Awers - Adrian Bednarek, Ryszard Ćwirlej, Hanna Greń - ebook

Opis

Dwunastka czołowych polskich autorów kryminalnych.

Dwanaście miejsc, w których króluje zbrodnia.

Idealne życie jest ułudą, a najpodlejsze czyny stają się udziałem nawet najlepszych z nas. Miejski krajobraz często przeobraża się w teatr niewyobrażalnych zbrodni, a ulice polskich miast spływają krwią częściej, niż ktokolwiek chciałby przyznać. Sprawiedliwość nie zawsze triumfuje i niekiedy to zło ma ostatnie słowo.

Awers” to brawurowa wyprawa w głąb bezlitosnej miejskiej dżungli. To uważne spojrzenie na otaczający nas świat, w którym nie brak złowieszczych detali. Pełen niewyjaśnionych zbrodni i niesamowitych historii, niemal pulsujących od zawartego w nich zła.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 452

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (165 ocen)
59
67
33
4
2
Sortuj według:
tomaszp84
(edytowany)

Dobrze spędzony czas

Fajne historie, ale szczególnie podobały mi się trzy : Bednarek, Rogala, Żarski
00

Popularność




 

 

 

Adrian Bednarek

NIEZNAJOMA

 

 

 

 

 

 

 

 

– Może pojedziemy gdzieś, gdzie nikt nas nie będzie widział? – Pytanie zadane przez ciemnowłosą piękność wisiało nad nimi od chwili, w której przysiadła się do jego stolika.

Czterdzieści minut wcześniej Damian skończył pracę. Osiem godzin obsługiwania klientów banku dało w kość. Jak zwykle w piątek nie spieszyło mu się do przepłaconego mieszkania z prestiżowym widokiem na Kaufland i McDonalda. Tam czekała żona, dwójka małych dzieci, a w pakiecie kolejna harówka. Kąpanie, czytanie bajek, usypianie i pewnie jakieś sprzątanie. Nie tak miało to wyglądać osiem lat po ślubie. Miał być awans, własny dom, służbowy samochód i święty spokój.

Codzienność była męcząca, a gorący częstochowski wieczór zachęcał, żeby choć trochę pokręcić się po mieście. Postanowił, że zanim wsiądzie w autobus, który przetransportuje go wprost do weekendowej monotonii, zje chociaż dobrego hamburgera i poprawigo piwem. Z takim założeniem przekroczył próg Fabryki Częstochowa. Miał fart. Lokal pękał w szwach, ale kiedy wszedł, czteroosobowa rodzina właśnie zwalniała stolik.

Ciemnowłosa piękność pojawiła się kilka minut po tym, jak złożył zamówienie. Była młodsza od niego. Dzięki dziewczęcym rysom twarzy i lekko zadartemu nosowi trudno było dokładnie określić jej wiek, ale na pewno nie przekroczyła trzydziestki. Niemal sklejone ze skórą dżinsy podkreślały szczupłe biodra, luźna koszula w kratkę rozpięta pod szyją maskowała piersi, niebezpiecznie pobudzając wyobraźnię. Idealnie proste włosy kończyły się pod łopatkami, grzywka opadała na czoło. Najbardziej urzekło go jej spojrzenie. Kiedy pytała, czy może się dosiąść, jasnozielone oczy, przypominające barwą młode liście, zaczęły go hipnotyzować. Nie potrafił odmówić, zgodził się odruchowo.

Dziewczyna usiadła po drugiej stronie stolika. Powiedziała, że ma na imię Patrycja. Cały czas patrzyła mu prosto w oczy, zdawała się w ogóle nie mrugać. Najpierw oboje ponarzekali na to, jak ciężko znaleźć miejsce w tej knajpie, potem ona napomknęła, że jest projektantką wnętrz i właśnie wraca ze spotkania z wyjątkowo irytującym klientem, któremu nic nie pasuje. On opowiedział o banku i skali ludzkiej upierdliwości wykraczającej poza wszelkie standardy. Śmiała się do rozpuku, słuchając jego drwin na temat kolejnych oszołomów z wygórowanym mniemaniem o sobie.

Damian szybko przestał myśleć o żonie, dzieciach i codzienności. Przecież nie robił nic złego. To miała być odskocznia, wspólny posiłek, krótka rozmowa podbudowująca ego trzydziestopięciolatka. Nic więcej. Nakręci się, złapie pozytywne wibracje, a gdy Karolina i dzieci będą spać, ulży sobie pod prysznicem. Ciemnowłosa piękność pozostanie miłym wspomnieniem, skonsumuje ją w wyobraźni. Tak to miało wyglądać – do chwili, w której złożyła swoją propozycję.

– Twój mąż nie będzie miał nic przeciwko? – spytał zamiast odmówić.

Od lat nie siedział sam na sam z piękną nieznajomą. Zdążył zapomnieć, jakie emocje wywołuje takie zbliżenie. Kiedyś był niezłym graczem, tylko młodość zmieniła go przedwcześnie. Trawiło go poczucie winy, zamknął się w sobie i dobrowolnie stronił od kontaktów z dziewczynami. Później, gdy już się otrząsnął, poznał Karolinę i zaangażował się w związek, który przypominał mu, jak spokojne i niegroźne potrafi być życie.

Ale ta ciemnowłosa piękność złożyła mu konkretną propozycję. I to taką, jakie zdarzają się zwykle w fantazjach i z rzeczywistością mają niewiele wspólnego. Damian musiał poluzować krawat, na koszuli pojawiły się pierwsze krople potu.

– Ups, masz rację. – Dziewczyna pogłaskała złotą obrączkę na palcu. – Nie powinnam… – Przygryzła wargę i polizała ją, jakby chciała ukoić ból zadany przez zęby. – To idiotyczne. Nie wiem, co mnie napadło. – Odwróciła się w stronę okna, lekko zawstydzona.

– Wcale nie idiotyczne. – Słowa zachęty same wyskoczyły mu z ust. Bał się, ale przeczuwał, że podobna sytuacja nie powtórzy mu się już nigdy w życiu. – Potrafiłabyś przejść nad tym do porządku dziennego? Żadnych wyrzutów sumienia?

– Myślę, że dałabym radę. – Wzruszyła ramionami. –Nigdy nie sprawdzałam, dzisiaj też nie zamierzałam. Miałam po prostu ochotę na coś pysznego. Ale do diabła! –Spojrzała mu w oczy, jej słodki głos wszedł na wyższy ton. – Od czterech lat taplam się w całkiem udanym związku, tylko ta monotonia jest zamulająca. Brakuje iskry, elementu zaskoczenia, czegoś innego. Czasami jest tak nudno, że aż boli. Spontan z nieznajomym mógłby być świetnym wspomnieniem na gorsze dni. – Przyłożyła dłoń do ust. – Sorki, sama nie wierzę, że to mówię.

– Doskonale cię rozumiem. – Damian czuł, że jeśli odpuści, wyjdzie w jej oczach na przeciętnego faceta z równie przeciętną posadką, który nie ma odwagi wziąć spraw w swoje ręce. Dokładnie takiego, jakim był przez większą część swojego życia. – Dokąd chciałabyś pójść?

Świadomość, że Patrycja jest mężatką, w dziwny sposób dodawała mu animuszu. Partner w zbrodni wszystko ułatwia. Oboje popełniają przestępstwo, są współwinni, więc jedno będzie kryło drugie. Zabawią się, odnajdą ugaszoną iskrę, przeżyją przygodę, a potem wrócą grzecznie do swych rodzin. Pozostaną w swojej pamięci. Jednorazowy skok w bok. Marzenie większości dorosłych ludzi.

– Na pewno nie do mojego domu – parsknęła śmiechem.

Damian pomyślał o tym, że nie zabrałby tej dziewczyny do dwugwiazdkowej speluny. Byłoby to zbyt uwłaczające. Do Patrycji pasowałby hotel Mercure, ewentualnie Grand albo Ibis, ale na takie przybytki brakowało mu forsy. Akurat kończył się miesiąc i zawsze był wtedy spłukany, a rodzinne wydatki rosły proporcjonalnie do kurczących się zasobów.

– U mnie też nie da rady – powiedział, żeby zagrać na czas i pomyśleć nad alternatywnym rozwiązaniem.

– Moi rodzice wyjechali na wakacje – słowa Patrycji były niczym najpiękniejsza muzyka. – Możemy pojechać do nich, zupełnie jak za starych, dobrych czasów. – Puściła mu oko.

Coraz bardziej się pocił, ręce zaczynały mu drżeć. Czuł się podobnie, gdy po raz pierwszy rzucił fajki i po kilku dniach walki z myślami zdecydował, że jednak kupi paczkę.

– Nie będziesz miała problemów? – musiał zapytać.

Nic o niej nie wiedział, nie miał pojęcia, kim jest jej mąż. To mógł być kafar z siłowni ogarnięty manią zazdrości albo jakiś psychol kontrolujący każdy jej ruch. Później ścigałby Damiana lub, co gorsza, powiedziałby o wszystkim Karolinie, niszcząc ich małżeństwo.

– Skąd! – Machnęła ręką. – Mój mąż jest początkującym architektem. Trafiła mu się niezła fucha. Już rano odgrażał się, że nic nie odklei go dzisiaj od kompa. Ja mogę mieć jeszcze jedno nieplanowane spotkanie z klientem. –Chwyciła go za dłoń. Jej skóra parzyła, ale w przyjemny sposób, jak promienie letniego słońca. – A ty unikniesz konsekwencji?

– Coś wymyślę.

Wystarczyło napisać Karolinie SMS-a i wytłumaczyć, że musi zostać w biurze. Powiedzieć, że dostali cynk o niespodziewanym nalocie z centrali, który szykuje się w poniedziałek, i razem z pozostałymi kasjerami muszą się przygotować. Wróci trzeźwy, co będzie stanowić bezsprzeczny dowód na jego prawdomówność. Potrzebował chwili zapomnienia. Od wielu lat dusił się w swoim życiu, a Patrycja była jak tlen.

