Nieodwracalnie - Bartosz Szczygielski - ebook + audiobook + książka

Nieodwracalnie ebook i audiobook

Bartosz Szczygielski

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Możesz zapomnieć o przeszłości, ale ona nie zapomni o tobie

Adam Zwidowski lubi swoje życie. Wyemigrował, założył rodzinę i niemal uzbierał na wymarzony dom. Dobrze mu tam, gdzie jest, ale niespodziewana wiadomość o samobójstwie dawnego przyjaciela zmienia wszystko. Zwłaszcza że Grzegorz wysłał ją osobiście, tuż przed swoją śmiercią.

Odtąd życie Adama zmienia się diametralnie, a decyzja o wyjeździe w rodzinne strony może być najgorszą w jego życiu. Dla mieszkańców miasta, w którym się wychował, jest zupełnie obcy, a takiego najłatwiej obwinić o przerażające zbrodnie, które wstrząsnęły lokalną społecznością. Kiedyś „chłopak stąd”, dziś staje się idealnym podejrzanym…

W trzymającym w napięciu thrillerze „NieodwracalnieBartosz Szczygielski opowiada o kruchości relacji i o tym, jak łatwo zapominamy o ludziach, którzy kiedyś byli dla nas ważni.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 309

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 51 min

Oceny
4,3 (125 ocen)
65
43
14
1
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Truskawka2

Nie oderwiesz się od lektury

Kolejna świetna książka tego autora . Lektor boski! Gorąco polecam !!!
00
Sagaa23

Nie oderwiesz się od lektury

Czyta Filip Kosior 😊 I to najlepsza rekomendacja 😁
00
januzal

Nie oderwiesz się od lektury

ok.05.24
00
KingaGoralska

Nie oderwiesz się od lektury

REWELACJA ) !!!!!
00
Rainbowdash55

Dobrze spędzony czas

ZAKOŃCZENIE ZASKSKUJE NAJBARDZIEJ, WOW 🧡
00

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Bartosz Szczygielski, 2023

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2023

 

Redaktorka prowadząca: Anna Rychlicka-Karbowska

Marketing i promocja: Karolina Guzik

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Joanna Pawłowska, Marta Akuszewska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Zdjęcia na okładce: © Westend61 | Adobe Stock, Imgorthand | iStock

Zdjęcie autora: © Mikołaj Starzyński

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-67815-49-9

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla Ady. Gdziekolwiek jesteś, obyś

była tam szczęśliwsza.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Sławek wyczuwał zapach pieczonego mięsa z kilkuset metrów.

Wiedział, że to prawdziwy dar. Zazwyczaj nie musiał korzystać ze swoich zdolności, ponieważ wszystko, czego potrzebował, znajdowało się nie dalej jak kilka kroków od niego. W lodówce leżały smakołyki, które jadał rzadko, ale tym bardziej doceniał ich smak. Matka groziła mu palcem, kiedy za bardzo się ekscytował, podczas gdy otwierała skarbiec z jedzeniem. Do spiżarni schowanej pod schodami, gdzie zawsze było ciemno i zimno, nie miał wstępu. Tam ukryto prawdziwe rarytasy. Suszona wołowina, kiełbasy i kabanosy. Szczelnie zapakowane i czekające na to, aż Sławek położy na nich swoje łapy. Na samą myśl o nich ciekła mu ślina. Trudno mu było nad tym zapanować, a tak naprawdę nawet nie starał się tego robić. Często myślał o jedzeniu. Teraz także, ale miał przed sobą coś o wiele bardziej zajmującego.

Wiewiórkę.

Stwór gapił się na niego z pogardą i zamiast trząść się ze strachu, grzebał paluchami w futrze na brzuchu. Sławek wrzeszczał na niego, wzywając go do walki, ale wróg nie reagował na zaczepki. Siedział bezpiecznie daleko poza jego zasięgiem. Obydwoje o tym wiedzieli, a cieszyło to tylko jedną stronę konfliktu.

Usiadł i zaczął gapić się na wiewiórkę, która nic sobie nie robiła z jego gróźb. Takiego dyshonoru nie mógł puścić płazem. Spiął mięśnie i przygotował się do skoku, ale poczuł nagłe szarpnięcie, które pokrzyżowało jego plany.

– Zostaw. – Jacek chwycił za obrożę i odciągnął psa spod drzewa. – Tyle razy ci mówiłem, żebyś nie zaczepiał wiewiórek. Jesteś od nich ze sto razy większy.

Owczarek przez chwilę stawiał opór i nie spuszczał wzroku z rudego zwierzaka, ale po chwili znalazł w lesie coś innego, co go zainteresowało. Pomerdał ogonem i ruszył przed siebie, wyswobodziwszy się z uchwytu.

– Nie odbiegaj za daleko! – krzyknął za nim Jacek. – Chcę cię widzieć.

– Masz posłuch, nie ma co.

Agata położyła mu rękę na ramieniu i poklepała go tak, jak czasem pieściła Sławka leżącego razem z nimi na kanapie. Dobrze wiedział, że wilczur słucha tylko jej, i nie miało tutaj znaczenia, że to on go karmił, wyprowadzał czy czesał. Dla Sławka liczyła się tylko Agata, która przywiozła go ze schroniska zziębniętego i bez kawałka ucha. Jacka lubił, ale to ją kochał. Do tej pory nie wiedzieli, co się właściwie wydarzyło i dlaczego ewidentnie rasowy owczarek niemiecki wylądował w miejscu, skąd dla większości nie ma ucieczki. Dla nich to nie miało wtedy znaczenia. Od razu czuli, że ten wystraszony, wychudzony maluch będzie ich i że zrobią wszystko, by w ich domu czuł się jak u siebie. Sławkowi nadal zdarzało się czegoś wystraszyć z niewiadomego dla nich powodu, ale mieszkali razem już ponad rok i z każdym dniem było coraz lepiej.

– Powinniśmy trzymać go na smyczy – odezwał się Jacek, nie odrywając wzroku od psa, który zboczył ze ścieżki i wbiegł między drzewa, by po paru sekundach wrócić z kawałkiem badyla w pysku. – Zaraz zeżre jakiegoś grzyba czy coś i trzeba będzie z nim jechać do weta. Ej, zostaw to!

– Spokojnie. To samo twierdziłeś ostatnio, a nic się nie stało.

– Mieliśmy szczęście. Mówiłem ci przecież, co przeczytałem. Ktoś zostawia kawałki mięsa z gwoździami w środku, żeby psy się pokaleczyły.

– Mówiłeś – przyznała z uśmiechem na ustach.

– Nie rusza cię to?

Przesunęła się tak, by stanąć przed Jackiem i na chwilę zasłonić mu widok Sławka grzebiącego w mokrej ziemi. Wiedziała, że gdy wrócą, trzeba będzie go solidnie wyczyścić, zanim w ogóle przestąpią próg domu, ale teraz chciała, żeby chwilę się pobawił. Zapomniał już o patyku i, całe szczęście, o wiewiórce, która dalej siedziała na drzewie, bacznie ich obserwując.

