Morderstwo o poranku - Merryn Allingham - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Morderstwo o poranku ebook i audiobook

Allingham Merryn

4,1

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

241 osób interesuje się tą książką

Opis

Wymarzone wakacje Flory Steele szybko zamieniają się w koszmar – jeszcze zanim na dobre wyjedzie z wioski!

Gdy Flora Steele wyrusza na wakacje z pisarzem kryminałów Jackiem Carringtonem, ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewa, jest ciało znalezione obok uroczego domu, który wynajmują.

Zaszokowana makabrycznym odkryciem, próbuje się dowiedzieć, jak to się stało, że ktoś został zamordowany w tak spokojnym, cichym miejscu w przepięknej Kornwalii. Tym bardziej że Roger Gifford miał mnóstwo przyjaciół, którzy wydają się zdruzgotani jego nagłą śmiercią…

Sprawy komplikują się coraz bardziej, gdy zostaje odnalezione kolejne ciało, a Jack otrzymuje niepokojący list. Czy autorowi kryminałów grozi los godny fikcyjnych bohaterów jego własnych książek? I czy Florze uda się rozwikłać kolejną sprawę i uratować Jacka?

A może będzie to o jedno morderstwo za dużo…

Intrygująca powieść kryminalna osadzona w scenerii urokliwej Kornwalii. Idealna dla fanów Sherlocka Holmesa i Herkulesa Poirota.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 259

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 25 min

Lektor: Aleksander Orsztynowicz-Czyż
Oceny
4,1 (626 ocen)
257
223
110
33
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
AnnaSik

Dobrze spędzony czas

Nie mogę się doczekać dalszych tomów przygód Flory i Jacka!
30
Ainai1

Z braku laku…

Bardzo przewidywana. Jedynym plusem jest dokładny opis Kornwalii jesli ktoś jest zainteresowany.
31
MarysiaMa

Nie polecam

Dotarłam do połowy, żadnej logiki w postępowaniu bohaterów, historia mocno naciągana a tło obyczajowe kompletnie nierealne.
20
Benadka

Z braku laku…

nie porywa zdecydowanie najnudniejsza z pozostałych części
20
bozenia11

Nie oderwiesz się od lektury

Co prawda akcja rozwija się powoli ale wciąga do typowania mordercy. I tu się zdziwisz.....

Popularność




Merryn Alling­ham

Morderstwo o por­anku

tłu­macz: Ewa Rata­jczyk

Moim rod­zicom,

którzy w ukochanej Korn­walii

mieszkali ponad dwadzieś­cia lat.

Ab­bey­mead

Sus­sex, maj 1956

ROZDZIAŁ 1

Flora Steele po­woli ped­ałowała główną ulicą, mi­jając piekarnię, w której mimo wczes­nej pory panował już ruch, i pana House­m­ana układa­jącego kalafi­ory na tacy, i krzepką postać rzeźnika za skle­pową szybą. Tego ranka wszy­scy się uśmiechali – wreszcie świeciło wi­osenne słońce. Nawet rower Flory był szczęśliwy po wielu ty­god­niach nieprzyjem­nego pokony­wania głębokich kałuż w zi­mnym deszczu.

Zatrzymała się przed All’s Well i wprowadz­iła swoją Betty na brukow­any dziedziniec na tyłach księgarni. Wiedzi­ała, że minie trochę czasu, zanim do row­erowego koszyka ponownie za­pak­uje książki do coty­god­niowej dostawy. Wyjeżdżała! Po latach po raz pier­wszy opuszczała Ab­bey­mead – nie udawała się co prawda w daleką podróż, ale per­spek­tywa po­bytu w Korn­walii wydawała jej się ma­giczna i chciała się cieszyć każdą spęd­zoną tam minutą.

Ot­worzyła szer­okie, poma­low­ane na bi­ało drzwi księgarni i stała przez chwilę, wdychając charak­terystyczny za­pach papieru, skóry i drewna. To był jej dom. Og­ar­nęło ją przelotne uczucie lekkiej pan­iki. Lada mo­ment spodziewała się Sally Jen­ner, która mi­ała prowadzić All’s Well pod jej nieo­becność, kiedy jed­nak odłożyła płaszcz, poczuła, że musi prze­jść się po sklepie. Idąc zy­g­za­kiem pom­iędzy ustawionymi pod kątem regałami, uważnie przy­glądała się każdej sz­a­fce, w jednym miejscu de­likat­nie wsun­ęła książkę, by wyrównać rząd, w innym wyek­sponowała tom, pozwala­jąc pal­com zatrzymy­wać się na ulu­bio­nych eg­zem­plar­z­ach. West­ch­nęła z satys­fak­cją – wszys­tko było w na­jlepszym porządku, mo­gła więc spoko­jnie wyjechać.

Na tyłach księgarni, gdzie wnętrze zwężało się do zaled­wie prze­jś­cia, stłoczone pod jedną ścianą półki po­zostawiały kli­en­tom tyle miejsca, by mogli obejrzeć rz­a­dkie tomy z dru­giej ręki, które ci­otka Vi­olet tak bardzo kochała. Flora dodała niew­iele now­ych – w prze­ciwieństwie do Vi­olet nie była en­tuz­jastką auk­cji – dbała jed­nak o to, aby ten dział był tak in­teresujący i nieskazitelny, jak życzyłaby sobie jej zmarła ci­otka.

To właśnie tutaj, przy­pom­ni­ało jej się, gdy dot­arła za os­tatni za­kręt, dobrych kilka miesięcy temu, jesi­enią ubiegłego roku, zn­alazła ciało. Ściśle mówiąc, mło­dego mężczyznę zn­alazł Jack Car­ring­ton – no­men omen autor krym­in­ałów – i to właśnie z nim wybi­er­ała się jutro w podróż. Kilka na­jbliższych ty­godni mieli spędzić w swoim to­war­zys­twie, ale Flora liczyła na to, że w Korn­walii nic strasznego się nie zdarzy i będą mogli porzu­cić prowadzenie śledztwa.

