Rok Elfa - ebook - B.D.Bisha - ebook

Rok Elfa - ebook ebook

B.D.Bisha

5,0

Opis

Po ciężkiej walce z chorobą, Ben “Szpila” Szpilewski wraca do Polski, do Warszawy z jednym celem — zacząć wszystko od nowa.

Nowa praca, nowe mieszkanie, nowi znajomi, nowa rutyna — wszystko, by zostawić przeszłość za sobą i odzyskać kontrolę nad życiem.

Na majówkowej imprezie spotyka Oliwiera Kruszyńskiego — tajemniczego, przystojnego, wytatuowanego mężczyznę z własnym bagażem doświadczeń i brakiem umiejętności społecznych. Ich pierwsze spotkanie było nieporozumieniem pełnym napięcia i wzajemnej niechęci, jednak ich drogi coraz częściej się krzyżują, a wzajemna chemia jest niezaprzeczalna. Jedno odkrycie z przeszłości Oliego, prowadzi do układu — udawanej relacji. Jednak to, co zaczęło się jako plan zemsty, szybko przestało być tylko grą. Kiedy choroba Bena powraca, prawdziwa walka dopiero się zaczyna — razem muszą odnaleźć w sobie siłę, by nie poddać się przeciwnościom.

 

“Rok Elfa” to historia o miłości, zaufaniu i szansie na szczęście nawet w obliczu największych trudności. Odkrywanie siebie, budowanie nowych więzi i walka o życie — w każdej formie ma znaczenie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 430

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
sonilka

Nie oderwiesz się od lektury

To książka o miłości, która została wystawiona na najcięższą próbę. Pokazuje jak bardzo można kochać , wiedząc, że wszystko może się skończyć zbyt wcześnie. Autorka niezwykle subtelnie pokazuje, że choroba zmienia wiele. Jest cicha i bezlitosna, zmienia wszystko- relacje, codzienność, marzenia, odbiera przyszłość. Ale to uczucia są ukazane na pierwszym planie: nadzieja, strach, złość, rozpacz, ale także radość z najprostszych chwil. W tej historii miłość nie jest idealna, jest zmęczona, czasem pełna gniewu, ale przez to bardzo prawdziwa. Czytając tą książkę trudno zachować dystans. Bohaterowie są autentyczni, nieprzerysowani, bardzo szybko się z nimi zżyłam i trzymałam kciuki za ich relacje do ostatniej strony. Czyta się ją jednym tchem i jestem pewna, że zostanie w mojej pamięci na długo. Mam ogromną nadzieję, że autorka pokusi się o napisanie kontynuacji bo historia nie pozwala o sobie zapomnieć i zachęca aby mocniej przytulić tych, których mamy obok.
00



Rok Elfa

Copyright © B.D. Bisha, 2026 rok

Redakcja: Ewa Maria Szotek

Korekta: Ewa Maria Szotek

Skład i łamanie: B. D. Bisha

Projekt okładki: Ewa Maria Szotek

Wydanie II

Miejsce i data wydania: Rumia, 03.02.2026

ISBN 978-83-975787-2-2

Książka jest objęta ochroną prawa autorskiego. Wszelkie udostępnianie osobom trzecim, upowszechnianie i upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Książkę tę dedykuję przyjaciołom, którzy we mnie wierzyli, żonie, która zawsze była obok i każdemu z Was, drodzy czytelnicy. Bez Was nie byłoby tej podróży.

Słowo od autora

Drogi czytelniku!

Przede wszystkim, cieszę się, że ta książka trafiła w Twoje ręce oraz że zdecydowałeś się poświęcić na nią swój czas. Czeka Cię podróż pełna skrajnych emocji oraz historia, która mogła przytrafić się każdemu.

Jak zawsze, przed Tobą są smutki, radości, żale i wszelkie inne uczucia, które będziesz przeżywał razem z bohaterami. Mam nadzieję, że ich perypetie będą dla Ciebie nie tylko ciekawe, ale również dadzą powód do przemyśleń i refleksji. Każda z moich książek zawiera w sobie ziarno rzeczywistości, abyś mógł utożsamić się z jej fragmentami i znaleźć w nich coś dla siebie. Zapraszam Cię więc do zapoznania się z treścią tej historii.

Ponad to, korzystając z tego wstępu, chciałabym podziękować każdemu, kto przyczynił się do powstania ttego wydania. W tym, mojej żonie, która niezmiennie mnie wpiera, niezastąpionej Ewie, która dzielnie walczyła ze mną, a także Marcinowi Kefowi, który niejednokrotnie był dla mnie ogromnym wsparciem, nie raz nie zdając sobie z tego sprawy.

Rozdział 1

Moje życie po raz kolejny zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Tym razem, na szczęście, na lepsze. Siedziałem w świeżo wynajętej kawalerce i rozglądałem się dokoła, nie bardzo wiedząc, od czego powinienem zacząć. Wciąż nie miałem na nic siły. Większość rzeczy nadal stała w pudłach i torbach, czekając na rozpakowanie. Westchnąłem sam do siebie i postanowiłem najpierw zadzwonić do mamy, a potem do przyjaciółki mieszkającej stosunkowo niedaleko. Wszystko inne mogło poczekać.

— Hej synek! Rozpakowany? — usłyszałem na powitanie głos mamy, niemalże od razu po wybraniu numeru.

— Hej mamo. Przyznaj się, że czekałaś aż zadzwonię — zaśmiałem się do słuchawki, rozsiadając się bardziej na kanapie.

— Oczywiście, że tak. — Odparła takim tonem, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. — Nie chciałam ci przeszkadzać, ale wiesz, że się martwię. Jak się czujesz?

— Dobrze. Jestem trochę zmęczony, ale jest w porządku — odpowiedziałem cicho. Nie chciałem, żeby się martwiła, ale też wolałem nie zatrzymywać dla siebie informacji o samopoczuciu, bo wiedziałem, że będzie ten temat drążyć. — Zadzwonię zaraz do Kasi. Obiecała mi pomóc z rozpako-wywaniem.

— Super. Dobrze, że masz ją blisko — przytaknęła entu-zjastycznie. — Tylko pamiętaj, żeby zjeść porządny obiad i wziąć leki.

— Mamo — jęknąłem. — Przecież wiem. Poza tym, to już nawet nie leki, tylko witaminy, ale tak, wezmę.

— Martwię się — powtórzyła z naciskiem.

— Wiem — mruknąłem i westchnąłem ciężko. — Wiem i dziękuję, ale przypominam, że jestem już zdrowy i mam trzydziestkę na karku. Mieszkałem już wcześniej sam. Umiem o siebie zadbać.

— Wiem, synek — powiedziała cicho i mogłem się tylko domyślać, co zaraz dopowie, ale po chwili wahania chyba zmieniła zdanie. — Odzywaj się do mnie regularnie, okej?

— Wiesz, że będę. — Przewróciłem oczami, chociaż nie mogła tego zobaczyć.

— Daj znać, jak spotkasz się z Maksem. Nie odpowiada ostatnio na moje wiadomości. Teraz, gdy mieszkacie w tym samym mieście, może uda się wam spotkać — dorzuciła jeszcze mama, z ewidentną nadzieją w głosie.

— Dam znać. Spróbuję go złapać przez weekend — zapewniłem ją i do listy rzeczy do zrobienia, która leżała na stoliku przede mną, dopisałem spotkanie z bratem. — Lecę, mamuś. Rzeczy się same nie rozpakują.

— Trzymaj się, Benny. Już tęsknię — zaśmiała się smutno na koniec.

— Ty też mamo. W razie czego pamiętaj, że lot trwa tylko półtorej godziny. Polska to nie jest koniec świata, chociaż czasem mogłoby się tak wydawać — odpowiedziałem luźno. — Pa!

Gdy się rozłączyłem, czułem się jeszcze bardziej wykończony. Niemniej jednak zaprosiłem moją wieloletnią przyjaciółkę i zamówiłem pizzę dla nas obojga. Kasia dotarła jeszcze przed zamówionym jedzeniem. Gdy dowiedziała się, co będziemy jeść, dostałem na wstępie porządny opierdziel i zagroziła, że przy kolejnym fast foodzie zadzwoni do mojej matki. Przyjąłem to ze śmiechem i starałem się wyjaśnić, że wszystko wciąż miałem w kartonach, więc nie było opcji, żebym cokolwiek ugotował, ale obiecałem solennie, że jak tylko rozpakujemy moje rzeczy, przyrządzę nam coś smacznego. To ją trochę udobruchało i zakasując rękawy, zabrała się za rozpakowywanie pudeł, puszczając głośno muzykę.

Zawsze wydawało mi się, że w gruncie rzeczy nie miałem dużego dobytku. Mimo to rozpakowywanie zajęło nam kilka ładnych godzin. Dopiero po dwu-dziestej pierwszej padliśmy zmęczeni na kanapę, włączając YouTube’a na telewizorze i oddychając głęboko.

— Chyba powinienem zrobić nam jakąś kolację, ale najpierw musielibyśmy skoczyć na szybkie zakupy — powiedziałem w zamyśleniu. Wiedziałem, że kolejny fast food nie przejdzie.

— Możemy po prostu pojechać do mnie. Mam pełną lodówkę — zasugerowała moja przyjaciółka. — Jutro pomogę ci z zakupami, okej? Na dzisiaj mam dość.

— Dzięki. Brzmi dobrze — przytaknąłem i po chwili dodałem: — Początki zawsze są najgorsze. Dalej już jakoś leci.

— A jak się czujesz? — zagadnęła niby mimochodem, wstając i zbierając swoje rzeczy do torebki.

— Jest dobrze. Po prostu wciąż szybko się męczę. — Wzruszyłem ramionami. — Ale skoro dostałem drugą szansę, to nie zamierzam jej spieprzyć.

