Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
20 osób interesuje się tą książką
Ucieczka do lasu okaże się ratunkiem czy wyrokiem?
W Wigilię mieszkańcy zasypanej śniegiem wsi Kruki oskarżają trzynastoletnią Wiktorię o to, że jest wampirem. Z pomocą przychodzą jej detektyw Adam Magus i policjantka Maria Wasilewska. Uciekając przed rozwścieczonym tłumem, wszyscy troje trafiają do odciętego od świata dworku należącego do tajemniczego Dragomira Rakoszyckiego.
Szybko okazuje się, że dom skrywa wiele mrocznych tajemnic. Dziwne odgłosy, ślady pazurów na ścianach, rodzinne sekrety i duch zmarłego brata gospodarza prowadzą Adama do tajemnicy, która powinna pozostać pogrzebana.
Kim jest Dragomir Rakoszycki i czy Adamowi uda się uratować przyjaciół, zanim będzie za późno?
„Rostoły. Klątwa Wilczego Boru” to kolejna odsłona cyklu Mroczne Podlasie. Tajemnicza, niepokojąca opowieść na granicy faktu i legendy trzyma w napięciu do samego końca. Poznaj historię, która mogła wydarzyć się tylko tutaj. #MrocznePodlasie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 331
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redaktor prowadzący: Wojciech Ciuraj
Wydawca: Wojciech Ciuraj
Redakcja: Sylwia Zazulak
Korekta: Małgorzata Denys
Projekt okładki: Łukasz Werpachowski
Ilustracja na okładce: © Roman / Stock.Adobe.com, © Leny Silina Helmig / Stock.Adobe.com
Copyright © 2026 by Jacek Chlewicki
Copyright © 2026 for the Polish edition by Mova an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp. z o.o.
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie I
Białystok 2026
ISBN 978-83-8466-046-1
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
– Trzy miesiące miała, jak na chrzcie świętym proboszcza w palec ugryzła. Krew ochlapała albę i stułę. Ksiądz tak się zagotował, że aż trzy razy ją kropidłem pokropił, ażeby z niej diabła wygonić. Szkoda gadać. Wstyd na całą wioskę. A pan co? Czego pan tak stoi?
Wigilia Bożego Narodzenia to dla mnie dzień jak każdy inny, choć w najgorszych koszmarach nie miałem wizji, że spędzę ten dzień w starej, cuchnącej chacie, próbując uratować życie trzynastoletniej dziewczyny.
Dziewczyny, którą mieszkańcy Kruków uznali za wampira.
Stałem w drzwiach kuchni, oparty o futrynę i obserwowałem rodziców nastolatki. Ojciec był cały czas zamyślony i milczący, a matka roztrzęsiona i rozgadana. Co chwila łapała się za włosy, powtarzając w kółko te same historie o tym, jak to małej Wiktorii szybko wyrżnęły się jedynki, którymi kąsała wszystkich dookoła. To byli prości ludzie. Nie interesowało mnie, jak się nazywali, dlaczego mieszkali tu, gdzie mieszkali, a nawet chwilowo miałem gdzieś, że w ich chałupie śmierdziało kapustą i cebulą.
Przyjechałem tu na prośbę Marii Wasilewskiej, mojej byłej partnerki z czasów służby w policji. Kilka dni temu zadzwoniła do mnie z wiadomością, że we wsi Kruki niedaleko Hajnówki żyje trzynastoletnia dziewczyna, którą mieszkańcy podejrzewają o bycie wampirem. Maria usłyszała o tej absurdalnej historii od swojej matki, a ta z kolei od lokalnego księdza, który postanowił pomóc dziewczynie i jej rodzicom.
Kruki to mała wioska, przebiega przez nią tylko jedna droga, wzdłuż której stoi kilkanaście domów. To proste chałupy i mógłbym powiedzieć o nich tylko tyle dobrego, że mają dachy i okna. Dom, w którym mieszkała nastolatka wraz ze swoimi rodzicami, był urządzony po spartańsku. Posiłki przygotowywało się na piecu, a ręce myło w wiadrze. Nie było łazienki. Wszędzie cuchnęło moczem i wilgocią. Mimo że w piecu palił się ogień, to w chacie było strasznie zimno. Do tego stopnia, że razem z Marią nie zdjęliśmy nawet płaszczy. W przeróżnych pojemnikach, miskach i garnkach znajdowały się składniki do niedokończonych potraw wigilijnych: ciasto na pierogi, pokrojona cebula, śledzie, pszenica pęczniejąca w wodzie.
Utknąłem w Krukach razem z Wasilewską. Policjantka była drobna i rudowłosa, a poza tym nudna i przewidywalna. Nigdy nie miała swojego zdania, ubierała się jak podstarzała bibliotekarka i prowadziła samotne życie. W wigilijny poranek zadzwoniła ponownie i oznajmiła, że sytuacja w Krukach rozwinęła się w złym kierunku i dziewczyna, o której mówiła, znalazła się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Policjantka szukała kogoś, kto by z nią pojechał i przemówił mieszkańcom do rozsądku. Wiedziała, że nie pracuję za darmo.
– Adam, sprawa jest poważna – oznajmiła. – Chcą ją porwać z domu i wrzucić do rzeki. Wcześniej jednak przebiją jej serce kołkiem, a ciało spalą. Ksiądz z sąsiedniej wioski mówił, że tym razem nie skończy się na groźbach.
– Pięknie, a czemu akurat dzisiaj?
– Podobno ma to związek z tym, że dzisiaj jest Wigilia. Pojedź ze mną, to będziesz miał okazję zapytać.
– Mówiłaś wcześniej, że to okolice Hajnówki. Prawosławni nie świętują trzynaście dni później?
– W tej wiosce większość to katolicy, ale to przecież nie o to chodzi.
– Dobra. Nie chce mi się. Od potworów jest policja.
– To ja jestem policja. Dzwoniłam do chłopaków, ale niestety nie potraktowali tego zgłoszenia poważnie. Jak Baryła usłyszał, że chodzi o wampira, to od razu kazał mi zgłosić się do ciebie.
Komisarz Baryła był moim przełożonym. Kochał śmieciowe żarcie, filmy akcji z lat osiemdziesiątych i czarne, skórzane kurtki. Nie lubił mnie, a ja jego.
– Wigilia to dzień wolny od pracy – przypomniałem, próbując się wymigać.
– Wampir. Zabobony. Wieśniacy opętani fanatyzmem. Przecież lubisz takie historie. A przy okazji możesz pokazać, że jednak obchodzi cię los innych ludzi, a nie tylko tych, którzy ci zapłacą.
– Wzruszyłem się. Naprawdę. Ale tym razem poproś kogoś innego o pomoc.
– A komu będzie się chciało jechać w taki dzień tyle kilometrów z Białegostoku pod Hajnówkę?
Westchnąłem. Zazwyczaj w tym momencie rozmowy z klientem udawałem wahanie, licząc, że uda mi się podnieść stawkę. Potem kończyłem rozmowę, siadałem na fotelu i długo zastanawiałem się, co mógłbym kupić za te pieniądze. Tym razem jednak od razu wiedziałem, że żadnych pieniędzy z tego nie będzie.
– Daj mi godzinę. Muszę się ogarnąć.
Pożałowałem mojej decyzji w chwili, gdy tylko wyszedłem z mieszkania. Pierwszy raz od kilku lat w Białymstoku w Wigilię padał śnieg. Zaczęło sypać około godziny dziewiątej. Pogoda zaskoczyła nie tylko drogowców, lecz także meteorologów, którzy nie spodziewali się nadejścia zimowej aury.
