Rodzinna wendeta - Tomasz Biedrzycki - ebook
lub
Opis

Tajemnicze, brutalne zabójstwo. Młoda policjantka Jolanta Torwicka zostaje rzucona w wir śledztwa przez szowinistycznego szefa, nietrawiącego kobiet w mundurze. Mimo wszystkich przeciwności, dziewczyna radzi sobie całkiem nieźle. Gdy intryga nabiera kolorów, okazuje się, że gra toczy się nie tylko o rozwikłanie okoliczności morderstwa, ale również o stanowisko jej szefa...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 176


Tomasz Biedrzycki

Rodzinna wendeta

Saga

Rodzinna wendetaCopyright © 2015, 2019 Tomasz Biedrzycki i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726195637

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

PROLOG

Nad brzegiem rzeki, porośniętym olchowymi krzakami, powoli zapadał zmierzch. W leniwie płynącej wodzie odbijał się przepiękny zachód słońca. Złociste barwy stopniowo ciemniały, w miarę, jak upływał czas. Gdzieś w oddali rozległ się szelest. Wąską ścieżką, nad brzegową skarpą, ktoś biegł. Pomiędzy krzewami, raz po raz migała blond fryzura biegaczki. Zbliżała się szybko. Wydawało się, że biegnie niemal nie dotykając podłoża. Jej lekkie buty sportowe tylko muskały piasek. Nagle zobaczyła jakiś ciemny kształt leżący w poprzek drogi. Zatrzymała się w ostatniej chwili, nie chcąc ryzykować skoku. Początkowo wydawało się, że to worek śmieci. W promieniach zachodzącego słońca dostrzegła ludzką dłoń wystającą spod spodu. Widniały na niej ciemne zacieki zaschniętej krwi. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, co leży przed nią. Zaczęła krzyczeć. Głośno, nieprzytomnie, po czym odwróciła się i uciekła...

Światła radiowozów rozświetlały mrok. Dookoła uwijało się kilkunastu policjantów, pracowicie przeczesując teren. Przy leżącym w poprzek drogi ciele klęczało dwóch śledczych. Metodycznie, bez pośpiechu zbierali materiały, nie zwracając uwagi na zmasakrowane ciało. Ciche pokrzykiwania zakłócały ciszę, panującą w tym miejscu. Wdarł się w nią dźwięk silnika niewielkiego, osobowego auta. Pojazd zatrzymał się przy najbliższym radiowozie. Trzasnęły drzwi kierowcy. Dopiero wtedy, jeden ze śledczych westchnąwszy głęboko, wyprostował się, dając ulgę plecom. Ukradkiem spojrzał na nadchodzącą, drobną kobietę, w gustownym kostiumie.

- Idzie "nadzieja" komendy – ironicznym tonem poinformował kolegę. Ten uśmiechnął się krzywo, i spojrzał na nowo przybyłą.

- Tak. Bardzo dobrze, że trafiło na nią. Takiej jatki dawno nie widziałem.- Stanął wyprostowany obok kolegi i machnął dłonią w geście powitania.

- Zrzyga się po pierwszych dziesięciu minutach. Stawiam stówę.. - złośliwym tonem mruknął.

- Zakład stoi – odpowiedział śledczy i przywitał się wylewnie z kobietą.

- Starsza aspirant Jolanta Torwicka – odezwała się krótko ostrzyżona detektyw. Jej młoda twarz wyglądała jak wykuta z marmuru. Regularne rysy niknęły w półmroku. Oczy błyszczały, spoglądając na leżące z tyłu ciało. Pierwsza, samodzielna sprawa!.

- Adam Kownacki – odezwał się jeden ze śledczych

- Grzegorz Haruń – zawtórował jak echo jego towarzysz.

Kobieta była świadoma lekko kpiących spojrzeń obu mężczyzn. Byli grubo po czterdziestce i na policyjnym fachu zjedli zęby. Stwierdziła, że nie da się traktować, jak rekruta ze szkoły.

- Co tu mamy? Szef powiedział, że wszystkiego dowiem się na miejscu...- słuchając jej pytania, Adam pokiwał głową i ukląkł przy zwłokach, zakrytych czarnym workiem. Nagłym ruchem odsłonił ciało, spoglądając uważnie na kobietę. Ku jego zdumieniu, postąpiła odważnie krok naprzód. Zlustrowała leżącego. Kucnęła. Spojrzawszy na ciało, zapytała spokojnym głosem.

- Przyczyna śmierci?

- Tutaj- drugi śledczy odchylił zesztywniałe ciało, ukazując pojedyncze, czyste cięcie wzdłuż mostka. W migającym świetle widać było odkryte serce denata. Kobieta pobladła.

- Zaraz będzie tu karawan. Zabieramy go do zakładu medycyny sądowej...- w tym momencie Adam przerwał, zdając sobie sprawę, że przekroczył swoje uprawnienia. Źle ocenili dziewczynę od samego początku, gdy pojawiła się na komendzie.

-...oczywiście, za pani zezwoleniem – dodał, widząc jak Torwicka wstaje. Kobieta skinęła oschle głową i dodała zimnym głosem.

- Znakomicie, w takim razie dostarczy mi pan komplet danych dotyczących denata. Dla takiego wygi to z pewnością żaden problem...- dodała złośliwie.

- Co jeszcze znaleźliście przy nim?- w odpowiedzi na jej pytanie, jednocześnie wzruszyli ramionami.

- Zapalniczka, paczka otwartych papierosów. Żadnych dokumentów, nic. Brunet. Wiek czterdzieści, czterdzieści pięć lat –wyrecytował Kownacki.