— Okej, ale… Spróbuj nie rzucać się od razu w wir pracy, co? — Spojrzała na mnie wyczekująco. Doskonale wiedziała, że potrafiłem spędzić kilkanaście godzin ciągiem nad kolejnymi projektami.

— To chyba też trochę przewartościowałem — przyznałem niechętnie, również zbierając się do wyjścia. — Mam w planach zacząć chodzić na siłownię. Może znajdę jakieś nowe hobby albo wrócę do muzyki. Z czasem mogłoby mi się też udać kogoś znaleźć.

— Twoja mama już wie o twojej orientacji, nie? — Zerknęła na mnie przez ramię, kierując się w stronę windy, podczas gdy ja zamykałem za nami drzwi.

— Tia. Całkiem spoko to przyjęła — przyznałem. — Chyba żyjący syn–gej brzmi dla niej lepiej niż martwy syn hetero. Mogłem się w sumie tego spodziewać.

— Ben — fuknęła Kaśka, patrząc na mnie spode łba.

— Kasiula, nie możemy wiecznie unikać tego słowa — powiedziałem spokojnie. — Pokonałem to gówno i jestem zdrowy, ale wiesz dobrze, że mogłem już dawno nie żyć. Nie chcę robić z tego tabu. Przynajmniej przekonałem się, że rak nie musi oznaczać wyroku i przewartościowałem sobie całe życie.

— Po prostu nie chcę o tym myśleć. Widziałam cię w szpitalu tylko raz i dalej śni mi się tamta onkologia po nocach. — Wzdrygnęła się, na co wybuchnąłem śmiechem.

— A co ja mam powiedzieć? Spędziłem tam trochę więcej czasu niż ty — wytknąłem jej. — I tak uważam, że leczenie u mamy w Anglii było dobrym pomysłem.

— Bo było — przyznała niechętnie. — Ale dobrze mieć cię tu z powrotem.

— Też się cieszę, że to wszystko już za mną. Tęskniłem trochę za normalną wiosną, wiesz? — zaśmiałem się. — Chociaż na razie pogoda nas nie rozpieszcza.

— Pojutrze ma być cieplej, nie marudź. — Machnęła ręką. — Znajomi w przyszłą środę robią imprezę. Jedziesz ze mną? Domek za miastem, muzyka i grill. Trzeba przecież przywitać majówkę. Potencjalnie będziemy mogli zostać na dłużej.

— Chętnie. Nie znam nikogo w Warszawie poza tobą — w myślach dodając no, może poza moim bratem, ale on nie wchodzi w grę, dlatego zmieniając kierunek rozmowy, powiedziałem: — A teraz nakarm mnie, dobra kobieto.

— Musimy ci znaleźć faceta, bo inaczej będziesz mi siedział na głowie — mruknęła, udając urażoną, ale zdradzał ją uniesiony lekko kącik ust.

— Twój facet za to dalej udaje, że jest zaangażowany? — Spojrzałem na nią wymownie.

— Tak. Ja za to przestałam. Spotykam się z kimś, ale na razie cicho, bo nikt nie wie — rzuciła ciężko i zrobiła markotną minę. — Nie chcę o tym jeszcze rozmawiać. Teraz mam cię pod ręką to przyjdę, jak będę gotowa, okej?

— Jasne. Jesteś piękną kobietą i od dawna powtarzam, że zasługujesz na kogoś, kto potrafi zebrać się w sobie i dać ci to, czego potrzebujesz, a nie ucieka przez osiem lat od miejsca do miejsca, każąc ci czekać — powiedziałem, patrząc jej prosto w oczy.

— Co mogę ci powiedzieć? — Wzruszyła ramionami, patrząc w podłogę. — Masz rację.

— No wreszcie! — krzyknąłem przytulając ją od boku. — Muszę to gdzieś zapisać. Katarzyna Puchalska zgodziła się w czymś ze mną bez kłócenia się o to.

— Spadaj. — Klepnęła mnie w tył głowy i uśmiechnęła się wrednie. — Benjaminie Rochu Szpilewski.

— Wiesz, jak wbić szpilę — zaśmiałem się.

— Myślałam, że to twoja specjalność. Dalej używasz tej ksywki, nie? — zagadnęła zaciekawiona, ale wzruszyłem ramionami.

— Wszystkie portfolia miałem nią podpisane, więc w branży już tak zostało. W nowej firmie na Slacku też mam wpisane Ben Szpila Szpilewski. Ludzie mnie po tym kojarzą — przyznałem bez zażenowania. Nie widziałem nic złego w tym przezwisku.

— À propos... Będę potrzebowała od ciebie kilku rysunków po majówce. Mam wstępny koncept, ale storyboard do mojego filmu mi się kompletnie nie klei — rzuciła niedbale.

— Miałem się nie przepracowywać — wytknąłem jej. — Poza tym, muszę się odkuć po chorobie. Nawet tobie nie będę robić nic charytatywnie — dodałem obruszony, ale spojrzała na mnie niewzruszona.

— Mam to w budżecie, spokojnie. Tak myślałam, że oszczędności ci wyparowały i będziesz potrzebował jakiejś fuchy na boku. — Patrzyła na mnie szukając potwierdzenia, na co pokiwałem smętnie głową. Moja poduszka finansowa praktycznie nie istniała, ale dzięki Bogu mogłem zacząć oszczę-dzanie od nowa.

Na szczęście później zeszliśmy na dużo przyjemniejsze tematy, powoli dochodząc do jej mieszkania. Tam od razu zabraliśmy się za robienie kolacji, a w tle puściliśmy nasz ulubiony serial, który podczas jedzenia oglądaliśmy już po raz nie wiadomo który. Wreszcie zasnęliśmy przytuleni na jej kanapie.

Uwielbiałem Kasię. Znałem ją od liceum i skończyliśmy również ten sam kierunek studiów. Pamiętałem ją jeszcze jako uroczą niską blondynkę z wielkimi dołeczkami, gdy się uśmiechała. Gdy się poznaliśmy, była nieco nieśmiała, odrobinę nawet wycofana, ale za to miała cięty język i świetne poczucie humoru, gdy już się ją bliżej poznało. Z czasem rozkręciła się dużo bardziej. Jej znakiem rozpoznawczym stały się włosy, długie do pasa i przefarbowane na odcień ognistej czerwieni. Ten kolor, mimo upływu lat, cały czas robił pioru-nujące wrażenie w zestawieniu z jej dużymi niebieskimi oczami. Kaśka była może i dość niska, ale za to charakterem nadrabiała tych brakujących kilka centymetrów.

Niestety dość szybko przekonałem się, że mimo iż zależało mi na niej, to nie byłem w stanie wykrzesać z siebie nic więcej. To jej jako pierwszej przyznałem się do swojej orientacji, na co tylko wzruszyła ramionami i zaciągnęła mnie na kebaba, wskazując po kolei połowę przewijających się w pobliżu facetów i pytając o oceny z wyglądu od zera do dziesięciu. Po wszystkim stwierdziła, że mieliśmy na tyle podobny gust, że wciąż mogliśmy się przyjaźnić. Kompletnie nie spodziewałem się takiej reakcji, ale miała rację. Mieliśmy bardzo podobny gust. Często podobali nam się podobni faceci. Niestety oboje mieliśmy również szczęście do toksycznych dupków. Ona wciąż tkwiła w związku bez przyszłości z wojskowym, który nigdy nie traktował jej poważnie, a ja zakończyłem swój związek, gdy dowiedziałem się nieco ponad dwa lata temu o nowotworze. Wiedziałem, że nawet jeśli przeżyję leczenie, to mój ówczesny partner nie byłby skłonny do opiekowania się mną podczas choroby. To nie był zdecydowanie uczuciowy ani rodzinny typ, a ja potrzebowałem wtedy dużo spokoju.

Kasia, z Gdańska, gdzie studiowaliśmy i pracowaliśmy, przeprowadziła się do Warszawy, a ja pojechałem do mamy na przedmieścia Londynu, żeby podjąć próbę leczenia. Rokowania były słabe, ale jakoś udało mi się to gówno pokonać, dlatego uznałem, że teraz czekała mnie już tylko lepsza przyszłość, na którą chciałem sam zapracować. Dostałem kolejną szansę od losu. Przeprowadziłem się więc do Warszawy, znajdując tutaj pracę, gdy tylko zdrowie mi na to pozwoliło. Mama została w Anglii, za to w Warszawie od kilku lat mieszkał mój starszy brat, chociaż nie utrzymywałem z nim zbyt częstych kontaktów. Nasi rodzice rozwiedli się, gdy ja miałem jedenaście lat, a on piętnaście. Ja zostałem z matką, a on z ojcem. Mimo że czasem spotykaliśmy się i pisaliśmy ze sobą, to jednak kontakty znacznie się nam rozluźniły. Szczególnie, że mój brat nie należał do ludzi tolerancyjnych, a ja byłem gejem.

Na jego nieszczęście, wciąż byliśmy do siebie fizycznie podobni. Obaj mierzyliśmy około metra i osiemdziesięciu centymetrów wzrostu, mieliśmy blond włosy, chociaż on obcinał się bardzo krótko, a ja swoje trzymałem w nieco dłuższym nieładzie. Do tego szaroniebieskie oczy i proste nosy. Najprawdopodobniej nie wyróżnialiśmy się z tłumu, ale też żaden z nas nie był wybitnie brzydki. Podobne kości policzkowe, podobna szczęka… Raczej nie mylono nas ze sobą ze względu na różnicę wieku, ale łatwo było stwierdzić, że byliśmy rodzeństwem. Zdecydowanie nie mógł się mnie wyprzeć. I to chyba czasem bolało go najbardziej, bo wiedział, że byłem homo, chociaż o dziwo nie powiedział o tym żadnemu z rodziców, gdy wiedział, że nie byłem gotowy na coming out przed nimi. Wciąż nie miał pojęcia, że mama wiedziała i nie miała nic przeciwko. Miałem wrażenie, że to w sumie dobrze, bo mama nie potrzebowała kolejnego powodu do kłótni z Maksem. I tak kompletnie nie umieli się dogadać. Miałem wrażenie, że mój brat winił matkę za to, że odważyła się odejść od ojca, a później, że chciała przejąć nad nami opiekę. On zdecydował się zostać z tatą z własnej woli. Ja cieszyłem się, że nie musiałem tego robić.

