Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
19 osób interesuje się tą książką
Wojna ich rozdzieliła. Połączyło – przeznaczenie.
Razem mogą ocalić ludzkość… albo sprowadzić na nią zagładę.
Republika jest ostatnim bastionem ludzkości. Jej mieszkańców strzegą Filary – starożytna technologia chroniąca przed wirusem, który zmienia ludzi w nadludzko silne, bezwolne maszyny do zabijania. Dopóki Filary działają, świat trwa w równowadze.
Chloé Shadowtail, córka byłej podpułkownik i ekspertki ds. skażenia, od lat żyje w cieniu cudzych decyzji. Gdy spotyka kapitana Michaela Caina, rozpoznaje w nim przyjaciela z dzieciństwa – chłopca, którego niegdyś kochała jak brata. Uciekając przed zaaranżowanym małżeństwem, postanawia zaciągnąć się do wojska i odzyskać utraconą relację.
Nie wie jednak, że wojna i lata służby w armii zmieniły Michaela w ponurego, bezwzględnego i zabójczo skutecznego dowódcę niesławnej jednostki taktycznej, znanego jako Rzeźnik ze 113-tki.
Chaos jest tylko kwestią czasu – starożytna technologia słabnie, a w bazie pojawia się pierwszy Skażony. Tymczasem młody, ambitny dowódca batalionu, major Emil Stallard, zdaje się mieć własne powody, by trzymać się jak najbliżej Shadowtail i Caina…
Chloé szybko będzie musiała zdecydować, komu może zaufać. Bo stawką w tej rozgrywce okaże się nie tylko jej życie… ale i serce.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 521
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Close your eyes and call my name,
though Time’s transformed our love into pain
and scattered our memories like bygone debris,
keep me in your heart – remember me.
Close your eyes and take my hand,
let me mark you mine with a burning brand.
Till the cursed path leads us where I’m bound to be,
feel me on your skin – remember me.
Close your eyes and make a vow,
seal it with a prayer, a devoted bow.
Till the journey’s over and Time sets you free,
tie me to your soul – remember me.
Wezwij moje imię, kiedy przymkniesz oczy,
choć Czas naszą miłość w ból przeistoczył,
rozrzucił wspomnienia na przeszłości dnie,
zachowaj je w sercu – pamiętaj mnie.
Ujmij moją dłoń, kiedy przymkniesz oczy,
przyjmij znak palący, niech na skórze wtłoczy
potępiony trakt, na któryprzeznaczenie pchnie,
wpleć go w swoje palce – pamiętaj mnie.
I złóż mi przysięgę, kiedy przymkniesz oczy,
oddaj w mą niewolę, jej kres Czas odroczy.
Skroń swą pochyl kornie w niełaskawym śnie,
zwiąż mnie z swoją duszą – pamiętaj mnie.
Nie ukrywam, że gdy myślę o tym dniu z perspektywy czasu, mam mieszane uczucia. Nie raz zastanawiałem się, jak potoczyłoby się moje życie, gdybym podjął wtedy inną decyzję. Czy to możliwe, że mogłem zapobiec temu, co się wydarzyło? Czy mogłem ich ocalić, czy też byłem po prostu nic nieznaczącym trybikiem w niepowstrzymanej machinie losu?
I – co najważniejsze – czy gdybym wiedział to, co wiem teraz, ponownie zamieniłbym swoje beztroskie życie wśród rodziny i przyjaciół na te kilka lat z nią, na pustkę po jej odejściu?
Jeden gorszy dzień. Niewłaściwy wybór. Młodzieńczy wybryk.
Chwila pychy, która miała mnie tak wiele kosztować.
Gdy wyskakiwałem z łóżka tamtego dnia, podekscytowany tym, co na mnie czeka, nawet nie przeszło mi przez myśl, że dla kilku klepnięć w plecy stracę zaufanie ojca i zaryzykuję życie nas wszystkich.
Zamykam oczy i znów jestem na skraju lasu. Pomiędzy źdźbłami suchej trawy, na tle bezkresnych piasków Pustkowia, widzę białe kitle i ciemne mundury. W uszach dudni huk zwalnianych blokad Spopielaczy i wycie silników maksymalnie obciążonych ciężarówek.
I wreszcie są oni.
Skażeni, potwory w ludzkiej skórze.
To prawda – w końcu coś o tym wiem.
Pamiętam, że pomyślałem, że wyglądają zupełnie normalnie.
A potem panika, przerażenie, chaos, ciemność.
Obudziłem się w szpitalu wojskowym.
Chciałem usiąść, ale coś blokowało moje ruchy. Rozejrzałem się na wpół przytomnie; mój wzrok był nieostry, umysł zamglony. Zmrużyłem oczy. Na łóżku obok leżał Michael, wpatrywał się w sufit i poruszał ustami, szeptając coś do siebie. Co kilka minut szarpał silnie za grube pasy, którymi był przypięty do łóżka, i zdałem sobie sprawę, że to dlatego ja też nie mogę się ruszyć.
Nagle gdzieś w tyle głowy pojawiło się bolesne pulsowanie. Monitor przy moim łóżku zapiszczał wściekle, a ja zacisnąłem zęby, gdy moją skroń przeszyło niespodziewane ukłucie. Miałem wrażenie, jakby ktoś wsunął mi nóż w czaszkę i powoli nim obracał.
To właśnie wtedy usłyszałem go po raz pierwszy – ten złowrogi szept mówiący moim głosem. Szept, który sprawiał, że przez moje ciało przetaczały się fale przerażenia – i z początku nie chodziło nawet o to, co mówił, ale że w ogóle tam był. Że nie potrafiłem go uciszyć. Że w pewnym momencie nie wiedziałem już, czy to wciąż ja.
Krzyknąłem głośno i szarpnąłem za trzymające mnie więzy. Serce waliło mi w piersi, a jego echo dudniło w uszach.
Przy moim łóżku pojawiła się pielęgniarka, rzuciła krótkie spojrzenie na wiążące mnie pasy i ledwie dostrzegalnie odetchnęła z ulgą. Przez chwilę spoglądała na wskaźniki na stojącym obok mojego łóżka ekranie i szybko zanotowała coś na podkładce.
Zamknąłem oczy, a gdy je znów otworzyłem, stał tam mój ojciec. Oparł się o poręcz łóżka. Jego ułożone włosy przecinał równy przedziałek, spod rękawów marynarki wystawały mankiety śnieżnobiałej koszuli spięte złotymi spinkami. Głos uwiązł mi w gardle. Chciałem być dzielny – pokazać mu, że się nie boję – ale zdradziło mnie urządzenie monitorujące bicie mojego serca.
Z jego ust nie padło nawet jedno słowo wyrzutu. Wiem, że nigdy nie zraniłby mnie wprost. Starał się mnie kochać. Mnie – dziecko, które wyrwało ostatnie tchnienie spomiędzy warg wybranki jego serca. Mimo to widziałem, że ciepły blask, z którym zazwyczaj na mnie spoglądał, znikł bezpowrotnie.
Zawiodłem go.
Choć myślę, że w głębi duszy, tam gdzie skrywamy swoje najczarniejsze myśli, spodziewał się, że tak będzie.
Ocknąłem się w kolejnym szpitalu.
Urządzenia wokół mnie szumiały miarowo. W głowie czułem bolesne pulsowanie, choć nie był to już ten przeszywający, nieznośny ból, który uniemożliwiał zebranie myśli. Nadal byłem przywiązany, ale pasy były luźniejsze. Musiałem leżeć już w łóżku bardzo długo, bo moje mięśnie zdrętwiały i każdy ruch sprawiał wrażenie wymuszonego. Z wysiłkiem uniosłem dłoń i dotknąłem opatrunku za uchem.
Drgnąłem, gdy tuż przy nim rozległ się znajomy szept. Nie wiem, jak długo leżałem nieruchomo, przerażony, podczas gdy on przemawiał do mnie drwiąco, złowrogo, monotonnie powtarzając moim głosem te same słowa:
Zabij ich wszystkich. Musisz zabić ich wszystkich.
Wiedziałem już, co to znaczy.
Byłem skażony.
Mój przyjaciel też.
To wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, że nigdy już nie zobaczę się z ojcem, że nie będę mógł wrócić do swojego życia, że będę leżał przykuty do tego łóżka aż do śmierci, powoli tracąc zmysły, aż zostanie tylko powłoka dla potwora, którym się stałem.
Pomyślałem, że lepiej byłoby, gdybym umarł.
Chciałem umrzeć.
Nie. Jazasługiwałem na to, żeby umrzeć.
Usłyszałem stłumione głosy i szelest odsuwanych drzwi. Ktoś wszedł do pokoju i stanął przy moim łóżku. Głos w mojej głowie natychmiast rozbrzmiał podekscytowaniem:
Zabij ich wszystkich. Musisz zabić ich wszystkich.
Podniosłem dłoń.
– Zabij mnie – wychrypiałem słabo. – Jestem skażony. Zabij mnie. Proszę. Nie chcę być potworem…
Klucha, która urosła mi w gardle, zablokowała dalsze słowa. Nikt nie odpowiedział, choć wiedziałem, że nie jestem sam. Obróciłem lekko głowę i rozchyliłem powieki.
Przy moim łóżku stała dziewczynka w moim wieku, o najbardziej błękitnych oczach jakie kiedykolwiek widziałem. Burza splątanych brązowych loków okalała jej twarz. Patrzyła na moją dłoń nachmurzona, wydymając małe usta. Napotkała moje spojrzenie. Uniosła brwi, a jej oczy się rozszerzyły.
Dwa kawałki przejrzystego nieba. Nie mogłem oderwać od nich wzroku.
A potem dotknęła mojej dłoni.
Chloé Shadowtail otworzyła oczy i przez chwilę wpatrywała się w otaczającą ją ciemność. Niezależnie od pory roku zawsze budziła się przed brzaskiem. Serce tłukło się w jej piersi jak dziki ptak zamknięty w klatce, zawsze przez ten sam sen. Zazwyczaj pamiętała każdy szczegół, ale czasami – jak dziś – budziła się z pustką w głowie i poczuciem, że straciła coś bardzo ważnego. Dotknęła mokrych policzków i odetchnęła z trudem przez zaciśnięte gardło.
Przez chwilę wsłuchiwała się w odgłosy wydawane przez ich stary drewniany dom, bo cisza poranka nigdy nie była tu absolutna. Wręcz przeciwnie, zdawała się żywa, wibrując dźwiękami, które można było usłyszeć tylko o tej porze dnia. Belki sufitu skrzypiały lekko pod ciężarem dachu i raz po raz rozlegał się cichy trzask, jakby dom przeciągał się po długim śnie. Wiatr przeciskał się przez szpary i szeleścił skromną firanką w oknie. Zbliżała się jesień, a wraz z nią krótsze dni i długie, chłodne wieczory.