– A włosy to ma po mojej babce od strony ojca. Ona też miała takie. Białe jak ten śnieg, co pada za oknem – wyjaśniła ponuro matka dziewczyny. – A pan co? Czego pan tak stoi? – dodała, marszcząc brwi.
Wzruszyłem tylko ramionami i wyjrzałem przez okno. Mieszkańcy wioski stali na drodze przed domem, wznosząc okrzyki zachęcające do zabicia wampira. Tymczasem kobieta, której imienia nie znałem, zaczęła opowiadać kolejną historię o swojej córce.
– Smoczka raz jej kupiliśmy, to go pogryzła i zjadła. Babcię Józię ukąsiła, gdy chciała sprawdzić, ile ma ząbków. Potem brata mojego w szyję dziabnęła, gdy ten nosił ją na rękach. Szkoda gadać. Wstyd na całą wioskę.
Wigilię spędzałem więc w towarzystwie Marii Wasilewskiej, nastolatki, która podobno była wampirem, oraz jej rodziców. Jedyną zaletą tego wszystkiego był fakt, że mogłem wreszcie założyć swój czarny pikowany płaszcz. Wzorowo pasował do mojego czarnego garnituru, białej koszuli i czarnego krawata.
Wiktoria, czyli przyczyna całego zamieszania, przebywała w pokoju obok kuchni, zajęta przewieszaniem ozdób na choince. Być może miała nadzieję, że dzięki jej staraniom drzewko stanie się choć odrobinę ładniejsze, ale ja wiedziałem, że to syzyfowa praca. Ktokolwiek wieszał ozdoby na tej choince, był albo ślepy na jedno oko, albo zupełnie pozbawiony zmysłu estetycznego. Same drzewko też nie ułatwiało zadania, bo było krzywe, niesymetryczne i po prostu brzydkie.
Raptem w oknie pokoju, gdzie była Wiktoria, pojawiły się dwie dziecięce głowy. W kolorowych czapkach z pomponami dziewczynki wyglądały jak skrzaty z reklamy świątecznych czekoladek. Przez chwilę rozglądały się po pomieszczeniu, a gdy tylko ujrzały Wiktorię, zaczęły głośno recytować:
– Raz, dwa, trzy. Raz, dwa, trzy… wampirem jesteś ty! Cztery, pięć. Cztery, pięć… potwora pozbędziemy się. Sześć, siedem. Sześć, siedem… z Kruków bestii pozbędziemy się. Osiem…
Ojciec dziewczyny nie pozwolił im dokończyć. Zerwał się z taboretu i podbiegł do okna. Dzieci uciekły, śmiejąc się, niesamowicie zadowolone z tego, co zrobiły. Mężczyzna z troską popatrzył na córkę.
– Nie martw się. Wszystko będzie dobrze – pocieszył ją.
Nastolatka pokiwała głową bez przekonania i kontynuowała przewieszanie ozdób.
– Nic nie będzie dobrze – odezwała się matka dziewczyny. Kobieta siedziała na krześle i obgryzała paznokcie. – Trzeba schować Wiktorię do piwnicy. Tak samo dziadek uratował kiedyś babkę przed Ruskimi. W piwnicy nikt jej nie znajdzie.
– Oszalałaś – skwitował mężczyzna, kucając przy kaflowym piecu. Otworzył górne drzwiczki i dołożył drewna.
Sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjąłem z niej opakowanie tabletek z witaminami, po czym wycisnąłem jedną z blistra na dłoń. Widząc, co robię, matka Wiktorii zanurzyła w metalowym wiadrze szklankę, aby nabrać wody, i podsunęła mi ją pod nos.
– Napije się. Dobra jest.
– Dziękuję, ale nie trzeba.
Odchyliłem głowę do tyłu i połknąłem tabletkę śliną. Od kilku dni czułem łamanie w kościach, dlatego przed wyjazdem zabrałem ze sobą cały pakiet lekarstw. W pozostałych kieszeniach schowałem tabletki na ból głowy i gorączkę oraz na ból gardła.
Zerknąłem na klasycznego Zeppelina na swoim nadgarstku – nic wielkiego; tarcza w kolorze kości słoniowej, stalowa koperta i czarny, skórzany pasek – którego złote wskazówki pokazywały równo piętnastą. To oznaczało, że byłem w Krukach od dwóch godzin. Zakląłem pod nosem i po raz kolejny wyjrzałem przez okno. Śnieg bez przerwy sypał i raczej nie zanosiło się na to, żeby miał przestać. Wszystko było białe: droga, domy i płoty. Z niepokojem obserwowałem nasz samochód, który z każdym kwadransem coraz bardziej znikał pod śniegiem.
– Wiktoria! Zrób coś z tym kotem! – Matka dziewczyny zerwała się z krzesła. – Łazi po meblach, pazurami drapie. Zaraz go szczotką przejadę.
– On też się boi – wyjaśniła Wiktoria. – Lulek, złaź stamtąd.
Mały biały kot skoczył z jednej szafki na drugą. Choć dostał jasne polecenie od swojej pani, to ani myślał się posłuchać.
– Lulek, no! – zawołała nastolatka.
– Uroczy kotek – zachwyciła się Maria.
Wasilewską rozczulało wszystko, co było małe, bezbronne i niewinne. Rozczulał ją suchy liść spadający wolno z drzewa, gołąb pijący wodę z kałuży albo kwiaty kołyszące się na wietrze. Nie inaczej było tym razem.
Wiktoria szybko odpuściła dyscyplinowanie zwierzaka i na powrót zajęła się choinką. Jedna ze szklanych bombek wypadła jej z ręki, przetoczyła się po łodygach drzewka jak piłeczka w pinballu i z cichym chrupnięciem rozbiła się na drewnianej podłodze.
Matka nastolatki wbiegła do pokoju, wrzeszcząc wniebogłosy i dygocząc, jakby ją prąd kopnął.
– Zobacz, co zrobiłaś! Wiesz, ile ona kosztowała? Ach, Wiktoria! Przyciągasz same nieszczęścia.
– Mamo, przepraszam. Posprzątam.
– Ciągle coś. Jak nie bombka, to talerz, a jak nie talerz, to kubek. Nie nadajesz się do niczego.
– Daj jej spokój – odezwał się ojciec Wiktorii pustym, nieobecnym głosem, jakby dochodzącym z samego dna studni. – Stłuczona bombka to jeszcze nie koniec świata.
Kobieta zacisnęła zęby i wycelowała palcem w okno.
– O, tam masz koniec świata! Nasz koniec. Kazikowa z widłami stoi. Nie tylko ona. Cała wioska. Przez kogo to?
Maria spojrzała na mnie wymownie. Westchnąłem i nie skomentowałem zajścia.
Wiktoria, zabrawszy z kuchni szufelkę i zmiotkę, zaczęła sprzątać potłuczoną bombkę. Przypominała Kopciuszka, tyle że traumę fundowała jej matka, a nie wredna macocha i jej córki. Dziewczyna miała białe, krótkie włosy, które co chwila zaczesywała za ucho. Duże zielone oczy upodabniały ją do postaci z japońskiej kreskówki. Urodę zawdzięczała raczej matce, z wyjątkiem białych włosów, smutne i puste spojrzenie odziedziczyła zaś po ojcu. Miała na sobie niebieskie, przetarte dresy i bluzę z kapturem. Wszystko w jej wyglądzie było nie tak. Wszystko z wyjątkiem pewnego drobiazgu, który dodawał jej subtelności: nosiła na szyi czarną aksamitkę zakończoną srebrnym półksiężycem.