Tylko w weekendy obydwoje mieli czas na to, by wychodzić z psem na dłuższe spacery, i Agata chciała wykorzystać go do maksimum. Nawet kosztem ryzyka, o którym wspomniał jej mąż, a które ona uważała za mocno przesadzone.

– Ruszałoby, gdybyśmy mieszkali w Warszawie.

– To nie oznacza…

– Hej. – Złapała jego dłonie i mocno ścisnęła. – Nic mu nie będzie. Zastanów się. Mieszkamy na końcu świata, a nie wśród jakichś chorych ludzi. Nikomu nie przeszkadza kupa na trawniku, który i tak nie należy do nich. Daj mu trochę poszaleć.

– Dobra. – Westchnął. – Ale jak coś się stanie, to sama jedziesz z nim do weta.

– Już widzę, jak byś mi na to pozwolił.

Jacek prędzej dałby sobie uciąć palec i jego żona dobrze o tym wiedziała. Zdawał sobie sprawę, że czasem za bardzo się stresuje. To był jeden z powodów, dla których w ogóle zdecydowali się przygarnąć psa. Miał mu pomóc w odnalezieniu równowagi. Nie myśleli jeszcze o dzieciach i prawdopodobnie nigdy nie będą. Ani on, ani tym bardziej Agata nie mieli ochoty na zmienianie pieluch i wieczne niewyspanie. Wśród znajomych byli jedynymi, którzy nadal nie dorobili się potomstwa, więc na wszelkie spotkania zapraszani byli coraz rzadziej. Nie przeszkadzało im to. Chodzenie na domówki, gdzie główną atrakcją była Świnka Peppa, trudno nazwać dobrze spędzonym czasem. Zresztą boczek mieli w lodówce.

– Chodź, powoli zaczyna się robić ciemno. – Agata przesunęła się i ruszyła wzdłuż leśnej ścieżki. – Zaraz dojdziemy do tych nowych szeregowców, a tam już Sławka trzeba będzie wziąć na smycz. Nie wiadomo, kto się tam może kręcić.

Pokiwał głową, że się zgadza. Jacek może i był nadopiekuńczy w stosunku do psa, ale nie zamierzał zmieniać swojego podejścia. Był odpowiedzialny za Sławka, dla którego razem z żoną byli całym światem, choć nie wiedział, czy on to faktycznie rozumie. Czasem patrzył na nich tak, jakby doskonale zdawał sobie z tego sprawę, a czasem po prostu gryzł starego kapcia i ślinił się na podłogę w błogiej nieświadomości. Jacek zazdrościł mu tego, że nie musi martwić się ros­nącą ratą kredytu, rachunkami i wiecznie zapowietrzonym kaloryferem w sypialni, bo żarcie i tak znajdzie w misce.

Zima zawsze wprowadzała go w stan melancholii. Tym bardziej teraz, kiedy jego praca wisiała na włosku, o czym jeszcze nie powiedział Agacie. Wolał jej nie martwić, póki faktycznie nie było ku temu powodu.

Całe szczęście, że ta pora roku już prawie się kończyła. Kalendarzowa wiosna czaiła się za rogiem, a Jacek już nie mógł się doczekać tego, by zrobiło się trochę cieplej. Ścisnął mocniej dłoń Agaty i uśmiechnął się do niej tak, jakby właśnie wychodzili z urzędu stanu cywilnego. Dalej nie wierzył w swoje szczęście. Powoli docierało do niego, że życie całkiem mu się udało.

– Czujesz to? – Agata zatrzymała się i zakryła nos dłonią. – Chryste, ludzie palą w domach chyba jakimiś pieluchami czy coś.

Chciał coś odpowiedzieć, bo sam poczuł smród, który z każdą sekundą przybierał na intensywności, ale nie mógł z siebie nic wydusić. Wystarczyło parę sekund, by Sławek zniknął mu z pola widzenia. Jacek puścił dłoń żony i zaczął się rozglądać po okolicy. Drzewa się przerzedziły, a od granicy lasu dzieliło ich może sto metrów. Widział już nawet zarys pierwszych budynków, ale nigdzie nie dostrzegał owczarka.

– Sławek! – wrzasnął. – Sławek! Wracaj!

– Cholera, gdzie go wcięło?

Z każdą chwilą, kiedy Jacek nie mógł zlokalizować Sławka, stawał się coraz bardziej podenerwowany. Wiedział, że nie powinien go puszczać samopas. Na dodatek smród stawał się coraz intensywniejszy, wręcz duszący.

Mężczyzna zboczył ze ścieżki i wszedł pomiędzy drzewa. Agata podążyła za nim i co chwilę nawoływała psa. On już przestał próbować. Wystarczyło przejść kilka metrów. Wiedział, gdzie znajdzie Sławka.

Dostrzegł go na skraju niewielkiej polany, gdzie pies po prostu siedział i w coś się wpatrywał. Jacek podszedł bliżej, wyciągnął z kieszeni kurtki smycz i od razu zaczepił ją o obrożę.

– Mógłbyś przychodzić, jak cię wołam? – powiedział, kucając przy Sławku i drapiąc go za uchem. – Martwiliśmy się o ciebie.

– Dobra, przyznaję, że mi też napędziłeś teraz stracha – dodała Agata, stając obok nich. – Co tam znalazłeś, co? Jacek, co to jest, do cholery?

Mężczyzna wyprostował się i spojrzał na polanę.

– Poczekaj tutaj. – Oddał smycz żonie. – Zaraz wrócę.

Nie czekał na odpowiedź. Widział, że Agata przyciąg­nęła do siebie Sławka, tak by ten przypadkiem nie uciekł, i to mu wystarczyło. Owczarek nie zamierzał wchodzić na polanę, a tylko obserwował teren. Wyglądał na zaniepokojonego, co udzieliło się także Jackowi. Od najbliższych zabudowań, jeszcze niewykończonych szeregowców, dzieliło ich może dwieście, trzysta metrów. Mężczyzna spodziewał się dzikiego wysypiska śmieci, ale przedziwna konstrukcja, którą miał przed sobą, nie przypominała niczego, co widział w swoim życiu. Na samym środku polany wbito w ziemię gruby i długi drewniany słup, a wokół niego ułożono stos gałęzi. Sięgały wysokości półtora metra i tworzyły wokół pala okrąg o średnicy przynajmniej dwa razy większej. Część gałęzi dalej się tliła, ale większość wyglądała na takie, do których ogień w ogóle nie dotarł.

Ze środka wydobywał się dym.

Cuchnący, dławiący dym niósł ze sobą okropny smród przypalonego mięsa i czegoś, czego Jacek nie potrafił zdefiniować. Owczarek musiał wyczuć zapach dużo wcześniej od nich i dlatego ich tutaj przyprowadził.

