Sara na obcasach. Świat wielkiej finansjery. - Sara Peroni - ebook

Sara na obcasach. Świat wielkiej finansjery. ebook

Sara Peroni

4,5

Opis

Zapnijcie pasy – ta książka to nie jest opowieść o tym, jak Polka z Białegostoku podbiła Londyn. To jest opowieść o tym, jak prawie została żoną afrykańskiego prezydenta-oszusta, uciekała przed nagim włoskim mafiozem z cyckami większymi ode niej, porwała Egipcjanina z ulicy na grilla i omal nie zbankrutowała w Dubaju.

Sara Nowaczyk – blondynka z Podlasia, która w Anglii czuje się jak ryba w wodzie (a przynajmniej tak jej się wydawało, dopóki nie wylądowała w samym środku międzynarodowego przekrętu stulecia) – opowiada historię, przy której Quentin Tarantino pisałby notatki. Akcja, humor, absurd i cięty język na każdym kroku.

W tej książce znajdziecie:

·       Dwumetrowego Litwina, który uznaje Sarę za idealną „śliczną buźkę” do rozmów z bankierami.

·       Cieknącego śliną doradcę księcia Jędrzeja, który przez dwa i pół roku karmi ją sałatką Cesar.

·       Profesora M., który postanawia, że Sara zostanie jego białą żoną i pierwszą damą afrykańskiego państwa.

·       Włoskiego mafijnego bossa z cyckami większymi od Sary, który kończy z jej kolczykiem w gardle i nago na korytarzu hotelowym.

·       Dubajskiego księcia w fioletowych klapkach na koturnach.

·       I „miliardera”, który dzwoni z prośbą o pożyczenie dwudziestu tysięcy funtów na drobne wydatki.

A obok tego wszystkiego – Kaśkę, prawniczkę ze Śląska, jedyną osobę na ziemi, która nadąża za tokiem myślenia Sary. Razem prowadzą nocne psychoanalizy klientów, zakładają fałszywe tożsamości i dostają nagie zdjęcia compliance officera, które do dziś są oficjalnie najgorszą rzeczą, jaką kiedykolwiek widziały.

To nie jest książka o finansach. To jest książka o życiu, które wymknęło się spod kontroli – i o tym, jak przetrwać w świecie, w którym ludzie są bardziej pojebani niż systemy bankowe.

Sara ma głos, który słychać na każdej stronie – nie owija w bawełnę. Mówi wprost:„Kurwa, ale życie”– i czujesz, że to jej najszczersze wyznanie.

A jeśli myślicie, że to koniec – to jeszcze nie znacie Sary.

Dla kogo? Dla wszystkich, którzy kiedykolwiek wyszli z domu myśląc: "Co może pójść nie tak?" - i poznali odpowiedź. Dla kobiet, które nie dają sobie w kaszę dmuchać. I dla każdego, kto potrzebuje solidnej dawki śmiechu, absurdu i przekonania, że jego życie jest całkiem normalne. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 311

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (2 oceny)
1
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Sara na obcasach

Sara Peroni

Sara na obcasach

Sara na obcasach

Title Page

Table of Contents

Sara na obcasach

SARA PERONI

Sara na Obcasach. Świat Wielkiej Finansjery.

Projekt okładki: Sara Peroni

© by Sara Peroni

ISBN 978–83–982585–0-0

Wydanie I

Białystok 2026

Dla tych, którzy uwierzyli, że życie to nie bajka – tylko scenariusz, którego wcześniej nie czytali. I dla tych, którzy mimo wszystko postanowili się z niego pośmiać, zamiast płakać nad nim w kącie.

A przede wszystkim dla Kaśki – mojej bratniej duszy, partnerki w zbrodni i jedynej osoby na świecie, która zawsze wie, co powiedzieć. Nawet jeśli to tylko: „No i co tym razem odjebałaś?”

Bez ciebie ta książka byłaby tylko zbiorem anegdot. Z tobą jest historią o przyjaźni, która przetrwała wszystko – nawet nagie zdjęcia compliance officerów.

