się za banalnymi zleceniami prywatnego „łapsa” ze zwyżkującą nadwagą?
– Myśl o zleceniu! – Bartek przywołał się do porządku, koncentrując wzrok na szczegółach widocznych w zamglonym patyną dziejów wstecznym lusterku.
Musiał, bezwzględnie musiał uporać się z tym szybko. Dlatego dobrze się przygotował. Przez swoje dawne kontakty sprawdził Stokrocką w Urzędzie Dzielnicy Warszawa Praga-Południe. Mieszkała sama, była stanu wolnego, bezdzietna. U zaprzyjaźnionego teleoperatora ustalił numer jej komórki i – co było trudniejsze, a w dodatku wymagało wyłożenia pięciu stów łapówki – typ jej telefonu. Na szczęście miała smartfona, mógł więc wysłać jej ukrytego esemesa z wirusem wygenerowanym przez całkiem legalnie kupiony program MobileSpy. Teraz już miał ją na oku. Pozycja GPS, numery połączeń, strony, na jakich logowała się w internecie.
Sarkastycznie uśmiechnął się na myśl o tym, że wszystkie te czynności, które wykonał wczoraj w ciągu jednego dnia, zajęłyby mu – gdyby nadal był policjantem – co najmniej tydzień. Samo uzyskanie zgody sędziego i prokuratora na tak szeroko zakrojoną inwigilację wymagałoby wypełnienia szuflady kwitów. Zdawał sobie jednak dobrze sprawę z tego, że postępuje nielegalnie. Bezczelnie łamie prawo. I, szczerze mówiąc, mocno go to uwierało.
– Tylko ten jeden raz – obiecał sobie. – Szybka forsa, uregulowanie zaległych rat oraz czynszu i wracam do uczciwej działalności.
Z budynku wyszła kobieta. Początkowo nie zwrócił na nią specjalnej uwagi, bo spodziewał się raczej, że Stokrocka wyjedzie samochodem. Smukła sylwetka, krótka kurteczka, artystycznie podarte dżinsy, sportowe buty. Rozejrzała się wokół, zlustrowała samochody zaparkowane wzdłuż ulicy. I to dało mu wreszcie do myślenia. Czy to ona? Szła szybko, drobnymi krokami, w kierunku centrum handlowego Promenada. Blond włosy upięte w kok, na nich różowa bejsbolówka z daszkiem nasuniętym na oczy. Tak, to Amelia Stokrocka.
Odczekał chwilę, a potem wygramolił się z samochodu. Niespiesznie ruszył jej śladem. Była wysoka, nosiła się prosto, więc nawet gdy po przekroczeniu obrotowych drzwi oboje wmieszali się w tłum kłębiący się między drogerią a sklepem spożywczym, wciąż widział ją z daleka. Szła, nie zatrzymując się przy wystawach, prosto do celu. Czyli dokąd?
Dziewczyna minęła przeszkloną windę z wypukłym oknem i doszła do sztucznego stawu ciągnącego się wzdłuż głównej alejki. Obojętnie przeszła obok wejścia na schody prowadzące do górnych restauracji i kompleksu fitness.
Czy kierowała się do drugiego wejścia? Może zaparkowała tam samochód i w ten sposób chce przechytrzyć ewentualny ogon?
Nie. Zaledwie pięćdziesiąt metrów od drzwi zatrzymała się przy małej kafejce. Stoliki ustawione wokół fontanny, mały barek, jedna kelnerka. Usiadła. Konecki minął ją i wszedł na pobliskie schody, a potem na antresolę, z której mógł bezpiecznie obserwować jej stolik.
Bartek założył, że mogła zapamiętać wysokiego faceta w garniturze idącego jej śladem, więc włożył okulary OTP z wbudowaną minikamerą, zdjął marynarkę i podwinął rękawy koszuli. Drobna zmiana wyglądu, ale zawsze.
Mógł sobie na to pozwolić, bo nie zabrał ze sobą sig sauera – legalnie kupionego kopyta, na które wykosztował się po zwolnieniu z policji. Zakładał, że Stokrocka umówi się z kimś w restauracji lub klubie, w którym jest selekcja. Nie chciał narobić rabanu, gdyby ochrona zauważyła szelki kabury pod marynarką.
