Dolina Cieni - Bartosz Szczygielski - ebook + audiobook + książka

Dolina Cieni ebook i audiobook

Bartosz Szczygielski

4,2

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Kiedy umierasz, życie staje się prostsze.

Tomasz Rach, którego ciało spłonęło podczas wypadku, wie o tym najlepiej. Mężczyzna postanowił wykorzystać swą rzekomą śmierć, by zacząć wszystko od nowa. Przez lata udawało mu się żyć w cieniu, zawsze znajdując sposób na utrzymanie. Może nie do końca legalny, ale kiedy jest się oficjalnie martwym, niektórymi rzeczami nie trzeba się już przejmować

Gdy dostaje intratne zlecenie – jedno z tych, które mogą dać mu kolejną szansę na prawdziwe życie, przyjmuje je bez wahania. Zamiast wybawienia i gotówki znajduje jednak coś innego. Kiedy w jego życiu pojawia się tajemnicza Helena, rozpętuje się piekło, które wyciąga na wierzch grzechy przeszłości.

„Dolina cieni” to emocjonujący thriller o tym, że wszystkie czyny mają swoje konsekwencje, a ucieczka przed odpowiedzialnością nie zdejmuje jej ciężaru z barków.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 364

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 3 min

Lektor: Filip Kosior
Oceny
4,2 (225 ocen)
110
69
35
10
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
RosarioTijeras

Dobrze spędzony czas

Michał miał długi u kogoś wpływowego i niebezpiecznego. Musiał coś zrobić. Zginął. Tomasz Rach chciał zarobić i wieść spokojne życie, jednak zlecenie, które dostał okazało się początkiem koszmaru oraz nowej znajomości. Z Heleną, która pragnie odnaleźć matkę. Bartosz Szczygielski znów zaskakuje. Pomysł na książkę jest inny niż dotychczas, ale wciąż pełno w niej dobrego surowego, ironicznego Szczygielskiego. W "Dolinie cieni" jest mroczno. Bardzo mroczno i posępnie. Konsekwencje działań ścigają bohaterów i nikt nie jest tym, za kogo się podaje. Tu wszystko może nie być prawdziwe i wszyscy mogą być podjerzani. Autor kolejny raz tworzy ludzi poranionych, niedoskonałych, poszukujących. I nie ułatwia im literackiego życia. Choć ta książka nie trafia na moją topkę autora to wiedzcie, że będę czytać w ciemno to, co Bartosz Szczygielski napisze. Bardzo lubię jego pióro, obserwacje życia, metafory, sarkazm. Jeśli nie znacie jego książek to czas to zmienić!
10
Robsky11

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo wciągająca,.
10
januzal

Nie oderwiesz się od lektury

ok.05.24
00
KingaGoralska

Nie oderwiesz się od lektury

S U P E R :) !!!!!!!!
00
280572M

Nie oderwiesz się od lektury

super
00

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Bartosz Szczygielski, 2022

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2022

 

Redaktorzy prowadzący: Adrian Tomczyk, Anna Rychlicka-Karbowska

Marketing i promocja: Joanna Zalewska

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Marta Akuszewska, Anna Nowak

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: © Kyle Glenn/Unsplash

Zdjęcie autora: © Mikołaj Starzyński

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-67176-06-4

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla M., która wyprowadziła mnie z cienia

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

9 GRUDNIA 1994

 

 

 

 

 

 

WIECZÓR

 

 

 

 

– Aibofobia.

Spojrzał na dziennikarkę i podrapał się po głowie. Robił tak od kilku godzin, a wszystko przez pewien niedzielny obiad oraz wełnianą czapkę, którą na drutach wydziergała mu żona. Nakrycie głowy wciśnięte było teraz do schowka na rękawiczki, ale Rafał czuł jego kłujące spojrzenia nawet stamtąd. Podejrzewał, że żona specjalnie wybrała taki rodzaj wełny, by jak najmocniej mu dokuczyć. Nie winił jej za to. Winił schab wieprzowy ze śliwką w sosie orzechowym.

Pożarli się o to, kto ma pozmywać naczynia po dużym rodzinnym obiedzie. Rafał sam by to zrobił, jak miał w zwyczaju, ale tym razem chodziło o zasadę. On przygotował danie główne, a ona zajęła się tylko surówką, która składała się z ogórków, śmietany i zbyt dużej ilości soli. Kłótnia nie była może spektakularna, ale przeciągnęła się do wieczora. Rafałowi wydawało się, że kryzys został zażegnany, skoro sam pozmywał, ale sytuacja nie wróciła do normy. Po kilku cichych dniach dostał czapkę na przeprosiny, buziaka w policzek i klapsa w pośladki, które z każdym miesiącem coraz szczelniej wypełniały mu spodnie. Ucieszył się z prezentu, ale czapka, zamiast ogrzewać mu łysą głowę, sprawiała, że ta wyglądała jak po nieudanej randce z jeżozwierzem.

I cały czas się drapał.

– Aibofobia – powtórzył po dziennikarce. – Brzmi jak choroba weneryczna. I to taka, wiesz, z ropą i w ogóle.

– Od dziś myję ręce po każdym naszym spotkaniu. – Justyna sprawdziła w lusterku trzymanym na kolanach, czy jej makijaż wytrzymał trudy podróży. – I przestań się w końcu drapać, bo pomyślę, że naprawdę złapałeś jakąś wenerę albo wszy. Aibofobia to strach przed palindromami.

– Nie mam wszy – odparł, po raz kolejny wbijając paznokcie w skórę głowy. – To przez tę cholerną czapkę.

– To jej nie noś.

– Widać, że nie jesteś mężatką.

– Jakbym chciała zmarnować sobie życie, zostałabym pogodynką – odpowiedziała z uśmiechem i jednocześnie sprawdziła, czy pomiędzy zębami nie tkwił dalej fragment zapiekanki, którą zjadła przed godziną. – Jak nie będziemy mieli jakiegoś dobrego tematu, to tak w końcu się stanie. Będę wdzięczyła się przed mapą, mówiąc, że front jakiś tam idzie skądś tam i może będzie padać, ale tak naprawdę to nikt nie wie. No i będę musiała wciskać się w sukienki o dwa numery za małe, żeby mi cycki do gardła podchodziły, bo inaczej nikt mnie nie będzie oglądał.

Rafał mruknął tylko, że rozumie jej frustrację. Justyna miała przed sobą jakąś karierę, a on robił tylko za przenośny statyw, który za kilka lat zastąpi ktoś młodszy i silniejszy. Nie chciał biegać z kamerą do końca życia, ale nie widział dla siebie innej drogi.

– Nie sądzisz, że to chamstwo? – Dziennikarka złożyła lusterko i poprawiła poły żakietu.

– Co takiego?

Pytanie kobiety wytrąciło go z zamyślenia. Ocknął się i zaparkował na poboczu drogi, którą rozświetlały już światła radiowozu. Nie wyłączał jeszcze silnika. Na zewnątrz było niewiele powyżej zera, a on nie zamierzał wkładać czapki, dopóki nie będzie to ostatecznością. Nawet kosztem tego, że kolejne dni może spędzić na chorobowym.

– No to, o czym rozmawialiśmy. Aibofobia to też palindrom – wyjaśniła. – Ktoś był na tyle chamski, że fobię przed palindromami nazwał tak, by sama nim była.

– Ludzie to najgorsze, co przytrafiło się tej planecie – podsumował Rafał. – Ta cała aibofobia i tak nie jest taka zła. Wiesz, czym jest reranie?

Kobieta pokręciła głową.

– Mój najmłodszy to miał. Nie wymawiał poprawnie „r” i logopeda nam powiedział, że mówi się na to „reranie”. Wyobrażasz sobie, jak trudno powiedzieć to na głos, kiedy to cholerne „r” nie chce przejść ci przez gardło?

– Nie wiedziałam, że masz dzieci.

– Jeździmy ze sobą od dwóch miesięcy, czym tu się chwalić – odparł szczerze.

– Przynajmniej wiedziałabym, że nie jesteś prawiczkiem. – Zaśmiała się z własnego żartu.

Rafał próbował zrozumieć tok myślowy dziennikarki.