Dz­wonek skle­powy za­dźwięczał, gdy Flora wracała do swo­jego bi­urka, i zza uchylo­nych drzwi do środka zajrzał ktoś z czupryną mocno skrę­co­n­ych blond loków.

– Przyszłam za wcześnie? – zapy­tała Sally. – Jest ze mną ciocia.

U boku si­o­strzen­icy po­jaw­iła się pulchna postać Alice Jen­ner.

– Nie będę przeszkadzać – ozna­jmiła wesoło. – Przyszłam za­par­zyć her­b­atę. Przyniosłam świeże mleko.

– Doskonale! – Flora uśmiech­nęła się ciepło. – Chodź, Sal­ly, usiądź, możemy za­czynać.

Schyliła się, wyjęła spod bi­urka im­ponującą księgę i otwo­rzyła ją na kwiet­niow­ych roz­licze­niach.

– Co miesiąc robię rachunki. Lu­bię wiedzieć, czy jestem wypłac­alna!

Siedząca przy niej dziew­czyna kiwnęła głową, fachowo prze­suwa­jąc palcem w górę i w dół kolumn z liczbami. Sys­tem księgowy Flory był prosty na tyle, że i Sally zro­zu­mi­ała go w mig, i nie uleg­ało wąt­pli­wości, że świet­nie wie, na czym polega prowadzenie dobrze prosper­ującej księgarni.

Flora, wsuwa­jąc za uszy kosmyki miedzi­a­nych włosów, uzn­ała, że Sally Jen­ner jest darem z nieba. Właś­ciwie jej wybaw­icielką. Niew­iele brakowało, by zrezygnowała z wyjazdu do Korn­walii, ponieważ nie zna­j­dowała nikogo, komu w cza­sie swo­jej nieo­becności mo­głaby pow­i­erzyć prowadzenie All’s Well. Na ogłoszenie w lokal­nej gazecie odpow­iedzi­ało kilka kobiet – mi­ały jed­nak albo niew­ielkie doświad­czenie w prowadzeniu sklepu, albo znów tak duże, że chciałyby przeo­brazić All’s Well na swoją modłę. Tego z pewnoś­cią nie życzyła sobie Flora, zde­terminow­ana, by księgar­nia po­została dokład­nie taka, jaką odzied­z­iczyła po ci­otce Vi­olet niecałe dwanaście miesięcy temu. W końcu, zu­pełnie nies­podziewanie, Alice, jej wielo­let­nia przy­ja­ciółka, wspom­ni­ała o swo­jej si­o­strzen­icy.

Sally przyjechała do Ab­bey­mead kilka miesięcy temu, mieszkała u ci­otki i dor­a­bi­ała tu i ówdzie. Głównie ówdzie, sko­mentowała z goryczą Alice. Flora, rozczarow­ana kandy­datkami, z którymi się spotykała, z przyjem­noś­cią wzięła pod uwagę Sally i od pier­wszej roz­mowy na temat księgarni stało się jasne, że dziew­czyna doskonale poradzi sobie z prowadzeniem All’s Well, a Flora dz­ięki temu będzie mo­gła odpocząć.

– Sally ma rachunko­wość w małym palcu. – Alice podeszła do nich, niosąc tacę z her­b­atą. – Pra­cow­ała w księgo­wości w am­bas­adzie, mi­ała dobrą pracę. Nadal uważam, że wyjazd z Niemiec nie był słusznym posunię­ciem, ale jestem pewna, że Sally należycie za­jmie się księgarnią.

– Ciociu, przestań lamentować! – Sally pokrę­ciła głową, a jej sprężyste blond kosmyki pod­skoczyły. – Mi­ałam dość am­basady i Niemiec. Chciałam wyjechać.

Flora west­ch­nęła w duchu. Ro­zu­mi­ała frus­trację Sally, która mi­ała dwadzieś­cia kilka lat, zaled­wie parę mniej od niej, ale świadkiem tych sprzeczek była już od kilku ty­godni, a poza tym chciała za­kończyć przekazy­wanie obowiązków. Mu­si­ała wracać do domu. Wciąż mi­ała sporo do zrobi­enia przed jutrzejszym por­ankiem.

– Jestem pewna, że z cy­ferkami doskonale sobie poradzisz – rzu­ciła pośpiesznie, odwraca­jąc się do dziew­czyny. – Ale na wszelki wypadek zostawię ci nazwisko księgowego, który prowadzi rachunko­wość.

Gdy no­towała na kartce nazwisko i nu­mer tele­fonu, za­dźwięczał dz­wonek przy drzwiach sklepu i w progu po­jaw­iła się chuda postać Jacka, z fe­dorą pod pachą i dłońmi schow­anymi w kiesze­niach płaszcza.

Flora spojrz­ała na niego.

– Co się stało? – zapy­tała, od razu wiedząc, że coś jest nie tak. Jack miał lekko speszoną minę, jak za­wsze, gdy nie chciał przekazy­wać złych wieści.

– Nie wiem, czy pow­in­naś ze mną jechać – mruknął.

– Dokąd? Do Korn­walii? – zdu­mi­ała się Flora. Jack mu­siał wy­wiązać się z umowy. Pod­jął się nap­is­ania pow­ieści krym­in­al­nej z ak­cją os­ad­zoną w tym hr­abstwie, a ich wspólna podróż mi­ała być wycieczką badaw­czą. Wycieczka badaw­cza z przy­ja­cielem, nic więcej, pow­iedzi­ała sobie surowo Flora.

– Tak, do Korn­walii – odparł z lekkim znieci­er­pli­wieniem. – A gdzieżby in­dziej?