Spis treści:

Okładka

Dedykacja

Prolog

Rozdział I. Wstęp, czyli jak to się kurwa zaczęło…

Rozdział II. Cieknący doradca księcia Jędrzeja

Rozdział III. Kot w butach

Rozdział IV. Międzynarodowe psy gończe

Rozdział V. Italiano-sraliano

Rozdział VI. Arab na grilla

Rozdział VII. Detektywi Holmes i Watson w polskiej wersji (super hard)

Rozdział VIII. Dubaj trip (habibi).

Epilog.

Prolog

KURWA. Ale życie.

Wiecie, co jest najgorsze w pisaniu książki o swoim życiu? Że jak już to wszystko opiszesz, to czytelnik myśli: "No dobra, ale to niemożliwe, żeby ktoś tyle przeżył. To musi być zmyślone". A ja ci mówię, Drogi Czytelniku – nie jest. To wszystko wydarzyło się naprawdę. I to nie jest nawet połowa. Druga połowa czeka w szufladzie, bo byś nie uwierzył.

Moja psiapsi, Kate, rzuciła pewnego popołudnia:

– Sara, musimy spisać te historie. Bo nikt normalny nam nie uwierzy. Ja wierzę, bo ja cię znam i towarzyszę ci w twojej drodze, ale normalny człowiek, jak przeczyta, to pomyśli, że to jakaś pojebana fikcja.

I właśnie dlatego dzielę się z wami moim życiem, a przynajmniej jego częścią.

Żeby było jasne – nie planowałam takiego życia. Miałam plan. Normalny, nudny, angielski plan. Praca w biurze od dziewiątej do siedemnastej (chociaż w korpo nikt nie wychodzi o siedemnastej, ale to już szczegół), konto bankowe, które nie płacze z żalu na sam widok salda, i może jakiegoś porządnego faceta… Pewnie się domyślacie, że chuja wyszło z moich planów. I macie rację robaczki. Ale po kolei….

Pozwólcie, że się przedstawię. Miejmy już tę kurtuazję za sobą.

Jestem Sara. Sara Nowaczyk. Urodzona w Białymstoku, mieszkająca w Londynie (chociaż ostatnio to już sama nie wiem, gdzie jest mój dom). Z wykształcenia? Nie pytaj. Z zawodu? Brokerka, chociaż bardziej pasuje określenie "specjalistka od wyciągania ludzi z finansowych bagnisk". Z charakteru? Powiedzmy, że jestem jak waniliowy shake z chili – niby słodki, ale potrafi poparzyć podwójnie. Jedno jest pewne, zapamiętasz mnie na długo.

Posiadam absolutne zero umiejętności udawania, że kogoś lubię, jak nie lubię. Tak, to ja. Uwielbiam dobre żarty, dobrą kawę i dobry papieros. Nie znoszę hipokryzji, banksterów i sałatki Cesar. W szczególności tej ostatniej – przez dwa i pół roku jadłam ją na każdym spotkaniu biznesowym w Mayfair. Przez dwa i pół roku. To nie żart.

O czym jest ta książka?

No właśnie. O tym, co się dzieje, jak przypadkowa blondynka z Polski wpada w świat finansjery, poznaje szalonych ludzi, pakuje się w nielegalne transakcje, ucieka przed nagimi Włochami i porywa Egipcjanina z ulicy. A to wszystko w ciągu kilku lat. Normalnie jakby ktoś nakręcił film sensacyjny, tylko że bez scenarzysty, a z budżetem na wódkę i papierosy.

Poznacie Scorpio – Litwina, który potrafił się przeistoczyć z miłego faceta w bezwzględnego agresora. Poznacie Charlesa – doradcę księcia, który miał więcej śliny w ustach niż wiedzy w głowie. Poznacie Profesora M., który chciał się ze mną ożenić, żeby jego kampania PR na prezydenta kraju w Afryce, miała większe szanse powodzenia. Poznacie Franco – nagiego, wydepilowanego do samego zera Włocha z kolczykami w sutkach, który prawie udusił się moim kolczykiem. Poznacie Kaśkę – moją bratnią duszę, prawniczkę z piekła rodem, która potrafi zrujnować każdego, kto spróbuje nas oszukać.

A do tego Amir – Egipcjanin, który pojawił się w Polsce, aby szukać pracy, a w bonusie nabawił się syndromu sztokholmskiego z PTSD...

Tak, to wszystko się wydarzyło. I tak, to wszystko jest prawdziwe.