Nagle usłyszeliśmy szybkie stukanie do drzwi, a zaraz potem wiązankę przekleństw przeplataną dziecięcym chichotem. Ojciec Wiktorii wyjrzał przez okno, płosząc żartownisiów.
– Nie dadzą nam spokoju – powiedział pod nosem.
– Może wyjdziemy z nimi pogadać? – Maria Wasilewska chodziła nerwowo po kuchni, zostawiając mokre ślady na linoleum. – Masz jakieś pomysły? – zapytała, parząc na mnie uważnie. Nigdy nie potrafiłem stwierdzić, jaki tak naprawdę ma kolor oczu. Za każdym razem, gdy na nią patrzyłem, był on inny. Jej tęczówki reagowały na każdą, nawet najmniejszą zmianę światła.
Wzruszyłem ramionami. Banda wieśniaków chciała wywlec z domu niewinną dziewczynę i przebić ją kołkiem. To nie był typowy problem do rozwiązania przez detektywa od spraw niezwykłych. Tu był potrzebny psychiatra wspierany przez oddział prewencji wyposażony w tarcze, pałki i armatki wodne.
– Adam, jak możesz być teraz taki spokojny? – zapytała z goryczą Maria.
Było mi jej szkoda. Tak po prostu zwyczajnie szkoda. Ruda podjęła się zadania, którego nie była w stanie wykonać. Nie nadawała się do tej roboty. Była inteligentna i spostrzegawcza, ale to tyle, jeśli chodzi o jej zalety. Powinna teraz wraz z mamą i siostrą przygotowywać kolację wigilijną dla całej rodziny. Barszcz z uszkami, pierogi i śledzie w przeróżnych wersjach. Na jej świątecznym stole zapewne obowiązkowo stałaby Fanta. Maria pije hektolitry Fanty.
– Może byś w końcu coś powiedział? – upomniała mnie.
– Mówiłem, że nie chcę tu jechać – przypomniałem.
Wasilewska wydała z siebie odgłos przypominający warknięcie. Lulek, który spokojnie grzał się przy piecu, powoli uniósł łeb, a potem, jakby wywołany do odpowiedzi, podniósł się i ruszył przed siebie. Chodził z gracją i elegancją, której mu trochę zazdrościłem.
Kiedyś słyszałem, że w ciele kotów zaklęte są dusze ludzi, którzy za życia zrobili coś złego. Jeżeli to prawda, to taka dusza mieszkała w ciele pięknym i smukłym, ale jednocześnie niezwykle kruchym i podatnym na zranienie. W sumie to żaden interes zostać po śmierci kotem. Robaki, pchły, a poza tym można trafić do domu, w którym cuchnie kapustą i cebulą. To ostatnie spotkało kota, który omijał właśnie popękane wazony, zakurzone ramki ze zdjęciami i donice ze sztucznymi kwiatami.
Szczerze mówiąc, to nie lubię kotów, i to bez względu na to, czy jest w nich zaklęta jakaś dusza, czy nie. Jako detektyw od spraw niezwykłych miałem mnóstwo spraw, w których koty, zwłaszcza te czarne, grały główne role. Wydawały z siebie przeraźliwe odgłosy, drapały pazurami po ścianach lub po prostu stały i patrzyły. Te ostatnie były najgorsze.
Raptem do pokoju wpadła śnieżka, zbijając z hałasem szybę w oknie. Twarda, zmarznięta kula trafiła w kota, który z prychnięciem zeskoczył z szafy.
Wszyscy podskoczyli.
Wszyscy oprócz mnie.
Matka Wiktorii podbiegła do swojej córki i mocno ją przytuliła. Następnie zaczęła uważnie oglądać jej twarz, jakby bała się, że śnieżka była granatem, którego odłamki pokaleczyły nastolatkę. Z kolei ojciec przylgnął do ściany, obawiając się, że zaraz nadlecą kolejne śnieżne pociski.
– Niechże pan coś zrobi – powiedział. – Przecież jest pan policjantem.
– Prywatnym detektywem. Policjantem jest moja koleżanka.
Wyjrzałem przez okno. Na drodze przed domem zebrali się już chyba wszyscy mieszkańcy Kruków. Wymachiwali widłami i motykami. Wznosili mniej lub bardziej niezrozumiałe okrzyki. Coś o potworze z lasu i pożartych cielakach. Jakaś baba w chuście wdrapała się na maskę naszego samochodu, uklękła i uniosła ręce. Oblepiona z każdej strony śniegiem wyglądała jak bałwan. Obok auta stał niski, gruby mężczyzna w ciężkiej, puchowej kurtce, z rękami w kieszeniach i kapturem na głowie. Uznałem, że to on był przywódcą tego szaleństwa. Tuż obok stał drugi mężczyzna. Był nieco wyższy i tak samo gruby, kręcił się w miejscu i nerwowo rozglądał na boki, jakby nie wiedział do końca, co tu właściwie robi. Między tłumem a domem stał ksiądz. Był naszą jedyną linią obrony. Co chwila wznosił krzyż i wymachiwał nim w stronę ludzi, jakby odpędzał się od demonów.
Co za bajzel.
Wziąłem do ust tabletkę na ból gardła i zacząłem ją ssać. Natychmiast poczułem kojące działanie miodu i cytryny.
– Dobra – oznajmiłem, wyciągając spod płaszcza małą, składaną parasolkę. – Miejmy to za sobą.
Pchnąłem skrzypiące drzwi i stanąłem na schodkach. Momentalnie poczułem na twarzy zimny podmuch powietrza.
– Jeszcze chwila – rzuciłem do Marii, która podążyła za mną.
Z kieszeni marynarki wyjąłem malutką fiolkę perfum Diora i spryskałem sobie szyję. Starałem się nigdy nie wychodzić z domu, jeżeli wcześniej nie otoczyłem się odpowiednio luksusowym i wyjątkowym zapachem – mężczyzna na poziomie nigdy nie powinien zapominać o swoich paznokciach, dobrych butach i perfumach. Na koniec posmarowałem usta pomadką ochronną. Miała słodki, truskawkowy smak.
– Zawsze elegancki – podsumowała Ruda, muskając moje ego.
Wasilewska miała swoje wady, ale nigdy ze mnie nie drwiła ani mnie nie lekceważyła. I za to ją lubiłem. Była jedyną osobą na ten planecie, przy której czułem się naprawdę swobodnie.
Rozłożyłem parasol. Był lekki i łatwy w obsłudze. Kupiłem go tydzień temu w ulubionym sklepie z odzieżą dla eleganckich mężczyzn. Normalnie kosztował czterysta złotych, ale jako stały klient dostałem dwanaście procent zniżki. Maria naciągnęła kaptur na głowę, a następnie stanęła obok mnie, żeby schronić się pod parasolem. Czułem się dziwnie, bo choć znaliśmy się od dawna, to rzadko zbliżaliśmy się do siebie do tego stopnia, że czuliśmy nawzajem swój zapach.
Kiedy ruszyliśmy przed siebie, spojrzałem na moje buty od Armaniego. Naprawdę wyglądały dziwnie na śniegu. Ich naturalnym środowiskiem był asfalt albo chodnik.
– Mówiłam, żebyś wziął jakieś porządne buty – zwróciła uwagę policjantka. – Dorosły facet, a taki durny.