Do jej stolika podszedł jakiś facet. Dżinsy o niemodnym kroju i skórzana kurtka tureckiego typu, nałożona na sweter ze wzorkiem. Czarne włosy gęsto przetykane siwizną. Bartek uruchomił nagrywanie w okularach i lekko zbiegł po schodach. Podszedł bezpośrednio do barku, poprosił o kawę, dyskretnie się obejrzał.
Na Don Juana, który uwiódł telewizyjną gwiazdę, gość raczej nie wygląda – pomyślał.
Siedzieli zaledwie kilka metrów od niego. Stary pokazywał właśnie Stokrockiej zawartość tekturowej teczki wiązanej na tasiemki. Nie dało się usłyszeć, o czym mówili, nie widział dokładnie zawartości teczki, wydało mu się jednak, że są to wycinki gazet. Raczej starych, pożółkłych.
Zaszumiał ekspres, barmanka zdążyła dopiero nalać mu espresso, kiedy tamci już wstawali. Amelia Stokrocka wcisnęła dziadkowi jakiś banknot, chyba stówkę.
– Niech pan go znajdzie, bardzo proszę!
Ostatnie słowa dziewczyna powiedziała głośniej i Konecki nareszcie coś usłyszał. Tamten najpierw ostentacyjnie protestował, potem schował forsę do kieszeni.
– Spróbuję – obiecał.
Na pożegnanie cmoknął ją w dłoń. Ona skierowała się z powrotem w głąb galerii handlowej, on do drzwi na zewnątrz.
Za kim teraz?
Wahał się tylko parę sekund. Łyk kawy i ruszył za mężczyzną. Niższy od niego o pół metra człowieczek szedł zamaszyście w stronę kładki wiodącej na drugą stronę dwupasmowej Ostrobramskiej. Bartek z powrotem włożył marynarkę, ale zostawił sobie okulary. Dziewięćdziesiąt minut nagrywania na jednej baterii, nie ma co oszczędzać. Na kładce trzymał się dość blisko za swoim obiektem, zastanawiając się równocześnie, jak to rozegrać. Musiał dowiedzieć się, kim jest ten facet, a równocześnie nie spłoszyć Stokrockiej, do której dziadek na pewno by zadzwonił, gdyby Konecki przycisnął go za mocno.
Siwowłosy zszedł prosto na przystanek. Wychylił się poza krawężnik, patrząc na jezdnię biegnącą prosto aż do wiaduktu nad węzłem Marsa. Do przystanku zbliżał się autobus.
Zaraz wsiądzie. I co dalej? Telepać się za nim przez miasto i zostawić Stokrocką bez nadzoru?
W ostatniej chwili, kiedy pospieszne 520 już zwalniało, Bartek zaszedł tamtemu drogę. Człowieczek podniósł na niego zaskoczone, ale całkiem przenikliwe oczy. Miał gęste, krzaczaste brwi opadające nierówną firanką na powieki, szerokie usta i pobrużdżoną zmarszczkami cerę. Konecki uświadomił sobie, że jest starszy, niż wydawało się z daleka. Jakieś sześćdziesiąt, może siedemdziesiąt lat.
– Dzień dobry panu! – Wyciągnął rękę do nieznajomego.
Tamten niechętnie odwzajemnił uścisk. Lekki, spotniały, niezdecydowany.
– Nie poznaje mnie pan? Nazywam się Arkady Wodecki.
Oczy tamtego zmierzyły go badawczo, twarz jednak nawet nie drgnęła.
– Przyznam, że pana nie poznaję – wycedził.
– No tak – zmartwił się nieszczerze Bartek. – To już parę ładnych lat.
Uczynił gest, jakby miał się wycofać. Smętnie zwiesił głowę.
– Przepraszam – zreflektował się facet. – Naprawdę nie pamiętam. Tyle spraw, tyle osób…
Bezradnie rozłożył ręce, a Konecki pospiesznie analizował każde jego słowo. „Tyle spraw”? Czyżby emerytowany policjant? Albo prokurator? Nie wyglądał na gliniarza.
