Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
"Samotności" to gorzka opowieść o tym, jak pokolenie X zagłusza swoje tęsknoty i rozlicza się z dotychczasowym życiem w jego połowie. Tam gdzie brak sensu koi się litrami alkoholu, gdzie łatwy, mechaniczny seks, zagłusza pragnienie trwałej relacji, gdzie na trudne pytania są trywialne odpowiedzi, a tęsknota za ładem i spokojem, kończy się chaosem. Kamil Zinczuk prowadzi swego bohatera, przez świat który galopuje po równi pochyłej, ale jednak autor zostawia coś, czego możemy się kurczowo chwycić - nadzieję.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 334
Rok wydania: 2021
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
kamil zinczuk
Samotności
© Copyright by Kamil Zinczuk, Lublin 2021
redakcja językowa
Łucja Oś, Aleksandra Bogusz ■ zielonakropka.eu
korekta
Łucja Oś ■ zielonakropka.eu
projekt okładki i skład
Szymon Strużyński ■ studioformat.pl
ISBN 978-83-65172-34-1
Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana wurządzeniach przetwarzania danych ani wjakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana wśrodkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody Autora.
Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym istanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci izdarzeń jest przypadkowe.
Poglądy prezentowane przez bohaterów nie są poglądami Autora, ajedynie próbą pokazania odbioru pewnego wycinka zjawisk społecznych, które mogą wsposób pośredni lub bezpośredni dotknąć każdego znas.
ul. Solna 4/9, 20-021 Lublin
kontakt zautorem
Wstęp
Zjawa
Blizna
Wizja
Kapłan
Szczur
Kret
Spis treści
Cover
Nie jesteśmy samotnymi wyspami, akonglomeratem pragnień, lęków, namiętności, zazdrości, miłości inienawiści. To sprawia, że żyjemy na tym świecie jako jednostki otoczone przez innych ludzi, którzy przez swoje działania bądź zaniechania tworzą nas każdego dnia. Wszystko jest subiektywne iprowadzi do tego, że łatwo gubimy się wocenach dnia codziennego, często zapominając, że nie jesteśmy istotami stworzonymi do szczęścia. Te uczucia idoświadczenia – dobre izłe – sprawiają, że możemy czuć, że jesteśmy tu naprawdę.
Nagle otworzyłem oczy i spojrzałem w przestrzeń. Leżałem na boku w wielkim łóżku. Źrenice powoli się przystosowały i zacząłem dostrzegać wyraźniej szczegóły w otaczającym mnie ciemnym, wręcz mrocznym pokoju. Byłem cały mokry od gęstego, lepkiego, poalkoholowego potu, który z człowieka wychodzi wszystkimi porami skóry tuż nad ranem. Ciasno otulony równie mokrą kołdrą, powoli zdałem sobie sprawę, gdzie tak naprawdę się znajduję. Tak, dom, moje mieszkanie w starej lubelskiej kamienicy. Tak, sypialnia z postawionym na samym środku obszernym, dwuosobowym, drewnianym łóżkiem. Przyklejona do całej ściany szafa z dużym lustrem, przymocowanym na jednym ze skrzydeł. Nocny stolik ze stertą przeczytanych i nieprzeczytanych książek i dwa niepasujące do siebie i do całej sypialni krzesła. „Skąd ja tu się wziąłem?” – zadałem sobie pytanie. –„Przecież przed chwilą byłem całkiem gdzie indziej”. Pamiętam mały osiedlowy sklep, jeden z tych, w których alkohol jest artykułem dominującym na półkach. Sklep, do którego przychodzę późnym wieczorem, zawsze na chwilę przed zamknięciem. Napycham swoją torbę jakimś jedzeniem, branym w zasadzie losowo z półki, i brzęczącym szkłem, dobieranym już znacznie ostrożniej. Kiedyś złapałem się na tym, że przez dłuższy czas oglądałem wina. Każde biorąc do ręki i przekręcając tak, żebym mógł odczytać zawartość alkoholu. Zdałem sobie sprawę, że nie interesuje mnie ich smak, bukiet czy kolor. Szukałem tego z największą zawartością alkoholu. Wina, które najszybciej wystrzeli mnie na orbitę geostacjonarną, w krainę szczęśliwości. Teraz już nie piję tego trunku, nie opłaca się. Płacę, nawet nie patrząc w zniszczoną życiem twarz ekspedientki. Znam dobrze to spojrzenie, poznaję te podkrążone oczy, nieudolnie maskowane niechlujnym, tanim makijażem. Pustka kobiety zdającej sobie sprawę z tego, że jej życie jest prochem. Zresztą ona też na mnie nie patrzy, ogląda towar, podlicza artykuły jeden po drugim. Nie komentuje, nie ocenia, doskonale wie, jak jest. Pojawia się pieniądz, często drobne monety zbierane od zaczepianych przechodniów lub szybko przytknięta karta do terminala, pin i zielony poproszę. Następny klient z tych, którzy codziennie wieczorem chwiejnym krokiem zbliżają się do kasy, ściskając w dłoniach butelki z płynnym szczęściem, lub też z tych proszących o małe naboje paliwa rakietowego, paliwa, które w zależności od potrzeb i ilości potrafi napędzić lub też delikatnie złożyć do spokojnego snu.
Powidoki wracające pod powiekami. Jestem w domu, w sypialni, ale przecież przed chwilą w sennych majakach byłem w całkiem innym świecie. A może naprawdę byłem gdzie indziej? Jakże często budzisz się i przez dłuższą chwilę nie wiesz, gdzie jesteś. Mózg jest otumaniony, nie łączysz faktów, znaków, rzeczy. Gdzie jesteś? Tu czy tam? Co jest już jawą, a co jeszcze snem? Jedni to mają, inni nie, a jeszcze kolejni mają to dłużej. Stan utrzymujący się przez wiele minut czy godzin. Ci ostatni często lądują w zakładach, gdy już przestają odróżniać światy wyobrażone od realnego. Ja mam ten stan bardzo często i – owszem – alkohol mi w tym nie pomaga. To znaczy mam wrażenie, że jest katalizatorem snu bez majaków. Gdy zasypiam na trzeźwo, zawsze śnię.
Mam tak, że do końca nie wiem, co mi się śni, a co jest realnością. Niby wiem, że jestem tu, siedzę na łóżku, ociekam potem, nogi mi się trzęsą od nagłego, przeszywającego chłodu, ale przecież byłem przed chwilą tam, na ciepłej plaży. Wiatr pieścił twarz, słońce paliło nieosłonięte ciało, byłem tam na pewno, byłem tam… z nią. Zawieszony gdzieś między słodką jawą tropikalnego raju a szaroburą rzeczywistością polskiej beznadziejności. Tylko co jest dla mnie autentycznością? Co jest nierealnym snem, a co odległym, blaknącym już pod powiekami, sennym wspomnieniem?