– To są porządne buty. Najlepsze w swojej klasie cenowej.
– No i na Boga, zapnij ten płaszcz. I tak już jesteś chory.
– Muszę wyglądać – wytłumaczyłem, obwiązując szyję kaszmirowym szalikiem.
Wasilewska rzeczywiście proponowała przez telefon, abym założył zimowe buty, ale ją zignorowałem. Nie jechaliśmy przecież do Zakopanego, tylko pod Hajnówkę. Poza tym Maria była ostatnią osobą na świecie, której zdanie na temat mody mogło mnie interesować. Tego dnia była ubrana w typowym dla siebie stylu, czyli bez stylu: dżinsy, beżowa marynarka, a pod nią gruby, niebieski sweter. Do tego puchowa kurtka i zimowe trapery, które może i były ładne, ale na pewno też bardzo tanie.
Ksiądz ustąpił nam z drogi. Był młody i chuderlawy, w okularach i z potężną łysiną na czubku głowy. Wykonał przed nami znak krzyża, a następnie coś powiedział, ale z powodu gwałtownego podmuchu wiatru niewiele zrozumiałem. Sądząc po jego minie, chyba nie były to słowa dodające otuchy.
W końcu stanęliśmy przed tłumem. Mężczyzna, którego słusznie podejrzewałem o bycie przywódcą zgromadzenia, gestem uciszył stojących wokół siebie ludzi. Grubas podszedł do nas powoli i spokojnie. Miał okrągłą, ropuchowatą twarz, czarne, duże oczy, szeroki nos i policzki przypominające plastry salcesonu. Na lewym, od ucha aż do podbródka, ciągnęła się długa i głęboka blizna. Była cienka, ale głęboka. Strasznie szpeciła mu twarz. Jako były policjant z wieloletnim stażem wiedziałem, że był to ślad od noża.
– Parszywa pogoda – rzucił, uśmiechając się złowrogo.
– Więc pora wracać do domu – oznajmiłem.
Grubas splunął na śnieg.
– Panie ładny. Prosta sprawa. Musimy zabrać Wiktorię.
– To trzynastoletnia, przestraszona dziewczyna – powiedziałem spokojnie. – Jeżeli ona jest wampirem, to ja jestem księciem Walii.
Przez chwilę pomyślałem, jak by to było. Własny kucharz, własna garderoba, wszystko prywatne albo na zamówienie.
Nieznajomy podrapał się po bliźnie, a następnie odwrócił do tłumu, unosząc ręce, zachęcając w ten sposób do podniesienia wrzawy.
– Ta dziewczyna to potwór! – ryknął jakiś chudy wieśniak w okularach.
Zaraz odezwali się pozostali.
– Tylko czekać, aż pożre jakieś dziecko!
– Krwiopijca to jest!
– Do przerębla z nią!
Zakapturzony mężczyzna rzucił mi szybkie, pełne satysfakcji spojrzenie.
– Jestem policjantką – odezwała się Wasilewska. – Wezwałam pomoc.
– Wątpię – rzekł grubas. – W radiu mówili, że zasypało wszystkie drogi.
– I tak nie pozwolę wam zrobić jej krzywdy – odparła.
– Chcemy ją uratować. Uwolnić od klątwy, która od dziecka ma nad nią władzę. Od zawsze wszystkich gryzła jak wściekły pies. Do krwi. Do żywej krwi.
– Ksiądz mówił – kontynuowała Maria – że chcecie przebić jej serce kołkiem osinowym, ciało spalić, a potem wrzucić do wody. Jeżeli to nie jest morderstwo, to co w takim razie?
Rozmówca spojrzał na kapłana i wykrzywił usta w drwiącym uśmiechu. Strzepałem śnieg z butów i zapytałem:
– Podtapianie nastolatek to jakaś lokalna tradycja wigilijna?
Grubas znowu podrapał się po bliźnie. Nie zamierzał odpowiedzieć. Ksiądz ciężko westchnął, poprawiając okulary, a następnie podjął:
– Ktoś tym ludziom potwornie namieszał w głowach. Tu nie chodzi o naszą chrześcijańską noc wigilijną, podczas której czekamy na narodziny Chrystusa, ale o Szczodre Gody. To taki pradawny, słowiański zwyczaj, podczas którego świętowano przesilenie zimowe, czyli moment, w którym światło pokonało ciemność. w roku, kiedy świat duchowy łączy się ze światem ziemskim.
– Idealny moment na to – uzupełnił człowiek z blizną – aby pozbyć się z naszego świata istot nadprzyrodzonych takich jak właśnie wampiry.
– A później podzielicie się opłatkiem i zjecie pierogi – podsumowałem gorzko. – W co wy właściwie wierzycie?
– W to, co słuszne – oznajmił mężczyzna, podnosząc hardo głowę.
W naszym kierunku zaczął kroczyć drugi grubas, który wcześniej stał obok naszego rozmówcy. Przypominał kulę do kręgli, ale szedł tak, jakby był kimś ważnym, z rękoma w kieszeniach i ze znużonym wyrazem twarzy.
– Babci sranie – mruknął. – Do czorta z wami!
Był jak młodsza, brzydsza kopia człowieka z blizną. Ta sama żabia twarz, tylko na dodatek potwornie zniszczona trądzikiem. Czerwone kropki wyglądały jak świeże ukąszenia owada.
Starszy poklepał młodszego po plecach, jakby prezentował dzieło swojego życia.
– To jest Romuś. Mój syn. Mój jedynak.
– Dzień dobry – rzucił od niechcenia Romuś, choć z taką miną równie dobrze mógł powiedzieć „spierdalaj”.
– A ja jestem Bogusław – przedstawił się nasz główny rozmówca. – Od wielu lat jestem sołtysem Kruków. Pozwólcie, że jeszcze raz wszystko wyjaśnię. Chodzi o to, że dwa tygodnie temu w naszej wiosce zaginął wieprzek. Dorodny, zdrowy wieprzek. Z kolei tydzień temu stary Lebioda stracił cielaka. Pięknego cielaka. Już dawno ostrzegaliśmy rodziców Wiktorii przed tym, co się może stać, jeżeli zwierzęta nadal będą znikać z naszej wioski. Minionej nocy ktoś porwał jagnię z zagrody Maciejczuka.
– I to niby Wiktoria zrobiła? – parsknął ksiądz, poprawiając okulary.
– A kto inny? – oburzył się sołtys. – Powiadam wam. W Krukach nie zginie już żadna owca, żadna świnia ani…
– Ani kura, ani koza, ani… – Bogusław uniósł rękę, co powstrzymało Romusia przed kontynuowaniem wyliczanki. Przywołany do porządku grubasek uśmiechnął się, prezentując niepełny rząd czarnych, przeżartych próchnicą zębów.
– To wszystko nie ma sensu – zakomunikowałem, wycierając chusteczką wilgotny nos. – Wampiry nie istnieją, a noc przesilenia zimowego to taka sam noc jak każda inna.
– Czy macie choć jeden dowód – odezwała się Maria – że to właśnie Wiktoria zabija zwierzęta?
– Dowód, że jest wampirem – podkreśliłem.
Starannie złożyłem chusteczkę i schowałem do kieszeni. Bogusław mocniej naciągnął kaptur na głowę.
– Otóż, panie ładny – zaczął sołtys – wystarczy na nią popatrzeć. Jej rodzice oboje czarni, a ona cała biała. Jeżeli to nie jest wampir, to na pewno upiór jakiś.