Alice odsun­ęła papi­ery Flory i odstaw­iła tacę na bi­urko.

– Os­trzegałam cię – ozna­jmiła tri­um­fal­nie. – Os­trzegałam, że będzie prob­lem.

– W czym ten prob­lem? – W orzechow­ych oczach Flory było widać dezori­entację.

Jack po chwili wa­hania wyciągnął z kieszeni papier.

– Spójrz na to. Może zmi­en­isz zdanie.

Flora wzięła kartkę, którą jej podał, i wygładz­iła za­gię­cia. Na przeczytanie treści nie po­trze­bowała wiele czasu. In­form­acja była prosta:

TRZYMAJSIĘZ DALAOD KORN­WALII – TO OS­TRZEŻENIE!

– Co, u licha?

Każda lit­era została wycięta z gaz­ety. Z róż­nych gazet, sądząc po druku.

Alice Jen­ner wyjęła z kieszeni far­tucha ok­u­lary i zerknęła Florze przez ramię.

– To os­trzeżenie – skwitowała zaintrygow­ana – i pow­in­naś wziąć je sobie do serca. Jack pewnie będzie mu­siał po­jechać, pod­pisał umowę, prawda? Ma nap­isać książkę krym­in­alną. Choć moim zdaniem to – spra­cow­anym palcem wskazała kartkę – wys­tar­cza­jący powód do odmowy. Ale ty, Floro, w ogóle nie mu­s­isz się tam wybi­erać. W tym roku mi­ałaś dość kło­potów, nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś została w Ab­bey­mead. Sally nie będzie mi­ała nic prze­ciwko wycofaniu się z pracy, nawet na tak późnym eta­pie.

Sally podeszła do ci­otki i spojrz­ała na wiado­mość.

– To na pewno sprawka jakiegoś wari­ata. Tych nig­dzie nie brak­uje – ocen­iła z przekon­aniem.

– Niby kogo? Kto mi­ałby to wysłać? – Flora nie była taka pewna wer­sji Sally.

– Ktoś, kto wiedział, gdzie mieszkam. – Jack wziął list i schował go z powro­tem do kieszeni.

– I mu­siał wiedzieć, że wybi­er­asz się do Korn­walii – za­uważyła bystro Alice. – Podejrz­ana sprawa, nie podoba mi się. Wariat, nie wariat, na tym świecie są ludzie, którzy po prostu chcą krzy­wdzić in­nych.

– Jack? – Flora spojrz­ała na niego py­ta­jąco.

– Nie wiem, co o tym myśleć – ozna­jmił w końcu, biorąc filiżankę, którą podała mu Alice. – Pewnie mógłbym za­dz­wonić do Ar­thura. Jest moim agen­tem – wyjaśnił ­Sally. – Pow­ieść o Korn­walii to jego pomysł, wyna­jął dla nas domek w wio­sce nad rzeką Helford. Nan­leg­gan, Tre­leg­gan, coś w tym stylu. Zna właś­cicieli i twi­er­dzi, że to do­bra baza wypad­owa do zwiedz­ania hr­abstwa. W listach nie wspom­inał o kło­potach, ale to…

– Jak mówię, to jakiś czubek – powtórzyła Sally. – Praw­do­podob­nie po wio­sce rozeszła się wieść o tym, że autor krym­in­ałów wyna­jmuje domek, i komuś się ten pomysł nie spodobał.

– Dlaczego? – Alice z im­petem odstaw­iła dzbanek. – W Ab­bey­mead od lat mieszka taki pis­arz i nikomu to nie przeszkadza.

– To Korn­walia, ciociu. Tamtejsi ludzie są dość nieufni. Bardziej nieprzys­tępni. Pewnie myślą, że Jack zn­iszczy spokój ich wioski. Sprowadzi morderstwo i chaos aż z Sus­sex!

– Być może chodzi po prostu o to, że jestem obcy. – Jack odgarnął za­wsze nie­posłuszny kosmyk włosów, jakby próbował oczyś­cić umysł. – Pam­iętam, że w dzieciństwie, kiedy spędz­a­łem tam wakacje, nazy­wano mnie „mrówką”. Korn­walijczycy tym niez­byt przy­jaznym słowem określają ­turys­tów.

– Zwró­ciłeś uwagę na stem­pel pocztowy? – zapy­tała roz­sąd­nie Flora. – Możliwe, że listu wcale nie wysłano z Korn­walii.

– Przyszedł stamtąd i moim zdaniem Sally ma rację. Ktoś mnie nie chce w tamtej wio­sce. – Po chwili wa­hania zwró­cił się do Flory. – Może się tam zrobić nieprzyjem­nie i nie chcę cię w to wciągać. Zwłaszcza po tym wszys­tkim, co się os­tat­nio wydar­zyło, nieszczęs­nej sprawie z zeszłej jesi­eni i śmierci Polly Dakers. Pow­in­naś zostać.

– Ma rację – wtrą­ciła Alice, zanim Flora zdążyła się odezwać. – Nie ucieszyłam się, kiedy pow­iedzi­ałaś, że wyjeżdżasz do Korn­walii. Wtedy się nie odezwałam. To było tuż po tym ok­ropnym wydar­zeniu w Klaszt­orze, czułaś się jeszcze dość niepewnie. Za­uważyłam, że pro­pozycja podróży z Jackiem pod­niosła cię na duchu. Ale nie byłam zad­o­wolona. – Jej matczyna postać za­d­rżała lekko, jakby pod wpły­wem niepokoju. – Moim zdaniem Korn­walia to niebezpieczne miejsce.

– Niebezpieczne? – Flora nie zdołała powstrzymać uśmiechu. – Dlaczego mi­ałoby być niebezpieczne? Z po­wodu jakiegoś głupiego an­on­im­owego listu do Jacka? Jak pow­iedzi­ała Sally, to za­pewne sprawka bied­nego sza­leńca, na­jpewniej nieszkod­li­wego.