Westchnęła cicho. Wyciągnęła dłoń i dotknęła pleców śpiącej obok kobiety, szukając komfortu w jej bliskości.
– Śpij – powiedziała ta ochryple, ale odwróciła się i zamknęła ją w ciepłym uścisku. – To tylko zły sen.
Chloé uśmiechnęła się i przymknęła oczy. Wiedziała dobrze, że już nie zaśnie, ale poczuła powracający spokój.
Gdy tylko zaczęło świtać, wysunęła się spod ciepłej pościeli. Szybko zdjęła piżamę i założyła starannie odwieszoną ubiegłego wieczoru zwykłą szarą sukienkę. Ze ściśniętym gardłem spojrzała na wychudzone ciało śpiącej kobiety. Okryła ją troskliwie dodatkowym kocem i usiadła na łóżku, słuchając jej płytkiego oddechu. Nagły atak kaszlu sprawił, że kobieta otworzyła oczy.
– Już ranek? – zapytała na wpół przebudzona.
– Śpij, mamo – odpowiedziała Chloé, ściskając jej dłoń. – Zawołam cię na śniadanie.
– Dobrze. Jeszcze tylko dziesięć minut.
Chloé uśmiechnęła się uśmiechem, który nie sięgnął jej oczu. Od lat bezsilnie obserwowała rozwój choroby matki: momenty, gdy zaczęła tracić na wadze, gdy zaczęła się z trudem prostować z powodu bólu pleców, gdy płytki oddech w nocy przechodził w duszący kaszel. Od kilku miesięcy podawała jej ekstrakt z ziół na złagodzenie bólu. Nic więcej nie mogła dla niej zrobić.
Sprawnie roznieciła ogień w kuchni i wstawiła wodę na herbatę. W spiżarni oprócz zgromadzonych niewielkich zapasów żywności wisiały pęki suszonych ziół, a na półkach piętrzyły się słoiki pełne maści, nalewek i leczniczych ekstraktów. Jej matka, Camilla, była niegdyś znakomitą lekarką i Chloé czuła, że powinna pójść w jej ślady, pomagać tym, o których system zapomniał.
Po przegranej dziesięć lat temu wojnie całe siły i środki państwowe zostały skierowane na odbudowę miast, ochronę Filarów i rozwój militarny Republiki. Małe wioski, takie jak ta, w której mieszkały, zostały pozostawione samym sobie. Większość ludzi miała do wyboru przeprowadzkę i życie w nędzy na ulicach wielkich miast albo wegetację w skazanych na zapomnienie, pozbawionych ochrony społecznościach. I choć życie, które prowadziły, należało do relatywnie spokojnych ze względu na bliskość miasta stołecznego, brakowało im wielu rzeczy dostępnych tylko dla mieszczan i wojska – między innymi elektryczności i środków medycznych. To dlatego Camilla umierała i Chloé nie mogła się z tym pogodzić.
Najgorszy los jednak czekał na tych, którzy zostali wygnani na Pustkowie. Ten, kto raz przekroczył wyznaczone przez Spopielacze granice, nigdy nie wracał.
– Mamo, zejdź na śniadanie – zawołała, kiedy wszystko było już gotowe, i cierpliwie czekała, aż Camilla bezpiecznie zeszła po drabinie prowadzącej na poddasze, gdzie miały niewielką sypialnię. Pomyślała, że już niedługo będą musiały się przenieść na dół. Wprawdzie matka zapewniała Chloé, że ta wspinaczka nie sprawia jej trudności, ale ona widziała, że z każdym dniem miała coraz mniej sił; obawiała się też, że pod jej nieobecność mogłaby spaść.
Camilla usiadła przy stole, zakaszlała i otuliła się szczelnie ciepłą chustą. Chloé odmierzyła na łyżeczkę pięć kropli ekstraktu i wymieszała je z herbatą matki. Spojrzała na flakonik pod światło.
– Zostało już tylko kilka dawek. Na szczęście widziałam już kwitnące okazy w pobliżu rzeki. Pójdę je nazbierać po południu i przygotuję nowy ekstrakt. Powinien działać skuteczniej.
Camilla kiwnęła głową.
– Przy okazji sprawdź, czy orzechy są już wystarczająco zielone i nadają się do zebrania. Wydaje mi się, że w spiżarni została już tylko jedna butelka nalewki.
– Dobrze, mamo. Spróbuj coś zjeść, proszę. Ostatnio chudniesz w oczach.
Ich rozmowę przerwało donośne pukanie do drzwi. Chloé z westchnieniem otworzyła drzwi, wpuszczając pierwszych pacjentów. Czekał je pracowity dzień.
Było już dobrze po południu, gdy wyszedł ostatni z nich – syn pobliskiego gospodarza, który zranił się w zeszłym tygodniu w nogę i wymagał ściągnięcia szwów oraz zmiany opatrunku. Chloé z wdzięcznością przyjęła dwie drobne monety i bochenek świeżo upieczonego chleba. Ludzie płacili im, czym mogli, i choć żyły skromnie, nigdy nie głodowały – za samo to były zawsze wdzięczne losowi.
Zaparzyła matce świeżą porcję herbaty. Camilla musiała przyjmować środek przeciwbólowy co sześć godzin, by normalnie funkcjonować.
– Chyba przez pomyłkę dałaś mi dwie łyżeczki, możesz jedną schować.
Chloé zamarła i spojrzała na stół. Z przerażeniem patrzyła, jak matka przesuwa palcami po pustym blacie, próbując podnieść łyżeczkę, której tam nie było.
– O… Więc to już – stwierdziła Camilla, kiedy pierwszy moment zaskoczenia minął.
– Mamo… – szepnęła Chloé, ale ta uniosła tylko uspokajająco dłoń.
Bez słów wiedziały, że właśnie pojawił się jeden z ostatnich objawów. Miały mniej czasu, niż sądziły.
– Porozmawiamy o tym później.
– Ale przecież…
– Porozmawiamy o tym później! – przerwała jej Camilla stanowczo i widząc napiętą twarz córki, dodała ze spokojem: – Idź, proszę, zebrać zioła, a ja w tym czasie odetchnę w ogrodzie. Kilka chwil na słońcu dobrze mi zrobi.
– Ale mamo…
– Koniec dyskusji, Chloé.
Chloé rzuciła jej urażone spojrzenie, choć wiedziała, że nic nie przekona teraz matki do rozmowy. Wzburzona chwyciła koszyk i wypadła z domu bez słowa. Ledwie weszła na znajomą ścieżkę prowadzącą nad rzekę, a gniew minął i do oczu napłynęły jej łzy bezsilności. Żałowała teraz swojej reakcji. Lata spędzone na służbie medycznej w wojsku nauczyły Camillę nie okazywać emocji przy innych i nawet jej córka nie była wyjątkiem. Chloé zatrzymała się na ścieżce rozdarta pomiędzy chęcią powrotu do domu i przytulenia matki a świadomością, że ona chce być teraz sama.
Szła powoli skrajem niewielkiego zagajnika, zawieszony na przedramieniu koszyk obijał się lekko o jej biodro z każdym krokiem. Pochyliła się nad skupiskiem ziół, dotknęła ich liści, a potem uniosła kwiatostan i przyjrzała mu się dokładnie, zanim wprawnym ruchem ucięła łodygę tuż przy ziemi. Jej dłonie poruszały się szybko, z wprawą, więc jej koszyk szybko wypełnił się wonnymi ziołami. Wyprostowała się i otarła czoło.
Wreszcie miała chwilę dla siebie.
Nogi same poniosły ją wydeptaną wśród traw ścieżką i zanim się obejrzała, stała w swoim ulubionym miejscu nad rzeką. Przy kamienistym brzegu rósł rozłożysty klon, jakby stworzony do tego, by w cieniu jego powyginanych konarów zapomnieć o czasie. Usiadła na gęstej trawie i oparła się o jego pień.
Uwielbiała widok, który się przed nią roztaczał – połyskliwą taflę przemieszczającej się powoli wodnej masy, zielone łąki przetykane złotymi wiechami wrotyczu i białymi główkami rumianku, kępy drzew przycupnięte na skraju pól roztaczających się na drugim brzegu i majaczący w oddali mur miasta stołecznego.
Zamknęła oczy, czując napływające pod powieki łzy, i sięgnęła na dno koszyka. Jej palce zacisnęły się na wypłowiałej, podniszczonej okładce książki. Wyciągnęła ją ostrożnie, starając się nie zgnieść zebranych wcześniej darów natury. Przesunęła palcami po wyblakłych złotych literach. Czytała ją tyle razy, że zdawało jej się, iż mogłaby wyrecytować ją na pamięć.
Drgnęła, gdy poczuła lekkie kopnięcie w udo. Uniosła głowę i westchnęła z zaskoczeniem na widok męskiej sylwetki. Pogrążona w myślach, nie usłyszała jego kroków. Szybko otarła słoną wilgoć z rzęs i obrzuciła nieznajomego zaciekawionym spojrzeniem.
Czarne spodnie miał wojskowym sposobem wsunięte w wysokie, wypolerowane buty. Szara koszula była nienagannie wyprasowana, ale niedbale rozpięta przy szyi, przez ramię przerzucił kurtkę z wojskowymi oznaczeniami, których nie rozpoznawała.
– To moje miejsce – oznajmił sucho, niby obojętnie.
Przez chwilę wpatrywała się w niego bez słowa, zastanawiając się, czy aby na pewno powiedział to do niej. Jego oczy zakrywała gęsta, zupełnie niewojskowa rozczochrana grzywa czarnych włosów, ale zauważyła orli kształt nosa i mocno zarysowaną, gładko ogoloną szczękę.
– Przykro mi, ale ja byłam tutaj pierwsza, więc…
– To moje miejsce – powtórzył bardziej stanowczo, opierając zaciśniętą pięść o pień drzewa.
Westchnęła z oburzeniem. Widziała, że nie mógł być wiele starszy od niej, a do tego, biorąc pod uwagę jego niski wzrost i szczupłą budowę ciała, bardziej sprawiał wrażenie pretensjonalnego mieszczucha niż groźnego żołnierza. Z lekkim prychnięciem nieznacznie się poprawiła, by siedziało się jej wygodniej.
– Cóż, wygląda na to, że będziesz musiał poszukać sobie innego, bo tak się składa, że…
Urwała, gdy pochylił się gwałtownie, chwycił ją za przód koszuli i poderwał bez wysiłku do góry z trzaskiem materiału. Książka wysunęła się jej z palców, a plecy boleśnie otarły o twardą korę drzewa. Jak oniemiała patrzyła na groźny błysk w lekko zmrużonych zielonych oczach, widocznych teraz między czarnymi kosmykami gęstej grzywki.