- Dobrze – łaskawszym tonem dodała kobieta – zgodnie z poleceniem szefa, przejmuję prowadzenie tej sprawy. Poproszę raport z miejsca zbrodni wraz ze wszystkimi zdjęciami oraz z raportem patologa. Tylko ze względu na to, że to moja pierwsza tak poważna sprawa, jesteście przydzieleni mi do pomocy. Chciałabym, żeby to było jasne. Jako wsparcie! – zaakcentowała Torwicka. Odwróciła się na pięcie i powoli, krok za krokiem odeszła w stronę samochodu. Kownacki spoglądał za nią przez chwilę. Powiódł wzrokiem po szczupłych biodrach pani aspirant. Zdecydowanie nie była w jego typie. Westchnął głęboko i wyciągnął z portfela sto złotych. Bez słowa podał ją Grzegorzowi. Obaj pochylili się nad ciałem...

W kostnicy panowała niska temperatura. Mimo kurtki, Torwicka czuła przenikliwy chłód. Szła wzdłuż stalowego regału. Już z daleka widziała szeroką sylwetkę Adama Kownackiego. Stał przy stole zabiegowym i rozmawiał z patologiem. Częściowo zasłaniali przeraźliwie blade ciało zamordowanego. Zacisnęła usta i podeszła do rozmawiających. Gdy patolog odwrócił się w jej stronę, zafascynowana wpatrywała się w pergaminową skórę lekarza. Dochodził już do sześćdziesiątki i niewiele różnił się widokiem od pensjonariuszy tego przybytku. Skrzecząc niczym kruk, przywitał policjantkę.

- Witam pani aspirant, witam. Nie mogliśmy się pani doczekać – zachichotał pod nosem. Przewrócił oczyma, starając się otaksować jej sylwetkę po czym wychrypiał.

- Mamy tu do czynienia z cięciem piłą mechaniczną. Wzdłuż mostka.- Stanął przy nogach zabitego i wskazał na sine podbiegnięcia za kostkami znaczone ranami.

- Ktoś go skrępował. Podobne ślady znaleźliśmy na nadgarstkach. Został otwarty na żywca. Nigdy czegoś takiego nie widziałem...- w głosie patolga brzmiała nie skrywana, chorobliwa fascynacja. Kownacki z niepokojem poruszył się, patrząc na staruszka. Wymienił porozumiewawcze spojrzenia z Torwicką.

- Czas zgonu?- po kilku minutach dramatycznej ciszy zapytał policjant.

- Szesnasta do osiemnastej wczoraj – głos patologa na powrót stał się bezosobowy – nie znaleźliśmy ani litra krwi, która z niego wyciekła, zatem ktoś go przywiózł w te krzaki. Dłonie zadbane, ciało wysportowane. Być może biznesmen...- zamilkł. We trójkę wpatrywali się w ciało, jak gdyby oczekiwali od lekarza odpowiedzi.

- Gdyby nie ta masakra – odezwał się Kownacki – byłbym w stanie przyjąć, że to był rabunek. Ale jaki złodziej rozcina swej ofierze klatkę piersiową?- zawiesił głos, stawiając pytanie. Torwicka podjęła wyzwanie.

- To nie był złodziej – odpowiedziała z dużą dozą pewności siebie – nie znaleźliście co prawda nic z jego rzeczy, ale to o niczym nie świadczy. Został zabity gdzie indziej. Może to psychopata?- Nie dotykając ciała, obejrzała z bliska rany na nadgarstkach. Dojrzała krwawe wgłębienia.

- Musiał się szarpać. Ktoś specjalnie zadawał mu ból – mruknęła. Spojrzała na patologa z uwagą i zapytała.

- Znaleźliście coś jeszcze?.

- Nic, poza tym, że śmierć nastąpiła właśnie z powodu wykrwawienia...

ROZDZIAŁ I

Zza drzwi dobiegał szum podniesionych rozmów. Krzyki raz po raz zakłócały spokój. Nawet zegar, wiszący nad drzwiami, tykał głośno, niczym dzięcioł wystukujący dziobem rytm. Cztery biurka stojące w obskurnym pomieszczeniu były puste. Ostatnie, stojące przy zatrzaśniętym, odrapanym oknie było zapełnione papierami. Pomiędzy nimi tkwiła drobna sylwetka aspirant Torwickiej. Trzymała się za głowę. Zamknęła oczy. Te hałasy szarpały jej nerwy. Jak miała się skupić na pracy? Gdzie te "wystarczające warunki", o których tyle słyszała w szkole policyjnej?. "Prymuska może liczyć na dobry przydział". Oto i te lepsze warunki. Hałas jak na dworcu kolejowym, zagrzybione pomieszczenie dzielone z czterema szowinistami. Miała nieodparte wrażenie, że komendant zrobił to specjalnie. Te jego serdeczne wypowiedzi na jej temat, chwalenie każdego, nawet najmniejszego osiągnięcia.... Perfidną grę przełożonego odczuwała również w wypłacie. Kwoty pensji były nieoficjalnie znane, powoli stawała się więc najbardziej znienawidzoną osobą na komendzie. Znakomity sposób by usunąć jedyną kobietę z dochodzeniówki. Jak mogła się bronić?. Jeszcze ta sprawa. Odczuwała wewnętrzną dumę. Pierwsza poważna rzecz. Morderstwo. Bez żadnych śladów, poszlak. Sądziła jednak, że będzie miała choć trochę czasu, aby się z nią zapoznać. Niestety, w szufladzie czekały dwie kolejne. W tym kradzież samochodu burmistrza, dodana chyba przez czystą złośliwość, jako gwóźdź do trumny. Pokątnymi kanałami dowiedziała się, że włodarz miasta jest dobrym kolegą komendanta. Codzienne meldunki na temat postępów odnośnie kradzieży sprawiały, że wyjaśnienie zabójstwa odwlekało się coraz bardziej.

Nagły dźwięk telefonu stojącego na biurku sprawił, że aż podskoczyła. Stare krzesło zatrzeszczało niebezpiecznie. Chwyciła słuchawkę i warknęła.