– Czy nieszkod­li­wego, to nie wiem. Pomyślał o tym, żeby zatrzeć ślady, i wyciął litery z róż­nych gazet – odparła ­Alice. – I wysłał groźbę do Sus­sex. – Odgarnęła z czoła kosmyk si­wych włosów i za­częła bawić się ok­u­larami, które niedawno za­częła nosić. – Ale nie tylko o to chodzi. Mieliśmy już w ­Ab­bey­mead kło­poty związ­ane z Korn­walią.

Sally wy­glądała na zaintrygow­aną.

– Co masz na myśli, ciociu?

– Czasy wo­jny. Mło­dego Tommy’ego Mar­tina. Znasz Mar­tinów, Floro? Z farmy Ptasie Pole? Był ich je­dynym dziec­kiem. – Alice zach­wiała się, a Flora pos­piesznie pod­sun­ęła jej stołek, który trzymała za bi­urkiem. – Wcześnie za­ciągnął się do wojska, dostał się do łączności. Bystry był z niego chło­pak. Kilka lat stac­jonował w Korn­walii. W tym pon­urym miejscu, wiesz, niedaleko cy­pla.

– Na przylądku Land’s End?

– Nie, na tym dru­gim.

Sally roześmi­ała się głośno.

– Oj, ta twoja geo­grafia, ciociu. Chodzi ci o półwysep Liz­ard?

– O, właśnie. To była dla niego ważna misja. W tamtej jed­nostce prowad­zono bardzo ważne prace… Ta­jne. Kierował nimi lord Ed­ward Tem­pleton. Ale do czego zmierzam: wszys­tko było w porządku, a przyna­jm­niej tak się wydawało, aż nagle Tommy zniknął. Nikt go nie widział. Nikt nic nie wiedział. Po prostu za­padł się pod ziemię. Lord Ed­ward usiłował dociec, co się stało, bo Mar­tinowie byli jego dzi­er­żaw­cami i w dod­atku przy­ja­ciółmi, ale nic nie wskórał. Do dziś nie ma żad­nych wieści ani od Thomasa, ani o nim.

– Prze­cież nie mógł tak po prostu zniknąć – zaprotestowała Flora. – Kiedy to się stało?

– Nie mógł, ale zniknął – odparła Alice dość za­dzi­ornym tonem. – Mniej więcej w cza­sie lą­dow­ania w Nor­mandii, o ile dobrze pam­iętam. Wszy­scy byliśmy prze­jęci tym, że ali­anci dot­arli do Francji i wyparli tych ok­rop­nych szkopów, wszy­scy oprócz Mar­tinów. Oni się nie cieszyli. Opłakiwali syna.

W nagłej ciszy Jack mach­in­al­nie pod­niósł kubek Flory i się z niego napił. Wyczuwała jego niepokój, widzi­ała kami­enną twarz. Nie zam­ierzał się dzielić tym, co myślał. Nie w tej chwili.

– W tamtym cza­sie mówiło się o skan­dalu – kontynuowała Alice. – Ale nikt nie miał po­ję­cia, o co dokład­nie chodzi, a Mar­tinowie, nawet jeśli coś wiedzieli, nigdy niczego nie wyjaw­ili. Cała ta sprawa była bardzo smutna.

– Z pewnoś­cią, jed­nak wydar­zenia sprzed dwun­astu lat nie ozn­aczają, że Korn­walia jest niebezpieczna dzisiaj. – Ton Flory brzmiał stanow­czo. Choroba Vi­olet odeb­rała jej sz­ansę na po­dróżow­anie i choć ten wyjazd nie mógł się równać z wycieczką do Paryża czy Rzymu, jakie kiedyś pla­nowała, Korn­walia była wyjątkowa i Flora za wszelką cenę chciała tam po­jechać.

– Może i nie, ale dobrze byłoby wiedzieć, co się stało – wtrą­cił Jack. – Ciekawe, czy mo­jemu ojcu coś wiadomo na ten temat. Był w Korn­walii pod­czas wo­jny i przez jakiś czas pra­cował u boku Ed­warda Tem­plet­ona. Praw­do­podob­nie nigdy nie poz­namy odpow­iedzi, ale Alice ma rację. Pow­in­naś to przemyśleć, Floro.

– Jeśli wolisz zostać w mi­asteczku, odpuszczę księgarnię i poszukam jakiejś stałej pracy – wtrą­ciła Sally. – Wiem, że mogę zostać u cioci Alice tak długo, jak zechcę.

Flora wyprostowała szczupłe rami­ona i stanęła niemal na baczność.

– Dz­iękuję wszys­tkim za troskę. Tak przy okazji, to moja her­b­ata, Jack. Nie zniechęci mnie jed­nak stara his­toria i wyskok jakiegoś sza­leńca.

Za­padła grobowa cisza, a Sally z przesadną os­trożnoś­cią odstaw­iła filiżankę na spodek. Flora mi­ała wrażenie, że wszy­scy liczą na to, że zmi­eni zdanie i zrezygnuje z podróży do Korn­walii.

– Czy ty jedziesz mimo wszys­tko? – spy­tała kat­egorycznym tonem, patrząc Jack­owi w twarz.

– Muszę. Nie mam wyboru.

– W takim ra­zie ja też jadę. Sally, przyjdź do mnie jutro wczesnym rankiem, przekażę ci klucze.

ROZDZIAŁ 2

Flora właśnie skończyła wyjaśniać Sally, co zrobić, by zewnętrzny kran zdecy­dował się na coś więcej niż tylko ciurczenie – było to niezbędne teraz, gdy wi­osenne kwiaty zna­j­dowały się w pełnym rozk­wicie – kiedy przed domek pod­jechał czer­wony aus­tin.