Tak więc nasza sytuacja rodzinna była nieco skomplikowana, ale nie chciałem pozwolić sobie, by rzutowało to na moje dalsze życie. Szczególnie teraz. Trzy dni po moich trzydziestych urodzinach dostałem oficjalnie informację, że byłem czysty jak łza, terapia podtrzymująca została zakończona, a moje życie miało potrwać jeszcze ładnych kilka lat. Później przez prawie trzy miesiące ogarniałem pracę i przeprowadzkę z powrotem do Polski, trochę wojując z mamą o własną wolność. Była przerażona podczas mojej wyprowadzki. Głównie dlatego, że była ze mną przez cały pobyt w szpitalu i resztę leczenia. Przez niespełna dwa lata oglądała, jak ryczałem na łóżku, trzęsąc się jak osika i błagając, żeby to się szybko skończyło w ten, czy inny sposób. Myślę, że żadna matka nie chciałaby usłyszeć od swojego dziecka błagam, dajcie mi po prostu umrzeć. Moja musiała tego słuchać, za co chyba do końca życia będę czuł się winny, czyli, jak miałem nadzieję, jeszcze jakąś chwilę.

Początek mojego nowego życia postanowiłem wykorzystać na zapisanie się na siłownię, znalezienie fajnych sklepów w okolicy, zorganizowanie miejsca do pracy w mieszkaniu, znalezienie szybkiej drogi do biura oraz długie spacery po pobliskich parkach. Nie chciałem się nigdzie spieszyć. Po prostu cieszyłem się z każdej najmniejszej rzeczy w życiu. Nawet z tego, że pobliski ryneczek miał stoisko, na którym rolnik sprzedawał świeże warzywa oraz owoce i mogłem robić sobie zapasy, a także zdrowo gotować. Zawsze to lubiłem i uważałem gotowanie za moje małe hobby, ale od czasu, gdy musiałem mocno uważać na to, jak się odżywiałem, stało się to nieodłączną częścią mojego życia. Teraz miałem dodat-kowo blisko przyjaciółkę, której mógłbym podrzucać porcję czy dwie. Nigdy nie udawało mi się ugotować sensownej porcji dla jednej osoby. Zawsze zdrowo przesadzałem z ilością.

Rozdział 2

Tak dotarłem do środy, która miała otworzyć tegoroczną majówkę. Wciąż nie udało mi się złapać mojego brata, ale ponoć był poza miastem. Czekała mnie za to impreza z Kasią i jej znajomymi. Mieliśmy dojechać na miejsce praktycznie jako ostatni i zostać przez cztery kolejne dni. Byłem ciekawy, jakie będzie to towarzystwo, bo wciąż nie znałem nikogo poza moją przyjaciółką. Zazwyczaj jednak dość łatwo wpasowywałem się w klimaty, w jakich się obra-cała, więc nie stresowałem się za bardzo. Ważne, że jeszcze przed rozpo-częciem pracy na dobre, będę miał okazję rozerwać się i poznać kogoś w mieście.

Domek okazał się dużo większy, niż zakładałem, a gdy dojechaliśmy na miejsce po godzinie osiemnastej, towarzystwo bawiło się w najlepsze przy ogromnym ognisku zrobionym w rogu działki. Muzyka grała na dużych głośnikach ustawionych przy otwartych oknach i wokół kręciło się sporo ludzi. Jak się później okazało, część z nich również nocowała na miejscu, a reszta jechała dalej, mając zorganizowany długi weekend w innym miejscu. Starałem się zapamiętywać po kolei wszystkie imiona i zamienić z każdym kilka zdań, chociaż po dwóch godzinach połowa imion i tak mi uleciała z głowy. Mimo, że pod czujnym spojrzeniem mojej przyjaciółki, nie byłem w stanie wypić niczego, co zawierało alkohol, to i tak w okolicach dwudziestej pierwszej poczułem się zmęczony i potrzebowałem odpoczynku gdzieś w ustronnym miejscu. Zawędrowałem na taras po drugiej stronie budynku i ku mojemu zaskoczeniu, nie byłem tam sam. Na jednym z foteli siedział mężczyzna, którego kompletnie nie kojarzyłem z całej tej imprezy i rysował w szkicowniku. Obrzucił mnie krótko niechętnym spojrzeniem, ale nie odezwał się słowem, więc zignorowałem to i usiadłem na drugim fotelu.

— Hej. Sorry, że przeszkadzam, ale muszę od nich na chwilę odpocząć. — Uśmiechnąłem się półgębkiem i odetchnąłem głęboko.

— Hej… — Tu urwał, widocznie zdając sobie sprawę, że nie kojarzył mojego imienia, ale zaraz powiedział chłodno: — Co ty tu robisz?

— Hmm? Nie bardzo rozumiem. — Spojrzałem na niego z ukosa i wzru-szyłem ramionami.

— Będziesz udawał, że mnie nie poznajesz? — warknął, a ja zmierzyłem go zdziwionym spojrzeniem. Był bardzo charakterystyczny. Nie było takiej opcji, żebym go poznał i o tym fakcie zapomniał.

— Serio cię nie znam. Mieszkam w Warszawie od tygodnia, a wcześniej nie było mnie przez jakiś czas w kraju — odpowiedziałem wolno, mierząc go spojrzeniem. — Poza Kaśką nie znam tu nikogo.

— Nick, słuchaj, nie mam ochoty na twoje gierki. — Był ewidentnie wściekły, ale kompletnie nie miałem pojęcia o kim mówił, więc sądziłem, że szybko to naprostuję.

— Nie wiem, kim jest Nick. Ben Szpilewski, miło mi. — Wyciągnąłem do niego rękę, chociaż ostatnie słowa były zdecydowanie wymuszone. Patrzył na mnie przez chwilę, po czym westchnął, a na jego twarzy wrogość została zastąpiona niechęcią.

— Sorry. Jesteś bardzo podobny do kogoś, kogo znam. Oliwier Kruszyński. — Uścisnął w końcu moją rękę.

— Zgaduję, że jego nie chciałeś tu widzieć bardziej niż mnie — odparłem kwaśno. — Odsapnę chwilę i zejdę ci z drogi.

— Trzeba było tyle nie pić — mruknął pod nosem, czym zdążył mnie zirytować.

— Nie piłem — odwarknąłem i postanowiłem go całkiem zignorować, odchylając się na fotelu i przymykając oczy.

Trwaliśmy tak dłuższą chwilę. On rysował, a ja siedziałem pogrążony we własnych myślach. Oliwier. Jego imienia chyba nie zapomnę. Rzucał się w oczy. Miał długie blond włosy, związane na karku w koczek, wygolone boki, mnóstwo tatuaży na rękach, a nawet cała jego szyja była pokryta tatuażem przedstawiającym jakąś mandalę, ale nie miałem okazji lepiej się temu przyjrzeć. Do tego miał przenikliwe, jasne oczy i był stosunkowo dobrze zbudowany. Pewnie w innych okolicznościach poleciałbym na niego. Byłem ciekawy, czy też zostawał tutaj na kilka dni i dlaczego nie integrował się z resztą towarzystwa, skoro już tu przyjechał. Nawet nie zauważyłem, kiedy zacząłem powoli odpływać. Nie przeszkadzały mi nawet dźwięki głośnej imprezy odbywającej się zaledwie kilka kroków ode mnie. Wiedziałem jednak, że nie powinienem ot tak zasypiać na tarasie, jeśli nie chciałem się przeziębić, czego wciąż się trochę obawiałem. Mój organizm dalej nie nabrał jeszcze pełnej odporności, dlatego nawet zwykłe przeziębienia przechodziłem koszmarnie.

— Benny, tu jesteś! — usłyszałem nieopodal głos mojej przyjaciółki i zmu-siłem się, żeby otworzyć oczy i spojrzeć na nią, próbując udawać przytomnego. — Cześć, Oli.

— Cześć — rzucił luźno Oliwier, brzmiąc zupełnie inaczej, niż gdy rozmawiał ze mną, ale nie miałem siły się nad tym zastanawiać.

— Matko, Ben! Wszystko dobrze? — Kasia widząc mój stan, podbiegła do mnie momentalnie, przykładając mi rękę do czoła.

— Tak, spokojnie Kasiulka. Trochę mnie zmogło. Nic się nie dzieje — odpo-wiedziałem miękko, próbując ją uspokoić.

— Brałeś leki? — wydukała, w dalszym ciagu wyraźnie spanikowana, rozglądając się nie wiadomo za czym.

— Kasia, nie biorę już leków. Jest dobrze — westchnąłem. — Widocznie siedzenie na świeżym powietrzu mnie zmuliło.

— Chcesz się położyć? Zaprowadzę cię do łóżka, co? — Wciąż nie wyglą-dała na przekonaną.

— Dam sobie radę. Uspokój się i wracaj się bawić — zapewniłem ją, biorąc za rękę i ściskając delikatnie. — Tylko nie pij więcej, bo potem będziesz umierać.

— Nie jesteś moim mężem, żeby mi dyktować, ile mogę pić — odpowie-działa, prostując się i zakładając ręce na piersi.

— Zawsze jeszcze mogę zostać twoim szwagrem, jeśli twój brat się namyśli — zaśmiałem się w odpowiedzi.

— Jezu, nie każ mi sobie tego wyobrażać. Nie chciałabym cię widzieć z Sebą. — Skrzywiła się. — Myślałam, że masz lepszy gust.