W tej chwili po raz pierwszy Jacek zaczął żałować, że Sławek z nimi zamieszkał. Inaczej sam nie spacerowałby teraz po lesie i nie spoglądał na coś, co kojarzyło mu się tylko z jednym.

Stosem dla czarownic.

Im bliżej niego się znajdował, tym ostrożniej stawiał kroki. Przeczuwał, że nie znajdzie pomiędzy tlącymi się gałęziami niczego dobrego. Stojąc kilka metrów od stosu, musiał zasłonić nos, by nie zwrócić obiadu. Zmrużył oczy, które same z siebie zaczęły łzawić.

Jacek obejrzał się w stronę Agaty. Dalej stała na skraju polany i nerwowo głaskała owczarka.

– Dzwoń na policję! – krzyknął. – Trzeba to zgłosić.

– Już jadą – odpowiedziała i machnęła ręką. – Zaraz będą.

Jacek spojrzał we wskazanym przez żonę kierunku i faktycznie dostrzegł niebieskie światła między drzewami. Powoli docierał do niego też dźwięk syren, ale był już tak blisko znaleziska, że ciekawość zwyciężyła. Wiedział, że będzie tego żałować.

Spojrzał na stos, a następnie schylił się, by wyciągnąć jedną z gałęzi. Złapał za najgrubszą, jaką udało mu się znaleźć, i stanął na skraju kręgu. Ostrożnie zaczął odgarniać patyki z samego wierzchu. Zdawało mu się, że widział coś pod nimi. Kształt, którego nie powinno tam być.

Musiał wstrzymać oddech, odrzucając na bok nadpalone gałęzie i odsłaniając poczerniałe ciało.

Kobieta nie miała już włosów. Nie dostrzegał też śladów skóry, a jedynie czarną skorupę pokrywającą czaszkę, szyję i ramiona. Ten widok będzie mu się śnił do końca życia. Nigdy też nie zapomni tego zapachu. Smrodu spalonych włosów wymieszanego z przypalonym tłuszczem. Chciał odwrócić się i odejść, zanim pojawi się policja, kiedy stos gałęzi zaczął się osuwać, a spod niego – wydobywać ciche westchnięcia. Zastygł w bezruchu i wpatrywał się w jedyny jasny punkt, jaki dostrzegał na ciele kobiety.

Jej otwarte oczy.

 

 

 

 

 

 

Adam

 

 

 

 

Piekły go powieki.

Zaciskał je najmocniej, jak potrafił, ale nic to nie dawało. Niezależnie od tego, jak mocno by próbował, zawsze kończyło się tak samo. Raz obudzony, nie potrafił ponownie zasnąć. Nawet wtedy, kiedy miał urlop i mógł wylegiwać się w pościeli do południa.

Adam odwrócił głowę i spojrzał na zegarek stojący obok łóżka. Ledwo potrafił znaleźć go wśród leżących tam rzeczy. Stolik nocny zagracony był książkami, których nie miał czasu czytać, a tylko dokładał kolejne. Do tego dwie na wpół pełne szklanki z wodą, smartfon, pudełko chusteczek i jakiś notatnik, który nie należał do niego, tylko do żony. Justyna często zostawiała swoje rzeczy w różnych częściach mieszkania, tłumacząc mu, że ma swój system i żeby lepiej nic nie ruszał, inaczej się pogubi.

Słuchał żony i nie zamierzał bruździć w jej systemie.

Teraz wpatrywał się w zegarek, który pokazywał na cyfrowym wyświetlaczu „07.58 AM”. Chwilę mu zajęło, zanim zrozumiał, co jest tam napisane. Mieszkał w Anglii od prawie dziesięciu lat, ale dalej do niektórych rzeczy nie potrafił się przyzwyczaić. Zapewne łatwiej byłoby wtedy, gdyby stale nie obracał się wśród Polaków, którzy urządzili sobie swoją małą ojczyznę tysiące kilometrów od tej prawdziwej. Wszyscy tutaj udawali, że są w domu. Lepszym, czystszym i bogatszym, a jedyne, co odróżniało go od tego prawdziwego, to jeżdżenie po złej stronie ulicy. Czasem trzeba było też rozmawiać po angielsku, ale Adam miał w pracy ludzi, którzy nie potrafili wykrztusić z siebie żadnego słowa w tym języku, a spędzili w Anglii dwadzieścia lat. I choć część z nich miała dwa razy mniej zębów niż on, to uśmiechali się dwa razy częściej.

Powinien przestać tyle myśleć i analizować, a skupić się na tu i teraz. Wyczytał taką poradę na jednym z opakowań płatków, które jadała jego żona. Podobnych złotych myśli mieli w domu więcej, część z nich wisiała nawet na ścianach. Dawały chwilowego kopa, ale równie szybko można było o nich zapomnieć.

Zrzucił z siebie kołdrę i niechętnie usiadł na skraju łóżka. Skoro i tak już nie zaśnie, to może zająć się czymś pożytecznym. Wstał i podszedł do stojącego w rogu sypialni krzesła, by ściągnąć z góry leżących tam ubrań swój szlafrok. Przywiózł go jeszcze z Polski i dalej pachniał tak, jak wtedy. Papierosowym dymem, wiśniówką i złymi decyzjami. Brakowało mu studenckiej beztroski i czasu, kiedy największym problemem była sesja, a nie fakt, że musiał wstawać do łazienki w środku nocy przynajmniej dwa razy. Powinien pójść w końcu do lekarza na jakiś ogólny przegląd, ale odwlekał to już tak długo, że kolejne kilka dni go nie zbawi. Może nawet tygodni. Miał raptem czterdzieści lat, więc powinien być zdrowy.

Ignorowanie problemów było jego mocną stroną.

Opatulił się szczelniej szlafrokiem i zszedł do kuchni. Justyna zdążyła już zjeść śniadanie, którego resztki widział w komorze zlewu. Zalał miskę z niedojedzonym musli, a potem włączył ekspres i zrobił sobie kawę. Zapach zmielonych ziaren przyjemnie połaskotał go w nos, a kiedy wziął pierwszy łyk, od razu poczuł się lepiej. Nie nabrał może natychmiastowej mocy do działania, ale przynajmniej nie miał już ochoty nikogo zamordować.

Podszedł do okna i wyjrzał na ulicę. Wynajmowali z Justyną niewielki segment w Rushden i mało już im brakowało do tego, by zostać jego właścicielami. Mieli szczęście, że od początku sprawy najmu załatwiali bezpośrednio z właścicielką, a nie przez agencję. Inaczej do końca życia musieliby tułać się od jednego miejsca do drugiego. Uzyskawszy już status rezydenta, mogli w końcu ruszyć naprzód. Zdążyli odłożyć sporą część potrzebną do wykupu, ale Adam nie chciał pozbywać się wszystkich oszczędności ani tym bardziej brać pożyczki. Przez lata odkładał każdego funta, by zrealizować swoje marzenie. Niewiele dzieliło ich od celu; w końcu będą na swoim.