Jack wysunął dłu­gie nogi z auta, które swoje na­jlepsze dni mi­ało za sobą.

– I jak ci się teraz podoba? – Dum­nie pomachał kape­luszem w stronę auta. – Przeszedł trans­form­ację! Wi­osenne porządki wewnątrz i na zewnątrz, umyty i wypol­erow­any przez na­jlepszego mech­anika z „Błysku”.

Flora mu­si­ała przyznać, że warsztat wykonał dobrą ro­botę – re­flekt­ory lśn­iły, op­ony błyszczały w porannym słońcu, maska się mien­iła – bez wąt­pi­enia był to jed­nak ten sam stary aus­tin. Ucieszona per­spek­tywą przy­gody, zachow­ała swoje myśli dla siebie.

– Gdybyś po­trze­bowała pomocy w ogrodzie, poproś Charliego – poradz­iła, odwraca­jąc się do Sally. – Teague’owie mieszkają przy Swal­low Lane, w pier­wszym domku po prawej. Wiem, że Jack poprosił małego o po­dle­wanie pod­czas naszej nieo­becności i na pewno chęt­nie zrobi to samo tutaj. Pam­iętaj, że trzeba mu za­pła­cić!

– Kiedy będziemy w Korn­walii, wypadają urodz­iny Charliego – rzu­cił wesoło Jack, idąc ścieżką w ich kier­unku. – Skończy trzyn­aście lat i pewnie pod­woi stawkę.

– Będę pam­iętać. – Sally wyprostowała się i odstaw­iła konewkę pod ścianę. – Lepiej już jedźcie. Do granic Korn­walii jest daleko, a co dopiero na sam jej koniec.

– Mam nadzieję, że nie jedziemy na sam koniec – wtrą­ciła Flora.

– Prawie – odparł Jack. – Nie bardzo wiem, dlaczego Ar­thur za odpow­ied­nią bazę uznał Helford.

– A ja nie bardzo wiem, dlaczego nie za­łatwił ci in­nego sam­ochodu. – Nie zdołała się powstrzymać przed wyrażeniem swoich wąt­pli­wości.

– Co jest nie tak z aus­tinem? Wy­gląda świet­nie i jeździ.

– Chwilowo, ale jak długo? Już raz nawalił, prawda? A przed nami daleka droga.

Wargi Jacka ułożyły się w buntown­iczą linię. Sam­ochód miał już swoje na liczniku – de­likat­nie rzecz ujmując – ale Jack za­ciekle go bronił. Praw­do­podob­nie dlat­ego, pomyślała Flora, że wydał na niego więk­szą część za­liczki na kole­jną książkę.

– Przyniosę wal­izkę – pow­iedzi­ała szybko.

– Za­czekaj, ja pójdę – krzyknęła Sally przez ramię, wbiegła do domu i wzięła wal­izkę z si­eni.

– Nie możesz się doczekać, aż się mnie pozbędziesz – rzu­ciła żartem Flora, gdy dziew­czyna znów się wyłon­iła.

– Zgadza się! Nie mogę się doczekać, żeby zostać panią two­jego uroczego domku. – Sally spojrz­ała na stary bu­dynek z ce­gły i krzemi­enia, drzemiący w porannym słońcu.

– Daj mi znać, gdyby coś było nie tak – poprosiła z niepoko­jem Flora. – Masz mój nu­mer tele­fonu w Korn­walii?

– Py­tałaś mnie o to już dwa razy. Przestań się martwić. Wszys­tkim się za­jmę. Zmyka­jcie już. Sio, oboje, bo przez was spóźnię się do pracy. Prowadzę księgarnię!

Flora usad­ow­iła się na prz­etartym skórz­anym fotelu i pomachała Sally na pożeg­nanie niemal ze łzami w oczach. To było śmieszne – wybi­er­ała się zaled­wie niecałe pięć­set kilo­metrów na zachód, z pewnoś­cią nie w podróż ży­cia. Nie wyjeżdżała jed­nak z Ab­bey­mead, odkąd skończyła bib­li­otekozn­awstwo i po powrocie z uczelni zori­entowała się, że ci­otka ciężko za­chorowała. Rozpacz­li­wie wi­erzyła, że Vi­olet wyzdrow­ieje, dopóki nie padła straszna dia­gnoza o nie­op­er­acyjnym raku. Przez niemal trzy lata opiekowała się na­jbliższą jej os­obą, żyjąc w os­zołomi­eniu, niew­iele mi­ała chwil na myśle­nie, a by­wały dni, kiedy brakowało jej czasu nawet na to, by się przebrać czy uczesać. Przez dłu­gie miesiące opieki nad Vi­olet i po jej śmierci Flora prawie nie opuszczała mi­asteczka. Ten por­anek ozn­aczał zer­wanie z przeszłoś­cią. Nowy początek, pow­iedzi­ała do siebie. Nowy plan: pomóc Jack­owi w nap­isaniu korn­walijskiej pow­ieści.

Widzi­ała, że Jack nie myśli o pracy, lecz kon­centruje się na drodze, sku­pi­ony na podróży. Na tylnym siedzeniu leżała rozłożona duża mapa, ale na­jwyraźniej znał trasę na pam­ięć i wymi­eniał nazwy mi­ja­nych miejsc. Za­stanawiała się, czy w ten sposób próbuje zepch­nąć na dalszy plan sprawy, o których wolałby nie myśleć. Nie wspom­niał więcej o an­on­im­owym liście, ale Flora była pewna, że czuł niepokój.

Jacka zn­ała zaled­wie od kilku miesięcy – o Jacku Car­ring­tonie, autorze krym­in­ałów, usłysz­ała, rzecz jasna, zn­acznie wcześniej, lecz os­obiście zetknęła się z nim stosunkowo niedawno – nauczyła się jed­nak odczyty­wać jego nastroje. W tej chwili wyczuwała niepewność.