W tym momencie na przystanku zatrzymał się autobus.
– Muszę lecieć, to mój – usprawiedliwił się tamten. – Proszę kiedyś zadzwonić, pogadamy – rzucił, robiąc krok do wejścia.
Ostatecznie się jednak zawahał i zapytał jeszcze:
– Pisałem kiedyś o panu?
Bartek, nawet gdyby chciał, nie zdążyłby odpowiedzieć. Drzwi zamknęły się z sykiem. Bingo. „Pisałem kiedyś o panu?”. A więc dziennikarz.
***
Lubił mieszkanie Jolki przy ulicy Świętojerskiej, a mimo to – choć mieszkał tu już pół roku – wciąż jeszcze nie umiał pomyśleć o nim: „Mój dom”. Leżały tam jego rzeczy, sypiał tam codziennie, dorzucał się do czynszu, wciąż jednak czuł się jak gość.
Ostatnie, czwarte piętro, dwa obszerne pokoje, wąska, ale widna kuchnia. Okna salonu i balkon wychodziły na Świętojerską, sto metrów od ulicy Freta, czyli oblepionego turystyczną melasą Starego Miasta. Z kuchni i sypialni widać było z kolei porośnięty olchami skwerek, z ławkami zajętymi przez emerytów. Cisza, spokój, dyskretny urok luksusu. Zanim się do niej sprowadził, mieszkał w małej klitce w dziesięciopiętrowcu przy Gibalskiego. Okna tamtego mieszkania wychodziły na parking, na którym dzieciaki kopały piłkę, przy drzwiach do klatki pijaczkowie konkurowali z zakapturzoną młodzieżą o najlepsze miejsca na gazonach dawno zdeptanych kwiatów. Tam jednak czuł rozedrgany nerw miasta. Tu miał wrażenie, że trafił do scenografii rodem z sitcomu. Nie wyobrażał sobie jednak, żeby Jolka zgodziła się zamieszkać z nim na Gibalaku. Zresztą mieszkali już tam lokatorzy, a pieniądze z wynajmu zasilały bieżący budżet Joli i Bartka.
– O, zjawił się mój Philip Marlowe! – Jolka siedziała w szlafroku przed telewizorem.
Zabawne, ale na ekranie też ją widział. W regulaminowo zapiętym czarnym mundurze z napisem „Policja” na kołnierzyku, z intensywnym spojrzeniem zielonych oczu i gładko zaczesanym kokiem mówiła o zamordowaniu młodej kobiety, której personalia oraz profesję już ustalono. Marta S., osoba nieletnia trudniąca się prostytucją.
Bezwiednie porównał obie wersje komisarz Jolanty Bończak. Tę służbową, prostą jak struna, z biustem wypiętym dumnie ku oku kamery, i domową, w lekko zmechaconym szlafroku, ze związanymi kokonem ręcznika świeżo umytymi włosami i w grubych okularach, które zastąpiły rozjaśniające barwę oczu szkła kontaktowe. Ta druga bardziej go kręciła.
– Gdzie byłeś? – Jolka podniosła się z fotela.
Kiedy wstawała, poła szlafroka odchyliła się, pokazując drobną, zadziornie sterczącą pierś. Bartkowi zrobiło się gorąco.
– Mam zlecenie! – Szybko zdjął marynarkę i zaczął rozpinać koszulę.
– Niewierny mąż? Podejrzana niania? Barman podkradający drobniaki ze słoika na napiwki? – Przesunęła palcem po jego porośniętym blond loczkami torsie.
Rzucił jej szybkie, badawcze spojrzenie. Czy z niego kpiła? Zaraz jednak parsknął tylko odrobinę wymuszonym śmiechem.
– Śledzę taką jedną…
– Ładna? – Kolejne pytanie nadeszło, zanim jeszcze przebrzmiała jego odpowiedź.
Piękna i bestia – pomyślał.
Czy to możliwe, że była o niego zazdrosna?
– Jakie nagranie? – zapytał, uświadamiając sobie, że Jolka coś powiedziała.
– Pytałam, czy masz ją na filmie – odparła, wskazując na okulary OTP wystające z wewnętrznej kieszeni marynarki, którą dopiero co powiesił na oparciu krzesła.