– Ale wiesz, że mam żonę, co nie?

– No i? Był już jeden taki, co miał żonę dziewicę, więc…

Kobieta zawiesiła głos tak, jakby chciała, żeby Rafał dokończył za nią wypowiedź. Kiedy tak się nie stało, sprawdziła raz jeszcze, jak wygląda, a następnie zamknęła lusterko. Zrobiła to tak mocno, że niewiele brakowało, a załatwiłaby sobie siedem lat nieszczęścia. Otworzyła schowek na rękawiczki, wyciągnęła z niego czapkę i schowała swoje przyrządy do makijażu.

– Trzymaj – powiedziała dziennikarka, wręczając mu nakrycie głowy. – Faktycznie to cholerstwo drapie.

– Nic mi nie mów…

Wziął czapkę i ostrożnie ją włożył. Grudzień był w tym roku wyjątkowo ciepły, ale jednak nie na tyle, by wychodzić na zewnątrz z odkrytą głową. Rafał wiedział o tym doskonale. Od kiedy stracił włosy, odczuwał aurę inaczej niż wcześniej. Latem chodził przypieczony jak kurczak na rożnie, a zimą na jego czole roztapiał się każdy płatek śniegu, by następnie dostać się gdzieś pod koszulę. Przeszedł go dreszcz na samą myśl. Spojrzał przez okno i zobaczył, że znowu zaczęło siąpić deszczem. Tak było od rana, a ten wyjazd miał być ostatnim na dziś.

– Miejmy to za sobą. – Justyna zapięła czerwony płaszcz pod samą szyją. – Nie lubię takich materiałów.

– Nie dziwię się. Wypadki samochodowe to nic przyjemnego.

– Nie, wypadki samochodowe to coś, czego nikt nie ogląda – odparła, otwierając drzwi. – Zrób kilka przebitek na ten spalony wrak, trochę na tłum i jedźmy do domu.

Kiwnął głową, że akceptuje ten plan.

– Wyłuskam z tej tłuszczy jeszcze kilka osób, to z nimi pogadam. – Justyna westchnęła. – Naczelny przynajmniej nie będzie narzekał, że mu benzynę marnujemy.

Rafał wysiadł z pojazdu i upewnił się, że go zamknął. Raz tego nie zrobił, a z bagażnika zniknęła kamera, którą teraz spłacał szefowi. W źle oprocentowanych ratach, które miały być dla niego nauczką na przyszłość.

I tak też się stało. Uczył się na błędach, ale żona ciągle mu o nich przypominała.

Kiedy teraz patrzył na wrak spalonego samochodu i siedzącą nieopodal postać, stwierdził, że jednak jego życie nie jest takie złe. Kobieta miała najwyżej dwadzieścia trzy lata, a pół twarzy zalewała jej krew. Drugą połowę przeznaczyła na łzy i błoto w równych proporcjach. Obok sterczał policjant, który od niechcenia spisywał jej zeznania, a sanitariusz opatrywał jej dłoń. Część ubrania została nadpalona, a Rafał podejrzewał, że nie tylko żakiet ucierpiał podczas pożaru samochodu.

Z trudem rozpoznał markę.

To, co kiedyś było bmw 730i, teraz nadawało się jedynie do zezłomowania. Pod warunkiem, że strażakom uda się odkleić od siedzenia kierowcy ciało, którego Rafał widział fragment wystający przez drzwi. Poczuł je znacznie wcześniej, kiedy zbliżył się do miejsca wypadku z kamerą na ramieniu. Starał się oddychać przez usta, ale niewiele to pomagało. Otaczał go las, a w oddali słyszał rzekę. Zdawało mu się, że poczuł zimny zapach wody, ale dotarło do niego, że to jego parujący oddech. Próbował nakręcić kilka ujęć tak, by ominąć najbardziej drastyczne fragmenty sceny. Nieopodal samochodu zauważył zakrwawiony but. Sportowy i mocno już przechodzony.

– Idealnie – powiedział sam do siebie.

Policyjne reflektory ledwo rozświetlały otoczenie, więc włączył lampę. Zbliżył się do znaleziska i nakręcił kilka ujęć. Następnie z daleka spojrzał okiem kamery na samochód i przejechał szybko po zebranym niedaleko tłumie. Ludzie z pobliskiej wsi musieli być bardzo ciekawscy, bo na miejsce zdarzenia przybyło przynajmniej dwadzieścia osób. Od najbliższych zabudowań znajdowali się co najmniej dwa kilo­metry, więc Rafał zaczął się zastanawiać, kim byli poszkodowani. Dla zwykłego wypadku nikt nie tłukłby się w taką pogodę, by popatrzeć na trupa i płaczącą kobietę.

Podszedł do Justyny, która poprawiała włosy rozwiane przez wiatr.

– Wiesz coś? – spytał i wyłączył światło, by dziennikarka nie musiała mrużyć oczu. – To ktoś ważny?

– Jakiś lokalny przedsiębiorca. – Poprawiła niesforny kosmyk włosów, wsadzając go za ucho. – Sanitariusz mi coś tam powiedział. Michał Wawrzyniec. Chyba z pół wsi u siebie zatrudniał.

To mogło tłumaczyć, dlaczego teraz wszyscy wpatrywali się w dogasające ciało.

– Zaczynamy? – spytał operator, poprawiając kamerę na ramieniu.

– Tak, najpierw pójdziemy do ludzi – zadecydowała, taksując tłum wzrokiem. – Potem może uda się złapać policjanta, a jak będziemy mieli trochę szczęścia, to i żonę. Chyba ma na imię Agnieszka.

– Ta kobieta była jego żoną?

Mówiąc to, Rafał oderwał oko od wizjera, by przyjrzeć się reakcji dziennikarki na jego pytanie.

– „Była” to dobre słowo.

Poczuł się jak hiena cmentarna. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz w swoim życiu. Rafał był operatorem już przy wielu takich wypadkach, ale to nie pomagało mu oswoić się z takimi sytuacjami. Teraz przynajmniej nie wymiotował, jak zdarzyło mu się na samym początku kariery.

– Dobra, chodźmy, szkoda czasu.

Dziennikarka ruszyła w stronę zebranego przy drodze tłumu. Poruszała się z gracją, mimo tego, że jej szpilki zapadały się w grząskim gruncie. Rafał tłumaczył jej, że butów i tak nie będzie widać w kadrze, ale Justyna ani myślała słuchać. Chciała wyglądać tak, by jej zazdroszczono. I osiągnęła swój cel. Twarze w tłumie gapiów nie mogły oderwać się od dziennikarki.

Podeszła do pierwszej osoby, która wydawała jej się ciekawym rozmówcą.

– Dzień dobry, nazywam się…

– A, to pani – przerwała jej kobieta i poprawiła zawiązaną na głowie chustę. – Ja panią to z telewizora znam.

– Tak. – Justyna uśmiechnęła się sztucznie. – Chciałam zapytać, czy może wie pani, kim była ofiara wypadku, i nie powiedziałaby pani kilku słów do kamery.

Dziennikarka wskazała na Rafała, który machnął ręką i schował się za wizjerem. Nie przepadał za interakcjami z ludźmi, którzy później znikali z jego życia. Wątpił w to, by kiedykolwiek wrócił w okolice Kozłowa Biskupiego, o którym dziś usłyszał po raz pierwszy. Zaprzyjaźniony policjant podrzucał mu ciekawe tematy z okolicy, a on rewanżował się za to skrzynką piwa. Takiego nie za drogiego, ale pokazującego wdzięczność. PAP czasem spóźniał się z wiadomościami, a niektórych w ogóle nie przekazywał.

W tej branży liczyły się dwie rzeczy. Temat i to, kto go pierwszy pokaże. W sytuacjach takich jak ta żadne z powyższych nie miało znaczenia. Typowa zapchajdziura między reklamami, ale trzeba było czymś zapełnić wiadomości lokalne.

Rafał ustawił kamerę oraz światło i dał znać kciukiem Justynie, że jest gotów do pracy. Dziennikarka podstawiła więc mikrofon pod twarz kobiety, która zgodziła się coś powiedzieć.

– A znała, znała. – Rozmówczyni ciężko westchnęła. – Taka miła, taka miła, a teraz to pani zobaczy, jak wygląda.