- Czego?- jakby tego wszystkiego było mało, zbliżały się "te" dni. W taki czas nic ani nikt nie był bezpieczny przed złością aspirant Jolanty Torwickiej.

- Witam pani Jolu – wesoły głos Kownackiego odebrała jako zaczepkę. Policzki jej poczerwieniały gdy fuknęła.

- Wie pan co, nie mam czasu na pierdoły, ja tutaj pracuję – wyrzuciła z siebie najgorszą złość. W słuchawce przez dłuższą chwilę panowała cisza, po czym Kownacki westchnął i odezwał się spokojnie.

- Dzwonię w sprawie tego zabójstwa.- Na dźwięk tych słów Torwicka natychmiast zapomniała o złości i atmosferze w pracy. Mocniej przycisnęła słuchawkę do ucha.

- Ofiara to lekarz ze szpitala miejskiego. Rodzina właśnie go zidentyfikowała...Tadeusz Warecki...- Kownacki na chwilę przerwał, jakby czytał z kartki. Kobieta odetchnęła głęboko. Wreszcie jakaś pozytywna wiadomość tego dnia. Uderzyła w klawisze starej klawiatury. Czekała chwilę na restart systemu z hibernacji. Wpisała nazwisko lekarza. Na pierwszym miejscu wyszukiwania wyskoczyła obsada szpitala miejskiego. Z umieszczonego tam zdjęcia spoglądała łagodna twarz mężczyzny.

-...wstępnie przesłuchałem matkę – zaczął dalej mówić Kownacki – umówiłem jego żonę na wizytę u pani za dwie godziny. I teraz prawdziwa bomba. To daleka rodzina sędziego Gawrowskiego. Już miałem stamtąd telefon. Musimy się przyłożyć do tej sprawy.

- Dziękuję panie Adamie...- wykrztusiła. Chwilę rozmawiali o technicznej stronie przesłuchania. Tym razem dziewczyna słuchała uważnie słów starego wyjadacza. Zwłaszcza uwag o kontaktach z prokuraturą okręgową. Gdy odłożyła słuchawkę, jej nastrój zmienił się diametralnie. Zapomniała o bólu głowy, poddenerwowaniu. Liczyła się tylko wizyta rodziny ofiary i to, że wreszcie sprawa ruszyła z miejsca. Zaniepokoił ją jedynie status sprawy. W jednej chwili zrównała się z samochodem burmistrza. Nawet więcej. Nazwisko Gawrowski otwierało w tym mieście wszystkie drzwi... Ledwie zdążyła o tym pomyśleć, gdy telefon na biurku zadzwonił ponownie.

- Już pani wie?- stonowany głos komendanta działał na kobietę jak czerwona płachta na byka. Zacisnęła prawą dłoń i rozluźniła ją powoli.

- Tak – opanowała się, odpowiadając normalnym tonem. Zastanawiała się, jak długo jeszcze będzie w stanie wytrzymać ten uprzejmy mobbing.

- Zatem nie musze pani instruować, pani Jolu. Sędzia pytał się, jak postępuje śledztwo. Ufam, że dzięki pani uda nam się go zadowolić...

- Z całym szacunkiem – Torwickiej na moment puściły nerwy – moim zadaniem jest rozwikłanie tego morderstwa, nie zadowalanie sędziego Gawrowskiego...- ostatnie słowa wysyczała przez zaciśnięte zęby, dopiero po chwili zdając sobie z tego sprawę.

- Żartownisia z pani – nagły chłód w głosie komendanta dało się wyczuć bez problemów – to śledztwo jest w chwili obecnej najważniejsze!. Od tego zależy kariera zarówno pani, jak pani pomagierów. Oczekuję codziennych raportów z postępu prac. Lepiej tego nie spieprzcie!- ostatnie słowa zabrzmiały naprawdę surowo, ale poczuła się po nich lepiej. Po raz pierwszy potraktowano ją jak gliniarza. Rozmowa była skończona. Odłożyła słuchawkę, rumieniec powoli schodził z jej bladych policzków. Wreszcie komendant przestał jej dawać do zrozumienia, że jest tylko cukierkową lalką. Reszta dnia minęła w mgnieniu oka. Nie potrafiło nią wstrząsnąć przesłuchanie płaczącej żony ofiary. Obecny przy tym psycholog raz po raz rzucał jej dziwne spojrzenia. Ogarnął ją dobry humor. Wystarczyło te kilka zdań, które zdołała wycisnąć z młodej wdowy. To było co najmniej pięć różnych śladów. Z białej plamy zaczęły się wyłaniać zarysy informacji. Gdy dotarła do domu późnym wieczorem, sił starczyło jedynie na prysznic. Obiecała sobie solennie, że rano nagrodzi się dobrym śniadaniem...

