Sabo się zatrzymał - Horvat Oto - ebook + książka

Sabo się zatrzymał ebook

Horvat Oto

3,9

Opis

Sabo się zatrzymał” to prywatny dziennik żałoby, raport z rozpaczy rozpisany na kilkadziesiąt trzymających w napięciu miniesejów o rzeczach, zjawiskach i zdarzeniach związanych z człowiekiem umierającym. To zapis uczuć mężczyzny, który powoli tracąc żonę, musi przyjąć jej śmierć i jednocześnie nie pozwolić, żeby rozpadł się otaczający go świat. Książka jest próbą odpowiedzi na pytanie, jak funkcjonować „potem”, z pęknięciem w poprzek jaźni, które nijak nie chce zasklepić się blizną, a które trzeba w końcu zagadać, zasypać, zasłonić dobrze zorganizowaną codziennością, czymkolwiek, byle nie popaść w obłęd.

Oto Horvat pisze o chorobie i umieraniu, ale – paradoksalnie – także o pogoni za życiem, w pełni odczuwanym dopiero w obliczu śmierci.

Powieść “Sabo się zatrzymał” została przełożona na kilka języków, w Serbii doczekała się trzech wydań, przyniosła autorowi nagrody Biljana Jovanović i Mirko Kovač i znalazła się w ścisłym finale prestiżowej nagrody czasopisma „NIN” (2015).

Oto Horvat

Sabo się zatrzymał

Przełożył Miłosz Waligórski

Myśli o ojcu wciąż go nachodzą, chociaż ostatnio coraz rzadziej. Na szczęście czy na nieszczęście? W zasadzie to przygnębiają­ce, że smutek z czasem traci moc i zmienia się w drobną niedogodność. Przeraża go wizja, że z A. będzie tak samo, że pamięć o niej przesunie się z rzęsiście oświetlonego proscenium za kurty­nę, gdzie ból nie jest już tak wyrazisty, jak byśmy sobie tego życzyli. Bo czy z nim, paradoksalnie, nie czulibyśmy się lepiej i nie byłoby nam łatwiej znieść faktu, że żyjemy dalej bez tych, bez których życie wydawało się nam niemożliwe? Czy tylko niegasnące cierpienie może równać się tęsknocie za utraconym człowiekiem? Wspomnienia słabną, bo się nimi nie dzielimy, nie wskrzeszamy w roz­mowie kolorów, dźwięków, smaku detali.

 

Oto Horvat (1967, Nowy Sad) – poeta, prozaik i tłumacz (z węgierskiego, włoskiego i niemieckiego). Studiował hungarystykę w Nowym Sadzie, germanistykę w Erlangen i w Berlinie. Autor siedmiu książek poetyckich: “Gde nestaje šuma” (1987, Gdzie znika las; nagroda za najlepszy debiut), “Zgrušavanje” (1990, Krzepnięcie), “Gorki listovi” (1990, Gorzkie liście), “Fotografije” (1996, Fotografie), “Dozvola za boravak” (2002, Pozwolenie na pobyt), “Putovati u Olmo” (2008, Jechać do Olmo), “Izabrane & nove pesme” (2009, Wiersze wybrane i nowe) i powieści “Sabo je stao” (2014, Sabo się zatrzymał), a także zbioru opowiadań “Kao Celanovi ljubavnici” (2016, Jak Celanowscy kochankowie). Jako tłumacz poezji opublikował tomy Jánosa Pilinszkyego (Krater, 1992), Ottó Fenyvesiego (Anđeo haosa, 2009) i Hansa Magnusa Enzensbergera (Poslednji pozdrav astronautima, 2010).

Oto Horvat jest tłumaczony na macedoński, niemiecki, słoweński i węgierski. W Polsce jego poezję prezentowały „Fabularie”, a prozę – „Literatura na Świecie”. Mieszka i pracuje we Florencji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 124

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (8 ocen)
3
2
2
1
0

Popularność




Nagyon szerettem ezt a nőt. (Bardzo kochałem tę kobietę). György Petri Aleksandra Đajić-Horvat

Proszę zaczynać, panie Sabo!