– Nie mogę ci pokazywać materiałów dotyczących klienta. – Bartek postanowił się z nią poprzekomarzać.
– W takim razie sam odgrzewaj sobie kolację! – Jolka podjęła grę, teatralnie wzruszając ramionami i odwracając się do telewizora.
Na ekranie nie było już jej twarzy. Zastąpiły ją „operacyjne zdjęcia policji”. Leżące w krzakach, chyba na leśnym igliwiu, zwłoki nagiej kobiety z odciętymi dłońmi. Twarz i miejsca intymne oczywiście zamazano, ale widok i tak raził bezceremonialną brutalnością. „Wyjątkowe okrucieństwo”, „diabelska perfidia”, „zbrodnia bez precedensu” – spiker nie szczędził mocnych słów komentarza. Cóż, było po jedenastej w nocy, stacja mogła pokazać więcej, żeby zadowolić co bardziej wymagających odbiorców…
Konecki się wzdrygnął. Nigdy nie lubił widoku trupów. Nawet kiedy oglądał je regularnie w Wydziale Terroru Kryminalnego. Czym prędzej przeniósł spojrzenie na Jolkę i dostrzegł, że kołnierz szlafroka zsunął jej się z ramienia, odsłaniając opaloną skórę.
Samoopalacz czy chodzi do solarium?
Ogarnęła go fala pożądania. Podszedł, nachylił się, musnął jej ciało ustami. Skóra Jolki nie pachniała samoopalaczem. Delikatnie wsunął dłoń przez połę szlafroka, dotykając jej drobnych piersi.
– Przestań, łaskoczesz mnie! – Lekko go odepchnęła.
– Dobra, pokażę ci to nagranie.
– Nie musisz. Żartowałam.
Stała odwrócona do ekranu, na którym brutalne obrazy zbrodni zdążył już zastąpić głupiutki uśmiech prezenterki zapowiadającej prognozę pogody. A potem przyciągnęła go do siebie.
***
– Bo wiesz… – powiedział pół godziny później, kiedy leżeli nadzy na dywanie, przykryci jedynie kapą z sofy. – Pomyślałem, że mogłabyś mi pomóc rozpoznać na tym moim dzisiejszym filmie takiego jednego facia.
Zerknęła na niego z uśmiechem.
– Ciągle stare gliniarskie nawyki, co? – Klepnęła go w ramię. – Nawet w czasie radosnego bzykanka myślisz o robocie?
Poczuł się głupio.
– Przyszło mi to na myśl dopiero teraz!
– Mnie też obowiązuje tajemnica służbowa! – Tym razem to ona się przekomarzała.
Oparła głowę na zgiętej w łokciu ręce. Narzuta zsunęła się z jej ramion i piersi.
– To nie jest związane z twoją pracą w policji – zaczerwienił się. – Chodzi o zidentyfikowanie… – poczuł, że znów ogarnia go podniecenie – pewnego dziennikarza. A ty masz przecież znajomości w świecie mediów.
– Próbujesz skłonić funkcjonariuszkę policji do popełnienia wykroczenia.
– Ale przynajmniej nie jesteś na służbie. Zawsze to jakaś okoliczność łagodząca.
– Skąd wiesz? Może jestem agentką pod przykryciem?
– W takim razie musisz bardziej zaangażować się w swoją rolę… – Spróbował przyciągnąć ją do siebie, ale zwinnie mu się wymsknęła.
– Dam się skorumpować, jeśli obiecasz mi jeszcze jeden numerek.
– Z największą ochotą!
– W takim razie pokaż, co tam nagrałeś.
Jolka wstała. Narzuta spłynęła po jej ciele, a on zapatrzył się w jej zgrabny tyłeczek.
– Chcesz zaliczkę już teraz?
Podeszła do odwieszonej marynarki, wyjęła okulary OTP i sprawnie połączyła ich pamięć z telewizorem.
– Wolę zainkasować całość później – odpowiedziała, włączając odtwarzanie.
Na ekranie pojawiła się scena z Promenady.
– Amelia Stokrocka. – Natychmiast rozpoznała dziewczynę. – To ją masz śledzić?