Siłownia klubu "Atlas" była pełna ludzi. Mimo klimatyzacji czuć było kwaśny zapach ludzkiego potu. Wokół szumiał sprzęt do ćwiczeń. Na jednym z trenażerów od godziny męczyła się niska, szczupła kobieta. Nie obserwowała wskazań komputera. Już dawno przekroczyła swój dzienny limit, ale wciąż rytmicznie ćwiczyła, myślami błądząc wśród akt sprawy. Po kilku pierwszych godzinach euforii nastały ciężkie dni. Zeznania żony niewiele wniosły. Ofiara była otoczona szacunkiem, w pracy lubiana. Żadnych osobistych wrogów. Otarła pot, perlący się na czole i zacisnęła zęby w bezsilnej złości. Każda kolejna informacja dla komendanta była coraz bardziej naciągana. Dziś, tuż przed wyjściem szef dał jej wyraźnie do zrozumienia, że dłużej nie będzie tego tolerował. Zazwyczaj stres bez problemów rozładowywała w siłowni. Tym razem wysiłek fizyczny pomagał niewiele. Koszulka była całkowicie przemoczona. Dopiero teraz, po dłuższej chwili zorientowała się, że robi przedstawienie. Dostrzegła te ukradkowe spojrzenia mężczyzn. Sapnęła ze złością i zeskoczyła z trenażera. Ręcznik przykrył dokładny zarys piersi pod koszulką. Tak osłonięta, skierowała się w stronę kobiecej szatni. W myślach z ponurą desperacją stwierdziła, że najlepszą metodą na zrzucenie z siebie tego napięcia będzie dobry seks. Ta myśl nie dawała jej spokoju pod prysznicem, gdy się przebierała. Nim ruszyła do wyjścia, jej twarz na powrót przyjęła bezosobowy wyraz. Nic nie świadczyło o burzy emocji szalejącej w środku. Ubrała się starannie. Za oknem panowała już głęboka noc. Wiatr szarpał gałęziami drzew. Zapowiadała się paskudna noc. Jakby natura wychodziła naprzeciw emocjom pani detektyw. Jej ciałem wstrząsnął dreszcz, gdy rozgrzana skóra zetknęła się z chłodem nocy. Stanęła przy schodach wiodących w dół, na parking skąpany w świetle sodowych lamp. Panował tu spory ruch, toteż zamyśłona przesunęła się w stronę metalowych, mokrych barierek. Uczyniłą to jednak zbyt późno. Jeden z potężnych osiłków, pobrzękując złotym łańcuchem zawieszonym na szyi, trącił ją w plecy potężnym barkiem. Uczynił to bezwiednie, nie zauważając drobnej, kobiecej sylwetki. Zaskoczona Jolanta krzyknęła krótko, czując jak bezwładnie spada w dół. Śliskie kafelki, którymi wyłożone były schody, nie dawały żadnego oparcia. Kątem oka zauważyła jakiś ruch. Nim zdążyła pomyśleć, kontrolę nad jej ciałem przejęły wyuczone odruchy. Widziała zbliżającą się błyskawicznie krawędź podmurówki. Już wiedziała, że nie zdoła ochronić głowy. W tej samej chwili poczuła silne szarpnięcie za płaszcz. Ktoś zdołał ją chwycić. Materiał okrycia zatrzeszczał niebezpiecznie, ale wytrzymał. Ta interwencja ocaliła jej głowę od poważnych obrażeń. Dopiero teraz poczułą rozbite kolano, którym próbowała zamortyzować upadek. Poczuła, jak nieznane ręce pomagają jej się podnieść. Chwilowy szok minął. Spojrzała na swego wybawcę. Szczupły, niewiele od niej wyższy mężczyzna. Na ulicy nie zwróciła by na niego uwagi. Jeszcze ten nieśmiały, przepraszający uśmiech. Dopiero potem dostrzegła szarozielone, przenikliwe oczy. Pozbawione wesołości.

- Musi pani bardziej uważać – usłyszała jego cichy głos – mogła sobie pani poważną krzywdę zrobić...- słuchała tych słów, nie bardzo rejestrując ich treść. Gdzieś za plecami mężczyzny, na skraju parkingu dostrzegła neon kawiarni.

- Zapraszam pana na kawę – wypaliła niespodziewanie, nawet dla siebie. Zamilkła, zaskoczona własną śmiałością wobec nieznajomego.

- Chociaż tyle, za uratowanie moich zębów – bąknęła znacznie ciszej, patrząc uważnie na reakcję jej wybawiciela. Na jego pociągłej twarzy wykwitł szeroki uśmiech.

- Grzechem byłoby odmówić – w głosie mężczyzny drgały nuty wesołości. Z galanterią pocałował utytłaną w błocie dłoń Torwickiej, nim dziewczyna zdążyła temu przeszkodzić.

- Leon – przedstawił się i podstawił prawą rękę. Razem podążyli w stronę kawiarni. Dopiero teraz czuła jak biło jej mocno serce. Sprawa śledztwa całkowicie wywietrzała jej z głowy. Zdała sobie sprawę, że od wielu miesięcy nie była na żadnej randce. Nie miała na to czasu. Najpierw szkoła, potem staż, wreszcie etat. Wiecznie zbyt krótka doba, zbyt mało godzin, które trzeba było zagospodarować. Sam Boży palec musiał ją pchnąć na te schody.... Uśmiechnęła się pod nosem. Gdy weszli do środka, uderzyło ich ciepłe powietrze i mieszające się zapachy egzotycznych gatunków kaw. Towarzysz Torwickiej pomógł jej usiąść. Niemal natychmiast pojawiła się kelnerka, by przyjąć zamówienie. Po dłuższej chwili, przed obojgiem pojawiły się filiżanki. Dopiero teraz przerwała ciszę.

- Jeszcze raz chciałam ci podziękować...- przerwała, widząc, jak przytyka do ust palec w geście ciszy. Kobiecym okiem oceniła starannie zadbane paznokcie mężczyzny. "Pierwsze wrażenie chyba nie zawsze decyduje..." pomyślała.

-Nie mówmy już o tym – przyjemny baryton muskał jej uszy – na całe szczęście byłem w odpowiednim miejscu i czasie. Wyglądałaś na ogromnie zafrapowaną, na schodach. Taka piękna kobieta i zmartwienia? Takie zestawienie nie pasuje do siebie...- zamieszał delikatnie zawartość filiżanki, burząc misternie wykonany obrazek z pianki. Spod oka obserwował swoją rozmówczynię. Dostrzegła ten błysk.

- Ot praca, praca, praca – mruknęła. Na myśl jutrzejszego raportu dla komendanta, zachmurzyła się. Jej rozmówca dostrzegł nagłą zmianę nastroju i pośpieszył z odsieczą.