Czasem sama myślę, że to niemożliwe, żeby tyle absurdów spotkało jedną osobę. Ale potem przypominam sobie, że to ja jestem tą osobą. I że gdzie ja, tam cyrk. A gdzie cyrk, tam nie ma nudy.

Zapinajcie pasy. Ta książka to nie jest nudna opowieść o finansach. To jest historia o tym, jak przetrwać w świecie, gdzie ludzie są bardziej pojebani niż systemy bankowe. I jak się śmiać, kiedy wszystko wokół się wali.

Bo jedno jest pewne – raz się żyje. A jak się żyje, to się śmieje. Nawet jak się chce płakać.

No to co, lecimy?

Więc usiądźcie wygodnie. Zapnijcie pasy. I nie mówcie potem, że nie ostrzegałam.

Bo ja zawsze ostrzegam. Tylko nikt nie słucha.

P.S. Jeśli w trakcie czytania poczujecie potrzebę, żeby mi powiedzieć "Sara, ty jesteś wariatką" – to spokojnie. Wiem o tym. I jestem z tego dumna.

Rozdział 1. Wstęp, czyli jak to się kurwa zaczęło…

Rok 2013. Anglia. Gorąc, że jaja się lepią do ud. Na szczęście, u mnie jaj fizycznych brak, ale te mentalne na miejscu i w gotowości dwadzieścia cztery na dobę, siedem dni w tygodniu. Typowa, pieprzona angielska pogoda – czyli wilgotno jak w dupie u hipopotama, a słońce i tak nie grzeje, tylko się męczy razem z tobą. Jestem cała spocona jak mysz pod kołdrą po całym dniu pracy w tej parszywej korpo-dżungli. Moje blond włosy –własne, proszę państwa, nie farbowane, nie doczepiane – przyklejają się do moich pleców jak mokre makarony. Spoglądam w lustro. Odbiło mi się to ryło. Zdecydowanie potrzebuję prysznica. I drinka. Mocnego drinka. Najlepiej na raz.

A mówiąc o tym ryle – bo wypada się przedstawić, skoro macie spędzić ze mną następne kilkaset stron, Szanowni Państwo. Miło mi was poznać. Jestem Sara. Sara Nowaczyk. Urodzona w Białymstoku. Dumna Polka z krwi i kości. Czująca się wszędzie jak ryba w wodzie. Trzydzieści osiem wiosen, choć w środku wciąż czuję się jak rozwydrzona osiemnastka z pretensjami do świata. Moje niebieskie ślepia potrafią spojrzeć tak niewinnie, że bankierzy rozkładają przede mną swoje tajemnice jak karty na stole, a potem tymi samymi oczami mogę cisnąć gromy, że nawet Scorpio się waha, czy nie lepiej schować za biurkiem. Blond włosy to moja korona i moja udręka. W deszczową pogodę wyglądam jak pies, który wyszedł z pralni, ale w słońcu... no cóż, w Anglii słońca nie ma, więc nieważne. Jestem wysoka – na tyle wysoka, że w szpilkach patrzę facetom w oczy, a nie w mostek. A co do szpilek – to mój znak rozpoznawczy. Jeden z moich ulubionych klientów zawsze robi mi prezenty w postaci nowej pary firmowych szpilek. Ale przy Scorpio i tak czułam się jak kruszynka. Ironiczne, prawda? Bo właśnie tak mnie nazwał. Ale o tym za chwilę.

Mam charakter, który większość mężczyzn określa mianem „trudny”. Ja wolę mówić: „selektywnie miły”. Potrafię być elokwentna jak profesor filologii i wulgarna jak szewc w poniedziałek rano, w zależności od tego, z kim mam przyjemność (lub nieprzyjemność). Moi byli partnerzy – ci nieliczni, którzy przeżyli – twierdzą, że mam talent do pakowania się w kłopoty. Ja twierdzę, że to kłopoty mają talent do pakowania się w moje życie. Różnica subtelna, ale znacząca.

No więc. Wyjazd do Anglii – niby znajomości, niby możliwości, niby rządowe konszachty. Wiadomo – zupełnie inna kasa niż u nas w Polsce, tutaj rządzi funciok. Wylądowałam w tym wilgotnym królestwie z głową pełną marzeń i kontem bankowym, które płakało, gdy na nie patrzyłam. Wynajęłam małe mieszkanko na Croydonie, dostałam pracę w korpo (bo przecież trzeba z czegoś żyć), i wegetowałam sobie w systemie, który powoli wysysał ze mnie duszę. Aż do dnia, gdy zapukał do moich drzwi ON.