– Lubię u mężczyzn takie zdecydowanie. – Na nodze poczuł jej stopę. Przejechała nią wzdłuż jego kości piszczelowej. Była zbyt śmiała jak na kogoś, kto nigdy nie wywinął podobnego numeru, a Damian zbyt napalony, żeby wnikać w szczegóły.

– Naprawdę to zrobimy? – spytał, jakby ciągle nie mógł uwierzyć. – Wyjdziemy stąd i…?

Pokiwała głową, mocniej zaciskając palce na jego dłoni.

 

 

***

 

Dwadzieścia minut później Patrycja zaparkowała wysłużonego fiata punto pod starym domem na ulicy Czarneckiego. Ślepa uliczka granicząca z czteropasmową Jana Pawła. Blisko miasta, nieśmiały zalążek centrum, a jednak bardzo dyskretnie.

– Otworzysz bramę? – spytała. – Nie chcę afiszować się przed sąsiadami swoim przyjazdem.

Damian niechętnie zdjął rękę z jej uda. Dotykali się przez całą drogę. Był nakręcony jak dzieciak w lunaparku. Wszystko układało się znakomicie, nawet Karolina połknęła haczyk i życzyła mu owocnej pracy. Dla uzyskania lepszego efektu zapewnił ją, że jutro cały dzień poświęci na prace domowe. Ale teraz miał już o tym nie myśleć. Nie liczył się niewierny mąż, którym się stawał. Liczyła się tylko niewierna żona, która wysiadła z samochodu.

– Zapraszam – powiedziała, uporawszy się z zamkiem w drzwiach.

Na pierwszy rzut oka dom robił kiepskie wrażenie. Piętrowa rudera wyglądała tak, jakby lada dzień miała się rozsypać. W środku cuchnęło lekami, stęchlizną oraz jodyną. Zapach kojarzący się z dziadkiem i babcią przypominał, że nic nigdy nie jest w pełni doskonałe. Ale zgrabna pupa Patrycji przeczyła tej teorii. Patrząc na nią, Damian zapomniał o wszelkich blokadach. Rzucił się na dziewczynę, gdy tylko minęli przedpokój. Przywarł do jej pleców, dłonie zacisnął na biodrach, usta wbił w szyję. Smak obcej kobiety odurzał jak wódka.

– Chcesz zobaczyć mój dawny pokój? – Patrycja sprytnym ruchem wywinęła się z jego objęć. – Rodzice ciągle nie wyrzucili łóżka.

Nie chciał, nie interesowało go zwiedzanie pokoi. Nie potrzebował łóżka. Chciał mieć Patrycję tu i teraz, opartą o starą boazerię w korytarzu.

– Jasne. – Mimo wszystko Damian panował nad sobą. Nie chciał wyjść na nachalnego, wolał dostosować się do jej reguł.

Chwyciła go za rękę i poprowadziła na górę. Piętro też było zniszczone i zaniedbane. Odpadające klepki od parkietu, brudne ściany, a na nich jakieś czarno-białe zdjęcia ślubne z bardzo dawnych czasów.

– Ten. – Wskazała zamknięte drzwi, przed którymi stała masywna komoda.

Puściła go, sugerując, żeby szedł przodem. Damian szarpnął za klamkę, wszedł do środka i zapalił światło. Nieduże łóżko stało w centralnym punkcie pokoju, zaścielone jakąś wiekową kapą. Na nim leżały dwie duże ramki ze zdjęciami. Podniecenie momentalnie uciekło, zastąpił je lodowaty dreszcz.

Damian znał postać ze zdjęć.

Chciał jakoś zareagować, spytać Patrycję, o co chodzi, skąd wzięła te fotki. Nie zdążył, bo potworny ból zawładnął jego szyją. Ostrza wbijały się w nią jedno za drugim jak szpony dzikiego zwierzęcia. Próbował je zrzucić, ale trwale zatrzasnęły się na jego szyi. Ciągle mógł oddychać, choć z każdym jego ruchem ostrza przecinały kolejne mięśnie, tkanki i żyły.

– Podoba ci się obroża? – głos Patrycji się zmienił. Nie brzmiała już słodko i zalotnie. Przepełniała ją pogarda. –Sama zaprojektowałam. – Weszła do pokoju, usiadła na łóżku.

Damian bezradnie wyciągnął ręce w jej kierunku. W uszach mu zagwizdało, krew podeszła do gardła. Upadł na kolana.

– Kawałek skóry i szkło z rozbitej butelki. – Patrycja postawiła ramkę na podłodze. – Plus oczywiście zapięcie.

W końcu domyślił się, kim ona jest. Chciał jej powiedzieć, że to nie jego wina, że byli dzieciakami, a on nie miał na to żadnego wpływu. Zamiast słów z jego ust wydobył się charkot. Cały czas szarpał się z obrożą. Pragnął tlenu, a tlen się kończył. Obraz przed oczami zrobił się zamazany, zasłaniała go krwista kurtyna.

Czuł, że umiera.

– Dobranoc, Damianku, pozdrów ją ode mnie. – Patrycja chwyciła jego dłonie i docisnęła do obroży. Kawałek szkła przeciął tętnicę.

Ostatnie, co zobaczył, to dziewczyna na zdjęciu.

 

 

Myślała, że będzie odczuwać wstręt, przerażenie albo chociaż wyrzuty sumienia. Dotąd nigdy nikomu nie zrobiła krzywdy. Wizja zabójstwa dojrzewała w niej długo. Męczyła się latami, aż w końcu zrozumiała, że musi stanąć twarzą w twarz ze swoim lękiem i usunąć go na zawsze. Wtedy wreszcie przestanie ją boleć. Siedząc na łóżku przy zwłokach, czuła tylko czystą satysfakcję. Naprawdę było jej lepiej. Ból nieco zelżał.

Wcześniej, zanim przyprowadziła Damiana, wiele razy testowała swój atak. Wyobrażała sobie, jak on wchodzi do pokoju; ramki ze zdjęciami ustawiła celowo, miały uświadomić mu, czemu umiera. Potrzebowała też kilkunastu sekund jego dezorientacji, żeby wyciągnąć obrożę z komody i zatrzasnąć mu ją na szyi. Treningi były proste, ćwiczyła na manekinie pożyczonym ze sklepu, w którym na co dzień pracowała.

Gdy wszedł do domu, obleciał ją strach, ale szybko wzięła się w garść. Myślenie o przeszłości dodało jej sił. Przypomniała sobie tamte dni. Tragiczna wiadomość, potem kolejna. Burza myśli w głowie, chęć złamania przysięgi, sztuczne łzy Damiana na pogrzebie, gdy stał nad trumną, jakby naprawdę to wszystko stało się nie z jego winy.

Tygodnie głodówki, które spędziła bez celu na łóżku, rozmawiając z duchem, klinika, domowe kłótnie, wzajemne obwinianie się i rozwód rodziców, który miał przynieść ulgę, a w rzeczywistości zniszczył jej okres dorastania.

Przeżyty mrok stanowił silny motywator.

Zachęcał do popełnienia zbrodni.

– Wyobraź sobie, co poczuje twoja żona, kiedy nie wrócisz dziś z pracy. Nie wrócisz też jutro, pojutrze, za tydzień ani za miesiąc. Do końca życia będzie się z tym męczyć – powiedziała do zwłok. – I dobrze, idiotka nie ma pojęcia, z jakim bydlęciem się hajtnęła.

Umierając, Damian zachlapał cały pokój krwią, ale nie martwiła się tym. Państwo Ociepa, małżeństwo emerytów, do których należał dom, wracali z sanatorium dopiero w przyszłym tygodniu. Znali ją od dziecka, opiekowała się domem podczas ich wyjazdu. Będzie miała czas, żeby posprzątać.

– Wiesz, byłeś łatwiejszy, niż przypuszczałam. – Kucnęła nad trupem i zaczęła ciągnąć go na drugą stronę pokoju.

Myślała, że uwiedzenie żonatego, tak akuratnego, wstrzemięźliwego i wystraszonego faceta jak Damian nie będzie proste. Dlatego założyła obrączkę. Złoty symbol przynależności miał sprawić, że on poczuje się pewniej. Resztę zrobił jej strój, wygląd i spojrzenie. Lokalizację wybrała nieprzypadkowo. Wiedziała, że jak co piątek Damian pokręci się po mieście i pójdzie do Fabryki wchłonąć hamburgera. Przez ostatni miesiąc regularnie obserwowała jego wyjścia z pracy. Kilka razy dosiadała się

do żonatych facetów w innych knajpach, testując swoją umiejętność podrywu.

– Co za tempo – stwierdziła, z dumą patrząc na ścienny zegar. Wskazywał kwadrans po dziewiętnastej. Do Damiana dosiadła się zaledwie dwie godziny wcześniej. – Szybko mi z tobą poszło.

Załatwienie Damiana sprawiło jej niemałą satysfakcję, ale nie mogła spocząć na laurach. Noc dopiero się zaczynała, a ból jeszcze nie zniknął.

– Zaraz będziesz miał towarzystwo – jeszcze raz zwróciła się do trupa, kiedy przeszukiwała mu marynarkę.

Szybko zlokalizowała telefon. Położyła go na podłodze, spod łóżka wyjęła tłuczek do mięsa, który schowała tam na wszelki wypadek. Kilka szybkich uderzeń i delikatny jak bombka choinkowa iPhone rozpadł się na kawałki. Potem wyciągnęła kartę SIM, połamała ją i wywaliła do worka na śmieci. Nie martwiła się tym, że policja namierzy sygnał logowania do sieci. W aucie miała włączony zagłuszacz sieci GSM i sygnału GPS. Damian był tak pochłonięty wspólnym macankiem, że ani razu nie sięgnął po komórkę. Ostatni cyfrowy ślad zostawił w Alejach, kiedy pisał SMS-a do żony.