– Pytałam o dowód – przypomniała Maria.
– Od małego wszystkich gryzie. W naszej wiosce nie ma osoby, której by nie dziabnęła. A jak gryzła, to zawsze do krwi, jakby jej wielce spragniona była.
– Wie pan, to tak jak syn mojej koleżanki – wyjaśniła Wasilewska. – U Wojtusia stałe zęby wychodziły zaraz po tych mlecznych. Cały czas ryczał. Był strasznie rozdrażniony i gryzł, co popadnie.
– Pewno Wojtuś też wampir – skomentował Romuś – jeno matka lekarzami się zasłania.
Bogusław popatrzył karcąco na syna. Grubasek pochylił głowę i podrapał się po policzku.
– Synku – zaczął sołtys – ktoś ci kiedyś ten pusty łeb rozbije. Ile razy ci mówiłem, że na Podlasiu są może dwa, góra trzy wampiry. Nie każde niemowlę z zębami to potwór. – Mężczyzna odchrząknął i przeniósł wzrok z powrotem na nas. – Miesiąc temu w Krukach zaginął piętnastoletni chłopak. Zorganizowano poszukiwania. Przyjechali strażacy z całego powiatu. Ale wszystko na nic. Filip przepadł bez śladu.
– Zabiła go! – wybuchnął Romuś. – Krew wypiła, ciało pożarła, a kości zakopała.
– Zmysły postradałeś! – krzyknął ksiądz. – To wilki albo jakaś inna zwierzyna. Wampir? Ludzie, czy wyście oszaleli?
– A to czort jeden! – zawołał syn sołtysa. – Pewno go ta bestia zaczarowała.
Wrzawa podniosła się na nowo. Ludzie niczym oddział zdyscyplinowanych żołnierzy jednocześnie wznieśli okrzyki.
Poczułem wibracje telefonu. Spojrzałem na moją świeżutką, wciąż nie do końca skonfigurowaną Motorolę.
Ostrzeżenie trzeciego stopnia przed śnieżycą. RCB zalecało pozostanie w domach. Świetnie, pomyślałem. Szkoda, że spóźnili się o kilka godzin.
– Czy ktoś widział tego wampira? – zapytałem, chowając telefon do kieszeni.
– Wszyscy widzieli! – wrzasnął Romuś ku uciesze gawiedzi.
– Nikt jej za rękę nie złapał – sprecyzował sołtys – ale mamy wielu świadków, którzy widzieli ją, jak po nocach łazi po okolicznych lasach i węszy, co by tu przeskrobać.
– A może to wilki zabijają wam zwierzęta? – dopytałem.
– Jeszcze kilkadziesiąt lat temu było tu mnóstwo wilków, ale większość została wybita przez kłusowników, a reszta uciekła w poszukiwaniu bardziej przyjaznych terenów. To nie wilki zabijają zwierzęta, ale potwór.
– Kiedy to się zaczęło?
Sołtys zakaszlał i mocniej naciągnął kaptur.
– Dziesięć lat temu, kiedy u Zalewskiego coś pożarło cielaka.
– Dziesięć lat temu? – zdziwiłem się. – Wiktoria miała wtedy trzy lata.
– Głupiś! – ryknął Romuś. – Toż to czort. Potworom to nie różnica, czy trzy, czy trzynaście lat ma.
Pochyliłem głowę i potarłem palcami czoło. Milczałem, ale Bogusław wiedział, jaka myśl kłębiła mi się w głowie.
– Nie waż się z nas drwić, panie ładny – nadął się sołtys. – Nie masz pojęcia, jak to jest żyć w Krukach. Nie masz pojęcia, co to znaczy stracić żonę. Obiecuję, że Wiktorii nic się nie stanie. Tylko wyrzucimy z niej ducha, który ją opętał.
– Zaczynam się gubić – powiedziałem spokojnie. – Chcecie wyrzucić z niej ducha czy może przebić kołkiem, spalić i wrzucić do wody?
– Chcemy jej pomóc – wyjaśnił.
– Ludzie! – krzyknął Romuś. – Dość gadania!
Wtedy odwróciłem się i ruszyłem w stronę domu, ciągnąc za sobą Marię.
– Mam pistolet – pochwaliła się.
– Tak? I co z nim zrobisz?
– To samo, co ty w Rostołach.
– Wtedy to była garstka szczerbatych dziadów, a tu są również kobiety i dzieci. Jeszcze kogoś trafisz. A tak w ogóle zimno mi w stopy.
– Mówiłam, żebyś założył lepsze buty.
W drzwiach chaty czekała na nas matka Wiktorii.
– I co? – zapytała.
Otrzepałem parasol ze śniegu i po złożeniu z powrotem wsunąłem go do kieszeni płaszcza. Kobieta zamknęła za nami drzwi.
– Co to za człowiek ten sołtys? – spytałem.
– Kilka lat temu zaginęła mu żona – odparł ojciec nastolatki, ponownie dorzucając drewna do pieca. – Od tamtej pory bardzo się zmienił. Samotnie wychowuje syna. Obiecał mi, że Wiktoria nie będzie cierpieć. Że innego wyjścia nie ma i tylko dzisiaj jest szansa, aby zdjąć z niej klątwę wampiryzmu.
– Maria, gdzie jest to wsparcie, o którym mówiłaś? – zwróciłem się do policjantki.
– Powinni już tu dawno być. – Ruda wyjrzała przez okno. – Dzwoniłam godzinę temu. To pewnie przez pogodę. O Boże, idą tu.
Wieśniacy szli gromadą. Na czele maszerował Bogusław wraz z synem. Nagle za plecami usłyszałem ciche:
– Tutaj.
Matka Wiktorii stała w pokoju z choinką i machała do nas. Jej mąż tego nie widział. Z przerażeniem obserwował tłum zmierzający w stronę domu.
Kobieta zamknęła drzwi. Były to staromodne, drewniane drzwi z żółtą, półprzezroczystą szybą.
– We wsi Dylów mieszka moja rodzina – oznajmiła kobieta, podchodząc do córki. – To jakieś trzy kilometry na wschód. Wiktoria, pamiętasz ciocię i wujka z Dylów? Byłaś u niech zeszłego lata.
Wiktoria siedziała przy stole, oglądając trzymanego w dłoni cukierka owiniętego w sreberko. Zdjęła go z choinki, bo z jednego końca zwisała nitka. W odpowiedzi na pytanie matki dziewczyna smutno pokiwała głową, zaczesując włosy za ucho, a następnie rozwinęła opakowanie i zjadła cukierka. Tymczasem na zewnątrz narastała wrzawa. Tłum był już pod domem.
– Uratuj moją córkę, proszę. – Matka nagle złapała Marię za ręce.
Ruda otworzyła usta, ale nie była w stanie wyartykułować składnej odpowiedzi.
– Ja… ja…
– Obiecuj, że moja córka będzie bezpieczna.
Wasilewska spojrzała na mnie w taki sposób, jakby szukała ratunku. Odwróciłem głowę i udawałem, że oglądam choinkę. Nie chciałem tu być i nie zamierzałem brać odpowiedzialności za kogokolwiek.
– No… dobrze – zgodziła się Maria. – Spróbuję.
– Bóg zapłać. Wiedziałam, że dobry z ciebie człowiek. Dziękuję. Wiktoria musi się ubrać. Pójdę po buty i kurtkę. Wy tu zaczekajcie i nic nie mówcie mojemu mężowi.