Dzień przechodzi powoli w wieczór, potem w noc, a ja cały czas jestem tutaj. Raz są tabletki nasenne, raz alkohol. Czasem jest i to, i to, gdy zapominam, że już brałem, a zwycięża we mnie chęć sięgnięcia po coś mocniejszego. Uniwersalny lek dla chorej duszy. Tak żeby zamknąć oczy i pozwolić, by noc i sen mignęły bez żadnych marzeń, bo przecież jeśli tylko będę śnił, to pojawi się tam Ona. Zdaję sobie też sprawę, że tak bardzo tego nie chcę, i jestem świadomy, jak silnie tego pragnę. Pożądam tak mocno, że aż łzy cisną mi się do oczu i spływają grubymi kroplami po policzkach, a zaciśnięta pięść bezwiednie raz za razem uderza w blat stolika. Kostki palców mam opuchnięte i pozdzierane. Przyglądam się im. Czyżbym znowu w pijackim widzie tłukł pięściami w ścianę? Całe szczęście, że jestem słaby i raczej nie połamię sobie kości. Jestem mizerny, moje ciało zwiotczało, stało się blade i miękkie, ale też wreszcie jestem szczupły. Alkohol – najlepsza dieta. Jestem w niej systematyczny, codzienny i wytrwały, nie znam żadnego grubego żula, więc na pewno działa odchudzająco.
Czasem wydaje mi się, że otaczają mnie zjawy – senne półcienie, kryjące się za fotelami stojącymi w salonie, za kanapą ustawioną tak, żeby można było wygodnie oglądać telewizję. Pewnie bym to robił, gdybym miał telewizor i gdyby nie fakt, że telewizja mnie mierzi i nudzi. Nie ma telewizora, za to wszędzie są cienie uciekające gdzieś w bok, gdy tylko próbuję skupiać na nich wzrok. Boję się ich wtedy strasznie, trzęsę się cały, włosy na dłoniach, nogach, na całym ciele mi się jeżą. Zwijam się wtedy w pozycję embrionalną. Leżę gdziekolwiek: na łóżku, na kanapie, na podłodze, w wannie – i zastygam tak na wiele godzin. Boję się wówczas śnić. Ale też boję się wyjść tam, na zewnątrz, poza mój utkany z cieni kokon, po schodach w dół, przez ciemny, śmierdzący piwniczną pleśnią i stęchlizną korytarz, przez podwórko wyłożone nierówno kiepsko obrobionym kamieniem, w który nieubłaganie wciska się zielonkawy cień porostu, i przez tunel prowadzący do wyjścia. Tunel bramy cuchnący rozkładającą się wonią codziennych pijackich schadzek. Gdzieniegdzie pod butami chrzęszczą różnokolorowe, szklane odłamki dawno zbitych butelek. Boję się przejść przez starą, skrzypiącą, spróchniałą bramę w inny świat. Szum aut wszelkiego rodzaju, ludzie starzy i młodzi, wielkomiejski gwar, który jeszcze bardziej potęguje uczucie samotności i izolacji. Niby jesteś taki sam jak oni wszyscy, a tak naprawdę nikt cię nie dostrzega w pędzie codziennego dnia. Stoję wtedy na chodniku jak ktoś, kto zmaterializował się z innego świata, przechodnie omijają mnie jak ławica opływająca kawałek skały, z jednej i drugiej strony. Słońce wciska się w twarz i oczy, razi mnie. Najczęściej szybko wracam do mieszkania i zagrzebuję się w pościeli, tylko czasami zapuszczając się dalej niż do sklepu. Na szczęście robię to rzadko.
Wychodzę tylko wtedy, gdy muszę, a nie zdarza się to często. Czynsz opłaca mi ojciec. Zazwyczaj przelewa też coś na rachunek bankowy dla swojego marnotrawnego syna. Te cyferki złotówek aż lśnią od zawiedzionych nadziei na to, że ktoś, kto ma jego oczy, będzie kimś, a tak naprawdę jest nikim, niczym, tylko drżącym lękiem schowanym pod kołdrę. Czasem cisza bywa bardziej wymowna od najgorszych obelg. Ojciec już nic do mnie nie mówi, w zasadzie wszystko powiedział mi dawno temu. Kiedy się jeszcze widywaliśmy, po prostu patrzył na mnie, a ja wiedziałem, że gdyby tylko los dał mu taką szansę, zesłałby mnie w niebyt. Stałbym się nigdy nienarodzonym, nigdy niestworzonym.
Pamiętam wielką choinkę stojącą w podlubelskim domu. Była naprawdę wysoka, wypełniała sobą przestrzeń. Znajdowały się na niej bombki, jedna przy drugiej, migocące światełka, cukierki, kolorowe łańcuchy, anielskie włosy, a na samym czubku długi, krwistoczerwony, błyszczący szpic. Pod choinką leżały prezenty owinięte w kolorowy papier. Cała masa prezentów, małych i dużych, poprzewiązywanych wstążkami. Każdy prezent był podpisany – widać, że ktoś bardzo starannie podszedł do sprawy. W tle bardzo cicho sączyła się melodia kolędy Cicha noc, święta noc. Przy stole, obszernym i gęsto zastawionym potrawami, siedziała cała gromada ludzi młodszych i starszych. To moja rodzina – bracia, siostry, krewni dalsi i bliżsi. Był i patriarcha – mój ojciec. Każde wigilijne spotkanie, które pamiętam, okazywało się takie samo. Ojciec wstawał powoli od stołu, brał opłatek i łamał się nim ze wszystkimi po kolei. Życzenia, uściski, pocałunki. Na koniec podawał mi kawałek białego, pergaminowego opłatka z odciśniętą pieczątką, przedstawiającą leżącego w żłóbku Jezuska, i szeptał, nie patrząc mi w oczy, jakąś bezwartościową formułkę. „Wszystkiego najlepszego”. Wracał do stołu, nawet nie czekając na moją odpowiedź, i zwyraźną ulgą siadał i zaczynał nalewać sobie barszcz. Przedstawienie skończone, teraz już tylko przyjemności. Ostatnie święta, na których byłem, zapewne ku uldze nie tylko mojej, lecz także całej rodziny. Jak się chce zobaczyć coś dziwacznego, to idzie się do cyrku albo do zoo, a nie zaprasza się na przedstawienia do domu.
Już nawet listonosz mnie nie odwiedza. Wchodzi, powoli stąpając po schodach. Ciężka torba przerzucona przez ramię ociera się co jakiś czas o ścianę klatki schodowej. Podchodzi do drzwi i nie puka, nie dzwoni, tylko wsuwa kolejne awiza i ponaglenia w szparę pod drzwiami. Jest jeszcze sąsiadka, jej mąż i ich dzieci zbiegające rano szybkim krokiem do szkoły. Słyszę je, ich głośne chichoty, urywane rozmowy, dziecięce głosy cichnące wraz z tym, jak zbiegają coraz niżej po schodach. Trzask zamykanych z rozmachem drzwi wejściowych. Słyszę kogoś wchodzącego na wyższe piętra budynku, ciężko dyszącego i zatrzymującego się co kilka stopni. Albo parę śmiejącą się radośnie tą radością, którą daje kilka wypitych drinków lub lampek wina, zataczającą się po schodach. Byle wyżej, byle szybciej do małej, ciasnej kawalerki na ostatnim piętrze. Tak, to musi być piątek albo sobota. W inne dni ich nie ma. W inne dni małe mieszkanie stoi puste, czekając na weekendowych lokatorów. Ciekawe, o czym on też myśli, gdy wraca potem do swojej rodziny, żony lub partnerki.