Zobaczył, że Justyna wraca ze sklepu. Chciał jej nawet pomachać, ale zanim zdążył to zrobić, usłyszał trzask drzwi.

– Już wstałeś? – powiedziała, wchodząc do kuchni i stawiając na stole siatkę z zakupami. – Sądziłam, że sobie trochę pośpisz.

– Próbowałem, no ale jak widać.

Odstawił kubek na blat i podszedł do Justyny. Pocałował ją w policzek i poczuł, jak gorącą ma skórę. Pachniała świeżym pieczywem i brzoskwiniami. Uwielbiał zapach jej mydła, balsamu czy czegokolwiek, czym się tam smarowała. W łazience stało tyle różnego rodzaju butelek, że mogliby otworzyć własne Superdrug, gdyby tylko chcieli i mieli czas. Raz zapytał, ile to wszystko kosztowało, i to wystarczyło, by nie robił tego nigdy więcej. Justyna nie pytała za to, ile Adam wydaje na modele samolotów, które sklejał wieczorami i podwieszał później pod sufitem na strychu. Niektórych rzeczy w małżeństwie lepiej nie mówić na głos.

– Kupiłam chleb, powinno starczyć na kilka dni, ale będziesz musiał sobie dokupić.

– Nie mam pięciu lat – zaśmiał się. – Nie umrę z głodu i wiem, gdzie jest piekarnia.

– Ostatnio też tak mówiłeś, a przez tydzień żarłeś lasagne z mikrofali.

– Były w niej warzywa – odparł. – A to prawie jak sałatka.

Justyna ściągnęła kurtkę i powiesiła na oparciu krzesła. Pod spodem miała bluzę dresową, której przydałaby się wizyta w pralce, i spodnie, którym nawet to już by nie pomogło odzyskać dawnego blasku.

– Jakie to warzywa masz w lasagne, co?

– No… pomidory?

– Raczej tonę sera, tłuszczu i mięcha, które pewnie znaleźli na śmietniku – zaczęła się z niego nabijać. – Przecież to żarcie kosztuje funciaka, więc nie ma prawa być zdrowe. Jak nie zaczniesz o siebie dbać, to skończysz na cmentarzu, a jesteś mi jeszcze potrzebny.

– Wiadomo, śmieci się same nie wyniosą.

– I tak ich nie wynosisz – odparła, wychodząc z kuchni. – Zobaczysz, któregoś dnia się z tobą rozwiodę i zabiorę połowę majątku.

Adam chciał jeszcze coś odpowiedzieć, ale Justyna była już daleko poza jego zasięgiem. Wynajmowany przez nich szeregowiec doskonale tłumił dźwięki, choć i tak często słyszeli sąsiadów, którzy z okazji weekendu potrafili świętować do samego rana. Nie przeszkadzało mu to, a przynajmniej nie do tego stopnia, by zrezygnować z planów zakupu domu. Gotów był na wiele kompromisów. Zbyt długo żył na oparach, żeby na ostatniej prostej gonić za kolejnym marzeniem i szukać czegoś, na co i tak nie miał wpływu – jak cisi sąsiedzi czy pracownicy komunalni, którzy nie zostawiają mu bałaganu, wywożąc śmieci.

Stanął przy stole i przejrzał przyniesione przez Justynę zakupy. Standardowy zestaw survivalowy na czas, kiedy jego żona wyjeżdżała. Nie robiła tego zbyt często. Zazwyczaj wybywali gdzieś razem, choć nie mógł sobie teraz przypomnieć, kiedy zrobili to ostatni raz. Najpierw obydwoje zażynali się w pracy, a kiedy liczyli na chwilę oddechu, przyszła pandemia, potem zaś musieli zacząć od nowa, by utrzymać się na powierzchni. Całe życie w kołowrotku, pomyślał, wypakowując chleb i jajka. Kiedy skończył, złapał za kurtkę wiszącą na oparciu krzesła i przeszedł z nią do korytarza. Odwieszając ją na wieszak, zauważył, że w kieszeni czekają listy.

– Jest coś do mnie? – powiedział na tyle głośno, by Justyna usłyszała go, będąc na piętrze.

– Sprawdź, nie patrzyłam jeszcze.

Spodziewał się podobnej odpowiedzi. Nie przepadał za listami, które adresowano bezpośrednio do niego. Zazwyczaj oznaczały kłopoty i pochodziły z urzędów, a on nie chciał się stresować zaraz na początku urlopu. Przejrzał na szybko korespondencję i oprócz kilku rachunków, których i tak się spodziewał, jego uwagę przykuła zwykła koperta. List przyszedł z Polski, a nazwisko nadawcy napisano tak niewyraźnie, że nie potrafił go rozszyfrować. W przeciwieństwie do jego, które zostało pięknie wykaligrafowane.

Wrócił do kuchni i usiadł przy stole. Trzymał kopertę pomiędzy palcami i zastanawiał się, czy to aby nie pomyłka. W Polsce nie zostawił nikogo, a już na pewno nikogo, kto chciałby pisać do niego tradycyjny list. Nie dostał takiego, odkąd wyjechał, i wcale mu tego nie brakowało. Powinien wrzucić list do niszczarki.

Z zamyślenia wyrwało go głośne stukanie.

– Pamiętasz, że masz mnie zawieźć na Luton?

Justyna wtoczyła walizkę do kuchni i z trudem ustawiła ją pod piecykiem. Patrząc na to, jak jego żona męczy się z jej przenoszeniem, Adam założył, że ważyła ze trzydzieści kilo, czyli połowę tego, co ona. Nieustannie go zaskakiwała, choć czasem miał ochotę zwrócić jej uwagę na niektóre kwestie, którymi sama się nie przejmowała. Przynajmniej raz w tygodniu wyciągał z odpływu w wannie kłąb mokrych włosów przypominający martwą wydrę i ważący dobre kilka kilo. Może trochę przesadzał w tej ocenie, ale gdyby on tracił tyle włosów co Justyna, już dawno byłby łysy. Całe szczęście ominęła go ruletka genetyczna i dalej miał na głowie wystarczająco, by nie korzystać z zaczeski. Czas obszedł się z nim łagodnie. Adam lekko posiwiał, ale uważał, że to akurat dobrze. Wyglądał poważniej, co przydawało się w interesach.

– Zostawiasz mnie? – spytał, oceniając rozmiary bagażu. – Nie sądzisz, że to trochę za dużo?

– Lecę na prawie dwa tygodnie – przypomniała mu. – Przecież nie będę chodziła cały czas w tym samym.

– Wiesz, że w Polsce mają już pralki, co nie? Dużo się zmieniło, odkąd wyjechaliśmy.

– Zabawne.

Nie zaśmiała się, co wcale Adama nie zdziwiło. Kiedy Justyna miała zajęcie lub jasno sprecyzowany plan działania, nic nie mogło wytrącić jej z równowagi. Próbował od blisko piętnastu lat i dalej mu się to nie udawało.