- Jesteś stałą bywalczynią klubu? Zastanawiam się nad karnetem, ale jakoś nie mam do tego przekonania...- zawiesił głos, uważnie badając jej reakcję. Oderwała myśli od pracy. Jej twarz rozjaśniła się nieco.

- O tak. Najlepsze są rowerki, choć zdarzyło mi się ostatnio sporo czasu spędzić na bieżni. To najlepsza metoda na wyrzucenie stresu... – uśmiechnęła się z przekąsem, sięgając po kawę.

-...przynajmniej dla mnie – dodała mrugając lekko w stronę Leona. Z zamyśleniem spojrzała na swego rozmówcę.

- Masz bardzo nietypowe imię, jak na nasze pokolenie – zauważyła. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, kiwając potakująco głową. "Z pewnością słyszał to niejeden raz" krytycznie pomyślała Torwicka. Nagle zdała sobie sprawę, że nie chce tej nocy spać sama. Spłoszona swoimi myślami, zamilkła.

- W szkole nie przysporzyło mi ono przyjaciół – rzekł z przekąsem. Na moment zerknął prosto w jej oczy. Ich wzrok spotkał się. Kontakt trwał przez dłuższą chwilę. Policzki Jolanty, mimo jej wysiłków, zaróżowiły się.

- A co na to wybranka serca?- zapytała, chcąc przejąć inicjatywę. Poczuć się pewnie. Dziś jednak, w dziwny sposób, nie była w stanie. To pytanie w żaden sposób nie poruszyło Leona. Wydawał się całkowicie zrelaksowany. Przedłużając odpowiedź, teatralnym gestem chwycił filiżankę i skosztował kawy. Dopiero odstawiając ją, odrzekł z szelmowską miną.

- Na razie nie wiem...- drgnęła gdy lekko dotknął jej palców. Nie cofnęła jej. Nie wiedząc jak i kiedy, zaczął głaskać jej dłoń. Rozmowa toczyła się dalej, ale nie potrafiła się skupić na jej temacie. Od bardzo dawna tak się nie czuła. Wreszcie nie oceniana za wyniki, adorowana, bezpieczna. Gdy szli oboje do taksówki, nocne, chłodne powietrze przywróciło jej nieco zdrowego rozsądku. Leon, trzymając ją pod rękę, opowiadał zabawną historię z czasów swoich studiów. Zaczęła trzeźwo myśleć. Nie znała tego człowieka. Czuła jak coraz mocniej bije jej serce, w miarę jak mijali kolejne przecznice. Gdy dostrzegła znajomy zarys budki piekarza na rogu, zdecydowała się.

- Proszę tu zatrzymać – powiedziała spokojnie do kierowcy, przerywając Leonowi w pół zdania. Taksówkarz posłusznie zahamował. Nim zdążyła zareagować, jej towarzysz wyciągnął pieniądze i uregulował rachunek. Razem wysiedli. Czar wieczornego spotkania powoli minął. Szli w milczeniu opustoszałym chodnikiem. Mijali kolejne szare kamienice, podobne do siebie, zdewastowane, straszące ciemnymi, zdezelowanymi oknami. Kobieta zatrzymała się przy klatce schodowej. Mająca rozpraszać ciemności lampa, mrugała niczym stroboskop. Torwicka obróciła się przodem do Leona, badawczo patrząc mu w oczy. Na moment poczuła się jak w kawiarni. By zaprosić go na górę, nie być sama, nie tej nocy. Zdławiła w sobie to uczucie. "Odrobinę samodyscypliny" – pomyślała o sobie krytycznie. Mężczyzna patrząc na nią, nie zdawał sobie sprawy z jej wewnętrznej walki. Delikatnie pocałowała go w gładko ogolony policzek. Posłała najbardzie zalotne ze swoich spojrzeń i mruknęła mu do ucha.

- Mam nadzieję, że to nie jest nasze ostatnie spotkanie – choć jej głos nieco drżał, była już całkowicie pewna swojej decyzji. Uważnie obserwowała go spod półprzymkniętych powiek. Z ulgą dostrzegła jego zaraźliwy uśmiech. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyciągnął długopis i zaczął pisac na odwrotnej stronie paragonu otrzymanego od taksówkarza.

- Nie odejdę bez numeru telefonu Jolu – słysząc tę pewność w jego głosie, bezwolnie podyktowała kolejne cyfry. Ku jej zdumieniu pieczłowicie schował karteczkę, długopis i pocałował ją delikatnie w usta. Delikatnie pogłaskał ją po policzku.

- Zadzwonię – zapewnił. Odwzajemniła jego uśmiech i ruszyła do drzwi. Otwierając je, spojrzała jeszcze na siebie. Stał, patrząc jej cały czas prosto w oczy. Na chwilę opuściła ją euforia. W głębi jego źrenic nie dostrzegła radości, choć uśmiech mężczyzny zdawał się mówić coś innego. Ciężkie drzwi zamknęły się za nią. Szła po schodach, starając się odzyskać kontrolę nad samą sobą. Przedziwna mieszanka szarmanckości, wesołości i tajemniczych oczu spowodowało, że po raz pierwszy nie śniła o pracy, o aktach spraw...

