Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2019

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 492 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Serce - Bartosz Szczygielski

Tylko ci, którzy nie mają nic do stracenia, nie boją się śmierci.

Były komisarz policji, Gabriel Byś, pracuje na czarno. Ledwo wiąże koniec z końcem i próbuje żyć normalnie, nie rzucając się nikomu w oczy. Jednak przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć i dopada go w chwili, gdy sądzi, że jest już bezpieczny. Pewnego dnia znajduje ludzkie szczątki w centrum handlowym, a jego kruchy świat rozpada się na kawałki. Zwłoki giną w niewyjaśnionych okolicznościach jeszcze przed identyfikacją. Gabriel staje przed dylematem – ukrywać się dalej czy podjąć niebezpieczną walkę z ludźmi, którzy pozbawili go wszystkiego.

Jaką rolę w tej ryzykownej grze odegra była prostytutka, Kaśka, kobieta, która straciła wszystko, a jedyne, co trzyma ją przy życiu, to żądza zemsty?

Witaj w świecie, gdzie nic nie jest takie, jakim się wydaje.

Opinie o ebooku Serce - Bartosz Szczygielski

Fragment ebooka Serce - Bartosz Szczygielski

BARTOSZ

SZCZYGIELSKI

SERCE

Copyright © by Bartosz Szczygielski MMXIX

Wydanie I

Warszawa MMXIX

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Because nothing is as perfect as you can imagine it.

Chuck Palahniuk, Choke

***

Oddychaj.

Powtarzał w myślach to słowo do znudzenia. Organizm sam z siebie dostarczałby powietrze do płuc, lecz teraz czuł, że musi mu o tym przypominać. Przed dziesięcioma minutami wszystko wyglądało inaczej. Pił kawę rozpuszczalną i starał się nie zwracać uwagi na leżące obok ciało. Teraz nie mógł oderwać od niego wzroku. Musiał się opanować. Musiał wykazać się rozsądkiem. Wiedział, że nie ma innego wyjścia. A nawet jeżeli istniało, on go nie dostrzegał.

Zamknął oczy.

Wdech.

Wydech.

Raz.

Dwa.

Zanim otworzył powieki, doliczył do dwudziestu. Wiedział, że traci czas. Musiał jednak zachować trzeźwość umysłu, a do tego potrzebował spokoju. Potrzebował odliczania. Wewnętrznego metronomu, wyznaczającego rytm każdego ruchu. Zaciskał pięści w takt powtarzanych w głowie liczb. Rozprostował palce i złapał czarne nitrylowe rękawiczki.

Jak najmniej śladów, pomyślał.

Materiał biologiczny pozostawiony wokół ciała był ostatnią rzeczą, o którą powinien się martwić, ale nie potrafił pozbyć się starych przyzwyczajeń. Miał ich całkiem sporo. Od dziecka układał kapcie przy łóżku tak, by nie były skierowane prostopadle do jego brzegu. Wierzył, że to wywołuje koszmary, a tych miał dość na co dzień.

Wolał nie ryzykować.

W rękawiczkach na dłoniach odzyskał pewność siebie. Chwilowo. Leżąca na stole piła do cięcia kości była sterylnie czysta. Chciał wierzyć w to, że nigdy nie była używana. I że za to, co zaraz zrobi, nie spotka go kara.

Dziewczyna miała zamknięte oczy, a sklejone powieki nie zdążyły jeszcze zapaść się w głąb ciała. Złapał jej dłoń. W sztucznym świetle przybrała barwę jagodowych lodów. Temperaturę też miała podobną.

Wyczuł pod palcami przestrzeń między kością łódeczkowatą a przedramienia.

Jego cel.

Głosy dochodzące zza ściany stawały się coraz wyraźniejsze. Kończył mu się czas. Wstrzymał oddech i złapał rączkę piły. Przyłożył ostrze do skóry i napiął wszystkie mięśnie. Spodziewał się dużego oporu.

Wdech.

Wydech.

Raz.

Dwa.

Błękit

Trzy głębokie wdechy.

Tyle mu wystarczyło, by stwierdzić, co właśnie stało się na zewnątrz. Zapachu nie dało się pomylić z niczym innym. Znał go doskonale z czasów, kiedy jeszcze istniało miejsce, które z czystym sumieniem mógł nazwać domem. Martwiło go, że większość wspomnień, które niedawno przywołałby nawet w środku nocy, dziś zacierała się i zmieniała w jednolitą, bezkształtną masę. Taką, z której potrafił wyłowić jedynie nic nieznaczące fragmenty.

Takie jak zapach spalonego tłuszczu.

Swąd, który wwiercał się w ściany mieszkania, przesiąkał przez ubrania i osiadał na włosach. Pranie oraz kąpiel pomagały doraźnie, jednak z pomieszczeniami sprawa była znacznie bardziej skomplikowana. Wietrzenie nic nie dawało. Mógł otworzyć okno i wpuścić do środka chmurę smogu, by zatrzeć zapach, ale jedyne, co osiągał, to dodatkowa warstwa kurzu na kuchennym blacie.

Wyciągał wtedy ciężkie działa.

Roztwór kwasu octowego, śmierdzący jak stara pijalnia wódki, ale o wyjątkowych właściwościach. Gotowany przez kilka minut, skutecznie odkażał pomieszczenie i pomagał pozbyć się drażniących zapachów. Takich jak przypalony na ruszcie tłuszcz. Tylko że teraz Gabriel nie miał pod ręką ani octu, ani garnka z wodą. Jego majątek ograniczał się do niewielkiej liczby banknotów w portfelu oraz ubrań, które pożyczył z ojcowskiej szafy, gdy staruszek oddawał się swojemu ulubionemu hobby.

Alkoholizmowi.

Nauczył się nie przeszkadzać Grzegorzowi w tym, co kochał robić. Ojciec przynajmniej czerpał z życia jakąś satysfakcję, czego Gabriel nie mógł powiedzieć o sobie. Miał wrażenie, że jego życie stało się kliszą, którą zainteresowaliby się tylko scenarzyści piszący programy dla mamusiek. Niewiele brakowało, a przeglądając się w lustrze, widziałby na nim podpis:

Gabriel Byś.

Nieudacznik – 43 lata.

Chwycił kolejne pudło. Wyglądało na znacznie cięższe, niż było w rzeczywistości. Taki karton, wypchany do granic możliwości, ważył około dwudziestu kilogramów. Ten, za który złapał, najwyżej połowę, ale i tak Gabriel ledwo był w stanie go unieść. Cały dzień przerzucania zrobił swoje. Westchnął i resztką sił wrzucił pakunek na paletę. Próbował się skupić, ale coraz intensywniejszy zapach przypalanego jedzenia stawał się nie do zniesienia.

– Borys!

Głos odbił się od pofalowanej blachy przymocowanej do ścian magazynu. Metal miał pełnić funkcję taniej izolacji, bo nikt nie pokusił się o to, by zamontować grzejniki. Koszt ocieplenia takiej powierzchni przekroczyłby PKB małego kraju, więc zarządca obiektu zdecydował się na to, co Polakom wychodzi najlepiej.

Na prowizorkę.

Jednak sama blacha nie wystarczyła, więc pod nią wpuszczono piankę montażową. Żółte, zaschnięte fragmenty izolacji walały się po całej hali niezależnie od tego, ile razy się ją zamiatało. Byś czasem zastanawiał się, jak to w ogóle możliwe, że budynek dalej stoi. Przy mocniejszym podmuchu wiatru odpadał tynk, a kiedy padało, dach przypominał, że nigdy nie był remontowany. Najgorsze było jednak powietrze. Wypełnione kurzem, rdzą i wilgocią, drażniło gardło. Jakikolwiek ruch wzniecał pył, który osadzał się na każdym centymetrze ubrania, ale na tym nie koniec. Wciskał się głębiej między zęby i przyczepiał do języka.

Gabriel odchrząknął i spróbował raz jeszcze.

– Borys! Przestaw grilla.

Brak jakiegokolwiek odzewu.

– Jasna cholera, no.

Ściągnął robocze rękawiczki, pokryte od zewnątrz pomarańczową, podwójnie wulkanizowaną gumą, i włożył je do kieszeni. Zawsze nosił je ze sobą. Kosztowały wprawdzie niecałe dwadzieścia złotych, ale dla Gabriela to wciąż było dużo.

Odkąd musiał się ukrywać, jego przychody spadły niemal do zera.

Mógł czasem nie dojadać i do niezbędnego minimum ograniczyć zużycie produktów higienicznych, nie był jednak w stanie zrezygnować z papierosów. Dobrze wiedział, ile go kosztują. Przeliczał to każdego tygodnia i przeklinał swoją głupotę, a następnie wyciągał z paczki kolejnego fajka. Z każdym zaciągnięciem czuł, jak z portfela ulatują kolejne złotówki. Te, które z takim trudem zdobywał, przerzucając kartony z ubraniami.

Przejście całego magazynu zajęło mu prawie pięć minut. Zdążył złapać zadyszkę, choć niespecjalnie mu się śpieszyło.

– Kretyn. – Podszedł do grilla stojącego tuż przy wejściu. – Tyle żarcia do wyrzucenia.

Ruszt przypominał więzienne kraty, które wpierw ktoś przepiłował do połowy, a następnie został odciągnięty od nich siłą, tuż przed osiągnięciem wolności. Metal praktycznie nie istniał i Byś to samo mógł powiedzieć o czymś, co kiedyś nazwałby kiełbasą. Teraz spoglądał na cztery smutne kawałki rozsypującego się węgla. Wahał się, czy nie uratować resztek obiadu, ale zrezygnował.

Aż tak głodny nie był.

Założył rękawice i zaczął odciągać grill w stronę drogi dojazdowej pokrytej czarnym żwirem wymieszanym z kawałkami gruzu. Jego współpracownik nadawał się jedynie do prac fizycznych, więc cała logistyka spoczywała na barkach Gabriela. To on decydował, które paczki gdzie ustawić. Przygotowywał towar do transportu, a także dbał, by na terenie magazynu panował porządek.

Względny.

To, co działo się wokół budynku, nie było już jego problemem. Nie interesowało go to, ile śmieci znajduje się w wysokiej trawie, porastającej przestrzenie między magazynami. Przestał zwracać uwagę na połamane palety i butwiejące drewno, które rzędami układano pod ogrodzeniem z siatki o dużych oczkach. Dokładnie to widział, stojąc przed wejściem do magazynu, ale nauczył się patrzeć dalej. Na puste pole. Wyciszał się wtedy i cała złość przechodziła jak ręką odjął. Rzeczywistość postanowiła o sobie przypomnieć. Jedno z kółek grilla zahaczyło o wyrwę w betonie, co poskutkowało serią niefortunnych zdarzeń. Metalowa misa, która do tej pory utrzymywała brykiet w jednym miejscu, pękła, rozsypując swoją zawartość wprost na nogi Bysia.

– Kurwa. – Odskoczył.

Na samym wierzchu prawego buta pojawiło się niewielkie nadpalenie. Z każdym kolejnym dniem Gabriel tracił refleks. Niewiele brakowało, a ostatnio skończyłby pod kołami ciężarówki, kiedy zbyt późno zorientował się, że jest na drodze podporządkowanej.

– Borys!