Kobieta bez żadnego wstydu podniosła dłoń i wskazała na siedzącą nieopodal ofiarę wypadku. Krew dalej ściekała z jej rozciętego czoła, a lekarz starał się coś z tym zrobić.

– Powie nam pani coś więcej? – Justyna zignorowała latającą w powietrzu rękę rozmówczyni. – I proszę się przedstawić.

– Andryszkowa Janina. – Wyszczerzyła się. – Agnieszka Wawrzyniec to cudowna kobieta…

 

 

 

 

 

 

5 GODZIN WCZEŚNIEJ

 

 

 

 

– Durna sabaka – powiedziała pod nosem.

Andryszkowa poprawiła wiszącą na ramieniu torbę i splunęła pod stopy. Koleżanka stojąca obok kiwnęła głową, że doskonale rozumie zdenerwowanie kobiety. Poszłaby nawet w jej ślady, ale sztuczna szczęka nie trzymała się dziś na tyle dobrze, by ryzykować teraz jej utratę. Odburknęła tylko znacząco.

– No, widziała pani – szepnęła Janinie do ucha, nachyliwszy się. – Tak się ubierać w środku zimy. Nie godzi się.

– Biedny ten jej mąż, oj, biedny.

Obserwowały Agnieszkę przez szybę sklepu spożywczego. Kobieta pakowała właśnie do reklamówki ryż i pomidory w puszce. Kiedy sięgała po leżące na ladzie opakowanie plastrów, uśmiechała się do sprzedawcy, który ukradkiem zerkał w dekolt swojej klientki. Andryszkowa widziała, że Agnieszce podoba się zainteresowanie ekspedienta. Wiedziała także, że ten opuści jej kilka złotych, kiedy przyjdzie do płacenia rachunku. Robił tak za każdym razem, kiedy kobieta nachylała się zbyt mocno, a nikogo innego w sklepie nie było. Teraz nie przeszkadzało mu nawet to, że na zewnątrz miał dwie oddane klientki, które zawsze płaciły pełną cenę za jego produkty. Nie doceniał ich, bo prowadził jedyny sklep w okolicy i mógł sobie na to pozwolić.

Nie na długo.

Andryszkowa widziała wszystko, co działo się w jej wsi. Właściciel sklepiku ostatnio stał się wyjątkowo… jurny. Pachniał nowymi perfumami, golił się co drugi dzień, a jego koszula nie miała już plam po tłuszczu z kiełbasy. Zmienił się. Janina wiedziała, że to nie dla tej wywłoki, która teraz szukała drobnych w portmonetce, ale dla nowej matematyczki, która uczyła jego syna w technikum. Dzień w dzień jeździł odbierać dzieciaka ze szkoły, a czasem wracał wieczorem sam, kiedy syn korzystał z autobusu. Andryszkowa wiedziała, że rozwód wisi w powietrzu. Nawet księdzu o tym mówiła. Oj, długo ten sklep się nie utrzyma, jak żona się o tym dowie. Uśmiechnęła się.

O Wawrzyńcach też wiedziała dużo.

Panoszą się po wsi tak, jakby sami ją budowali, a nie jej świętej pamięci małżonek. Firmę transportową mają, a pieniędzy im ciągle brakuje. Andryszkowa słyszała, jak chodzą po prośbie do księdza, by im pożyczył, bo długi rosną. Jej to głupio byłoby tak prosić. Nowy samochód w garażu mają, to i pieniądze mieć powinni. Takiego była zdania i nawet to, że wychodząca ze sklepu Agnieszka się do niej uśmiechnęła, nie zmieni jej myślenia.

– Dzień dobry – powiedziała Agnieszka, stawiając reklamówkę na ziemi. – Ciepło dziś.

Kobieta zapięła kurtkę, która odsłaniała jej kawałek brzucha.

– Jakie tam ciepło – odparła Andryszkowa. – Padać będzie wieczorem, to wszystko zamarznie i trza będzie na drodze uważać, by orła nie wyciąć.

– Tak, pewnie ma pani rację.

– A pewnie, że mam. – Wypięła pierś do przodu. – Nie od dziś po świecie chodzę.

Drzwi do sklepu spożywczego otworzyły się, a ze środka wyszedł właściciel. Andryszkowa, stojąca kilka metrów od niego, czuła, jak się wypachnił. Mężczyzna zamknął drzwi, uśmiechnął się do klientek i ruszył w stronę zaparkowanego na końcu podjazdu samochodu. Nie spoglądał więcej w ich stronę. Widocznie myślami był już w jakimś przyjemniejszym miejscu.

– Ja też będę jechać. – Agnieszka złapała za torbę z zakupami i lekko się ukłoniła. – Miłego dnia paniom życzę.

– Miłego, dziecko, miłego.

Janina starała się uśmiechać szczerze, ale w obecności o kilkadziesiąt lat młodszej kobiety przychodziło jej to z trudem. Agnieszka przypominała jej o wszystkim, co kiedyś miała, a co bezpowrotnie utraciła. O ciele, które nie boli od rana do wieczora, i swobodzie, na którą nie może już sobie pozwolić. Andryszkowej została tylko stara, rozpadająca się chałupa, którą sama musiała ogrzewać. Znikąd pomocy.

Obserwowała, jak Agnieszka wsiada do nowego samochodu i kładzie zakupy na siedzeniu pasażera. Ruszyła z piskiem opon tak, że słyszano ją na drugim końcu wsi. Janina pokręciła głową z dezaprobatą.

– Widziała pani?

– Co takiego? – spytała koleżanka przyglądająca się swoim spracowanym dłoniom.

– Limo miała – odpowiedziała Andryszkowa. – Zapacykowane, ale ja dostrzegłam. Pod lewym okiem.

Kobieta poprawiła torbę z zakupami i ruszyła w stronę głównej ulicy.

– Niby taka światowa jest. Samochody, jeansy, a faceta ma jak my – westchnęła Janina. – Pamiętam, jak mój mi się kiedyś odwinął, to mu potem odpłaciłam. Stary tydzień bał się podejść, a jadł na zewnątrz ze świniami. A to chucherko? Co toto może zrobić? Potulne jakieś takie i takie niemrawe. Durne. No i ubiera się tak, że szkoda strzępić język.

Koleżanka pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Słyszałam, że ta ich firma to już pracownikom nie płaci – dodała. – Jędruszko mi mówił, że na wypłatę to czeka już drugi miesiąc.

– Nie może być.

– Ano niestety.

Szły spokojnie wzdłuż głównej drogi przecinającej wieś. Po drugiej stronie zatrzymał się listonosz, którego torba wylądowała na ziemi i wpadła do kałuży. Mężczyzna nieśpiesznie sprawdził, czy korespondencja jest cała, a potem ruszył dalej, lekko skłoniwszy się kobietom.

– Wydupczą go kiedyś z tej pracy, oj, wydupczą. – Janina się uśmiechnęła. – Głupie toto.

Miejscowy listonosz nie należał do najinteligentniejszych, ale za to chętnie dzielił się informacjami. Raz Janinie powiedział, że Waszczykowa komornika ma na karku, a Ślusarczyk to chyba dziecko z nieprawego łoża, bo ciągle pieniądze wysyła gdzieś do Gdańska. Andryszkowa wierzyła mu, choć czasem zdarzało się, że lekko mijał się z prawdą. Lubił sobie popić, a wtedy język latał mu jak wiatrak. Dawno go nie widziała w swoich progach, ale emeryturę miała dostać dopiero za tydzień, to pewnie wtedy się wprosi. Zawsze dawała mu wtedy kawałek ciasta, a on grzecznie opowiadał o tym, co nowego u sąsiadów.

– Już mu się naczelnik odgraża. – Kobieta przyśpieszyła lekko kroku, by dogonić Andryszkową. – Był u mnie ostatnio, to opowiadał to i owo. A wie pani, że i o tej Agnieszce mówił.

– Tak? A co mówił?