Żołnierz oparł rękę obok jej głowy i pochyliwszy się ku jej twarzy, wycedził z lodowatym spokojem:
– Gówno mnie to obchodzi. Spieprzaj stąd!
Porucznik Thomas Moer, świeżo upieczony sekretarz pułkownika Lee, szybkim krokiem przemierzał korytarz prowadzący do stołówki. Otworzywszy drzwi, rozejrzał się i ignorując salutujących mu niższych stopniem żołnierzy, podszedł do stojącego w rogu pomieszczenia długiego stołu, przy którym samotnie spożywała posiłek tylko jedna osoba. Część twarzy zasłaniała mu rozwichrzona ciemna czupryna, co wywołało niesmak u Moera, będącego zwolennikiem surowych zasad dotyczących schludnego wyglądu u żołnierzy.
– Kapitanie Cain. – Porucznik zasalutował przepisowo i wyprostował się z szacunkiem. – Pułkownik wzywa pana do siebie.
Młody mężczyzna, do którego się zwrócił, ukroił sobie kolejny kawałek pieczeni, włożył go do ust i zaczął spokojnie przeżuwać.
– Kapitanie? – Sekretarz chciał jak najszybciej wypełnić swoje zadanie oraz pokazać, że kompetentnie i sprawnie potrafi załatwić każdą sprawę. Nie doczekawszy się żadnej reakcji, oparł dłoń na stole i dodał: – Natychmiast, kapitanie.
Michael Cain błyskawicznie obrócił stępiony latami używania nóż w dłoni i wbił go pomiędzy rozłożone palce porucznika, jakby wbijał go w masło, tylko głośniej. Dużo głośniej.
Moer wrzasnął i odskoczył jak rażony piorunem. Stół skrzypnął przeciągle, gdy kapitan płynnym ruchem wyciągnął nóż z blatu, wytarł go serwetką i ze spokojem wrócił do krojenia jedzenia.
Kurczowo trzymając nienaruszoną dłoń przy piersi, Moer rozejrzał się błędnie dookoła. Natychmiast zorientował się, że rozmowy przycichły, a żołnierze zerkają na nich nerwowo. Nieomal podskoczył, gdy poczuł na ramieniu ciężką dłoń. Zaskoczony uniósł głowę, by spojrzeć na twarz stojącego obok potężnego, prawie dwumetrowego olbrzyma.
– Starszy chorąży Milo Yang, jednostka operacyjna 113B – zameldował ten, salutując. – Panie poruczniku, proszę o wybaczenie. Kapitan Cain jest dzisiaj w nieco drażliwym humorze, ale zapewniam, że uda się niezwłocznie do pułkownika. Niezwłocznie – podkreślił stanowczo, a następnie pochylił się nieco i z chłopięcym uśmiechem potargał się z zakłopotaniem po jasnej, płowej czuprynie. – To jest, gdy tylko zakończy posiłek.
Moer, któremu kolory powoli wracały na twarz, odchrząknął, prostując się, aby zachować resztki nadszarpniętej godności.
– Oby tak się stało – mruknął, rzucając oburzone spojrzenie na przeżuwającego ze znudzeniem oficera. Odwrócił się na pięcie i wyszedł z sali.
Yang również spojrzał na swojego przełożonego i westchnął głęboko. Kapitan Michael Cain swoim niekonformistycznym i ponurym obejściem nieustannie zyskiwał sobie nowych wrogów wśród dowództwa korpusu, co przekładało się na jakość funkcjonowania ich jednostki w bazie. Przydzielano im najgorsze zadania, doproszenie się o wymianę podniszczonych mundurów graniczyło z cudem, a ich podania o przepustki i dni wolne wiecznie „przypadkiem” trafiały w niewłaściwe przegródki albo tygodniami leżały na samym dnie stosu dokumentów do podpisania przez dowódcę kadr.
– Yang – rzucił zdawkowo Cain, przechodząc obok niego w drodze po dokładkę. Głową sięgał swojemu podwładnemu ledwie do ramion. Na pierwszy rzut oka chorąży wyglądał, jakby mógł zgnieść swojego bezpośredniego przełożonego jak muchę. Sam Yang wiedział jednak, że były to tylko pozory; ci, którzy dali im się zwieść, szybko się o tym przekonywali, najczęściej na własnej skórze, i to wyjątkowo boleśnie.
– Kapitanie – odpowiedział na powitanie, uśmiechając się i kręcąc głową, po czym wrócił na swoje miejsce, witany klepnięciami w plecy.
Pół godziny później Cain szedł na spotkanie z pułkownikiem, środkiem korytarza, jak to miał w zwyczaju, lekko przygarbiony, z rękoma wciśniętymi w kieszenie spodni, ze spuszczoną, pogrążoną w myślach głową. Nie reagował na powitania i zmuszał wszystkich do omijania go szerokim łukiem. Jego zachowanie od zawsze było solą w oku przełożonych, ale kiedy dowództwo zorientowało się, że żadna kara czy nagana nie daje rezultatów, zaczęto przymykać oko na jego dziwactwa. Poza tym kapitan Cain był niekwestionowaną legendą – jego misje zawsze kończyły się niezaprzeczalnym sukcesem. Jego jednostka od dwóch lat nie prowadziła naboru. Nieważne, jak trudna była misja, jak wymagające warunki, jakie zasadzki zastawił wróg – wszyscy zawsze wracali. Zawsze.
Gdy dotarł na miejsce, drzwi otworzyły się i Cain stanął przed starszym stopniem oficerem.
– Z drogi, Cain – wycedził mężczyzna, widząc, kogo ma przed sobą, i wychodząc, trącił go umyślnie ramieniem.
Kapitan prychnął, przyzwyczajony do takich powitań, i przytrzymał stopą zamykające się drzwi. Wszedł do niewielkiego pomieszczenia, które służyło jako gabinet sekretarza pułkownika Lee.
Porucznik Thomas Moer poruszył się na krześle, gotów poderwać się i powitać wyższego stopniem oficera, ale gdy ujrzał Caina, poprawił jedynie krawat, mruknął coś pod nosem i machnął ręką w stronę drzwi.
Ten zdawał się go nie dostrzegać. Kilkoma krokami pokonał gabinet, zatrzymał się przed drzwiami i popatrzył z niechęcią na klamkę.
– Może się pan gapić na nią, ile chce, kapitanie Cain – mruknął Moer ironicznie pod nosem, otwierając gruby dziennik i notując coś zawzięcie. – „Sezamie, otwórz się” raczej nie zadziała.
Cain już miał wyciągnąć dłoń z kieszeni, gdy drzwi jednak otworzyły się niespodziewanie. Pierwsze, co zobaczył, to wypolerowane półbuty z czarnej skóry i nieskazitelne, wyprasowane w kant granatowe spodnie, których idealne dopasowanie świadczyło o tym, że zostały wykonane na zamówienie. Cain był pewien, że zapięta na wszystkie guziki marynarka skrywa pod spodem śnieżnobiałą koszulę bez jednego zagniecenia.
– Ach, kapitan Cain, jak mniemam – powitał go uprzejmie młody oficer, choć z pewnością słyszał słowa sekretarza i odsunął się, by wpuścić go do gabinetu dowódcy bazy. – Pułkownik Lee niestety musiał na chwilę wyjść, ale z pewnością wkrótce się pojawi.
Cain wmaszerował do gabinetu. Zerknął na rozłożone na biurku mapy, pozostawione na widoku, jakby pułkownik rzeczywiście musiał nagle wyjść. Na siedzeniu jednego z dwóch obitych brązową skórą foteli stojących przed tym potężnym dębowym meblem leżała oficerska czapka, a o jego nogę oparta była elegancka skórzana aktówka.
– Bardzo mi miło poznać pana osobiście – kontynuował oficer z subtelnym entuzjazmem. – Proszę pozwolić, że się przedstawię: major Emil Stallard.
Cain z niechęcią zerknął na wyciągniętą ku niemu dłoń o idealnie przyciętych, wypielęgnowanych paznokciach. Dłoń bez śladu zadrapań i zabliźnionych ran. Dłoń kogoś, kto spędzał czas w wojsku, siedząc za biurkiem. Podniósł głowę i spojrzał na twarz jej właściciela. Spod gęstej blond czupryny, wystylizowanej zgodnie z obowiązującym regulaminem i przeciętej niesymetrycznym, ale prostym jak od linijki przedziałkiem, patrzyły na niego przyjaźnie bystre zielone oczy. Emil Stallard był stanowczo zbyt młody na swój stopień; wyglądał, jakby wczoraj skończył liceum, a potem – dla zabawy – wziął udział w sesji zdjęciowej do wojskowego biuletynu. Perfekcyjny wygląd, nieskazitelna cera, smukła sylwetka, idealny wzrost.
Cain od razu stwierdził, że go nie polubi.
– Kapitan Michael Cain – mruknął. Wyciągnął dłonie z kieszeni i omijając wyciągniętą do niego rękę, skrzyżował je na piersi. Oparł się o brzeg biurka, spuścił głowę i przymknął oczy, ucinając możliwość jakiejkolwiek rozmowy.
Emil Stallard uniósł brwi, ale natychmiast uśmiechnął się wyrozumiale i rozsiadł się na fotelu, założył nogę na nogę i umieścił na kolanie swoją czapkę. Przez kilka minut czekali w ciszy.
Gdy wreszcie drzwi się otworzyły i stanął w nich pułkownik Faraji Lee, major Stallard podniósł się i skłonił z szacunkiem. Ciemne rzednące włosy dowódcy przyprószone były siwizną, ale ciemnobrązowe sokole oczy spoglądały przenikliwie, a dopasowany fason munduru podkreślał brak choćby grama zbędnego tłuszczu.
Pułkownik zerknął na Caina i zacisnął usta w wąską linię.
– Wygląda na to, że kapitan zechciał nas wreszcie zaszczycić swoją obecnością, majorze – wycedził, a ten, o którym była mowa, drgnął ledwie dostrzegalnie, kiedy dowódca pochylił się ku niemu i warknął prosto do ucha: – Zabieraj dupsko z mojego biurka, Cain!
Kapitan posłusznie stanął obok Stallarda, obserwującego sytuację z lekkim rozbawieniem, ale natychmiast wcisnął zwisające luźno ręce w kieszenie spodni.