– Bądź tak miły i idź się ubierz – poprosiła, zaglądając do lodówki. – Dobrze byłoby, jakbyś się też wykąpał. Czuję cię z daleka.

Zatrzasnęła lodówkę.

– I kup masło, jak będziesz robił zakupy, bo zapomniałam.

– Romantycznie. Na lotnisko mamy niecałą godzinę. O której masz ten lot?

– Chwilę po piętnastej – powiedziała, ciężko wzdychając. – Mówiłam ci wczoraj.

– No to mamy jeszcze od cholery czasu.

– Mieliśmy do firmy zajechać – przypomniała. – Idź już, bo serio zaczynasz mnie denerwować.

Dłuższe przeciąganie nie miało sensu. Adam złapał za listy i przeszedł do korytarza. Odłożył rachunki na stos korespondencji, gdzie najwięcej było ulotek z pobliskich knajp oferujących dowóz, ale nie potrafił odłożyć przesyłki od tajemniczego nadawcy. Wpatrywał się w kopertę, a potem razem z nią przeszedł do łazienki na parterze. Niewielkie pomieszczenie, gdzie wciśnięto prysznic z toaletą oraz umywalką, stanowiło jego królestwo. Zamknął za sobą drzwi i stanął przed lustrem. Faktycznie wyglądał na brudnego. Dwudniowy zarost nie dodawał mu uroku, a sprawiał wręcz, że zaczynał przypominać lumpa, któremu do szczęścia brakuje tylko wódki, papierosów i zastrzyku przeciwtężcowego.

Zamierzał się ogolić, ale najpierw postanowił zaspokoić ciekawość. Rozerwał ostrożnie kopertę i wyciągnął z niej pojedynczą kartkę. Nie od razu poznał, kto do niego pisał.

– Kurwa…

Usłyszał odgłos kroków na korytarzu, a po paru sekundach pukanie do drzwi łazienki.

– Wszystko w porządku?

Adam nie wiedział, co odpowiedzieć. Na pewno nie było w porządku, choć trudno było mu zdefiniować to, co czuł. Kilka sekund nie oddychał, a jego ciało zrobiło się gorące. Przeszłość upomniała się o niego w najgorszy z możliwych sposobów, nie zostawiając mu żadnego pola do manewru. Wpatrywał się w zapisaną kartkę i czytał ją raz za razem, licząc, że w końcu zrozumie, co się wydarzyło.

Justyna nie czekała dłużej na jego odpowiedź. Po prostu weszła do łazienki i stanęła mu za plecami.

– Adam, co jest? – spytała, zaglądając mu przez ramię. – Co to?

– Dostałem list – wydukał. – Od kogoś, kogo nie widziałem od lat.

– No, to chyba miło.

Odsunęła się i oparła o framugę drzwi. Wewnątrz łazienki nawet jedna osoba nie mogła czuć się komfortowo, a co dopiero mówić o parze.

– Muszę… Muszę odłożyć to malowanie, co miałem teraz robić.

– Co? Niby dlaczego?

– Mój przyjaciel nie żyje – powiedział cicho.

Justyna wstrzymała na chwilę oddech. Zachowywała się czasami tak samo jak on. Przez tyle lat wspólnego życia przeszli przez wiele, ale do tej pory udało im się omijać pogrzeby, jeśli nie liczyć jakichś ciotek, których i tak żadne z nich nie znało lub nie lubiło. Śmierć kogoś w ich wieku była szokiem i znakiem, że są tak samo narażeni na niebezpieczeństwo jak wszyscy inni. Adam zdawał sobie sprawę, że nie jest nieśmiertelny, postanowił jednak odłożyć myślenie o tym na bliżej nieokreśloną przyszłość. Teraz zaczął się zastanawiać, czy taką w ogóle ma.

– Nawet… Przykro mi. Nie wiem, co powiedzieć.

– Ja też – uspokoił ją. – Zawiozę cię na lotnisko i od razu załatwię bilet dla siebie.

– Pewnie. – Podeszła i go przytuliła. – Mogę coś zrobić?

– Nie, chyba nie.

Dalej to do niego nie docierało. Wiadomość pojawiła się tak nagle i niespodziewanie, że zaczął się zastanawiać, czy to nie sen.

– Co się stało? – spytała, odsuwając się, ale dalej trzymając ręce na jego ciele. – Wypadek? Choroba?

– Zabił się. – Prychnął. – I sam mi o tym napisał.

 

–––––––

 

Czytał list po raz kolejny.

Adam nie potrafił powiedzieć, ile razy już to robił. Sądził, że może wyłapie w tych kilku zdaniach coś, co wcześ­niej mogło mu umknąć. Jakąś wskazówkę, że to wszystko jest tylko nieśmiesznym żartem. Na nic takiego nie trafił. Proste zdania i równie prosty komunikat. Na dodatek napisany chyba pod wpływem taniego kina sensacyjnego, ponieważ zaczynał się od słów Kiedy to czytasz, już nie żyję. Mimo prostoty i tandetności przekaz zadziałał o wiele mocniej, niż Adam przypuszczał. Słowa odbijały mu się echem wewnątrz czaszki. Nie potrafił myśleć o niczym innym.

– Jesteś pewien, że któryś z chłopaków ci tego nie wysłał?

Justyna usiadła naprzeciwko niego i postawiła na stoliku dwa kubki z kawą. Nawet nie chciał wiedzieć, ile za nie zapłaciła. Kawa na mieście kosztowała fortunę, a na lotnisku można było za jej równowartość ułożyć sobie życie na nowo. Może akurat nie kupując tę z sieciówki, ale Adam nie myślał teraz racjonalnie.

– Jestem pewien – odparł. – Nikomu nie mówiłem o Grześku. Zresztą, jeżeli to miał być żart, to go nie rozumiem. Po co mieliby to robić?

– Nie mam pojęcia. – Wzięła łyk kawy. – Żeby cię dłużej w robocie nie było?

Wzruszył ramionami.

– Naciągana teoria.

– Może, ale to też nie brzmi… normalnie. Co chcesz z tym zrobić?

– Teraz to już sam nie wiem.

W pierwszej chwili, kiedy tylko przeczytał list od swojego przyjaciela z dawnych lat, chciał wszystko rzucić i wrócić do Polski. Odwiedzić grób i złożyć kwiaty, co w minimalnym stopniu ukoiłoby jego stale rosnące wyrzuty sumienia. Adam nie obwiniał się o śmierć Grzegorza, a przynajmniej nie robił tego świadomie. Przeczuwał jednak, że ma z nią coś wspólnego. Inaczej nie dostałby listu pożegnalnego – czy raczej krótkiej notki informacyjnej stawiającej go w niezręcznej sytuacji.

– Czytałaś to, więc wiesz. – Przesunął list po blacie w stronę żony. – Co ja właściwie mogę?

– Sprawdzałeś ten telefon już?