– No niby nic nie powiedział, ale powiedział. Ci to jakieś ciemne interesy robią – wyszeptała kobieta, oglądając się za siebie. – Muszą robić, bo cały czas pisma z banku dostają. No kto z banku pisma dostaje? Chyba że coś się zrobiło źle, to wtedy piszą. Inaczej to gdzieś mają, jak u mnie. Pamięta pani, jak chciałam książeczkę zlikwidować, to mi same kłody pod nogi rzucali. I to nie sam bank, bo jeszcze te ubezpieczenia. Ona dostała, ta Agnieszka cała.

– Jakie ubezpieczenie?

– Na życie chyba – doprecyzowała sąsiadka. – Kto to pomyślał, żeby się ubezpieczać, jak się dalej żyje? Bez pomyślunku zupełnie.

Andryszkowa zatrzymała się i spojrzała w niebo. Zbierało się na deszcz i jeżeli szybko nie dotrze do domu, to jak nic się przeziębi. Znała swoje ciało doskonale i nie zamierzała świąt spędzić pod pierzyną, bo nie byłoby komu dla dzieci kolacji zrobić. Mają ją zabrać do siebie, do miasta. Pierwszy raz, odkąd się wyprowadziły, więc musi być zdrowa.

Szczelniej opatuliła się kurtką. Miała też trochę dość sąsiadki, która w zbyt dużych dawkach stawała się nie do zniesienia.

– Pani nie przesadza – odparła spokojnie Janina. – Ja też pisma z banku dostaję, ale nawet nie czytam.

Postanowiła trochę obronić Agnieszkę. Dziewczyna może i nie ubierała się zbyt stosownie, ale na przestępcę nie wyglądała. Andryszkowa wiedziałaby, gdyby tamta coś kombinowała z mężem. Mieszkali trzy domy od niej, w nowym budynku, który pasował do reszty jak świnia do muzeum. Przyznawała to z bólem, ale ta ich „świnia” wyglądała bardzo ładnie. Nowocześnie. I miała dach, który nie przeciekał, oraz szambo, które nie wybijało.

– Późno się robi. – Janina spojrzała na swój zegarek. – Druga zaraz, obiad trzeba szykować.

– Ja to wczoraj ugotowałam, to dziś nic nie muszę.

– A ja tak – odparła odrobinę zbyt szorstko Andryszkowa. – Do widzenia. Pani na siebie uważa, bo po wsi się jakieś włóczęgostwo kręci. Widziałam ostatnio w sklepie, jak kupował taki jeden wódkę. Do domu, i już.

Nie czekała na to, aż koleżanka odpowie. Widziała, że kobieta się nie obrazi. Zbyt wiele razem przeszły, by poróżniła je teraz jakaś głupota.

Janina potrzebowała odrobiny samotności. Chciała poskładać informacje, które usłyszała o Agnieszce Wawrzyniec. Nie wierzyła wprawdzie w to, że kobieta oszukuje i dlatego przychodzą do niej listy z banku, ale coś jej nie pasowało. Coś, czego nie potrafiła logicznie wyjaśnić. Nie podobał jej się siniak dostrzeżony pod warstwą pudru i to, że Agnieszka tak szybko uciekła spod sklepu. Zupełnie bez kultury, jakby chowała się przed ludźmi.

Postanowiła, że przyjrzy jej się bliżej.

Andryszkowa wiedziała, że z takimi mieszczuchami to same kłopoty będą. Niby się uśmiechają, „dzień dobry” powiedzą, ale z oczu to im źle patrzy.

Agnieszce bardzo źle.

 

 

 

 

 

 

WIECZÓR

 

 

 

 

– Biedna kobieta – powiedziała Andryszkowa, nachylając się do mikrofonu i ocierając łzę spływającą po policzku. – Całe życie przed sobą miała, a teraz wdową została. Jak ona sobie sama poradzi?

– Tak, to straszna tragedia – powiedziała cicho dziennikarka. – Chce może pani coś jeszcze dodać? Może coś o ofierze wypadku?

– Pana Michała to ja prawie nie znałam.

– Dziękuję.

Dziennikarka zabrała mikrofon i spojrzała na Rafała. Kiwnął głową, że wszystko nagrał. Justyna nie czuła jednak żadnej satysfakcji z wypowiedzi starszej pani, która o jednej z ofiar wypadku wypowiadała się w samych superlatywach. Potrzebowała przeciwwagi. Czegoś, co da szerszy obraz społeczności i miejsca, w którym żyło małżeństwo Wawrzyńców. Wdowa nie jest interesującym tematem, jeżeli jej życie było zbyt przyjemne. Ludzie nie chcą oglądać sukcesów innych, tylko ich porażki. Wtedy czują się lepiej i chętniej siedzą przed telewizorem, a dokładnie o to jej chodziło. Rozejrzała się po zgromadzonym tłumie, by wyłuskać z niego jeszcze kogoś do rozmowy.

Justyna uśmiechnęła się do Andryszkowej, a następnie odeszła na bok, by zebrać myśli.

– Mamy to? – spytał Rafał, poprawiając czapkę. – Możemy się już zwijać? Jeszcze chwila i ręce mi odpadną.

– Mogłeś wziąć ze sobą rękawiczki.

– Mogłem też siedzieć w domu.

Zignorowała jego odpowiedź. Czasem tak robiła, a dodatkowo nie była jeszcze gotowa, by wracać do redakcji i zmierzyć się ze wzrokiem naczelnego. Musiała myśleć o sobie i swojej karierze. Justyna miała plan, a plany wymagają czasem poświęceń i skupienia się wyłącznie na sobie. Rafał wciągnął na głowę czapkę, a do tego było kilka stopni powyżej zera, nie obawiała się więc o jego zdrowie. Z facetem dobrze się rozmawiało, potrafił wykazać się inteligencją, czasem bywał jednak po prostu irytujący. Szczególnie wtedy, kiedy potrzebowała się skupić. Nie mówiła o tym koledze, ale znalazła się w kiepskiej sytuacji. Jeżeli Justyna nie zacznie dowozić lepszych materiałów, może zacząć szukać nowej pracy. Nie była na to gotowa, a już na pewno nie teraz.

– Coś nie tak? – spytała, spoglądając na operatora, który grzebał przy kamerze. Nie lubiła, kiedy robił coś ze sprzętem. Zazwyczaj oznaczało to problemy, a tych teraz nie potrzebowała. Też chciała jak najszybciej opuścić miejsce wypadku, ale nie z pustymi rękoma czy wypowiedzią jednej słodkiej staruszki.

– Przysłona się zacięła… – Rafał podniósł wzrok i wzruszył ramionami. – Daj mi pięć minut, muszę iść do samochodu.

– Ale będzie działać?

– Zrobię, co w mojej mocy.

Wiedziała, że mówił szczerze. Mimo że zdarzało mu się sporo marudzić, Rafał zachowywał się profesjonalnie. Justyna miała więc chwilę na to, by poszukać kolejnego rozmówcy. Spojrzała w stronę policjantów, ale ci zajęci byli oglądaniem dogasającego wraku i chyba zastanawiali się, jak wyciągnąć z niego zwęglone zwłoki. Żona zmarłego płakała coraz rzewniej i nie było szans na to, by wydobyć z niej choć jedno sensowne zdanie. Justyna spojrzała na powoli przerzedzający się tłumek gapiów. W większości składał się z ludzi w podobnym wieku co Andryszkowa, której wypowiedź niewiele jej pomogła.

Wyróżniały się dwie osoby. Jedna wyglądała na taką, która obejrzała Psy Pasikowskiego o jeden raz za dużo, a druga była księdzem. Duchownego Justyna zostawiła sobie na koniec, a teraz kroki skierowała w stronę mężczyzny w skórzanej kurtce i okularach przeciwsłonecznych podciągniętych na czoło.

– Przepraszam. – Justyna zatrzymała się przy mężczyźnie. – Znał pan kogoś, kto brał udział w tym wypadku?

– Tak, obydwoje – odpowiedział, ściągając okulary z głowy i poprawiając fryzurę. – Nie mogę powiedzieć o nich wiele dobrego.

– Nie szkodzi.

Próbowała powstrzymać uśmiech, który pojawił się mimo­wolnie na jej twarzy. Trafiła chyba na rozmówcę, który nada jej materiałowi odpowiedni charakter. Facet wyglądał na takiego, który lubi gadać, a w montażowni będzie w stanie tak podprowadzić jego słowa, by podkręcić materiał w bardziej sensacyjnym kierunku. Przyjrzała się dokładnie mężczyźnie.

Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że stylizował się na Franza Maurera. Ostatnio na ulicach widywała takich fryzur coraz więcej, bo druga część Psów przyciągnęła do kin całą masę ludzi. Jej rozmówcy fryzura pasowała, bo lekko spłaszczała jego pociągłą twarz. Oceniała go też pod względem tego, jak będzie wyglądał w oku kamery. Tej kamery, którą Rafał próbował właśnie naprawić w samochodzie.

Powinna go zagadywać, aż będzie miała możliwość nakręcić rozmowę.

– Bliżej byłem z nim. – Zamyślił się. – Znaczy z Michałem. Współpracowaliśmy krótko, ale… intensywnie.

– A mógłby pan chwilę poczekać? Mój operator…

Facet wyprostował się. Spojrzał prosto w oczy Justyny i się wyszczerzył.

– Wawrzyniec był tchórzliwym dupkiem i bardzo dobrze, że zdechł.

 

 

 

 

 

 

8 GODZIN WCZEŚNIEJ

 

 

 

 

– Żyjesz?

Grzegorz zdjął z pleców skórzaną kurtkę i powiesił ją na krześle, które stało w rogu pokoju. Oprócz niego były w nim tylko dwa inne meble. Mały składany stolik i kolejne krzesło, na którym siedział teraz Michał Wawrzyniec. Siedział i próbował z całych sił opanować łzy ściekające mu po policzkach. Nie wychodziło mu to najlepiej, a Grzegorz zauważył, że na spodniach mężczyzny pojawiła się duża i niezbyt przyjemnie pachnąca plama.

– Spodziewałem się po tobie czegoś więcej – przyznał i zaczął podciągać rękawy koszuli. – Wyglądałeś mi na takiego, który może spokojnie wytrzymać więcej niż kwadrans.

Spojrzał na zegarek.

– Tymczasem jesteśmy tutaj raptem siedem minut, a ty już zdążyłeś się posikać.

Mówiąc to, nie zamierzał się uśmiechać, usta jednak same mu się wykrzywiły. Musiał wyglądać jak psychopata, ale w tej chwili mu to odpowiadało. Nie ściągnął Wawrzyńca do magazynu po to, by ten karmił go kolejnymi obietnicami spłaty. To słyszał już wielokrotnie i za każdym razem starał się być wyrozumiały. Kontrahenci spóźniają się z zapłatą za transport. Kierowca miał wypadek, którego nie obejmuje ubezpieczenie. Trzeba było wymienić opony we flocie samochodów. Znał już tyle wymówek, że mógłby napisać z nich całą książkę. Gdyby chciał usłyszeć kolejną, wystarczyłoby poprosić – ale miał już dość wymówek. Interesowało go tylko jedno.

Konkrety.

– Kiedy? – Nachylił się nad Michałem i podniósł jego powoli opadającą głowę. – Kiedy?

– Nie… nie mam.

Spodziewał się podobnej odpowiedzi. Widział ją w oczach Wawrzyńca już wtedy, kiedy zaciągnął go do tego pokoju. Takiego przerażenia nie da się udawać. Zgarnął chłopaka, gdy ten wysiadał ze swojego nowiutkiego bmw i jak co dzień szedł do biura. Grzegorz nie zamierzał nawet udawać, że zjawił się tutaj w interesach. Widziało go kilku pracowników firmy, ale nimi się nie przejmował. Dobrze wiedział, że nikt nie wezwie policji. Zadbał o to, a starszy posterunkowy Kamiński został już powiadomiony i odpowiednio gratyfikowany, by przypadkiem nie przyszło mu do głowy przyjeżdżanie na jakiekolwiek wezwanie. Grzegorz wątpił, by ktokolwiek był na tyle głupi, żeby spróbować, ale zawsze się zabezpieczał.

– Słuchaj. – Wyprostował się. – Znałeś zasady i przystałeś na nie, kiedy przyszedłeś do mnie po pożyczkę, tak?

Michał kiwnął głową.

– Chcę to usłyszeć.

– Tak – odparł Wawrzyniec.

– To wyjaśnij mi, proszę, jak doszło do tego, że tu teraz jesteśmy?

Wiele zależało do tego, co Michał mu odpowie. Grzegorz gotów był przedłużyć spłatę o kilka dodatkowych dni. Pod warunkiem, że dostanie stosownie więcej, niż miałby dostać dzisiaj. Rozumiał problemy Wawrzyńca, ale sam miał szefa, któremu się spowiadał i któremu lepiej byłoby nie przynosić złych wiadomości. Dlatego zawsze zakładał, że dłużnicy spóźnią się ze spłatą, i podawał mu odległy termin spłaty. Ten, który wyznaczył dla Michała, nastąpi za trzy dni, ale Grzegorz mógłby go jeszcze o kilka przeciągnąć.

– Przepraszam. – Wawrzyniec podniósł głowę i wierzchem dłoni wytarł z górnej wargi krew. – Będę miał pieniądze jutro.

– Jutro?

– Tak – ożywił się Michał. – Tak. Dziś jadę odebrać zapłatę za ostatni transport. Oddam wszystko.

Grzegorz chciał mu uwierzyć. Kibicował Wawrzyńcowi, kiedy ten przyszedł do niego po raz pierwszy. Przyniósł na spotkanie wydrukowany biznesplan, który powinien rozwiać wszystkie wątpliwości. Kilka tabelek, parę wykresów i dużo pustych słów, ale Grzegorzowi to wystarczyło. Chłopak miał pasję, której on sam nigdy w sobie nie wykształcił. Nie takiej. Energia wylewała się Michałowi z uszu, kiedy mówił o swojej firmie transportowej.

Transportix.

Nazwa brzmiała jak imię jednego z walecznych Galów, którzy jako jedyni są w stanie odeprzeć atak Rzymian, ale pomysł był niezły. Zawsze znajdą się chętni na przewóz towarów, o ile ma się dojścia do odpowiednich ludzi. To mógł mu zagwarantować Grzegorz, ale Michał przyszedł tylko po pieniądze. Kilka miliardów złotych, które miały posłużyć mu do rozwinięcia biznesu. Kupienia nowych samochodów, zatrudnienia ludzi i innych rzeczy, o których Grzegorz słuchać już nie chciał.

Umówili się na uczciwy procent i daty, kiedy Michał miał pojawić się u niego ze spłatą. Za pierwszym razem był na czas, za drugim spóźnił się kilka dni, a teraz ominął już dwa terminy umówionej wcześniej wizyty. Takim ludziom nie można było wierzyć.

– Wierzę ci – odpowiedział spokojnie. – Spóźniłeś się ze spłatą, zdarza się, rozumiem.

– Dziękuję.

– Domyślasz się jednak, że mam pewne obawy co do twojej prawdomówności, prawda?

Michał wyglądał na zbitego z tropu. Zaczął wiercić się na krześle, ale nie podniósł się z niego, choć Grzegorz go nie przywiązał. Widział doskonale, że chłopak nie ucieknie, a sam strach wystarczy, by nie ruszał się z miejsca. Dla pewności kilka razy go uderzył. Niezbyt mocno, ale tak, by chłopak poczuł. Potrzebował jeszcze dodatkowej zachęty do tego, by Wawrzyniec zrozumiał przekaz.

– Poczekaj tutaj.

Złapał za kurtkę i zarzucił ją na plecy. Wyszedł z małego magazynu bezpośrednio na plac firmy. Wziął głęboki wdech i rozejrzał się po okolicy. Samochód jego klienta stał zaparkowany kilkanaście metrów dalej. Świeżo umyty i nawoskowany, tak jakby Michał wybierał się zaraz na swój ślub. Grzegorz uśmiechnął się na samą myśl o tym. Chłopak nie wiedział, w co się wpakował; chyba jako jedyny we wsi nie zdawał sobie z tego sprawy.