– Ciągle dręczy cię ten list? – za­ryzykowała, gdy mi­jali znak hr­abstwa Hamp­shire.

Odpow­iedział dopiero po chwili.

– To raczej nie jest wymar­zona sytu­acja, prawda? Do Korn­walii jadę, żeby poznać re­gion, porozmawiać z Korn­walijczykami, poznać tamtejsze życie, a skoro już zdążyłem doświad­czyć prze­jawów wro­gości… – Za­w­iesił głos.

– Mo­głeś odmówić wyjazdu.

Odwró­cił się w jej stronę, na ułamek sekundy odry­wa­jąc wzrok od drogi.

– Niby na jakiej pod­stawie? – Twarz miał poważną i przez chwilę zdawało się, że postar­zał się o dobrych trzy­dzieści pięć lat. – Mi­ałbym nap­isać tele­gram do Ar­thura, że dostałem an­on­im­owy list od jakiegoś wari­ata, przestraszyłem się i zry­wam umowę? Niez­byt pro­fes­jon­alne pode­jście. – Zamilkł na chwilę. – Mimo to Alice mi­ała rację. Ty nie mu­si­ałaś jechać. Nie jesteś związ­ana umową.

– Może jestem, ze sobą – odparła Flora. – Wiesz, że bardzo pragnę podróżować, to moja pier­wsza sz­ansa.

– Wiem, ale mi­ałaś plany związ­ane z podróżow­aniem po Europie, a nie kilka­set kilo­metrów na zachód od Sus­sex.

– Małymi kroczkami, Jack, małymi kroczkami.

Odezwała się ponownie dopiero po wielu kilo­metrach.

– Pisałeś dalej książkę o Korn­walii? Początek był udany.

– Za­r­zu­ciłem to – pow­iedział pon­uro.

Zerknęła na niego.

– Nic mi nie pow­iedzi­ałeś. Dlaczego? Rozdzi­ały, które przeczytałam, były dobre. Bardzo dobre.

– Pewnie w końcu do nich wrócę, na ra­zie nie wiem. Prawdę mówiąc, za­czy­nam się gu­bić, a jeszcze nie dot­arłem do Korn­walii. Mi­ałem klarowny pomysł na to, jak poprowadzić ak­cję, ale kiedy Ar­thur nap­isał w zeszłym ty­god­niu, pełen en­tuz­jazmu, chwaląc to, co mu wysłałem, za­s­ug­erował, żeby his­toria po­toczyła się w zu­pełnie innym kier­unku, niż pla­nowałem. Chwilowo nie po­trafię sobie wyo­brazić jego wer­sji.

– A czy nie jest tak za­wsze na początku nowej książki?

– Może trochę, ale to dzi­wne uczucie. His­toria ma być mocno korn­walijska, a sama Korn­walia musi zostać przed­stawiona w jas­nych bar­wach. Przy tym muszę wymyślić ohydną zbrod­nię, która przy­ciąg­nie czytel­ników spragnio­nych krwi i grozy.

Flora na chwilę zamilkła.

– Helford dostar­czy ci in­spir­acji, zobaczysz.

Jacka miał pon­urą minę.

– Jestem przekon­any, że nie pow­inienem był pod­pisy­wać tej umowy. Zgodz­iłem się w chwili sł­abości, bez przemyślenia. Ślęcza­łem wtedy nad książką, z którą nie mo­głem sobie poradzić, i dostałem pro­pozycję czegoś in­nego. To była chyba ucieczka. Nowa seria, nowe miejsce. Myślałem, że wpad­nie mi do głowy mnóstwo błyskot­li­wych pomysłów, a słowa będą same płynąć – i przez jakiś czas rzeczy­wiście tak się dzi­ało.

– I jeszcze tak będzie.

Wargi Jacka ułożyły się w podkówkę.

– Muszę po­godzić się z fak­tem, że właś­ciwie piszę na zamówienie. Ar­thur za­pewnia mnie, że tak nie jest, ale w liście szczegółowo określa, czego ode mnie oczekuje. Zdaje mi się, że przeży­wam zderzenie z rzeczy­wis­toś­cią.

Flora również przeży­wała zderzenie z rzeczy­wis­toś­cią w mi­arę pokony­wania kole­j­nych kilo­metrów. Im dalej na zachód, tym drogi st­awały się węższe. Węższe i wolniejsze, choć aus­tin nigdy nie był szybki. W końcu Flora za­częła się za­stanawiać, czy nie dojechałaby do Korn­walii szy­b­ciej, gdyby wyciągnęła z szopy Betty i wypraw­iła się row­erem.

Po drodze zatrzymali się kilka razy, by roz­prostować obolałe kończyny czy też na filiżankę her­baty i kanapkę w ob­skur­nej przy­drożnej kawiarni, ale po kilku minutach wracali do sam­ochodu. Zdawało się, że Jack za wszelką cenę chce dotrzeć do celu przed zm­rokiem i Flora podejrze­wała, że re­flekt­ory, choć błyszczące, nie dzi­ałają zbyt dobrze. Nigdy nie jechała aus­tinem po ciemku.

Po dziesię­ciu godz­in­ach męczącej jazdy w końcu minęli znak wioski, której szukali.

Flora się oży­wiła.

– Tre­leg­gan – przeczytała, os­łaniając oczy przed zachodzącym słońcem. – Nazywa się Tre­leg­gan.

– A teraz do Domu w Pier­wiosnkach.

– Brzmi uroczo. Mam nadzieję, że rzeczy­wiście stoi wśród pier­wiosnków.

Kiedy z głównej drogi zjechali w wąską uliczkę i w końcu zatrzymali się przed krytym łup­kiem domkiem, wy­glądało na to, że Florę czeka rozczarow­anie. Fron­towy ogród porastała wysoka trawa i przer­ośn­ięte krzewy, w za­sięgu wzroku nie było ani jed­nego kwi­atu. Przy furtce czekał na nich niski, krępy mężczyzna.