Wnętrze starej, poniemieckiej kamienicy spowijał półmrok, choć na zewnątrz świeciło słońce. Chłód wdzierał się pod koszulę wraz ze stęchłą wilgocią. Na szczupłych przedramionach Torwickiej wyskoczyła gęsia skórka. Szła w górę, po skrzypiących, rozpadających się schodach, patrząc na plecy idącego przodem Kownackiego. Sapał niczym lokomotywa, nieprzyzwyczajony do takich wysiłków. Słuchając jego ciężkiego oddechu zastanawiała się, po co się tu w ogóle wybrali? Czy Adam już nawet przed nią chciał markować jakieś działania? Oderwała się na moment od tych ponurych myśli dostrzegając imponującą plamę grzyba na ścianie korytarza. Dotarli na sam szczyt. W nozdrza uderzył ją zapach moczu i zgnilizny. Rachityczna klatka schodowa wyglądała tak, jakby w każdej chwili miała się rozpaść. Wysuszone deski podłogi trzeszczały przy każdym kroku, nawet tak niewielkiej osoby jak pani detektyw. Pytającym wzrokiem spojrzała najpierw na swojego towarzysza, potem na stare, sfatygowane drzwi, wiodące do jedynego mieszkania na tym poziomie.

- To jedna z najbardziej obiecujących wtyczek – mruknął Adam, ni to do Torwickiej, ni to do siebie. Zastukał lekko w drzwi. Po drugiej stronie panowała cisza.

- Może wybrał się po zapasy taniego wina?- zasugerowała pani detektyw, pogardliwie wykrzywiając usta. Jeszcze raz omiotła wzrokiem otaczającą ją rzeczywistość. Zdecydowanie, nie tak wyobrażała sobie pracę w Policji. Ku swemu zdziwieniu, dostrzegła krytyczne spojrzenie swego towarzysza.

- No co?- zaperzyła się – nie powiesz mi, że spotkamy tu filozofa gustującego w koniaku...- przerwała zaskoczona, widząc jak uchyliły się drzwi, ukazujac schludne, zadbane wnętrze. Niższy, nawet od niej, mężczyzna zlustrował uważnie oboje, po czym bez słowa zaprosił ich gestem do środka. Chcąc nie chcąc, podążyła za Adamem. Niezwykły w tych okolicznościach, wygląd gospodarza, zbił ją zupełnie z tropu. Szła bezwolnie za Kownackim, przez wąski przedpokój. Poczuła słodki zapach palonego haszyszu. To pozwoliło jej znów poczuć się pewnie. Budowaną w myślach przewagę, zburzył widok pokoju, do którego zaprowadził ją Kownacki. Jasne, nowocześnie urządzone pomieszczenie, oświetlało słońce wpadające przez szerokie, połaciowe okna. Adam bezceremonialnie zajął miejsce na długiej, niskiej sofie, przykrytej pstrym kocem. W rogu pokoju stała wodna fajka. Unoszący się stamtąd dym, świadczył o niedawnym jej użytkowaniu.

- Witam panie Kownacki – wychrypiał gospodarz, siadając naprzeciwko na okrągłej, skórzanej pufie. Nie zadał żadnego pytania odnośnie osoby Torwickiej. Zupełnie zignorował jej obecność. Adam skinął głową odpowiadając na powitanie. Jolanta poczuła się zobligowana, by zaakcentować swoją obecność. Chrząknęła cicho i nie czekając na reakcję zapytała suchym, urzędniczym tonem.

- Wydaje mi się, że haszysz jest w Polsce zakazany, czyż nie, panie...- posłała gospodarzowi najbardziej stalowe ze swych spojrzeń. Ku jej zdumieniu, drobny mężczyzna westchnął, podszedł do fajki i zaciągnął się lekko. Dopiero wtedy spojrzał rozszerzonymi źrenicami na swoją rozmówczynię i mruknął cicho.

- Wydaje ci się, że na trzeźwo, bez tego rozweselacza, byłbym w stanie przeżyć choć dzień bez zawału serca?- fachowo wydmuchnął dym pod niski, pokryty drewnianymi kasetonami sufit.

- Chłoptasie od dilerki już trzykrotnie wydali na mnie wyrok. Czym chce mi panna zagrozić? Aresztem? Nie przeżyłbym tam jednej doby...- zaskoczona słowami gospodarza, bezradnie spojrzała na Kownackiego. Ten gestem nie znoszącym sprzeciwu wskazał jej miejsce obok siebie. Posłusznie usiadła, pozbawiona woli działania bezceremonialnym zachowaniem drobnego mężczyzny.

- Skończmy te żarty Karol – odezwał się z wylewną serdecznością Kownacki, uważnie obserwując swego rozmówcę – tym razem nie chodzi o prochy. Mamy problem z jednym sztywniakiem i mniemam, że mógłbyś nam w tym pomóc...- detektyw zaczął snuć opowieść o odnalezionej ofierze morderstwa. Gospodarz słuchał w milczeniu, od czasu do czasu pykając fajkę. W miarę tego, jak słuchał, jego źrenice robiły się coraz większe. Torwicka przyglądała się całej, absurdalnej sytuacji, zastanawiając się, czy tak się kiedyś czuli antyczni Grecy, stojąc u wrót wyroczni w Delfach. Adam skończył opowiadać i zapadła przedłużająca się cisza. Dopiero po chwili zorientowała się, że zza okna słychać odległy miejski zgiełk.

- Nikt z podrzędnych rzezimieszków – zaczął nadspodziewanie trzeźwym tonem gospodarz. Zamyślił się, spoglądając to na Kownackiego, to na Torwicką.

- A porachunki z dilerką?- Zapytał domyślnie detektyw. Gospodarz drgnął, jakby przestraszony pytaniem, ale zaraz odpowiedział spokojnym głosem.

- Nie, koksiarze strzelają, albo podżynają gardło. W ostateczności wieszają na własnym pasku od spodni...- tu przerwał wątek i pozwolił sobie na odrobinę czarnego humoru – stąd ja nie noszę paska.- Zignorował pytające spojrzenie kobiety i ciągnął dalej.

- Gdyby to był sędzia Gawrowski, możnaby śmiało wskazać kilkunastu potencjalnych zabójców. Doktorek, no cóż, nawet nie wiedziałem, że sędzia ma kogoś takiego w rodzinie. Gdyby to był brat, pomyśłałbym, że to forma ostrzeżenia.- Gospodarz wzruszył ramionami i stanął przy oknie. Oparł się o drewnianą ramę w kolorze dębu i dodał zamyślonym tonem.