Porusza się cicho, mocno pachnie wypitym alkoholem i leciutko, ledwie namacalnie po dokładnym prysznicu, damskimi perfumami. Pachnie wanilią i czym jeszcze? Hm, znam ten zapach – Yves Saint Laurent Black Opium. Unosi się długo na klatce schodowej, niczym wyrzut sumienia po wieczornym występku. Wcześniej dał suty napiwek taksówkarzowi. Zielony banknot z podobizną polskiego króla wędruje sprawnie pomiędzy dłońmi mężczyzn – to obietnica milczenia. Cichutko wsuwa klucz w zamek, przekręca go najdelikatniej, jak potrafi, i wchodzi wreszcie do swojego wielkiego podmiejskiego domu. Nie zapalając światła, zostawia buty w przedsionku. Idzie cichutko w skarpetkach do jednej z sypialni na górze. Całuje i okrywa szczelniej kołdrami swoje śpiące dzieci. Patrzy na nie z bezgraniczną miłością. One nie są winne tego, że jest tak strasznie nieszczęśliwy. Przebiera się, a wzasadzie rozbiera w łazience, a następnie zmierza do wielkiego małżeńskiego łóżka. Czuje świeżo wykrochmaloną, ale jednak cudownie delikatną pościel, pachnącą kwietną łąką z polsatowskiej reklamy. Zapada się w ultrawygodny materac i zamyka oczy.
– Wróciłeś? – szepce półśpiąco żona. – Jak tam spotkanie?
– Dobrze, porozmawiamy jutro, w końcu to sobota, będzie na to dużo czasu. A teraz śpij, rano zrobię śniadanie.
– Super. Dzieciaki chcą naleśniki, ja poproszę kawę.
Zamykają oczy, zapadają w sen, a nad nimi unosi się delikatny zapach wanilii. A może to ona przemyka przez korytarz mieszkania w bloku którejś z sypialnianych dzielnic. Nerwowo przeczesuje potargane włosy, ale stąpa cicho, by nie zbudzić śpiącego na kanapie z pilotem lub konsolą do gier męża, który zasnął w pozycji siedzącej.
– Niech śpi, w końcu weekend jest po to, by odpoczywać – szepce ona do siebie.
Zbiera w łazience porozrzucane rzeczy należące do dzieci. Przeciera dłonią zlew zaklejony dziecięcą pastą do zębów.
– Dzieciaki zapewne myły zęby w pośpiechu, odliczając trzy minuty, żeby wypluć nawet niespienioną pastę i pobiec przed telewizor lub komputer. Ciekawe, czy znowu biły się ze sobą, wyrywając sobie telefon komórkowy, i czy ich ojciec pamiętał, żeby przeczytały jeden rozdział książki przed snem. Na pewno nie pamiętał. Jak mu się nie przypomni dziesięć razy, to zawsze zapomni, a idzieciaki same z siebie pewnie nie wyrywały się do czytania. Jutro mogą pospać dłużej. – Kobieta uśmiecha się zmęczoną po całym dniu twarzą do swojego lustrzanego odbicia. Makijaż jest lekko rozmazany. – Kogo ja chcę oszukać? – mówi sama do siebie, ścierając bawełnianym wacikiem resztki pudru.
Ale czy myśli przy tym o śpiącym na kanapie, już dawno niekochanym mężu, czy też o dzieciakach, które pomimo tego, że mają możliwość powylegiwać się do późna w łóżkach, zbudzą ją z samego rana, domagając się uwagi lub też chociażby włączonego telewizora albo komórki? Może myśli o sobie i swoim życiu – tym bardziej i tym mniej oficjalnym. W żadnym z nich nie jest w pełni szczęśliwa, ale też z żadnego nie jest w stanie zrezygnować. Miota się między światami, niezdolna do podjęcia jakiejkolwiek decyzji, bo każda z nich wiąże się z panicznym lękiem przed tym, co nieznane.
Były takie czasy, że się nad tym solidnie i długo zastanawiałem. Rozmyślałem, kreśliłem scenariusze i algorytmy postępowań. Wchodziłem w rolę, identyfikowałem się z innymi ludźmi, żeby choć przez chwilę zrozumieć ich schematy postępowania. Teraz? Teraz już tego nie robię. Stwierdziłem, że każdy przeżywa swoje życie i najlepiej jest wtedy, kiedy nikt nikomu do niczego się nie wtrąca. Z reguły każdy ma swoje pokłady wewnętrznej autorefleksji, ale są też osoby, którym tego brak. Każdy buduje swoje szczęście lub też to, co według niego może za nie uchodzić, bo przecież nie da się tak naprawdę stworzyć uniwersalnej definicji szczęśliwości. Zawsze tak jest, że to, co dla jednego jest sufitem, dla drugiej osoby będzie tylko podłogą, i jakże aktualne okazuje się powiedzenie, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Osobiście uważam, że świat, w którym żyjemy, to jedna wielka proteza, którą na siłę próbujemy nazywać szczęściem, żeby zagłuszyć jedyną nienaruszalną prawdę, że tak naprawdę tarzamy się w wielkiej kupie gówna: od nieświadomości w chwili urodzenia aż do świadomego bądź nie momentu śmierci.
Dawno temu potrafiłem w głowie ułożyć całe historie ludzi zasiedlających tę starą lubelską kamienicę. Ktoś, kto tak jak ja, będąc cały czas na miejscu, tuż za drzwiami lub za ścianą, jest w stanie poskładać z urwanych rozmów, szeptów, skrzypnięć drzwiami całe opowieści o ich nadawcach. Gniewne pokrzykiwania podczas porannych kłótni o nic, miłosne sapnięcia spowodowane szczęśliwymi chwilami par i kobiece krzyki, te w chwilach szczęścia i te wywołane złością na niegrzeczne dzieci czy też ustawiające do pionu partnerów. To wszystko działo się za ścianą lub nad sufitem. Roznosiło się starymi mosiężnymi rurami, biegnącymi od strychu aż do piwnic, brudnymi kratkami wentylacyjnymi, szparami w oknach i drzwiach. Niosło się prosto do moich zmysłów, bo przecież nie tylko słuch, lecz także węch przywołuje swoją historię. Aromat gotowanego rosołu w niedzielne przedpołudnie, smażonych na smalcu kotletów ze schabu z kością, świeżo krojonej cebuli i pyrkających na wolnym ogniu ziemniaków. Dominująca woń alkoholu – tego drogiego, pitego z lodem w grubo rżniętych, kryształowych szklanicach, i tego taniego, pitego w małych kieliszkach ze stopką lub bez. Zapach ekskluzywnych papierosów, palonych przez kobiety zostawiające na filtrach ślady krwawoczerwonych bądź bladoróżowych szminek, i słodkawo chemiczny zapach zioła palonego z małych szklanych fifek, ukradkiem przez raz po raz parskających śmiechem i kaszlem nastolatków, ubranych w kolorowe stroje lub sportowe dresy. To wszystko można wyczuć zmysłami, zapamiętać i ułożyć krok po kroku w wielowątkowe historie, ale to było kiedyś. Teraz już nie.