Przystaję co dziesięć metrów. Walizka jest duża i ciężka, dlatego wydaje mi się, że jej nie dźwigam, to w lewej, to w prawej ręce, tylko ciągnę po ziemi. Idę skrótem na dworzec kolejowy, który zresztą już widzę przez gołe korony wysokich topoli. Obok jest dworzec autobusów podmiejskich, chcę przez niego przejść, ale ze środka wypływa potok podróżnych, więc muszę zwolnić kroku. Potem z trudem lawiruję między ludźmi i ich bagażami. Trzeba było pomyśleć wcześniej. Albo wziąć inną walizkę… Nie kończę tej myśli, idę dalej, przystaję, zmieniam rękę. Kiedy kilka dni temu poprosiłem ojca, żeby pożyczył mi walizkę, na jego twarzy pojawiły się wściekłość i rozczarowanie – jak coś takiego mogło przyjść mi do głowy?! Najwidoczniej naruszyłem rodzinne tabu. Z jakichś powodów mój ojciec był przywiązany do tej walizki, chociaż nie podróżował już od piętnastu lat, i co jakiś czas wyciągał ją z szafy, wietrzył i odkurzał. Nie, nie był obieżyświatem. Węgry, Polska, Włochy; z Włoch w zasadzie jedynie Triest, dawno temu, w 1966 roku – dalej nie pojechał, bo kieszonkowcy ukradli mu portfel i paszport – i oczywiście, obowiązkowo, Adriatyk, lecz tylko z tej naszej, jugosłowiańskiej strony. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek w mojej obecności snuł plany jakichś eskapad, co nie musi znaczyć, że za nimi nie tęsknił. Jedynym krajem, o którym mi opowiadał i który często wspominał, była Kanada, ponieważ wyprowadziła się tam większość naszej rodziny. Może więc przechowywał tę nieporęczną walizkę z myślą o podróży marzeń. Naprawdę nie wiem, a nie mogę o to zapytać. Pamiętam ją jeszcze z dzieciństwa. Kiedy wyjeżdżaliśmy na dwutygodniowe wakacje, jakimś cudem mieściły się w niej wszystkie nasze rzeczy. Właśnie dlatego się na nią zdecydowałem – z powodu jej pojemności. „Tak, możesz ją wziąć, ale pod jednym warunkiem: masz ją potem oddać", burknął. Byłem szczęśliwy, wręcz podekscytowany, że się zgodził, i chodziło nie tylko o jej pakowność – weszło do niej wszystko, co chciałem zabrać – ale głównie o to, że była częścią naszej rodzinnej historii, naszych wspólnych podróży. Łudziłem się, że dzięki temu łatwiej zniosę pobyt za granicą. Będę miał przy sobie rzecz bezpośrednio związaną z moją przeszłością, z tym, kim jestem, kim sądzę, że jestem. W tej chwili jednak o tym nie myślę, nie wspominam też tamtych wspólnych wyjazdów w sierpniu. Walizka jest stara i sama w sobie ciężka, więc co dziesięć metrów przystaję i zmieniam rękę. Nareszcie docieram do przeszklonego wejścia na dworzec, wchodzę do hali, która wcześniej nie wydawała mi się taka wysoka i przestronna. Po prawej stronie, w głębi, widzę szerokie schody, prowadzące na pierwsze piętro do restauracji dworcowej, skąd dobiegają niewyraźne dźwięki radia. Nie rozpoznaję słów, mam wrażenie, że piosenkarka jęczy pod kocią muzykę. Przede mną nad parapetem z białego marmuru ciągną się okienka kas – z dziesięciu otwarte jest tylko jedno, ale i tak nikt przed nim nie stoi. Hala dworca, dopiero teraz to dostrzegam, jest pusta i przypomina wnętrze mauzoleum. W jedynym oświetlonym okienku kasjerka z papierosem w ustach rozmawia przez telefon. Chyba patrzy w moją stronę. Dyskretnie obmacuję kieszeń kurtki, sprawdzam, czy bilet i paszport jeszcze tam są, czy może zniknęły gdzieś po drodze. Są na swoim miejscu. Biorę walizkę, ruszam w lewo i szybkim krokiem przecinam halę aż do ciemnego korytarza, który prowadzi na perony. Tam też nie ma nikogo. Idę do schodów, z trudem pokonuję stopień za stopniem – zdaje się, że wziąłem za dużo książek. Na peronie czeka już podstawiony pociąg. Ciągnąc za sobą walizę, gramolę się do najbliższego wagonu. W drzwiach odwracam się, jakbym chciał pożegnać się z kimś, kto mnie odprowadził, chociaż nikt tam nie stoi. Widzę tylko szary beton, prawdopodobnie jestem jedynym podróżnym. Ostatnim pasażerem. Moje spojrzenie zatrzymuje się na okrągłym czarno-białym zegarze, zawieszonym pod odrapanym daszkiem między dwoma peronami, tym z „moim" pociągiem a tym obok, na którym nie ma ani pociągu, ani ludzi. Szyba na tarczy jest rozbita, brakuje też krótkiej wskazówki. W ogóle nie jestem pewien, czy zegar jeszcze chodzi, a jeśli nie, to może powinienem uznać to za jakiś ważny znak, dobitną alegorię. Wolałbym jednak patrzeć na coś, co dodałoby mi otuchy, co pozwoliłoby wierzyć, że podróż zaczynam pod szczęśliwą gwiazdą. Nagle pociąg rusza, czuję charakterystyczne szarpnięcie wagonów, ale nie słyszę równie charakterystycznego gwizdka kolejarza. Moje rozważania o sensie wyjazdów i wróżeniu z gwiazd urywają się jak pajęcza nić. Stoję przez chwilę w drzwiach, żeby jeszcze raz objąć wzrokiem wieżowce w oddali, swój biały blok między nimi i park, nad którym rozpędza się już pociąg. Chcę nasycić się zapachem miasta i rześkością Dunaju – nikt mnie nie przekona, że nie jest rześki, choć tak naprawdę powietrze wypełnia mieszanka sadzy i dymu z kolb kukurydzy, którymi palą tutaj w piecach – pragnę pożegnać się ze wszystkimi i z nikim, zapamiętać ten zmierzch, szarówkę wieczornej godziny i siebie samego, wyjeżdżającego z miasta. W końcu prawą ręką łapię za metalowy uchwyt na ścianie, lewą zatrzaskuję drzwi i taszcząc walizkę, mijam puste, nieoświetlone przedziały.