Grzegorz wyciągnął z kurtki paczkę cameli i zapalił papierosa. Zastanawiał się, co powinien zrobić najpierw. Miał kilka pomysłów na to, jak zmusić Michała do terminowej spłaty tak, by jednocześnie nie musieć wywozić go do lasu, gdzie kazałby mu kopać swój własny grób. Widział to w jakimś filmie w telewizji i pewnie by podziałało, ale nie chciał posuwać się do tak drastycznych kroków. Miał w zanadrzu coś znacznie lepszego, potrzebował jednak wsparcia. Choć Transportix nie miał dużego terenu, był on wystarczający, by pomieścić na nim kilka kontenerów z towarem i parę samochodów. Z jednego z nich wysiadł właśnie facet, który wyglądał na zmęczonego i lekko wstawionego.

Idealna kombinacja, pomyślał.

– Hej! – krzyknął, wyrzucając niedopałek na ziemię. – Chodź tutaj.

Mężczyzna potulnie podszedł bliżej, a Grzegorz wyczuł od niego woń wiśniówki.

– Jak się nazywasz?

– Jędruszko – odparł potulnie tamten. – Znaczy Jacek Jędruszko, proszę pana.

Podobało mu się, że facet od razu wiedział, że rozmawia z kimś ważnym. Kimś, kogo lepiej nie ignorować.

– Idź do samochodu swojego szefa i przynieś klucz do kół.

– Słucham?

– To takie coś, co służy do odkręcania śrub. – Grzegorz się uśmiechnął. – Powinien być w bagażniku. I pośpiesz się.

Mężczyźnie zajęło chwilę, by wykonać dane mu polecenie, ale wywiązał się z niego wzorowo. Wrócił z kluczem trzymanym w dłoni i chciał go wręczyć Grzegorzowi.

– Chodź ze mną – powiedział tamten, odwracając się i otwierając drzwi do magazynu. – Przydasz mi się jeszcze.

Kiedy obaj znaleźli się w środku, Michał dalej siedział na swoim krześle. Nawet nie podniósł głowy, by sprawdzić, kto wszedł. Zdążył za to wytrzeć już krew i łzy, więc wyglądał prawie normalnie. Kiedy w końcu podniósł wzrok i dostrzegł swojego pracownika, coś się w nim zmieniło. Umarła ostatnia iskierka nadziei, że to spotkanie skończy się dla niego dobrze. Teraz poczuł to bardzo wyraźnie.

– Panie Jędruszko. – Grzegorz obrócił się w stronę mężczyzny. – Jest pan zadowolony z pracy tutaj?

– Jak to? – odparł Jacek. – Czy co?

– No czy dobrze się tutaj panu pracuje?

Grzegorz widział, że facet nie do końca rozumie sens zadanego przez niego pytania. Nie zamierzał jednak psuć nikomu niespodzianki, więc tylko czekał na odpowiedź. Zrobił mały krok w stronę Jacka, a ten z przerażeniem odsunął się tak, że uderzył plecami o ścianę magazynu.

– Ostrożnie. – Grzegorz podszedł i położył dłoń na ramieniu mężczyzny. – Nie chcemy, żeby komuś stała się tutaj krzywda.

– Nie, nie chcemy.

– No właśnie. Więc jak? Dobrze się tutaj pracuje?

Jędruszko zaprzeczył ruchem głowy.

– Tak właśnie myślałem. – Grzegorz puścił mężczyznę i poklepał go lekko po policzku. – Nie przyjechałem tutaj bez żadnej wiedzy. Spytałem wcześniej parę osób, jak wygląda robota w Transportixie, i jestem naprawdę zawiedziony. Słyszałem, że właściciel spóźnia się z pensjami. Prawda to?

– Tak – odparł niechętnie Jacek, który coraz mocniej ściskał w dłoni klucz do kół. – Pan Michał już drugi miesiąc mi nie płaci.

– Drugi miesiąc? – Grzegorz podszedł do Wawrzyńca, złapał go pod ramię i podniósł z krzesła. – Twoi pracownicy nie mają płacone, a ty sobie samochód woskujesz? Nie dość, że jesteś winien mi kupę forsy, to jeszcze lecisz w chuja z nimi?

Wskazał na coraz bardziej przerażonego pracownika. Jacek próbował wtopić się w ścianę, ale jego twarz przybrała odcień starego barszczu i Grzegorz widział, że jak tak dalej pójdzie, facet zemdleje. Sam miał dość tej wizyty, powiedział już wszystko, co chciał. Teraz przyszła pora na to, by przejść do czynów.

– Masz czas do jutra – powiedział, łapiąc Wawrzyńca za dłoń. – Dam ci coś, żebyś o swoim przyrzeczeniu pamiętał.

Chłopak się nawet nie opierał. Pozwolił się podprowadzić grzecznie do stolika. Był zupełnie zrezygnowany i przerażony. Grzegorz położył dłoń Michała na stole i mocniej złapał go za nadgarstek.

– Ruszysz się, to cię zabiję – wyszeptał mu do ucha.

Wawrzyniec zrozumiał. Nie miał wyjścia.

– Panie Jacku. – Grzegorz zwrócił się do Jędruszki. – Zapłacę panu za te dwa miesiące i dorzucę coś ekstra, jak…

Nie zdążył nawet dokończyć swojej wypowiedzi. Pracownik doskonale zrozumiał jego intencję i sam wyszedł z inicjatywą. Wziął solidny zamach i uderzył metalowym kluczem w mały palec Michała. Wawrzyniec momentalnie wyrwał się z uścisku i upadł na ziemię. Przyłożył dłoń do brzucha i zaczął zwijać się z bólu, ale nawet nie wrzasnął.

– Poczekaj na zewnątrz – powiedział Grzegorz i wyciągnął przed siebie dłoń. – Klucz zostaw.

Jacek posłuchał polecenia i bez spoglądania na swojego szefa opuścił magazyn. Grzegorz poczekał, aż drzwi się za nim zamknęły, a następnie odłożył zakrwawiony klucz na stół. Kucnął przy Michale i sięgnął do kieszeni skórzanej kurtki.

– Mogę sprawić ci znacznie więcej bólu.

Na podłodze wylądowało kilka zdjęć. Michał z trudem otworzył oczy, ale kiedy już mu się to udało, zobaczył na fotografiach swoją żonę. Agnieszka leżała naga na łóżku. Zawsze sypiała nago, a już na pewno w ich domu. Poznał pościel, którą dostali po ślubie.

– Mogę z nią zrobić to, na co tylko mam ochotę – powiedział Grzegorz, podnosząc się i poprawiając kurtkę. – Widzimy się jutro.

 

 

 

 

 

 

WIECZÓR

 

 

 

 

– Muszę już iść.

Mężczyzna odwrócił się i zaczął się przeciskać między widzami, którzy dalej z wielką ochotą patrzyli w stronę dogasającego samochodu. Justyna próbowała złapać go za ramię, ale stojące wokół kobiety nie zamierzały jej dalej przepuszczać. Zwolniona przez niego przestrzeń od razu została wykorzystana tak, by mogły lepiej widzieć.

Dziennikarka chciała nagrać wypowiedź mężczyzny. Czuła, że jego słowa wniosłyby dużo do przygotowywanego materiału, choć przy niej nie powiedział praktycznie nic. Stał tylko i spoglądał na pracę policjantów.

– Jasna cholera.

Wkurzyła się i zamierzała to pokazać Rafałowi. Spojrzała w stronę ich samochodu, ale operatora już tam nie było. Stał przy policjancie, którego brzuch mógł robić za globus, i o czymś dyskutował. Wzięła głęboki wdech i ruszyła w ich stronę. Kiedy przy nich stanęła, poczuła woń świeżo wędzonej kiełbasy i miała nadzieję, że to od kanapki, którą funkcjonariusz zjadł przed przyjazdem na miejsce wypadku. Wolała nie myśleć, że to zapach człowieka.

– Naprawiłeś kamerę? – spytała, nie patrząc nawet na policjanta. – Mamy robotę.

– Tak, ale pan…

– Starszy posterunkowy Kamiński – podpowiedział funkcjonariusz.

– No właśnie. – Rafał się uśmiechnął. – Posterunkowy Kamiński powiedział mi bardzo interesującą rzecz. Nagrałem też od razu komentarz, może go wykorzystasz.

– Starszy posterunkowy – przerwał policjant. – To dwie różne funkcje, przepraszam.