Zniszczywszy smartfon, poszła do łazienki. Stojąc przed lustrem, odpięła perukę. Zmyła makijaż, który zmienił kontury jej twarzy. Godzinami uczyła się go nakładać. Obejrzała chyba wszystkie filmy instruktażowe na YouTube. Podkład, korektor, rozświetlacz i bronzer spłynęły do umywalki. Dżinsy, w których czuła się jak otoczona dodatkową, ciaśniejszą skórą, wylądowały na podłodze. Podobnie stanik powiększający biust. Była sobą i w niczym nie przypominała już ciemnowłosej piękności.

Fryzurę miała w stylu wojskowym, ciało żylaste, lekko umięśnione, twarz chudą i kościstą. Opryszczka nie zniknęła z policzków od czasów dzieciństwa. Efekt wielu lat stresu. Wyglądała przeciętnie i była tego świadoma. Wiedziała, że policja trafi do Fabryki, to będzie ich ostatni trop w sprawie zaginięcia Damiana. Będą szukać zjawiskowej brunetki, która nie istnieje.

– Ty wolisz blondynki – wskazała palcem wydrukowane zdjęcie niebrzydkiego mężczyzny wetknięte za ramę lustra. – Teoretycznie powinno pójść łatwiej. – Sięgnęła do torby, w której trzymała akcesoria niezbędne do przygotowania kolejnego wcielenia na dzisiejszą noc.

 

 

Dochodziła dwudziesta pierwsza, ostatnie promienie słońca nagrzewały La Playę. Restauracja połączona z barem po zmroku zmieniającym się w dyskotekę, zlokalizowana przy zbiorniku wodnym otoczonym piaszczystą plażą, od pewnego czasu była nieformalnym centrum rozrywki. Plaża w środku miasta przyciągała tłumy. Godzina zmierzchu była przejściowa. Rodziny z dziećmi, starsze małżeństwa, rowerzyści pragnący zrelaksować się przy zimnym piwku powoli ustępowali miejsca młodzieży skuszonej intymnością terenów zielonych, gościom restauracji i imprezowiczom otwierającym nocną zmianę baru. W tej przedziwnej mieszance ludzkich ciał świeżo upieczona morderczyni czuła się pewnie.

Wysmarowane kremem brązującym nogi, których najciekawsze fragmenty skryła pod dżinsową spódnicą, przyciągały wzrok. Podobnie jasna koszulka na ramiączkach z wyeksponowanym dekoltem. Stanik push-up robił robotę, ale i tak najlepiej prezentowały się włosy. Jasne kręcone loki unosiły się pod wpływem ciepłego wiatru. Peruka kosztowała majątek. Makijaż znów zmienił jej twarz – była ciemniejsza niż poprzednio, bardziej wyrazista; usta podkreśliła różową szminką. Typ podmiejskiej solary i strój łatwej niuni. Jej drugi cel gustował w niewymagających dziewczynach.

Dawid Piasecki był młodszym o trzy lata bratem Damiana. Zachowywał się zupełnie inaczej, jakby rzeczy, które zrobił za młodu, nigdy go nie opuściły, jedynie utrwaliły ówczesny system wartości.

Przychodził na La Playę w każdy weekend, gdy kończył pracę w warsztacie samochodowym. Przepijał tu większość pensji, śliniąc się do najbardziej zdzirowato wyglądających lasek. Zawsze towarzyszyło mu kilku kumpli. Wszyscy ładowali do późnej nocy lub do momentu, w którym wódka odcinała im prąd.

Dziś na drodze Dawida stanęła blondwłosa piękność.

– Cześć, jestem Agnieszka – rzuciła bez cienia skrępowania, gdy składał swoje zamówienie przy barze.

Łypnął na nią podejrzliwie. Mimo rozrywkowego stylu życia wyglądał lepiej niż brat. Damian miał wyraźny zarys rosnącego brzucha, na siłę napompowane łapy i przerzedzone włosy. Z kolei Dawid był trochę wyższy, lekko dopakowany, a jego gęste włosy ciekawie łączyły się z mętnym spojrzeniem czarnych oczu. W innych warunkach mogłaby go uznać za przystojnego.

– Agnieszka, co tutaj nie mieszka? – wybełkotał chłopak, odbierając szklankę czystej i puszkę red bulla. Zdecydowanie nie był już trzeźwy. – Fajne imię, fajna piosenka. Trzymaj się. – Nie zamierzał wdawać się w dyskusje, co bardzo ją zdziwiło.

– Postawisz mi drinka? – rzuciła desperacko, kompletnie zdezorientowana.

– A co ja jestem, knajpa all inclusive? Sama sobie postaw!

– Myślałam, że napijemy się, potem skoczymy do mnie… – Czując, że grunt pali jej się pod nogami, uderzyła prosto z mostu.

– Pewnie, obudzę się, ty będziesz z tatą, a za nim prokurator! – zarechotał.

– Wyglądam aż tak młodo? – Trudno było w to uwierzyć. Miała dwadzieścia sześć lat, a makijaż, choć dodawał urody, ewidentnie ją postarzał.

– Fakt. – Dawid umoczył usta w wódce, nawet się przy tym nie krzywiąc. – No to rano przyjdzie dwóch ruskich z wystawionym rachunkiem. Nie, dzięki. Kłopotów mam pod dostatkiem.

– Jesteś bezczelny – odparowała, nie wiedząc, co powiedzieć.

– Wcale nie, jestem tylko szczery. Na razie!

Liczyła, że zgarnie go do siebie w mniej niż dziesięć minut. Tymczasem najwyraźniej czekała ją ciężka przeprawa.

Plan się sypał, a czas płynął nieubłaganie. Morderczyni musiała improwizować. Dawid okupował stolik blisko parkietu, razem z kumplami opróżniali kolejne drinki. Postawiła na wzbudzenie w nim zazdrości. Podrywała najciekawiej wyglądających typów, tańczyła z nimi najbliżej wiadomego stolika, uśmiechała się do nich promiennie, przytulała, czasami wsuwała im ręce pod koszulki albo dawała się macać po tyłku. Nigdy czegoś takiego nie robiła, ale było to zaskakująco łatwe. Szybko stała się obiektem pożądania większości mężczyzn bawiących się w dyskotekowej części La Playi. Każdemu dziękowała po kilku wspólnych tańcach.

W trakcie przedstawienia Dawid zaczął się na nią gapić. Zdał sobie sprawę, że gdyby jej nie odmówił, byłby teraz królem lokalu, najważniejszym samcem w stadzie. W końcu to ona do niego podeszła, wybrała go, a on ją olał. A teraz przepijał porażkę kolejnymi drinkami, zbierał się na odwagę albo układał odpowiednią gadkę i w końcu ruszył do boju.

– Wiesz co, głupio się zachowałem – o wiele bardziej pijany zagadał do niej, kiedy zamawiała wodę przy barze. –Dużo kręci się tu podejrzanych lasek. Jestem nieufny, swoje przeszedłem. Źle cię oceniłem, więc się kajam. – Ukłonił się jak aktor po odegraniu sztuki w teatrze. – Dasz mi szansę, żebym się zrehabilitował?

W odpowiedzi zaszczyciła go przenikliwym spojrzeniem jaskrawozielonych oczu.

Dalej wszystko potoczyło się według planu. Wsadziła zataczającego się Dawida do samochodu, zagłuszyła sieć i opuścili La Playę, udając się na Czarneckiego. Chłopak ledwie dał radę otworzyć jej bramę. Był totalnie zalany, całą drogę przepraszał ją za wcześniejsze zachowanie i mówił, że zajebiście wygląda w spódniczce. Chciał zatrzymać się na stacji po szampana, ale powiedziała, że ma w domu butelkę. Auto należało do małżeństwa emerytów, praktycznie go nie używali, ona zawsze parkowała poza zasięgiem kamer, wizyta na stacji oznaczałaby wyrok.

W przeciwieństwie do brata Dawid nie próbował jej rozebrać od samego wejścia. Ewidentnie nie brakowało mu jednorazowych przygód. Śmiał się, opowiadał jakieś bzdury, wydawało jej się, że bardziej potrzebuje pogadać, niż uprawiać seks. Ochoczo zareagował na propozycję wizyty w jej pokoju.

Kiedy szli po schodach, czas zwolnił. Zabójczyni myślami znów wróciła do tamtych potwornych dni.

 

 

***

 

Miała sześć lat, jej siostra Ania szesnaście. Mieszkały w dziesięciopiętrowym bloku, który kończył ulicę Czarneckiego, trzysta metrów od domu Ociepów. Ona chodziła do zerówki mieszczącej się w podstawówce po drugiej stronie jezdni. Obok znajdowało się technikum, do którego uczęszczała Ania. Czasami starsza siostra odbierała ją ze szkoły.

W Dzień Wagarowicza Ania też odebrała siostrę. Już na pierwszy rzut oka było widać, że jest inna niż zawsze. Trochę przygaszona, jej wzrok zdawał się zagubiony, jakby krążył po zupełnie obcym świecie. Cerę miała bledszą, brzydko pachniała, jak tata w weekendy. Buzia, zwykle radosna, tego dnia przypominała maskę powagi.

Żeby dotrzeć do domu, dziewczyny musiały stanąć na pasach i przejść przez Jana Pawła. Kiedy zbliżyły się do swojego bloku, Ania zaproponowała spacer. Długo szły w milczeniu, młodsza siostra starała się zagadywać, opowiadała o cukierkach, które koleżanka rozdawała na urodziny, i kolejnej nagrodzie za dobre zachowanie.

– Bracia Piaseccy zawsze dostają to, czego chcą – nagle Ania przerwała siostrze wywód.

– Aha… – dziewczynka przytaknęła. Nie miała pojęcia, kim są bracia Piaseccy ani co ich łączy z jej siostrą.