Gdy kobieta wyszła z pokoju, rzeczywiście zainteresowałem się choinką. Patrząc na to biedne świąteczne drzewko, poczułem trudne do powstrzymania pragnienie ogarnięcia chaosu, który je otaczał.
Wisiało tu wszystko: różnej wielkości kolorowe bombki, aniołki, mikołaje, dzwoneczki, szyszki, kokardy, baletnice z cukru, plastikowe renifery oraz łańcuchy z bibuły. Grube, kształtem przypominające jajka świeczki miały chyba z pięćdziesiąt lat. Każda skrywała w sobie małą, pokrytą dziwnym nalotem żarówkę dającą słabe, żółtawe światło. W pierwszej kolejności sięgnąłem po złotą ozdobę w kształcie gwiazdy. Przewiesiłem ją na gałąź po prawej. Potem przełożyłem czerwoną kokardę. Poprawiłem tandetny łańcuch z bibuły, zdjąłem piernikowe serce i zawiesiłem je z tyłu choinki, tam gdzie było najmniej ozdób. Zauważyłem, że do palców przykleiła mi się jakaś biała, cienka nitka przypominająca pajęczynę.
– Co to, u licha, jest?
– Anielski włos – wyjaśniła Maria. – Czy ty nigdy nie miałeś choinki w domu?
– Kiedyś miałem, ale co z tego? Choinki są bez sensu, a ta to już w ogóle. Żadnej symetrii.
W domu nigdy nie ubieram choinki. Raz, że nie toleruję tego święta, a dwa, że z moimi charakterem ubieranie drzewka zajęłoby mi dwa tygodnie, po czym i tak ostatecznie wyniósłbym je na śmietnik, bo doliczyłbym się nieparzystej liczby gałązek.
– No cóż. Choinki już tak mają – skwitowała Ruda.
Potarłem tył głowy i rozejrzałem się po pokoju. Z portretu wiszącego na ścianie patrzyło na mnie młode małżeństwo. Czarno-biała fotografia była podkoloryzowana pastelami. Kobieta w welonie i mężczyzna we fraku byli poważni, smutni, wyprani z emocji. Ze swoimi różowymi policzkami przypominali porcelanowe lalki. To mogli być dziadkowie Wiktorii.
Do pokoju wróciła gospodyni. Wyglądała tak, jakby wzięła na swoje barki wszystkie nieszczęścia tej wioski. Tym razem zamknęła drzwi na klucz. W tym samym momencie ojciec dziewczyny złapał za klamkę. Nacisnął raz, drugi, a potem zaczął nią szarpać. Stare drzwi zadrżały, a szyba zatrzęsła się.
Nagle zapadła martwa cisza.
– Wiktoria – pierwszy raz bezpośrednio zwróciłem się do dziewczyny. – Ubierz się. Tylko szybko.
Nastolatka narzuciła na siebie granatową, męską kurtkę, na której ramieniu błyszczała naszywka z flagą amerykańską, a następnie wsunęła stopy w rozwalające się buty.
– Musimy uciec do lasu – stwierdziła, wyciągając z kieszeni zmechacony szalik.
W pomieszczeniu były dwa okna. Jedno wychodziło na lewą stronę podwórka. Była tam studnia, przy której stał zardzewiały ciągnik rolniczy. Drugie okno wychodziło na tył domu. Uciekając właśnie tędy, mieliśmy największe szanse. Las zaczynały się mniej więcej sto metrów od domu. Do pokonania mieliśmy tylko puste pole.
Nagle podłoga zadrżała. Wiktoria wstrzymała oddech i wbiła wzrok w drzwi. Po chwili zaczęła szybko kręcić głową, jakby ten ruch miał oddalić to, co nieuchronnie nadchodziło. Coś strasznego.
Przed drzwiami pojawił się ojciec dziewczyny. Obok niego stanęły inne, barczyste i ciemne postacie.
– Elka… wiesz, że musimy to zrobić – powiedział gospodarz domu. – Tylko w ten sposób uda się uratować naszą córkę. Otwórz. Proszę.
Odsunąłem firankę i otworzyłem okno wychodzące na tył domu. Z Marią zrozumieliśmy się bez słowa – policjantka wspięła się na parapet i wyskoczyła na podwórze. Z Wiktorią było gorzej. Wtuliła się w matkę i za nic nie chciała jej puścić.
– Mamo, ja nie chcę. Dlaczego oni to robią? Dlaczego tata…
– Skarbie, musisz być dzielna. Znasz drogę do cioci, prawda? – Kobieta pocałowała córkę w policzek, a następnie zrobiła znak krzyża na jej czole. – Niech cię Pan Bóg strzeże i chroni przed złem.
– Do czorta z nimi! – Rozpoznałem głos Romusia.
Wyrwałem Wiktorię z objęć matki i ponagliłem do wyjścia przez okna, po czym sam wspiąłem się na parapet. Zerknąłem na choinkę, a potem ostatni raz na matkę nastolatki, której imię przed chwilą poznałem.
– Pani Elu, piernikowy dzwoneczek na drugą stronę choinki – powiedziałem, po czym wyskoczyłem za dom.
Zdążyłem zobaczyć, że do pokoju wtargnęła bezładna masa pokrzykujących i wymachujących widłami ludzi. Przypominali zwierzęta wypuszczone z zagrody albo klientów dyskontu, którzy rzucili się po filety z kurczaka po dziesięć złotych za kilogram.
Znaleźliśmy się na polu, które latem zapewne porastała trawa albo zboże, i zaczęliśmy biec w stronę lasu. W pantoflach Armaniego było to bardzo trudne. Ślizgałem się jak łyżwiarz na lodzie. Czułem się idiotycznie. Poza tym wyznawałem zasadę, że facet w garniturze i pantoflach nie powinien biegać. Nigdy i za żądne pieniądze. Maria i Wiktoria szybko zostawiły mnie w tyle. Wasilewska zdołała nawet założyć w biegu czapkę i owinąć szyję szalikiem.
Spojrzałem za siebie. Ścigała nas chyba cała wioska. Śnieg sypał coraz mocniej, a lodowaty wiatr szczypał w policzki. Czułem się jak kulawy alpinista goniony przez niedźwiedzia polarnego. Dziewczyny radziły sobie znacznie lepiej. Nagle nad naszymi głowami zaczęły latać kamienie.
– Tędy! – krzyknęła nastolatka.
Gnając przed siebie, niespodziewanie zatoczyliśmy łuk i skręciliśmy na prawo. Wtedy oberwałem w głowę i dotknąwszy włosów, zrozumiałem, że wieśniacy rzucali w nas jajkami.
Zakląłem, poślizgnąłem się i runąłem twarzą prosto w śnieg.
Odwróciłem się na plecy, dysząc ciężko. Pościg był tuż, tuż.
– Adam! Wstawaj! – usłyszałem krzyk Marii.
Usiadłem i spojrzałem za siebie. Wieśniacy znajdowali się coraz bliżej. Miałem wrażenie, że biegli w zwolnionym tempie, jak we śnie, w którym nie da się dojść do celu lub zatrzymać rozpędzonego samochodu. Zastanawiałem się, co by się stało, gdyby mnie złapali.
– Adam! Rusz się!
W tłumie dostrzegłem Bogusława z synem. Wyglądali jak dwie śnieżne kule turlające się po zboczu. Nie, to na pewno sen.
– Magus!