– Nie będziemy tracić czasu na zbędne frazesy – zaczął Lee, gdy tylko rozsiadł się wygodnie w olbrzymim skórzanym fotelu za biurkiem. – Major Stallard z Korpusu Naukowo-Badawczego S5 przyjechał do nas z prośbą o wsparcie operacyjne. Najwyraźniej, kapitanie Cain, słynie pan nie tylko z braku manier, gdyż prośba dotyczy konkretnie pana i pańskiej jednostki operacyjnej 113B. Majorze, zechce pan wyjaśnić szczegóły zadania.
– Ależ oczywiście. – Emil Stallard sięgnął po aktówkę i wyciągnął z niej nową teczkę z ciemnej tektury, zawiązaną białą tasiemką.
Cain nie mógł się powstrzymać od lekkiego uniesienia brwi. Wewnątrz leżały poukładane równo kartki i czarno-białe zdjęcia, posortowane według wielkości. Nie na oko czy mniej więcej – idealnie posortowane.
– Dziesięć lat temu atak na Pałac Rosenthaalów ostatecznie zakończył działania militarne naszych wojsk i rozpoczął fazę stabilizacyjną – zwrócił się do nich major. – Tym samym nasz cel, czyli przejęcie terenów centralnych i włączenie ich do strefy kontroli, został zrealizowany.
Stallard wyciągnął zdjęcie klasycznej prostokątnej rezydencji z podwójnymi drzwiami skrytymi w cieniu dwóch rzędów kolumn zwieńczonego frontonem portyku. W budynku brakowało okien, a jego biała fasada była miejscami czarna od sadzy pozostałej po pożarze. Za budynkiem, w oddali, wznosiła się dumnie ciemna kolumna Filaru Centralnego.
Cain rzucił na nią pobieżnie okiem i przeniósł wzrok na krajobraz rozciągający się za oknem. Stallard tymczasem rozłożył na biurku plany budynku, wygładził je lekko i położył na nich dłoń.
– Od tamtego czasu tereny pałacowe i sam budynek, który pozostaje niekwestionowanym symbolem nieżyjącej już rodziny Rosenthaalów, znajdują się pod bezpośrednim nadzorem Republiki. Od kilku miesięcy jednak bojówki lojalne Rosenthaalom próbują naprzemiennie odbić lub zniszczyć Pałac.
– Obecny status? – zapytał Cain, z premedytacją przesuwając zdjęcie tak, że jego róg nachodził teraz na plan budynku.
– Nieznany – odparł Stallard z westchnieniem, poprawiając fotografię do poprzedniej pozycji. – Ostatni kontakt z jednostką badawczą odnotowano dwa dni temu. Istnieje prawdopodobieństwo, że obiekt został przejęty przez podziemną organizację militarną dążącą do ponownego odłączenia terenów wewnętrznych od Republiki…
– Młody Świt – mruknął pod nosem Cain.
Major spojrzał na niego z uznaniem.
– Dokładnie.
– Cel misji?
– Rozpoznanie sytuacji, przejęcie kompleksu i zabezpieczenie go przed dotarciem zastępczych jednostek technicznych i nadzorujących.
Cain kiwnął akceptująco głową.
– Sytuacja jest pilna. Za pana zgodą, pułkowniku Lee, chciałbym wyruszyć jak najszybciej. Najpóźniej za trzy, cztery godziny – oznajmił Stallard, podając teczkę dowódcy, a gdy ten skinął przyzwalająco głową, dodał: – Zostawiam plany budynku i terenów przypałacowych, proszę zapoznać z nimi swoich ludzi, kapitanie. Szczegóły operacji omówimy na odprawie, powiedzmy… za godzinę?
Cain kiwnął ponownie głową, a major uśmiechnął się szeroko, błyskając idealnym uzębieniem. Wcisnął czapkę na głowę i zasalutował na pożegnanie pułkownikowi.
– Stallard – powiedział nagle Cain, odwracając się i zatrzymując majora z ręką na klamce. – Dlaczego 113B? Jest wiele innych jednostek, innych baz, położonych bliżej S5 i bliżej Pałacu.
– Wiele o panu słyszałem, więc załóżmy, że po części jest to prywatna ciekawość – odparł zapytany po krótkim zastanowieniu.
– A ta druga część? – drążył Cain.
– Polecenie służbowe oczywiście – odpowiedział spokojnie Stallard i wyszedł, zamykając za sobą cicho drzwi.
Cain i pułkownik w milczeniu patrzyli na rozłożone na biurku mapy i zdjęcia.
– No i co o tym myślisz? – zapytał wreszcie Lee.
– Nic miłego.
– Mhm – mruknął pułkownik, wstając i opierając się ciężko na oparciu fotela. – Nie podoba mi się to, Cain. Ta misja śmierdzi na kilometr. Z chęcią posłałbym tego wypacykowanego lalusia do wszystkich diabłów, ale zobacz, kto podpisał rozkaz.
Cain przejrzał szybko dokumenty w teczce i zamknął ją z trzaskiem.
– Niezły plecaczek – skwitował.
– Mhm, komuś bardzo zależało na tym, żebyś się tam pojawił, a nasz świeżo upieczony major ma…
– …mnie obserwować.
– Coś jest na rzeczy – oznajmił pułkownik z lodowatym spokojem. – Jeszcze nie wiem co, niestety, ale dowiem się wkrótce. Na razie jesteś zdany na siebie.
Kapitan kiwnął głową i zgarnął mapy pod pachę.
– Nic nowego.
Lee otworzył teczkę i zatrzymał wzrok na podpisie pod rozkazem.
– Cain, dopilnuj, żeby laluś wrócił w jednym kawałku.
– Mhm – mruknął ten bez entuzjazmu i wyszedł, zostawiając dowódcę bazy pogrążonego w myślach.
Wstąpił do budynku jednostki szkoleniowej i zarezerwował salę konferencyjną, wpisując numer swojej jednostki w harmonogram przy drzwiach, po czym skierował się do baraków. Szedł szybkim krokiem przez betonowe przestrzenie bazy wojskowej, mijając rzędy szarych, niskich budynków z numerami wyblakłymi od słońca. Podeszwy jego butów uderzały z chrzęstem o żwirową ścieżkę, ich rytm mieszał się z odgłosami ćwiczeń i głośnymi pokrzykiwaniami, przerywanymi czasami krótkimi wybuchami śmiechu. Minął stację paliw i skręcił w boczną alejkę pomiędzy stołówką a warsztatami technicznymi. Powietrze zapachniało smarem, zupą i spalenizną.
W oddali, za rzędem kontenerów, ujrzał wreszcie budynek, w którym spali żołnierze batalionu B. Stał na uboczu bazy, jakby celowo został odseparowany od reszty budynków, żeby zmęczenie i sen nie wchodziło w drogę wojskowej dyscyplinie. Prosty, funkcjonalny, bez żadnej ozdoby – zwykły parterowy barak z czerwonej cegły, pokryty porośniętą mchem blachą. Przy ścianie od zachodu stały dwie zdezelowane ławki, na których wieczorami można było zobaczyć kilku żołnierzy wpatrujących się w dal z papierosem w ustach. Mur przy ławkach pokryty był rysami i śladami kopnięć – pamiątkami po burzliwych powrotach z ćwiczeń.
Wejściowe drzwi zatrzeszczały i po chwili stanął przed pokojem swojego oddziału. Tym razem bez zastanowienia zapukał i otworzył drzwi.
Czterech mężczyzn poderwało się z łóżek i stanęło na baczność, reszta oddziału wciąż kończyła przydzielone im na ten dzień obowiązki.
Cain kiwnął głową.
– Mamy nowe zadanie. Odprawa o siedemnastej w trójce. Yang, powiadomisz majora Stallarda, który będzie dowodził.
– Tak jest!
– Mapy terenu. – Wręczył kartki Yangowi i ruszył do swojego pokoju.
Chciał wykorzystać każdą chwilę na odpoczynek. Nad ranem wrócił z krótkiej, ale wyczerpującej jednoosobowej misji i choć uzupełnił część straconej energii obfitym posiłkiem, wciąż czuł się zmęczony. Marzyły mu się chociaż trzy godziny porządnego snu, ale wiedział, że będzie musiał się zadowolić zwyczajową czujną drzemką. Dlatego gdy tylko zamknął drzwi pokoju, natychmiast położył się na łóżku z rękoma pod głową i pogrążył w stanie regeneracyjnego półsnu – techniki, której wiele lat temu nauczył go pułkownik Lee.
Po chwili stał na zielonym trawniku. Nie obejrzał się na stojący za nim budynek, ruszył prosto przed siebie, pod wielki klon rosnący na brzegu rzeki. Już z daleka zobaczył rozłożony w jego cieniu koc i leżące na nim dwie wyciągnięte szczupłe, bose nogi. Mimowolnie uśmiechnął się i przyspieszył kroku. Bezszelestnie podszedł do drzewa i skrył się po drugiej stronie pnia.
– Przecież wiem, że tam jesteś. – Dziecięcy głos wybuchł śmiechem, a zza pnia wychyliła się dobrze mu znana, pełna brązowych loków głowa. – Poczytamy?
Kiwnął głową i usadowił się na kocu. Zawsze otwierali książkę na tej samej stronie, tam gdzie zaczynała się ich ulubiona historia.
Chrząknięcie za drzwiami sprawiło, że sen rozpłynął się momentalnie, i Cain usiadł na łóżku kompletnie wybudzony. Przeczesał włosy palcami. Gdy wychodził, rzucił okiem na dwa podobne grzbiety wśród stojących na półce nad jego biurkiem książek – wciąż jeszcze czuł w dłoniach ciężar jednej z nich, w uszach wciąż dźwięczał mu znajomy śmiech. Wyszedł na korytarz i wcisnął pięści w kieszenie spodni. Wolnym krokiem ruszył na odprawę.
Gdy dotarł do budynku szkoleniowego, był już – zgodnie z planem – kilka minut spóźniony. Zatrzymał się na chwilę, widząc wszystkich członków swojej jednostki oraz majora Stallarda z piątką nieznanych mu żołnierzy na korytarzu przed salą. Zmarszczył brwi i obrzucił Yanga pytającym spojrzeniem, a ten z zakłopotaniem powiedział:
– Major Bale. Nie skończył jeszcze spotkania.
Cain zacisnął zęby, podszedł powoli do drzwi i otworzył je na oścież. Siedzący przy stole obrócili się i zamarli na jego widok. Najstarszy stopniem z nich, lekko łysiejący mężczyzna z potężnym brzuchem wylewającym się znad pasa, siedział u szczytu stołu, notując coś w skórzanym kalendarzu.
Cain poczuł, jak pod skórą wzbiera mu gniew. Reinard Bale reprezentował wszystko, co sprawiało, że armia gniła od środka: karierę zbudowaną na donosach, decyzje podejmowane zza biurka, nieudolne rozkazy rzucane z wyższością do ludzi, którzy później tracili przez nie życie – innymi słowy był uosobieniem tchórzostwa i próżniactwa, zapakowanym w mundur z za ciasnym kołnierzykiem.