– Posłuchaj, Kasiu, coś ci powiem. – Ania zwróciła się do niej szalenie poważnym tonem. – To będzie nasza tajemnica. Nie zdradzisz jej rodzicom ani swoim koleżankom. – Kucnęła przed siostrą, położyła jej ręce na ramionach. Spojrzenie miała lodowate. – Jesteś wystarczająco dojrzała, żeby pojąć znaczenie siostrzanego sekretu? Zdajesz sobie sprawę, że on nie może opuścić twojej główki, choćby nie wiem co się wydarzyło?

Kasia poczuła się ważna jak nigdy wcześniej. Ania zawsze jej imponowała, młodsza siostra była w nią zapatrzona jak w obrazek. Zawsze były sobie bliskie, bawiły się razem, razem się kąpały, siostra czytała jej bajki na dobranoc. Działo się tak do czasu, aż Ania zaczęła technikum. Teraz coraz częściej znikała z domu, nie dostrzegała młodszej siostry, zbywała ją, żyła swoim życiem.

– Nie powiem nikomu. Zabiorę nasz sekret do grobu. –Kasia użyła słów, które usłyszała w jakimś starym filmie. Zrobiłaby wszystko, żeby odzyskać dawną siostrę.

– Bracia Piaseccy… – zaczęła Ania, ciągle kucając. – Jeden z nich, Damian, chodzi ze mną do klasy. Chyba nawet byłam w nim zakochana. – Jej głos zaczął się łamać, ostatni wyraz zdawał się kłuć w język. – Dzisiaj zaprosił mnie na wagary. Wiesz, co to? – Dziewczynka pokręciła głową. – To znaczy, że nie idziesz na lekcje. Zamiast do szkoły poszliśmy do niego, zaproponował wino, potem… potem go pocałowałam, a potem…

Nagle Ania wybuchnęła płaczem i popędziła przed siebie.

Biegła bez sensu osiedlowymi ulicami, oddalając się od domu, aż w końcu przysiadła na ławce. Zalana łzami, rozedrgana. Młodsza siostra szybko do niej podbiegła. Wtedy Ania, patrząc gdzieś w pustkę przed sobą, kontynuowała opowieść. Opowiedziała o pocałunkach Damiana, o tym, jak włożył jej dłoń pod bluzkę, o ściąganiu ubrań, oporach znikających wraz z kolejnymi łykami wina, o rytuale, który wydawał jej się intymny i miłosny, o wyznaniach jak z książek i o tym, co się stało, gdy w jego mieszkaniu pojawiło się towarzystwo… Podzieliła się swoim wstydem, brudem i słowami, które potem odbijały się echem w głowie dziewczynki przez całe życie. „Bracia Piaseccy zawsze dostają to, czego chcą”.

Dziewczynka była zdecydowanie za młoda, żeby usłyszeć, co siostra ma do powiedzenia. A Ania była zbyt niedojrzała, zbyt przestraszona i zawstydzona, żeby porozmawiać o tym z kimś dorosłym. Ból musiał ją pochłaniać, zżerać jak próchnica, tylko w ekspresowym tempie. Nie wytrzymała napięcia. Następnego dnia, wracając ze szkoły, po kilku godzinach oglądania twarzy Damiana Piaseckiego, rzuciła się pod samochód na Jana Pawła.

Czteropasmówka, duże prędkości. Zginęła na miejscu.

W Dzień Wagarowicza siostra podzieliła się z Kasią wszystkimi szczegółami. Powiedziała, że jeden z krzywdzących ją braci to jeszcze dziecko. Dziecko, które upokorzyło ją najbardziej. Dziecko, które na nią pluło, kopało ją i biło, zafascynowane odkrywaniem „dorosłości”. Dziecko, które teraz pijane otwierało pokój na piętrze w domu Ociepów.

Początkowo zakładała, że załatwi go tak jak Damiana. Wykorzysta element szoku, żeby założyć mu obrożę. Obawiała się konfrontacji z mężczyzną, dlatego atak z zaskoczenia był najlepszy. Ale natłok wspomnień i widok tego skurwiela ledwo trzymającego się na nogach sprawiły, że zapragnęła czegoś innego.

Dawid wszedł do pokoju, bełkocząc coś o suszy w ustach. Ona w tym czasie otworzyła szufladę w komodzie. Obok obroży leżały dwa noże i tasak kuchenny. Przygotowała je na wszelki wypadek, jakby intuicyjnie przewidziała, co zechce zrobić. Wybrała tasak.

– Ooo, sentymentalne focie! – Dawid krzyknął radośnie na widok ramek. Chłopak był tak zamroczony, że nie rozpoznał Ani na zdjęciach. Nie widział też zwłok, bo leżały w dalszej części pomieszczenia przykryte kocem. –Lubię oglądać wspominki, ale moglibyśmy najpierw przepłukać usta?

Zamachnęła się, celując w odcinek szyjny kręgosłupa. W tym samym momencie on potknął się o własne stopy i poleciał na łóżko. Chrupnęła kość. Tasak zamiast w szyi zakotwiczył w barku Dawida Piaseckiego.

– Aaaaa! – Dawid upadł, drąc się wniebogłosy.

Spanikowana Kasia nie wiedziała, co robić. Próbować wyrwać tasak i uderzyć ponownie? Wrócić się do komody po inną broń?

Odpowiedź przyszła sama, bo Piasecki niczym wojownik z gry komputerowej wstał na równe nogi, chwycił za rękojeść tasaka i wyciągnął go z własnego barku. Krew lała się jak z przedziurawionej butelki, ale znieczulony alkoholem mężczyzna zdawał się w ogóle nie czuć bólu.

– Co jest, do kurwy nędzy?! – krzyknął, biorąc zamach na zdezorientowaną dziewczynę.

Odskoczyła w ostatniej chwili. Piasecki zaatakował ponownie. Nad głową Kasi świsnęło ostrze, wylądowała po drugiej stronie pokoju. Tam, gdzie leżał Damian.

– Załatwię cię, ty porąbana suko! – Zbliżał się do niej powoli, przekonany, że panuje nad sytuacją.

Ciągle nie zwracał uwagi na to, że się wykrwawia. Odurzony mózg jeszcze nie działał jak należy, adrenalina dodawała mu kopa. Potrzebował silnego wstrząsu, dlatego zabójczyni pociągnęła koc, odsłaniając zwłoki. Manewr zadziałał, bo Piasecki stanął, w bezruchu gapiąc się na trupa.

– Damian? – wymamrotał.

Korzystając z jego szoku, Kasia sięgnęła pod łóżko, gdzie zostawiła tłuczek do mięsa. Z całej siły walnęła Piaseckiego w kolano. Zatoczył się i upadł, puszczając tasak. Był pijany, zaskoczony, a gwałtowna utrata krwi wreszcie zaczynała robić swoje.

– Nie masz pojęcia, kim jestem! – Kasia rzuciła się na niego jak kobra. – Ania Zagórska! Mówi ci coś to nazwisko? – Nie mogła dostać odpowiedzi, bo zadając pytanie, wybiła mu przednie zęby tasakiem. – Dziewczyna twojego brata! – Kolejne uderzenie trafiło w czoło. – Dzień Wagarowicza! Ona i Damian nadzy w waszym pokoju! Twoje wejście w dorosłość! Jebana inicjacja! – Następne ciosy zadawała z jeszcze większą furią. – Zniszczyliście ją, a teraz ja zrobię to samo z wami, podłe skurwysyny!

Każdy cios czynił ją potężniejszą. To było jak balsam na ranę, która pojawiła się na psychice w dniu samobójstwa siostry. Wyrzucała z siebie cały ból, całą frustrację, całą niemoc.

Wspominała walkę z własnym sumieniem. Kierowca, któremu Ania rzuciła się pod koła, został oskarżony o spowodowanie jej śmierci. Jechał za szybko. Tłumaczył się, że nastolatka praktycznie skoczyła mu na maskę. Nie było świadków, nikt w to nie uwierzył, rodzice naciskali, prokurator też. Nikt nie przypuszczał, że Ania mogła mieć jakikolwiek powód, by popełnić samobójstwo. Nikt oprócz Kasi, ale ona milczała. Milczała wtedy, milczała później, gdy podrosła na tyle, by zrozumieć konsekwencje utrzymania siostrzanego sekretu. Kierowca dostał trzy lata, powiesił się po roku. Nie przetrwał więzienia…

– Niech was szlag! – powiedziała, dysząc ze zmęczenia. Makijaż na twarzy mieszał się z gorącą krwią Dawida, jego głowa przypominała pomidora zrzuconego z balkonu na chodnik. Odłożyła tłuczek i poszła do łazienki. Bolało coraz mniej, ale noc się jeszcze nie skończyła.

 

 

Daniel Piasecki był najstarszym z braci. Dobiegał czterdziestki. Według opowieści siostry to on był inicjatorem koszmaru. Tamtego dnia Ania z Damianem zaliczyli swój pierwszy raz. Po wszystkim leżeli nadzy na łóżku, delektując się wspomnieniem chwili.

Damian powiedział, że rodzice są w pracy, starszy brat gdzieś się szlaja, a młodszy poszedł do szkoły. Nie miał pojęcia, że Daniel odebrał trzynastoletniego Dawida, w swoim spaczonym umyśle postanowił wziąć go do domu i z okazji Dnia Wagarowicza pokazać, co to znaczy męskość. Miał na myśli puszkę piwa i film pornograficzny, który chciał puścić zapatrzonemu w niego dzieciakowi. Kiedy wrócili do domu, czekała ich niespodzianka.

Najstarszy z braci bez skrupułów wszedł do pokoju. Widok nagiej Ani mocno go podniecił. Spytał brata, czy może skorzystać. Damian nie umiał mu się przeciwstawić. Nie spojrzał Ani w oczy, gdy ta błagała o pomoc, kiedy Daniel zrzucił pościel i zaczął rozpinać spodnie. Ania chciała uciec, lecz najstarszy z Piaseckich kazał średniemu ją przytrzymać. Damian zrobił to bez wahania, mimo że kilka minut wcześniej wyznawał Ani miłość.