Bartkowi wydało się, że w jej głosie słyszy nutę podziwu. Czyżby jej zaimponował?
– Co o niej wiesz? – spytał.
Bardzo kobiece wzruszenie ramion, mające dać mu do zrozumienia, że temat nie jest godzien specjalnego pogłębienia.
– Podopieczna pewnego producenta filmowego. Ma w środowisku opinię puszczalskiej, ale takiej, która się umie ustawić. Mówi się o niej, że może zajść wysoko.
Puszczalska – odbiło mu się echem po głowie.
– Tak naprawdę to chciałem cię spytać o tego faceta – przewinął film, zatrzymując klatkę na scenie z przystanku autobusowego.
– Nie kojarzę.
– To dziennikarz, ale chyba z jakiejś gazety – uściślił Konecki, przypominając sobie pożółkłe wycinki z teczki przekazanej Stokrockiej. Co było w tych zetlałych skrawkach papieru, że dała mu za nie sto złotych?
– Pismaków gorzej kojarzę. Mam do czynienia raczej z telewizorami.
Pismacy. Telewizory – zaśmiał się w duchu. – Już przyswoiła ten medialny slang.
– A mogłabyś trochę popytać? Tak przy okazji. Może któryś z dziennikarzy go sobie przypomni?
Skinęła głową.
Puszczając kadr ze swojego filmu na drukarkę, poczuł, jak Jolka zarzuca mu od tyłu ręce na szyję. Powoli się do niej odwrócił.
– Pani komisarz, to bezprawne użycie środków przymusu bezpośredniego!
– Bądź cicho i rób, co ci każę, bo inaczej przykuję cię do kaloryfera! – wydyszała mu prosto do ucha.
WCZEŚNIEJ
Kalisz. Koniec lipca 1992
Tracił nadzieję. W letnim upale snuł się uliczkami: Dworcową, Wrocławską i jakimiś tam jeszcze wokół dworca kolejowego w Kaliszu, zaczepiając bezdomnych, taksiarzy, bileterki w kasach i konduktorów. Przepytał chłopaków z najbliższego komisariatu, a także nielicznych śledczych, którzy chcieli z nim gadać w miejskiej komendzie. Nic. Zero. Próżnia.
Pod wznoszącą się nad nim z godnością kolumnadą dworca urywał się ślad. A przecież aspirant Norbert Pałucha zasłużył na to, żeby coś uchwycić.
Po pierwsze, pogonił techników, żeby szybko ustalili typ opon, których ślady pozostały na chodniku i trawie obok miejsca porzucenia zwłok. Niemieckie, prawie na pewno należące do „beczki”, czyli osobowego mercedesa W123. W ramach bonusu trafiło mu się też otarcie lakieru na pniu parkowego drzewka, o które morderca przytarł błotnik swojego auta. Kolor butelkowozielony.
Po drugie, z niemałym trudem ustalił personalia zamordowanej. Krystyna Talko, lat piętnaście. Wyłuskał ją z dziesiątków zgłoszeń zaginięć nastolatków, które – normalnie, jak to w wakacje – zalewały komendy, komisariaty i posterunki policji jak kraj długi i szeroki. Łatwo nie było. Nie istniała przecież ogólnopolska baza danych na temat zaginięć. Dzwonił więc i faksował po wszystkich komendach rejonowych policji, zataczając coraz szersze kręgi wokół Warszawy. Po tygodniu takiej roboty, w której nie pomagał mu nikt (bo Chałka, któremu ktoś musiał szepnąć, że Pałucha napisał na niego notatkę z donosem, nie przydzielił mu nawet posterunkowego), wreszcie znalazł pasujące zgłoszenie. W Zduńskiej Woli. Zaginięcie córki zgłosili rodzice.