– Nareszcie państwo jesteście – pow­iedział, doskak­ując do nich z drżącymi wąsami i za­kło­potaną miną. – Za­czyn­ałem się martwić. – Lekko za­ru­mi­enione policzki uni­osły się w pow­it­alnym uśmiechu. – Nazy­wam się Gif­ford, Ro­ger Gif­ford.

Jack z tru­dem wyciągnął z sam­ochodu dłu­gie nogi i wysi­adł.

– Jack Car­ring­ton – pow­iedział, poda­jąc mężczyźnie rękę. – A to jest Flora Steele.

Ro­ger wy­glądał na lekko zdezori­entow­anego, a gdy Flora obe­szła sam­ochód, by uś­cis­nąć mu dłoń, ze zdzi­wieniem uniósł brwi.

– Panna Steele jest moją asys­tentką – rzu­cił szybko Jack.

Flora mi­ała nadzieję, że to wyjaśnia rodzaj łączącej ich za­żyłości. Wy­glądało na to, że pan Gif­ford był gotów za­kładać na­jgor­sze. Uważała Jacka za at­rak­cyjnego mężczyznę, był jed­nak od niej o dziesięć lat starszy i stanow­czo unikał ser­cow­ych kom­p­likacji. Ona również ich unikała, bo doświad­czyła, jakie ci­er­pi­enie mogą sprawić. Za bardzo lu­b­iła to­war­zys­two Jacka, za bardzo cen­iła jego przy­jaźń, by ryzykować.

– Są dwie sypi­al­nie? – zapy­tała właś­ciciela domku na wypadek, gdyby miał jeszcze jakieś wąt­pli­wości.

– Oczy­wiście – za­pewnił pos­piesznie. – Przy­po­m­i­nam sobie, że Ar­thur o to dopy­ty­wał.

– Skąd pan zna Ar­thura Bellaby’ego? – Jack wyciągnął wal­izki z bagażnika i postawił je przy furtce.

– Znamy się od dawna – odparł Ro­ger po chwili, nieco uspoko­jony. – W młodości pra­cował dla lon­dyńskiego wydawn­ictwa, które współ­pra­cow­ało z naszym bankiem. Ja szkoliłem się wtedy w stolicy na kas­jera bankowego – wyjaśnił. – Przez lata awansowałem i zostałem kierownikiem. Oczy­wiście nie w Lon­dynie, ale tu, w Korn­walii. W ­Fal­mouth, niedaleko stąd. Na pewno słyszeli państwo o tym mieście. Ja je wezmę.

Z wal­izkami w obu dło­niach Ro­ger ruszył ścieżką do ot­war­tych drzwi domku, a Flora podążyła za nim. Jack zamknął sam­ochód i szedł tuż za nimi, niosąc ukochanego re­m­ing­tona.

– Za­stanawiałem się, czy sobie takiej nie sprawić. – Wyznał Ro­ger, wskazując maszynę do pis­ania, którą tulił Jack. – Ale jestem staro­modnym człow­iekiem pióra. Jeśli chodzi o dom… rozkład jest nieskom­p­likow­any. – Pulchna postać Ro­gera niemal wypełn­iła korytarz. – Dwa pokoje na górze i dwa na dole. Kuch­nia zna­j­duje się po lewej, a salon po prawej. Sypi­al­nie mają ten sam układ, a dzieli je mała łazi­enka. Bardzo mała, ni­estety.

– Na pewno nam wys­tar­czy – uspokoił go Jack. – To domek na wyna­jem?

– Wyna­jmuję go, ale nieczęsto, let­nikom. Oko­lice rzeki Helford są całkiem ładne, zna je pan? – Jack pokrę­cił głową, a wtedy Ro­ger dodał: – Wkrótce się pan przekona. Tre­leg­gan leży nad samą rzeką, a niedaleko jest wiele in­nych wi­osek war­tych odwiedzenia. Jeśli pójdzie się z powro­tem aleją i skręci w lewo na główną drogę, dotrze się do wioski. Jest w niej pub, piekar­nia, sklep spoży­w­czy, który jest też pocztą, no i wiadomo, rzeka. Można wyna­jąć łódź i miło spędzić dzień.

Małym palcem wygładził szcze­cinę wąsów. Flora za­uważyła, że z jed­nej strony były przy­cięte zbyt krótko, przez co sprawiały, że twarz Ro­gera wy­glądała na lekko skrzy­wioną, jakby trwał w nieus­tannym zdzi­wieniu.

– Przyjeżdżają tutaj głównie przy­ja­ciele lub przy­ja­ciele przy­ja­ciół. Ar­thur zatrzymał się w domku kilka razy. Poza tym Pier­wiosnki są tylko moje.

– Pan tu mieszka? – Flora poczuła się nies­wojo. Na­jwyraźniej wyrzu­cali tego człow­ieka z jego włas­nego domu.

– Ach, skąd! – Ro­ger pok­le­pał się po pokaźnym brzuchu. – Mam duży dom przy głównej ulicy. River House. Geor­gi­ański, bardzo okazały. Wybór żony, nie mój. Z domku korzys­tam, kiedy prowadzę badania. Mam tu spokój i ciszę i mogę zostawiać papi­ery, gdzie mi się podoba, a Jessie nie będzie się złoś­cić.

– Jessie to pana żona?

Ro­ger prych­nął pod nosem.

– Jessie Bo­l­itho u mnie sprząta. Właś­ciwie jest moją nieofic­jalną gos­posią, ale jej zam­iłow­anie do porządku bywa uciążliwe. Dlat­ego ta kryjówka jest taka cenna!

– Co pan bada? – Flora odnosiła wrażenie, że chodzi o ważne sprawy.