– Zamknij drzwi, Cain – oznajmił sucho Bale, odprawiając go pstryknięciem palców. Gruby, nieprzyjemny głos, ledwie maskował nutę pogardy. – Dwadzieścia minut i kończymy.
Cain stał przez chwilę bez słowa, patrząc ponuro przed siebie. Po obu stronach drzwi zapadła krępująca cisza.
– Yang, podaj mi harmonogram.
Chorąży zerknął na metalową ramkę przytwierdzoną śrubami do ściany.
– Kapitanie… – zaczął, ale urwał, widząc lodowate spojrzenie dowódcy. Z westchnieniem podszedł do ściany, chwycił za harmonogram i z wysiłkiem wyciągnął go ze ściany razem z kołkami.
Cain odebrał ramkę i ze spokojem odkręcił metodycznie wszystkie śruby. Przez chwilę ważył je w dłoni, zastanawiał się, czy cisnąć nimi w siedzących, nie zważając na konsekwencje. Ostatecznie schował je do kieszeni, wszedł do sali i zamknął za sobą drzwi. Odprowadzany spojrzeniami zebranych, podszedł do szczytu stołu i stanął obok majora Bale’a. Mężczyzna chciał się podnieść z krzesła, ale Cain błyskawicznie posadził go z powrotem, zaciskając dłoń na jego ramieniu, i z trzaskiem położył przed nim ramkę z harmonogramem.
– Spokojnie, Cain – warknął major.
Zebrani przy stole kapitanowie milczeli jak zaklęci.
– Jestem spokojny, Bale – odparł ten oschle. – Właściwie to chyba się jeszcze dobrze nie przebudziłem. Zechciej łaskawie odczytać, co tu jest napisane – powiedział, wskazując palcem na rubrykę oznaczoną godziną siedemnastą.
Major zacisnął usta w wąską linię, ale gdy Cain mocniej wbił palce w jego ramię, syknął:
– Sto trzynaście B. Prowadzący: Cain.
Kapitan pochylił się nieco, nie zwalniając uchwytu, i omiótł ponurym wzrokiem siedzących przy stole mężczyzn.
– Jest kilka minut po piątej, więc wyjaśnij mi, Bale, czy ja rzeczywiście wciąż jeszcze śnię, czy twoje tłuste dupsko jednak siedzi na moim krześle?
– Opanuj się, Cain! – Siedzący po prawej stronie Kim Brandt, kapitan jednostki taktycznej 209C, zerwał się z miejsca, ale natychmiast usiadł z powrotem, gdy napotkał lodowate spojrzenie zielonych oczu. Rok temu konflikt z Cainem kosztował go tydzień na oddziale szpitalnym ze złamanym nosem i obojczykiem oraz dwoma nadkruszonymi zębami. Cain spędził wtedy trzy tygodnie w izolatce. Brandt nieświadomie potarł dłonią nos i z zażenowaniem przypomniał sobie, jak czekał na chwilę, gdy Cain złamany pojawi się w drzwiach więzienia, ale on tylko podrapał się po zarośniętych policzkach, przeciągnął, ziewnął i ruszył prosto do stołówki, która właśnie zaczęła wydawać śniadanie.
Cain tymczasem zdążył już złapać majora za klapy marynarki i wysyczał mu prosto w twarz:
– Wypierdalaj z mojej sali, Bale!
Major przełknął głośno ślinę.
– Panowie, dokończymy spotkanie później – wycedził upokorzony, nie odwracając od kapitana wzroku pełnego nienawiści.
Mężczyźni natychmiast zerwali się z miejsc i zebrawszy gorączkowo dokumenty, jeden za drugim opuszczali w popłochu salę. Cain wypuścił majora, wygładził pomięte klapy jego marynarki i odsunął się, robiąc mu przejście. Bale poderwał się z krzesła i wrzucił do teczki swój kalendarz. Czując na swoim przedramieniu dłoń, spojrzał na nią z furią.
– Nie zapomnij zawiesić harmonogramu – oznajmił kapitan, chowając dłonie w kieszenie. – Rezerwowanie sali z wyprzedzeniem jest w końcu kluczowym przejawem dobrych manier, majorze.
Bale poczerwieniał z wściekłości, ale chwycił ramkę i wypadł na korytarz, roztrącając stojących przed salą żołnierzy.
Kapitan bez słowa usiadł na zwolnionym przez niego krześle, spuścił głowę i skrzyżował ramiona na piersi. Ze spokojem słuchał, jak jego oddział w milczeniu zajmuje miejsca przy stole. Stallard odchrząknął, skonfundowany, ale jednocześnie lekko rozbawiony całym zajściem.
– Witam wszystkich – zaczął odprawę. – Nazywam się major Emil Stallard i będę dowodził podczas tej misji. Towarzyszą mi porucznik Morgan Stale, porucznik Dan Nether, chorąży Mira Blecev, podporucznik Serge Blanc i kapitan Anna Stern. – Wskazał po kolei na żołnierzy. – Wyjaśnię teraz pokrótce cel misji i przewidywane problemy.
Wszyscy zebrani skupieni byli na słowach majora, więc nikt nie zauważył, gdy Cain drgnął niespodziewanie i pochyliwszy się lekko do przodu, oparł dłonie na stole, wbijając zaskoczony wzrok w siedzącą po lewej stronie Stallarda kobietę. Odpowiedziało mu rozbawione spojrzenie i nieomal niedostrzegalny uśmiech na jej twarzy. Dalsze słowa słyszał jak przez mgłę.
Anna.
Nagle wszystko stało się nieco bardziej przejrzyste. Zawoalowane słowa majora nabrały nowego znaczenia:
„Wiele o panu słyszałem, więc załóżmy, że po części jest to prywatna ciekawość”.
Czyli to ona mu o nim opowiedziała. Cain zastanawiał się, jak blisko była ze Stallardem i jak wiele informacji mu przekazała. Do pełnej analizy sytuacji, w której się znalazł, brakowało mu wielu kluczowych danych, postanowił więc odsunąć na później to, co nieuniknione, i zająć się tym, co w tej chwili stanowiło bieżący problem.
Wykonaniem zadania przy jak najmniejszych stratach własnych.
Gdy major Stallard zapytał mnie kilka miesięcy temu, kiedy pierwszy raz spotkałam Caina, odpowiedziałam, że było to w dniu, kiedy przydzielili go do mojej jednostki w bazie E3. Jednak dużo później przypomniałam sobie, że tak naprawdę zobaczyłam go pierwszy raz kilka tygodni wcześniej.
Było to zaraz po wkroczeniu oddziałów stabilizacyjnych. Po upadku Pałacu Rosenthaalów Dystrykt Centralny poddał się i przeszedł pod kontrolę Republiki. Przy nowo wyznaczonych granicach zaczęto pospiesznie tworzyć bazy wojskowe. Bezpośrednio po wojnie zapotrzebowanie na żołnierzy było duże, ale też wiele osób, które straciło rodziny i dobytek życia, szukało miejsca na ziemi, w którym można było doczekać kolejnego dnia. Widziałam setki takich twarzy: zmęczonych pieszą wędrówką i brakiem żywności, w podartych ubraniach i dziurawych butach, dla których trzy posiłki dziennie, świeży mundur i dach nad głową były niczym spełnienie marzeń. Każdego dnia w rozstawionym przy bramie bazy namiocie pojawiały się dziesiątki chętnych. Nie każdy jednakże zostawał przyjęty i widok tych pozbawionych wszelkiej nadziei twarzy nie opuszcza mnie po dziś dzień.
Michael Cain pojawił się w ostatnich dniach rekrutacji. Podszedł do stolika ze starszym od siebie mężczyzną o jasnobrązowej karnacji i skośnych, nieomal ptasich oczach, który okazał dokumenty potwierdzające stopień kapitański. Oczywiście przyjęto go z otwartymi rękoma; po wojnie wyszkolony oficer był na wagę złota. Na Caina jednak patrzono podejrzliwie. Chłopak był blady, przeraźliwie wychudzony, dobre dziesięć centymetrów niższy niż obecnie, choć i teraz nie grzeszy wzrostem, spod przerośniętej grzywki spoglądały podkrążone oczy, znak, że nie spał od kilku dni, na jego lewym policzku zaś wszystkimi kolorami tęczy mienił się spory siniak.
Skośnooki mężczyzna popchnął go w stronę stolika.
– Odpowiadaj, jak się ciebie pytają, baranie.
Chłopak przygarbił się jeszcze bardziej i głębiej wcisnął dłonie w kieszenie dziurawych spodni; odruch, który pozostał mu do dziś.
– Cain – burknął przez zaciśnięte usta. – Michael, lat siedemnaście.
Siedzący za stolikiem sierżant obrzucił go jeszcze raz podejrzliwym spojrzeniem, ale ostatecznie wypisał formularz i podał go starszemu mężczyźnie. Gdyby nie fakt, że towarzyszył mu młodszy oficer, zostałby niechybnie odprawiony z kwitkiem, ale tym szczęśliwym trafem, nieomal na moich oczach, rozpoczęła się historia legendarnego kapitana Caina.
Sam zainteresowany nie mógł oczywiście przewidzieć czekającej go złej sławy. Choć z upływem lat zdołał nałożyć na twarz maskę obojętności, wciąż pamiętam rozpacz, z jaką obejrzał się za siebie, przekraczając bramę bazy.
Spotkałam go po raz kolejny prawie dwa miesiące później, ale do tego czasu jego osoba stała się już legendą; wtedy jeszcze bynajmniej nie z powodu jego sukcesów. Mianowicie tydzień po rekrutacji Cain zdezerterował po raz pierwszy. Jego dowódca – kapitan Faraji Lee – odnalazł go po dwóch dniach i przywiózł związanego do bazy. Wymierzono mu pięćdziesiąt pasów i dwa tygodnie izolatki o chlebie i wodzie. Dzień po wypuszczeniu go z izolatki Cain uciekł ponownie, tym razem kapitan Lee odnalazł go po czterech dniach. Wymierzono mu sto pasów i dwa tygodnie izolatki o samej wodzie. Dwa dni po opuszczeniu izolatki podobno złapano go kilkaset metrów za bramą; był tak wycieńczony, że ledwie szedł, a jednak jakimś sposobem niepostrzeżenie wydostał się z baraków i poza ogrodzenie bazy. Słyszałam, że płakał, kiedy go wiązano, ale ciężko mi w to uwierzyć. Ponownie otrzymał sto pasów i dwa tygodnie izolatki o samej wodzie. Dwa kolejne tygodnie spędził w szpitalu.