Czy Miłość niebiańska i miłość ziemska Tycjana niepokoi pana od dziecka?

Gdzie jest miejsce na jego smutek? Miejsce, w którym bez bólu mógłby opłakiwać jej śmierć? W czasie studiów hungarystycznych przeczytał u Kosztolányiego (cudownego, gdyby ktoś się pytał), że zmarli mają adres tylko w naszych sercach. Właśnie tak, o ile pamięta, brzmiało to zdanie, które teraz wydaje mu się banalne i przesłodzone. I wcale nie ma pewności, czy dzięki temu, że zna jej adres, jest mu lżej na sercu. Rozdarcie. Pęknięty Graal. Codzienna wędrówka przez pole ostów. Myśli o niej, jakby żyła, i jednocześnie rozpacza po jej stracie. Nie wyprowadził się, został w ich mieszkaniu i pielęgnuje stare nawyki, jakby jutro miała wrócić. Ale ciągle płacze, że zmarła. Pyta mnie, jak ma się do niej zwracać, żeby nie mówić do siebie. Często, w zasadzie w kółko, powtarza, że czuje się zagubiony i samotny. Pali i pije bez umiaru, konsekwentnie i systematycznie, co wieczór. (Nie na próżno przyswajał sobie dyscyplinę, a potem kurczowo się jej trzymał jako kapral w JNA[1]). Tego nie zdradza, ale gdy tylko uważniej mu się przyjrzę, widzę to wyraźnie. Zagubiony i samotny. Pali i pije po pracy – pracuje w bibliotece – tylko w ten sposób udaje mu się przetrzymać ołowiane wieczory, które spychają go ku przepaści. Siedzi na balkonie w towarzystwie cyprysów i gwiazd. Zagubiony i samotny. Tak się w głębi duszy czuje, ale umie robić dobrą minę do złej gry. Uśmiecha się, więc na pozór wszystko jest w porządku. Papierosy i wino mu nie smakują. Co chwilę kaszle. Skarży się na chroniczny ból głowy. Ale nic z tym nie robi. Jest zagubiony i samotny, powtarza to jak mantrę. Trochę go rozumiem, dlatego milczę, zamiast pouczać, że „nie chcę" i „nie mogę" to nie to samo. Nie umie wyjaśnić, dlaczego uparcie do tego wraca i praktykuje tę rozpacz na granicy fizycznego bólu, ćwiczy starą traumę, zgłębia obłęd. Wspomina, ciągle na nowo przeżywa jej męki. Piekło ciała przykutego do łóżka przez długie miesiące. Grobowiec duszy. A on tylko przyglądał się temu bezradnie, mimo że powinien – tak uważa – ją wyleczyć. Albo przynajmniej próbować, podjąć wyzwanie. Spóźnił się. Czy mógł przewidzieć, jak to się skończy? Musiały wszak pojawić się jakieś sygnały. Kiedy? I jakie? Nie dostrzegł ich? Zawiódł i tyle. Zdrajca. On, tylko on. Winny! A teraz nie może porzucić brzemienia tych wszystkich miesięcy, po prostu nie może. Tak czuje. Nie może ot tak ich wymazać. Nie może zostawić jej na lodzie. Nie może, nie chce. Na różne sposoby próbuje więc oswoić koszmar, który przeżywała, a który wciąż tkwi w jego pamięci. Myśli o nim cały czas, intensywnie. „Przeszła przez piekło, psychiczne i fizyczne", mówi mi i zaraz pyta, czy wiem, ile triduum mieści się w jedenastu miesiącach. „Około stu dwunastu", odpowiada, nie czekając na odpowiedź. „I nigdy nie poczuła ulgi, ani razu nie zmartwychwstała trzeciego dnia, przez jedenaście miesięcy leżała ukrzyżowana". Potem zastanawia się na głos, czy swoim gadaniem, myśleniem