Litwin. Scorpio.

Kurwa jego mać, ale facet. Ogromny, wyszkolony jak tajny agent – taki, który ci łeb urwie, nawet nie dotykając twojej głowy, tylko samą siłą woli. Strzyżenie na zapałkę, wiek średni, ale taki średni, że wiele kobiet na jego widok miało wilgotno w majtkach – łącznie ze mną, co tu dużo gadać. Nie ma co udawać świętej. Facet miał w sobie ten pierwiastek, od którego kobietom słabną nogi, a mężczyznom... cóż, mężczyźni zazwyczaj stawali na baczność lub spierdalali, gdy się pojawiał. W zależności, od zamiarów które mieli.

Śmiech miał rubaszny, taki, że śmiał się całym cielskiem. Grzmocił tym swoim rechotem o ściany, aż szyby dzwoniły, a sąsiedzi pukali w sufit. A przy nim – uwaga, kurwa, bo to ważne – ja, która nie należę do drobnych dziewczynek (mam swoje kilogramy i cale tam, gdzie trzeba), czułam się jak okruszek chleba razowego. Ziarenko. Pyłek. Gówno przy czołgu.

I z tego śmiechu potrafił przeskoczyć w tryb „agresor i ochrona” w ułamku sekundy. Gdybyście zobaczyli, jak mu żyłka na czole pulsuje, to byście pomyśleli, że zaraz eksploduje, a krew tryśnie na wszystkie strony. Krótki lont – taki, że jakbyś dmuchnął, to by wybuchło. Do dzisiaj się zastanawiam, czy typ nie cierpi na dwubiegunówkę. Albo inny pojebany syndrom. Wyglądał jakby uciekł albo z wojska, albo z psychiatryka – pilnie strzeżonego, gdzie brak jest klamek w pokojach pacjentów, a sznurówki są zabronione określane jako narzędzie potencjalnej zbrodni.

A on na mnie mówił „Kruszynka”. Tak, serio. Kruszynka. Ja. Przy jego dwóch metrach i szerokości szafy chłodniczej.

Pewnego lepkiego popołudnia – takiego, gdzie powietrze można było kroić nożem, a ja właśnie wróciłam z pracy, w której spędziłam osiem godzin wklepując dane do excela, który i tak jutro będzie nieaktualny – ktoś puka do drzwi mojego małego, wynajętego mieszkanka. Przez to mieszkanie przeszło niemalże tornado – czytaj panuje tutaj rozpierdol okolicznościowy. Rzeczy porozrzucane, kubek po kawie z wczoraj (może z przedwczoraj), laptop na kanapie, buty przy drzwiach na stosie jak w Lombardzie.

Kruszynka uprzejmie i z gracją otwiera drzwi – ot tak, po prostu, bo przecież spodziewała się listonosza z awizem, za którym goniła od tygodnia. A tam stoi przystojny, wielki facet ubrany w skórzaną kurtkę i dziurawe jeansy. Z teczką pod pachą. Nie znałam go. Zerka na mnie swoimi brązowymi oczami, którymi mógłby wiercić asfalt. I mówi:

– Sara Nowaczyk?

Przewróciłam moimi błękitnymi patrzałkami, którymi potrafię wyrazić całą gamę emocji od politowania po czystą, niekłamaną wściekłość – i odpowiadam:

– No przecież nie Królowa Angielska. Ta ma zdecydowanie lepszą fryzurę.

Gość uśmiechnął się jak drapieżnik. Wielka puma… Chociaż w sumie może nie puma… Puma śmierdzi – prawdziwe drapieżniki mają ten specyficzny, ziemisty odór – a on pachniał zacnie jak milion dolców. Jakaś mieszanka drzewnego piżma i pewności siebie, która w butelce kosztowałaby tyle, co mój miesięczny czynsz. Może jednak kwartalny?

Z podniesioną brwią i półuśmieszkiem, który sugerował, że on już wszystko o mnie wie – o moich lękach, marzeniach i rozmiarze majtek – odpowiedział:

– Tak właśnie myślałem, miło cię poznać. Scorpio jestem. Mamy robotę do wykonania, rządowy projekt. Potrzebujemy twojej pomocy.