Wezwał ich więc do Warszawy w celu rozpoznania zwłok. Przyjechali we czworo, z wystraszonym kilkuletnim brzdącem – ich młodszą córką – oraz jakimś bladym i roztrzęsionym chłopakiem o imieniu Daniel, którego przedstawili jako „przyjaciela Krysi”. Przyjaciel? Pałucha od razu wziął go w obroty. Okazało się, że Krystyna Talko i ów Daniel byli parą od roku. Chodzili za rączki i do kina, a nawet dawali sobie buzi-buzi. Zwykła, nudna jak flaki z olejem szczenięca miłość. Nastolatek co chwila popłakiwał i walił czołem w sfatygowany blat jego służbowego biurka. Śmierć Krysi kompletnie go rozwaliła. Pałucha niechętnie wykluczył go wstępnie z grona podejrzanych. Ten nadwrażliwy dzieciak naprawdę był załamany. Może nawet bardziej niż rodzice denatki – prości, bogobojni ludzie. W sumie to jednak on w końcu pchnął śledztwo na nowe tory. Pomiędzy jednym a drugim chlipnięciem chłopak wystękał, że Krysia – wbrew jego stanowczym protestom – zwiała z domu i pojechała na Festiwal Muzyki Rockowej do Jarocina. Wyznał też, że sam nie znosi ani rockowej, punkowej czy bluesowej muzyki, ani tłumów spoconych imprezowiczów tańczących pogo. Woli Nirvanę, Republikę i Cohena. Ale w ostateczności zdecydował się z nią pojechać. Kryśka jednak wyśmiała ten pomysł. Urażony, pozostał w domu.
A więc Jarocin. Pałucha wybłagał u naczelnika Chałki służbowy samochód i deputat na paliwo, a potem wydzwonił jednostki w Sieradzu, Kaliszu i Jarocinie. Aspirant z Warszawy dobijający się do szefa komendy miasta. Śmieszne. Spuszczali go coraz niżej, aż w końcu udało mu się porozmawiać z zastępcami szefów prewencji, którzy obiecali mu „daleko idącą pomoc na miarę skromnych możliwości kadrowych”. Czyli nic. Sam musiał oblecieć dworce autobusowe i kolejowe ze zdjęciem ze szkolnej legitymacji Krystyny Talko. Straszna robota. Być może nawet by ją sobie odpuścił, gdyby nie wizja awansu i wyrwania się z dzielnicowego grajdołka. No i proszę! Wczoraj jego trud został w końcu nagrodzony. Jedna z kasjerek rozpoznała dziewuchę. Krystyna Talko dziewięć dni temu kupiła w Sieradzu bilet do Kalisza.
Otarł pot zbierający mu się pod kołnierzykiem koszuli. Z krawata zrezygnował jeszcze rano, marynarkę przewiesił przez ramię pół godziny temu. Upał narastał. Co za lato! Strach pomyśleć, co będzie, jeśli ta susza i tropik potrwają dłużej.
Wstąpił do warzywniaka przy Dworcowej i spytał o oranżadę. Oranżady nie mieli, ale sprzedawczyni poleciła mu nowość – niemiecki napój gazowany w plastikowej butelce. Wypił duszkiem, słuchając trzeszczącego na stoisku radia, w którym spiker informował o powołaniu rządu Hanny Suchockiej.
Jeszcze trochę, a do policji też zaczną przyjmować baby – pomyślał, czując, jak po gardle i języku rozlewa mu się nieprzyjemny, chemiczny smak.
– Pan przyjezdny? – zagaiła sprzedawczyni.
Przytaknął, rozkoszując się strumieniem powietrza z ustawionego na wiśniach wiatraczka. Nie chciało mu się wychodzić na ten upał. Po co? I tak nikt nie kojarzył tutaj tej Krystyny. Nie kupowała biletu ani w kolejowej, ani w autobusowej kasie. Nikt nie przypominał sobie, żeby kręciła się po peronie czy pod dworcem.
Zmęczonym ruchem podsunął sprzedawczyni pod oczy zdjęcie nastolatki.
– Jestem z policji – wychrypiał. – Może ją pani widziała tutaj w ciągu ostatnich ośmiu, dziewięciu dni?
Ekspedientka z nabożną niemal czcią pochyliła się nad fotografią.
– Jaka młoda… – westchnęła. – I ładna. Nie żyje, prawda?
– Skąd pani wie?
– Inaczej policja nie szukałaby jej w taki upał.
Dziwne rozumowanie, ale trafne.