Jakiś czas temu, przez pewien dłuższy okres, wchodząc lub wychodząc z kamienicy, bardzo często spotykałem piękną kobietę. Sąsiadkę. Zawsze miała w dłoni papierosa. Czasem też duży termiczny kubek z kawą lub innym ciepłym napojem. Zastanawiałem się, co sprawia, że spędza tyle czasu tutaj na dole, stojąc przy samych drzwiach niczym strażnik. Czy to nikotynowy nałóg wypędza ją z mieszkania, by palić w samotności na zewnątrz, czy też inne nie do końca wiadome mi sprawy? Sprawy, których nie mogłem usłyszeć ani wyczuć, siedząc w moim mieszkaniu. Może mąż, który nie spełnia jej wcale niewygórowanych oczekiwań; może dzieci, które powoli, w miarę jak dorastają, zaczynają żyć własnym życiem. Już nie potrzebują przytulania i matczynej czułości tak często jak wcześniej. Zamykają się w pokoju ze słuchawkami na uszach, odcinają się od dzieciństwa, wchodząc w świat nastolatków, w którym matka nie jest już wzorem, ale raczej kimś, kogo można stawiać za wzór zmarnowanego życia. Myślałem o tym, wchodząc powoli po schodach, czułem jeszcze w płucach woń jej papierosów. Nigdy nie nauczyłem się palić, ale lubię sam zapach dymu papierosowego. Palony tytoń kojarzy mi się z odległą młodością, spędzaną w zadymionych studenckich pubach i barach w centrum miasta. Teraz już tam nie wolno palić, więc palacze przenieśli się przed wejścia, a iczasy młodości mam za sobą.
Kobieta z papierosem przed klatką schodową była bardzo szczupła, miała długie, jasne włosy i piękne niebieskie oczy. Oczy przypominające mi dalekie, nigdy przeze mnie niewidziane, ale wyśnione arktyczne lodowce. Była zjawiskowa, ale jednocześnie wydawała mi się bardzo smutna i nieobecna. Nie była stąd. W zdawkowym „dzień dobry” wyczuwało się śpiewny, wschodni akcent. Jeden z tych, po którym od razu wiesz, że polski nie jest jej językiem ojczystym. Mijałem ją w zasadzie za każdym razem; była jak znak rozpoznawczy mojej kamienicy. Czasem gdy jej nie widziałem, czułem jakiś irracjonalny niepokój i pustkę. Pewnego dnia zniknęła. Jak się okazało, a dowiedziałem się tego przypadkiem od sąsiada, jej mężowi skończył się kontrakt i wrócili gdzieś, gdzie mieszkali wcześniej. Ot tak, rozpłynęła się w wielkim świecie i tylko w mojej pamięci będzie zawsze pięknością z papierosem, stojącą przy klatce schodowej. Klasyczny przykład na to, jak niewielki wpływ mamy na przemijanie. Brak stałości jest jednym z wyznaczników naszego życia. Ktoś, kto uwierzy, że coś może trwać niezmiennie, zazwyczaj przeżywa ogromne i bolesne rozczarowanie.
Nie wiem, kiedy Ona się pojawiła. Nie jestem w stanie podać dnia lub miesiąca. Najpierw jej nie było, a potem po prostu się zjawiła. Zaistniała i została. Była w moim śnie, wynurzyła się z nicości i zawisła nade mną, nad łóżkiem, w którym spałem. Tak jakby zawsze była ze mną, ale o tym zapomniałem. Może było tak, że wyparłem ją gdzieś poza granice pamięci, a teraz skorzystała z dogodnych warunków i wróciła. Może to mój stan sprawił, że stałem się bardziej wrażliwy na to, co zazwyczaj pozostaje niedostrzegalne. Moje życie najpierw zwolniło, a potem całkowicie zatrzymało się w zatęchłym, ciemnym mieszkaniu. Mieszkaniu w kamienicy w centrum miasta. Jest to spadek po wpływowych przodkach mojego ojca, którzy dorobili się dawno temu. Nie wiem, gdzie teraz są – ich kości dawno przemielone na proch, nawet nie poznałem ich imion. Ojciec odzyskał mieszkanie jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Miał tę determinację, jaką posiada chłop, który przez dekady pielęgnuje swoje poczucie krzywdy i gdy tylko czuje, że coś mu się należy, poruszy niebo i ziemię, żeby to odzyskać. Bierut w latach czterdziestych dwudziestego wieku zabrał mieszkanie majętnym przodkom w ramach jakiegoś dekretu, a ojciec już za nowego ładu wyrwał je z zasobów komunalnych, przedstawiając całą stertę dokumentów, trzymanych w szufladzie przez pół wieku. Odzyskane mieszkanie, wcześniej zasiedlone przez wielodzietną rodzinę, wyglądało tragicznie i wsumie nadal tak wygląda. Poza drobnymi naprawami i wymianą podłogi jest takie, jakie było jeszcze przed wojną. Przez ponad czterdzieści lat „tymczasowi” komunalni lokatorzy nie zrobili nic, żeby poprawić sobie warunki życia. Kierowani tą zasadą, że nie inwestuje się w nie swoje. Żyli w tym mieszkaniu prawie pół wieku, a nadal nie czuli się gospodarzami na tyle, żeby poprawić jego wygląd. Za mojej bytności z podłogi zniknął prawie stuletni parkiet. Pamiętam te sczerniałe klepki, które odchodziły tuzinami od napuchniętej przez wilgoć podłogi. Co któraś klepka na spodniej stronie miała wypalone znamię „Manufaktura Stanisławowska”. Był parkiet i nie ma parkietu. Spłonął w kominku speca od desek, który za nic miał problemy świata z wysoką niską emisją zanieczyszczeń. Zapewne nie ma już zarówno manufaktury – ba, prawdopodobnie zburzono nawet pozostałości po budynku, znając sprawność tamtego wschodniego systemu w niszczeniu wszystkiego, co nie ich – jak i nie ma Stanisławowa, zamienionego na ukraiński Iwano-Frankiwsk. Kto wierzy w stałość rzeczy, może się okrutnie zdziwić. Jeszcze raz warto powtórzyć, że jedyne, co jest w życiu pewne, to ciągła zmiana. Zmiana, która najczęściej przychodzi niespodziewanie.