– Chodź tu, młody! – Daniel zawołał Dawida. – Tak wyglądają suki! – Chłopiec obserwował ją z zaciekawieniem. – Nasza męskość daje nam nad nimi przewagę. Musisz być świadomy, że możemy z nimi robić, co chcemy, bo one żyją tylko po to, żeby spełniać nasze zachcianki. – Położył się na Ani, powąchał ją. – Świeżynka, mam rację? – spytał Damiana, który automatycznie potwierdził. – Świetnie, uświadomimy ci, jak to działa. To twój wielki dzień, młody!

W ten sposób rozpoczął się koszmar.

Ania nie pamiętała, ile to trwało, czas zmienił się w nieruchomą przestrzeń wypełnioną cierpieniem. Najstarszy zrobił to raz, w międzyczasie zachęcał najmłodszego, żeby ją dotykał. Potem pozwolił mu spróbować, ale trzynastolatek nie dał rady. Z frustracji zaczął ją bić i poniżać. Kiedy Ania myślała, że koszmar dobiegł końca, Daniel zmusił jej chłopaka, żeby też to zrobił. „Otwierasz i zamykasz”, tak się wyraził. Po wszystkim pozwolił wziąć jej prysznic i puścił ją wolno. Ostrzegł, że jeśli komuś powie, to ją znajdzie i zabije. Potem wyrzucił ją za drzwi jak zgniły owoc, który zaczyna cuchnąć.

Wspomnienia najgorszego fragmentu opowieści siostry sprawiły, że Kasia zaczęła się bać. Daniel Piasecki nie był przeciętnym tatuśkiem ani zapijaczonym ruchaczem z dyskoteki. Ten gość przypominał posąg zła, siły i pewności siebie. Prawie dwa metry wzrostu, włosy ogolone na zapałkę, potężne mięśnie budowane sterydami, mina zakapiora i dzikość w oczach. Na co dzień wynajmował jednoosobową klitkę w wieżowcu na Skośnej, okolicy tak przyjemnej jak borowanie zębów. Uczył krav magi, a po pracy często dobijał mięśnie na osiedlowej siłowni, potem przesiadywał z kilkoma karkami w szemranej spelunie przy alei Pokoju. Takiej, do której nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby wejść. Inicjator braterskiego gwałtu nie sypiał z przypadkowymi panienkami, nie był też w stałym związku. Pewnie dobrowolność go nie kręciła. Kasia w ogóle nie widziała go w towarzystwie żadnych kobiet. Był tylko jeden sposób, żeby zwabić go do auta.

Zaparkowała w autobusowej zatoczce jakieś pięć kilometrów od alei Pokoju. Wyłączyła zagłuszacz, otworzyła Messengera w telefonie najmłodszego z Piaseckich, odnalazła konto najstarszego i zadzwoniła. Wiedziała, że bracia, choć dokonali wspólnego gwałtu, raczej nie trzymają ze sobą. Wszystko wskazywało na to, że wraz z nastaniem dorosłości ich drogi się rozeszły. Mimo to musiała zaryzykować.

– Co jest, do chuja, nie umiesz dzwonić jak człowiek, tylko przez te wynalazki? – przerażająco ostry głos powitał ją po drugiej stronie. W tle słychać było męskie śmiechy. Bar.

– Nie ekscytuj się, koleś. Dawid Piasecki to twój brat? – udało jej się zabrzmieć jak wściekła i poirytowana niunia.

– Co ten ułom znowu odjebał? – spytał po chwili milczenia.

– Przyszedł do mnie nawalony jak petarda, rozwalił telewizor, bo myślał, że to ściana, o którą da się oprzeć, zbełtał się na kanapę i wyszczał na środku pokoju, a teraz śpi sobie, kurwa jedna, a ja nie mam siły wytaszczyć go na ulicę! Znalazłam twój profil w jego Messie. Masz takie samo nazwisko, więc dzwonię. Są dwie opcje: albo zabierzesz to ścierwo, albo mendy zrobią to za ciebie! – Liczyła, że policja podziała na niego jak płachta na byka.

– Kretyn – warknął do słuchawki. – Nie wzywaj psów i powiedz mi, gdzie jesteś. Postaram się przyjść, ale z buta może mi to trochę zająć.

– To ty powiedz, gdzie jesteś! – krzyknęła. Musiała brzmieć zdecydowanie, jak laska, której facet zrobił imbę na chacie. – Mam auto, już wyjechałam, więc jest też szansa, że udusi się własnymi rzygami, zanim wrócę.

– Sam go zabiję, jak się nie udusi. – To stwierdziwszy, Damian podał adres.

– Jestem za dziesięć minut! – Skończyła połączenie i rozwaliła komórkę. Po drodze zatrzymała się dwa razy. Żeby wyrzucić aparat oraz kartę SIM do różnych studzienek kanalizacyjnych.

Daniela zgarnęła z przystanku autobusowego, w duchu modląc się, żeby nie było tam kamer miejskich. Całą drogę nawijała jak pogrzana, wkręcając sobie, że jest opryskliwą panną, która od czasu do czasu romansowała z jego najmłodszym bratem. Musiała mówić, musiała go zagadywać, by z nudów nie sięgnął po telefon. Zagłuszacz sygnału działał.

Wyglądała zupełnie inaczej niż do tej pory. Założyła obszerny dres, w którym tonęła jej sylwetka. Makijaż był lekki. Maskował krosty, czynił cerę bledszą niż w rzeczywistości. Założyła perukę krótkich, roztrzepanych włosów. Zwykła przeciętniara wyprowadzona z równowagi przez pijanego dupka w środku nocy. Daniel chyba to kupił, bo ochoczo przyłączał się do besztania brata. Obiecywał spuścić mu ostry wpierdol za nękanie jej po nocach. Stwierdził, że więcej tego nie zrobi.

Jebany zbawca kobiet.

Kiedy dotarli pod dom, tak jak pozostali bracia otworzył jej bramę. Powoli wjechała na podjazd. Serce waliło jej jak młot, żołądek się skręcał, ślina w gardle wysychała. Obleciał ją strach, a Daniel Piasecki czekał już pod drzwiami.

Zanim wysiadła z samochodu, sprawdziła swoją broń. Tu nie było mowy o ataku tasakiem czy zakładaniu obroży. Przeciwnik był duży, zły i zawodowo trenował sztuki walki. Kasia musiała uderzyć szybko i skutecznie. Do obu przedramion na elastycznych paskach przyczepiła noże. Schowała je pod bluzą. Liczyła, że widok martwych braci i krwawa sceneria w pokoju choć na chwilę zszokują Daniela. Specjalnie po to ułożyła zwłoki na łóżku. Prawą ręką chciała wbić mu nóż w plecy, gdzieś w okolice kręgosłupa, żeby go osłabić, sprawić, że straci dech w piersiach. Wtedy lewą podźga mu kark albo szyję i dokończy swą zemstę.

Daniel poczekał, aż Kasia otworzy dom, i przepuścił ją w drzwiach. Dziewczyna zaczęła się pocić. Noże uwierały, ostrza kłuły w nadgarstki. Zbliżał się ten moment.

– Tam leży niechluj śmierdzący. – Wskazała palcem piętro. Daniel ani drgnął. Stał w przedpokoju, łypiąc na nią podejrzliwie. – Zabierzesz braciszka?

– To twój dom, prowadź.

Szli po schodach. Ciało przy ciele. Kasia złączyła ręce na brzuchu jak do modlitwy. Wsadziła palce lewej dłoni pod prawy rękaw bluzy. Chwyciła za ostrze, bo rękojeść znajdowała się bliżej łokcia. Przesuwała je między palcami, wyciągając nóż. Dyskretnie i powoli, żeby Daniel niczego nie zauważył. Gdy dotarli na piętro, zdążyła wyjąć połowę noża.

– Tutaj – ledwie mruknęła, bo stres wiązał struny głosowe. – W mojej sypialni.

Świadoma, że Daniel nie wejdzie pierwszy, tylko do końca będzie zgrywał dżentelmena, przygotowała nową taktykę. Wyprzedziła go i otworzyła drzwi, czując na plecach jego wzrok. Wchodząc, wyciągnęła cały nóż. Ściskała go tak mocno, że ostrze przecięło jej skórę.

– Jak capi! Faktycznie się zrzygał! – Daniel nie zauważył zwłok w ciemności.

Kasia stała w progu. Prawą dłoń oparła na włączniku światła. Lewą trzymała nóż w połowie ostrza. Daniel otarł się o jej plecy, przekonany, że wejdą dalej. Kasia nacisnęła guzik na włączniku. Lampa rozbłysła, oświetlając trupy. W tym samym momencie dziewczyna wykonała półobrót, wbiła ostrze w ciało Daniela i od razu skoczyła w głąb pokoju. Piasecki zawył z bólu. Gdy się odwróciła, mogła zobaczyć efekt swojego ataku. Celowała na oślep. Nóż wystawał mu z brzucha, gdzieś w okolicach trzustki.

– O kurwa! – Klęknął, siłując się z nożem. Zamiast na Kasię, patrzył na swoich braci. – Co ty…

Pierwszy cios okazał się skuteczny, ale nie było czasu do stracenia. Ten olbrzym nie wyglądał na pokonanego. Choć przechodził chwilowy kryzys, w każdej chwili mógł ruszyć do ataku. Kasia szybko wyciągnęła drugi nóż i zanim Daniel zdążył oswoić się z widokiem martwych braci, oberwał ponownie. Tym razem dźgnęła go w bark, choć celowała w szyję, lecz zrobił unik. Wyprowadziła szybki cios i znów odskoczyła.

Mocno ściskała rękojeść swojego noża. Za nic nie chciała go wypuścić.

– Czemu?! – Piasecki wyciągnął nóż z brzucha i upadł plecami na dywan.

Nie czekając, co zrobi, Kasia skoczyła na niego. Od razu przyłożyła czubek ostrza do jego gardła.

– Rzuć to, bo cię wypatroszę! – rozkazała.