No i się zaczęło.

– Rządowy? – prychnęłam, opierając się o framugę (wciąż nie zaprosiłam go do środka, bo dobre maniery to jedno, a instynkt samozachowawczy to drugie). – Chłopie, ja ledwo swój PIT wypełniam, a ty mi tu z rządowym przychodzisz? Ja nawet nie wiem, gdzie się składa deklarację podatkową, bo księgowa robi to za mnie.

On na to, niewzruszony jak skała na wietrze szkockim:

– Dlatego właśnie ciebie chcemy. Ale najpierw weź prysznic, bo wiesz... umili to życie nam obojgu.

– Umili, powiadasz? – westchnęłam z podniesioną brwią i ręką opartą na biodrze. – Gentleman pierwsza klasa, wiesz, jak podejść kobietę i sprawić, żeby czuła się wyjątkowo. Prysznic, cholera. I co dalej? Gotowanie obiadu? -Dyskretnie zaciągnęłam nosem i poczułam o co mu chodzi...Jasna cholera, wspominałam już wcześniej, że potrzebuję prysznica...naprawdę go potrzebuję, zapaszek wydobywający się spod moich skrzydeł dobitnie tego dowodził.

– To też wchodzi w zakres obowiązków – odparł z tym swoim półuśmieszkiem. – Ale nie na pierwszym spotkaniu.

W czymże miałam im pomóc? Ależ już uprzejmie śpieszę z wyjaśnieniem. Proszę otworzyć wyobraźnię, bo zaraz wjedziemy na tereny, gdzie logika mieszka na walizkach, a zdrowy rozsądek dawno się wyprowadził, nie zostawiając adresu do korespondencji.

Firma „MEXIA” z Armenii. Czytaj: cyfrowy burdel z widokiem na Ararat. Ich strona internetowa była arcydziełem amatorszczyzny – przewijała się na niej oferta współpracy, która brzmiała mniej więcej tak:

„Projekt internetowo-medialny w Armenii? Dobrze trafiłeś, stary. Jesteśmy MEXIA – firma, która bierze twoje wypocone wizje, miesza je z ormiańskim flegmatyzmem, zalewa kawą mocniejszą niż twoja była, i wrzuca w chmury, które częściej padają niż sierpień w Erywaniu.”

Pamiętam, jak czytałam to po raz pierwszy na ekranie mojego laptopa – takiego, który już wtedy trzeszczał i groził, że zaraz wyzionie ducha. Śmiałam się tak, że sąsiadka z dołu zapukała w grzejnik. Ale dobra. Przejdźmy do konkretów.

Scorpio i jego świta chcieli przetransferować środki finansowe – i to nie byle jakie, tylko konkretną, grubą kupę siana. Siano, za które można by kupić małe państwo w Europie Środkowej. Albo duże państwo w Afryce. Albo wszystkie buty dla afrykańskich dzieci, o których będzie później. Mieli jeden, malutki problem. Taki drobiazg. Jeden z banków, gdzie kasa była ulokowana – na terenie Anglii, w tymże zacnym Barclays UK – blokował im dostęp do funduszy.

Pewnie zastanawiacie się, jak Scorpio do mnie trafił? Uwierzcie, ja również. Do dzisiaj – jak siedzę sobie czasem wieczorną porą i zastanawiam się nad sensem życia – dochodzę do wniosku, że to był albo czysty przypadek, albo czyjaś bardzo pokręcona wizja artystyczna.

Ktoś, kogo tożsamości do dziś nie poznałam – kto nie wyszedł na światło dzienne, jakby był wampirem z powieści young adult – wysłał go do mnie. Pewnie jakiś cieć w ciemnych okularach i płaszczu, który myśli, że jest w matrixie, a w rzeczywistości ma żonę, dzieci i kredyt na mieszkanie, który spłaca do siedemdziesiątki.

Scorpio przedstawił się jako trzy literowiec. No tak, jasne, a ja jestem królowa Bona. Trzy literowcy to oni wszyscy – póki nie pokażą legitymacji. Każdy Janusz z walizką dokumentów jest trzy literowcem, dopóki nie przyjdzie ktoś, kto mu każe to udowodnić.