o tym przedłuża jej cierpienie, czy je skraca. „Przeżyła piekło – powtarza – twierdziła, że to za karę". Karę za co? Wielokrotnie zadawał jej to pytanie, zawsze na darmo. Czy jej ból nie był oczywistym znakiem absencji Boga? Jego nieistnienia czy też skandalicznej, niepojętej obojętności? Czyż ból nie wydaje się jeszcze większy i jeszcze straszniejszy właśnie dlatego, że jest ewidentnym dowodem na nieobecność tego, którego ona tak rozpaczliwie wzywała? A On się nie odezwał. Ani razu. Zostawił ją. „Ale ja nie mogę jej tak zostawić, nie mogę przestać wspominać. Oznaczałoby to, że przestaję oskarżać tego, co milczał, kiedy go potrzebowała, tego, co ją porzucił", mówi do siebie, stojąc przed lustrem. Wiem o tym z naszych spotkań u niego na balkonie. Wini los, przeklina siebie, wymienia przykłady ludzkiej niemocy. Gdyby udało mu się zapomnieć o horrorze ostatnich dwóch lat jej życia, wyprzeć to wszystko ze świadomości, doznałby porażki, bo zrezygnowałby z próby zrozumienia czegoś, czego wprawdzie nie da się zrozumieć, ale też nie można się od tego odwracać. „Szukanie pociechy w metafizyce jest jakimś wyjściem, fakt, ale to wyjście prowadzi donikąd – dodaje – mogą z niego korzystać tylko ci, co nie cierpią, a ci, co nie cierpią, są wykluczeni ze sfery metafizyki, która wobec fizyki pozostaje po prostu bezsilna", tłumaczy i zaraz, jakby przed chwilą wcale o tym nie wspominał, znów głośno się zastanawia, w jakim stopniu on sam przyczynia się do wzmocnienia i przedłużenia jej cierpień, opowiadając o nich, wspominając je. Przecież angażuje się w nie bez reszty, poświęca im całą swoją przestrzeń, czas i wszystkie myśli. Czy zerwanie z tym oznaczałoby koniec pamięci o A.? I czy można sobie wszczepić chip amnezji? Coś wyciąć, a coś zostawić? Czy to nie wypaczyłoby jej obrazu? Całość zastąpiłby wówczas fragment, opowieść o życiu urwałaby się nagle i bez wyjaśnienia, koniec pozostawiając mglistym domysłom. Czy umiałby tak funkcjonować, ze świadomością, że zna tylko część prawdy o ich wspólnej przeszłości? Czy wtedy lepiej zniósłby to, że jej nie ma? Czy żyłoby mu się lżej? Bo ostatecznie chyba o to chodzi, o życie wbrew wszystkiemu, egzystencję mimo wahań i wątpliwości. Takie myśli przemykają mu przez głowę, kiedy stoi przed lustrem w ich łazience. Zamiast się golić, wpatruje się w wory pod oczami, mokrą od śniegu czarną brodę, chudy tors, koszulę na szafce za sobą, spodnie i bieliznę, które ona tak lubiła na nim widzieć. Skołowany, czeka na wynurzenie się logicznej myśli, na powrót teraźniejszości. Od czasu do czasu, w metronomicznym rytmie, pochłania go minione. Znienacka nakrywa go potężna fala. Potem znów stoi cały w ranach. Zagubiony i samotny. Na pustyni, która nie jest pustynią. W świecie, który nie jest światem. W strzępach. Sam w burej pustce. W nicości. Ale nie śpieszy się, nie ma już po co się śpieszyć. Passione, fuoco, ardere, fiamme, bruciare – zapomniał znaczenie tych słów. Chwile spędzone z tą kobietą to wyrwanie się ze