— Przyjaźnię się z tobą. Mój gust musi być spaczony — zaśmiałem się, po czym przeciągnąłem się szybko, czując wciąż na sobie badawcze spojrzenie siedzącego kawałek dalej chłopaka. — Leć się bawić. Chciałaś się dzisiaj wytańczyć. Dołączę jeśli dam radę, a jak nie to pójdę się położyć, okej? Nic się nie dzieje.

— Okej, pogadamy rano — zgodziła się niechętnie, po czym cmoknęła mnie w czoło, pomachała szybko do Oliwiera i zniknęła za rogiem.

Nagle poczułem się dużo bardziej rozbudzony niż jeszcze kilka chwil temu i byłem ciekaw, czy siedzący obok mężczyzna zacznie mnie pytać o cokolwiek, co padło w mojej rozmowie z Kasią, czy kompletnie przemilczy temat. O dziwo, wciąż nie odezwał się ani słowem i wydawało mi się, że przestał również się na mnie patrzeć. Musiałem przyznać, że był osobliwym człowiekiem. Miałem zatem opcję siedzenia tam dłużej i potencjalnie rozpoczęcia rozmowy na jakikolwiek temat albo pójścia na górę, gdzie mieliśmy z Kaśką przygotowane łóżko. Ostatecznie wybrałem tę drugą opcję, nie mając siły na niepotrzebne konfrontacje, choć z jakiegoś powodu nie mogłem przestać myśleć o tym chłopaku. Na pożegnanie skinąłem mu tylko głową, nie chcąc się odzywać i wszedłem do środka, idąc w stronę schodów i wczłapując się na piętro. Odpłynąłem, jak tylko moja głowa dotknęła poduszki. Imprezowanie chyba nie było jeszcze dla mnie.

Gdy się obudziłem, wszyscy wokoło jeszcze spali. Była zaledwie ósma rano, a większość ludzi pewnie dopiero co zdążyła się położyć. Po cichu ubrałem się, zgarnąłem dodatkową bluzę, owinąłem się grubą arafatką, po czym zszedłem bezszelestnie na dół i wyszedłem na taras. Ku mojemu zaskoczeniu, Oliwier siedział już tam z kubkiem kawy w ręku. Też miał na sobie grubą bluzę, a na ramionach dodatkowo koc. Nie spodziewałem się tam nikogo i przez moment nie wiedziałem, co powinienem ze sobą zrobić, ale ostatecznie westchnąłem sam do siebie i usiadłem na fotelu obok niego, jak poprzedniego wieczora.

— Dzień dobry. Nie spodziewałem się, że ktoś będzie o tej porze na nogach — powiedziałem cicho, nie chcąc siedzieć w kompletnej ciszy.

— Dzień dobry. — Posłał w moją stronę coś, co mogłoby przypominać uśmiech, gdyby było bardziej szczere. — Ja też nie, szczerze mówiąc. Musisz mieć strasznie słabą głowę, skoro wczoraj tak szybko odpadłeś. Kawy? Czegoś na kaca?

— Mówiłem, że nic nie piłem — odpowiedziałem lekko urażony. — Więc nic na kaca nie potrzebuję. Za kawę też dzięki.

— Serio? — Przyjrzał mi się badawczo i chyba faktycznie zaczynał mi wierzyć. — Nie wyglądałeś za dobrze.

— Serio. Po prostu dopadło mnie zmęczenie — odpowiedziałem wymijająco. — Wiesz, czy mają jakąkolwiek zieloną herbatę?

— Nie mam pojęcia, ale mogę sprawdzić. — Wzruszył ramionami, po czym wstał. — Chodź, obczaję w kuchni.

— Dzięki. Nie lubię grzebać po szafkach ludziom, których ledwo znam — zaśmiałem się zażenowany.

— Spoko. Ja tu bywam od czasu do czasu, to w miarę się orientuję, ale rzadko ktoś chce pić herbatę. Do tego zieloną. — Spojrzał na mnie kpiąco, przeszukując jedną z szuflad w kuchni. — Tu schodzi głównie wódka, gin, whiskey i kawa.

— Nie piję alkoholu i unikam kofeiny, okej? — powiedziałem wreszcie, licząc, że to wystarczy, żeby przestał starać mi się udowodnić, że ma jakiś powód, żeby mnie nie lubić.

— Chyba nie ty jedyny, bo faktycznie są jakieś herbaty. Malinowa, czarna i jaśminowa. Zielonej brak, ale chyba jaśminowa nie powinna mieć za dużo kofeiny — zastanowił się chwilę i spojrzał na mnie pytająco. — Może być?

— Jasne. Dzięki — przytaknąłem, nie chcąc wdawać się w dalszą dyskusję.

— Słodzisz? — zapytał jeszcze, ale pokręciłem głową. Cukru również unikałem podczas chemii. Większość tych nawyków została, mimo że nie musiałem się do tego dłużej stosować. Coś mnie jednak powstrzymywało, choć wiedziałem, że ten strach był irracjonalny.

Chwilę później znów siedzieliśmy we dwóch na tarasie. Również dostałem od niego bez słowa koc, więc z herbatą w rękach i otulony po brodę arafatką, a do tego przykryty kocem, siedziałem i chłonąłem widok lasu i pól, jaki rozciągał się z działki. W oddali widać było nawet pobliskie jezioro. Lokalizacja była bardzo przyjemna, a ciche śpiewy ptaków oraz szum liści działały na mnie odprężająco. Zdecydowanie było to dobre miejsce na naładowanie baterii przed powrotem do życia pełną parą.

— Mówię to niechętnie, ale przepraszam — usłyszałem nagle z boku i spoj-rzałem zaskoczony na Oliwiera.

— Nie powiem, twoje wrogie nastawienie trochę zbiło mnie z tropu. Chyba pierwszy raz spotykam kogoś, kto z góry spodziewa się po mnie wszystkiego najgorszego — zaśmiałem się. Co innego mogłem zrobić?

— Nie jestem bardzo społecznym człowiekiem i naprawdę myślałem, że jesteś kimś innym. — Skrzywił się z ledwo skrywaną złością, po czym westchnął. — Czyli jesteś tu z Kasią?

— Tak. Przyjaźnimy się od liceum. To ona namówiła mnie na przeprowadzkę do Warszawy — potwierdziłem, próbując zacząć jakąś normalną konwersację.

— Fajna z niej dziewczyna — skomentował krótko i nie bardzo wiedziałem, co na to odpowiedzieć. Wspominała niedawno o tym, że zaczęła się spotykać z kimś nowym. Czyżby to on był nią zainteresowany?

— Ma swoje dobre momenty — odparłem wreszcie, a on chyba zauważył, jak na niego wcześniej spojrzałem, bo prychnął pod nosem.

— Nie będę do niej startował. Po prostu ją lubię — burknął.

— To dobrze, bo jest zajęta — odpowiedziałem luźno, wciąż badając niejako grunt. Ta rozmowa wydawała mi się strasznie kuriozalna.

— Wiem, wiem. Zresztą nie moje klimaty. Po prostu jest jedną z nielicznych osób, które bardziej lubię niż toleruję. — Tu rzucił mi wymowne spojrzenie, na co przewróciłem oczami.

— Załapałem aluzję, dzięki — rzuciłem uszczypliwie, po czym, próbując wyczuć, czy nie nadinterpretowałem jego poprzednich słów, dodałem: — Czyli mówisz, że jesteś gejem?

— To nie jest twój interes — warknął, nagle wściekły, ale uśmiechnąłem się ironicznie pod nosem.

— No nie, nie jest, ale sam powiedziałeś, że Kasia to nie twoje klimaty — wytknąłem mu, a on zaklął pod nosem. — Nic do tego nie mam. Też nie gustuję w kobietach. Potraktuj to jako próbę podtrzymania rozmowy.

— Dziwne masz tematy do rozmów z nieznajomymi. Chyba, że najpierw nasłuchałeś się jakichś plotek. — Przyjrzał mi się uważnie, mrużąc oczy, ale uniosłem brwi do góry i pokręciłem głową.

— Nie wiem. Chyba nie. Nie kojarzę nic albo nie wiem, że to o tobie — powiedziałem szczerze i zachichotałem krótko. — A ta rozmowa jest strasznie osobliwa, ale chyba nie wiem, jak z tobą rozmawiać.

— No dobra, czyli nie chcesz wyciągnąć na ładne oczy rysunku, nie próbujesz wypytać o nic ani nie masz w planach na siłę się przymilać — podsumował, a ja uśmiechnąłem się teatralnie i skinąłem do niego głową, trzepocząc rzęsami.

— Też uważam, że mam ładne oczy, dziękuję — odpowiedziałem, ale gdy spojrzał na mnie jak na debila, parsknąłem śmiechem. — Próbuję rozrzedzić atmosferę. Doceń. No i nie. Nie mam żadnych plotek do potwierdzania, informacji do szukania, a rysunki to mogę sobie narysować sam, dziękuję.

— To co robiłeś wczoraj na tarasie? — zapytał twardo, na co aż jęknąłem.

— Potrzebowałem odpocząć i miałem nadzieję, że jak posiedzę chwilę z daleka od tłumu, to mi przejdzie zmęczenie i wrócę do zabawy. Nie spodziewałem się tu nikogo. Ciebie zresztą pierwszy raz widziałem na oczy — zaczynałem się irytować.

— Okej — skwitował krótko, co mi tylko bardziej podniosło ciśnienie.

— Nie mam pojęcia, kim jesteś, ale zaręczam, że są tu ludzie, z którymi pewnie ten czas spędziłbym lepiej. Przepraszam, że przeszkodziłem w czym-kolwiek, co tam sobie robiłeś — rzuciłem rozeźlony i odłożyłem koc na fotel, a kubek odstawiłem na stolik. — Dzięki za herbatę. Nie będę więcej przeszkadzał. Idę się przejść.

— Nie znasz terenu — zauważył przytomnie, wciąż mnie obserwując.