– Niestety, nie widziałam jej. A pytał pan w kasach?
Nawet nie chciało mu się odpowiadać. Wyszedł na rozpalony słonecznym żarem placyk przed dworcem, zastanawiając się, co dalej. Pod kolumnami przy wejściu, w cieniu, chronili się bezdomni. Szybko otaksował ich wzrokiem. Z tym starym, obdarzonym patriarchalną brodą, już rozmawiał. O ile można nazwać rozmową wymianę monosylab. Z tym drugim, wytatuowanym, też. Aha, pojawił się jeszcze jakiś chłopak. Obdartus w dżinsowej kurtce z namalowaną na plecach pacyfą i klapniętym irokezem na włosach. Aspirant Pałucha podszedł do niego ciężkim krokiem.
– Kojarzysz tę dziewczynę?
Chłopak, na oko najwyżej dwudziestoletni, obdarzył go niechętnym spojrzeniem.
– Fajna dupa. Masz jej telefon?
Był od Norberta dobre dziesięć centymetrów wyższy, więc aspirant musiał się wspiąć na palce, żeby spojrzeć mu prosto w oczy. Pozostali menele zachichotali.
– Jestem z policji, błaźnie – wycedził, machając mu legitymacją przed nosem. – Dokumenty!
Chłopak posłusznie wyciągnął z kieszeni pomiętą zieloną książeczkę. A więc dobrze go ocenił. Młokos był już pełnoletni.
– Ceglarczyk Janusz – przeczytał Pałucha w jego dowodzie osobistym. – Zamieszkały w Warszawie. Co cię sprowadza do Kalisza?
– A co? Chyba wolno podróżować po kraju? Komuna upadła, co nie? Wolność mamy.
Nie chciał znowu strugać przed nim kogucika. Było na to za duszno.
– Odpowiadaj na pytania albo cię wrzucę na dołek – odparł bez przekonania, bo wiedział przecież, że koledzy z kaliskiej komendy się uśmieją, jeśli warszawiak przyprowadzi im zatrzymanego.
– Wracam z Jarocina! – Chłopak nieco spuścił z tonu. – A tej laluni ze zdjęcia nie kojarzę. Przysięgam.
– Pokaż bilet.
– Nie mam forsy na pociąg! Wszystko wydałem na browca i skręty! – Usiłował się zaśmiać, ale słabo mu wyszło.
– Co w takim razie robisz pod dworcem?
– Proszę przechodniów o parę groszy.
Zapadło krótkie milczenie. Kolejne niepowodzenie. Następny niedoszły świadek. Chyba już czas się zwijać do Warszawy.
– Ale ludzie nic nie dają! – Młokos najwyraźniej zmienił front i teraz postanowił zagadać gliniarza. – Będę musiał dalej jechać do domciu autostopem.
Autostop – w ugotowanym umyśle Norberta Pałuchy poruszyła się jakaś zapadka. – Autostop, no jasne!
***
Na ulicy Jasnej Pałucha wysiadł spocony jak mysz z rozpalonej kabiny poloneza. Na szczęście od rzeki Prosny i rozciągającego się na jej drugim brzegu parku tchnęło nieco chłodniejszym powiewem. Siląc się na zdecydowany krok, wszedł do komendy, machnął policyjną blachą czerwonemu jak piwonia oficerowi dyżurnemu i ruszył do gabinetu komendanta. Udało się. Z protestującą piskliwie sekretarką na plecach otworzył drzwi. Uderzył go kwaśny odór dymu z papierosów i ulotna woń koniaku.
– Kim pan jest? – spytał ostro zwalisty wąsacz w niebieskim mundurze, siedzący za biurkiem.
– Aspirant Pałucha Norbert, sekcja zabójstw Wydziału Kryminalnego Komendy Rejonowej Warszawa-Śródmieście! – wyrecytował w postawie zasadniczej.
– A… tak. Słyszałem o was. – Komendant machnął ręką. – Co potrzeba?
Sekretarka wreszcie dała za wygraną.
W krótkich, żołnierskich słowach i postawie na baczność Norbert wypowiedział swoją prośbę. Szef kaliskich policjantów nie był zadowolony.