Skłonił się lekko i wrócił do wraku samochodu. Poruszał się jak pingwin niosący między nogami ogromne jajko. Justyna nie traktowała go poważnie i nie rozumiała, dlaczego jej operator, zamiast wrócić do niej, zajął się rozmową z policjantem.

– Miałam świetnego gościa, ale mi spierdolił przez ciebie – mówiła przez zaciśnięte zęby. – Nie zapomnę ci tego.

– Zapomnisz, jak powiem ci…

– Zamilcz.

Nie musiała nawet podnosić głosu. Sam jego ton wystarczył, by Rafał zrozumiał, że powinien grzecznie posłuchać tego, co ma do powiedzenia jego szefowa. Wprawdzie w terenie byli równorzędni i pracowali razem, ale i tak oboje wiedzieli, kto rozdaje karty. I nie był to operator.

– W tej tłuszczy widziałam klechę. – Wyprostowała się i spojrzała w stronę tłumu. – Nagramy go i módl się, żeby dało się z tego sklecić coś dobrego, bo inaczej cię ukrzyżuję.

Gra słów nie była zamierzona, ale Justynie podobało się to, jak wplotła religię w wypowiedź. Musi o tym pamiętać, kiedy będzie montować materiał, to może dogra coś podobnego w studiu. Wolała nie zbłaźnić się przed księdzem, na dodatek takim, którego chętnie sama by namaściła.

Wiedziała, że nie powinna tak myśleć, ale była już zmęczona i było jej wszystko jedno, czy pójdzie za to do piekła. Zresztą miejsce w kotle miała zarezerwowane już od dawna.

– Myślę, że powinniśmy jednak…

– Słuchaj – przerwała mu Justyna. – Daj mi się zająć swoją robotą, a ty zajmij się swoją. Idziemy do księdza, bo nic tak nie pasuje do śmierci, jak facet w czerni. Proste?

– Proste – przytaknął Rafał.

– No i dobra.

Odetchnęła z ulgą, że nie musi już kontynuować dyskusji, która prowadziła donikąd. Stracili parę minut na wymianę zdań, a w tym czasie mogli nagrać już połowę materiału. Będzie trwał maksymalnie dwie minuty, bo nie widziała sensu w tym, by dalej rozprawiać na temat wypadku samochodowego. Zresztą żaden widz nie zainteresowałby się taką historią na dłużej. Justyna mocniej ścisnęła mikrofon i już bez żadnej zapowiedzi podeszła do księdza. Podstawiła mu urządzenie pod sam nos. Mężczyzna spojrzał na puchatą końcówkę sprzętu, a następnie na dziennikarkę.

– Proszę powiedzieć kilka słów o tym, kim była ofiara wypadku. – Justyna bezceremonialnie założyła, że ksiądz będzie miał coś do powiedzenia. – Tylko zwięźle.

Czuła, że zachowuje się nieodpowiednio. Koloratka i sutanna działały na nią tak, jakby ktoś wepchnął jej do jelita pół kilo węgla. Ściskało ją od środka i chciała mieć tę rozmowę za sobą jak najszybciej. Darowała więc sobie formy grzecznościowe i przyjemności. Zdawała sobie sprawę z nieelegancji swojego postępowania. Usprawiedliwiała się tym, że księdza widzi po raz pierwszy i ostatni w życiu. Mijały jednak kolejne sekundy, a jej rozmówca nie robił nic. Stał tylko wpatrzony w mikrofon, który dla bezpieczeństwa Justyna odsunęła od jego twarzy o kilka centymetrów. Ten ruch sprawił, że na twarzy księdza pojawił się uśmiech. Prawdziwy, a nie taki, jaki prezentowała dziennikarka. To ją ruszyło.

– Dobry wieczór – odezwała się spokojnie. – Czy zechciałby ksiądz powiedzieć kilka słów?

– Szczęść Boże – odparł mężczyzna. – Niezbadane są wyroki Pana.

 

 

 

 

 

 

10 GODZIN WCZEŚNIEJ

 

 

 

 

– Ostatni raz u spowiedzi byłem… Nie pamiętam, kiedy to było, jakoś przed bierzmowaniem chyba.

Konfesjonał pachniał wodą z mydłem. Kiedy ksiądz spojrzał na drewnianą podłogę, zobaczył, że dalej zalega tam odrobina wody. Będzie musiał uważniej wycierać powierzchnie, żeby te służyły mu jeszcze przez lata. Deski mogą się wypaczyć, a on może się potknąć i zrobić sobie krzywdę. Wolał unikać wizyt w szpitalu. I tak bywał tam ostatnio za często. W ciągu ostatnich trzech tygodni przeprowadził cztery ostatnie namaszczenia.

Przychodził, robił swoje, a później wymiotował w uliczce za szpitalem, tak by nikt go nie widział. Dalej nie potrafił przyzwyczaić się do tego spojrzenia, którym obarczali go chorzy i szukający nadziei. On mógł im dać tylko kilka słów pocieszenia, co czynił z przyjemnością, ale musiał to później odchorować. Jan był ich ostatnim pomostem między bólem a ulgą. Te spojrzenia prześladowały go nocami i modlitwa nie dawała ukojenia. Nie takiego, jakiego potrzebował. Teraz też nie miał ochoty na to, by wysłuchiwać formułek, które nie prowadziły do niczego, a jedynie stresowały penitenta.

– Przed ślubem też się spowiadałeś – powiedział, nachylając się do drewnianej kratki. Widział przez nią wierzch głowy pokutnika. I miał wielką ochotę wytargać go za uszy. – Przestań się wygłupiać, wiem, że nie tego potrzebujesz. Chodź, pomożesz mi w czymś.

Jan podniósł się ze swojego krzesła i wyszedł z konfesjonału. Przeciągnął się tak, że usłyszał głuchy trzask gdzieś w okolicach kręgosłupa. Nic go nie zabolało, ale brzmiało to, jakby ktoś złamał suchą gałąź. Będzie musiał wybrać się w końcu do lekarza.

Odczekał chwilę, aż Michał wyjdzie z konfesjonału. Znał chłopaka doskonale i rozumiał, że dalsze prowadzenie sakramentu będzie obrazą dla każdej z trzech stron tej rozmowy.

Jego, Michała i tego na górze.

– Nie musiałeś przychodzić do spowiedzi, skoro w nią nie wierzysz – powiedział i wskazał ręką na jedną z ław. – Znam cię już trochę.

Chłopak dalej miał spuszczoną głowę. Posłuchał jednak prośby księdza, usiadł koło niego i rozejrzał się po kościele.

– Jesteśmy sami, nie licząc sam wiesz kogo. – Jan wskazał palcem ku sufitowi. Dla pewności też powiódł wzrokiem po świątyni. Jego była już gosposia lubiła czasem podsłuchiwać penitentów, a potem po wsi rozpowiadać, kto z kim i dlaczego. Tłumaczył jej wielokrotnie, że sakrament spowiedzi jest święty i nie ma prawa w niego ingerować. Obiecywała poprawę, ale Jan nie do końca jej wierzył. Miał rację i w końcu się pożegnali. Choć kochał ludzi, traktował ich z rezerwą. Sami sobie na to zasłużyli. Posługę pełnił już od kilkunastu lat i w różnych miejscach, ale wszędzie spotykał te same osoby. Zwracali się do niego wtedy, kiedy nie widzieli już żadnej alternatywy. Wawrzyniec był inny, a Jan nie traktował go jak kolejnego wiernego, lecz raczej jak przyjaciela.

– Możemy pomilczeć, jeżeli tak wolisz.

Położył dłonie na kolanach i zaczął wystukiwać na nich rytm. Najpierw cicho, niemal niesłyszalnie, ale później coraz głośniej i głośniej. Dodał do tego pomrukiwanie, by dało się rozpoznać melodię. Robił to specjalnie. Michał znał muzykę, którą on tak nieudolnie próbował teraz naśladować. Sam przyniósł mu kasetę przed kilkoma tygodniami. Ściągniętą z Niemiec, więc sytuacja była naprawdę poważna. Jan nigdy nie nauczył się grać na żadnym instrumencie, ale zawsze podziwiał osoby, które to potrafią, niezależnie od gatunku muzycznego, którym się parali. Teraz liczył, że zainteresuje Wawrzyńca tym, co wystukiwał. I choć zajęło to dłużej, niż zakładał, Michał w końcu się odezwał.