Miał wrażenie, że woła psa, który przed chwilą zjadł pół kanapy. Szanse na to, że pojawi się w najbliższej okolicy, były niewielkie. Facet wyczuwał zagrożenie z daleka i nauczony doświadczeniem nie pchał się tam, gdzie spotykały go nieszczęścia. Od lat omijał budynek Urzędu Skarbowego.

Cała pochylnia zmieniła kolor. Popielaty beton usiany był teraz mieszanką nadpalonego miału, rdzy i kiełbasy, oryginalnie o zapachu wędzonego dębu, a obecnie środka do czyszczenia toalet. Powinien był to przewidzieć, bo tanie mięso zawsze jest czymś chrzczone. Westchnął i wszedł do przedsionka magazynu poszukać miotły. Kiedy tylko minął próg, przeszły go dreszcze.

Nieogrzewany budynek nie chronił nawet przed wiatrem, który wdzierał się do środka przez nieszczelne okna. Stary kurnik, jeden z ośmiu znajdujących się na posesji, cechował się jednak czymś więcej niż wszechogarniającym zimnem. Trudno było w nim cokolwiek zgubić, ale bardzo łatwo dało się w nim coś ukryć, choć wewnątrz znajdowały się tylko cztery pomieszczenia. Dwa magazynowe tuż przy głównym wejściu, toaleta i ogromna, wąska hala. To w niej, między paczkami, żyła pokaźna rodzina szczurów, którą Gabriel odkrył dopiero wtedy, kiedy zauważył wygryzione fragmenty kartonu. Przestrzeń magzynowa ciągnęła się na ponad sto metrów i miała przed Bysiem jeszcze wiele tajemnic.

Potrzebował tej pracy z dwóch powodów.

Musiał czasem jeść, i co uważał za znacznie ważniejsze, chciał mieć w końcu coś pod kontrolą. Nawet jeżeli chodziło o rozłożenie kartonów z koszulkami, robionymi kilka tysięcy kilometrów za granicami Polski. T-shirty do kraju przypływały kontenerami o powierzchni małego warsztatu, a wewnątrz ich metalowych ścian zmieściłyby się wszystkie dzieci, które pracowały jako szwaczki. Starał się o tym nie myśleć.

Najbardziej bolało go to, że sprawdzał się w tej robocie lepiej niż w roli komisarza.

Gabriel przesunął odkurzacz pamiętający czasy trabantów i złapał opartą o ścianę miotłę. Sprzątnięcie pochylni nie powinno zająć mu więcej niż dziesięć minut. Problem polegał na tym, że nie miał nawet jednej. Dźwięk dwulitrowego silnika z każdą sekundą stawał się coraz głośniejszy. Kierowca niemiłosiernie piłował sprzęgło. Wiedział, że zaczynanie teraz czegokolwiek nie miało najmniejszego sensu.

Silnik zakrztusił się i umilkł.

– Wasiak – usłyszał. – Ktoś tu w ogóle pracuje?

Skrzywił się na dźwięk piskliwego głosu swojego szefa. Nie zdążył przyzwyczaić się do tego, że ten przez cały czas wołał go po nazwisku. Byś wymyślił je na poczekaniu, podobnie jak adres, gdzie teoretycznie był zameldowany. Mógł równie dobrze powiedzieć, że mieszka w Narnii, a do domu musi wchodzić przez szafę. Szefa to nie obchodziło, bo żadnej umowy nie podpisali. Obu stronom było to na rękę. On nie musiał się tłumaczyć, dlaczego nie ma dowodu osobistego, a jemu odchodziła konieczność płacenia składek i przestrzegania przepisów BHP.

Z imienia jednak Gabriel nie potrafił zrezygnować.

– Idę.

Odstawił miotłę na miejsce. Wolał nie mieć w dłoniach sprzętu, który mógłby mu posłużyć do zaatakowania kogokolwiek. W szczególności faceta o dwadzieścia lat młodszego od niego i obwodzie bicepsa większym niż jego głowa. Jarosław Sokolnik nie wyglądał na tytana intelektu, ale w biznesie radził sobie całkiem nieźle. Szczególnie że pieniądze na rozkręcenie firmy dostał od ojca, który zjadł zęby na Stadionie Dziesięciolecia w pięknych czasach transformacji. Widocznie wiedzę o tym, jak radzić sobie na rynku, Jarosław miał wpajaną od dziecka. Łącznie ze wszystkimi jej zawiłościami i sposobami na łatwy zarobek. Kurnik wynajmował praktycznie za bezcen, a znajdujący się wewnątrz towar sprowadzał za niewiele więcej. Wciskał go później sprzedawcom w największym centrum handlowym w okolicy.

Wólce Kosowskiej.

Teren opanowany był przez Wietnamczyków. Mieli wprawdzie swoich dostawców, ale nie wszyscy ufali pobratymcom. Część wolała kupić towar od kogoś zaufanego. Kogoś, kto mówił po polsku, przychodził na spotkania ubrany w jeansy i na nogach nie miał klapek, a nowe, wyglancowane obuwie sportowe. Gabriel nie był w stanie tego zrozumieć. Czasem jeździł z Sokolnikiem do Wólki rozwozić towar i za każdym razem ledwo uchodził z życiem. Przerażało go miejsce, gdzie wystarczyła chwila nieuwagi, by skończyć pod kołami skutera lub elektrycznej hulajnogi, a każdy posiłek w tamtejszym barze mógł porównać do rosyjskiej ruletki, gdzie za nabój robiło mięso psa.

Inny świat.

– Co to jest?

Chłopak nie musiał nawet wskazywać na pochylnię.

– Grill się przewrócił. – Gabriel nie wyciągnął ręki na powitanie. Szef nigdy nie witał się z nim w ten sposób. Jedyny kontakt fizyczny, jaki mieli, następował, kiedy wręczał mu tygodniówkę. – Miałem właśnie posprzątać.

– Ile razy wam mówiłem? No ile, Wasiak?

Nawet z podpowiedzią Byś nie udzieliłby poprawnej odpowiedzi. Przestał liczyć po pierwszej setce.

– Pamiętaj, nie robimy sobie obiadów w pracy. – Jego palec wskazujący niebezpiecznie zbliżył się do piersi Gabriela. – Żryjcie kanapki. Gdzie Borys?

– Musiał zadzwonić – skłamał. – Zaraz będzie.

– Dobra, weź się tym zajmij.

Otworzył bagażnik. Wewnątrz leżały upchane kartony z nadrukowaną na wierzchu charakterystyczną łyżwą. Nawet on znał ten symbol.

– Rozszerzasz asortyment?

– Dostałem trochę darmowych próbek. – Uśmiechnął się. – Żółtki wciskają mi byle gówno, które zalega im na stanie. Patrz na to.

Złapał leżące najbliżej pudełko i wyciągnął z niego lewego buta.

– Widzisz?

– But.

Dalej miał w sobie policyjną przenikliwość.

– To nie jest but. – Podniósł go do góry tak, jakby trzymał lekarstwo na raka. – To roshe.

Nazwa wypowiedziana przez Sokolnika nic mu nie mówiła. Nie pomagało to, że słowo zostało napisane na prawie całej szerokości pudełka. Gabriel rozumiał angielski w takim stopniu, że spytany o drogę nie wzruszyłby ramionami, ale wskazałby kierunek palcem. Teraz czuł się jak pracownik kasy PKP. Otworzył szeroko oczy i czekał na to, aż rozmówca w końcu zacznie mówić po polsku. Jarek zignorował jego wgapiające się źrenice i zaczął pocierać palcami kawałek materiału przyczepiony do języczka buta.

– W oryginałach zmieściłbyś w ten mały piździec palec, a tutaj się nie pierdolili i zszyli wszystko. Reszta wygląda prawie normalnie, ale to zjebali po całości. Widzisz?

Sokolnik podniósł nogę kilkanaście centymetrów nad ziemię i zaczął kręcić stopą okręgi. Gabriel nie widział żadnej różnicy między tym, co nosił szef, a tym, co trzymał w dłoni. Buty w kolorze zgniłej zieleni nawet nie były ładne. Gabriel nigdy by takich nie założył. Wolał mieć na nogach coś, co już z daleka nie wołało gromko „mama mi kupiła”.

– Widzę, widzę. I co z tym zrobisz? – spytał, próbując wcisnąć palec pod materiał. Nie udało się. – Ktoś to na pewno zauważy.

– Niby kto? Na snapie nie ma szans, a gimbaza musi się w czymś pokazać, inaczej nie istnieją. Pójdzie za stówę. – Wrzucił but z powrotem do bagażnika. – Minimum.

Niektórych rodziców czeka spory wydatek za coś, co wyprodukowano za kilka złotych. W zamian dostaną kilkusekundowy film w internecie, który nikogo nie będzie obchodził po tym, jak raz go obejrzy. Gabriel był przekonany, że dzieciaki swoim matkom i ojcom nie powiedzą nawet „dziękuję”.

Podróbki to nie powód do dziękowania.

– Do środka?

– Przecież nie będę z tym jeździł w bagażniku. Wrzucimy je na Wólkę w przyszłym tygodniu. Ustaw je gdzieś w suchym miejscu.

Skinął głową. Obydwaj wiedzieli, że w magazynie nie ma czegoś takiego jak suche miejsce. Znajdowały się jedynie przestrzenie, które były mniej zawilgocone niż pozostałe.

– Kiedy przypływa kontener? – Wziął na raz sześć opakowań. Cuchnęły tygodniami spędzonymi w zamknięciu. – Muszę wiedzieć, gdzie zrobić miejsce.

Kurnik mógł wydawać się zapchany po brzegi. Ubrania, koszulki, torebki, płaszcze i teraz dodatkowo buty. Gabriel wiedział, że to tylko pozorny brak miejsca. Wewnątrz zmieściłby jeszcze kilkadziesiąt dodatkowych kartonów. Większość rzeczy leżących teraz na paletach znajdzie się w Wólce w ciągu kilku najbliższych dni, a potem trafi do jednorazowych toreb połowy Pruszkowa, Grodziska Mazowieckiego, a nawet Grójca. Wólka stanowiła odpowiedź na rosnące zapotrzebowanie polskiego społeczeństwa, by wyglądać jak gwiazdy mediów społecznościowych. Jedyne, co do tej pory mieli z nimi wspólnego, to nowe modele telefonów. Takie jak ten, który Jarek wyciągnął z materiałowej nerki przepasającej brzuch.

– Jeżeli nie przetrzymają go dłużej na cle, to jutro. – Przesunął kciukiem po ekranie. – Możesz przyjść?

Nie miał planów na niedzielę. Dziś także nie powinno go być, ale musieli z Borysem odpracować święto, które wypadło w poniedziałek. Gabriel nie miał płacone za takie fanaberie jak zmartwychwstanie Chrystusa.

– Jasne – przytaknął.

Wolał spędzić pół dnia, wyładowując kontener, niż siedząc z ojcem oglądającym teleturnieje i sączącym przez słomkę bimber domowej roboty.

– Daj mi tylko znać o której.

Cisza.

Zbyt późno Gabriel próbował wyciągnąć z niego informacje. Moment, kiedy Jarek wybudził telefon, był ostatnią szansą na rozmowę. Chłopak przestał interesować się czymkolwiek, co nie znajdowało się na pięcioipółcalowym wyświetlaczu. Jasny obraz przedstawiał dziewczynę, która musiała mieć duży problem z ustami. Wypięte wargi przypominały coś, co Gabriel widział w warszawskim zoo w klatce z pawianami. Jarek widocznie defektu nie zauważył, bo skupiał się na zupełnie innym fragmencie zdjęcia. Wpatrywał się w stanik, a następnie położył na nim kciuk i przesunął w prawo.