— Trudno — wycedziłem i skierowałem się ku bramie. Chwilę mnie obser-wował, wyraźnie się nad czymś zastanawiając, ale ostatecznie chyba odpuścił.

— Tylko się nie zgub! — zawołał za mną, ale nie zareagowałem. Nie miałem siły i ochoty na dziwne konfrontacje z ludźmi z ciężkim charakterem.

Sądziłem, że gdy przejdę się lasem wzdłuż ścieżki, to zgubienie się mi nie groziło, a za to zdążę się uspokoić i pozbyć tego dziwnego uczucia, że Oliwier coś do mnie dalej miał i próbował naciskać, aż nie pęknę. Cokolwiek to nie było, nie bawiło mnie. Po cichu liczyłem, że nasza rozmowa pozwoliła mu pozbyć się tych uprzedzeń, bo nie chciałem siedzieć tu z nim kolejnych kilku dni, jeśli tak miał wyglądać nasz kontakt. Niestety, tak rozkojarzyłem się myśleniem o tych dziwnych rozmowach z mężczyzną, że kompletnie nie miałem pojęcia, w którą stronę wcześniej skręcałem. Co prawda, dalej szedłem ścieżką, ale ilość zakrętów sprawiła, że nie miałem pojęcia, w którą stronę była działka znajomych Kasi, a telefon w gęstym lesie nie łapał zasięgu. Wziąłem głęboki oddech i otuliłem się szczelniej chustą. Chłodny, samotny poranek w środku lasu? Znałem gorsze sposoby na umieranie, o ile nie było tu jakiejś dzikiej zwierzyny. Że też ja zawsze musiałem się w coś wpakować.

Trochę jeszcze wierzyłem, że gdy będę chodził tam i z powrotem, to uda mi się trafić na odpowiednią ścieżkę, ale w pewnym momencie już sam nie wiedziałem, w którą stronę kierowałem się ku domkowi, a w którą szedłem głębiej w las. Wokoło nie było nikogo. Panowała cisza, przerywana tylko odgłosami ptaków, wiewiórek i czego tam jeszcze. Nie chciałem myśleć, że były tu jakieś zwierzęta, bo to mogło nie skończyć się dla mnie za dobrze. Wiedziałem też, że z jednej strony powinienem zostać w miejscu i liczyć, że ktoś mnie znajdzie, a z drugiej, bałem się, że gdy gdzieś przycupnę, to porządnie się wychłodzę. Mimo upływu czasu, w lesie wciąż było chłodno, a ja robiłem się głodny i coraz bardziej zmęczony. Pieprzony Oliwier i jego uprzedzenia. Nie wyszedłbym, gdyby nie było tej naszej rozmowy ani tym bardziej nie byłbym potem tak rozkojarzony. Nie mogłem jednak zrzucić na niego całej winy. Ostrzegał mnie i nie wyganiał poza teren działki. Po prostu sam przed sobą nie chciałem się przyznać do błędu.

Tak jakby w obliczu tej sytuacji miało to jakiekolwiek znaczenie. Stopniowo opadałem z sił. Nie chciałem pozwolić sobie na siadanie gdzieś pod drzewem, ale nie miałem siły stawiać kolejnych kroków. Moja kondycja była tragiczna, a mijały już kolejne godziny od mojego wyjścia. W końcu się poddałem. Czułem, że nogi za chwilę odmówią mi posłuszeństwa. Usiadłem pod drzewem przy ścieżce i opierając się plecami o pień, starałem się schować dłonie w bluzie i nie dopuszczać do siebie myśli, że było mi przeraźliwie zimno. Miałem tylko nadzieję, że nie oddaliłem się zbytnio od działki oraz że zaczęli mnie już szukać. Wiedziałem, że po tym wszystkim Kasia nie da mi żyć, ale w tym momencie byłem skłonny słuchać nawet jej zrzędzenia, jeśli tylko miałbym z powrotem trafić do ciepłego domku. Czułem, jak tracę świadomość, przeklinając się w duchu za swoją fizyczną słabość.

Rozdział 3

Następne, co pamiętałem, to warkot silnika i spanikowana twarz Oliwiera, potrząsającego mnie za ramię i wołającego moje imię.

— Miałeś rację, nie znam terenu — stęknąłem, wciąż ledwo siedząc.

— Matko Boska, żyjesz. — Wypuścił głośno powietrze. — Dasz radę wstać? Zawiozę cię do szpitala. Ktoś powinien cię zobaczyć.

— Nie trzeba. Śniadanie i coś ciepłego do picia wystarczą — mruknąłem, próbując się podnieść i lądując w ramionach Oliwiera, bo od razu straciłem równowagę. — Gwarantuję, że nic mi nie jest. Potrzebuję tylko odpocząć i się ogrzać.

— Nie wyglądasz dobrze. Nie kłóć się ze mną, tylko daj się zawieźć do lekarza — odpowiedział stanowczo, ale w dalszym ciągu wyglądał na spanik-owanego i starał się utrzymać mnie w pionie.

— Oliwier… Nic mi nie będzie. Byłbym wdzięczny, gdybyś mógł zawieźć mnie na działkę. Mam do odebrania opierdol od Kasi. Miejmy to już za sobą — westchnąłem na koniec, starając się unikać jego spojrzenia.

— Ben, szukamy cię od kilku godzin, dochodzi szesnasta. Wyszedłeś bez śniadania i przesiedziałeś kupę czasu w lesie, gdzie jest zimno. Nie bagatelizuj tego — niemal krzyknął mój rozmówca. — Wyglądasz bardzo źle.

— Dzięki, domyślam się — mruknąłem. — Nie bagatelizuję tego, ale wiem z czego się bierze mój stan. Nic mi nie będzie. Nie potrzebuję szpitala, obiecuję, okej? Po prostu… Jestem po chemii. Jestem już zdrowy, ale dalej szybko się męczę. Jak odpocznę i coś zjem, to wszystko wróci do normy.

— Kurwa, dlaczego nikt mi tego nie powiedział — zaklął i zaczął, małymi krokami, prowadzić mnie do auta.

— A czemu ktokolwiek by miał? Tylko Kaśka wie. To nie koniec świata, a ja już nie umieram. Nawet jeśli mój wygląd sugerowałby coś innego — zażartowałem krótko, ale jego mina mówiła mi, że nie docenił tej próby.

— Kasia wpadła w histerię zanim wyjechałem — rzucił informacyjnie. — Na szczęście jesteśmy dość blisko działki, tylko z jakiegoś powodu zawędrowałeś z innej strony, niż byśmy się spodziewali, dlatego szukaliśmy cię do tej pory gdzieś indziej. Nie wiem, co mnie tknęło, żeby tu podjechać.

— Dzięki Oliwier. Doceniam wysiłek. Teraz masz przynajmniej konkretny powód, żeby mnie nie lubić. Zepsułem wam wyjazd — zaśmiałem się gorzko, siadając na siedzeniu pasażera i przymykając oczy.

— Ani mi się waż zamykać oczu — wypalił natychmiast przerażony i podał mi na szybko kilka cukierków, co mogło być dobrym pomysłem. — Dalej mam wrażenie, że zaraz odlecisz i cię nie dobudzę.

— Głupio byłoby teraz umierać, jak ostatnie lata próbowałem tu zostać — przytaknąłem luźno.

— Nie umiem z tobą gadać. Nie wiem, kiedy żartujesz, a kiedy jesteś poważny i mnie to wkurwia — sapnął, mierząc mnie spojrzeniem z ukosa i ruszając autem. Rozglądał się jednocześnie za miejscem, w którym mógłby zawrócić, próbując zarazem pilnować mojego stanu.

— Życie to farsa. Nie lubię być wiecznie poważny. — Wzruszyłem ramionami.

— Czyżbyś nie lubił życia? — z jakiegoś powodu zabrzmiał gorzko.

— Przeciwnie. Spędziłem kilka miesięcy, wyjąc z bólu i błagając, żeby mnie zabili. Teraz jestem wdzięczny za każdy kolejny dzień — przyznałem. Chyba stan, w jakim byłem, działał na mnie niczym serum prawdy, bo na co dzień nie lubiłem o tym rozmawiać, a jemu prosto z mostu oznajmiłem, że nie chciałem wcześniej żyć. Po prostu starałem się mówić cokolwiek, żeby tylko znów nie zasnąć. Pewnie i tak nie spotkam go później, więc co to była za różnica, czy wiedział, czy nie?

— Czyli jesteś pro life? — rzucił prześmiewczo.

— Jestem pro choice — odpowiedziałem, odwracając głowę w jego stronę. — Jeśli ktoś zdecydował inaczej, to nie uważam, żeby ktokolwiek miał prawo zmieniać ten wybór za niego.

— Czyli nie ratowałbyś samobójców? — zapytał, ale widziałem, jak mocno zaciskał dłonie na kierownicy i znów zrobił się wściekły.

— Nie wiem, to trudne pytanie. — Odwróciłem wzrok i patrzyłem przez chwilę w ciszy na las. — Chyba mocno zależy od sytuacji. Nie lubię się bawić w Boga. Liczę po cichu, że nie będzie mi nigdy dane decydować za nikogo. Wystarczy mi trudnych decyzji na najbliższych kilka lat.

— To całkiem rozsądne — mruknął, ale chyba ciągle nie pałał do mnie przyjaźnią. — Mówiłeś, że błagałeś, żeby cię zabili. Czyli masz im za złe, że nie spełnili twojej prośby, skoro jesteś za wyborem?

— To nie tak — pokręciłem głową. — Rokowania były słabe. Wiedziałem, na co się pisałem i z góry zapowiedziałem, że jeśli będę chciał przerwać leczenie i skupić się na lekach przeciwbólowych, to mają mi na to nie pozwolić. Mimo wszystko chciałem żyć, ale czasem wciąż się budzę mając wrażenie, że ten ból powraca. — Wzdrygnąłem się. — Dalej utrzymuję, że chcę żyć i jestem wdzięczny za drugą szansę, ale po prostu chyba nie zdecydowałbym się na to drugi raz. Psychicznie nie dałbym rady.