- Możecie iść tym tropem, ale na mój nos, to będzie ślepa uliczka...- zamilkł, wpatrując się w przestrzeń za oknem. Detektyw widząc to, chrząknął cicho pod nosem i wstał z kanapy. Podszedł do stojącej z boku biblioteczki. Z zainteresowaniem zaczął oglądać górną półkę.

- Trzy nowe książki o kryminalistyce. Rozwijasz się Karol – rzucił z uznaniem, biorąc do ręki jedną z książek. Pachniała nowością. Spojrzał ponad nią, na wciąż milczącego gospodarza i dodał poważnym tonem.

- Nie przyszedłem słuchać porad o prowadzeniu śledztwa. Chciałbym, żebyś popytał znajomych, rozeznał temat. Nie pożałujesz, jak zwykle zresztą – Kownacki ostatnie słowa rzucił przez zęby, odpalając papierosa. Karol skinął głową nie odwracając się.

- Wiecie co mnie najbardziej wkurza?- Nie doczekał się odpowiedzi, toteż ciągnął dalej – gdy ginie ktoś z rodziny ważniaka, wszyscy biegają jak oparzeni. Stają na głowie, żeby tylko zadowolić Wielką Szychę...- odwrócił się. Torwicka ze zdumieniem dostrzegła, że oczy gospodarza zaszkliły się na moment. Tego zupełnie się nie spodziewała.

- Gdy taka rzecz przytrafia się zwykłemu, szaremu człowiekowi, wszyscy mają to w dupie. Nikt nie dostaje poleceń z góry. Teraz ja będę ryzykował swoim karkiem, wy będziecie sobie wypruwać żyły. Dlaczego? Bo PAN – zaakcentował to słowo bardzo mocno – Gawrowski ma takie życzenie. Moja żona od sześciu lat leży na cmentarzu. Jej zabójca hasa po wolności. No, ale ja nie jestem sędzią, prawda...- detektywi milczeli, słuchając nagłego wyrzutu, który skończył się równie szybko jak się zaczął.

- Za darmo tego nie robisz – mruknął nie swoim głosem Kownacki i dał znać towarzyszce, by wstała. Ruszyli do wyjścia, pozostawiając Karola samego. Dopiero przy drzwiach usłyszeli jego beznamiętny, chłodny głos.

- Zadzwonię do końca tygodnia, panie detektywie. Konto nadal mam to samo...

Wyszli na klatkę schodową. Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi, po drugiej stronie głucho stuknęła zasuwa. Kownacki pokiwał z zadowoleniem głową. Bez słowa wyjaśnienia zaczął schodzić na dół. Jego towarzyszka, chcąc nie chcac, podążyła za nim. Dopiero w połowie drogi na dół otworzyła usta, by zadać pytanie, ale ubiegł ją Adam.

- Zapewne masz wiele pytań odnośnie nowego znajomego?- Pokiwała potakująco głową, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że detektyw nie mógł tego dostrzec. Kownacki uznał jednak swoje pytanie za retoryczne, gdyż ciągnął dalej, nawet gdy wyszli z obskurnego budynku.

- Kiedyś był niezłym biznesmenem – wsiedli do samochodu Torwickiej. Kownacki westchnął z ulgą, wtulając się w miękkie oparcie. Ukradkiem zerknął na nogi koleżanki, uruchamiającej samochód, nie przestając mówić.

- Piękna żona, majątek, kariera. Startował nawet na radnego. Do czasu, gdy zginęła jego połowica. Nigdy nie znaleźliśmy człowieka, który ją zabił. Pół roku później sprzedał wszystko co miał. Potem zaczęli ginąć ludzie z półświatka. Był nie do ruszenia, ani dla nas, ani dla swojej konkurencji. Zapytaj komendanta o Karola, a usłyszysz przekleństwa, któych jeszcze nigdzie nie spisano – Kownacki uśmiechnął się krzywo. Nie śpiesząc się wracali na komendę. Torwicka prowadziła spokojnie. Nie odrywając wzroku od drogi odezwała się zjadliwym tonem.

- Ze względu na przeszłość tolerujemy jego zamiłowanie do prochów?- w odpowiedzi na jej pytanie, Kownacki przecząco pokręcił głową.

- Nie – odpowiedział zdecydowanie, ale zaraz dodał – nie udowodniliśmy mu nic, na fajkę przymykamy oko. Sądzimy, że to właśnie Karol stoi za przetasowaniami po drugiej stronie barykady. Zwłaszcza dilerzy dragów go nienawidzą. Te trzy wyroki, o których wspomniał, to nie żart.- Twarz Adama stała się poważna. Przerwał na chwilę widząc, jak zajeżdżają na parking komendy. Dopiero gdy opuścili samochód, odezwał się lekko zamyślonym głosem.

- Po dziesięciu latach pracy nie jestem idealistą. Nasz Karol pozwoli nam zorientować się, czy ofiara nie odpowiedziała przypadkiem za błędy sędziego. Jeśli się okaże, że nie, to przynajmniej odhaczymy jeden z potencjalnych obszarów poszukiwań – kończąc, mrugnął do całkowicie zaskoczonej Torwickiej i dodał weselszym tonem.

- No i będzie pani mogła machnąć naprawdę niezły raport dla szefa. A to się liczy, czyż nie...