– Mówiłeś coś? – Otrzeźwiał.

– Daj mi znać, o której mam być jutro.

– A tak, spoko.

Wrócił do przeglądania kolejnych profili. Gabriel czuł, że zanim zdąży przenieść wszystkie pudełka do magazynu, Jarek wyśle propozycję matrymonialną połowie województwa mazowieckiego. Nie wiedział, jak działa aplikacja. Wiedział za to, że każde przesunięcie w prawo podbudowywało chłopaka, który coraz mocniej napinał mięśnie ukryte pod wiosenną kurtką.

Przerzucenie butów zajęło Gabrielowi znacznie mniej czasu, niż z początku zakładał. Opakowań było zaledwie dwadzieścia. Otrzepał dłonie o spodnie, ściągnął rękawiczki i podszedł do Jarka.

– To dziś. – Nie zaryzykował opierania się o zakurzone bmw.

– No. No tak.

Chłopak niechętnie uśpił smartfona i włożył go do nerki. Byś widział, czym była wypełniona, i poczuł ukłucie zazdrości. Wewnątrz znajdowały się pieniądze w różnych nominałach i walutach. Utarg z jednego dnia, który jemu zapewniłby spokojną egzystencję przez najbliższe dwa miesiące.

– Byłeś cały tydzień?

– Cały – potwierdził. – Pełna czterdziestka.

– Wierzę ci, Wasiak. – Po raz kolejny wycelował w Bysia palcem. – Przelicz.

W dłoni Gabriela pojawiło się sześć banknotów z wizerunkiem Kazimierza III Wielkiego. Osiem złotych za godzinę.

– Brakuje dwudziestki – stwierdził. – Powinno być trzysta dwadzieścia.

– A to? – Jarek wskazał na brudną pochylnię. – Ktoś musi to gówno uprzątnąć.

– Tak, dalej ja.

– Ty, ale nie za to ci płacę. – Zapiął nerkę. – Masz układać towar.

Byś zwinął pieniądze i wsunął do kieszeni spodni.

– Jasne. – Ledwo widział rozmówcę z powodu podniesionych od uśmiechu policzków. – Więcej się to nie powtórzy.

– Mam nadzieję. Powiedz Borysowi, żeby lepiej zaczął szukać nowej roboty.

Zatrzasnął drzwi samochodu, odpalił silnik i opuścił szybę.

– Zamknij wszystko, jak skończysz.

Żwir wystrzelił spod kół prosto w nogi Gabriela. Pył opadł na ziemię dopiero wtedy, kiedy bmw zniknęło za bramą.

Odczekał chwilę, podszedł do betonowego podjazdu i przetarł dłonią jego powierzchnię, zanim usiadł. Zimno przebijające się przez spodnie działało kojąco. Wielokrotnie zastanawiał się, co on właściwie robi, i nigdy nie znalazł na to pytanie odpowiedzi. Opuszczając Tworki, miał cel. Czuł, że zmierza w konkretnym kierunku.

Teraz nie wiedział nic.

Chciał wrócić do domu, a skończył w starym kurniku. Ukrył się przed światem i każdy kolejny dzień tylko mocniej utwierdzał go w przekonaniu, że powinien zostać w szpitalu psychiatrycznym. Niekoniecznie jako zwęglone zwłoki, ale jako pacjent jak najbardziej. Brakowało mu stałego dostępu do leków i łóżka, od którego nie bolały go plecy. Włożył ręce do kieszeni i wyciągnął dwie rzeczy, które pozwalały mu przetrwać każdy kolejny dzień.

Tramal i papierosy.

Zastanawiał się, co powinien wziąć w pierwszej kolejności. Zdecydował się na tabletkę. Kręgosłup nieustannie przypomniał mu, że nie ma już dwudziestu lat i prawdopodobnie nie dożyje sędziwego wieku.

– Smakuje?

Mógł się zakrztusić lub, co gorsza, wypluć tabletkę wprost na czarny żwir.

– Gdzie byłeś? – Byś przełknął ślinę bezpiecznie, posyłając tramal do żołądka. – Znowu musiałem cię kryć.

– Nie musiałeś.

Mężczyzna stanął przed Gabrielem, przyłożył kciuk do prawego płatka nosa i wypuścił na ziemię coś, co przypominało mokrą dżdżownicę. Zwiastun problemu z zatokami został następnie rozdeptany i wciśnięty między gumową podeszwę a żwir.

Klasa.

– Wiesz, co kazał ci powiedzieć?

– Że już tu nie pracuję.

– Prawie. – Włożył papierosa do ust. – Masz szukać nowej roboty.

Czasem w wypowiedzi ich szefa pojawiała się jeszcze jedna sentencja. Klasyczne „nikt cię więcej nie zatrudni”. Wystarczyło odczekać kilka minut, a sytuacja wracała do normy. Zapewne wyglądałoby to inaczej, gdyby Sokolnik wiedział, że jego pracownicy lubią się z wietnamską konkurencją z Wólki. I z polską, a nawet ukraińską. Lubili się ze wszystkimi, którzy chcieli sypnąć groszem za niewielką pomoc przy rozładunku.

– Jakbym chciał inną robotę, to już by mnie tu nie było. – Borys wyciągnął kanapkę ze spodni. – Zresztą niedługo i tak stąd spadam. Otwieram coś swojego. Płynie do mnie kontener laptopów.

– Fajnie. – Nie wiedział, co innego mógłby odpowiedzieć. Facet przedstawiał mu swoje plany na biznes dość regularnie i za każdym razem tylko na tym się kończyło. – Zatrudnisz mnie u siebie?

– Zobaczymy. – Wargi odsłoniły nierówne zęby. – Lepiej pomyśl szybko o czymś nowym. Tu się wykańczasz, chłopie. Masz, zjedz coś.

Trzymany przez Borysa chleb opakowany został w szary papier. Przesiąknięty czymś, co wyglądało na masło, choć równie dobrze mogło być płynem z chłodnicy.

– Nie jestem głodny.

– Nie pytałem o to. – Stał z wyciągniętym przed siebie posiłkiem. – Za mamusię.

Z niechęcią wziął kanapkę, rozpakował i ugryzł spory kawałek. Smakowała tak, jakby ktoś już ją przeżuł.

– Dzięki. – Spróbował się uśmiechnąć. – Dobra.

Pierwszy raz, kiedy Gabriel zobaczył Borysa, odniósł wrażenie, że rozmawia z postacią z kreskówki. Facet miał posturę cementowego bloku, przeraźliwie małe stopy i zbyt często spoglądał w przestrzeń między jego nogami. Byś potrzebował kilku tygodni, by zacząć mu ufać. Borys Siemień nie przykładał się do pracy, ale nigdy też nie miał problemów z jej znalezieniem. Tak można było wywnioskować, obserwując sumę, którą zawsze nosił przy sobie. Twierdził, że każdy grosz został zarobiony uczciwie. Utrzymywał też, że nie szanuje ludzi, którzy kłamią, bo sam tego nigdy nie robi.

Gabriel nie wnikał, czy to prawda.

Zbytnia dociekliwość do tej pory przynosiła mu same problemy.

– Jak nie chcesz, to dawaj. – Zabrał Gabrielowi darowaną przed chwilą kanapkę i schował do kieszeni. – Wszystko gra? Wyglądasz na zmęczonego.

Tak właśnie się czuł.

– Radzę sobie. – Miłe drętwienie na języku oznaczało, że tramal nie stracił nic ze swej mocy. Wystarczyło poczekać. – Masz coś?

– Ta. Dziś wieczorem. – Borys złapał telefon i nerwowo zaczął przesuwać palcem po wyświetlaczu. – Normalnie zrobiłbym to sam, ale wiem, że krucho u ciebie ze szmalem.

To widać było z daleka.

– Od kogo tym razem?

Zaciągnął się, by przestać gadać i nie wyjść na desperata.

– Nie znasz – uciął temat. – Wyślę ci adres, jak go dostanę. Patrz lepiej na to.

Odwrócił w dłoni smartfona i przysunął go do twarzy Gabriela.

– Niezła co? I wytrzymała ze mną prawie trzy miesiące.

Byś nie widział nagiej kobiety od bardzo dawna. Nie był sobie nawet w stanie przypomnieć, kiedy to było. Pamiętał za to, kim była, i nie chciał, żeby teraz ten obraz w jego głowie zastąpiło cokolwiek innego. Odwrócił wzrok od zdjęcia, które mogłoby posłużyć za wkład do podręcznika dla ginekologów.

– Ładna. – Byś mówił prawdę. – Tylko trochę za młoda dla ciebie.

Gabriel nie zaobserwował ani jednej zmarszczki, luźnego kawałka skóry czy włosów wyrastających poniżej szyi. Gdyby nie poza, mógłby się założyć, że osoba ze zdjęcia miała najwyżej czternaście lat. Chciał wierzyć w to, że się myli, ale twarz dziewczyny potwierdzała, że to dalej dziecko. Włosy w kolorze jasnego piwa, którego zgodnie z prawem nie mogłaby kupić jeszcze przez kilka lat, rozlewały się na ramionach. Wyglądała niewinnie, o ile patrzyło się w jej oczy. Było mu wstyd z powodu tego, jak zareagowało jego ciało.

– Co ty mówisz? – Borys odwrócił telefon i zaczął przyglądać się zdjęciu. – Cycki małe, ale widziałem mniejsze. Takie w sam raz do rączki. Mówiła, że ma osiemnaście.

Zapewne powiedziała mu także, że jest dziewicą.

– Lepiej uważaj.

– Za dużo myślisz, Wasiak.

Dłoń Borysa wylądowała na karku Gabriela i ścisnęła go tak mocno, że ten mimowolnie się skrzywił. Kwaśny zapach potu dawał do zrozumienia, że ostatnią godzinę, kiedy Borysa nie było w pracy, spędził, robiąc coś znacznie bardziej wymagającego.

– I co ci z tego myślenia przyszło, co?

Ucisk zelżał na tyle, by Gabriel mógł choć na chwilę odetchnąć.

– Nic – przyznał.

– To przestań.

Ręce Borysa wyglądały tak, jak przystało na człowieka pracującego. Obite do krwi knykcie, które nigdy nie mogły się zagoić, bo ciągle o coś zahaczał. Palce zrosły się z brudem, a ten wniknął pod powierzchnię paznokci tak, jakby facet kopał nimi grób na cmentarzu. Od najbliższego dzieliło ich raptem parę kilometrów i Byś naprawdę miał nadzieję, że to jednak był cmentarz, a nie czyjś ogródek. Siemień do agrobiznesu pasował jak pies do kebabu. Niby da się to przełknąć, ale czuć, że coś jest nie tak.

– Zajmij się czymś przyjemniejszym. – Siemień wcisnął mu w dłoń plastikową torebkę.

Tramal.

Wyciągnięty z opakowania i wrzucony tabletka po tabletce do małego woreczka. Sześćdziesiąt sztuk. Wartość rynkowa, po odpowiedniej refundacji, dwa piwa. Najtańsze. Takie, które z zamiłowaniem pociągają osiedlowe nurki. On musiał dać za leczniczy zestaw trochę więcej.