– Za… co…? – wymamrotał Daniel, unosząc ręce. Kasia usłyszała metaliczny dźwięk. Mężczyzna wypuścił nóż. – Co myśmy ci zrobili?

– Udajesz głupiego? – Miała ochotę sięgnąć po jedno ze zdjęć Ani, które leżały na ciałach jego braci, ale bała się, że wtedy on przejdzie do kontrataku i ją zabije. –Daruj sobie, wiem wszystko.

– Co wiesz…? – Piasecki głośno przełknął ślinę, w jego oczach błyszczał strach. Czuł się bezradny, zupełnie jak kiedyś Ania.

– Ania Zagórska! Dziewczyna Damiana! Ta, którą postanowiłeś zgwałcić razem z braciszkami w Dzień Wagarowicza! – Splunęła mu w twarz. – Ta, która przez was się zabiła! – Jeszcze mocniej docisnęła ostrze. Przecięła skórę na jego szyi. Kapnęła krew. – Jestem jej siostrą, wymierzyłam wam sprawiedliwość.

– My nigdy… Boże, ciebie też w to wciągnęła?

– W co wciągnęła? – spytała, pewna, że Daniel próbuje z nią pogrywać.

Cały czas trzymała ostrze przyciśnięte do jego krtani. Gdyby spróbował czegokolwiek, wykonał jakiś nerwowy ruch, od razu przebiłaby mu szyję.

– W swoje bajeczki o gwałtach… – Głos Piaseckiego zrobił się cięższy. Mówił powoli, głośno oddychał. – Kiedy Damian zaczął się z nią spotykać, wmówiła mu, że ojciec ją molestuje. Kilka razy wypłakiwała mu się na ramieniu, podobno bardzo cierpiała. Damian nie mógł się z tym pogodzić, chciał iść na policję i wtedy Ania powiedziała mu, że to był żart. Zwykła gra, teatralny dramat. Ta dziewczyna była walnięta, uwielbiała być w centrum uwagi. Raz wmówiła swojemu dilerowi, że Damian ją zgwałcił. Tak skutecznie, że gość chciał go pobić. Dopiero wtedy wyznała prawdę.

– Łżesz! Ona nie miała żadnego dilera! – Ręka Kasi zadrżała. Omal nie wypuściła noża.

– Skąd możesz wiedzieć? Ile miałaś wtedy lat? Sześć, siedem? Myślisz, że znałaś swoją siostrę?

Kasia nie odpowiedziała. Patrząc z perspektywy czasu, musiała przyznać, że nastolatki skrywają swoje tajemnice, o których nikt w domu nie ma pojęcia.

– Ania Zagórska od początku mi się nie podobała. Mówiłem Damianowi, że popełnia błąd, spotykając się z tą laską. On był grzeczny i ułożony, ona zwariowana i mroczna. Lubiła łykać ecstasy, eksperymentowała z fetą, ciągle opowiadała te swoje wynaturzone historie. Bałem się, że sprowadzi mojego brata na złą drogę.

– To nieprawda! – krzyknęła Kasia, z trudem powstrzymując płacz. Słowa Piaseckiego były niczym bokserskie ciosy zwiastujące nokaut.

– Pamiętam tamten Dzień Wagarowicza. Wróciłem wcześnie. Ania z Damianem siedzieli w pokoju, jarali fajki, pili wino. Na łóżku znalazłem worek z kolorowymi pigułkami. Wpadłem w szał, wywaliłem ją z domu. Ania odgrażała się, że mnie załatwi. Nie sądziłem, że była do tego stopnia perfidna, żeby wkręcać własną siostrę…Podobno ciągle narzekała, że musi dzielić z tobą pokój. I że wiecznie zawracasz jej tyłek.

– Wcale tak nie było! Ona mnie kochała! Zwierzyła mi się z tajemnicy! – Sama zauważyła, jak desperacko to brzmi. – Przez was się zabiła!

– Zabiła? W dniu śmierci Ani Damian zabrał jej wszystkie dropsy. Strasznie się o to pokłócili, zerwała z nim. Potem sam obwiniał się o to, co się stało. Dziewczyna była na głodzie, myślała tylko o dragach, zagapiła się i wpadła pod samochód. Znasz ekspertyzę z miejsca zdarzenia? Policja uznała jej śmierć za próbę samobójczą czy za wypadek? – Nie odpowiedziała. Walczyła sama ze sobą, za wszelką cenę nie chciała dać się znokautować. – Twoja siostra była patologicznym kłamcą i ćpunką. Pogódź się z tym. A ja nie mogłem jej przelecieć z prostego powodu… – Przerwał, żeby złapać oddech. Pot pokrywał jego czoło, spojrzenie zrobiło się mętne. Zaczynał słabnąć. – Widzisz, nie bardzo kręcą mnie laski.

Wtedy ją olśniło. Przypomniała sobie, że Daniel zawsze przebywał w towarzystwie mężczyzn. W jego szkole uczyli się sami chłopcy, po zajęciach zamiast na miasto chodził na podrzędną siłkę i do jeszcze bardziej podrzędnego baru, w którym siedzieli sami faceci. Wcześniej w ogóle nie zwróciła na to uwagi.

– To nieprawda – próbowała zaprzeczać, nie mogąc pogodzić się z tym, że sens jej życia został wykuty na idiotycznej wkrętce siostry.

– Prawda. Zabiłaś dwóch niewinnych ludzi. Moich braci… – Zacisnął zęby, jakby chciał powstrzymać nadciągające rozklejenie. – Błagam… Zabierz mnie do szpitala. Nic nie zrobiłem tobie ani twojej siostrze. Zeznam, że nie wiedziałaś…

Zamknęła oczy, pomyślała o tamtym dniu. Siostra jej ufała, dlatego podzieliła się swoim sekretem. To nie była wkrętka, tylko prawda. Musiała w to wierzyć. Tylko w ten sposób uda jej się pokonać trawiący ją ból.

Następnie zacisnęła palce na rękojeści noża tak mocno, że paznokcie wbiły jej się w skórę.

Musiała wierzyć swojej siostrze.

 

 

Państwo Ociepa mieli swoją emerytalną pasję. W ogródku, w specjalnie przygotowanej szklarni, hodowali warzywa. Rosły w dwóch rzędach, pomiędzy nimi prowadziła ziemista droga przykryta gumolitem. Wczoraj Kasia zdjęła gumolit i wykopała głęboki dół.

Gdy kończyła zakopywać braci Piaseckich, dochodziło południe.

Kolejne fragmenty człowieczeństwa spadały z niej jak liście z drzew. Czuła się całkowicie odarta z ludzkich emocji.

Zakopując zwłoki, na zawsze pogrzebała słowa Daniela Piaseckiego. Prawda nie miała znaczenia.

Najważniejsze, że po tylu latach wreszcie przestało boleć.

 

 

Ryszard Ćwirlej

NIEBIAŃSKIDOM

 

 

 

 

 

 

 

 

Środa, 24 kwietnia 2019

Godzina 16.10

 

– Teraz zrobimy pani zastrzyk – powiedział mężczyzna ubrany na biało, uśmiechając się przy tym ciepło.

Staruszka szybko pokręciła głową. Otworzyła usta, ale zdołała wydać z siebie tylko krótki, chrapliwy jęk. Uniosła w górę dłoń, jakby chciała się zasłonić przed tym, co miało nastąpić. W jej oczach widać było strach. Naraz ktoś chwycił ją delikatnie za rękę, a potem przykrył ją drugą dłonią. Spojrzała w górę i zobaczyła nad sobą rumianą, okrągłą twarz księdza.

– Nie bój się, córko. Pan jest z tobą.

– Nie… – udało się jej złożyć głoski w słowo, zza którego wyzierało przerażenie.

– Wszyscy kiedyś musimy odejść.

– Nie… proszę… – Z jej oczu popłynęły łzy.

– Droga córko, tak już jest stworzony ten świat, że kiedyś musimy się z nim pożegnać. Za to tam, dokąd pójdziesz, czeka cię życie wieczne, na niebiańskich łąkach będziesz słuchać przez całą wieczność anielskich chórów. I nigdy nie będziesz już musiała myśleć o tym, ile zła i niesprawiedliwości jest na tym świecie, który opuszczasz.

Ksiądz mówił spokojnym, miłym tonem, ale kobieta wcale nie wyglądała na przekonaną. Kręciła nerwowo głową i próbowała się szarpać. Na próżno jednak. Jej nogi i lewa ręka były przypięte pasami do stołu. Prawa była wolna, ale ksiądz znający swoją rolę trzymał ją pewnie i nie pozwalał się wyrwać.

– Zamiast się rzucać, moja droga, powinnaś pomodlić się ze mną o spokój twojej duszy. Musisz się z tym pogodzić. Nic na to nie możemy poradzić. Pan nasz czeka już na ciebie, żeby przytulić cię do swojego serca.

Przerwał na chwilę, by odwrócić się za siebie.

– No dalej, Marcel, ile mam tu jeszcze gadać?

– Już mam wszystko gotowe! – powiedziawszy to, sanitariusz wskazał na strzykawkę wypełnioną jakimś medykamentem. Przycisnął tłoczek i kropla wystrzeliła w górę.

– Nie! – krzyknęła staruszka na widok podchodzącego do niej mężczyzny w białym kitlu. Nie na tyle głośno jednak, by mogło to zaniepokoić kogoś, kto znalazłby się w pobliżu izolatki. Krzyk, mimo że zawierał w sobie wielką dawkę energii zrodzonej z bólu i strachu, był słaby jak całe ciało i duch kobiety.

– Zamknij się, starucho! – warknął medyk.

– Spokojnie, Marcel, nie musisz być niemiły. Naszej drogiej pani Franciszce w końcu należy się odrobina szacunku i spokoju w tej ostatniej drodze.

– O Jezu! Nie, błagam! – jęknęła, gdy poczuła igłę zagłębiającą się w żyle na przedramieniu.