— Nie spodziewałem się spotkać tutaj kogoś takiego — rzucił po dłuższej chwili ciszy.

— Jak mniemam, nie był to komplement — zaśmiałem się w odpowiedzi. — Spoko, to jednorazowe. Chyba nie dam się namówić na kolejne wyjścia. Masz mnie z głowy.

— Na swój sposób jesteś ciekawym facetem — powiedział, ku mojemu zdumieniu. — Nie, to nie oznacza, że zapałałem do ciebie nagłą sympatią.

— Gdzieżbym śmiał tak myśleć. — Przewróciłem oczami. — I tak dzięki za pomoc. Czuję się coraz lepiej, ale potrzebuję jakiejś herbaty i śniadania.

— Dobrze, że czujesz się lepiej, bo Kasia naprawdę porządnie spanikowała — wytknął mi, ale postanowiłem się z nim podroczyć.

— Twoja mina mówiła, że nie tylko ona — odbiłem piłeczkę.

— Wyszedłeś przeze mnie, a jak cię zobaczyłem, to na wpół leżałeś bezwładnie pod drzewem i byłeś strasznie blady. — Wydawał się nadal być w lekkim szoku mówiąc o tym. — Myślałem, że cię nie dobudzę. Powinieneś sprawdzić, czy nie masz cukrzycy.

— Też o tym dzisiaj pomyślałem. To ponoć częste po chemioterapii — przyznałem. — Po majówce się tym zajmę. Muszę tu ogarnąć jakąś przy-chodnię albo zobaczyć czy firma już ogarnęła mi Luxmed.

— Korpo? — zagadnął, a ja wzruszyłem ramionami.

— I tak, i nie. Wielkość i procedury trochę jak w korpo, ale w sumie to dom postprodukcyjny. Jestem animatorem — wyjaśniłem.

— To dlatego mówiłeś, że sam sobie możesz narysować — powiedział w zamyśleniu i pokiwał głową sam do siebie.

— Wcześniej byłem koncepciarzem. Czasem dalej robię koncepty i storyboardy, jak potrzeba — dodałem, chociaż nie wiedziałem, czemu. — A ty? Czym się zajmujesz.

— Głównie tatuażem — odparł krótko, nie wdając się w głębsze dyskusje.

— Zapiszę się w kolejkę, jak pozbędę się wstrętu do igieł — zaśmiałem się.

— Średnio czeka się u mnie półtora roku — powiedział sucho, na co spojrzałem na niego z uznaniem.

— Niechętnie przyznam, że jestem pod wrażeniem. Ale dalej wolę poczekać dłużej. Myślę, że nawet za te półtora roku odpłynąłbym ci na fotelu — zaśmiałem się i spojrzałem na majaczący w oddali domek. — O ile przeżyję spotkanie z Kasią.

— Wiesz, w tych lasach łatwo się zgubić. Jakby cię zabiła, to porzucimy zwłoki tak, żeby nikt ich nie znalazł — powiedział luźno, patrząc na mnie z ironicznym uśmiechem.

— Dzięki, od razu mi lepiej — odparłem sarkastycznie.

Niedługo potem wjechaliśmy na posesję i grono ludzi otoczyło samochód. Ledwo zdążyliśmy wysiąść a już dostałem w twarz od Kasi, po czym przytuliła się do mnie i wybuchła płaczem. Ku mojemu zdziwieniu, mój wybawca nie pisnął ani słówkiem o stanie w jakim mnie znalazł. Gdy tylko udało mi się trochę uspokoić przyjaciółkę, poszliśmy do domku, zostałem porządnie nakarmiony, a później usiadłem z nią na uboczu, rozmawiając długo. Opowiedziała mi wreszcie o swoim nowym chłopaku, który co prawda nadal nie był tym oficjalnym, ale chyba niedługo miał jednak nim zostać. Ja usilnie powstrzy-mywałem się od dopytywania się o Oliwiera, bo jeśli do tej pory nie słyszałem żadnych plotek, to chciałem żeby tak zostało. Na wszelki wypadek. Jedyne, czego mimochodem się dowiedziałem, to że nie pił alkoholu i przyjaźnił się z właścicielem domku, Kamilem. Ja zaś starałem się nie przedstawiać za bardzo przebiegu mojej małej wycieczki, by nie denerwować Kasi bardziej niż potrzeba. Na szczęście odpuściła szybko ten temat, więc przed nami wciąż było kilka dni odpoczynku.

Wieczór zapadł bardzo szybko. W sumie nie mogłem się dziwić, bo mój powrót sam w sobie był już późnym popołudniem. Ludzie na odreagowanie zaczynali robić drinki, otwierać kolejne piwa, a z czasem znów rozkręciła się impreza z tańcami, choć na mniejszą skalę niż poprzedniego wieczora, gdyż część osób rozjechała w różnych kierunkach na majówkowe wypady. Tym razem miałem nieco więcej siły po porządnym posiłku i przetańczyłem z Kaśką cały wieczór, niemal do rana. Cały ten czas czułem na sobie baczne spojrzenie nikogo innego, jak Oliwiera, ale starałem się to ignorować. Tym razem siedział ze wszystkimi, trochę tańczył, trochę rozmawiał z ludźmi, ale faktycznie zdawało mi się, że alkoholu nie dotknął.

Miałem ogólnie wrażenie, że dalej coś do mnie miał, chociaż nie byłem pewny, o co mogło mu chodzić. Aż do końca wyjazdu nie zamieniłem z nim ani słowa i krążyliśmy wokół siebie jak satelity. Niby blisko, niby obserwowaliśmy się wzajemnie, ale jednak orbita nie pozwalała nam się zbliżyć. Aż w końcu raz, już po majówce, zapytałem Kasię o to, jak dobrze go znała, na co wspomniała tylko, że zna go na tyle dobrze, na ile dobrze można było znać Oliwiera, bo nie należał do ludzi mocno dzielących się swoim życiem prywatnym. Za to przez ostatnie dwa lata, kiedy ja siedziałem w Anglii, zbliżyli się na tyle, że wychodzili razem na drinka, rozmawiali o różnych pierdołach i czasem mu się zwierzała. Przez moment pomyślałem, że to dziwne, że nie słyszałem od niej ani słowa o nim przez cały ten czas, ale jeśli nie lubił się dzielić swoim życiem prywatnym, mogła zwyczajnie nie chcieć nic przekazywać.

Rozdział 4

Po majówce zrobiłem badania i faktycznie okazało się, że miałem cukrzycę. Zakląłem pod nosem, ale z tym przynajmniej dało się żyć. No i chyba jednak wykryłem to w porę, bo jeszcze nie doszedłem do etapu, w którym potrze-bowałbym pompy insulinowej i stałego noszenia przy sobie insuliny i cukrów. Na szczęście, nie miałem czasu, by za dużo myśleć ani o badaniach, ani o Oliwierze. W pracy od razu miałem porządny młyn i termin goniący za terminem, a dodatkowo projekt dla Kasi robiony po godzinach dawał mi idealną wymówkę na zajęcie czymś głowy. Wiedziałem, że powinienem też zaktualizować swoje portfolio, więc w międzyczasie planowałem również prywatny projekt na boku, chociaż nie miałem pojęcia, gdzie mógłbym go wcisnąć. Mimo kilku lat spędzonych w branży, dalej ciężko mi się było przyzwyczaić do tego pędu. Terminy goniące terminy, oddania, rewizje i spot-kania z klientami… Znów każdy kolejny tydzień zrobił się podobny do poprze-dniego. Moje życie składało się z pracy, spędzania czasu z Kasią, siłowni i snu. Przynajmniej patrząc w lustro zaczynałem widzieć jakieś efekty, ale nie miało to za dużego znaczenia. Czułem, że wpadłem w rutynę i zaczęło mi to doskwierać już w okolicach lipca.

Kolejną rzeczą na mojej liście było pójście do fryzjera, bo to, co w maju było gęstą przydługą czupryną, zamieniło się w coś między garnkiem, a burzą dziwnie poskręcanych nie do końca loków. Nawet Kasia zaczęła mi powtarzać, że powinienem coś z tym zrobić, więc pozwoliłem jej zapisać mnie do fryzjera, bo twierdziła, że znała sprawdzone miejsce, gdzie na pewno byłbym zadowolony z usług.

Rzeczywiście, salon, do którego mnie zapisała wyglądał dość fancy. Było widać, że nie było to pierwsze lepsze miejsce, do którego wchodziło się na szybko z ulicy. Wystrój był ładny, prosty, wręcz minimalistyczny, ale zrobiony z klasą. Przy dwóch stanowiskach dwie dziewczyny pracowały nad klientami, a w recepcji siedziała kolejna kobieta, witając mnie z ogromnym uśmiechem.

— Dzień dobry. Pan na czternastą, prawda? — zapytała uprzejmie, na co skinąłem głową.

— Dzień dobry. Dokładnie tak — potwierdziłem krótko, odwzajemniając uśmiech.

— Proszę usiąść na wolnym fotelu. Stylista zaraz podejdzie. — Wskazała ręką stanowisko blisko okna. — Podać coś do picia? Kawy, herbaty, wody…?

— Poprosiłbym wody, jeśli można. Ten upał daje się we znaki — odpowiedziałem grzecznie i udałem się w stronę wskazanego fotela.

Niedługo później siedziałem już ze szklanką wody, która po spacerze przez miasto w letnim upale działała cuda. Rozglądając się dyskretnie dookoła, czekałem na pojawienie się fryzjera. To, czego się nie spodziewałem, to Oliwier wychodzący z zaplecza i podchodzący do mojego stanowiska. Sądząc po jego minie, on też się mnie tam nie spodziewał.