Tak, to Ona odwiedzała mnie we śnie na plaży. Był dokładnie taka, jaką ją sobie wyobraziłem. Zabawne, bo im bardziej się skupiam, tym mniej szczegółów pamiętam. Czy była brunetką, szatynką, czy też może blondynką? Miała niebieskie, zielone czy brązowe oczy? Jasna, delikatna skóra, z pełnymi piersiami i mocno stojącymi różowymi sutkami, czy też małe dziewczęce piersi, otoczone prawie czarną dużą brodawką? Nie wiem i nie jestem w stanie tego określić. Im bardziej chcę to sobie przypomnieć, tym mniej wiem i niczego nie jestem pewien. Ona rozpływa się, rozmazuje, ale nadal jest w mojej głowie. Przywiera do mnie, wtula się jak małe, rozedrgane, pragnące bliskości zwierzątko. Czuję mokre, słone, parujące od gorącego słońca ciało. Czuję oddech pachnący kobiecym pożądaniem. Czuję dłonie błądzące bez żadnego skrępowania po moim ciele. Obejmuję ją mocno i odruchowo przyciskam do siebie. Jest w tym uścisku coś naturalnego i oczywistego. Nie chcę, żeby zniknęła. Nie chcę, żeby gdzieś mi się zgubiła na tej wielkiej, pustej plaży. Jesteśmy całością, splatając się nogami i dłońmi. Tylko tak mogę czuć się kompletny. Jestem w tej chwili pewien, że Ona czuje dokładnie to samo. Wiem, że jeżeli tylko wymknie się z moich objęć, to ją stracę. Czuję, jak twardnieję, jak tracę nad sobą kontrolę, przywierając ustami do jej miękkich warg.
Szept wprost do ucha. Szept zmysłowy. Jeden z tych, co z ekstazy stawiają włosy na rękach. Szept będący esencją zapowiadanej w nim namiętności.
– Daj mi siebie… proszę. Oddaj mi się cały.
Potem czuję jej język wwiercający się w małżowinę. Jest mokry, miękki i ciepły. Uspokaja mnie, odurza, wprawia w lekkie, mimowolne drżenie. I nagle wystrzał bólu. Gryzie mnie w płatek ucha. Mocno, bardzo mocno. Odruchowo szarpię głową, ale Ona nie przestaje. Czuję jej ostre zęby, zanurzające się w mojej skórze.
Budzę się w mokrej pościeli i znowu mam powidoki. Była tu przed chwilą ze mną. Leżałem tam na plaży razem z nią. Mignęło mi przed oczami jej gołe ciało wychodzące do kuchni? Była czy nie? Przecież czuję na swojej szyi jej pocałunek. Patrzę w lustro stojące przy łóżku. Mam rozgryzioną wargę, na niej zaschniętą krew. Pościel jest mokra i lepi się cała, nie tylko od potu. Na czarnym prześcieradle widać plamy zasychającej soli. Czuję ostry zapach spermy, ale też czegoś innego… Może kobiecych perfum?
Chcę biec pod prysznic, lecz prawie wywracam się przy łóżku, gdy kołdra plącze mi się między nogami. Był to sen czy nie, muszę z siebie to zmyć. Wskakuję wręcz do wanny z prysznicem. Odkręcam kran, zimna woda tryska mi na głowę i spływa w dół po ciele, które wzdryga się w geście niemego protestu. Stoję tak przez kilka minut, trzęsąc się z zimna, trzeźwiejąc i nabierając w końcu pewności, że jestem tutaj. Wróciłem z plaży. Na tym moim „kamienicznym”, lubelskim łez padole. Nagi spoglądam w łazienkowe lustro. Teraz zdaję sobie sprawę z tego, jak wychudłem. Mam zapadnięty brzuch, na naciągniętej skórze klatki piersiowej widać odznaczające się żebra. Skóra na rękach i nogach zwiotczała, jest bardzo jasna, wręcz blada, poprzecinana gdzieniegdzie pasmami ciemnoniebieskich żył. Spoglądam jeszcze raz w lustro. W samym rogu widać odcisk ust wymalowany krwistoczerwoną szminką. Wiem, czyje to usta, znam ten kształt, lekko układający się w serduszko. Odcisk jej ust.
Sen zawsze był dla mnie ukojeniem, a teraz boję się zasypiać. Chcę mówić do siebie racjonalnie: „Tak, tak, jesteś tu”. Może to nie szminka, pewnie to krew z rozgryzionej wargi. Ale jak? Ale kto? Przecież to mogłem być tylko ja. Ale dlaczego? Pytania odpływają z moich myśli po kolejnym łyku alkoholu, bo cierpki płyn nie pyta, nie ocenia, tylko przynosi ulgę i ukojenie. On nie zabierze cię na ciepłą plażę, tylko da to, czego potrzebujesz. Wrzuci cię w czarną otchłań, z której wybudzisz się, szukając oparcia jak ślepiec. Kiedyś był dla mnie środkiem, teraz stał się celem samym w sobie, natrętną myślą pojawiającą się znikąd. Radość odkrywania przeszła niepostrzeżenie w nawyk, a ten podsycany latami zmienił się w nałóg. Nałóg, z którym można walczyć, ale który nie zniknie. Można przegonić go gdzieś w kąt na chwilę lub dwie. Ucieknie, owszem, schowa się, zejdzie z pola widzenia, ale przyczai się i będzie czekał. Będzie patrzył na ciebie swoimi przepitymi, zapadniętymi w czaszkę, podkrążonymi oczami i będzie cierpliwie czekał. Dzień, tydzień, miesiąc, czasem nawet rok lub dwa. Aż się doczeka. Doczeka się dnia wielkiej radości, którą trzeba uczcić, lub też dnia bezgranicznego smutku, który trzeba jak najszybciej zapić, by zapomnieć. Doczeka się i wróci w triumfie, niczym rzymski wódz prowadzony w rydwanie zaprzężonym w cztery wielkie ogiery, z wymalowaną na czerwono twarzą i wieńcem laurowym na głowie. Nie masz o co walczyć, dobrze wiesz, że on tam jest i prędzej czy później tak to się skończy. Teraz jestem za słaby, żeby z nim walczyć, więc płyniemy razem, ramię w ramię, rzeką czasu i czasowej niepamięci. Teraz jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi, rozumiemy się bez zbędnych słów i gestów, para wręcz idealna. Płyniemy. Stać nas, tatę stać.
Mrużę oczy. Czy mi się wydaje, czy w ciemnym kącie sypialni coś jest? Mgła? Czy to przez wódę, czy może teraz już śnię? Spadam w czarną otchłań, rzucając się na łóżko, zapadając się w nie jak w łono matki, do którego tak pragnę wrócić, by poczuć się niewidoczny i bezpieczny. Każdy mężczyzna, wchodząc w kobietę, robi to też podświadomie, chcąc dostać się tam, gdzie był naprawdę bezpieczny i szczęśliwy, bez hossy, bessy, gonitwy, dzieci, kredytów i całego tego entourage’u różności, o którym nie wiadomo, czy się go chce. Życie z czasem samo zawiesza na nim jak na choince bombki z podpisami: „Miej, kup, a najlepiej wybuduj własny dom”, „Miej dobrze płatną pracę, a najlepiej prowadź doskonale prosperującą firmę”, „Miej dzieci, a przede wszystkim spłodź syna”, „Miej dobry samochód, a najlepiej taki, że sąsiadom i znajomym opadną szczęki”, „Miej, miej, miej”. Pamiętam ten dzień, gdy się wreszcie ocknąłem, gdy na dobre otworzyłem oczy i zobrzydzeniem strząsnąłem z siebie te wszystkie „powinieneś”, „wypada”, „już czas”, „jak nie teraz, to kiedy” i poszedłem już zupełnie sam w swoją stronę. Czy lepszą? Wtedy byłem przekonany, że tak, teraz już nie jestem tego pewien, ale to już nie ma wielkiego znaczenia. W seksie uprawianym przez mężczyznę jest podświadoma chęć powrotu do łona. Czasem chce on się tam dostać powoli, spokojnie, jak dawno niewidziany, ale jakże wyczekiwany przyjaciel. Przyjść, wtulić się i zostać, a czasami po prostu chce tam być od razu, wejść jak włamywacz, jak złodziej, chce zabrać to, co myśli, że mu się należy, nie oglądając się na innych.