Ale dobra. Miejmy wiarę w prawdomówność ludzi. W końcu co mi szkodzi? Co mogło pójść nie tak? – jak to mądre przysłowie mówi: nie pytaj, bo zaraz usłyszysz odpowiedź.

Ich układanka wyglądała następująco (przygotujcie papier i długopis, będzie jak z rozkładu jazdy PKP, czyli niejasne i z opóźnieniami): mieli hajs – kupę hajsu – który chcieli ściągnąć. Zrobili pod to projekt – rozbudowa sieci internetowo-medialnej w Armenii. Bo przecież każdy w Erywaniu marzy o światłowodzie, prawda? Finansowanie szło z DB (Deutsche Bank, proszę państwa, nie Deutsche Bahn, choć opóźnienia te same albo i większe), ale środki, które były podpięte, przetradowane przez banki, leżały w połowie w DB, a w połowie na Barclays UK. Mieliśmy załatwić im linię kredytową, której zabezpieczeniem były środki zdeponowane w tych bankach. Banki miały zarobić, środki zostałyby na ich kontach – czyli wilk syty i owca cała. W teorii. W praktyce – wilk miał ochotę na jeszcze jednego barana.

Do dzisiaj na samą wzmiankę nazw tych banków dostaję dreszczy. Scorpio przyszedł z teczką wypchaną dokumentami – wydrukowanymi, podpisanymi, śmierdzącymi tuszem i pośpiechem. Teczka była tak gruba, że mógłby nią przywalić w łeb i mieć niezbity dowód na usprawiedliwienie w sądzie („to nie ja, proszę sądu, to teczka była niebezpieczna”).

Wytrzeszczyłam na niego moje gały. Zrobiły się wielkie jak dwufuntówki. Nie, większe. Jak spodki od filiżanek. Jak talerze. Jak kurwa gówniane kratery na twarzy – takie, w które można wpaść i nie wyjść.

I zaczęłam się śmiać. Nie tak po ludzku, tylko takim chichotem, co to mu się dziób otwiera jak u ryby, która właśnie zobaczyła hak i postanowiła, że jednak nie jest głodna. Mówię:

– W jaki sposób, chłopie, miałabym wam kurwa pomóc? Mówię łamanym angielskim, że nawet toster by się nie domyślił, o co mi chodzi. Wczoraj w sklepie zapytałam o „bread” i pani podała mi „broom” – myślała, że chcę miotłę! Z miotłą pójdę do banku, tak?

A on na to, spokojnie jakby mówił, że dzisiaj jest wtorek, a jutro środa, więc nie ma sensu się denerwować:

– Właśnie o to chodzi.

Podpięcie było takie – uwaga, bo to jest kluczowe, jak kod do sejfu – że gdziekolwiek trzeba było rozmawiać, JA miałam ich reprezentować. Ja. Z moim angielskim, który jest jak składanie mebli IKEA bez instrukcji, w ciemnościach, na kacu. Uczucie bezcenne. Chcieli mnie wykorzystać jako tarczę obronną. Bo myśleli, że kobiecie – zwłaszcza blondynce, bo przecież stereotypy same się nie napiszą – łatwiej pójdzie. Że się uśmiechnę, rozewrę te usta, zatrzepocę rzęsami i banki rozpuszczą się z podniecenia jak masło na gorącej patelni.

Yhymmm. Myślicie, że zapewnili mi fundusz reprezentacyjny? Że chociaż nowe buty? Nowy biustonosz, który nie uwiera? Nic bardziej mylnego. Moja pensja za konsultacje? Gruba koperta. Ale na dzień dobry – nic. No dobra, wynegocjowałam nowego laptopa, nowiuśkiego MacBooka, prosto z Apple Store, co by im wstyd za mnie nie było, jak pojawię się na spotkaniu biznesowym z moim starym, wysłużonym Asusem.

– Czyli mam być waszą śliczną buźką do rozmów z ludźmi w garniturach? – zapytałam, przybierając pozę modelki z katalogu (takiej, która ledwo co wstała z łóżka, po ostrym melanżu).

– Mniej więcej – odparł Scorpio. – Tylko bez ślicznej. Ty masz być skuteczna.