Kiedy dowiedzieliśmy się, że Cain dołączy do naszej jednostki, wszyscy z niecierpliwością czekaliśmy na jego pojawienie się. Gdy wreszcie, ściskając swój przydział, stanął w drzwiach – niepozorny, niski chłopak, z ubraniami wiszącymi na wychudzonym tygodniami głodówki w izolatce ciele – byliśmy… cóż, rozczarowani.
Kapitan Lee popchnął go do środka sali.
– Co tak sterczysz, Cain – warknął poirytowany. – Malone, pokaż mu, gdzie ma spać.
Ledwie za dowódcą zamknęły się drzwi, a wszyscy ruszyli do nowego członka zespołu, który nie był tym zainteresowaniem w ogóle uradowany. Obrzucił zebranych wokół jego łóżka obojętnym spojrzeniem, po czym spokojnie zabrał się za powlekanie przydzielonej mu pościeli. Wzdrygnął się, czując na swoim ramieniu ciężką dłoń kaprala Malone’a. Wyprostował się, strącając ją, i cofnął o krok na dźwięk lawiny pytań, która runęła na niego z każdej strony.
– Dlaczego chciałeś zdezerterować?
– Jak to jest spędzić tyle czasu w izolatce?
– Chłopie, jak ty dałeś radę wytrzymać tyle pasów?!
– Skąd pochodzisz?
– Jak daleko udało ci się uciec za pierwszym razem?
– Masz jakieś doświadczenie wojskowe?
– Kim jest dla ciebie kapitan Lee?
Cain zmarszczył brwi, wcisnął dłonie głęboko w kieszenie i wbił wzrok w podłogę.
– Nazywasz się Michael, tak? – zapytał na koniec nieśmiało Edmund Price, jasnowłosy dziewiętnastolatek, który dołączył do naszej drużyny tydzień wcześniej. Biedaczysko aż skulił się w sobie, kiedy jego pytanie rozbrzmiało w ciszy, która niespodziewanie zapadła.
– Nazywam się Cain – oznajmił obojętnie zapytany, przyjrzawszy mu się najpierw uważnie, i wrócił do ścielenia łóżka.
– Te, dezerter! – Malone ruszył na niego. Złapał go za poły koszuli i nieomal podniósł z podłogi. – Masz się za kogoś lepszego od nas? Myślisz, że dasz sobie radę sam, tak? Taki jesteś chojrak, tak? A może masz chęć znów zwiać przy najbliższej okazji, co?
Cain musiał unieść głowę, by spojrzeć mu w oczy, ale zanim ktokolwiek zdążył się poruszyć, uwolnił się trzema błyskawicznymi uderzeniami. Chwilę później Malone znalazł się na podłodze, kaszląc gwałtownie i klęcząc przed nim z ramieniem zablokowanym w uchwycie, który musiał sprawiać mu sporo bólu.
– Jeśli myślisz, że znalazłeś sobie chłopca do bicia, to pomyśl jeszcze raz – oznajmił spokojnie Cain z kamienną twarzą. – Mam w dupie, kim jesteście, i was też gówno powinno obchodzić, kim ja jestem czy nie jestem. Większości z was i tak nie będzie tutaj za kilka miesięcy. Nie mam ochoty na pieprzone pitu-pitu przy śniadanku i wprost nie znoszę, gdy ktoś mnie dotyka. Zrozumieliśmy się?
Malone pokiwał głową i westchnął z ulgą, gdy Cain uwolnił go z uchwytu. Podniósł się powoli i przez chwilę wpatrywał się w nowego członka jednostki z nienawiścią, której jeszcze nigdy nie widziałam w jego oczach. Tak właśnie, zupełnie nieświadomie, szeregowy Cain zyskał pierwszego zaciętego wroga, i to najgorszego z możliwych. O tym bowiem, że kapral był wrednym, mściwym skurwielem, wiedział każdy w jednostce.
Malone uniósł dłonie i kiwając głową, wycofał się w ciszy. Cain przez chwilę jeszcze studiował z uwagą szczeliny pomiędzy wytartymi deskami w podłodze, po czym powrócił do przerwanej czynności; stłumiony szelest jego pościeli brzmiał wręcz ogłuszająco. Zaścielił łóżko nieskazitelnie, jakby nie robił nic innego przez ostatnie kilka tygodni, wyciągnął się na kołdrze i wsunąwszy dłonie pod poduszkę, spokojnie zasnął.
Atmosfera w sali była tak gęsta, że tego wieczoru wszyscy poszli spać wyjątkowo wcześnie.
Major szczegółowo omówił plan działania, odwołując się do map terenu i planów budynków. Cain zerknął na niego z uznaniem; jak dotąd nie miał zastrzeżeń. Musiał przyznać, że młody dowódca miał łeb na karku i przewidział wiele sytuacji, jakie mogły się wydarzyć. Mimo to nadal w tyle głowy błyskało mu czerwone światło ostrzegawcze.
– Czy mają państwo jakieś pytania? – zapytał oficer na koniec, zbierając dokumenty w równy stosik. Omiótł spojrzeniem ludzi Caina, którzy jak jeden mąż przenieśli wzrok na swojego dowódcę, to w nim szukając odpowiedzi. Dla Stallarda był to jasny sygnał: zrobimy to, co postanowi nasz kapitan.
Najstarszy z nich, potężnej postury brodacz, kapral Mark Silva – specjalista od ładunków wybuchowych – przez cały czas siedział bez ruchu, z łokciami wspartymi o blat stołu i dłońmi złączonymi na wysokości swojej rudawej brody, wpatrując się w majora uważnie, jakby w szarych oczach miał zainstalowany skaner, którym chciał prześwietlić jego intencje. Po jego prawej stronie, bezgłośnie postukiwał zwinnymi palcami o blat ciemnowłosy szeregowy Seo Jisoo, którego umiejętności we władaniu bronią białą bez problemu zapewniłyby mu miejsce trenera w najlepszych ośrodkach szkoleniowych i relatywnie prostą ścieżkę do awansu, którego to uparcie odmawiał. Po lewej natomiast, z dłońmi założonymi na piersi i odstręczającym grymasem na twarzy, siedział szeregowy Igor Hicks – z potężnymi ramionami, które ledwie mieściły się w rękawach munduru, był niekwestionowanym mistrzem w siłowaniu się na rękę w bazie, ale podobno potrafił też trafić nożem w dowolny cel z kilkunastu metrów. Dalej usadowiło się dwóch jasnowłosych szeregowych – Emel Darby, zwiadowca, oraz kierowca Tim Anwar.
Obok szeregowego Seo miejsce zajmował ciemnoskóry kapral Chris Emmerson, specjalista od walki wręcz, który swego czasu odrzucił propozycję stanowiska w Westfall, obecnej stolicy Republiki, na rzecz dołączenia do jednostki 113B. Naprzeciwko kapitana Caina zaś siedziało jeszcze dwóch szeregowych: cały czas wiercący się na krześle Ian Snow, o rozbieganym spojrzeniu i twarzy upstrzonej piegami, oraz Ben Hamir, którego ostre rysy zdawały się być wykute w kamieniu; raporty niewiele mówiły o ich umiejętnościach, ale sam fakt, że należeli do jednostki 113B, świadczył o tym, że coś w nich zainteresowało Caina na tyle, by zaproponować im miejsce w oddziale. Na samym końcu stołu siedział jeszcze starszy szeregowy Adam Milkovic, karnie usunięty z centrali wywiadowczej po bójce z synem jednego z Generałów Broni.
Emil Stallard widział ich akta i wiedział doskonale, co ich łączyło – każdy z nich miał problemy z dyscypliną; bójki oraz awantury były w ich poprzednich oddziałach na porządku dziennym i każdy z nich niejeden raz otarł się o usunięcie ze służby. Co jednak ciekawe, nie odnotowano u nich ani jednego wpisu karnego od dnia, w którym dołączyli do jednostki kapitana Caina.
Najbardziej natomiast interesowały majora Stallarda dwie postaci siedzące po obu stronach kapitana. Najmłodszy w oddziale, szeregowy Arthur Vargas, strzelec wyborowy, którego ciemne, lekko opuszczone oczy nieustannie uciekały spojrzeniem, jakby każda próba kontaktu wzrokowego była dla niego wyzwaniem, i wreszcie prawa ręka kapitana Caina – chorąży Milo Yang, utalentowany taktyk, który cieszył się w bazie nieposzlakowaną opinią i powszechnie uważano, że marnuje się w jednostce 113B. Mimo imponującej postury jego szczery uśmiech i pełne uwagi niebieskie oczy sprawiały, że roztaczał wobec siebie aurę niegroźnego olbrzyma, i Stallard nie potrafił dojść, w jaki sposób udawało mu się zapanować nad pozostałymi członkami jednostki.
– Myślę, że kapitan zgodzi się ze mną, że na chwilę obecną nie możemy przewidzieć innych możliwości – dodał z lekkim uśmiechem.
– Tak. – Cain zastukał dwa razy w stół palcem i podniósł się z krzesła, oznajmiając tym samym koniec spotkania. – Wyruszamy za godzinę. Yang zostań na chwilę.
Mężczyźni czekali w ciszy, aż zostali w sali sami. Chorąży zerknął na dowódcę i zmarszczył czoło. Cain usiadł i ściszonym głosem wyjaśnił mu całą sytuację. Yang słuchał ze skupieniem; nie zadawał pytań, wiedział, że dowie się wszystkiego, co było konieczne. Na koniec kiwnął głową i zapytał:
– Jakie wyposażenie zabieramy?
– TPP.
– W mordę! Aż tak źle?
Cain tylko rzucił mu znaczące spojrzenie.
– O cholera! – zaklął Yang i wyszedł szybko z sali.
Cain ruszył do swojego pokoju. W skupieniu zmienił mundur na taktyczny i sprawnie nałożył części pancerza z nanowłókien noszących sygnaturę Korpusu S5. Nie podobało mu się, że jego niezawodny pancerz został stworzony przez korpus, którym dowodził Stallard. Sprawdził broń, dwa długie noże na plecach, maskę. Przejrzał zawartość plecaka. O wyznaczonej godzinie był gotów.
Zanim jednak zdążył opuścić budynek, stanął przed nim podporucznik Moer.
– Pułkownik wzywa do siebie – oznajmił sucho.
Cain próbował ominąć go bez słowa, ale Moer ponownie zastąpił mu drogę.
– Natychmiast – warknął. – Tym razem to rozkaz, kapitanie Cain. Proszę mnie nie zmuszać do użycia… siły.
Kapitan uniósł brwi, ale ruszył za nim z cichym prychnięciem. Gdy tylko otworzyli drzwi do biura Moera, skrzywił się i zaklął pod nosem. Z gabinetu pułkownika dobiegał rozwścieczony głos majora Bale’a.