szponów smutku i tęsknoty za tamtą, już nieobecną. Dobrze to wie, nie łudzi się, że jest inaczej. Ucieka od rozpaczy i bólu. W nowy związek. W nowe związki. Ze spokojem przyjmuje fakt, że seks nie budzi w nim wyrzutów sumienia ani nie wywołuje myśli o zdradzie. Z żadną z tych kobiet nie jest szczęśliwy. Co więcej, potem rozpacz jest jeszcze silniejsza. Nie zapomina, nie może i nie chce zapomnieć. Prowadzi z samym sobą grę, w której nie ma zwycięzcy. Za każdym razem łudzi się jednak, że pod czyjąś dłonią poczuje jej dłoń, pod brzuchem – jej brzuch, pod stopą – jej stopę, wierzy, że całując, dotknie jej ud i jej języka, a w obcych oczach zobaczy jej oczy. Dlatego nie zadręcza się z powodu innych kobiet, tylko ciągle próbuje. Późno wieczorem, z Draganem, kolegą z dzieciństwa, jedzie taksówką do centrum miasta. Dragan uważa, że każdy, kto widział śmierć, w końcu ucieka w życie. W ten sposób tłumaczy sobie jego miłosne przygody. Jin-jang. Eros i Thanatos itp. Ale on wątpi, czy Dragan ma rację, on nie widział śmierci, tylko patrzył na powolne umieranie kobiety, którą kochał. Myśli, wierzy, wie, że ją kochał. Nic jednak nie mówi, milczy przed Draganem jak kamień. Nie to chciał od niego usłyszeć. Chociaż gdyby ktoś zapytał, co chciałby usłyszeć, nie umiałby powiedzieć. „Czy ona jutro wróci? Czy to tylko zły sen, z którego zaraz się obudzi i wszystko będzie jak dawniej? Czy tak musiało być? Czy jesteśmy w stanie zrozumieć wyroki Pana?". Patrzy przez okno taksówki i nie poznaje ulic Nowego Sadu. Nic nie widzi. „Zrobisz mi zastrzyk? Boli mnie", słyszy. I łapie się za głowę, nie ma siły zawyć „nie, nie, nie!", nie ma siły nawet jęknąć. Kilka dni później we Florencji zwierza mi się, że zawiódł się na sobie. Żaden z niego Orfeusz. Zwykły poeta, mierny, strącony w rozpadlinę żałoby i wspomnień. Tak o sobie mówi. „Doznałem klęski – szepcze w przygnębieniu – wszystko, co piszę o swojej miłości do niej i o niej samej, jest absurdalne". Próbuje, stara się, dniem i nocą ślęczy nad wersami, które w rezultacie są tylko świadectwem niemocy twórczej, braku talentu, fiaskiem. Nic, co pisze, nie odpowiada prawdzie. Uważa, że każde zdanie powinno być intensywne i harmonijne, powinno wyrażać równocześnie nostalgię, melancholię i radość, które łączyły go z A. Ale tak nie jest. W muzyce udaje się to tylko Glassowi w Metamorphosis, a w poezji – Hassowi. Jego tekstom brakuje wszystkiego: intensywności i sugestywnych opisów, pamięci o utraconej harmonii i tęsknoty za tym, co minęło bezpowrotnie. Czytając je na głos, nie może oprzeć się wrażeniu, że uszy zalewa mu nieprzerwany bełkot i potok banałów, jakie wychodzą spod pióra drugorzędnego poety, w pocie czoła klecącego każdy wers. Zamiast tworzyć wzniosłe treny o ukochanej, brnie w magmę kiczu. Bo gniew nie uszlachetnia. Miłość uszlachetnia, ale co z tego, skoro on i tak cały czas pisze ze złości, przepełniony goryczą, że ona cierpiała i żyła za krótko. Ból wprawdzie przytępia jego uczucia, ale silniejsze niż