Dotknęło? Może trochę. Ale w głębi duszy wiedziałam, że ma rację. Nie byłam śliczna w tym sensie, że moją twarz zdobiły delikatne zmarszczki od śmiechu (i od papierosów, przyznaję), a pod oczami nosiłam cienie, które mogłyby konkurować z londyńskim niebem. To wszystko przez korpo, w której pracowałam, chcieli mnie wykończyć!

Scorpio i jego towarzysze mieli przygotowaną całą strukturę, kontrakty, podpisy, kropki nad i. Każde „i” było wykropkowane, każde „t” przecięte. Jedynym niuansem – tak, tylko drobnym, minimalnym, prawie niezauważalnym – było uzyskanie linii kredytowej z Barclays pod ich projekt. Wyglądało to solidnie, nawet nie było się do czego przyczepić. No, poza jednym, małym drobiazgiem – że cały ten plan był na granicy prawa. Nie, może nie na granicy. Może już po drugiej stronie granicy, z pistoletem w ręku i maską na twarzy.

Ale kto by się tym przejmował? Kiedy ktoś ci wręcza kopertę z grubą zawartością i mówi „Kruszynko, to tylko papierzyska”, to jakoś twoje zasady moralne robią się bardzo... elastyczne. Tak elastyczne, jak guma w gaciach.

I wiesz co? Barclays finalnie zablokował tę kasę. Walnęli drzwiami tak, że aż się posadzka zatrzęsła w Armenii, a w Erywaniu spadło kilka obrazów ze ścian. Ale o tym później.

I tak oto stoję ja – wielkimi krokami zbliżająca się do czterdziestki, wewnętrznie czująca się jak niewinna osiemnastka, która właśnie odkryła, że świat nie jest z cukru, tylko z gówna i lukru na górze – z rozdziawioną mordą, oczami jak pięć złotych, patrząca na ogromnego samca, który pojawił się w moich drzwiach z uśmiechem seryjnego mordercy i teczką marzeń. A w środku tej teczki – cała moja przyszłość. Pokręcona jak wąsy hipstera. Szalona jak galeria sztuki nowoczesnej. Niebezpieczna jak łyżeczka w kuchni narkomana. I absolutnie, całkowicie, pojebana.

Zawsze ciągnęło mnie do niebezpieczeństwa, jak kurwa magnes do lodówki. Nie mogłam się powstrzymać. Nie chciałam.

– Dobra – westchnęłam, przeciągając się tak, że mój szlafrok (ten w kwiatki, pamiątka po babci) rozchylił się niebezpiecznie. – I tak nie mam jutro planów. Co może pójść nie tak?

Scorpio roześmiał się tym swoim rubasznym śmiechem, od którego zadrżały szyby, a sąsiadka z dołu (ta sama, która wali w sufit) chyba pomyślała, że to trzęsienie ziemi.

– Kruszynko – powiedział, a jego oczy zabłysły jak u wilka, który właśnie zobaczył samotną owieczkę. – Nie pytaj, uwierz mi, nie chcesz usłyszeć odpowiedzi.

No więc co, Szanowni Państwo? Raz się żyje. Albo się żyje, albo się wegetuje. A ja, ku chwale mojego diabełka siedzącego na moim ramieniu, sprawującego funkcje mojego personalnego doradcy na wyłączność i wiecznie pustego konta, wybrałam życie. Trzeba zawsze mieć nadzieję. No tak, ale jak to głosi mądre polskie przysłowie: „nadzieja matką głupich”. A ja? Ja byłam gotowa zostać jej ciotką, siostrzenicą i chrzestną matką jednocześnie.

Wchodzimy w to środowisko. Nowi ludzie. Duże pieniądze. Nowe pomysły. I idiotyzmy, które cię wykończą, albo rozśmieszą, albo oba naraz – i to w ciągu jednego popołudnia, przy kawie za pięćdziesiąt siedem funtów. Ludzie z całego świata – macamy, sprawdzamy, wąchamy, testujemy na wstrząsy i głupotę.

Zapinamy pasy, bo zaczyna się jazda bez trzymanki.

Następne rozdziały przeniosą was do zupełnie innego świata. Jedni powiedzą, że moja wyobraźnia jest nadto wybujała, a inni, z zaciekawieniem odkryją, że wszystkie te historie niosą w sobie ogromne ziarno prawdy, bo sami byli ich częścią… Nie mówcie, że nie ostrzegałam.