– Wykończysz mnie.

Wyciągnął z kieszeni połowę swojej tygodniówki.

– Coraz trudniej znaleźć konowała, który będzie chciał wypisywać recepty. – Zabrał pieniądze. Poślinił końcówkę palca i obejrzał każdy z banknotów pod światło. – Szykuje się mała podwyżka, ale nie przejmuj się.

Wolny rynek.

– Odbijesz sobie wieczorem – pocieszył go. – Weź rękawice.

– Nie musisz przypominać mi o takich rzeczach.

Włożył tabletki do kieszeni i rzucił niedopałek na ziemię. Borys zapamiętale zaczął wygrzebywać brud spod paznokci. Jeden z nich był złamany, a jednego brakowało zupełnie wraz z całym paliczkiem. Siemień lubił opowiadać mu o tym, jak do tego doszło. Do tego stopnia, że Gabriel znał przynajmniej dwie wersje zdarzenia. Jedna mówiła o wypadku przy czyszczeniu broni, kiedy facet był w wojsku, a jego kumpel zrobił mu głupi dowcip. Druga o tym, kiedy był jeszcze dzieckiem i matka uczyła go zabijać kury.

Siekiera i ośmioletnie dziecko to nigdy nie jest dobry pomysł.

– Pomożesz mi to posprzątać? – spytał Gabriel, wskazując na pochylnię. – Wcześniej się uwiniemy.

– Umówiony jestem.

Borys unikał jego spojrzenia. Skupił się na swoich rękach tak, jakby widział je po raz pierwszy w życiu.

– Widzimy się wieczorem, przyślę ci adres. – Poprawił bojówki. – Zamknij magazyn, bo ja swoje klucze w domu zostawiłem.

– Jasne.

Zanim Byś zdążył wstać i otrzepać spodnie, współpracownik był już w połowie drogi do swojego samochodu. Tak jak Sokolnik gustował w niemieckich pojazdach i gdyby mógł, nie wysiadałby ze swojego bmw ani na chwilę. Gabriel zastanawiał się nawet, czy ktokolwiek w okolicach Pruszkowa jeździ inną marką.

– Dobra – powiedział sam do siebie. – Samo się nie zrobi.

Rozejrzał się. Każdy z sąsiednich magazynów wyglądał identycznie jak ten, który Byś miał za plecami. Odrapane budynki przypominały mu, jak nisko upadł i co jest w stanie zrobić, by powoli wyjść z dołka. Za ogrodzeniem z siatki widział tylko przerośniętą trawę i krzaki. Rzadko ktokolwiek się tu pojawiał. Nawet zwierzęta omijały zabudowania z daleka. Przywykł do samotności. Nikt go o nic nie pytał, nie zawracał głowy i nie kazał robić tego, na co nie miał ochoty. Mógł się wyciszyć.

Nic innego nie robił od miesięcy.

***

Codziennie powtarzała te same czynności.

Otwierała oczy, zanim budzik zaczynał wygrywać swoją irytującą melodię. Miała tak od samego początku. Wyczuwała go i z satysfakcją czekała na to, aż pierwsze dźwięki przeszyją powietrze. Ustawiała wtedy palce nad przyciskiem, by wcisnąć je w odpowiednim momencie. Po tygodniu przestało ją to bawić, ale nie zrezygnowała ze swojej rutyny.

Tak wyglądał każdy poranek.

Dni różniły się od siebie tylko pogodą za oknem. I to nie zawsze. Wiosna rozpieszczała mieszkańców Pruszkowa. Przyszła nagle i stwierdziła, że dobrze czuje się w towarzystwie pił łańcuchowych, bo te rozpoczynały swój śpiew razem z ptakami. Gdy dźwięki zasilane wysokooktanową benzyną milkły, nic więcej nie było już słychać.

Kaśce brakowało zieleni za oknem.

Jej zieleni.

W jej starym mieszkaniu otaczały ją drzewa, które niemal wchodziły przez okna do sypialni i kuchni. Miała przez to ciągle brudno, a parapety lepiły się od pyłków, ale wolała to niż obecny stan. Jej tymczasowy pokój wyglądał jak mauzoleum, którym zarządzała Monika, wyposażona w zestaw perfekcyjnej pani domu. Pomieszczenie lśniło, choć Kaśka nie przyłożyła do tego ręki, a test białej rękawiczki kojarzył jej się jedynie z nieprzyjemnym uciskiem w odbycie.

Musi przestać oglądać tyle telewizji.

– Chryste.

Woda rozlała się po blacie i zaczęła niebezpiecznie szybko zbliżać się do jego krawędzi. Kaśka odstawiła czajnik na miejsce. Swoją gotowość do dalszego działania oznajmił cichym kliknięciem. Jej także przydałby się taki mechanizm, żeby wiedziała, kiedy w końcu będzie normalna. Złapała kawałek papierowego ręcznika wystający z rolki i pociągnęła do siebie odrobinę zbyt mocno.

Cztery listki.

Dopiero wtedy udało się oderwać je wzdłuż perforowania tak, by nie naruszyć reszty. Poprawiła tym swój ostatni wynik o jeden. Położyła zielonkawe ręczniki na gorącej kałuży i obserwowała, jak powoli rozmiękają, zmieniając się w wilgotną papkę.

Tak właśnie się czuła.

Jakby coś ją rozmiękczało od środka. Zaczęło od stóp, zmieniając kości w plastelinę, a skórę w pergamin, który darł się przy najmniejszym dotknięciu. Żołądek nie przyjmował prawie niczego. Tolerował płyny, choć wybiórczo. Widziała, jak się rozpada, jak wypadają jej włosy, które zapychały odpływ i rury. O paznokciach i cerze wolała nawet nie myśleć. Była w rozsypce.

Niepełna.

Kaśka unikała patrzenia na prawą część swojego ciała. To, co kiedyś brała za oczywistość, zostało odebrane. Oderwane siłą. Ręka, jej integralna część, spoczywała teraz gdzieś na dnie policyjnego magazynu w Norwegii. Podobnie jak resztki zakrwawionego ubrania, rozciętego przez personel medyczny, podczas gdy ona na przemian traciła i odzyskiwała przytomność w karetce. Wszyscy widzieli ją wtedy nagą, bardziej niż kiedykolwiek. Niewiele pamiętała z dni, które nastąpiły po wybuchu. Ktoś zmieniał jej opatrunki, podłączał kroplówkę i próbował przesłuchiwać. Nie czuła się wcale wyjątkowa.

Jedna z wielu.

Liczba rannych w zamachu była dwucyfrowa, ale zginęły tylko cztery osoby, a przynajmniej tyle udało się uzbierać z porozrzucanych na ulicy fragmentów ciał. Kaśka wiedziała, że dwie z nich jeszcze przed eksplozją były martwe, ale tym służby nie zaprzątały sobie głowy. Potrzebowały zamachowca, a imigrantka z Polski nadawała się do tego idealnie. W telewizji pokazywali później dom, gdzie jej matka przygotowała materiały wybuchowe i przetrzymywała inne kobiety. Rzekomo, ale żaden z widzów nie poszukiwał prawdy. Dziennikarze trąbili o tym nieustannie przez kilka dni, a później zajęli się czymś innym. Próbowali rozmawiać z Kaśką, ale pokazała im środkowy palec i poszli do innej sali.

Ona także sobie poszła, gdy tylko zdjęli jej szwy i była w stanie utrzymać się na nogach. Uśmiechnęła się do siebie na myśl o tym, że pewnie dalej szukają tej kobiety bez ręki, która mogła przekazać policji istotne szczegóły na temat śledztwa.

Skuliła się, kiedy usłyszała, jak do zamka w drzwiach wejściowych wsuwa się klucz. Chciała wziąć nasiąknięte ręczniki, ale zbyt szybko wysunęła lewą dłoń i uderzyła w kubek.

– Kurwa!

Próbowała złapać jeszcze za uchwyt, ale zamiast ceramiki, poczuła na skórze tylko gorącą herbatę. Ta, zanim wymieszała się z potłuczonym kubkiem, zdążyła jeszcze osiąść na szafkach kuchennych. Kaśka strząsnęła ze stopy parzące krople i podeszła do zlewozmywaka. Odkręciła zimną wodę, włożyła pod nią dłoń i jedyne, co mogła zrobić, to czekać.

– Matko, co się tu znowu stało?

Monika mocno zaakcentowała ostatnie słowo. Miała rację, to nie pierwszy raz, kiedy po powrocie ze służby zastaje swoje mieszkanie w innym stanie niż przed wyjściem. Dziś padło na kuchnię, ale przed dwoma dniami Kaśka zmasakrowała łazienkę. Próbowała wyczyścić wiszącą przy wannie półkę z kosmetykami. Miała dość pochłaniającej ją od spodu rdzy, ale sierżant Ruszka nie podzielała jej entuzjazmu do czyszczenia. Skończyło się na rozlanym szamponie i odżywce, których ślady znalazła dziś na pralce.

Dla niej białe plamy w różnych miejscach były codziennością. Monika jeszcze się do tego nie przyzwyczaiła.

– Herbatę robiłam. – Kaśka zakręciła wodę. – Posprzątam.

– Nie mogłaś chwilę poczekać?

Policjantka odstawiła na stół płócienną torbę z zakupami.

– Nie jestem upośledzona.

– Właśnie widzę.

Otworzyła szafkę pod zlewem i wyciągnęła z niej zmiotkę. Kucnęła nad pobojowiskiem.

– Przepraszam – powiedziała Monika, nabierając na szufelkę kawałki kubka. Nie zmieściły się w jednym transporcie. – Nie chciałam.

– Przestań mnie ciągle przepraszać. – Kaśka ominęła ją i podeszła do stołu. – Ujebało mi rękę i tyle.

Kłamała. To jedyna rzecz, w której była dobra. Oprócz seksu, ale na świecie jest zbyt mało zboczeńców, którzy gustują w kalekach, żeby mogła się teraz z tego utrzymać. Wracając z Norwegii, jechała stopem. Ani jeden z kierowców nie był na tyle zdesperowany, by obciągnęła mu dziewczyna bez przedramienia i ze szwami na twarzy. Jeden zgodził się na robótkę ręczną, ale Kaśka była wcześniej praworęczna i zajęło to tyle czasu, że facet zdecydował się na samoobsługę.

Przynajmniej nie płaciła za benzynę.

– Ciężki dzień? – spytała, odsuwając się z dala od bałaganu, którego narobiła. – Wyglądasz na zmęczoną.

– Bo jestem. – Monika po raz kolejny przyłożyła szufelkę do podłogi. – Prokurator przyjeżdża teraz na komendę częściej niż kiedykolwiek. Albo Stachowicza awansują, albo go wypierdolą. I patrzy, co podprowadzić z komisariatu, żeby nie być na minusie.

– Trudna miłość.

– Bardzo nawet. Wszyscy chodzą podkurwieni przez tego dzieciaka. – Podrapała się po skroniach jak rasowy śledczy z migreną i kamicą nerkową. – Przepadł bez śladu, a ja zamiast go szukać, robię jakieś cholerne raporty. Kogo to w ogóle obchodzi, że komuś skradziono yarisa?