Sen, prosty sen… Alkoholowy sen bez żadnych marzeń… Całkowity wewnętrzny spokój, zakończony otworzeniem oczu. Rozglądam się tępo po pokoju, przez dłuższą chwilę nie wiem, gdzie jestem i jak się tu znalazłem. Powoli dociera do mnie rzeczywistość, przechodzę z niebytu do życia. Do wegetacji w moim ciemnym, zatęchłym mieszkaniu. Czuję przeszywający ból w barku i nagle przypominam sobie kilka kadrów z pijackiego wieczora. Widzę, jak idę do ubikacji, zataczając się, podłoga nagle ucieka mi przed oczami, a ja przewracam się na ścianę. Uderzam w nią barkiem i powoli zsuwam się bezwładnie na podłogę. Siedzę tak może kilka minut, może kilka godzin – sam nie wiem jak długo. Ból pulsuje w całej ręce, ponieważ osuwając się, przetarłem skórą po grubo otynkowanej ścianie, zostawiając na niej krwawy ślad.
Ramię goi się powoli, babrze się przez kilka tygodni i tworzy się czerwonawy, twardy strup. Nie robię z tym nic, nie chce mi się chodzić po lekarzach, smarować, bandażować. Poza tym rana nie przeszkadza mi w piciu. Kolejna blizna z ucieczek w nieświadomość. Blizna o tyle dobra, że na ciele. Nie muszę zajmować nią głowy – ot, pijacki wypadek.
Przypominam sobie zdanie wypowiedziane przez jednego z bohaterów czytanej przeze mnie książki. Lekarz zwraca się do pacjenta, nałogowego alkoholika, słowami: „Człowiek, który pije tyle i tak jak pan, nie może długo, a przede wszystkim nie może szczęśliwie żyć”. Nie pamiętam, na jakie pytanie była to odpowiedź: czy o picie, czy o szczęście, czy też o długie życie, ani co było dalej. Pamiętam tylko to jedno zdanie wyrwane z kontekstu całej książki. Zachowałem je w pamięci, ponieważ ja znam odpowiedź na zadane pytanie. Ja nie chcę długo i szczęśliwie żyć, ja chcę pić. Pić i nic nie pamiętać, odpłynąć, zniknąć zawinięty w kołdrę niczym egipska mumia w bandaże.
Jest ciepły wrześniowy dzień. Mam zaciągnięte zasłony w sypialni, bo w zasadzie nigdy ich nie odsłaniam. Nie chcę, by ktoś mnie widział śpiącego czy też wstającego, ale czasem otwieram balkon. Przez otwarte drzwi wpada do mieszkania powiew świeżego, jeszcze ciepłego powietrza. Porusza zasłonami i prawie żółtymi od zbitego w nich kurzu firankami. Słyszę gwar nieodległej ulicy, ale jest przytłumiony, spokojny; to w końcu niedziela. Słońce świeci jasno. Wychodzę na balkon w samych majtkach. Jestem chorobliwie blady, wręcz biały. Zatrzymuję się w połowie balkonu, zamykam oczy i pozwalam ciepłym promieniom ogrzewać twarz. Nie widzę ciemności, tylko czerwień i żółć słonecznego blasku. Ogarnia mnie spokój. Myślami płynę spokojnie do innego, „przedkamienicznego” życia. Jestem na ukwieconej łące, maj dopiero się zaczyna. Niebo na całym horyzoncie jest jasnoniebieskie, poprzecinane białymi pasmami rzadkich chmur. Gdzieś wysoko sunie szybko samolot, zostawiając za sobą wyraźną smugę na tafli nieba. Trawa jest soczyście zielona. Kwitną na niej młode mlecze jak żółte plamy, drzewa nie mają jeszcze liści. Obok łąki jest sad, a wnim rzędy niewielkich fachowo przyciętych krzewów owocowych, kwitnących na biało. Czuję ten zapach – zapach szczęśliwej, odległej, niegdyś zdarzonej wiosny. Wiosny, która przeminęła lata temu, pozostając już tylko w mojej pamięci kilkoma wspomnieniowymi pocztówkami. Nagle słyszę trzask, który oznacza, że coś się wali. Coś przewraca się tuż obok. Otwieram gwałtownie oczy. Znów jestem na balkonie sam. Idę do sypialni i patrzę na wywrócone krzesło.
– Ale jak to…? – mówię na głos sam do siebie, gdy oczy powoli przyzwyczajają się do panującej w sypialni ciemności.
Kiedyś miałem tu małą lampkę do czytania, teraz nie działa. Zepsuta i lekko wygięta, po tym jak zaplątałem się w kabel, kręcąc się w pijackich majakach na łóżku. Czuję lekki, prawie niewyczuwalny zapach perfum z nutką słodkiej wanilii. Kiedyś ktoś już tak pachniał, ale kto? Nie wiem, kto to może być, na pewno jakaś kobieta. Perfumy są zdecydowanie kobiece. Może to wspomnienie z tego pierwszego, jakże tradycyjnie szablonowego życia. Wychodzę szybko z sypialni, nie chcę tam teraz być. Nie chcę tam być sam. Serce kołacze mi w szaleńczym rytmie. Ubieram się szybko, zakładam buty i zbiegam w dół po schodach, nie zamykając za sobą drzwi. Wybiegam na podwórko, jest ciepło i jasno. Rozglądam się dookoła. Wszędzie piętrzą się mury budynków – szerokie okna, piaskowe cegły, odchodzący tynk. Wysoko nad moją głową niebieskie, prawie bezchmurne niebo.
Wracam jednak krok za krokiem do mieszkania. Siedzę w półmroku na łóżku i patrzę na wywrócone krzesło. Drewniane nogi sterczące ku sufitowi. Staram się trzeźwo myśleć i racjonalizować. Może trąciłem je, wstając, następnie oparło się na łóżku i powoli zsunęło, aż wreszcie uderzyło o podłogę. W analizowaniu jestem dobry. Tak musiało być, bo w sumie nie ma innego – a przynajmniej racjonalnego – wytłumaczenia. A co z tymi niedorzecznymi myślami? Dziś jestem trzeźwy, więc te absurdalne wizje są malutkie, schowały się gdzieś z tyłu głowy. Tak, wstając, musiałem trącić to jebane krzesło, nie ma co się nad tym zastanawiać.
W nocy słyszę miarowe uderzenia deszczu o szyby. Szum czasem jednostajny, czasem narastający. Leżę w łóżku i patrzę w przestrzeń. Wzrok błądzi w ciemności po ledwo dostrzegalnych zarysach mebli. Nagle zdaję sobie sprawę, że w moich snach nigdy nie pada. Więc jestem tu i teraz w moim azylu, w mojej jaskini, w moim więzieniu – to na pewno nie jest sen. Czy to wiosna, czy jesień? Czy jest to letnia burza, po której chce się wyjść, by biegać, rozchlapując ciepłą wodę w kałużach? Czy też ciężki listopadowy deszcz, pod którego naporem nie przemakasz w kilka chwil, ale potrzeba czasu, żeby przeniknął przez kilka warstw ubrań i swym lodowatym pazurem dotarł do samego ciała, wolno wsączając się w materiał?