– To już nie potrwa długo, moja droga. Już zbliża się Pan. Pewnie to czujesz, bo twoje mięśnie powoli stają się lekkie i wiotczeją. Jest coraz spokojniej i ciszej. Słyszysz tylko kroki Pana i tę piękną modlitwę. „Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego. Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, orzeźwia moją duszę. Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swoje imię. Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną…”

Gdy skończył, uśmiechnął się, zadowolony, a potem zamknął powieki kobiecie.

– I tak oto, moja droga Franciszko, twoja doczesna droga dobiegła końca.

– I co, już po wszystkim? – zapytał Marcel.

– Exitus.

– Że co?

– Już odeszła.

Marcel sięgnął do kieszeni fartucha, wydobył z niej paczkę papierosów i zapalniczkę. Zapalił.

– Powiedz mi, skąd oni wiedzą?

– Co wiedzą?

– No tak ogólnie, że to już koniec. Oni, kurwa, zawsze to wiedzą.

– O co ci chodzi? O to, że czują nadciągającą śmierć?

– O to, że jak się im podaje ten pavulon, to oni wiedzą, że to już koniec. Widziałem to już nieraz.

Ksiądz wzruszył ramionami i wyciągnął swoje papierosy. Palił znacznie droższe niż Marcel. Ale w końcu to on był tu duchownym, a ten drugi tylko pomocnikiem.

– Nie wiem skąd. Czują chyba jakoś podskórnie. Może jest tak, że śmierć da się wyczuć. Nie wiem. Ale staram się im pomagać, jak widzisz, żeby spokojnie przeszli na drugą stronę, a oni tak kurczowo trzymają się życia. I po co? Przecież nikt ich nie potrzebuje. Robimy im tak naprawdę przysługę. A oni, umierając, pewnie przeklinają mnie w myślach. Ale co zrobić, Marcel, nic na to nie poradzimy. Ludzie nie mają w sobie za grosz zrozumienia dla naszej ciężkiej pracy.

– Ludzie to zasadniczo kurwy są – stwierdził Marcel, zaciągając się papierosem. – Nic im się nie podoba. Ciągle by czegoś chcieli. I jeszcze się wyrywają, zamiast dziękować, że im się ulży w chorobie.

– No właśnie. Masz rację. Ta Franciszka tak się bała, a teraz co?

– Co?

– Chodzi teraz po niebieskich łąkach.

– Czemu niebieskich? – zdziwił się Marcel.

– Tak się mówi. Jest w niebiańskim domu, wolna od trosk.

– No i dobrze. To ja w takim razie mogę już spadać?

– A co się tak spieszysz?

– Jak to co? Dziś Legia gra z Lechem.

– Aha. I kto wygra?

– Jak to kto? Wiadomo, że przetrzepią dupę Pyrlandii.

Ksiądz uśmiechnął się pod nosem. Nie interesowała go piłka nożna. Ale nie był przeciwnikiem sportu. Szlachetna rywalizacja dwóch drużyn była nawet interesująca z punktu widzenia filozoficznego jako odprawiany od zawsze ludzki rytuał, odwieczna walka, zmagania dwóch ścierających się sił, z których jedna poczuje radość zwycięstwa, a druga gorycz porażki. To w zasadzie było nawet podobne do tego, czym się zajmował. Pomagał ludziom, którzy toczyli walkę z własnymi słabościami, nie wiedząc, że i tak są skazani na porażkę. On im pomagał to zrozumieć i zaakceptować. Ale oni najczęściej nie chcieli przyjąć do wiadomości swojej przegranej. Walczyli do końca jak przegrywająca mecz drużyna. Do ostatniej sekundy, do ostatniego gwizdka, do ostatniego tchnienia mieli nadzieję. A on im ją odbierał.

 

 

Sobota, 15 czerwca

Godzina 11.10

 

– Tu babci będzie bardzo dobrze – powiedziała, uśmiechając się ciepło do staruszki.

– A ksiądz to gdzie jest?

– U nas jest nawet dwóch księży – wyjaśniła kobieta cierpliwie.

– Babcia jest, no wie pani…, bardzo przywiązana do Kościoła. – Mężczyzna miał najwyżej trzydzieści lat. Szczupły blondyn w okularach, ubrany w dżinsy, adidasy i koszulkę polo, spoglądał to na babcię, to na siedzącą naprzeciw za pokaźnym biurkiem dyrektorkę. Farbowana blondynka z lekkimi, szarymi odrostami na czubku głowy cały czas się uśmiechała. Choć można było wyczuć, że jest to uśmiech sztuczny, przywołany na twarz na czas rozmowy. Ale młody człowiek nie dostrzegał tego albo nie chciał dostrzec. Wiercił się nerwowo na krześle, co i raz patrząc kątem oka na babcię, która z pochyloną głową wpatrywała się w trzymany w palcach różaniec.

– U nas, drodzy państwo, Kościół odgrywa bardzo ważną rolę. Dlatego nasz pensjonat dedykowany jest właśnie gościom, dla których religia stanowi sens życia. Tutaj, pod profesjonalną opieką duchownych, ale i przeszkolonego personelu, mogą się przygotowywać w atmosferze ciszy i spokoju do spotkania z Panem. A przy tym zapewniamy jak najlepszą opiekę medyczną i psychologiczną. Chodzi o to, by nasi podopieczni czuli się tu jak najbardziej komfortowo. Rozumie pan…

– Tak, oczywiście. Chodzi nam o zapewnienie babci jak najlepszego komfortu…

– Może być pan całkowicie spokojny. Pokoje jednoosobowe, tak jak pan widział, pomoc opiekunek przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, doskonałe jedzenie dopasowane do indywidualnych potrzeb i opracowane w najdrobniejszych szczegółach przez naszych dietetyków. No i to, co najważniejsze dla wszystkich osób tu przebywających: opieka osoby duchownej. Proszę sobie wyobrazić, że nasz ksiądz Roman pełni tutaj również nocne dyżury. Chodzi o to, że jest gotowy w każdej chwili porozmawiać z osobą potrzebującą kontaktu z duchownym.

– A do kościoła to gdzie się chodzi? – zapytała babcia, która nagle wróciła ze świata wewnętrznej duchowości do rzeczywistości doczesnej.

– U nas nie chodzi się do kościoła. Nasz cały dom jest jak kościół. To tak, jakby się pani naraz wprowadziła do świątyni.

– Ale mnie się rozchodzi o mszę świętą.

– Msze odprawiane są dwa razy dziennie tu, w naszej kaplicy, rano o dziewiątej i wieczorem o dziewiętnastej. Ale powiem pani, że zdarzają się też msze specjalne w trakcie dnia, na życzenie którejś z osób tutaj mieszkających. Ksiądz Roman robi wszystko, co tylko możliwe, dla naszych kochanych podopiecznych.

Mężczyzna rozejrzał się wokół. Rzeczywiście można było odnieść wrażenie, że nie jest to biuro dyrektora domu opieki, lecz pokój na parafii. Na ścianie za dyrektorką wisiało zdjęcie w złotej ramce przedstawiające ojca świętego Franciszka i drugie podobne, nieco mniejsze – papieża seniora Benedykta. Po lewej obok drzwi stała przeszklona witrynka wypełniona po brzegi kolorowymi książkami i księgami o tematyce religijnej, a za plecami stał klęcznik ustawiony pod obrazem, na którym Jezus Chrystus trzymał w dłoniach swoje zakrwawione serce.

Gdy tylko weszli do tego pokoju, babcia natychmiast skorzystała z okazji i opadła na ten klęcznik, żeby odbębnić kilka zdrowasiek. Dopiero po spełnieniu rytuału pozwoliła się usadzić naprzeciw biurka dyrektorki.

– To znaczy, że jeszcze zdążymy na mszę dzisiaj – ucieszyła się babcia.

– Teraz to będzie babcia miała tu jak w hotelu all inclusive – stwierdził mężczyzna.

– Lepiej, drogi panie Kuśmider, znacznie lepiej. – Kobieta pokiwała głową. – U nas będzie pani miała się jak w raju.

Wzięła do ręki niewielki srebrny dzwoneczek i delikatnie nim potrząsnęła. Babcia przeżegnała się. Wtem drzwi się otworzyły i do środka wpłynęły dźwięki popularnej pieśni Barka. Wraz z muzyką płynnym, powiedzieć by można nawet tanecznym krokiem wszedł młody, uśmiechnięty ksiądz o pogodnej twarzy, która na pierwszy rzut oka wzbudzała sympatię i zaufanie. Za nim wkroczyła młoda kobieta w szarej sukni przypominającej ubiór zakonny. Nie miała jednak na głowie czepka, a kasztanowe włosy były spięte w skromną kitkę. Oboje podeszli do babci, a ksiądz natychmiast ujął ją za dwie dłonie.

– Jak masz na imię, córko? – zapytał.

– Gabriela – odpowiedziała.

– Chodź, Gabrielo, na spotkanie z Panem. Jesteś tu u siebie.

– Czekaliśmy na ciebie, Gabrielo, niecierpliwie – dodała półzakonnica. – Pokażemy ci twoje mieszkanie.

– A kościół?

– Jesteś już w kościele. Od dziś nasz kościół jest twoim domem – stwierdził ksiądz, pomagając jej wstać.

Staruszka ufnie podążyła za nimi, nie oglądając się nawet na swojego opiekuna. Ten chciał iść za nią, ale dyrektorka go powstrzymała.

– Niech pan zostanie, panie Kuśmider. Pańska babcia ma najlepszą opiekę. Pokażą jej wszystko, co niezbędne, a my dopełnimy jeszcze formalności. Potem pójdziemy do pokoju, żeby mógł pan się z babcią pożegnać. Oczywiście może pan ją odwiedzać, kiedy tylko przyjdzie panu na to ochota.

– Wie pani, z tym odwiedzaniem to na pewno w weekendy. Bo ja dużo pracuję. Moja żona również.