Śmieci wylądowały w koszu. Sądząc po sile, z jaką Monika je tam wrzuciła, musieli to usłyszeć nawet mieszkańcy sąsiedniego bloku.

– Pewnie właściciela tej toyoty trochę to obchodzi. – Żart nie trafił na podatny grunt. – Gówniarz się znajdzie.

W taki lub inny sposób. Cały lub w kawałkach. Kaśka nienawidziła, jak sierżant przynosiła pracę do domu. Dokumenty i raporty walały się nieraz po całej kuchni.

– Mam nadzieję. Dobra, nieważne – westchnęła. – Co dziś robiłaś?

– To, co zwykle. – Zajrzała do płóciennej torby. – Oglądałam telewizję.

– Coś ciekawego?

To drażniło ją najbardziej. Policjantka musiała wszystko wiedzieć. Codziennie zadawała ten sam zestaw pytań, jakby spodziewała się, że za którymś razem otrzyma inną odpowiedź. Po telewizji przychodził czas na informacje na temat śniadania i obiadu, choć dobrze wiedziała, co Kaśka jadła. Dokładnie to, co ona kupiła i co znajdowało się w lodówce.

– Nigdy nie ma nic ciekawego. – Zaczęła wyciągać zakupy. – Lepsze to niż gapienie się w sufit.

– Powinnaś czytać.

– Czytam, tylko ty nie masz nic ciekawego.

Większość domowej biblioteki stanowiły przeróżne kodeksy. Kaśka w swoim mieszkaniu też miała jeden, opatrzony prawniczym komentarzem i pachnący piwniczną wilgocią. Kodeks przeczytała w całości, choć datowany był na końcówkę lat siedemdziesiątych. Nie zależało jej na tym, by wzbogacać swoją wiedzę o nowe rozporządzenia, które i tak niewiele zmieniały. Na to, co planowała zrobić, paragrafy dawały jasną odpowiedź. Dwadzieścia pięć lat albo dożywocie.

Obstawiała to drugie.

– Kupiłaś czekoladę? – spytała, wyciągając z torby kolejną kiść bananów. – Prosiłam cię o to.

Westchnienie Moniki przypominało dźwięk wydobywający się z przegrzanego laptopa. Temperatura powietrza, które otarło się o kark Kaśki, miało zbliżoną temperaturę. Powinna odrobinę wyluzować, jeżeli chce zachować między nimi dobre stosunki.

– Zapomniałam.

– Trudno, najem się tym. – Złapała jabłko. – Witaminy są dobre.

Ugryzła kawałek, a twarda skórka zahaczyła o dziąsło. Na miąższu pojawił się krwisty zaciek. Przetarła go kciukiem i zjadła jeszcze odrobinę, choć nie miała na to większej ochoty. Lubiła za to patrzeć, jak sierżant się uśmiecha. Robiła to coraz rzadziej.

– Co tam jeszcze przytargałaś? – Odłożyła owoc na blat.

– Kilka drobiazgów. – Monika usiadła przy stole i obserwowała. – Sprawdź, czy kolor ci pasuje.

Oprócz pokaźnego zestawu owoców, którego nie powstydziłby się lokalny sklep spożywczy, wewnątrz torby czekało na Kaśkę coś jeszcze. Farba w odcieniu brązu bez większych problemów rozjaśni zmatowiałą już czerń. Odruchowo przejechała dłonią po głowie. Zapomniała już, jak to jest, kiedy można związać włosy w kucyk. Nawet najmniejszy. Ona dużą część swoich straciła, gdy nadpobudliwy salowy poczuł w sobie ducha Edwarda Nożycorękiego.

– Idealny. Będziesz musiała mi z tym pomóc.

– Wiem.

Sierżant podniosła się i zaczęła układać zakupy. Owoce wylądowały w jednej z misek pod oknem. Padające na nie światło zmieniło nieskładną piramidę w obraz, którego nie powstydziłby się Edward Ladell. O ile nie zwracało się uwagi na tło złożone z szarych bloków oraz gołębia siedzącego na parapecie i przechylającego głowę tak, by jak najlepiej widzieć szybującą w oddali partnerkę. Kaśka rozpoznawała już, kiedy ptaki mają na siebie ochotę, i wielokrotnie obserwowała, jak gołębie kręcą się wokół własnej osi i całe nadymają. U ludzi wygląda to podobnie, ale zajmuje więcej niż dwie minuty.

– Tylko musimy ufarbować cię jakoś za chwilę. – Monika wyjęła mleko z lodówki. – Wychodzę wieczorem.

Po raz kolejny zostawała sama. Zwracała na to uwagę. Ostatnio prawie w ogóle się nie widywały, a Monika twierdziła tylko, że spadły na nią nowe obowiązki i po prostu musi pracować, jeżeli chce się utrzymać w komendzie. Z początku wyglądało to na rozwiązanie idealne. Teraz Kaśka nie była już tego taka pewna. Czuła się opuszczona, ale za nic nie chciała się do tego przyznawać. Nigdy nie okazywała słabości i nie miała zamiaru robić teraz wyjątku.

Dla nikogo.

– Jesteś głodna? – Monika spojrzała na nią pytająco, choć obie wiedziały, że policjantka chce tylko skierować rozmowę na inne tory. – Mogę zrobić naleśniki.

– Nie jestem głodna.

– Sądziłam, że potrafisz lepiej kłamać.

Zdawało jej się, że na twarzy policjantki pojawiło się coś na kształt uśmiechu. Dziewczyna chodziła zmęczona od tygodni i nawet w porównaniu z Kaśką wyglądała kiepsko. A miała wszystkie kończyny i zero blizn na twarzy.

– Coś bym chyba zjadła – przyznała. – Ale może najpierw mnie ufarbujesz, co?

– Jak chcesz. – Odsunęła szklaną miskę jak najdalej od krawędzi blatu, jakby obawiała się, że jej towarzyszka strąci ją przy najbliższej okazji. – Daj mi się tylko przebrać.

Mundur śmierdział bezdomnym, który na dodatek chyba nacierał się tuńczykiem z puszki. Kaśka wyczuła też zapach nasienia, ale przemilczała to. Jeżeli Monika go nie czuła, tym lepiej dla niej. Nikt nie płacił sierżant za czyszczenie. Nikt też nie zastanawiał się nad tym, ile czasu to zajmuje i ile detergentów potrzeba, by wyprać zapach ulicy.

Odczekała, aż Monika zamknie się w swoim pokoju. Wzięła resztkę jabłka i wyrzuciła do kosza. Czuła ssanie w żołądku, ale nie miała ochoty na cokolwiek, co mogłaby przygotować jej przyjaciółka. W śmietniku nadal tkwił wczorajszy obiad. Zapiekanka serowa z makaronem. Monika próbowała nowych przepisów, odkąd obie podjęły decyzję, by nie zamawiać nic na wynos. Generowało to dodatkowe koszty, poza tym nie chciały wzbudzać podejrzeń, że w mieszkaniu znajduje się dodatkowy lokator.

To miało pozostać tajemnicą.

Kaśka zginęła w Norwegii, a tak przynajmniej wszyscy mieli myśleć. Była niewymownie wdzięczna za powściągliwość Skandynawów w kwestii upubliczniania informacji związanych z zamachem i ochroną danych osobowych. Ktoś zginął, został ranny, zniknął ze szpitala. Ktoś.

Nieważne kto.

– Najpierw zmienimy ci opatrunek?

Luźne dresy wyglądały komicznie na ciele sierżant. Pamiętała, jak jeszcze nie tak dawno temu dwa sznurki, które obecnie zwisały między udami, ledwo dawały się zawiązać wokół pasa. Monika traciła na wadze szybciej, niż zmieniały się wartości kryptowalut.

– Sama sobie zmienię. – Nie chciała, by wyszło tak szorstko. W jej głowie odpowiedź brzmiała zacznie przyjemniej. – Wychodzi mi to coraz lepiej.

– Zobaczymy.

Monika opanowała sztukę matkowania do perfekcji. Wprawdzie Kaśka nie miała dużego doświadczenia w tej materii, ale zachowanie przyjaciółki zaczynało ją drażnić. Odkąd pamiętała, zajmowała się sobą sama i nie potrzebowała niczyjej pomocy. Pierwsze tajniki fachu prostytutki też odkrywała na własną rękę i przez lata wypracowała sobie renomę. Ludzie przyjeżdżali z drugiego końca Polski, by ona mogła spędzić chwilę między ich owłosionymi udami. Brakowało jej tej władzy, którą miała nad mężczyznami. Nawet tymi, którzy tłukli ją bez opamiętania. Monika obdzierała ją z niezależności.

W łazience praktycznie nie było już widać śladów po ostatnim sprzątaniu.

– Ściągaj bluzkę. – Monika rozerwała opakowanie z farbą i wyciągnęła ze środka fioletową rękawiczkę. – Jesteś pewna?

– Tak. – Chwyciła dół koszulki i niezdarnie przeciągnęła ją przez głowę. Zabolało, kiedy zahaczyła o opatrunek.

– Powinnaś zacząć nosić stanik, bo ci cycki do kolan na starość opadną.

– Bandaż mi przeszkadza. – Rzuciła koszulkę na rezerwuar i spojrzała w lustro.

Nie lubiła tego momentu.

Miała w swoim ciele wiele niesymetrycznych fragmentów. Lewa pierś była nieznacznie większa od prawej. Wielokrotnie wypominali jej to klienci, nie zwracając uwagi na to, że jedno z ich jąder zwisało niżej niż drugie. Kaśka powinna się cieszyć. Nikt już nie będzie patrzył na to, że jedna z jej księżniczek jest mniejsza. Wszyscy będą widzieli tylko jedno.

Kikut.

Elastyczny bandaż przechodził między piersiami. Miało to stabilizować resztkę jej ręki, ale tylko wszystko utrudniało. Nienawidziła tego, co ukryte było pod opatrunkiem. Tym, co pomagał kontrolować obrzęk. Brzydziły ją zaokrąglenia i cały czas gojące się ślady po szwach. Przeczytała, co tylko mogła, na temat tego, jak formować kikut do czasu założenia protezy, ale przestała wierzyć, że kiedykolwiek ją założy. Do tego potrzeba pieniędzy, a co gorsza, musiałaby się ujawnić.

Sztuczna ręka nie była tego warta.

– Dobra, pochyl się nad wanną. – Monika po raz kolejny przeczytała instrukcję. – Jeżeli coś się nie uda, nie przyjmuję reklamacji.

– To nie operacja. – Uśmiechnęła się. – Gorzej już być nie może.

Zimna emalia przylgnęła do skóry, a letnia woda uderzyła w czubek jej głowy.

– To on.

– Jesteś pewna? – Kaśka wyprostowała się, nie zwracając uwagi na lejącą się po plecach wodę. – Sprawdziłaś dokładnie?

Monika odłożyła słuchawkę prysznicową na miejsce.

– Tak, to on. Aleksy Romanow – powiedziała najciszej, jak potrafiła. – Jest w Polsce.

– Gdzie?

Podniosła się. Czuła, jak serce zaczyna pompować krew coraz szybciej i szybciej. Czekała na tę chwilę, odkąd wybudziła się w szpitalu. Człowiek, który zmontował ładunek i posłał ją na śmierć. Działał z polecenia, ale miał wolną wolę.

Jak oni wszyscy.

Romanow to tylko jedno z nazwisk i to wcale nie najważniejsze.