— Myślałem, że zajmujesz się tatuażem — rzuciłem na początek, ale wzruszył ramionami.

— Zajmuję się głównie tatuażem. Tutaj też czasem pracuję — wyjaśnił pokrótce. — Jesteś tu przypadkiem, czy…?

— Kasia mnie umówiła. Stwierdziła, że zna sprawdzone miejsce. — Uśmiechnąłem się półgębkiem, co szybko odwzajemnił.

— No dobra, to słucham. Co dziś robimy? — Zmierzył moją fryzurę oceniającym spojrzeniem, aż miałem ochotę skurczyć się w sobie.

— Nie mam konkretnej wizji. Chciałbym po prostu nie wyglądać jak menel — zażartowałem sucho.

— Wiem, że jestem cudotwórcą, ale chyba nie aż takim — odparł z pełną powagą na twarzy.

— No dzięki, Oliwier. Wiedziałem, że u ciebie mogę liczyć na dobre słowo — zaśmiałem się, co chyba uspokoiło zaalarmowane fryzjerki obok. Formalnie nie powinien pozwalać sobie na takie rozmowy z klientami.

— Dobra, ile masz czasu? — zapytał i stanął tuż obok, patrząc na mnie w zamyśleniu, delikatnie przeczesując mi pojedyncze pasma włosów.

— Tyle, ile będziesz potrzebował. Rób, co chcesz — odpowiedziałem z pełnym przekonaniem.

— Dobra, to ciemne czy z lekkim kolorem? — Spojrzał na mnie pytająco.

— Może być jakiś kolor, ale nic ciemnego. Miałem już kiedyś i nie czułem się z tym dobrze — przyznałem.

— Pasowałby ci jakiś ciemniejszy odcień, ale w takim razie zaszalejemy w inną stronę — zdecydował i wyglądało na to, że miał już jakiś w miarę kon-kretny plan.

— Nie mówię, że mi nie pasował. Po prostu nie mogłem się przyzwyczaić. Nie czuję się dobrze w ciemnych włosach — odpowiedziałem, próbując jakoś podtrzymać rozmowę.

— Okej. Mam na ciebie pomysł, artysto. — Mrugnął do mnie, patrząc na mnie w odbiciu lustra. — Zaczniemy od cięcia, kolorem podkreślimy, co trzeba. Jak mniemam, nie zależy ci na tej długości?

— Zdecydowanie nie. Z jakiegoś powodu ci ufam. Do your magic1 — rzuciłem wesoło i widziałem, jak obie jego brwi wędrują ze zdziwienia do góry, ale nie skomentował mojej wypowiedzi, tylko wziął się za pracę.

Przez cały mój, ponad dwugodzinny pobyt w salonie, zamieniłem z nim potem może ze dwa czy trzy zdania, ale musiałem przyznać, że robotę wykonał doskonałą. Boki miałem starannie wygolone na krótko z lekkim wzorkiem blisko linii włosów, a góra była obcięta tak, że nawet bez większego wysiłku, powinienem był być w stanie ją jakoś sensownie ułożyć. Do tego rozjaśnił mi i wychłodził odcień po całości, więc mój ciemny blond przeszedł w niemal biały, a to wszystko dopełnił delikatnymi kolorowymi i ciemniejszymi pasem-kami, co dawało efekt wow. Musiałem przyznać, że byłem zachwycony.

Na koniec, gdy już zapłaciłem i zbierałem się do wyjścia, podszedł i wcisnął mi do ręki kawałek papieru.

— Masz mój numer. Pracuję tu dość nieregularnie, więc jak będziesz potrzebował odświeżenia albo jakiejś pomocy z tym, to dzwoń bezpośrednio do mnie. Tak będzie szybciej — poinstruował mnie.

— Jasne, dzięki wielkie. — Schowałem kartkę do kieszeni. — Muszę przyznać, że jestem zachwycony. Świetna robota.

— No ba! W końcu moja! — zaśmiał się i chyba już odruchowo poprawił mi kilka pasm. — Naprawdę ci to pasuje.

— Dzięki jeszcze raz. — Uśmiechnąłem się do niego, starając się nie dać po sobie poznać, że jego wzrok, ton głosu i gest sprawiły, że poczułem się speszony. — Lecę. Do zobaczenia.

— Kaśka ma niedługo urodziny. Będziesz tam, jak mniemam? — Spojrzał jeszcze pytająco, na co pokiwałem głową.

— Tej imprezy by mi nie odpuściła. — Przewróciłem oczami. — Już zostałem mianowany nadwornym niewolnikiem od sprzątania, gotowania i dmuchania balonów.

— And here I thought you prefered to blow something else1— powiedział zgryźliwie, unosząc jedną brew.

— Yeah, you2 — odpowiedziałem płasko i nie dając mu czasu na reakcję, wyszedłem.

Najpierw pomyślałem, że mogłem ugryźć się w język, ale ostatecznie doszedłem do wniosku, że byłem całkiem zadowolony z mojej małej riposty. Po ponad dwóch miesiącach niewidzenia go, miałem wrażenie, że mimo wszystko nasze stosunki się trochę ociepliły i nie reagował na mnie alergią bez powodu, co z jakiegoś powodu poprawiło mi humor. Uśmiechnąłem się sam do siebie i nie zwracając uwagi na ludzi dookoła, cyknąłem sobie na szybko kilka selfie i wysłałem je do przyjaciółki oraz do mamy. Jedno z nich spodobało mi się na tyle, że postanowiłem zaktualizować swoje media społecznościowe i musiałem przyznać, że odzew był błyskawiczny i bardzo pozytywny. Szczególnie zado-wolona z siebie była Kasia, że wpadła na pomysł umówienia mnie akurat do niego.

Gdy wróciłem myślami do Oliwiera, uśmiechnąłem się pod nosem. Dobrze dziś wyglądał. Miał na sobie sportową koszulkę bez rękawów z mocno wyciętymi bokami i kapturem, która dokładnie eksponowała jego tatuaże i umięśnione ramiona. Do tego proste, przylegające jeansy. Włosy miał na wpół rozpuszczone, choć boki, tuż nad wygoloną częścią, zebrane były w cienkie warkocze robione tuż przy skórze, które były splecione ze sobą z tyłu w jeden nieco grubszy warkocz, co trzymało jego włosy w miarę ułożone, tak aby nie leciały mu niepotrzebnie do przodu i nie utrudniały pracy. Miałem też wrażenie, że miał nieco inny odcień niż ostatnio, choć dalej był blondynem. Musiałem przyznać, że wiedział, jak zrobić swoim wyglądem wrażenie. Był przystojny i umiał to podkreślić, a fakt, że zacząłem to zauważać oznaczał tylko, że czas najwyższy było zacząć sobie kogoś szukać, zanim moja frustracja osiągnie szczyt, chociaż w gruncie rzeczy z jakiegoś powodu nie spieszyło mi się do randkowania.

W międzyczasie powtórzyłem badania krwi, żeby sprawdzić, czy choć trochę unormowałem od majówki sytuację. To, co mnie jednak zmartwiło, to delikatne odchyły od normy w erytrocytach i limfocytach. Na wszelki wypadek do poziomów cukru i insuliny zrobiłem profilaktycznie morfologię i plułem sobie w brodę, że się na to zdecydowałem. Z jednej strony odchyły były naprawdę niewielkie, a po przebytym leczeniu poziomy wciąż mogły nie być w stu procentach unormowane, ale każda, nawet najmniejsza zmiana paraliżowała mnie strachem. Nie miałbym drugi raz siły na to, żeby przechodzić przez nowotwór. Postanowiłem jednak się na tym jeszcze nie skupiać i powtórzyć badania za kolejnych kilka tygodni. Jeśli się pogorszy, umówię się do lekarza, a jeśli nie, będę po prostu dużo spokojniejszy.

Rozdział 5

Ostatecznie, już tydzień później od rana siedziałem u Kaśki szykując z nią imprezę. Razem ogarnęliśmy przestrzeń i podczas gdy ona robiła się na bóstwo, ja kończyłem przygotowywać jedzenie, zarówno na ciepło, jak i mniej-sze przekąski. Tort stał już gotowy w lodówce, bo zabrałem się za niego poprzedniego wieczora. Niestety, zanim Kasia zdążyła skończyć się szykować, dostałem błagalny telefon z biura. Nie była zadowolona z tego faktu, ale skoro byłem u niej autem z powodu ogromnej ilości porannych zakupów, to łaskawie pozwoliła mi skoczyć tam na godzinkę, żeby puścić update do projektu. Uroki pracy przy reklamach. Klienci potrafili naprawdę na ostatnią chwilę wrzucić poprawki i wtedy zaczynał się cały cyrk.

W drzwiach minąłem się jeszcze z jej nowym chłopakiem, z którym przywitałem się szybko i obiecałem, że pogadamy później. Jak na mój gust, coś z nim było nie tak. Mój gej radar przy nim szalał, ale moja przyjaciółka wzruszyła na to ramionami i stwierdziła, że był biseksualny, co jej kompletnie nie przeszkadzało. Nie chciałem więc się wcinać, jeśli była zakochana i twierdziła, że wiedziała, co robi. Zawsze i tak lepszy był jej ten nowy chłopak niż, chyba jeszcze wciąż nie do końca, poprzedni. Ten przynajmniej był przy niej i starał się dla niej, a to stawiało go już w miarę wysoko na liście. Liczyłem, że nie złamie jej serca. To było jedyne, czego od niego tak naprawdę oczekiwałem, jako jej przyjaciel. Chociaż w gruncie rzeczy, znając moją przyjaciółkę i jej charakter, wiedziałem, że bardziej prawdopodobne byłoby to, że to ona złamie jego serce. Była kochana i dbała o bliskich, ale jednocześnie potrafiła być uparta, drażliwa i despotyczna, a nie każdy potrafił to znieść na dłuższą metę. Na razie jednak zachowywała się przy swoim nowym chłopaku wzorowo i mogłem mieć tylko nadzieję, że zostanie tak jak najdłużej.