– Tak, to zrozumiałe. Ale proszę się niczym nie niepokoić. Babcia Gabriela nie będzie tu samotna ani przez chwilę. To jest bowiem szczególne miejsce. Tu trafiają tylko ludzie głęboko wierzący, którzy chcą spędzić jesień swojego życia blisko naszego Pana. On nas wszystkich strzeże – powiedziawszy to, pochyliła głowę z szacunkiem i przeżegnała się. – A co do formalności, to czy wypełnił pan całą ankietę, którą otrzymał pan ode mnie?

Sięgnął po skórzaną teczkę stojącą na podłodze, tuż przy nodze krzesła. Rozłożył ją na kolanach, otworzył i wyjął kilka kartek włożonych do plastikowej, przezroczystej koszulki. Położył papiery na biurku.

– No właśnie, wszystkie dane, które są tam wyszczególnione, wpisałem tak, jak trzeba, tylko że, powiem szczerze, nie bardzo rozumiem, dlaczego tak trzeba…

– To tylko formalności, drogi panie.

– No tak, ale po co wam informacja o nieruchomościach, które posiada babcia?

– Nas, drogi panie, nieruchomości nie interesują. My doczesnymi kwestiami mało się zajmujemy. Ale takie są wymogi. W końcu każdy nasz podopieczny płaci podatki, otrzymuje emeryturę i załatwia różne inne kwestie papierkowe. Nasza księgowa musi mieć te wszystkie dane, bo są niezbędne. W końcu to starsza osoba przechodzi całkowicie pod naszą opiekę. Będziemy więc potrzebowali jeszcze dowodu osobistego babci. Musimy ją zarejestrować w naszych przychodniach, żeby przeprowadzić kompleksowe badania…

– A tak, oczywiście. – Wyjął z kieszeni portfel i wydobył z niego dowód. Podał kobiecie, a ta od razu włożyła go do koszulki z dokumentami.

– Rozumiem, że emerytura babci będzie teraz przychodziła na nasze konto – zapytała, próbując się upewnić.

– No tak, chociaż powiem pani, że to bardzo dużo pieniędzy.

– No cóż, nie jesteśmy tani, to prawda, i nikt o niskim statusie materialnym nie ma szans, żeby się do nas dostać. Ale, drogi panie, coś za coś. Najwyższy standard opieki fizycznej i duchowej musi kosztować.

Mężczyzna pokiwał głową. To, co powiedziała dyrektorka, było jak najbardziej oczywiste. Rozumiał to i dlatego wspólnie z żoną podjęli decyzję. Znaleźli dla babci najlepszy z możliwych domów opieki, taki, w którym będzie czuła się doskonale. A koszty, no cóż, za luksus trzeba przecież płacić. Oni mieli pieniądze. Tę pięciotysięczną emeryturę mogli odżałować. W końcu to nie było zbyt wiele za to, by zapewnić babci tak upragnioną przez nią drogę do nieba i luksusowe miejsce w Niebiańskim Domu.

 

 

Poniedziałek, 8 lipca

Godzina 8.45

 

Nie lubię tych cholernych malin. Może to dziwne, ale nie lubię i już. Od dzieciństwa nie lubiłem smaku malinowych cukierków, a pestki malin nieprzyjemnie zgrzytają w zębach. Gdy tylko poczuję malinowy zapach, od razu chce mi się rzygać, mdli mnie na samą myśl o zjedzeniu malin. Tymczasem moja dziewczyna Dżesika dziś rano, podając mi owsiankę, zapytała, czy nie chciałbym czasami osłodzić jej sobie świeżutkimi malinami.

Nie, nie mam zamiaru słodzić sobie owsianki pieprzonymi malinami! – pomyślałem, ale nie powiedziałem tego głośno. Gdybym się tak odezwał do Dżesiki, to w zasadzie mógłbym równie dobrze założyć sobie od razu pętlę na szyję albo w najlepszym wypadku zabrać walizkę i wyruszyć w nieznane. Z pełną kulturą powiedziałem więc, że nie lubię malin, a ona zrobiła zdziwioną minę.

– Jak można nie lubić malin, hę?

Można, można! Ja pierdzielę, powinnaś to dobrze wiedzieć po dwóch latach wspólnego mieszkania, ale ty masz w nosie to, czy ja coś lubię, czy nie, i w ogóle mnie nie słuchasz – pomyślałem znowu, wyobrażając sobie jej minę w momencie, w którym usłyszałaby, jak to mówię. Uśmiechnąłem się do tych myśli i odsunąłem miskę z owsianką, gdy na stole postawiła drugą, pełną malin. Poczułem, że robi mi się niedobrze, i dlatego powiedziałem, uśmiechając się leciutko:

– Wiesz, Dżesi, muszę iść do kibelka. Coś mnie kręci… – Złapałem się za brzuch, by pokazać, jak cierpię, i ruszyłem do ubikacji.

– Co mówiłeś, hę? – odpowiedziała swoim zwyczajem, wpatrzona w obrazki jakiegoś kolorowego magazynu o modzie.

Gdy byłem pod drzwiami kibelka, zadzwonił telefon. Oczywiście został w kuchni. Wróciłem więc po niego i znów pobiegłem do toalety. Kiedy wreszcie usiadłem na desce, spojrzałem na wyświetlacz. Dzwonił Olek, kumpel, którego nie widziałem od roku albo i dłużej.

– Marcin Engel – przedstawiłem się z przyzwyczajenia. – Cześć, stary. Co słychać? – zapytałem bez specjalnego zainteresowania. Kiedyś pracowaliśmy razem w jednej redakcji. On robił w sporcie, a ja w newsach. Mieliśmy więc codzienny kontakt, razem wychodziliśmy przed budynek na fajkę, bo wtedy jeszcze paliłem, ale od czasu, gdy przeniosłem się do telewizji, straciłem go z oczu. A on teraz się odzywa, bo pewnie czegoś chce. Ludzie odzywają się tylko wtedy, gdy mają jakiś interes…

– Niebiański Dom – powiedział Olek bez zbędnych ceregieli. – Zaczynam od razu od konkretu, żebyś nie zdążył pomyśleć, że chcę od ciebie pożyczyć stówę.

– Za późno, już pomyślałem – odparłem i uśmiechnąłem się pod wąsem. – No co ty, w życiu bym tak nie pomyślał.

– To dobrze. No a o tym Niebiańskim Domu coś słyszałeś?

Wzruszyłem ramionami, tak jakby Olek mógł to zobaczyć. Coś tam słyszałem, ale nie na tyle dużo, żebym mógł się tym tematem zainteresować. To w końcu nie była moja branża. Ja byłem dziennikarzem śledczym, a w tym Niebiańskim Domu raczej nikt nikogo nie molestował seksualnie. Chociaż…

– Dość ekskluzywny dom seniora położony w okolicy Kazimierza Dolnego. Pokoje z widokiem na Wisłę. Luksus i wodotryski. No i najważniejsze, że jest to prowadzone przez jakieś kościelne stowarzyszenie czy fundację.

– No, to znaczy, że wiesz dużo. Interesowałeś się nimi?

– Skąd, nie było powodów. Nie widzę tam pola do żadnych wałków. A wiedzę mam, bo przeczytałem gdzieś ulotkę. Taki folder, wiesz, reklamówka z ładnymi zdjęciami i informacjami dla potencjalnych pensjonariuszy, a właściwie ich rodzin.

– No to słuchaj tego… – Olek zamilkł, pewnie mając nadzieję, że taką tanią sztuczką retoryczną zrobi na mnie wrażenie. Nie zrobił.

– Czego? – mruknąłem i naraz poczułem, że rzeczywiście coś mi bulgocze w brzuchu. To te pieprzone maliny. Zaraz, jak mogły mi zaszkodzić maliny, których nawet nie spróbowałem? – Bzdura – powiedziałem sam do siebie, próbując się przekonać.

– Dlaczego bzdura? – zapytał Olek.

– Bo nie mogłem się zatruć malinami.

– Co ty pierdzielisz? – Najwyraźniej nie mógł zrozumieć, o co mi chodzi. Ja też nie mogłem. –Czy ja coś powiedziałem o malinach? Powiedziałem tylko, że umarła.

– Kto umarł?

– No jak to kto? No przecież ci mówiłem.

Mówił coś? O czym? Może go nie usłyszałem, zastanawiając się nad tymi cholernymi malinami. Całkiem słusznie mam do nich uprzedzenie.

– Olek, halo, Olek, powtórz jeszcze raz, bo mi coś tu zasięg znika. Nic nie słyszałem z tego, co powiedziałeś.

– A co słyszałeś? – zapytał.

– No o tym, że to dom nad Wisłą.

– To akurat ty powiedziałeś. Ale spoko, powtórzę jeszcze raz. Mój znajomy odwiózł tam swoją babcię przed miesiącem, a kilka dni temu dowiedział się, że ona zmarła. Nie wiadomo na co. Zmarła nagle i tyle.

– No wiesz, Niebiański Dom to w końcu dom starców. To znaczy jest duża szansa, że któryś starzec albo staruszka przeniesie się do prawdziwego niebiańskiego domu.

– Stary, to oczywiste. To jednak nie koniec historii. Wiadomo, starsi ludzie odchodzą, ale nie zapisują swoich domów domowi starców.

– Zaraz, ale o co chodzi?

– Ona zdążyła jeszcze przed śmiercią zmienić swój testament i zapisać willę na Saskiej Kępie fundacji, która jest właścicielem Niebiańskiego Domu. No i teraz mój kumpel, który pochował babcię, nie dość, że jest sierotą bez babci, to jeszcze nie ma domu, bo go fundacja właśnie z niego wyrzuca.

– O ja pierdolę…

– Też tak pomyślałem. I dlatego dzwonię. Czy to jest sprawa dla dziennikarza śledczego? – zapytał Olek.

– A policja?

– Policja ma to w pompie. Dla nich wszystko jest jak najbardziej legalne. Testament sporządzony w obecności notariusza, przy świadkach. Nie ma się do czego przyczepić. No a poza tym sam rozumiesz. Policja nie będzie przecież wchodzić w konflikt z Kościołem.

–