– Tu. – Usiadła na brzegu wanny. – W Pruszkowie. Wynajęli mu mieszkanie, ale jeszcze nie wiem gdzie.

– Wiem, że w Pruszkowie – odpowiedziała. – Więc to on. To naprawdę on.

Policjantka pokręciła głową. Na jej udach pojawiły się mokre plamy. Dres wchłonął wilgoć i przyczepił się jej do skóry.

– Chyba tak. – Monika nie mówiła już z takim przekonaniem, jak przed chwilą. – Sprawdziłam wnioski o wizy w urzędzie.

Sukces.

Codzienna rutyna Kaśki obejmowała także obserwowanie przez okno ludzi żyjących tak, jak to powinno wyglądać. Chodzących co rano do pracy i szkoły. Mieszkanie sierżant dawało jej podgląd na jeden z głównych szlaków komunikacyjnych do pobliskiego liceum. Znała prawie każdą twarz przechodzącą pod oknami. Raz zdawało jej się, że zobaczyła Alka.

Raz.

To jej wystarczyło. Jego twarz rozpoznałaby z odległości kilkuset metrów. Facet spacerował pod rękę z dziewczyną, która była od niego przynajmniej dwukrotnie młodsza, a jej kolorowe włosy przyczepiały się do ubrania towarzysza. Miała przerzucony przez ramię fioletowy plecak i co chwila opierała głowę na ramieniu Alka. Kaśka przez moment zazdrościła jej tego, że czuje zapach prawdziwego mężczyzny. Ona też go kiedyś czuła i wierzyła, że w końcu znalazła ukojenie. Dawno się tak nie pomyliła. Dziewczynę widywała przez okno niemal codziennie, ale jego nie dostrzegła już ani razu. Teraz miała potwierdzenie, że nie zwariowała i że zmuszanie Moniki do szukania Romanowa miało sens. Chciała skrzyżować ręce, ale w porę się opanowała. Cały czas trudno było jej przywyknąć do tego, że nie może robić wszystkiego, co podpowiadają jej przyzwyczajenia.

– Zmienił nazwisko – doprecyzowała Monika. – Gdyby nie to, znalazłabym go wcześniej.

– Wiem, kochana. Wiem.

– I co teraz? – powiedziała to cicho, jakby bała się dekonspiracji.

Kaśka kucnęła przed przyjaciółką.

– Odzyskam, co moje.

Czuła, że w końcu z jej drogi znikną wszystkie ostre zakręty.

***

Stracił równowagę na ostatniej prostej.

Niezależnie od tego, czy poruszał się samochodem, czy pieszo, nienawidził rowerzystów. Drani nierespektujących przepisów i traktujących całą resztę z wyższością tylko dlatego, że ich środek lokomocji zmuszał układ krążenia do wydajniejszej pracy oraz chronił przed nadciśnieniem. Gabriel sam jeździł na dwóch kółkach od tygodni, ale nie dostrzegał żadnych plusów.

Szczególnie teraz.

Podniósł się z ziemi i otrzepał z kurzu. Korzeń, który wystawał z drogi, ledwo dało się zauważyć w ciągu dnia, a po zmroku znikał z pola widzenia. Byś doskonale wiedział, że przeszkoda znajdzie się na jego drodze, ale zdążył wyłączyć myślenie.

Starał się tylko utrzymać w pionie.

Wigry 3 wyciągnięte z piwnicy nie dawały komfortu jazdy, chociaż, musiał to przyznać, lekko poprawiła mu się kondycja. Wierzył, że jeszcze trochę i zmieni się w Lance’a Armstronga, choć zamiast nabrzmiałych mięśni oraz pędzącego w żyłach kortyzonu i erytropoetyny, prędzej straci jedno z jąder. Od czegoś musiał jednak zacząć. Siodełko nieprzerwanie sprawiało mu ból, który dawał mu do zrozumienia, że powinien jeździć do pracy samochodem.

– Jebany złom. – Postawił rower na kołach.

Od domu Grzegorza dzieliło go niecałe sto metrów i choć znajdował się niemal w środku wsi, wydawało się, że wszyscy o nim zapomnieli. Nawet ksiądz z pobliskiej parafii nie fatygował się, by zapukać do jego drzwi. Gabriel nie dziwił się klesze. Kuklówka znajdowała się zaledwie kilka kilometrów za Grodziskiem Mazowieckim i trudno było uznać ją za rokującą miejscowość. Do czasu, aż nie zaczęły pojawiać się w niej nowe wille. Takie, do których znacznie bardziej opłacało się zapukać i poznać mieszkańców, mających jeszcze szansę na zbawienie.

O ile potrafili docenić proboszcza.

Złapał kierownicę i zaczął prowadzić składaka przed sobą. Miał dość przygód jak na jeden dzień. Dynamo w wyniku upadku musiało się przesunąć, bo lampka za nic nie chciała świecić. Ostatnie kroki pokonał w zupełnych ciemnościach. Grzegorz nie planował inwestować w oświetlenie wokół domu. Wystarczyło, że przed kilkoma laty zamontował nową bramę wjazdową, która swoimi zdobieniami przypominała Gabrielowi, że wchodzi właśnie do Hadesu.

Przeprowadził rower przez podwórko i oparł go o ścianę budynku. Głos rozsądku podpowiadał mu, że dobrym rozwiązaniem byłoby wejść do domu jak zwykle przez piwniczne okno. Uniknąłby tym samym konieczności rozmawiania z Grzegorzem, ale miał dość przeciskania się przez szparę, która każdego dnia wydawała mu się coraz mniejsza.

Wziął głęboki wdech, wypuścił powietrze nosem, zacisnął zęby i złapał za klamkę.

– Wróciłem. – Gabriela przywitał nowy zapach. – Chryste, co tak śmierdzi?

Włączył światło w korytarzu. Kurtka ojca wisiała tam, gdzie zawsze. Na ścianach bez zmian. Wypłowiała boazeria i bezbarwny lakier, który zaczął się kruszyć jak czekolada. Gabriel zdążył się przyzwyczaić do panującego w domu nieładu, choć przyszło mu to z trudem. Nie zamierzał ingerować w środowisko, które go przyjęło, choć nie zrobił nic, by na to zasłużyć. Naprawił kilka irytujących go drobiazgów, w tym wiecznie otwierające się drzwiczki w kuchennej szafce. Ale na tym poprzestał.

Nie chciał zostawać tu na stałe.

– Jesteś?

Z początku obawiał się powrotu do Grzegorza i unikania sąsiadów, ale rodzina Bysiów nie interesowała nikogo z lokalnej społeczności. Dalej jednak mieszkał w piwnicy i starał się nie rzucać w oczy.

Teoretycznie był martwy.

Zwęglone ciało spoczywało w zakładzie medycyny sądowej na Oczki, gdzie studenci mogli dźgać je długopisami i robić sobie wspólne zdjęcia. Monika dotrzymała słowa i według sporządzonego przez nią raportu w pożarze w Tworkach Gabriel Byś pożegnał się z doczesnością. Obawiał się, że ta mistyfikacja poszła na marne, bo od tego czasu nie zrobił nic, co miał zaplanowane. Zebrał trochę informacji, ale jedyne, co z nimi zrobił, to ułożył je w kartonie na dnie piwnicy.

Król prokrastynacji.

– Mógłbyś się odzywać, kiedy cię wołam! – Zajrzał do salonu.

Widział Grzegorza w różnych pozycjach, ale takiej się nie spodziewał. Ojciec siedział wyprostowany w fotelu i wyglądał na w pełni trzeźwego. Mebel tym razem nie był ustawiony na wprost telewizora, ale przesunięty tak, by dawał możliwość obserwowania nowej maszynerii. Na stole stała kuchenka turystyczna, podłączona do pokaźnej butli z gazem, a palnik podgrzewał wielki garnek.

W jego wnętrzu nieustannie bulgotało.

– Nie słyszałem, jak wszedłeś. – Oczy Grzegorza świeciły się jak dziecku w pierwszy dzień Chanuki, kiedy uświadamiało sobie, że czeka je prawdziwy wysyp prezentów.

– Bo znowu nie zamknąłeś drzwi wejściowych.

– A kto miałby tu wchodzić. – Uśmiechnął się. – Sam tarabanisz się piwnicą, jakbyś wstydził się tatusia.

Zignorował uwagę ojca, choć była trafna i podszedł do garnka. Na wierzchu leżała odwrócona pokrywa od naczynia żaroodpornego, oblepiona beżową masą. W powstałej niecce leżało kilka kostek lodu, a z wnętrza, mimo zrobionego z ciasta uszczelnienia, wydobywał się zapach zwiastujący katastrofę.

– Jesteś chemikiem. – Gabriel nachylił się nad destylatorem. – Nie mogłeś tego zrobić profesjonalnie?

– Robię to profesjonalnie. – Podniósł się z fotela. – Metoda garnkowa znana jest od wieków i korzystano z niej, zanim pojawiło się to całe nierdzewne gówno i miedziane rurki.

W każdym słowie czuło się akademicką przeszłość Grzegorza.

– Co się stało z tym, co rozstawiłeś w kuchni?

Ojciec przejechał dłonią po łysej czaszce.

– Zepsuło się.

– Zepsuło? Samo?

– Tak, samo – warknął. – I tak to gówno się do niczego nie nadawało.

Kolejny raz technologia wygrała. Nalewki w tym domu wychodziły idealnie, ale każda próba samodzielnej destylacji kończyła się porażką. Niektórym sukces po prostu nie jest pisany.

– Dziwnie pachnie. – Złagodził swoją wypowiedź. – Co dałeś do środka?

– Patrz.

Zanim Grzegorz zdążył przejść na przeciwległą stronę salonu i złapać za stojącą tam doniczkę, telefon w spodniach Gabriela zawibrował dwukrotnie. Zachował się cywilizowanie i nie spojrzał, co przyszło. W tej chwili znacznie bardziej interesowało go to, co ojciec trzymał w dłoniach.

– Kupiłem nasiona na eBay’u – przyznał z dumą. – Tanio.

Z ziemi wystawało coś, co równie dobrze mogło być resztką rośliny lub źle przyciętymi rurkami PCV z kwitnącą pleśnią. Nie wiedział, co byłoby lepszym rozwiązaniem i co wywołałoby mniejszy ból brzucha po spożyciu. Liczył na to, że staruszek nie oślepnie od swoich wywarów.

– „Tanio” to znaczy?

– Co cię to obchodzi? – Przytulił do serca doniczkę. – Ty za to nie płacisz. Ze swoich wziąłem. Tanio.

Nie doszli jeszcze do tego etapu z ojcem, że kłócą się o pieniądze, ale nauczycielska emerytura i dorosły syn zalegający w piwnicy to mieszanka wybuchowa. Zarobione w magazynie pieniądze lądowały w specjalnym słoiku, który regularnie opróżniali, gdy lodówkowa żarówka oświetlała tylko puste półki. Rzadko kiedy słoik zostawał pełny dłużej niż przez trzy dni. W każdej chwili któryś z nich mógł chwycić za nóż i poderżnąć drugiemu gardło, bo skończyły się fundusze. Gabriel widział na własne oczy, jak rodziny mordowały się za mniejsze głupoty. Miejsce zbrodni zawsze tonęło w alkoholu, a ich dom cuchnął meliną na kilometr.