– Nie sądziłem, że będziesz chciał tego słuchać – powiedział, uśmiechając się. – Ani tym bardziej że ci się spodoba. Trochę mi to do ciebie nie pasuje. Proszę księdza.

Ostatnie słowa powiedział tak, by czuć w nich było żartobliwy ton. Michał nigdy nie traktował go jak prawdziwego kapłana. Faceta ukrytego pod sutanną, która miała dawać mu magiczną tajemną wiedzę. Był dla niego po prostu zwykłym facetem, który robi coś innego niż reszta mężczyzn w okolicy. I dlatego tak szybko Jan złapał z Michałem wspólny język. Raz nawet wypili jedno piwo na spółkę. Na tyłach sklepiku, kiedy temperatura w cieniu przekraczała trzydzieści dwie kreski, a obaj chcieli zwyczajnie pomilczeć.

Jan miał to nieszczęście, że widziała go wtedy jedna z parafianek, więc przez kolejne dwa tygodnie wszyscy we wsi patrzyli na niego jak na alkoholika.

– Nie księdzuj mi tutaj teraz. – Pogroził mu palcem i wstał z ławy. – Nie przeczę, że ta cała Pantera jest dla mnie trochę za mocna, ale wpada w ucho. I ten utwór ma chyba jakiś ukryty przekaz.

– Wątpię, żebyś wiedział, co to za przekaz.

– Wokalista śpiewa o tym, że nie da się zniszczyć królestwa i czasem potrzebuje po prostu pięciu minut spokoju. – Jan rozłożył ręce. – Czyż nie jest to prosta recepta na wszystko?

– Facet śpiewa o tym, że chciałby spędzić pięć minut sam na sam z jakimś kolesiem, żeby mu wpier…

Michał w porę się powstrzymał.

– To utwór o tym, że chcieli pozwać zespół, bo niby kogoś pobili na koncercie, i ten pozywający ciągle domagał się jakiegoś zadośćuczynienia – wyjaśnił. – A wystarczyłoby pięć minut sam na sam, by sprawę wyjaśnić.

– Pokojowo?

– Tak, pewnie – zaśmiał się Wawrzyniec. – Widziałeś, jak wygląda wokalista Pantery?

Jan doskonale wiedział, jak podejść Michała, by ten się otworzył. Potrzebował tylko tematu zastępczego, by móc przejść do tego właściwego, a muzyka sprawdzała się idealnie. Ksiądz ruszył w stronę wyjścia z kościoła i był pewien, że Michał za nim podąży. Słyszał jego ciężkie kroki. Kiedy znaleźli się na zewnątrz, na niebie zaczęły zbierać się chmury. Dzień dopiero się rozpoczynał, a w powietrzu już wisiało widmo katastrofy. Poranna wizyta była tego zwiastunem. Chłopak nigdy nie pojawiał się bez zapowiedzi i pierwszy raz, odkąd się poznali, chciał się wyspowiadać.

– Muszę przenieść kilka desek, które nam przywieźli. – Jan wskazał na górę drewna, którego wystarczyłoby do ułożenia kilku stosów. Znał parę wiedźm z okolicy, ale ich przewinienia ograniczały się do nadmiernego plotkowania, a poza tym kuria mogłaby się zdenerwować. – Pomożesz mi z tym?

– Nie masz od tego ministrantów czy coś? – spytał Michał, ściągając kurtkę, choć na zewnątrz było ledwo powyżej zera. – Nie możesz ich zaprząc do pracy?

– Mógłbym, ale skoro jesteś na miejscu, to skorzystam. A poza tym praca fizyczna pozwala spojrzeć na życie z innej perspektywy. Nic tak nie pomaga uporządkować myśli, jak trochę zmęczenia.

– Skąd ty w ogóle bierzesz pieniądze na te wszystkie materiały, co?

– Z pogrzebów i ślubów – zażartował Jan. – Wierni o mnie dbają.

Podszedł do Michała i położył mu rękę na ramieniu.

– Słuchaj, nie musisz mi mówić wszystkiego. Nie jestem lekarzem – zaczął spokojnie. – Bo jakbym był, a ty coś byś przede mną zataił, wybuchłaby ci wątroba lub coś takiego. Więc możesz się uspokoić.

Michał parsknął, ale żart księdza niewiele pomógł. Chłopak dalej wyglądał na mocno zmartwionego. Jedyne, co mogło teraz pomóc, to czas. Wawrzyniec postanowił go przeznaczyć na przenoszenie ciężkich desek z jednego miejsca na drugie. Zabronił Janowi pomagać, co ten przyjął z ulgą. Deski leżały już tam, gdzie powinny. Chciał dać zajęcie chłopakowi, a to oznacza, że faktycznie będzie musiał poprosić ministrantów o pomoc. Miał już prawie pięćdziesiąt lat i choć dalej uważał się za mężczyznę w pełni sił, musiał na siebie trochę uważać. Michał był od niego o prawie trzydzieści lat młodszy. Dwudziestodwuletni dzieciak, który za szybko wszedł w małżeństwo.

Jan próbował myśleć inaczej, ale nie potrafił. Nie każdy związek ma przyszłość. Michała i Agnieszki nie miał. Żałował, że nie może mu tego powiedzieć wprost. Obowiązywała go tajemnica spowiedzi, a Agnieszka była o wiele bardziej gorliwa niż jej mąż. Miała też o wiele więcej przywar, niż ten sądził. Duchowny widział takie małżeństwa już wielokrotnie. Pośpieszne, podsycane żarem seksualności i pozbawione bliskości jednocześnie. Kiedy przychodziła proza życia, takie związki pękały, a razem z nimi ludzie. Spoglądał na Michała i widział, jak ten pęka. Powoli, ale coraz wyraźniej. Czuł, że kłopoty, które przygnały chłopaka do kościoła tak wcześnie rano, spowodowane były właśnie małżeńskim pożyciem.

Przynajmniej częściowo, bo spodziewał się, że to nie wszystko.

– Skończyłem – powiedział Michał, podchodząc do księdza. Całe jego ciało parowało, ale wydawał się szczęśliwszy. – Muszę chyba częściej tutaj zaglądać.

– Nie mam nic przeciwko. Przydałoby się zakrystię pomalować. – Jan udał, że gładzi długą brodę, choć od zawsze golił policzki na zero. – Myślę, że znajdę ci coś do roboty.

– Dzięki.

Wawrzyniec założył ponownie kurtkę i westchnął.

– Spieprzyłem – rzucił szczerze po chwil. – Spieprzyłem na całej linii.

– Co spieprzyłeś?

Chłopak zaczął ryć butem w zmarzniętej ziemi. Wykopał spory dołek, zanim zdecydował się kontynuować rozmowę.

– Wziąłem pieniądze od kogoś, od kogo nie powinienem – wyznał. – Dużo. Dużo za dużo.

Ksiądz pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Do kiedy masz oddać?

– Już powinienem. – Załamał mu się głos. – Niedługo mam spotkanie, a nie mam nic. Nie ukradłem tych pieniędzy. Wydałem trochę, ale reszta poszła na firmę. Nic nie ukradłem.

– Wiem. – Jan mówił tak spokojnie, jak to tylko możliwe. – Wiem, że ich nie ukradłeś.

– On mi nie uwierzy. Ja sam bym sobie nie uwierzył.

Problem był większego kalibru, niż Jan podejrzewał. Miłość potrafiła ranić, ale rzadko się zdarzało, by łamała ludziom kości. Nie dziwił się teraz, że Michał wyglądał jak po całonocnej lewatywie. Mógł pożyczyć pieniądze tylko od jednej osoby.

Grzegorz Marczyński robił interesy w całej Polsce, ale upodobał sobie okolice Sochaczewa. Kupił tutaj nawet dom, który z daleka krzyczał, że kosztował miliardy i lepiej do niego nie podchodzić. Każdy, kto uścisnął dłoń Grzegorzowi, a nie wywiązał się z obietnicy, znikał.