ból jest oburzenie, to ono rządzi dynamiką myśli i słów. Mówi, że jeszcze walczy – walczy, żeby odstało się to, co się stało. A potem, po chwili zadumy, zadaje sobie, ale przecież także mnie, odwieczne pytanie: Si Deus est, unde malum? Odpowiedzi nie zna nikt, ani on, ani ja, ani uczeni, którzy od dawien dawna łamią sobie nad tym głowę. Nikt nie potrafi tego wyjaśnić. Z odsieczą nie przybywa nawet metafizyka. Żadne wytłumaczenie nie jest zadowalające. Tymczasem rozwiązanie tego problemu jest dla niego najważniejsze, to konieczność. Gdyby wiedział, mógłby pogodzić się sam ze sobą, mógłby wybaczyć sobie jej cierpienie. Twierdzi, że dla tego, co chce wyrazić, powinien znaleźć inną formę. Na pewno inną niż wiersz. Poezja nie zdała egzaminu. Nie wolno mu dalej iść jej tropem. „Kiedy Muza umiera, umiera też język poezji", dodaję, bo wydaje mi się, że właśnie to ma na myśli. „Metoda – zwraca się bardziej do siebie niż do mnie, jego jedynego słuchacza – której szukam, musi pomóc mi zbliżyć się do sedna doświadczenia". Ale to pobożne życzenie, niestety żadna z dostępnych mu form nie gwarantuje wiernego odbicia rzeczywistości. Pisanie jest jak strzelanie do tarczy, tylko że pocisk nigdy nie trafia tam, gdzie celujemy. Może jednak on wcale nie chce utrwalać tego, co zdarzyło się naprawdę? Może to byłoby nie fair? Wobec niej? Wobec nich? Wobec kogo? Paraliżuje go strach przed banałem i kiczem, ale pisanie jest mu potrzebne, więc się przymusza. Nagle, jakby go olśniło, mówi, że dobra byłaby narracja autobiograficzna, po czym – szybko i nerwowo, jakby się bał, że źle go zrozumiem – dodaje, że przecież cała literatura ma taki charakter. Nawet rozkłady jazdy pociągów. Nadal nie wie jednak, ile tego typu fragmentów miałby wpleść w swoją narrację. Czy trzymać się zasady, że więcej znaczy mniej? A może w tym przypadku jest akurat odwrotnie? Zdaje sobie sprawę, że ślęczenie przed czystym monitorem komputera ma także wymiar terapeutyczny. Chyba właśnie tego się boi. Nie chciałby, żeby jego tekst, jeśli w ogóle kiedyś powstanie, czytano za pomocą tego klucza. Nie wie, jak to ugryźć. Jak opisać wszystkie dni z A., każdą godzinę i każdą minutę? Jak to sobie przypomnieć? „Skrupulatny opis miałby sens, byłby obroną przed absurdem życia". Mówi też, wiele razy, że po jej śmierci został jak maszt bez żagla, i od razu zastrzega, że to złe porównanie, że ta metafora ich związku wcale mu się nie podoba, ale nie potrafi wymyślić nic lepszego. Nieogolony, w tych samych spodniach i w tej samej pomiętej koszuli, w których był dzisiaj w pracy, rzuca sobie prosto w twarz: „Ja, zdrajca. Ja, zdrajca" – a potem zamyka za sobą drzwi do mieszkania na Via San Domenico 107/1 i śpiesznym krokiem, jakby uciekał przed samym sobą, wychodzi z budynku, przecina parking pogrążony w cieniu sosen (ich pnie płoną w zachodzącym słońcu), otwiera dwuskrzydłową czarną bramę z kutego metalu, wychodzi na ulicę i idzie na przystanek, skąd autobus zabierze go do centrum pustego miasta.