Mieli predyspozycje.

– Dobra, nieważne – skapitulował. – To co to jest?

– Trzcina cukrowa.

– Jak kupisz papugę, to się wyprowadzam.

Rum nie należał do ulubionych używek Gabriela. Znacznie bardziej odpowiadały mu farmaceutyki załatwiane przez Borysa. Przestał się oszukiwać, że nie jest uzależniony, kiedy cztery dni na głodzie omal go nie wykończyły. Nie rozwalił wtedy głowy żadnemu aptekarzowi z jednego tylko powodu. Nie tego chciałaby Alicja. Jeżeli miał zgnić w więzieniu, to z zupełnie innego powodu niż garstka tabletek.

– Jadłeś coś?

Doniczka wróciła na swoje miejsce w rogu pokoju. Obok niej stały trzy identyczne, ale z nasypanej ziemi nic nie wystawało.

– Wrzuciłem coś na ruszt w pracy. – Teoretycznie nie kłamał. – Zresztą, zaraz muszę wyjść.

– Chodź, skoro już opuściłeś piwnicę, to przynajmniej możesz spędzić ze mną kilka minut.

Kapcie w szkocką kratę zaczęły przecierać się na palcach. Grzegorz wyglądał komicznie, kiedy próbował nad nimi zapanować i wsunąć na stopy. Chodził w nich nieustannie, odkąd przeszedł na emeryturę, a wyjścia z domu ograniczał do minimum. W cieplejsze dni wybierał się w nich nawet do pobliskiego sklepu. Świat zewnętrzny nie oferował mu żadnych rozrywek, których nie mógł zobaczyć w telewizji. Większość dnia spędzał więc w fotelu, rozwiązując krzyżówki w takt telezakupów, debat politycznych i seriali, w których za prawdziwą biedę uznawało się mieszkanie w lofcie w centrum Warszawy.

Gabriel pamiętał, jak bardzo Alicji zależało, by miał lepsze stosunki z ojcem.

– Pewnie, mam chwilę.

Kilka minut go nie zbawi, a może dać staruszkowi odrobinę radości. Wiedział, że obaj nie są zachwyceni tym, jak potoczyły się ich losy.

– Chodź, zrobię ci herbaty – powiedział, zmniejszając gaz pod palnikiem.

W końcu oba kapcie znalazły się na swoim miejscu, a Grzegorz mógł wyjść poza teren salonu. Kuchnia, podobnie jak reszta domu, pachniała alkoholem. Z przewróconej na blacie butelki musiało wylać się coś wyjątkowo drażniącego, bo powstała plama. Wyglądała jak olej rozlany na powierzchni oceanu. Brakowało tylko martwych mew i pracowników korporacji, którzy przed kamerami wyrażali czynny żal, obiecując poprawę. Nikt im nie wierzył, ale wszyscy zgodnie przytakiwali. Gabriel działał identycznie. Słuchał tłumaczeń ojca, jego coraz to wymyślniejszych wymówek, którymi maskował niszczejącą wątrobę. A potem wracał do swoich spraw.

Podszedł do blatu i postawił butelkę do pionu.

– Mógłbyś czasem po sobie posprzątać. – Szkło lepiło się do rąk. – Jeszcze trochę, a zrobią o nas program w telewizji.

– Wątpię. – Grzegorz nalał wody do czajnika. – Wczoraj pokazywali, jak facet zbierał śmieci przez całe życie i wywieźli mu z domu dwa kontenery tylko po to, żeby dostać się do jednego pokoju. Wyobrażasz sobie?

– No tak, trochę nam brakuje.

– Nawet nie to. – Wziął do ręki kubek z nadrukiem tablicy Mendelejewa, powąchał go i wzruszył nieznacznie ramionami. – To już pokazywali, więc jesteśmy bezpieczni.

Mimo ciągłego stanu lekkiego upojenia Grzegorz wykazywał się daleko idącym zrozumieniem dla zasad otaczającego go świata. I to nie takim, które można było usłyszeć o trzeciej w nocy pod kebabem.

Zamilkli.

Wrząca w czajniku woda była jedynym dźwiękiem, który docierał do ich uszu. Wspólne tematy do rozmów wyczerpali już dawno. Z początku ojciec Gabriela unikał syna tak długo, jak to tylko było możliwe. Dał mu to, czego wtedy najbardziej potrzebował.

Czas.

Teraz próbował go nadrobić. Odzyskać chwile, kiedy zamiast na szkolnych przedstawieniach, siedział w swoim gabinecie i sprawdzał kartkówki, albo kiedy zamknął się w sobie, gdy umarła mu żona. Mieli więcej wspólnego, niż obaj byli skłonni przed sobą przyznać, ale w ogólnym rozrachunku nie miało to absolutnie żadnego znaczenia. Ich drogi już dawno się rozeszły. Łączył ich jedynie wspólny dach nad głową.

Gabriel zrobił to, co robią ludzie, gdy nie wiedzą, co powiedzieć. Sięgnął po telefon.

– Gdzie masz krzyżaka? – spytał, odczytując wiadomości.

Obie przedstawiały identyczną treść. Doskonale znał adres, gdzie miał się pojawić. Bywał tam kilka razy w tygodniu.

– Pieprzony Borys.

– Co mówiłeś? – Wrzątek wylądował w kubku.

– Pytałem, gdzie położyłeś krzyżaka. – Schował telefon. – Muszę jeszcze dziś popracować, a to cholerne dynamo znowu się przekrzywiło.

– Prądnica – poprawił go. – Mów jak człowiek. Śrubokręt leży w salonie. Gdzie będziesz jechał po nocy?

Sam się zastanawiał.

– Do Wólki.

– Możesz wziąć samochód. – Zaczął przeszukiwać kieszenie spodni, ale po kilku sekundach przestał. – Kluczyki są w garażu. Chyba.

Czemu go to nie dziwiło.

W tym domu nic nie wracało na swoje miejsce. Zdarzało mu się znajdować talerze w łazience. Leżały na dnie wanny i chyba czekały na to, aż zostaną umyte. Gabriel nie śledził ich dalszego losu. Wystarczyło mu to, że w tym samym czasie w kuchennym zlewie piętrzyły się zlewki i kolby we wszystkich odmianach.

– Nie, dzięki. Trochę ruchu mi nie zaszkodzi.

Lekko minął się z prawdą. Bolało go wszystko od ud aż po szyję. Wolał to niż gruchota czekającego w garażu. Škoda gniła w nim, odkąd pamiętał. Czerwony lakier zdążył wyblaknąć i zmienić się w ceglasty, choć przez większość czasu samochód unikał promieni słonecznych. To wyszło mu na dobre, bo ilekroć padało, w środku robiła się sauna, a szyby pokrywała gruba warstwa wody. Mimo wszystko pojazd nie ustrzegł się rdzy, której plamy nijak nie pasowały do linii nadwozia. Grzegorz nie kwapił się nawet, by wyciągać kluczyki ze stacyjki, wyjąć ze środka dokumenty czy zamykać drzwi. Škoda należała do środków lokomocji, których nie opłacało się kraść.

Złom był droższy niż ona.

Wrócił do salonu i złapał leżące na fotelowym oparciu narzędzie. Krzyżak nie był jedyną rzeczą kłócącą się z wystrojem salonu. Kątem oka zauważył nowy przedmiot w pomieszczeniu. Coś, czego nie powinno tu być. Podszedł do meblościanki i przesunął figurkę skrzata leżącego na boku w pozycji, którą musiał podpatrzyć w „Hustlerze”.

Nie wierzył w to, co miał przed oczami.

Złapał metalową obwódkę, by przypadkiem nie dotknąć szkła chroniącego fotografię. Nie widział jej, odkąd wyprowadzono go z mieszkania, a sanitariusze zaczęli pakować do czarnego worka jego żonę. Znów patrzył na Alicję. Pokazywała język, a Gabriel próbował złapać go zębami. Szczęście zamknięte w prostokącie o wymiarach piętnaście na dziesięć.

– Skąd to masz? – Byś niemal wbiegł do kuchni. – Skąd to się tu wzięło?

– Byłem u was. – Grzegorz nawet się nie odwrócił. Wpatrywał się w krzaki agrestu rosnące za oknem. – Ślubne zostawiłem na miejscu. Przy łóżku.

– Kurwa mać. – Zacisnął palce na ramce. – Prosiłem cię, prosiłem cię, żebyś tam nie chodził.

Klucze do mieszkania znalazły się w rękach osób, którym Gabriel ufał najbardziej. Grzegorz otrzymał jeden komplet, a Monika drugi. Alicja nie miała żadnych krewnych, którzy mogliby zająć się jej własnością, kiedy Byś wylądował w szpitalu psychiatrycznym, a ona na cmentarzu. Później nikogo to już nie obchodziło, o ile czynsz wpływał na konto spółdzielni o czasie. Kolejny wydatek, który zabijał ich z trudem wypracowany rodzinny budżet. Alicja dopiero planowała zbudować rodzinę. Zacząć od zera razem z nim i stworzyć od podstaw to, czego im obojgu zawsze brakowało.

Jemu bardziej.

– O co ci chodzi? – Ojciec postawił kubki na stole. – Chcesz o niej zapomnieć? To tak nie działa.

– Ty o mamie zapomniałeś. To weź mnie, kurwa, nie pouczaj. – Zachowywał się jak gówniarz. – Gdzie są klucze?

Warczał na ojca za własne grzechy i nie potrafił przestać. Chciał mu przyłożyć. Zetrzeć mu z twarzy tę pewność siebie.

– Wiesz, gdzie są. – Upił łyk herbaty. – Zawsze wiedziałeś.

Jedyny przedmiot, który nigdy nie zmieniał swojego położenia. Klucze wisiały na śrubie wkręconej w garażową ścianę. W każdej chwili Gabriel mógł je zabrać i nigdy już nie wracać do tematu. To nie pierwszy raz, kiedy Grzegorz odwiedzał mieszkanie, zabierając z niego pamiątki jak turysta z bałtyckiej plaży muszelki. Stawiał je na regale i zapominał, że istnieją.

– Gabriel, to nie twoja wina – zaczął. – Nie mogłeś nic zrobić. Musisz żyć dalej.

– Przestań. – Wycelował w ojca śrubokrętem. – I nie chodź tam, kurwa, więcej!

Wyszedł przed dom i usiadł na ganku. Drewno lśniło od deszczu, którego grube krople wbijały się w ziemię. Nie słyszał nawet, kiedy zaczęło padać. Podróż rowerem w normalnych warunkach zajmowała mu lekko ponad godzinę. Teraz powinien przygotować się na przynajmniej dwie.

– Pięknie. – Wyciągnął ze spodni paczkę papierosów i zapalił.

Spojrzał na garaż. Zaczął się zastanawiać, czy nie warto skorzystać z dobrodziejstw nowoczesnej technologii i nie usiąść za sterami škody. Byłby na miejscu znacznie szybciej i podróż przebiegłaby w o wiele bardziej komfortowych warunkach, ale nie chciał też ryzykować. Rowerzystów się nie sprawdza w wyrywkowych kontrolach, ale kierowców gratów, które ledwie wloką się po jezdni, już tak.

Ramka ze zdjęciem leżała obok. Patrzył na fotografię i nie poznawał samego siebie. Nie rozumiał, gdzie popełnił błąd. Wiedział jedno. Ojciec nie miał racji.