W końcu podniosłem się ze śniegu. Palce miałem czerwone od mrozu, bo skórzane rękawiczki zostawiłem w samochodzie. Były warte więcej niż złom, którym na co dzień jeździła Ruda. Ruszyłem pędem w kierunku Marii i Wiktorii, które stały na niewielkim wzniesieniu. Koncentrowałem się na tym, aby znowu się nie przewrócić.
Nagle za moim plecami rozległ się ostry, suchy trzask. Potem drugi i trzeci. Odwróciłem się. W mig pojąłem, co się stało. Nawet nie zauważyłem, że przebiegłem po zamarzniętej rzece. Teraz lód pękał, a ludzie jeden za drugim wpadali do lodowatej wody. Garstka dzieci, która brała udział w pogoni, zdołała w porę się zatrzymać. Zanosiły się dzikim śmiechem, pokazując palcami na dorosłych uwięzionych w przeręblach.
Zrozumiałem, że mieliśmy dużo szczęścia. Wiktoria specjalnie skierowała nas w tę stronę.
To było ryzykowane posunięcie.
Nad brzegiem rzeki, z rękoma w kieszeniach i z pochyloną głową stanął Bogusław. Wyciągnął paczkę papierosów i zapalił.
Pochyliłem się i oparłem ręce na kolanach, próbując złapać oddech. Choć miałem dobrą formę, bo codziennie ćwiczyłem, a od czasu do czasu także biegałem, to uciekanie w śnieżycę, po łydki w śniegu, nie było prostą sprawą. W końcu wyprostowałem się, poluzowałem wiązanie krawata i podszedłem do stojących niedaleko dziewczyn.
– Mogłem wziąć ze sobą adidasy – oznajmiłem.
– Może im pomożemy? – zapytała Wasilewska.
– Ta rzeczka ma z pół metra głębokości – uspokoiła policjantkę Wiktoria. – Poradzą sobie.
Biel jej włosów połączona z jasną cerą sprawiały, że idealnie stapiała się z otoczeniem. Była jednym wielkim płatkiem śniegu.
– To był dobry plan – zauważyłem – ale chyba trochę zboczyliśmy z trasy.
– Wychowałam się w tych stronach – zapewniła nastolatka. – Znam drogę do Dylowa. Musimy przejść przez ten las, a potem dotrzeć do szosy.
Wiktoria w kieszeni swojej przydużej kurtki znalazła czarną, cienką czapkę. Nałożyła ją na głowę, naciągnęła kaptur i ruszyła przed siebie. Maria jeszcze przez chwilę patrzyła na ludzi wychodzących z rzeki, następnie energicznie podążyła za nastolatką.
– Idziesz? – zapytała, zerkając przez ramię.
Za pomocą chusteczki ściągnąłem z włosów jajko oraz kawałki skorupki. Słyszałem, że żółtko wpływa korzystnie na kondycję włosów, ale wolałem testować takie rzeczy w domowych warunkach. Poklepałem się po kieszeniach płaszcza. Niestety w czasie ucieczki zgubiłem parasolkę. Byłem zmarznięty, przemoknięty, a na głowie nosiłem naturalną odżywkę z kurzego żółtka.
Pogoda była z każdą minutą coraz gorsza. Płatki śniegu wlatywały mi w oczy, wdzierały się do ust i uszu. Wyjąłem telefon, włączyłem przednią kamerę i przyjrzałem się swojej twarzy, która aż pulsowała czerwienią. Cofnąłem się do ekranu głównego, aby sprawdzić aktualną pogodę: śnieg i dwa stopnie na minusie. Przesuwanie zmarzniętymi palcami po ekranie było bardzo niewygodne. Krzyki wieśniaków, którzy po kolei wychodzili na brzeg, powoli przechodziły w przekleństwa, w których główną rolę grały nasze matki.
– Chyba tak łatwo nam nie odpuszczą – stwierdziłem, klepiąc się po kieszeniach spodni. – Cholera, zgubiłem pomadkę nawilżającą do ust.
Postawiłem kołnierz, zapiąłem płaszcz i poprawiłem grzywkę, choć to ostatnie miało niewiele sensu. Czułem, jak włosy na czubku głowy powoli zamieniały się w lodową skorupę. Zakląłem pod nosem i zacząłem analizować cały ciąg błędnych decyzji, które doprowadziły mnie do tej sytuacji.
Adam Magus. Detektyw od spraw niezwykłych.
Mam metr osiemdziesiąt wzrostu, wysportowaną sylwetkę i czarne włosy, z których jestem szczególnie dumny. Dbam o nie z najwyższą starannością, nie oszczędzając na kosmetykach. W ogóle nie oszczędzam. Nigdy i na niczym. Nie umiem i nie chcę, choć kiedyś było zupełnie inaczej.
Przez wiele lat byłem policjantem Komendy Wojewódzkiej Policji w Białymstoku, pełniąc służbę w wydziale dochodzeniowo-śledczym. Wszystko się zmieniło, gdy zastrzeliłem faceta, który rzucił się z siekierą na mojego kolegę. Problem w tym, że się zawahałem, co kumple uznali za przejaw słabości wynikający z mojego specyficznego charakteru. To wydarzenie położyło się cieniem na mojej dalszej karierze w policji. Dla mnie największym dramatem było jednak to, że zastrzeliłem faceta na oczach jego synka. Twarz tego dziecka nadal czasami nawiedza mnie w snach. Byłem w tej sprawie u kilku terapeutów i psychologów, ale żaden nie był w stanie mi pomóc. Po tym wydarzeniu obiecałem sobie, że już nigdy więcej nie wezmę pistoletu do ręki.
Ludzie zgłaszali się do mnie z problemami, o których wstydzili się powiedzieć policji albo innym detektywom. Zawsze wyróżniało mnie to, że niewiele rzeczy było w stanie mnie zaskoczyć. Moja codzienność to: duchy, zjawy, potwory, kosmici i czarownice. Problemy zleceniodawców przeliczam na zegarki, telefony i drogie ciuchy, a potem biorę kasę i tłumaczę klientom, że ich nadnaturalne przeżycia były efektem zwykłego zbiegu okoliczności lub przemęczonej psychiki. Czasami czymś pomiędzy, ale ostatecznie wytłumaczenie zawsze było jedno: duchy albo inne nadprzyrodzone stwory po prostu nie istnieją.
Jestem drogim detektywem. Ludzie płacą mi za milczenie, za dyskrecję oraz za to, że nie zadaję niewygodnych pytań. Kiedyś pewna kobieta zaciągnęła kredyt w banku, aby zapłacić za moje usługi. To było naprawdę miłe. Chciała, żebym złapał ducha jej zmarłej matki. Odkryłem, że tym duchem była jej wredna siostra, która chciała przegonić ją z rodzinnego domu. Za pieniądze, które wtedy zarobiłem, kupiłem sobie kilka nowych koszul. Białych, rzecz jasna.
Raz na jakiś czas pomagałem też za darmo. Głównie znajomym albo ludziom, których numery warto mieć w telefonie, na wypadek gdybym sam potrzebował pomocy albo szukał trudnych do zdobycia informacji.
Przez ostatnie miesiące żyłem na wysokim poziomie, korzystając z pieniędzy, które zarobiłem za moje ostatnie duże zlecenie. W Rostołach pomogłem pewnej zamożnej kobiecie odnaleźć jej zaginioną córkę. Potem wpadało kilka mniejszych spraw, których rozwiązanie nie kosztowało mnie zbyt dużo wysiłku, a przyniosło satysfakcjonujący zastrzyk gotówki.