Niestety okazało się, że w biurze było trochę więcej do zrobienia, niż sugerowali mi przez telefon. Byłem jednak z Kasią w stałym kontakcie i na bieżąco informowałem ją o postępach, aby nie była na mnie nadmiernie zła. W końcu akceptację wprowadzonych poprawek uzyskałem około godziny dwudziestej pierwszej, więc szybko je opublikowałem w systemie, aby dział lightu mógł brać się za oświetlenie sceny oraz rendery, po czym żegnając się krótko ze wszystkimi i życząc powodzenia w dalszej pracy, wybiegłem z biura, aby móc wrócić do mieszkania przyjaciółki. Ku mojemu zaskoczeniu, gdy tylko tam dotarłem i wszedłem do środka, wpadłem na bardzo zmartwioną Kasię. Spojrzała na mnie błagalnie i przepraszającym tonem zaczęła:

— Benny, błagam cię, pomóż mi. — Spojrzała nerwowo w stronę balkonu. — Oli siedzi na balkonie. Nawet nie wiem, kiedy się tak upił. Dałbyś radę odwieźć go do domu?

— Oliwier się upił? — Ściągnąłem brwi. — Mówiłaś, że on nie pije.

— No właśnie! — wykrzyknęła szeptem, starając się stłumić głos. — Nie chce mi nic powiedzieć, jak zawsze zresztą, ale uchlał się na dobre.

— Dobra, idę po niego — westchnąłem zrezygnowany i wszedłem na balkon, witając się po drodze z ludźmi. — Oliwier?

— Oliwier Kru—kruszyński — wyseplenił. — Miło mi!

— Dobra, Kruszynko, my już się znamy — rzuciłem, w nawiązaniu do jego nazwiska, czekając na jakąś reakcję. Przez chwilę patrzył na mnie bez wyrazu, a potem wydawał się skupić na mnie mocniej.

— Tak! Ben! — wykrzyknął, wyraźnie uradowany.

— Dokładnie. Chodź, napijesz się trochę wody i odwiozę cię do domu, co? — zacząłem delikatnie.

— Zabawa dopiero się zaczęła — odpowiedział marudnym tonem.

— Jakbyś tyle nie pił, to trwałaby dalej. Podobno w ogóle nie pijesz, a tu proszę — odparłem spokojnie.

— Plotki i pomówienia. — Pomachał lekceważąco ręką. — Ponoć nie znasz plotek na mój temat.

— O proszę, to jednak coś pamiętasz i kojarzysz — zaśmiałem się. — To nie jest plotka. Nic poza tym nie wiem. No, chodź Kruszynko, woda i do domu. Zawiozę cię.

— Nie chcę dzisiaj sam siedzieć, wolę tu — zamarudził, ale widząc, że nie dam się przekonać, westchnął i wstał. — No dobra.

— Chodź, chodź. Będzie dobrze. — Uśmiechnąłem się do niego. — Zorganizuję ci picie i coś na drogę. Zgarnij swoje rzeczy, okej?

— Uhm — mruknął potakująco.

Nie czekając na niego, wszedłem do środka i zgarnąłem najpierw małą butelkę wody, którą Kaśka kupowała w ilościach hurtowych i na wszelki wypadek plastikową reklamówkę, gdyby przypadkiem w drodze mojemu pasażerowi zebrało się na wymioty. Nalałem do szklanki wody z lodówki i wróciłem do pokoju, wyszukując go wzrokiem. Rozmawiał z właścicielką mieszkania i wyglądał na mocno skruszonego. Podszedłem do nich, bez słowa wręczając mu picie. Moja przyjaciółka podziękowała mi szybko, kazała mu się pilnować i poszła do kolejnych gości, a Oliwier niechętnie przyjął ode mnie szklankę i zaczął pić bez słowa sprzeciwu. Wyglądał na nieco bardziej otrzeźwiałego, niż jeszcze chwilę temu. Kasia działała tak na ludzi. Szczególnie, gdy była zła, a wyglądało na to, że zdążyła go opieprzyć za stan, w jakim się znalazł. Dzięki temu bez szemrania zgarnął swoją torbę i po chwili spojrzał na mnie markotnie, dając mi niemy znak, że był gotowy do drogi. Jak się okazało, mieszkał po drugiej stronie Wisły, ale dojazd był na tyle dogodny, że już po niespełna dwudziestu minutach staliśmy pod jego blokiem.

— Mieszkasz z kimś? Dasz sobie radę? — zapytałem, przyglądając mu się bacznie. Nie wyglądał najlepiej.

— Nie, mieszkam sam, ale dam radę — wymamrotał i zaraz potem zaklął pod nosem.

— No, co jest? — zapytałem, widząc, że usilnie o czymś myślał.

— Chyba przekoczuję na klatce — rzucił cicho.

— Czemu? Nie masz kluczy? Mamy wrócić do Kasi po coś? — zagaiłem, starając się nie brzmieć na zirytowanego.

— Mam, ale mieszkam na trzecim piętrze, a winda się rano zepsuła. Nie widzę tego — powiedział markotnie, mierząc budynek niechętnym spoj-rzeniem.

— Chodź, Kruszynko, pomogę ci — westchnąłem i zacząłem wysiadać. — Razem się jakoś doczłapiemy.

— Dzięki, ale… — tu urwał i zrezygnował chyba z dalszego oponowania. Lepiej było spędzić noc we własnym łóżku, niż na klatce schodowej.

Trzecie piętro nie było może jakimś Mount Everestem, ale przy mojej cukrzycy, braku kolacji oraz jego stanie upojenia, okazało się to nie lada wyzwaniem. Ostatecznie jednak, krok po kroku i z kilkoma przystankami, doczłapaliśmy się pod jego drzwi. Po ich otwarciu, praktycznie wtoczyliśmy się do środka ciemnego mieszkania, a następnie do wskazanego przez niego pokoju.

— Sorry za syf — wymamrotał, chociaż wcale nie powiedziałbym, że miał w pokoju bałagan.

— Nie szkodzi. Potrzebujesz czegoś? — zapytałem spokojnie, przysiadając na brzegu kanapy, na którą przed chwilą rzucił się z impetem.

— Nie, jest ok — wymamrotał w poduszkę i dopiero po chwili obrócił się na bok, wzdychając głośno.

— Na pewno? Nie wyglądasz najlepiej. — Nie chciałem naciskać, ale taki już miałem charakter, że martwiłem się o wszystkich znajomych.

— Wiem. Nie lubię dotykać alkoholu — mruknął. — Jutro będę umierał, ale na trzeźwo bym dziś nie wytrzymał.

— Rozumiem, że coś się stało — zagaiłem, starając się nie brzmieć zbyt nachalnie. Patrzył na mnie przez chwilę bez słowa, po czym przymknął oczy i zaraz otworzył je, patrząc w bok.

— Fuck, nie mogę zamykać oczu, bo helikopter w mojej głowie startuje — odpowiedział najpierw, ale potem dodał. — Widziałem dzisiaj Nicka. Próbował zagadać, jak mnie zobaczył, ale spanikowałem i uciekłem.

— Nie mam pojęcia, kim on jest, ale jeśli tak na ciebie działa, to zdecydowanie lepiej go unikać — odpowiedziałem, nie bardzo wiedząc, co innego mógłbym powiedzieć.

— Nick to tak jakby mój były. Na szczęście jesteś do niego podobny tylko z wyglądu — rzucił kwaśno. Później zawahał się chwilę, wziął mnie za rękę, a następnie, czego się kompletnie nie spodziewałem, położył ją na swojej szyi.

— Co ty robisz? — wydukałem i w pierwszym odruchu chciałem cofnąć dłoń, ale wyczułem pod palcami delikatne zgrubienie. Mimo, że siedziałem stosunkowo blisko, dopiero teraz mu się tak naprawdę przyjrzałem, dostrzegając na jego szyi sporą, bruzdowatą bliznę. — Co się stało?

— Pamiątka mojej głupoty — zaśmiał się gorzko. — Próbowałem się przez niego powiesić. Niefortunnie, blizna zostanie do końca życia, ale jak tylko zacząłem terapię, to przykryłem ją tatuażem. Znajomy postarał się, żeby nie rzucała się w oczy. Inaczej bym chyba nie wytrzymał.

— Oliwier… Nie będę naciskał, ale jeśli chcesz to z siebie wyrzucić, to nie będę cię oceniał — powiedziałem cicho i zjechałem ręką na jego ramię, gładząc je delikatnie.

— Jasne — zaszydził.

— Mówiłem ci już, że nie lubię się bawić w Boga — przypomniałem mu.

— Racja… Dobra, zrzucę to na karb upojenia — rzucił i po chwili konty-nuował. — Mówił, że nie był jeszcze wyoutowany. Spotykaliśmy się trochę jakby w ukryciu, ale chciałem poczekać i dać mu czas. Potrafił być stanowczy i konkretny, ale tak uroczo nieporadny, gdy przychodziło, co do czego, że szok. Nigdy nie byłem bardzo towarzyski, a do ludzi wciąż podchodzę z rezerwą, dlatego też z początku nie traktowałem tego poważnie. Z czasem coraz bardziej zaczęło mi na nim zależeć. Zakochiwałem się w nim. Trwało to prawie rok. Spędzaliśmy razem całkiem sporo czasu, chociaż bywały też przerwy. Te jego śliczne szare oczy i cholerne dołeczki, które miały mnie w garści, jak się uśmiechał. Też masz takie dołeczki. Czasem ciężko mi się na ciebie przez to patrzy.

— Nie musimy się widywać — zauważyłem cicho. Nie chciałem czuć się ze sobą źle przez to, że tak bardzo mu kogoś przypominałem.