– …mówię po raz ostatni, pułkowniku. Żądam ukarania Caina zgodnie z regulaminem. Nie zamierzam więcej tolerować jego zachowania. Jeśli pan nad nim nie zapanuje, to…
– Pan wzywał, pułkowniku – wszedł mu w słowo Cain, stając w drzwiach.
– Zapraszam, kapitanie – wycedził pułkownik Lee, a w tym cichym stwierdzeniu zawarł więcej grozy niż w jakimkolwiek wrzasku. Twarz miał napiętą, z wyraźnie zarysowaną żyłą pulsującą na skroni, w oczach zimny ogień. – Zechce mi pan wyjaśnić, dlaczego po raz kolejny nie powiadomił pan majora Bale’a o spotkaniu.
– Z całym szacunkiem, panie pułkowniku, powiadomiłem. Zgodnie z obowiązującymi zasadami.
Lee zerknął na majora. W powietrzu zawisło napięcie – gęste i duszne, jak przed burzą.
– Czy to prawda, majorze? Czy został pan powiadomiony zgodnie z procedurami?
– No… tak – zająknął się Bale – ale jego zachowanie…
Cain prychnął pod nosem.
– Bale, kurwa… – Lee pochylił się do przodu i opuścił dłonie na biurko z głośnym plaśnięciem. Każde jego kolejne słowo było niczym uderzenie pięścią w stół. – Chyba ci się głowa z dupą pomieszała, że przychodzisz do mnie z takim gównem! Chciałeś, żeby wpisywał się w twoje pieprzone rubryczki, wpisuje się. Czego jeszcze chcesz?! Zawiadomienia złotym drukiem na papierze, kurwa, czerpanym? Oczekujesz, że ci się będzie cymbał kłaniał, to pisz skargę choćby do samego Generała Broni. Powodzenia, kurwa mać! Tylko nie zawracaj mi więcej dupy!
Major poczerwieniał i otworzył usta, ale widząc wzrok pułkownika, natychmiast je zamknął. Wcisnął czapkę na głowę i wyszedł, trzaskając drzwiami. Cain uśmiechnął się drwiąco.
– Ja pierdolę, Cain! – zwrócił się do niego dowódca. W jego głosie nie było już tylko gniewu, był też zawód i zmęczenie, jakby miał już dość tej samej rozmowy, tej samej walki z kimś, kto znał obowiązujące granice, a mimo to celowo je przekraczał. – Jesteś nieuleczalnym wrzodem na mojej dupie. Wieczny przeciąg w gabinecie, zamontuję sobie niedługo drzwi obrotowe, bo te od rana się nie zamykają. Bo Cain, kurwa, to, bo Cain, kurwa, tamto. Nie chcesz się kłaniać palantowi, zapisz się na egzamin na majora. Albo nie, najlepiej od razu na pułkownika. Usiądź, kurwa, choć na jeden dzień w tym fotelu i posmakuj, jaki to miód! Ostatni raz, mówię to ostatni, kurwa, raz, bo więcej nie będzie! Tylko dlatego, że masz łeb na karku i jakieś umiejętności, nie znaczy, że możesz pluć na dyscyplinę. To jest wojsko, do cholery! Tu nie jesteś jakimś bohaterem. Jesteś trybem, a tryby, które nie pasują, się wymienia, jasne?!
Cain wcisnął dłonie w kieszenie i wbił wzrok w podłogę.
– Tak jest.
– Tak jest, kurwa, kto?!
– Tak jest, panie pułkowniku.
Lee podniósł się z fotela i odwrócił się do niego plecami, stając przy oknie.
– Spieprzaj mi stąd! I pilnuj lalusia! – warknął.
Cain wyszedł z gabinetu i zamknął cicho drzwi, ignorując zadowolony uśmieszek sekretarza Moera, który udawał, że uzupełnia jakiś formularz, choć kapitan wiedział, że bezwstydnie podsłuchiwał, gdyż dokument był do góry nogami.
Gdy tylko pojawił się na korytarzu, jakby spod ziemi wyrósł obok niego major Bale.
– Nie myśl sobie, że to koniec, dupku. Lee nie będzie tutaj zawsze, by pilnować twojego tyłka – warknął lodowato, uśmiechając się jednocześnie, jakby opowiadał jakąś zabawną historię, gdyż na korytarzu kręciło się wiele osób. – I wybij sobie z głowy awans na majora. Gdy tylko zdasz egzamin, osobiście załatwię ci przydział do najbardziej zapyziałej dziury w górach, przy samiutkim Pustkowiu. Aha, i pilnuj pleców, dupku, bo nawet się nie zorientujesz, kiedy cię dorwę.
– Dziękuję za dobrą radę – skwitował krótko Cain i nie oglądając się za siebie, wyszedł z budynku. Dopiero tam odetchnął głęboko i cmoknął poirytowany. – Palant – mruknął pod nosem. Splunął z niesmakiem i niespiesznie ruszył przez plac przed gmachem dowództwa. Już i tak był spóźniony, więc nie zamierzał marnować sił.
Gdy dotarł na miejsce zbiórki, zobaczył dwa okryte ciemną plandeką samochody i swoich ludzi zajmujących miejsca na pace. Każdy z nich, zgodnie z jego rozkazem, oprócz wyznaczonego wyposażenia bojowego miał ze sobą również długą, półprzezroczystą tarczę z sygnaturą S5. Ławki na pace zostały przez Anwara dostosowane do tego, by na czas przejazdu można było zatknąć je za plecami, co stanowiło również doskonałą barierę kuloodporną.
Sam Tim Anwar siedział za kierownicą jednego z pojazdów, obok niego miejsca zajęli dwaj oficerowie Stallarda. Major stał przy drugim samochodzie, ewidentnie czekając na niego. Kapitan zerknął na kierowcę, spod czapki uśmiechały się do niego znajome, otoczone długimi rzęsami niebieskie oczy.
Westchnął poirytowany.
Stallard uprzejmym gestem wskazał mu środek kabiny, więc odpowiedział mu tym samym, ale gdy tylko major zajął miejsce na środku, zatrzasnął za nim drzwi, po czym bez pośpiechu ruszył w kierunku pojazdu Anwara. Podniósł opartą o tył auta tarczę i podpierając się dłonią, zwinnie wskoczył na pakę. Zerknął na umieszczone w rogu pojazdu skrzynie. Nikt nie odezwał się słowem, kiedy zajął swoje miejsce przy kabinie i uderzeniem w przegrodę dał znak do odjazdu. Gdy tylko opuścili bazę, wyciągnął nogi przed siebie i oparł głowę na plecaku.
Po chwili odniósł wrażenie, że ktoś go ukradkiem obserwuje. Przyzwyczajony do takich spojrzeń, nauczył się ignorować większość z nich, ale energia płynąca od tej osoby była zdecydowanie wroga. Uchylił powieki i napotkał wzrok siedzącego przy wyjściu porucznika Morgana Stale’a. Pochylił się powoli do przodu, oparł łokcie na kolanach i spojrzał na niego otwarcie.
Nie rozpoznawał tej podłużnej, nienaturalnie bladej niczym wyrzeźbionej z lodu twarzy. Skóra, chorobliwie przezroczysta, odsłaniała siatkę niebieskawych żył na jego skroniach i szyi, a brak brwi i rzęs potęgował wrażenie pustki w wodnistoniebieskich oczach, śledzących jednakże każdy jego ruch z zimną, obojętną precyzją. Przez policzek Stale’a biegła poszarpana blizna, zaczynająca się tuż nad lewą brwią i kończąca tuż przy kąciku ust, jakby ktoś jednym ruchem chciał zetrzeć z niej ostatni rys człowieczeństwa.
Cain nie miał pojęcia, dlaczego ten człowiek miałby mieć mu cokolwiek za złe, ale też nie obchodziły go jego powody. Im dłużej mu się jednak przyglądał, tym wyraźniejsze wrażenie odnosił, że było w tej niepokojącej twarzy coś znajomego, jakby gdzieś widział już go wcześniej. Nie potrafił tylko przypomnieć sobie gdzie.
Porucznik uśmiechnął się lekceważąco. Potarł pozbawioną włosów, lśniącą niczym wypolerowana kość głowę, założył trzymany w rękach hełm, skrzyżował ramiona na piersi i zamknął oczy.
Cain prychnął pod nosem i wrócił do poprzedniej pozycji. Pogrążył się w półdrzemce. Potrzebował odpoczynku, a sen nigdy nie nadchodził.
Otworzył oczy, kiedy samochód zahamował dwukrotnie – umówiony sygnał Anwara, że dotarli na miejsce. Żołnierze nie ruszyli się z miejsc, dopóki nie wyskoczył z lekkim szelestem na ziemię. Nałożył maskę i aktywował noktowizor. W ciszy obserwował rozładowujący się oddział, nie przegapił również bacznego spojrzenia majora i doskonale zorganizowanych czynności jego zespołu. Usłyszał znajome stęknięcie i zwinnym ruchem schwytał upadającą na ziemię postać. Arthur Vargas, najmłodszy i najdrobniejszy członek jego oddziału, uginał się pod ciężarem długiego futerału.
– Przepraszam, kapitanie – mruknął chłopak pod nosem, poprawiając uchwyt na tarczy.
Cain bez słowa zdjął mu z barków futerał i rzucił Yangowi, który przechwycił go zwinnie i zarzuciwszy sobie na plecy, wrócił do swoich obowiązków.
– Trzymaj się Yanga – powiedział i ścisnął pokrzepiająco zawstydzonego chłopaka za ramię. – Poradzisz sobie, jak zawsze.
– Tak jest – odpowiedział Arthur, nasuwając na twarz maskę.
W niecałe dziesięć minut samochody zostały zabezpieczone maskującą plandeką, a cały oddział był gotów do działania. Stallard kiwnął głową i dał znak do wymarszu. Od pierwszego posterunku dzieliły ich niecałe dwa kilometry drogi przez rzadki las. Po kilkunastu minutach sprawnego marszu ujrzeli otaczający posiadłość mur. Zgodnie z przewidywaniami wysoka brama z kutego w roślinne wzory metalu była zamknięta.
Oddział zatrzymał się na skraju otwartej przestrzeni. Cain ruszył bezszelestnie przed siebie, jego zadaniem było obezwładnienie potencjalnych strażników w stróżówce i otworzenie bramki.
Zwinnie wspiął się na porośnięty mchem, skruszały, dawno niereperowany mur i już po chwili, z lekkim szelestem suchej trawy, wylądował po jego drugiej stronie. Zatrzymał się, czując głuche tąpnięcie, rozpoznał sylwetkę porucznika Stale’a – Stallard ewidentnie chciał go mieć cały czas na oku.