– Tak. To naprawdę numer do notariusza z Łamic. Pewnie jedynego w tej dziurze zabitej dechami. – Zaśmiał się bez przekonania. – Kiedy sam tam mieszkałem, to na pewno żadnego nie było.

Justyna wpatrywała się w kartkę i Adam widział, jak niemo porusza ustami. Zawsze go to rozczulało.

– Zostawił ci mieszkanie – powiedziała, odkładając list na stół. – Musiałeś dla niego wiele znaczyć.

– I tego właśnie nie rozumiem. Nie gadaliśmy od wieków. Pewnie nie rozpoznałbym go nawet na ulicy, a on… Kilka beznamiętnych zdań i to głównie o tym, co powinienem zrobić po jego śmierci. Krok po kroku, jak cholerna instrukcja obsługi VHS-a.

Rozejrzał się po hali, by na moment zająć swój umysł czymś innym. Obserwował podróżnych, którzy wypatrywali miejsca, dokąd mają się udać, i co chwila zerkających na swoje ciężkie walizki, by upewnić się, że nikt ich nie ukradł. Wielu z nich mogło przewozić w bagażu dorobek życia. Inni pewnie lecieli odwiedzić rodzinę, tak jak robiła to Justyna, a niektórzy po prostu wybierali się na zasłużone wakacje, by przez kilka dni leżeć pijanym przy hotelowym basenie gdzieś w ciepłych krajach. Adam już nie pamiętał, kiedy po raz ostatni naprawdę miał okazję wypocząć. Tak skupił się na pracy i odkładaniu każdego grosza, że zapomniał o odpoczynku.

– Sprawdzałeś, czy on faktycznie nie żyje?

– Był jakiś artykuł na lokalnej stronie, ale nie miałem odwagi w niego wejść – odpowiedział. – Wiem, jak wyglądają komentarze pod takimi tekstami. Kiedy ludzie piszą anonimowo, wychodzi z nich absolutne zezwierzęcenie, a nie mam na to teraz siły i ochoty.

Pokiwała głową ze zrozumieniem. Niczego więcej od niej nie oczekiwał. Przetwarzał informację w swojej głowie dopiero od paru godzin i dalej nie potrafił wyciągnąć z niej żadnych wniosków. Tym bardziej nie wiedział, jak inni powinni się zachować w takiej sytuacji. Adam przerzucił się więc na myślenie zadaniowe. Układał plan działania, by zająć głowę, która nagle dostała zadanie zmierzenia się z czymś, na co nie była przygotowana.

– Dobra, nie chciałam tego podnosić jako pierwsza, ale ile może być warte takie mieszkanie?

– Też o tym trochę myślałem – uspokoił ją. – Najpierw muszę się dowiedzieć, czy nie jest obciążone, pewnie dopełnić miliarda formalności i zobaczyć, w jakim jest w ogóle stanie, ale oceniałbym, że jakieś dwieście tysięcy złotych. Może dwieście pięćdziesiąt. Nie śledziłem rynku w Polsce.

– Czyli…

– Czyli możemy z tego wyciągnąć z pięćdziesiąt dodatkowych tysięcy – dokończył cicho. – Plus minus, bo jeszcze notariusz, podatki i tak dalej.

Dostrzegł, jak przez twarz Justyny przemyka krótki uśmiech. Nie dziwił jej się. Wprawdzie mieli odłożone dużo na kontach oszczędnościowych, ale nadal za mało, by wykupić dom i żeby zostało coś na czarną godzinę. Dodatkowe kilkadziesiąt tysięcy funtów nie rozwiązałoby tego problemu, ale zbliżyłoby ich do mety. W bardzo krótkim czasie i na tyle, że Adam mógłby faktycznie pomyśleć o prawdziwym urlopie. Nie takim w wersji budżetowej, gdzie jego głównym zajęciem byłoby gapienie się w telewizor i śmieciowe żarcie albo remont, ale takim, podczas którego zobaczyłby kawałek świata. Mniej szarego niż ten widywany na co dzień.

– To kiedy chcesz lecieć?

– Jak wrócę do domu, to zadzwonię do tego notariusza i upewnię się, że to jednak nie żaden przekręt – odparł. – Nawet nie wiem, do kogo innego miałbym się odezwać i czy w Łamicach został ktokolwiek ze starej paczki. Jak się okaże, że faktycznie warto wracać do Polski, to pewnie jutro. Może pojutrze, bo nie chcę spędzać tam całego urlopu.

– A co z jego rodziną? Pamiętasz coś?

– Ojciec mu zmarł, chyba jak Grzesiek był w przedszkolu. – Próbował sobie przypomnieć. – Może nawet wcześniej. Jego matkę widziałem ze dwa razy. Wiem, że pracowała w fabryce, jak połowa miasta, i gotowała paskudny rosół. Grzesiek mówił, że smakował jak mokry karton wyciągnięty z kurnika. Wtedy nie wyłapałem ironii tego stwierdzenia, ale byłem gówniarzem.

– Chyba nie rozumiem…

– No przez tę fabrykę – wyjaśnił. – Największy producent kartonu w tej części Polski. Tekturpol. Wszyscy z miasta tam pracowali, a już na pewno tak to dla nas wyglądało wtedy.

– Nazwa taka mocno polska – zaśmiała się.

– Lata dziewięćdziesiąte rządziły się swoimi prawami. Mogło być gorzej.

– Trochę brakuje jakiegoś iksa na końcu.

– Na osiedlu mieliśmy mięsny Wieprzowix – przypomniał sobie. – Długo się nawet utrzymał, bo jak wyjeżdżałem na studia, to jeszcze działał. Dziwne czasy, ale ludzie jacyś milsi wtedy byli.

Adam zdawał sobie sprawę, że przemawia przez niego nostalgia. Czasem wracał myślami do przeszłości, ale od lat nie myślał o kimś, kogo nazywał kiedyś swoim najlepszym przyjacielem. Gdy się jest dzieciakiem, wszystko wydaje się na zawsze. Teraz wspomnienia powracały do niego falami. Obrazy, których nie potrafił umiejscowić na osi czasu swojego życia. Ławka przed blokiem i pierwsze papierosy ukradzione z kurtki ojca. Pokój z plakatem Yasmine Bleeth ze Słonecznego patrolu i pośpieszne wertowanie „Twojego Weekendu”, który znaleźli wciśnięty między śmietnikami na osiedlu. Teraz wiedział, że powinni byli dotykać go przez rękawiczki, a najlepiej od razu spalić, ale wtedy krew omijała ich mózgi, kierując się bardziej na południe.

– Myślisz o czymś nieprzyzwoitym. – Justyna znacząco odchrząknęła. – Chcesz mi coś powiedzieć?

– Co? Nie, coś sobie przypomniałem po prostu.

– I to mnie właśnie martwi – wyjaśniła. – Znam tę minę. Powinnam wiedzieć o jakiejś eks, do której dalej wzdychasz?

– Moje eks mają już pewnie ze dwie hipoteki i trzy razy tyle dzieci.