Nie mam kont w mediach społecznościowych, a internet służy mi wyłącznie do pisania maili. Pod względem warsztatu pracy bliżej mi więcej do pozbawionego nowinek technicznych dziewiętnastowiecznego szpiega niż współczesnego detektywa korzystającego z rozbudowanej elektroniki. Jeszcze niedawno ogłaszałem się w gazetach, ale zrezygnowałem. W województwie podlaskim jest chyba tylko jeden detektyw, który zawodowo zajmuje się demaskowaniem duchów. Jeżeli ktoś będzie miał problem z siłami nadprzyrodzonymi, to prędzej czy później znajdzie do mnie numer.
Jestem zadowolony ze swojego życia, w którym rządzi wspaniała, niczym niezmącona rutyna. Każdy dzień w moim małym mieszkaniu na obrzeżach Białegostoku wygląda tak samo: kawa, którą piję trzy razy dziennie, dania z makaronem, które uwielbiam przyrządzać, puzzle, które układam, kwiaty, które muszę podlewać, i zakupy w galerii, bez których nie mogę żyć.
Ten dzień nie miał więc tak wyglądać. Zima miała być tylko za oknem.
Zanurzaliśmy się coraz bardziej w gęstwinę lasu. Truchtem, mając nadzieje, że lodowata woda w rzece i pogarszająca się pogoda skutecznie zniechęciły wieśniaków przed kontynuowaniem pościgu. Biegliśmy gęsiego. Wiktoria, Maria, a na końcu ja. W lesie panowała cisza. Grube, wysokie świerki chroniły nas przed śnieżycą i zapewniały osłonę przed ścigającymi nas wieśniakami. Najgorzej z naszej trójki wyglądała Maria. Choć na początku biegła jak szalona, to teraz ledwo ruszała nogami. Trudno było w jej przypadku mówić o kondycji, skoro jej dieta składała się głównie z zapiekanek i gofrów, które popijała Fantą.
– Wiktoria, a ty na pewno wiesz, dokąd idziemy? – zapytała Ruda.
– Już niedaleko.
Z nudów patrzyłem na ślady w śniegu, które zostawiała idąca przede mną Wasilewska. W pewnym momencie przyszło mi do głowy głupie wyzwanie: stawiać kroki dokładnie tam, gdzie ona stawiała swoje. Niestety mój mózg raz na jakiś czas podsuwał mi idiotyczne pomysły, którym nie potrafiłem się oprzeć. Odchrząknąłem, a następnie kilkukrotnie zamrugałem nerwowo. Niestety nic to nie dało. Przegrałem z moim zepsutym mózgiem. Z tego powodu mocno zwolniłem.
Maria spojrzała na mnie z delikatnym uśmiechem.
– Uważaj – ostrzegła.
– Na co?
Odpowiedź nadeszła natychmiast. Zaczepiłem butem o gałąź wystającą spod białego puchu, potknąłem się i znowu runąłem w śnieg.
Nie lubiłem lasów, bo kojarzyły mi się z chaosem i bałaganem. Jedyne rośliny, które tolerowałem, to te rosnące w moim mieszkaniu. Miałem nad nimi pełną kontrolę. Regularnie przycinałem im łodygi, podlewałem je i zrywałem suche listki. Były symetryczne, posłuszne i nie gadały głupot. A co najważniejsze, jeszcze żadna z nich nigdy nie podstawiła mi nogi.
Podciągnąłem rękaw płaszcza i zerknąłem na zegarek.
– Za kwadrans szesnasta – rzuciłem. – Za chwilę zrobi się ciemno. Wiktoria, kiedy będziemy na miejscu?
– Niedługo.
– Mam wrażenie – odezwała się Wasilewska – że nie do końca dogadujesz się ze swoimi rodzicami. Czy masz jakiś problem, o którym chciałabyś porozmawiać? – zapytała z troską w głosie.
– O co pani chodzi?
– O twoich rodziców.
– Moja mama to wulkan emocji – odparła Wiktoria, wzruszając ramionami. – Jak jest zła, to z jej oczu lecą pioruny, ale jak kocha, to z całego serca.
– A tata?
– Dużo myśli, ale mało mówi, dlatego razem z mamą czasami nie wiemy, co mu siedzi w głowie.
– Często kłócisz się z rodzicami? – dopytywała Wasilewska.
Nastolatka nie odpowiedziała.
– Zimno mi – oznajmiłem.
– Mówiłam, żebyś założył zimowe buty – żachnęła się Maria. – Czapka też by ci się przydała. Chyba nie zauważyłeś, że mamy zimę.
– Czapka zepsułaby mi fryzurę, a butów zimowych nie zdążyłem jeszcze kupić. Czekam na nowy katalog. Zamówiłem miesiąc temu i nadal nie przysłali. A poza tym skąd miałem wiedzieć, że w Wigilię rozpęta się burza śnieżna? Cholera. Co ja tu robię…
– Nie mów, że rodzina zaprosiła cię na kolację wigilijną.
– Nie mam rodziny.
– Więc o co ci chodzi?
– O wiele rzeczy. Na przykład o to, że mogłem być teraz w Warszawie.
– Ale jesteś tutaj, więc musisz się z tym pogodzić. Mnie też jest ciężko i nie narzekam.
Kilka dni wcześniej dostałem zlecenie od pewnego biznesmena z Warszawy. Prosta robota na całe święta. Własny apartament, otwarty rachunek w pobliskiej restauracji z włoskim jedzeniem i prywatny kierowca. Facet zgłosił się do mnie poprzez pośrednika, bo oczywiście nie chciał, aby jego nazwisko było kojarzone z duchami. W tym wypadku chodziło o to, że biznesmen po wykupieniu przedwojennej kamienicy znalazł pod tapetą jakieś dziwne znaki. Chciał sprawdzić, czy jeżeli przerobi kamienicę na luksusowe lofty, to nic z tej ściany nie wypełznie. Zwłaszcza nic z rogami i ogonem. Nie przyjąłem tej sprawy, bo nie chciało mi się jechać dwieście kilometrów do stolicy. Wygoda i spokój nie mają ceny, ale patrząc na to, co spotkało mnie w Krukach, rezygnacja z Warszawy była jedną z najgorszych decyzji w moim życiu.
– Może tobie powie coś więcej – szepnęła Maria, odwracając głowę. – Widziałeś, jak traktują ją rodzice.
– To przez nią tu jesteśmy – odparłem.
– Jak możesz tak mówić? To jeszcze dziecko. Pomagamy jej.
– Nogi mnie bolą.
Maria Wasilewska odwróciła się i wypaliła mi w twarz:
– Ciągle tylko narzekasz i stękasz. Ile ty masz lat? Adam! Litości. Żałuję, że poprosiłam cię o pomoc.
Sięgnąłem do kieszeni płaszcza i wyjąłem chusteczkę, aby wytrzeć nos.
– No, ale poprosiłaś.
Maria zacisnęła zęby, tupnęła nogą i warknęła ze złością:
– Ale ty mnie denerwujesz.
Po czym odwróciła się obrażona i pobiegła za Wiktorią.
Pociągnąłem nosem, poprawiłem kołnierz i popatrzyłem na ślady w śniegu. Było ich mnóstwo. Kurwa mać. Chciałem iść dalej, ale nie mogłem się zdecydować, gdzie zrobić pierwszy krok.
– Nawet sobie nie wyobrażasz, jak idiotycznie teraz wyglądasz.
Dalsza część w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Rozdział I
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Epigraf
Meritum publikacji