Alicja umarła przez niego.

***

Wina była jednoznaczna.

Dowody przedstawione przez prokuratora nie dawały praktycznie żadnej możliwości obrony. Oskarżona nie podniosła wzroku przez całą rozprawę. Wpatrywała się w kajdanki, tak jakby wierzyła, że zaraz znikną, a ona wróci do domu i dokończy malowanie paznokci. Kaśka nie mogła oderwać od niej wzroku. Dziewczyna ewidentnie była młodsza, ale kurze łapki wokół oczu ciągnęły się prawie do linii włosów, niedbale związanych w kucyk i potraktowanych suchym szamponem.

Potrafiła rozpoznać oszusta.

Dziewczyna udawała skruszoną. Sama zrobiłaby na jej miejscu tak samo. Pierwsze wrażenie jest najważniejsze i zawsze, kiedy przyjmowała klientów, robiła wszystko, żeby zapamiętali te krótkie sekundy, kiedy otwierała im drzwi. Czasem wystarczyło zostawić lekko rozchylony szlafrok, a czasem, gdy gość śmierdział pieniędzmi, zakładała pończochy i szpilki. Nic więcej. Wiedziała, że sąsiad spędzał długie godziny przyczepiony do swojego wizjera, ale zupełnie jej to nie przeszkadzało. Cieszyło ją zainteresowanie.

Trzy uderzenia młotka.

Sala zawrzała, kiedy sędzia podał liczbę. Pięć lat. Między policjantami próbującymi wyprowadzić kobietę z ławki przedarł się młody chłopak. Zanim zdążyli sięgnąć po broń, nóż wbił się między żebra kobiety. Tak przynajmniej Kaśka sądziła, bo kamera nic więcej nie pokazała. Lektor jednostajnym tonem oznajmił tylko, że Anna S. wylądowała w szpitalu, a stamtąd zostanie przetransportowana do ośrodka dla kobiet. Jej były partner i ojciec dziecka, które ta postanowiła sprzedać na czarnym rynku, będzie sądzony za próbę zabójstwa.

Dziecko zamieszkało u babci.

– Muszę przestać oglądać to gówno. – Kaśka chwyciła pilota i zaczęła przeskakiwać między kanałami.

Program telewizyjny znała niemal na pamięć. Rano spędzała czas z wiecznie uśmiechniętymi prowadzącymi programy śniadaniowe, którzy wspólnie skakali między dziećmi głodującymi w Afryce a tym, jak najlepiej przyrządzić danie z jarmużem. Potem nadchodziła pora na programy o gotowaniu i metamorfozach, które w obu przypadkach kończyły się wspólną psychoterapią i morzem łez. Kaśka święcie wierzyła w to, że nawet kamerzysta wtedy płacze, bo obraz zawsze stawał się lekko zamglony. Popołudniami czekał na nią zestaw wiadomości i seriali, gdzie ludzkie życie było jak z bajki, a śmierć czekała tylko na tych, którzy podpadli scenarzystom. Wieczorami zdarzało jej się jeszcze trafić na coś ciekawego, ale w ciągu dnia nie miała na czym zawiesić oka.

Wstała z kanapy i otrzepała bluzę z resztek chipsów, które na poprawę humoru kupiła jej Monika. Powinna odkurzyć. Drobiny wcisnęły się między poduszki, a część z nich zdążyła już rozdeptać i teraz każdy jej krok znaczony był resztkami oleju palmowego. Posprzątałaby, gdyby nie to, że sierżant kategorycznie zabroniła jej robienia czegokolwiek, co mogłoby nadwerężyć kikut. Do czynności zakazanych należało praktycznie wszystko, czego Kaśka nie lubiła, więc z niekłamaną ulgą przyjęła wytyczne. Kiedyś za to, żeby nie musieć odkurzać mieszkania, oddałaby nerkę. Okazało się, że wystarczyła ręka.

Marzenia się spełniają.

Wzięła ze stolika laptop i zanim go włączyła, wytarła dłoń o spodnie. Sprzęt był o niebo lepszy niż ten, z którym męczyła się przez ostatnie lata. Uruchamiał się w kilka sekund i pozwalał na przeglądanie stron bez strachu o to, że się zawiesi, a ona będzie wpatrywała się w ekran pełen reklam zachęcających do poznania seksownych kobiet z okolicy. Czyściła historię przeglądania za każdym razem, ale i tak czuła się śledzona, a to, co wyskakiwało jej przed oczami, było potwierdzeniem, że nie ma paranoi. A przynajmniej nie tak zaawansowanej.

Wiedziała, skąd wzięły się te reklamy. Wprawdzie oglądanie pornografii już jej nie bawiło, ale sprawdzała, czy istnieją filmy z ludźmi po amputacji. To, co zobaczyła, nie wpisywało się w żadne ramy, do których była przyzwyczajona. A robiła naprawdę dziwne rzeczy. Otworzyła przeglądarkę i wstukała słowo nieużywane przez nią od miesięcy. Kliknęła w przycisk potwierdzający, że ukończyła już osiemnaście lat.

– Cały czas młoda.

Strona z ogłoszeniami przeszła lekką metamorfozę. Ostatnim razem trudno było na niej cokolwiek znaleźć, a anonse towarzyskie pokazywały się odwiedzającym na chybił trafił. Dodawanie swojego przypominało wizytę w przychodni, gdzie jedyne, co można było zrobić, to nie marudzić i grzecznie czekać, aż w końcu ktoś się tobą zajmie. Kaśka znalazła formularz i wpisała „Pruszków”.

Cztery trafienia.

– Widać, że miasto się rozwija.

Każda z kobiet ogłaszających się na portalu dodała po kilka zdjęć. Jedna z nich była na tyle odważna, że nie przejmowała się ochroną wizerunku i bez większego skrępowania pokazywała zarówno swoją twarz, jak i dawno niedepilowane obszary. Nie bawiło jej też korzystanie ze słownika, bo w słowie „różne” zrobiła błąd, a „namiętna” napisała oddzielnie. Kaśka nie uważała się za purystkę językową, ale z trudem przebrnęła przez całość ogłoszenia.

Nie tego szukała.

Kolejne dwie dziewczyny nie napisały praktycznie nic osobistego. Nie musiały używać słów, bo swoje zdolności zaprezentowały obrazowo, a do tego skorzystały z dobrodziejstw matki natury. Pierwsza posłużyła się ogórkiem, a druga bakłażanem. Jeżeli Kaśka byłaby facetem, sprawdzałaby właśnie stan konta i umawiała się na spotkanie.

– Bingo.

Nowe ogłoszenie, aktywne zaledwie od dwóch dni, przedstawiało jej dawne lokum. Rozpoznała obraz, który wisiał nad łóżkiem. Pościel była nowa, ale to akurat niespecjalnie ją zdziwiło. Sama zmieniała poszewki częściej niż bieliznę. Powód był ten sam. Zredukowanie ilości płynów ustrojowych. Sypialnia oświetlona ultrafioletem musiała błyszczeć jak sala przed studniówką.

Pościel to nie jedyna nowa rzecz, która pojawiła się w mieszkaniu. Tak, właśnie myślała o rozłożonej na łóżku dziewczynie. Traktowała ją jak element wyposażenia wnętrza. Lampę albo narzutę na łóżko, którą można wymienić, kiedy zbyt mocno się przetrze. Monika mówiła, że interes dalej działał, ale Kaśka nie chciała w to do końca wierzyć. Teraz była pewna. Nieważne, jak dobry jesteś w swojej robocie, zawsze można cię zastąpić.

Chwyciła telefon i zamówiła taksówkę.

Nie miała gotówki, ale znajomości to coś zupełnie innego. Wierzyła, że facet ją pamięta i zrobi ten jeden krótki kurs za darmo. W końcu w przeszłości gwarantowała mu całkiem niezły utarg, a mężczyźni odwożeni wprost spod jej drzwi zostawiali solidne napiwki. Jeżeli nie włączał taksometru, całość lądowała w jego kieszeni.

– Dobra, dziewczyno. – Podniosła się. – Małymi kroczkami.

Teraz jej pokój pełen był dziecięcych przedmiotów, a minimaterac dalej tkwił w łóżeczku, którego Monika nie pozwoliła rozmontować. Nie udało się także wynegocjować zmiany koloru ścian, bo choć jasny niebieski nie drażnił, to już dawno jej się opatrzył. Podobnie jak gwiazdki, z których zaczął odklejać się kolorowy papier. Lubiła króliki, ale patrzenie na zwierzaka wyciętego z tektury tylko ją przygnębiało i przypominało, że sierżant dalej nie mogła pogodzić się ze stratą nienarodzonego dziecka.

Chciała pomóc.

Raz rozmontowała misterną konstelację, ale przyczepiła ją ponownie, zanim Monika wróciła do mieszkania. Dotykając chropowatej powierzchni, odnosiła wrażenie, że zabiera coś więcej niż tylko kawałki tektury. Dziewczyna nie wybaczyłaby jej tego, a akurat ona była jedyną osobą, której nie chciała skrzywdzić. Nie po tym, co razem przeszły.

Kikut zaczął pobolewać. Zignorowała to. Nauczyła się to robić i choć lekarze twierdzili, że ból jest dobry, nie do końca im wierzyła. Faceci w fartuchach lubili tego typu frazesy. Nawet ci pracujący w krematoriach. Gorsze od bólu było przyzwyczajenie. Ciągle próbowała złapać coś prawą ręką. Czuła ją przez cały czas. Budziła się w nocy, kiedy ta źle się układała i próbowała ją przełożyć. Nie zdawała sobie sprawy z tego, ile wykonywała nią czynności, dopóki jej nie zabrakło. Zmiana tamponu przypominała wymianę oleju silnikowego, gdzie płyny ciekną po rękach, a jedyne, co można zrobić, to nadstawić miskę i spróbować złapać tyle, ile tylko zdołasz. Bozia obdarowała ją pojemnością godną cysterny na mleko.

Kaśka ściągnęła bluzkę i sprawdziła stan opatrunku. Bandaż elastyczny ułożony w jodełkę trzymał kikut w odpowiedniej pozycji. Drażniło ją tylko to, że potrzebowała usztywnienia. To stworzone z bandaża przypominało szkolną szarfę, która przechodziła równo między piersiami i drażniło skórę przy każdym najmniejszym ruchu. Bała się zrezygnować całkowicie z opatrunku. Bała się przykurczu odwiedzeniowego. Deformacji tkanek i zaburzenia krążenia. Bała się, ale nie miała z kim o tym porozmawiać.

– Cholerna kaleka. – Dotknęła zaokrąglonej końcówki ręki.

Wyciągnęła z komody czarną bluzę z kapturem i nałożyła ją na gołe ciało. Chciała zachować możliwie jak największą mobilność. Kucnęła i włożyła dłoń między poskładane równo ubrania. Potrzebowała narzędzia, które unieruchomi przeciwnika, ale go nie zabije.

– Dzięki Bogu za YouTube.

Portal roił się od przepisów wszelkiego rodzaju. Nawet zupełny laik po obejrzeniu kilku zamieszczonych na nim filmów byłby w stanie ugotować kaczkę czy zrobić wylewkę samopoziomującą. Kaśce zależało na czymś zupełnie innym i na szczęście internet jej nie zawiódł.

Podłużny kawałek tworzywa