– To nie ma nic do rzeczy – odparła. – Bellucci też ma dziecko, a poleciałbyś za nią od razu.

Wiedziała, jak go podejść, by nie zostawiać pola do dalszej dyskusji. Justyna znała go lepiej niż ktokolwiek inny. Adam nigdy nie podejrzewał, że będzie miał w życiu tyle szczęścia i spotka kogoś, kto da mu wszystko to, czego brakowało mu w rodzinnym domu. Ciepło, zrozumienie i możliwość bycia tym, kim chciał być. Rodzice nigdy niczego mu nie narzucali, a przynajmniej nie robili tego świadomie. Chcieli, żeby miał stałą pracę, najlepiej gdzieś w Łamicach, by mogli się regularnie widywać. Po cichu życzyli mu, żeby osiadł w urzędzie, bo tam robota pewna. Rządy się zmieniały, ale dokumenty ktoś musiał przerzucać i odkładać na później.

– Nisko mnie cenisz – odparł i złapał żonę za dłoń. – W życiu nie poleciałbym od razu za jakąś aktorką. Najpierw złożyłbym papiery rozwodowe, żebyś nie miała argumentów w sądzie.

– Któregoś pięknego dnia się doigrasz.

Ścisnęła mu palce tak mocno, że poczuł przeskakujące kości. Zniósł to na tyle dumnie, na ile potrafił, a potem schował dłoń pod kawiarnianym stolikiem, by ukryć jej zaczerwienienie. Justyna była zaskakująco silna, kiedy miała na to ochotę. Zawsze wołała go, by odkręcał słoiki w kuchni, i od dawna wiedział, że robiła to tylko po to, żeby sprawić mu przyjemność. Takich małych rzeczy w ich małżeństwie było wiele. Wiadomość od Grzegorza sprawiła, że zaczął je mocniej doceniać. Widzieć coś, co dawało powód do życia, nawet jeżeli tym powodem miało być odkręcenie słoika. Ten czas zapewne nie będzie trwał wiecznie. W końcu Adam wróci do swojego normalnego stanu i obowiązki przytłoczą go do tego stopnia, że przestanie dostrzegać piękno wokół siebie.

– O której dokładnie masz wylot? – spytał.

– Niedługo – odparła, spoglądając na zegarek. – Powinnam się zbierać do bramek.

– Czekaj, odprowadzę cię.

Chciał się podnieść, ale Justyna go wyprzedziła.

– Przestań, to nie mój pierwszy lot i wiem, gdzie iść. Dopij kawę i trochę ochłoń, bo chciałabym, żebyś dotarł do domu cało.

– Nic mi nie jest.

– Daj sobie pomóc – poprosiła, przesuwając po blacie list Grzegorza. – Muszę posiedzieć trochę z mamą, ale jak przylecisz do Polski, to przyjadę do ciebie. Zrozumiałeś?

Kiwnął głową.

– Zadzwonię, jak wyląduję, okej?

– Okej.

– I napisz mi, jak już będziesz w domu – poprosiła. – Martwię się o ciebie.

– Napiszę, ale i tak tego nie odczytasz – zauważył. – Będziesz albo biegła do bramek, albo już w samolocie, gdzie od razu zaśniesz.

– To moja supermoc i wcale się jej nie wstydzę.

Zbliżyła się do Adama, nachyliła i mocno przytuliła. Chciał, żeby ta chwila trwała jak najdłużej. Czuł, że pękło w nim coś, o czego istnieniu nawet nie miał pojęcia. Niewidzialna ściana, za którą nauczył się chować uczucia. Od dziecka wtłaczano mu do głowy, że powinien zaciskać pięści i nie dawać po sobie poznać, że coś jest nie tak. Jeśli miał problem, musi poradzić sobie z nim sam. Faceci robili tak od wieków. Każda oznaka słabości była piętnowana, a bohaterowie, o których Adam czytał i których widział na zarzynanych w nieskończoność kasetach wideo, nie pozwalali sobie na potknięcia. Jeżeli im się zdarzały, to po prostu stawali się po nich lepsi.

Miał teraz ochotę zamknąć się w pokoju bez okien i żadnego źródła światła. Potrzebował czasu, by się posklejać. Choć na zewnątrz zdawał się cały, bez żadnego zadrapania czy widocznych ran, to wewnętrznie rozpadł się na milion kawałków. I nie wiedział, czy kiedykolwiek będzie w stanie wrócić do normalności.

– Kocham twoje supermoce – powiedział cicho. – Pozdrów mamę ode mnie.

– Pewnie.

Justyna wyprostowała się i spojrzała w stronę holu prowadzącego do bramek. Westchnęła przy tym znacząco, by wyrazić swoją niechęć do podróży.

– Nie marudź. Czeka cię kilka dni bez gotowania.

– To dotyczy tylko ciebie, bo zawsze jak jedziemy do mamy, to jedyną osobą, która tam odpoczywa, jesteś ty – wytknęła. – Ja zapieprzam podwójnie, żeby zięciusiowi niczego przypadkiem nie brakowało.

– Przez grzeczność nie będę zaprzeczał.

Podniósł się i pocałował Justynę w usta. Dalej miały na sobie cienką warstwę pianki z kawy. Jego żona za każdym razem smakowała odrobinę inaczej. Czasem pomadką, a czasem pastą do zębów lub tym, co ostatnio jadła, ale zawsze z nutką kobiecości, której nie dało się podrobić.

– Lecę. – Ścisnęła mu dłoń. – Odzywaj się.

– Zawsze.

Obserwował, jak odchodzi, i dopóki znajdowała się w zasięgu wzroku, nie pozwolił sobie na to, by usiąść. Kiedy Justyna zniknęła z pola widzenia, wrócił do patrzenia na kubek z kawą. Nie pamiętał, czy w ogóle spróbował, jak smakuje. Zdjął pokrywkę i uświadomił sobie, że odkąd wyjechali z domu, prawie nic nie rejestrował. On prowadził, więc powinien być uważny, ale nie mógł sobie przypomnieć drogi na lotnisko ani tym bardziej tego, gdzie dokładnie zaparkował, więc podróż powrotna będzie prawdziwym wyzwaniem.

Powinien się czymś zająć, by nie myśleć o Grzegorzu. Czymkolwiek, co – jak się okazało – wcale nie należało do prostych zadań. Szczególnie teraz, kiedy nawet wypicie kawy stanowiło problem, z którym nie potrafił sobie poradzić.

Zabrał list z blatu i włożył go do kieszeni kurtki, a następnie wstał, złapał za oba kubki i wyrzucił je do pobliskiego śmietnika. Postanowił, że wróci do domu, zadzwoni do notariusza i wtedy zdecyduje o dalszych krokach.

Śmierć zrobiła już swoje, teraz jego kolej.

 

–––––––

 

Ledwo uszedł z życiem.