Zatrzymuję się dłużej nad tą myślą, że w moich snach nigdy nie pada. Wstaję, podchodzę do okna i rozsuwam zasłony po raz pierwszy od miesięcy. Po szybie miarowo spływają krople wody. Ktoś wchodzi na podwórko, uruchamia się automatyczna latarnia. Widzę cień przemieszczający się pomiędzy bramą a jedną z dwóch klatek schodowych. Nie rozpoznaję tej osoby, a przecież znam tu wszystkich. Po chwili dochodzę do wniosku, że to nie ma żadnego znaczenia. Patrzę już tylko na ledwo dostrzegalne, ale jednak widoczne swoje odbicie w zachlapanej szybie. Karykatura, po której spływają krople wody. Puk, puk, puk – deszcz uderza o szybę. Wpatruję się w swoje odbicie i na cieknące po szybie w dół wilgotne szlaki. Spływają po odbiciu mojej twarzy, z oczu po policzkach w dół, kropla za kroplą. Kropla za kroplą, łza za łzą. Podchodzę do szafki, w której mam schowaną butelkę na „czarną godzinę”. W zasadzie mam kilkanaście butelek na takie okazje; czasem odkrywam je przypadkiem – jestem jak wiewiórka, która zakopuje orzechy jesienią, a potem o części zapomina – i zawsze cieszę się z takich znalezisk. Ta butelka była w mojej świadomości, teraz przyszedł na nią czas. Pamiętam, jak kiedyś czytałem o tym, że jakiś amerykański aktor w kiblu w kubańskim barze, a dokładnie w Hawanie, napisał na ścianie: „Najlepsze miejsce, żeby się upić”. Co on wiedział o życiu? Najlepszym miejscem, żeby się upić, jest moje mieszkanie. Odkręcam zakrętkę i przytykam butelkę do ust. Tak, właśnie moje mieszkanie.
Znowu jestem całkowicie sam na wielkiej plaży. Słyszę miarowe, hipnotyzujące bicie fal o brzeg. Raz za razem woda podchodzi wyżej i cofa się, odsłaniając mokrą wstęgę na piasku. Leżę na plecach na drobnym i wręcz białym podłożu. Jest ciepło, słońce grzeje mocno, czuję to na całym nagim ciele. Gdzieniegdzie pojawia się pot, formuje w niewielkie kropelki i spływa w dół po skórze. Nagle znikąd pojawia się Ona, nie było jej i nagle jest. Pochyla się nade mną, jej włosy opadają mi na twarz, łaskoczą w policzki. Czuję jej szybki oddech, jest ciepły i pachnie… wanilią. Dosiada mnie szybko i pochyla się, całując w usta. Słyszę, jak mruczy, miarowo ocierając się o mnie. W przód i wtył. Łapię ją mocno za pośladki, są zaskakująco chłodne, jakby wcześniej długo siedziała na zimnym kamieniu. Nie myślę już o tym, bo muska ustami mój policzek. Podnosi głowę, włosy opadają jej na ramiona i siedzi tak, że słońce ma za sobą, przez to ja nie mogę dostrzec, jak wygląda… A potem pochyla się, szepce mi wprost do ucha i mruczy, jak leniwie przeciągająca się na kanapie kotka.
– Tak bardzo cię potrzebuję.
Znowu gryzie mnie mocno, bardzo mocno w ucho. Otwieram oczy i zauważam, że panuje półmrok. Dotykam dłonią ucha, czuję, że jest zaschnięte i chropowate. Wstaję i powoli idę do kuchni. Jestem spocony i mam sucho w gardle, a na dłoni widzę ślady zaschniętej krwi.
Siedzę przy stole w samych majtkach. Nalałem sobie pół kubka wódki. Patrzę na niego i wydaje mi się, że na czymś się skupiam. Zbieram myśli, ale ta racjonalna część mnie gdzieś się ukryła, a bardzo jej teraz potrzebuję. Co takiego się ze mną dzieje? Wariuję ot tak? Sam nie wiem. Może za długo siedziałem sam w domu… ale to przecież nie od tego. Odruchowo dotykam opuszkami palców ucha. Boli. Rana jest jeszcze świeża, rozdrapuję ją i czuję na palcach ciepłą krew. Dotykam językiem rany na wardze i stwierdzam, że jeszcze dobrze się nie zagoiła. Pulsuje w rytm serca. Sam sobie to robię? Okaleczam się w pijackim amoku? Ale jak, po co? Czyżbym przekroczył bramę bez powrotu, portal prowadzący w jedną stronę… i zagłębił się w szaleństwie? Pamiętam, jak to przepowiedziała mi jedna z moich byłych kochanek. Kobieta z dawnego życia, powiedziała to, gdy cała zapłakana, w rozmazanym, płynącym czarnymi smugami po policzkach makijażu pakowała nerwowo swoje rzeczy, upychając je w moją walizkę. A jeśli nie jest to przepowiednia wykrzyczana w złości, ale klątwa, która właśnie teraz mnie dopadła? Sięgam po kubek. Wódka przepływa przez przełyk palącą strugą i rozmywa wszystkie pytania, które chciałem zadać, i odpowiedzi, których nie jestem już w stanie usłyszeć.
Czuję jej ciepłe ciało, ociera się o mnie powoli, jakby leniwie. Cicho mruczy, czuję jej twarde pośladki dotykające raz za razem mojego brzucha. Wwierca się pupą we mnie, w zasadzie nie mogę się ruszyć, jestem jak sparaliżowany i owładnięty narastającą żądzą. Wsuwam się w nią, w jej wilgoć, tak naturalnie i odruchowo, tym instynktownym ruchem, powtarzanym przez moich praszczurów pokolenie za pokoleniem. Słyszę jej krótki, płytki oddech, który zgrywa się z moimi ruchami. Sama napiera na mnie pośladkami, coraz mocniej i mocniej, raz za razem. Czuję wwiercającą się w nozdrza, słodkawą woń wanilii, ale też coś jeszcze. Zamykam oczy, płynę, skupiam się, ale myśli coraz bardziej uciekają na boki. Słyszę jej jęk, raz cichszy, raz głośniejszy. Gdzieś budzi się we mnie to zwierzę drzemiące na co dzień w hipokampie, teraz już nie mogę przestać, teraz rządzi mną już tylko dzika żądza. Łapię ją mocno, wręcz szarpię za włosy, odchylam jej głowę i gryzę mocno w kark. Słyszę jej śmiech, a potem bardzo szybko się odwraca i wymierza mi policzek. Jej paznokcie jeden po drugim przejeżdżają po mojej twarzy. Na policzkach czuję pulsujące rany.
– Chcesz mnie całą? To przyjdź do mnie na stałe. Jeśli się odważysz.