– Miejscową his­torię, panno Steele. Odkąd przeszedłem na emeryturę, bardzo in­teresuję się na­jbliższą okolicą. Gdy się jest kierownikiem banku, miewa się dość wąską per­spek­tywę, ale od kiedy jestem panem swo­jego czasu, zgłę­biam his­torię Korn­walii, w szczegól­ności tej części hr­abstwa.

– To z pewnoś­cią fascynujące – pow­iedzi­ała, ma­jąc nadzieję, że wkrótce będą mogli nastawić cza­jnik.

Ro­ger Gif­ford ciągnął jed­nak temat, który wyraźnie go pas­jonował.

– Za­cząłem od szlaku hand­lowego na rzece Helford – poin­for­mował z en­tuz­jazmem. – Swego czasu była za­tłoczonym kanałem, choć teraz trudno to sobie wyo­brazić. Później za­jąłem się gór­nict­wem. O tym, że w Korn­walii zaprzest­ano wydoby­cia cyny, bo złoża się wyczer­pały, wszy­scy wiedzą, ale od górników można usłyszeć sza­le­nie in­teresujące opow­ieści. Wiele sobie zan­o­towałem. Przez krótki czas za­j­mowałem się mnichami z okresu śred­niowiecza, choć klaszt­ory nie są moją pasją. Za to fascynuje mnie his­toria wojsko­wości, pełn­iłem za­szczytną funk­cję kapitana miejscowej jed­nostki Gwardii Kra­jowej.

Flora doszła do wniosku, że Ro­ger Gif­ford jest nieco pom­patyczny, było to jed­nak dość za­bawne, a nie odpychające.

– Mnie ten temat pas­jonuje! – ciągnął. – Proszę się nie martwić, moje papierzyska nie zagracają domku, wyniosłem je na czas państwa po­bytu, za­wsze tak robię, gdy mam gości, dz­ięki temu nie przeszkadzają mi w ak­tu­al­nych docieka­niach. I nie przeszkadza mi Jessie. Poprosiłem ją, żeby wpadała codzi­en­nie pos­przątać i zrobić po­trzebne za­k­upy.

– To bardzo miłe z pana strony. – Flora czuła wdz­ięczność. Wy­glądało na to, że będzie zwolniona z więk­szości codzi­en­nych obowiązków.

– Też coś! Przyjem­nie mi was goś­cić w Tre­leg­gan. Kiedy już się zado­mow­icie, mu­sicie wpaść na her­b­atę do River ­House. Za­dz­wonię. Tym­cza­sem cieszcie się domkiem i ogro­dem. To lekkie pustkowie, ale przy dobrej po­godzie miło tu sobie posiedzieć.

– Więc miejmy nadzieję, że słońce nas nie op­uści – odparła Flora.

Ogród mógł być miejscem re­laksu, ale także nowym wyzwaniem. Jeśli postępy Jacka w pracy nad nową książką okażą się prob­lem­atyczne, będzie mi­ała mnóstwo czasu dla siebie.

Wiado­mość od Merryn

Drogi Czytel­niku,

chciałabym Ci ogrom­nie podz­iękować za przeczytanie Morderstwa o por­anku. Jeśli książka Ci się podobała i chcesz na bieżąco dowiady­wać się o kole­j­nych tom­ach, za­rejestruj się pod pon­iższym linkiem. Twój adres e-mail nie będzie nikomu udostępni­any, w każdej chwili możesz zrezygnować z sub­skryp­cji.

www.bookou­ture.com/merryn-alling­ham

Lata 50. to fascynujący okres – wydaje się, że wszy­scy przestrzegają norm, a jed­nak nie brak­uje w nim burz, nawet na połud­niu Anglii! To piękna część świ­ata i mam nadzieję, że przy­gody Flory i Jacka Ci się spodobały. Jeśli tak, możesz śledzić ich wcześniejsze losy w Morderstwie w księgarni i Morderstwie w zi­mowy dzień. Jeżeli podobało Ci się Morderstwo opor­anku,chciałabym Cię prosić o kró­ciutką re­cenzję. In­form­acja zwrotna jest czymś bardzo po­trzebnym, po­może nowym czytel­nikom odkryć jedną z moich książek. Odezwij się do mnie poprzez pro­fil na Face­booku, na Twit­terze, Good­reads albo poprzez moją stronę in­ter­netową.

Dz­iękuję za lekturę,

Merryn

www.merry­n­alling­ham.com

face­book.com/Merry­n­Writes

twit­ter.com/merry­n­write

Spis rozdzi­ałów

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

Wiado­mość od Merryn

Ori­gin­ally pub­lished un­der the title Murder at Prim­rose Cot­tage

Copy­right © 2022 Merryn Alling­ham

All rights re­served

Pub­lished in Great Bri­tain in 2022 by Bookou­ture, an im­print of Story­fire Ltd.

Copy­right for this edi­tion © Wydawn­ictwo WAM, 2024

Opieka redak­cyjna: Ag­nieszka Ćwieląg-Piec­ulewicz

Redak­cja: Anna Śledzikowska

Korekta: Maria Armatowa, Kam­ila Ślusarz

Pro­jekt okładki: Ania Jam­róz

Skład: Lucyna Ster­czewska

ePub e-ISBN: 978-83-277-4210-0

Mobi e-ISBN: 978-83-277-4211-7

MANDO

ul. Ko­per­nika 26 • 31-501 Kraków

tel. 12 62 93 200

www.wydawn­ict­wo­mando.pl

DZIAŁ HAND­LOWY

tel. 12 62 93 254-255 • faks 12 62 93 496

e-mail: han­del@wydawn­ict­wo­mando.pl

Druk i oprawa: POZKAL • Inowrocław

Pub­likację wydrukow­ano na papierze Creamy 70 g vol. 2.0 dostar­czonym przez ZING Sp. z o.o.