Ciężarówka minęła maskę samochodu o zaledwie kilkanaście centymetrów. Adam wyhamował w ostatniej chwili. Miał ochotę walnąć w klakson, ale zanim zlokalizował go na kierownicy, było już za późno na reakcję. Mógł tylko pomachać ciężarówce, która przejechała przez skrzyżowanie na czerwonym świetle, nie zważając na to, że on już na nie wjeżdżał. W duchu podziękował sile wyższej, że tak długo szukał jedynki na skrzyni biegów, bo inaczej medycy kompletowaliby jego zęby na asfalcie. Pod warunkiem, że chciałoby im się ich szukać.

– Co za dzień…

Uspokoił się, a potem dla bezpieczeństwa raz jeszcze rozejrzał i ruszył dalej. Czuł, jak serce wali mu w piersi. Powinien pojechać autostradą jak człowiek, a nie tłuc się krajowymi drogami. Zapragnął jednak zobaczyć, jak zmienił się świat, który zostawił za sobą. Niewiele brakowało, a przypłaciłby to życiem, co powinien uznać za znak ostrzegawczy.

Nienawidził prowadzić samochodu, którego nie znał, tym bardziej w kraju, którego już nie poznawał. Adam przyzwyczaił się do tego, jak wyglądają drogi w Anglii, i niekoniecznie chciał uzupełniać swoją wiedzę o stanie asfaltu w Polsce. Nie miał za bardzo wyjścia. Najtańszy lot, jaki znalazł, który i tak kosztował go kategorycznie za dużo i który udało mu się zarezerwować na szybko, był do Poznania. Mógł skorzystać z dobrodziejstwa kolei i pojechać pociągiem do Łamic, ale to oznaczało dwie przesiadki po drodze i kilka dodatkowych godzin, których nie chciał tracić. Wolał wynająć samochód na kilka dni i dotrzeć na miejsce w cywilizowanych warunkach. Nawet jeżeli oznaczało to większe wydatki. Przyzwyczaił się już do pewnego rodzaju wygody, z której trudno było mu zrezygnować.

Nawigacja poinformowała go, że dojedzie za niecałe piętnaście minut, a przed chwilą beznamiętny głos dał mu znać, że powinien kierować się na północ. Adam z trudem rozróżniał strony świata, ale na szczęście miał od tego smartfona, który za pomocą granatowej strzałki pokazywał mu dokładnie, gdzie ta północ się znajduje. W podstawówce Zwidowski brał przez chwilę udział w zajęciach dla harcerzy, więc teoretycznie powinien wiedzieć, jak odnaleźć się w terenie, ale dziś pamiętał z nich jedynie to, że miał za krótkie spodenki i zastępowy śmiał się z jego odstających kolan. Adam nasikał mu potem do szamponu, co uznawał za największy przejaw buntu w swoim młodzieńczym życiu.

Dopiero po kilku kilometrach i niezliczonej liczbie skrzyżowań, gdzie zawsze trafiał na czerwone, mężczyzna uspokoił się na tyle, by zapomnieć o mijającej go o włos ciężarówce. Zbliżał się do Łamic, które leżały w polskim Trójkącie Bermudzkim – a przynajmniej on tak myślał o tej części kraju. Obszar pomiędzy Szczecinem, Gorzowem Wielkopolskim i Piłą istniał na mapach, ale na tym kończył się jego wkład w historię państwa. Wszystko, co tam trafiało, znikało. Adam odnosił wrażenie, że to świat zupełnie zapomniał o Łamicach, a skupiał się jedynie na największych miejscowościach, do których lgnęli wszyscy szukający lepszego życia. Miasto nie oferowało zbyt wiele, jeżeli nie chciało się pracować w fabryce kartonu. Młodzi nie chcieli, on też nie widział w tym swojej drogi. Wytrzymał tyle, ile musiał, a kiedy rodziców już przy nim nie było, bez żalu wyjechał i nigdy nie oglądał się za siebie. Do teraz.

Na samym wjeździe do miasta, schowany tuż za znakiem, stał fotoradar. W ostatniej chwili Adam przyhamował na tyle skutecznie, że udało mu się oszczędzić kilkaset złotych i masę problemów. Ledwo poznał Łamice, które już na wjeździe przywitały go odnowionymi chodnikami oraz fasadami budynków mieszkalnych. Pamiętał, że wszystko się rozpadało, kiedy stąd wyjeżdżał – a może tylko chciał, żeby tak to wyglądało w jego głowie. Tak było łatwiej. Zresztą Adam nie był jedynym, który opuścił rodzinne miasto i wyjechał szukać lepszego życia gdzieś za granicą. Część dawnych znajomych z podstawówki i liceum uciekła do Niemiec, kiedy tylko Polska weszła do Unii Europejskiej. Niektórzy nawet na to nie czekali i zawinęli się już wcześniej.

Skręcił i zatrzymał się na parkingu pod Biedronką. Kiedyś w tym miejscu było puste pole. Widywał na nim dziki wychodzące z pobliskiego lasu, a kilka razy też sarny. Zupełnie tak, jakby wchodził w świat bajek Disneya. A gdy kiedyś spróbowali ze znajomymi narkotyków, to nawet jedno z drzew zaczęło z nim rozmawiać. Las, który tak dobrze wspominał, cofnął swoje granice. Gdzieś na horyzoncie majaczyły jeszcze drzewa, ale przesłaniały je kremowe szeregowce. Deweloper zachęcał do zakupu mieszkań gigantycznym bilbordem ze zdjęciem rodziny w modelu dwa plus jeden. Wszyscy z blond włosami, sztucznymi uśmiechami i oczami pozbawionymi krzty radości. Widocznie brali udział w setkach takich sesji zdjęciowych, które odebrały im jakąkolwiek chęć do życia. Adam nie widział na reklamie ceny za metr kwadratowy, ale zakładał, że nie należała do niskich. Wyłączył silnik i sięgnął po telefon przymocowany do uchwytu. Zamknął nawigację i sprawdził, czy przyszły nowe powiadomienia.

Dostał kilka wiadomości od Justyny, w których opisywała trudy życia pod jednym dachem ze swoją matką. Odpisał, że współczuje, a potem wysiadł z samochodu, by rozprostować kości. Powietrze pachniało papierem. Dobrze pamiętał ten zapach unoszący się nad całymi Łamicami i osiadający na wszystkim w obrębie dobrych kilkunastu kilometrów. Zapach pieniędzy – a już z pewnością dla właścicieli, którzy dorobili się milionów na fabryce i transformacji. To oni ciągnęli resztę miasta i Adam nie wątpił, że remonty i nowe chodniki to po części ich zasługa. Nawet ucieszyło go to, że miasto się rozwija, choć nie zamierzał zostawać tutaj dłużej, niż wymagała tego sytuacja.

Podczas rozmowy telefonicznej z notariuszem niewiele się dowiedział. Musiał stawić się osobiście, co oznaczało, że urlop spędzi typowo po polsku: załatwiając sprawy urzędowe, na które nikt normalnie nie ma czasu.