Cain przykucnął i obrzucił spojrzeniem budynek stróżówki, w jednym z okien paliło się światło. Mężczyźni podeszli bliżej i ukradkiem zajrzeli do środka. Wewnątrz, rozpartych na fotelach, siedziało dwóch wyrostków w podniszczonych ubraniach, rozmawiali przyciszonymi głosami i co chwila wybuchali nerwowym śmiechem. Cain nakręcił tłumik na pistolet i dał znak Stale’owi, by zajął miejsce przy drzwiach. Szarpnął za spust. Rozległ się trzask pękającej szyby i żarówki. Zapadła ciemność. Naciągnął maskę na twarz i skoczył w stronę drzwi, ale natknął się w nich na plecy porucznika.
– Pieprzeni rebelianci – prychnął ten pogardliwie i machnął mu przed nosem kluczem, dając znak, że idzie otworzyć bramę.
Cain rzucił okiem na leżące na fotelach ciała. Ramiona i nogi mieli rozrzucone na bok jak porzucone w pośpiechu manekiny. Przy nogach foteli leżały nowe karabiny, zza ich pleców wystawały wojskowe maski. W zielonkawym ekranie noktowizora koszule rozkwitały powoli czarnymi plamami wokół sterczących z ich piersi rękojeści. Kucnął przy jednym z rebeliantów. Chłopak miał krótko, starannie podcięte włosy i gładko ogoloną twarz, która zastygła w wyrazie zdziwienia, jakby nie do końca docierało do niego, że to już koniec. W starym, połatanym, pozbawionym insygniów mundurze na pierwszy rzut oka wyglądał jak dzieciak zabłąkany w cudzym konflikcie, ale wystarczyło przyjrzeć się bliżej: jego buty były zbyt nowe, zbyt dobrze dopasowane. To nie byli rebelianci. To byli żołnierze udający rebeliantów.
Cain zerknął na swoją jednostkę prześlizgującą się przez uchyloną bramę. Znał to uczucie – ciężkie, tłuste jak gęsty, duszący dym, wypełniło jego płuca, utrudniając mu oddychanie. Coś było nie tak. A mimo to musiał grać dalej, udawać, że wciąż jeszcze nie dostrzega sznura, który powoli, nieubłaganie zaciskał się na jego szyi. Westchnął ciężko i zanim wyszedł, zamknął zabitym oczy.
W drodze do głównego celu Cain przekalkulował wszystko, każdy strzęp informacji, który udało mu się dotąd zdobyć. Raz. Drugi. Trzeci. Każdy możliwy wariant był zbyt ryzykowny, niczym droga prowadząca dalej i dalej, ku kolejnym rozdrożom. Zorientował się zbyt późno. Rozum podpowiadał mu jedno, instynkt drugie, a ciało parło naprzód jak na autopilocie. Nieświadomie zaciskał tylko coraz mocniej zęby.
Zatrzymali się na skraju piaszczystej ziemi, która niegdyś była zielonym rozległym trawnikiem. Tam, na tle czerni lasu, stał Pałac Rosenthaalów – dawniej pełen życia, teraz zaledwie skorupa – wypalony relikt innego świata, innych, lepszych czasów. Księżyc rozlewał srebrną poświatę na jasną bryłę budynku. Dumne swego czasu kolumny portyku przypominały teraz połamane kości olbrzyma, mury krzyczały czarnymi ustami okien, okolonymi śladami pocisków i plamami, które nie były tylko dymem.
W oddali lśnił Filar Centralny – smukły niczym igła wbita w niebo, miał w sobie coś boskiego, a jednocześnie emanował złowieszczą aurą, jakby stworzono go bardziej dla kontroli niż ochrony. Jego powierzchnia połyskiwała w blasku księżyca. Nikt nie wiedział jaki materiał został wykorzystany do jego budowy – ni to metal, ni szkło, żywy i martwy jednocześnie. Na ogromnych wysokościach Filar rozszerzał się nieznacznie, tworząc pierścienie, w których znajdowały się potężne emitery – nadajniki w regularnych impulsach rozsyłające w atmosferę ochronne fale.
Wokół panowała nieprzenikniona cisza. Filar nie wydawał dźwięku i nie było już nikogo, kto byłby w stanie stwierdzić, czy wciąż działał pełną mocą. Dopóki jednak stał, mieszkańcy Republiki mogli zasypiać spokojnie.
Cisza przed burzą z piorunami, pomyślał Cain ponuro, ale zgodnie z planem pokazał Yangowi umówiony sygnał formacji.
Jego oddział natychmiast rozdzielił się na trzy grupy. Yang z czwórką żołnierzy zniknął w mroku otaczających ich drzew. Arthur, uginając się pod ciężarem odzyskanego futerału, zanurzył się w zarośla po lewej stronie razem z towarzyszącym mu Milkovicem.
– Ten mały da sobie radę? – zapytał półszeptem Stallard.
Cain rzucił mu chłodne spojrzenie. W jednostce Arthur Vargas był niepozornym kurduplem, przewracał się o własne nogi i wyglądał, jakby mógł się zgubić w kolejce po chleb. Typowa oferma. Cain z początku zastanawiał się, jakim cudem w ogóle został przyjęty do wojska. Ale okazało się, że gdy tylko miał w rękach karabin znikała niepewność, znikały drżące dłonie i potknięcia. Przykładał oko do lunety i jego ciało stawało się ramą czegoś większego – absolutnego spokoju, skupienia, precyzji.
– Ręczę za swoich ludzi, Stallard – odparł. – A ty za swoich?
Przez chwilę patrzyli na siebie w ciszy.
– Chorąży jest już na pozycji – zameldował Stale półgłosem.
Stallard kiwnął głową.
– Ruszamy za sześćdziesiąt, ty, Cain, za sto dwadzieścia.
– Zrozumiałem.
Cain zacisnął zęby, patrzył, jak Stallard ze swoimi ludźmi przemyka ku lewemu narożnikowi budynku. Gdy znajdowali się w połowie drogi, ruszył z czwórką swoich żołnierzy po drugiej stronie. Biegli nisko pochyleni, jakby mogli dzięki temu schować się we własnych cieniach. Buty miarowo zgniatały wyschnięte kępy trawy i każdy krok przybliżał ich do ścian budynku.
W jednej chwili rozpętało się piekło.
Rozdzierający powietrze huk był ogłuszający. Pociski uderzały wokół nich i raz za razem sięgały celu. Odpowiedzieli ogniem. Łuski spadały na ziemię niczym puste łupiny. Uderzenia w tarczę były potężne, za każdym trafieniem prawie gubił krok. Dobrze znał jej parametry – siedem pocisków, mniej, jeśli kule przypadkiem trafiły w to samo miejsce, potem tarcza stawała się krucha jak szkło. Kątem oka zobaczył, że Darby się potknął. Doskoczył ku niemu i pociągnął za sobą bez słowa.
Nagle ogień przeciwnika zelżał, Cain domyślił się, że to Arthur metodycznie zdejmował ostrzeliwujących ich niezmordowanie wrogów. Ruszyli do przodu z nową siłą; wciąż byli atakowani, ale każdy kolejny krok był już trochę mniej samotny, bo gdzieś tam, w cieniu drzew i bujnych krzewów, był ktoś, kto usuwał z nich celownik, zanim spust został wciśnięty.
Byli już w połowie drogi, gdy tarcza znajdującego się po jego lewej stronie kaprala Silvy pękła na kawałki. Mężczyzna zatoczył się do tyłu, ale nie upadł. Natychmiast w kolumnie zastąpił go szeregowy Hicks. Każda sekunda, każdy krok zbliżały ich do celu. Cain przyjął kolejny strzał na tarczę. Siódmy. Obrócił ją i przygotował się na uderzenie. Pocisk przeleciał przez tarczę, roztrzaskał ją i otarł się o jego udo. Emel Darby natychmiast skrył go w cieniu własnej tarczy, aż do chwili, gdy dopadli ściany budynku.
– Status – rzucił Cain, łapiąc oddech. Czuł lepką mokrość sączącej się po nodze krwi.
– Silva: postrzał w ramię – zameldował kapral, ściskając ranę.
– Darby: okej.
– Hicks: okej.
– Anwar: okej.
Cain odbezpieczył granat ogłuszający i wrzucił go przez okno. Po chwili cała piątka sprawnie znalazła się wewnątrz zniszczonego pomieszczenia. Było puste, głuche i nieruchome, jakby nawet kurz obawiał się unieść swoje drobinki. W kącie pokoju stały resztki eleganckiej komody. Wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, zostało rozkradzione dawno temu. Pozostały tylko ściany pokryte łuszczącą się tapetą, której wzory znikły pod warstwą brudu, sadzy i wilgoci, oraz zwisający z sufitu fragment kryształowego żyrandola – żałosny strzęp dawnej elegancji i splendoru.
– Hicks, Anwar, okna. Darby, zajmij się Silvą – rozkazał Cain i podszedł do drzwi. Powoli uchylił je i wyjrzał na korytarz. Wszędzie panowała cisza, rozpraszana tylko ich ciężkimi oddechami. Zamknął drzwi i oparł się o ścianę. – Anwar, jak twoja tarcza?
– Wytrzyma cztery.
– Idziesz pierwszy, ja za tobą. Hicks zabezpieczasz lewą stronę, Darby prawą, Silva tyły.
Mężczyźni skinęli głowami potwierdzająco. Ruszyli korytarzem, wolno, niemal bezszelestnie, stłumieni jak cienie, przystawali przy każdych drzwiach. Metodycznie sprawdzali kolejno wszystkie pomieszczenia, pokój po pokoju. Oczy czujne, palce na spustach. Budynek był ogromny i rozpoznanie zabierało im dużo czasu. Z każdym pustym wnętrzem Cain czuł wyraźniej ogarniający go chłodny spokój. Wiedział jednak zbyt dobrze, jak zdradliwe mogą być takie momenty, by pozwolić sobie nawet na chwilę utraty skupienia.
Klepnął kroczącego przed nim Anwara w ramię, grupa zatrzymała się i zajęła wyznaczone pozycje obronne. Plecami przylgnął do ściany i wysunął się do przodu. Szybko rozejrzał się po pustej przestrzeni za rogiem. Palcami lekko wystukiwał rytm na kolbie karabinu. Jego serce biło równo, oddech był spokojny, wzrok skupiony. Wyostrzył zmysły i zanurzył się we własny instynkt. Lubił ten stan. Był gotowy, co do tego nie miał żadnych wątpliwości. Dobrze wiedział, co potrafi.
Uniósł dłoń i Anwar ruszył dalej, zasłaniając się tarczą.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