Budzę się i od razu siadam na łóżku. Czuję, jak po policzku powoli spływa mi krew, czuję swoje podniecenie, pamiętam… Teraz pamiętam. Nie twarz, nie ciało, pamiętam ją jako całość. Jest kompletna i piękna, a może właśnie ją sobie wymyśliłem.
Siedzę w wannie długo, zdecydowanie za długo, woda już wystygła, a skóra na palcach u dłoni i stóp zrobiła się pomarszczona. „A co jeżeli Ona to nie jest wymysł mojej chorej wyobraźni? Co jeśli Ona tam jest, za cieniutką kurtyną utkaną ze snu? Co jeżeli chce, jeśli pragnie do mnie przyjść? Może jest tak, że to ja powinienem pójść do niej? Tylko jak? Jak mam to zrobić, jak tam się dostać?” – myślę. Skóra na mojej twarzy piecze, rany są jeszcze bardzo świeże, rozmiękczone teraz przez kąpiel. Co jeśli to jest tylko mój wymysł? Moje majaki, takie indywidualne delirium po wódce? Co jeśli po prostu za długo siedziałem w domu pod kołdrą i mi klasycznie odbiło? Odbiło tak, jak jednemu ze stryjecznych braci matki, który nagle postanowił przedefilować nago w piękny lipcowy dzień po Krakowskim Przedmieściu w Lublinie. Wtedy był akurat dwudziesty drugi lipca, więc uznano to za czyn na wskroś antypaństwowy. W wolnej już od komunistów Polsce wyrósł na człowieka, który walczył z systemem, a jego czyn uznano za akt rozpaczy, porównywalny do próby samospalenia. Cóż, jakie miasto, takie akty rozpaczy. W Lublinie nie było wtedy stadionu z prawdziwego zdarzenia, więc główna ulica miasta musiała wujkowi wystarczyć. To historia skrupulatnie sprzedawana na zewnątrz przez moją rodzinę. To papka dla niewtajemniczonych, bo rodzina dobrze wiedziała, że wujek klasycznie zwariował w kraju szczęśliwych oraz sytych chłopów i robotników. Najpierw oszalał, odbył swoją nagą defiladę, a kilka miesięcy później już zwyczajnie i zapomniany przez wszystkich umarł, nafaszerowany lekami w szpitalu dla chorych jak on, koniec historii. Wychodzę nagi z wanny, woda leje się na zimną podłogę, patrzę na siebie w lustrze. Trzeba się ogolić, więc biorę do ręki jednorazową maszynkę do golenia. Mój wzrok wędruje na niewielkie, błyszczące ostrze.
Nie piję już kolejny dzień. Nie to, że nie chcę, bo chcę, ale jednak nie piję. Siedzę przy stole i myślę. Zimne dłonie przyciskam do czoła, znowu do głosu doszedł ten racjonalny Pan mieszkający gdzieś w korze czołowej. Muszę zacząć się leczyć, wyjść z tej nory, którą nazywam domem. Wygrzebać się i pójść do psychiatry. Samookaleczenia to coś więcej niż po prostu depresyjne picie w samotności. Jeszcze żebym to pamiętał, miał świadomość, kiedy i jak to robię. Przecież nie robi tego moja kobieta z majaków na tej cholernej plaży – mogę być dziwny, ale tak jak nie ma Boga, nie ma zjaw. Niby Ona nie istnieje, ale za nią tęsknię. Czy można wybierać, za kim się tęskni? Zazwyczaj myśli się o niewłaściwej osobie. Ja myślę z utęsknieniem za iluzją, nie ma w tym nic właściwego.
Kap, kap, kap, kap, kap. Leżę w łóżku i słucham cieknącego w kuchni kranu. Jak długo? Nie wiem, dzień już niepostrzeżenie przeszedł w wieczór, a wieczór w noc. Leżę i nie chce mi się wstać. Całą siłą woli zmuszam się do tego, żeby się nie podnieść, chociaż każde „kap” wwierca mi się jak igła w mózg. Ten kran jest dla mnie jednocześnie torturą i ćwiczeniem mojej słabej silnej woli. Wiem, że jeśli wstanę, to pójdę do kuchni i zanim dokręcę kran, zajrzę do lodówki, a tam jest jeszcze alkohol. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co tam na mnie czeka. Oszroniona, pełna i wyłącznie do mojej dyspozycji półlitrówka Żołądkowej Gorzkiej. Dziś to jest mój Graal, którego nie chcę odnaleźć. Wyjątkowo nie chcę być dziś Galahadem, bo wiem, jak to się dla mnie skończy. Wiem, co będzie, kiedy przytknę swój Graal do ust. Dziś chcę mieć trzeźwy umysł, dziś chcę wreszcie znowu śnić.
W kamienicy obok jest spora impreza, taka z tych głośnych. Słychać męskie i damskie głosy – rozmowy, czasem krzyki, a przede wszystkim wesoły, pijacki, bełkotliwy śpiew. Czasem kilka osób stoi na balkonie i pali papierosy, wtedy mogę usłyszeć całe zdania z ich rozmowy. Reszta bawi się w środku, na tle firanek i zasłon widać poruszające się cienie biesiadników. Przyjechali wreszcie studenci, by napełnić miasto nowym, świeższym, powakacyjnym życiem. Przez chwilę czuję ukucie dawno zapomnianego, siedzącego w środku mnie imprezowicza, który mówi: „Wykąp się, przebierz, weź flaszkę z lodówki i idź tam, wkręcisz się na imprezę bez problemu. To dobra pora, bo są już pijani, zapewne kończy się im alkohol, będziesz jak Mesjasz z flaszką – zjawisz się tam niezapowiedziany, ale jakże bardzo wyczekiwany. Zobaczysz, będzie super”.
Ale przecież już nie jestem studentem, poza tym alkohol w mojej flaszce jest mój i nie będę się nim dzielił z byle kim. A dodatkowo mogłaby się stać straszna rzecz: nawet jak odleję komuś mały kieliszek, to potem tego małego kieliszka zabraknie mi do osiągnięcia stanu czasowej nirwany. O nie, na to się nie godzę. Zamykam balkon i zaciągam szczelnie zasłony. Siedzę na łóżku sam w ciemności. Kran zakręciłem. Ci studenci pojawili się dokładnie w samą porę, bo już szedłem, w sumie to bardziej niż szedłem, skradałem się po omacku, macając ścianę w ciemności, do lodówki, tłumacząc sobie, że tylko jeden mały kieliszek. A tak? Tak mam dziś w końcu szansę. Studenci uratowali mnie dziś przed piciem. Jest w tym wszystkim ironia, bo gdy przypominam sobie moje uniwersyteckie lata, to chyba żaden z moich kompanów ze studiów nie uratował przed piciem nikogo w tamtych czasach, a wręcz przeciwnie – picie było częścią filozofii świadomego studiowania. Kto nigdy nie zbierał się z podłogi, roztrącając przy okazji puste butelki po imprezie w akademiku; kto nigdy nie przeczesał włosów dłonią, nie poprawił koszuli i nie poszedł chwiejnym krokiem na wykład o ósmej, ten tak naprawdę nigdy nie doświadczył radości i trosk tego młodzieńczego okresu.