Nim zdążyła odpowiedzieć, jej rozmówca odwrócił się i odszedł. Spoglądała za nim, zastanawiając się, czy dobrze go zrozumiała. Dotychczas nie rozważała powiązania dalekiego kuzyna z osobą sędziego, może poza uciążliwym obowiązkiem prowadzenia dodatkowej dokumentacji. Wyraźna sugestia Kownackiego kierowała ją ku osobie samego Gawrowskiego. Jako sędzia z pewnością miał wrogów. Czy wystarczająco zażartych, by w tak okrutny sposób pozbawili życia członka jego dalekiej rodziny? Czy istniały jakieś zakulisowe powiązania pomiędzy ofiarą, a osobą sędziego?. Czuła bicie serca, gdy w jej myślach pytania pojawiały się jedne po drugim. Powoli wyłaniał się nikły ślad, coś, za czym możnaby pójść. Energicznie ruszyła w stronę budynku komendy. Nim dotarła do swojego gabinetu, miała już trzy koncepcje, które zamierzała sprawdzić, krok po kroku...

ROZDZIAŁ II

Nad miastem powoli zapadał zmierzch. Wzdłuż kamiennego wybrzeża szerokiej rzeki szła samotna, kobieca postać. Drobna sylwetka gubiła się pomiędzy krzakami, które pomimo wysiłków wielu ogrodników, nadal porastały okolice rzeki. Kobieta podjęła bieg. Nie śpieszyła się. Słuchawki na uszach i sportowy strój wskazywały na zwykły wieczorny trening. Spod przymkniętych powiek obserwowała otoczenie, starając się wyrzucić z głowy potok myśli. Te jednak niepokoiły, nie pozwalały się zrelaksować, nawet po pracy. Torwicka przyspieszyła. Porządne zmęczenie, solidny fizyczny wycisk. Oto czego potrzebowała. Czuła szybsze bicie serca, w miarę jak zwiększała tempo. Cały czas kontrolowała oddech. Z nagłym krytycyzmem stwierdziła, że reaguje jak mężczyzna. "Za dużo facetów dookoła" – na tę myśł, mimowolnie uśmiechnęła się pod nosem. Zwolniła, czując pulsowanie w skroniach. Szybki bieg wyprowadził ją spory kawał drogi od miejskiego zgiełku. Oparła dłonie na kolanach, starając się uspokoić oddech. "I jeszcze ten cholerny Leon" – sapnęła w duchu "Mógłby drań zadzwonić...". Gdzieś w oddali rozległ się krzyk. Wzruszyła ramionami i odwróciła się. Już miała ruszyć z powrotem, gdy okrzyk powtórzył się. Było w nim coś niepokojącego, coś rozpaczliwego. Wbrew sobie, tknięta przeczuciem, podążyła w stronę skąd dobiegał. Odruchowo sięgnęła do pasa, natrafiając na pustkę. Skarciła się w myślach za chwilową panikę. Broń zdała przecież przy wyjściu. Odszukała telefon komórkowy i nacisnęła przycisk łączący rozmowę. Urządzenie wybrało ostatnie połączenie. Gdzieś, zupełnie blisko, zaszeleściły krzaki, ale nie zwróciła na to uwagi. Bez przerwy szła w stronę, skąd dobiegał słabnący krzyk przeradzający się w jęk.

- Kownacki słucham – wyraźny głos w słuchawce telefonu sprawił, że drgnęła, a telefon omal nie wypadł jej z dłoni. W kilku krótkich słowach opisała miejsce swojego pobytu. Na zakończenie zaniepokojona poprosiła.

- Wezwij tu patrol...

- Co się dzieje?- Przerwał jej bezceremonialnie twardym, zdecydowanym głosem

- Słyszę czyjeś krzyki – mówiła szeptem, nie przestając ostrożnie przesuwać się naprzód.

- Nie rób nic głupiego. Dzwonię do dyżurnego, za kwadrans będziesz miała wsparcie...- nie usłyszała dalszego ciągu. Pomiędzy gęstymi krzakami dostrzegła jasny fragment nagiego ciała i błagalny szept kobiety.

-...proszę...nie...proszę – niewyraźnie wypowiadane słowa świadczyły o rozbitych ustach ofiary. Zareagowała natychmiast, ruszając biegiem. Nie zwracała uwagi na ostre gałęzie, chłoszczące ją boleśnie po twarzy. Dostrzegła dwie ciemne postacie i leżącą przed nimi kobietę. Miała zadartą suknię, a na jasnym ciele widniały plamy krwi. Nagły hałas za plecami sprawił, że obaj zaprzestali pastwienia się nad ofiarą. Jak na komendę obrócili się w stronę nadchodzącej Torwickiej. Widząc ich szerokie bary, rysujące się wysoko w zapadłym mroku na tle nieba, zdała sobie sprawę z tego, jak głupio postąpiła. Oprawcy stali, nie mniej zaskoczeni od pani detektyw. Dopiero po dłuższej chwili ciszy, zakłócanej jedynie przyspieszonym, nerwowym oddechem pobitej, w ciemności zabrzmiał głos jednego z mężczyzn.

- Zaczekaj na swoją kolej suko...- zarechotał głośno i obleśnie. Cofnęła się pół kroku, ale drugi z napastników natychmiast przesunął się w bok, blokując jej możliwość szybkiej ucieczki. Na chwilę spojrzała na leżącą. Wydawało się, że dostrzegła błyszczące oczy ofiary. Niespodziewanie dodało jej to odwagi.

- Policja!. Ręce na widoku!. Położyć się twarzami naprzód...- głos kobiety był opanowany, ale zabrakło w nim władczości. Słysząc jej słowa jeden z mężczyzn zawahał się przez moment. Drugi błyskawicznie postąpił krok naprzód i niespodziewanie zaatakował. Tego Torwicka się nie spodziewała. Nadlatujący cios pięścią dostrzegła w ostatniej chwili. Godziny szkolenia walki wręcz zadziałały, ale nie zdążyła się uchylić do końca. Grzmotnięcie w szczękę. Silne. Obezwładniające. Bez jakiejkolwiek kontroli poleciała do tyłu, na plecy.