[1] Jugoslovenska Narodna Armija (serb.) – Jugosłowiańska Armia Ludowa; siły zbrojne Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii [jeśli nie zaznaczono inaczej, przypisy pochodzą od tłumacza].

Czy ojciec nigdy nie zdradził panu swojej recepty na przynętę?

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Proszę zaczynać, panie Sabo!
Czy Miłość niebiańska i miłość ziemska Tycjana niepokoi pana od dziecka?
Czy ojciec nigdy nie zdradził panu swojej recepty na przynętę?
Czy ekfraza utrzymuje pana umysł w stanie pobudzenia?
Czego będzie panu brakować jesienią, a czego – na wiosnę?
Czy cierpiał pan na impotencję twórczą? Jeśli tak, to kiedy?
Na jakim motywie literackim opiera się pańskie życie?
Hör mal, musst du dein Leben wirklich ändern?
W którym słoiku zapomnienia chciałby pan się zamknąć?
Czy dzisiaj na myśl o Gogolu, a nawet o Pilniaku, robi się panu niedobrze?
Czy metafora to ciężarna służąca alegorii?
Gdzie jadł pan najlepsze ciastka z maku i wspomnień?
Czy hoduje pan w wyobraźni czerwone róże, mimo że jest pan miłośnikiem cykorii?
Dlaczego skupia się pan na fotografiach i na fragmentach?
Kiedy przestał pan intensywnie trenować ciuciubabkę?
Proszę mówić dalej, panie Sabo!
Kto kazał pańskiemu Bogu klęczeć w kącie na kolbach kukurydzy?
Czy uważa się pan za gorszego prozaika od niej, mimo że ona nie pisała prozy?
Dlaczego za jabłka ze swojej zamrażarki oddałby pan królestwo, którego pan nie ma?
Kim jest pańska duchowa prababcia?
Czy Florencja to miasto bez papryki z księżyca i piegów od słońca?
Twierdzi pan, że stanęło jej serce, ale nie świat – może pan to wyjaśnić?
Czy ma pan rilke'owskie podejście do gotowania?
„Ty mnie wyleczysz", czy tak mówiła?
Proszę mówić dalej, panie Sabo! Słucham pana
Czy świat zaczyna się na koncercie w nowosadzkiej synagodze?
Czy na ósme urodziny dostał pan jamnika, który po kilku tygodniach zdechł?
Wspomniał pan niedawno Tarkowskiego, może zostawimy go na następny raz?
Od kiedy fetyszyzuje pan wittgensteinowską ciszę?
Czy biega pan tyłem na ołowianych nogach bez złotego dzioba?
Czy gniewa się pan na Manitu? A może to wina skórek przy paznokciach?
Co znaczy to zdanie i skąd pan je wziął: „Who are pigs in space? You and me!"?

Tytuł oryginału: Sabo je stao

© Oto Horvat, 2014

© Miłosz Waligórski, 2019

© Biblioteka Analiz, 2019

Wydanie pierwsze

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody wydawcy jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Redakcja: Tomasz Karpowicz

Korekta: Ewa Tenderenda-Ożóg

Projekt okładki: Aleksandar Ćirlić

Zdjęcie na okładce: Adobe Stock

ISBN 978-83-956056-1-1

Wydawca:

Biblioteka Analiz

ul. Mazowiecka 6/8

00-048 Warszawa

tel. 22 828 36 31

www.rynek-ksiazki.pl

Facebook: com/bibliotekaanaliz

Facebook: com/WydawnictwoBibliotekaSlow

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek