Recepta na romans - Deidra Duncan - ebook + książka
NOWOŚĆ

Recepta na romans ebook

Duncan Deidra

4,6
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

394 osoby interesują się tą książką

Opis

Pierwszy rok rezydentury to piekło. Zwłaszcza gdy wszyscy myślą, że przespałaś się z szefem, by się na nią dostać.

Grace Rose od zawsze chciała zostać lekarką. I właśnie zaczyna pracę na oddziale położniczo-ginekologicznym w teksańskim szpitalu. Nie jest lekko.

Julian Santini – irytująco przystojny dupek, też rezydent – nie tylko wierzy w bzdurne plotki, ale i robi wszystko, by uprzykrzyć Grace życie.

Najgorzej!

Ich relacja przypomina otwartą ranę, ale… on ma problem z nauką teorii (może to ADHD?), ona – z praktyką (i ma ataki paniki). Do tego ciągle muszą zakuwać. I są skazani na swoje towarzystwo. Aż nagle pierwsze cesarki wykonane trzęsącymi się rękoma, wspólne dyżury i nieprzespane noce działają jak kojący opatrunek.

Niestety Grace ma swoje demony, a Julian swoje tajemnice.

Komu bardziej kibicujesz?

Julianowi, przystojnemu osteopacie, którego starsze siostry pilnują, by nie zachowywał się jak mizoginistyczna świnia?

Czy Grace, rezydentce walczącej ze swoimi lękami i z podłą plotką o karierze zdobytej przez łóżko?

A może im – razem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 398

Data ważności licencji: 2/5/2030

Oceny
4,6 (19 ocen)
13
4
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Mileenaay

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo fajnie się bawiłam! 🩷
00
rols86

Dobrze spędzony czas

Może być
00
AdaPDz

Nie oderwiesz się od lektury

wciagajaca historia do przeczytania w jeden dzien.
00
kinia24113

Nie oderwiesz się od lektury

Super przyjemny romans! Polecam ❤️
00
agni3cha

Nie oderwiesz się od lektury

Przyjemnie się sie czytalo. Jedyne co mnie troche zirytowała to powod rozstawia. Teoche za bardzo na siłę wymyślony.
00



Tytuł oryginału: Love Sick

Projekt okładki: Piotr Wszędyrówny

Redakcja: Dorota Kielczyk

Redaktor inicjujący: Katarzyna Lipnicka-Kołtuniak

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Grzegorz Włodek

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Kamil Kowalski, Lilianna Mieszczańska

Copyright © 2025 by Deidra Duncan

All rights reserved.

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2026

© for the Polish translation by Joanna Dżdża

ISBN 978-83-287-3512-5

MUZA SA

Wydanie I 

Warszawa 2026

–fragment–

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz

Dla pierwowzoru grupy terapeutycznej.

Do każdej osoby, która zastanawia się, czy ta postać przedstawia właśnie ją: pewnie tak.

Słowniczek

ASCOM – 1. wewnątrzszpitalny telefon; 2. dźwięk, który słyszysz w swoich koszmarach; 3. to, czego życzysz najgorszemu wrogowi.

kierownik specjalizacji – 1. lekarz prowadzący, który zarządza określoną specjalizacją rezydentury; 2. mężczyzna z nieskończonym zapasem czekolady.

lekarz prowadzący – 1. lekarz, który ukończył rezydenturę i odpowiada za szkolenie rezydentów; 2. osoba, której nie chce się pracować, ale zawsze uważa, że ty pracujesz niewystarczająco ciężko.

lekarz szpitalny – 1. lekarz, którzy specjalizuje się w leczeniu hospitalizowanych pacjentów; 2. człowiek, który nienawidzi rezydentów; 3. osoba, której nie sposób zadowolić.

maglowanie – 1. sytuacja, gdy lekarze starsi stażem zadają ci coraz trudniejsze pytania, żeby zrobić z ciebie idiotę; 2. najlepszy sposób, żeby przypomnieć rezydentom, że są na samym dole hierarchii.

porodówka – 1. oddział porodowy; 2. miejsce, gdzie wraz z noworodkami przychodzi na świat radość; 3. oddział, na którym jest najwięcej sensacji.

rezydent – 1. lekarz w trakcie szkolenia; 2. osoba, która pracuje osiem milionów godzin tygodniowo; 3. miernota.

starszy rezydent – 1. rezydent w trakcie ostatniego roku szkolenia; 2. gorzki, zdystansowany człowiek pozbawiony wszelkich emocji.

stażysta – 1. rezydent podczas pierwszego roku szkolenia; 2. przepracowany, przytłoczony idiota; 3. student piątego roku medycyny.

Julian

CZERWIEC, PIERWSZY ROK

Jakim trzeba być dziwakiem i miłośnikiem tortur, żeby dla przyjemności rozpalać ognisko w duszny, upalny czerwcowy dzień w Teksasie! U nas tak się nie robi – a pochodzę z Florydy, krainy szaleńców. Wpatrując się w płomienie, słyszę wokół siebie gwar rozmów. Powoli wodzę kciukiem po szyjce butelki piwa.

Biorę łyk i marszczę czoło.

Ciepłe IPA.

Mniam.

– Hej, Santini. – Maxwell DeBakey podaje mi zimną butelkę. – Jeszcze jedno?

Wylewam resztki poprzedniego i biorę od niego kolejne.

– Dzięki.

Maxwell siada obok mnie. Ogień złocistym blaskiem rozświetla jego ciemną, spoconą skórę.

– Nie ma za co.

– Dlaczego palimy ognisko w czerwcu?

Posyła mi uśmiech.

– Tradycja gineKOLEGÓW.

Z rozbawienia zatrzymuję butelkę w połowie drogi do ust.

– GineKOLEGÓW?

Maxwell chichocze i wzrusza potężnym ramieniem.

– Faceci z rezydentury trzymają się razem. Inaczej kobiety pożarłyby nas żywcem.

Hmm. Pożarłyby? Naprawdę?

Zaciskam wargi, żeby powstrzymać sarkastyczny komentarz, który aż ciśnie mi się na usta. Chyba niezbyt mądrze jest wychylać się przed rozpoczęciem pierwszego roku, ale pozwalam sobie na uśmiech, gdy myślę o ironicznym tekście, który przyszedł mi do głowy: Strzeżcie się kobiet, bo one zniszczą świat!

Biorę kolejny łyk, czuję w gardle zimne chmielowe bąbelki. Za kilka dni Maxwell zacznie czwarty rok – czyli będzie starszym rezydentem, a ja na dole drabinki – marnym stażystą. Mój pierwszy rok rezydentury. Jestem jedną z zaledwie pięciu osób przyjętych na specjalizację ginekologiczno-położniczą w CMUT, czyli Centrum Medycznym Uniwersytetu Teksańskiego.

Nadal nie mam pojęcia, jakim cudem udało mi się tu dostać. To bardzo dobra rezydentura i nie było pewne, czy mnie przyjmą. Po pierwsze moje wyniki pozostawiały wiele do życzenia, a po drugie nie mam przed nazwiskiem budzących szacunek literek: lek. med.

Mgr Julian Santini, osteopata.

Osteopata. Ubogi krewny świata medycyny. Wszyscy myślą o takich jak ja, że wybraliśmy osteopatię tylko dlatego, że nie byliśmy w stanie dostać się na bardziej prestiżowy kierunek tradycyjnej uczelni medycznej.

Jestem jedynym osteopatą na naszej specjalizacji. I jednym z trzech w całym szpitalu.

W marcu trzy i pół tysiąca lekarzy walczyło o półtora tysiąca miejsc na rezydenturach ginekologicznych w kraju i jakimś cudem jedno z nich przypadło mnie. Kwestia rozmowy kwalifikacyjnej? Listów polecających? Ślepego szczęścia? Tak czy inaczej, mam pełną świadomość, że na to miejsce nie zasłużyłem, więc muszę być ostrożny.

Muszę udowodnić swoją wartość, chociaż niezbyt wierzę, że zdołam to zrobić.

– Gotowy na nadchodzący tydzień, chłopie? – pyta Maxwell. – Na porodówce sporo się dzieje. Pierwszy lipca już niedługo.

Uciekam wzrokiem i patrzę na ogień.

– Chyba gotowy. Kto postanowił ukarać najsłabsze ogniwo i posłać mnie na porodówkę jako pierwszego?

Zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jakiś test. Położnictwo, chirurgia i inne podspecjalizacje są przydzielane każdej osobie na miesiąc, a potem rezydenci się zmieniają. Z jakiegoś powodu ja pierwszy mam ogarniać porodówkę. Na tym oddziale pracuje się nie tylko najciężej, ale i najdłużej. Taka próba ognia.

Maxwell prycha.

– Najsłabsze ogniwo? Wątpię. Poza tym to ja jestem twoim rezydentem nadzorującym. To nie kara, chłopie. Będzie fajnie.

Niemiłosierny żar bijący od płomieni zniekształca mi obraz facetów po drugiej stronie ogniska. Rozmawiają z piwem w ręku. Po mojej lewej jeden rezydent raczy dwóch innych opowieścią o pewnym przypadku chirurgicznym sprzed kilku dni. Po mojej prawej Maxwell sadowi się głębiej w fotelu.

Dom i ogród należą do Ashera Foleya, który wkrótce zacznie trzeci rok. To ewidentnie kawaler. Podejrzewam, że kiedyś był członkiem bractwa studenckiego. Wszystko na wypasie – luksusowy taras, który podobno zbudował sam, pokój do gier z dźwiękiem przestrzennym, pełny barek zajmujący pół kuchni i słoik z prezerwatywami na lodówce.

Co za subtelność.

W najbardziej widocznym miejscu na ścianie w salonie wisi plakat, na którym wymyślne, kolorowe litery układają się w słowa: „Nie jestem ginekologiem, tylko mistrzem sztuk macicznych”. Pod napisem widnieje tęczowy rysunek ręki wyciągającej macicę z kapelusza. Kiedy wskazałem ręką plakat, unosząc pytająco brew, Asher odparł, że dostał go w zeszłym roku w ramach mikołajkowej wymiany prezentów. Maxwell tylko pokręcił głową i dodał, że Asher sam go kupił na Etsy.

Zabrakło mi słów.

Wśród dwadzieściorga rezydentów na naszej specjalizacji jest tylko sześciu mężczyzn. Czterech lekarzy prowadzących – naszych szefów – również przyszło dziś na tradycyjne ognisko. Zanim się tu pojawiłem, nie miałem pojęcia, że nie będzie żadnych kobiet. Maxwell mówi, że one mają własne tradycje, ale wątpię.

Wyobrażam sobie, co o tym, poniekąd mizoginistycznym, rytuale powiedziałyby moje siostry.

„To obrzydliwe, Julian. Jak możesz brać udział w czymś takim?”

Będę im musiał później wyjaśnić, że zostałem tu zwabiony podstępem. Mam nadzieję, że zrozumieją.

Mam cztery starsze siostry, co jest jednocześnie denerwujące i zabawne. Lekcje, których udzieliły mi w dzieciństwie, ukształtowały mnie i do tej pory je pamiętam. Jedna z moich ulubionych: mężczyźni, którzy wykluczają kobiety ze spotkań w kręgach zawodowych, przeważnie są szowinistami i prawdopodobnie mają małego.

Moje siostry często dramatyzują, ale rzadko się mylą.

Przynajmniej w kwestii szowinizmu. A jeśli chodzi o drugą część tej hipotezy… staram się o niej nie myśleć.

– To nie jest tylko plotka – słyszę za sobą.

Maxwell i ja odwracamy się – widzimy, jak w naszym kierunku idą z drinkami w dłoniach doktor Levine i doktor Kulczycki, dwaj lekarze prowadzący.

– Co nie jest plotką? – pyta Maxwell.

– To o tej dziewczynie. – Doktor K. macha ręką. – No wiecie, tej stażystce.

Maxwell szeroko otwiera oczy.

– A, to. – Maxwell odwraca się w stronę ognia. – Skąd to wiadomo?

Doktor Levine z policzkami różowymi albo od gorąca, albo od alkoholu posyła mi ledwie widoczny uśmiech. W jego niebieskich oczach tańczy blask ognia. Krótko przycięte siwe włosy nie zakrywają błyszczącego potu na łysiejącym czole.

– Chen w zasadzie to potwierdził.

Doktor Chen, nasz kierownik specjalizacji? Jestem coraz bardziej zaciekawiony i spoglądam to na Levine’a, to na K.

Doktor K. prycha, przeczesując ciemne włosy ręką, aż okulary opadają mu na czubek spoconego, haczykowatego nosa.

– Chen powiedział, że przygląda się sprawie. Niczego nie potwierdził.

Levine przewraca oczami.

– Już dwa dni temu wszyscy wiedzieliśmy, że to prawda.

– Co jest prawdą? – pytam.

Wszyscy zwracają się w naszą stronę i milkną.

Maxwell wypija łyk piwa.

– Kilka dni temu słyszeliśmy, że jedna ze stażystek dostała miejsce, bo przespała się z kimś z BPKM.

Żeco?

Biuro Podyplomowego Kształcenia Medycznego koordynuje współpracę między centrum medycznym a radą akredytacyjną. W gruncie rzeczy odgrywa ono rolę naszego zarządu.

Przechodzi mnie dreszcz i czuję napięcie w mięśniach, bo przez głowę przelatują mi wspomnienia z ostatnich ośmiu lat – wszystkie kosztowne korepetycje, nieprzespane noce, nielegalne tabletki Adderallu, które odkupiłem od znajomych, bo nie miałem czasu na oficjalne diagnozowanie ADHD. Myślę też o wszystkich swoich dziewczynach, które narzekały, że za dużo się uczę, i zostawiały mnie dla kogoś innego.

Z natury nie jestem pilny. Nie było mi łatwo dotrzeć do miejsca, w którym jestem teraz. To nie jest łatwe dla nikogo; w ciągu ostatnich kilku lat miewałem ponure dni, kiedy nie wiedziałem, czy zdołam osiągnąć cel. Kilka straconych punktów na egzaminie końcowym mogło zdecydować, czy spełnię swoje marzenie, czy też skończę bez dyplomu, ale za to z ogromnym kredytem studenckim do spłacenia. Jeśli jakaś dziewczyna dostała się w nieuczciwy sposób…

Zaciskam dłoń na wilgotnej butelce z piwem.

Kolejne z ulubionych powiedzonek moich sióstr: „Nieetyczni ludzie to śmieci”.

– Wciąż się zastanawiam, o którą chodzi – mówi Liam Heaney, jeden z chłopaków z drugiego roku.

Moją uwagę przyciąga Kai, tak jak ja pierwszoroczny, który bezgłośnie pyta: „Wiedziałeś o tym?”.

Kręcę głową. Kai Campisi jest chudy i wyższy ode mnie, a zatem ma ponad sto osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Blond włosy idealnie ulizane na bok. Nawet wilgotność na poziomie miliona procent nie zdołała nadszarpnąć działania obficie nałożonego żelu. Poznałem go dwie godziny temu, ale już wiem, że jest ironiczny i bezpośredni. I że jest gejem – a to dlatego, że kiedy uścisnął moją dłoń, powiedział:

– Ale z ciebie ciacho. Homo czy hetero?

– Hm. Hetero.

Puścił moją rękę i podał mi piwo.

– Szkoda.

Od tamtej pory trochę pogadaliśmy.

Asher, gospodarz, wybucha śmiechem.

– Chyba sobie żartujesz, co? Daj spokój, Liam. Widziałeś, jak się nazywają. Jak sądzisz, która z trzech dziewczyn na tej liście najprawdopodobniej robi karierę przez łóżko? Raven Washington, mężatka z małym dzieckiem? Alesha Lipton, która miała najlepsze wyniki z nas wszystkich? Czy Sapphire Rose, dziewczyna, której imię i nazwisko nadają się na plakat klubu nocnego w Las Vegas?

Gdy słyszę ten opis, wewnętrznie się krzywię. Kiedy dostałem mejl z listą nazwisk pozostałych stażystów, przez głowę przeszła mi dokładnie ta sama myśl. Zepchnąłem ją na obrzeża świadomości, tam, gdzie przechowuję wszystko, czego się wstydzę, jak na przykład tamtą sytuację, kiedy podarłem wymyślną pracę plastyczną siostry, bo powiedziała, że w nowej fryzurze wyglądam jak trzynastoletni Justin Bieber.

Ale serio – jacy rodzice nazywają córkę Sapphire Rose i oczekują, że będzie traktowana poważnie?

Jeśli ta stażystka-striptizerka naprawdę dostała miejsce za seks, to chyba mnie trafi szlag.

No chyba że… wcale tak nie było?

A co, jeśli to nie była ona?

Prawda zawsze jest bardziej złożona.

– Mówi pan poważnie? – Zerkam na doktora Levine’a. – Przespała się z kimś, żeby się dostać?

Levine wzrusza ramionami.

– Słyszeliśmy o tym z wiarygodnego źródła.

Jakbardzo wiarygodnego?

Kilka dni temu Alesha Lipton zaprosiła mnie na czat grupowy dla stażystów i od tamtej pory sporo rozmawialiśmy. Ta Sapphire mało się tam udziela, więc nie mam żadnego punktu odniesienia, żadnego powodu, by wierzyć albo nie wierzyć w te pogłoski.

Choć na myśl o niesprawiedliwości gotuje się we mnie krew, mówię sobie, że powinienem się wstrzymać z oceną sytuacji. Poczekać, aż poznam fakty. Chociaż mój prowadzący w zasadzie to potwierdził.

Ech.

Czy ostatecznie ma to jakiekolwiek znaczenie? Nie. To mnie nie dotyczy. Nie moja sprawa.

Do roboty. Trzymaj obrany kurs. Cztery lata i z głowy.

Grace

CZERWIEC, PIERWSZY ROK

Kiedy sięgam w stronę kierownicy, trzęsą mi się ręce. GPS cierpliwie czeka, aż uruchomię trasę, ale czuję skurcze w brzuchu, więc chwytam za klamkę. Zaraz zwymiotuję.

Otwieram drzwi i wychylam się na wilgotne, nocne powietrze. Pierwszy głęboki oddech uśmierza mdłości. Drugi łagodzi skurcze.

To tylko impreza.

Spotkanie zapoznawcze rezydentów ma być dobrą zabawą i sposobem na nawiązanie znajomości z osobami, które wkrótce będą moją pracową rodziną. Przez kilka kolejnych lat będę spędzać z tymi nieznajomymi więcej czasu niż z własną prawdziwą rodziną w Kalifornii.

W ten sposób dojdziesz do celu, Grace. Właśnie tego zawsze chciałaś.

Odkąd sięgam pamięcią, napędzało mnie – człowieka z typem osobowości A – marzenie o tym, że będę kiedyś mądra, szanowana i odniosę sukces, nosząc biały kitel. Zawsze marzyłam o tym, by zostać lekarką. To dla mnie najbardziej jednoznaczny symbol, że osiągnęłam coś wartościowego i niezależnie od czyjejkolwiek opinii będę traktowana poważnie.

Te myśli wcale nie łagodzą druzgocącej fobii społecznej, która ściska mi klatkę piersiową niczym gorset.

Co, jeśli mnie nie polubią?

Wyciągam telefon.

Ja: Stresuję się

Mama: Poradzisz sobie, kochanie. Oddychaj głęboko.

Powinnam była wziąć beta-bloker. Ale tego nie zrobiłam, tylko uzbroiłam się w czerwone szpilki Louboutina, które kupiłam sobie na uroczystość zakończenia studiów, a także w szminkę NARS w kolorze o nazwie „Niestosowna czerwień”. Długie falowane włosy ułożyłam w delikatne loki opadające na plecy. Sukienkę mam oczywiście czerwoną.

Każdy kolor jest dobry, byle nie był to niebieski.

Szafirowy.

Oddycham powoli. Wycofuję z miejsca parkingowego, po czym ruszam w stronę domu doktora Chena, gdzie ma się odbyć impreza zapoznawcza. Na czacie grupowym zastanawialiśmy się z innymi stażystami, czy będą otrzęsiny, ale Alesha Lipton rozmawiała z kimś z drugiego roku i najwyraźniej impreza powitalna to w skrócie alkohol, miła atmosfera i dużo gadania o waginach – stały temat w każdej rozmowie wśród ginekologów.

Jeszcze nie spotkałam w realu pozostałych stażystów, czyli rezydentów z mojego roku, ale na podstawie rozmów na czacie grupowym myślę, że będziemy się dobrze dogadywać.

Podjeżdżam do narożnej działki i obejmuję się za brzuch, bo znowu łapią mnie skurcze. Krawężnik jest pełen samochodów, ale wciskam się swoją Toyotą Camry pomiędzy podjazd a niebieskiego SUV-a.

Dom ma styl rustykalny i we wszystkich oknach jarzą się światła. Ogród jest pełen dojrzałych drzew. W jednej części wznosi się staroświecki komin. Przy schodach prowadzących do głównego wejścia rośnie klon palmowy. Przechodząc obok niego, pozwalam sobie dotknąć ręką jego mocno czerwonych liści.

Tocząca się w środku rozmowa zapewne zagłusza moje pukanie i nikt mi nie otwiera. Biorę jeszcze jeden wdech, by uspokoić nerwy, i wchodzę do domu. W środku mnóstwo ludzi. Posyłam wymuszony uśmiech w stronę pierwszej osoby, którą zauważam – przystojnego, szeroko uśmiechniętego szatyna w różowym T-shircie. Na piersi ma grafikę macicy z naprężonymi bicepsami i podpisem: „Ziomaciczek”.

Patrzę na rysunek, mrugam kilka razy i w gardle więźnie mi śmiech.

Chłopak otwarcie się śmieje.

– Zapiera dech w piersi, wiem o tym. – Wyciąga rękę. – Jestem Asher. Z trzeciego roku.

– Cześć. Grace.

Kiedy zamykam drzwi, Asher zerka za moje plecy, jak gdyby spodziewał się jeszcze kogoś.

– Przyszłaś z kimś?

– Nie. Sama.

Omiata wzrokiem moją twarz.

– Czyli jesteś stażystką, tak? Grace?

Uśmiecham się.

– Grace Rose.

W jego oczach pojawia się błysk.

– Aha. Nie używasz swojego prawdziwego imienia?

– Kiedy tylko mogę tego uniknąć.

Asher nagle odwraca głowę w stronę kuchni.

– Przyniosę ci coś do picia. Na co miałabyś ochotę?

– Eee. Hm. Poproszę wino.

– Czerwone czy białe?

Wskazuję ręką na swoją sukienkę.

– Czerwone, oczywiście.

Asher rzuca przyjaźnie: „Oczywiście”, a potem znika w tłumie.

W połączonym z kuchnią salonie aż roi się od ludzi. Dzięki płytkom podłogowym imitującym cegły cała przestrzeń zyskuje toskański klimat, a oryginalne wykończenie – od marmurowych blatów po zabudowany kącik telewizyjny – świadczy o zamożności.

Nawiązuję kontakt wzrokowy z kilkoma osobami, do wszystkich się uśmiecham, ale nikt nie zachęca mnie, abym dołączyła do rozmowy. Snuję się po pokoju i oglądam drewniane deski na sklepionym suficie, kiedy nagle trafiam klatką piersiową w czyjś łokieć.

Gdy czuję, że na kostkę prysnął mi płyn, krzywię się niemiłosiernie. Tylko nie moje buty…

Spoglądam na drinka, którego potrąciłam – w połowie pusty plastikowy kubeczek w najatrakcyjniejszej dłoni, jaką kiedykolwiek widziałam.

Opalonej, szczupłej, o długich palcach.

Pełnej gracji.

Jakie to głupie, że pociąga mnie coś takiego.

Kiedy zauważam ciało połączone z tą dłonią, skórę rozpala mi dziwny, niespodziewany żar. Ten chłopak jest wysoki. Ciemnowłosy. Ciemnooki. Ma podbródek jak wycięty ze szkła.

Uśmiecha się i na jego policzkach pojawiają się dołeczki, a wokół oczu delikatne zmarszczki.

– Hej.

Mój lęk częściowo słabnie.

– Cześć. Przepraszam. – Zerkam na swoją nogę. – Mam na sobie twojego drinka.

Brunet wbija ciemne spojrzenie w moją kostkę, a potem wiedzie wzrokiem w górę tak, że aż czuję, jakby jego absurdalnie atrakcyjne dłonie dotykały mojej skóry.

Ojej. Czyżby zrobiło się tu gorąco?

– Nic nie szkodzi – odpowiada. – Ale chyba zniszczyłem ci buty.

Wydaję z siebie jęk, patrząc na okropną plamę na jedwabnej kokardzie przy mojej kostce.

– Uwielbiałam te buty.

Na jego twarzy pojawia się grymas.

– Mogę ci polać drugi but. Żeby pasował, co?

– Och, naprawdę byłbyś dla mnie tak miły?

– Dla ciebie wszystko, ee… – Unosi brwi, ewidentnie oczekując, że podam mu swoje imię.

– Ach, jestem Grace.

Wyciąga rękę i się uśmiecha.

– Julian. Niszczyciel butów. Tylko nie mów o tym mojej siostrze. Jeśli się dowie, że zrujnowałem takie szpilki, wydziedziczy mnie.

Parskam śmiechem.

– Nikomu nie zdradzę twojej tajemnicy. Ale czekaj. Julian Santini to ty?

Uśmiech na jego twarzy słabnie, a jego ciepła dłoń odrywa się od mojej.

– Słyszałaś o mnie?

Uśmiecham się szeroko.

– Oczywiście. Zapamiętałam nazwiska wszystkich stażystów. Nazywasz się Julian Santini. W mejlu było napisane, że skończyłeś Akademię Medycyny Osteopatycznej w Erie.

– Studiowałem na kampusie w Bradenton. – Julian ściąga ciemne brwi. – Jesteś stażystką? Powiedziałaś, że masz na imię Grace?

Z piersi wydobywa mi się niezręczny chichot, a policzki robią się gorące.

– Ach, mam dwa imiona. Moi rodzice są hipisami. Więc nazwali mnie Sapphire. I tego imienia nie używam.

Uśmiech znika z jego twarzy. Julian prostuje się i nagle zachowuje zupełnie inaczej.

– To ty jesteś Sapphire Rose?

– Ee… Tak. – Robię krok w tył.

Julian śmieje się z niedowierzaniem, a potem przenikliwym, niemal zimnym wzrokiem ocenia moją twarz.

– Oczywiście, że to ty.

Gdy słyszę jego zgryźliwy ton, gwałtownie przechylam głowę.

– Co „oczywiście”?

– Nic. Nic takiego. A tak w ogóle, ładna sukienka. Pasuje do butów. Przepraszam za to… – Podnosi niemal pusty kubeczek i odchodzi. – Muszę sobie dolać…

Znika w tłumie, choć nawet nie dokończył zdania.

Zszokowana rozglądam się dookoła i spotykam się wzrokiem z kilkoma nieznajomymi osobami, które uśmiechają się uprzejmie, po czym wracają do prowadzonych rozmów.

Tak po prostu… odszedł? Dlaczego?

Czuję coraz silniejszy ucisk w piersi, a potem lęk drażni też moje kanaliki łzowe. Z przyklejonym uśmiechem przemierzam kuchnię i mijam Ashera, który niesie dla mnie wino. Podnoszę palec na znak, żeby za mną nie szedł, a potem przemykam do połączonej z kuchnią jadalni i dalej na zewnątrz, na puste patio.

Palenisko bucha ogniem. Obok niego stoi stolik pełen pianek, czekolady i krakersów przygotowanych do robienia s’moresów. Przechodzę obok tego wszystkiego, skręcam za domem, staję i opieram się o mur; ciepłe cegły wbijają mi się w plecy.

Z oczu wypływają dwie łzy, ocieram je i robię głębokie wdechy, starając się poradzić sobie z ponurym uczuciem samotności i zniewagi. Co to było?

Za rogiem otwierają się drzwi i słyszę zbliżające się głosy kilkorga gości. Chowam się bardziej w cieniu z boku domu.

– Doktor Levine jest pijany – mówi kobiecy głos.

Niski, zamyślony głos odpowiada:

– Zajęło mi trzy lata, żeby się upewnić, że on i jego żona są swingersami.

Słychać chichot kilku osób.

– Raz na imprezie zaproponowała mi seks – mówi inny mężczyzna.

– Weź przestań – mówi Niski Głos, a po jego tonie słychać, że przewraca oczami.

– Co się stało z czerwoną sukienką, Santini? Myślałem, że może będę miał u niej szanse, a tu nagle rozmawia z tobą, a potem znika.

– To była Sapphire Rose. Przedstawiła się i wtedy poszedłem po alkohol. Nie wiem, gdzie zniknęła.

Zaciskam oczy i wtedy spada kolejna łza. Olał mnie. Z pewnością zdaje sobie sprawę z tego, że takie zachowanie nie było uprzejme z jego strony.

Ech. Dlaczego płaczę z tego powodu? Imprezy są zbyt stresujące.

– Wiem, kim ona jest – mówi pierwszy głos. – Poszedłem dla niej po wino. Ale z ciebie cockblocker.

Aha. To Asher.

– Nie przeszkadza ci ta plotka? – pyta Niski Głos.

Co? Jaka plotka?

– Hm. Widziałeś ją? Też bym jej dał miejsce, gdyby wzięła do ust mojego ku…

– Zamknij się, Asher – mówi Niski Głos. – Moja żona tu jest.

Chwileczkę, co do…

– Nie szkodzi – mówi rozbawiony kobiecy głos. – Potrafiłaby w ogóle znaleźć twojego kutasa, Asher? Bo on raczej przypomina słomkę do napoju. Pewnie potrzebowałaby lupy.

Słychać chóralny śmiech; rozpogadzam się lekko. Dobrze, że nie wzięłam wina od tego dupka.

– Jasne, jasne, Cat. – W głosie Ashera pobrzmiewa nuta rozbawienia. – Jesteś przezabawna.

Kobiecy śmiech się oddala.

– Przyniosę ci nowego drinka, chudzino.

Drzwi otwierają się, a potem zamykają.

Niski Głos wzdycha.

– Ale z ciebie gnojek, Asher.

– Wiem. Ale słuchaj, jeśli pani doktor Rose robi karierę przez łóżko, mogę jej pokazać wszystkie drogi na skróty. Będzie miała najłatwiejszy rok stażu w historii świata.

Moje myśli wirują w milion kierunków. „Robi karierę przez łóżko”. Dlaczego tak o mnie myślą?

Spoglądam na swoją czerwoną sukienkę. Na czerwone szpilki. Może…

Nie, nie chodzi o dzisiejszy wieczór ani o mój wygląd. Chodzi o z góry przyjęte założenie.

Tylko że ja wcale nie wykorzystuję seksu, żeby mieć w życiu łatwiej niż inni. W ogóle nie uprawiam seksu – w każdym razie od dwóch lat. Mój ostatni raz skończył się katastrofą…

„To jak seks z królową lodu”.

Tak. Jeśli sytuacja miałaby się powtórzyć, to dziękuję bardzo. Moje libido na stałe się wyłączyło.

No cóż, do chwili, kiedy jakieś dziesięć minut temu przed moimi oczami pojawiła się ta demonicznie kusząca dłoń. Kto by pomyślał, że dłonie mogą być tak pociągające?

A potem on sobie po prostu poszedł…

O Boże. Czyżby wiedział o tej plotce?

Wbijam paznokcie w dłonie. Czuję ścisk w piersi i ciarki na skórze, ale rosnąca złość i wspomnienie ostatniego chłopaka sprawiają, że motylki w brzuchu zmieniają się w sztylety. Wychodzę z cienia i opieram rękę na biodrze.

Widzę błysk w ciemnych oczach Juliana w chwili, gdy dostrzega moją twarz. Trąca łokciem Ashera, ten odwraca się w moją stronę i wówczas rzednie mu mina. Stoi z nimi jeszcze dwóch chłopaków. Obaj to rezydenci.

– O co wam chodzi? – pytam.

Żaden się nie odzywa. Między nami trzaska ogień. W powietrzu czuć gorąco i dym palonego drzewa cedrowego.

– Kto wam powiedział, że robię karierę przez łóżko? – pytam.

– Hm… – Asher pociera szyję i zerka na swoich towarzyszy.

Może myśli, że mu jakoś magicznie pomogą? Raczej nie, kolego. Masz przerąbane.

– Chyba coś źle usłyszałaś…

Kręcę głową. Po policzku płynie mi łza.

– Nie, słyszałam bardzo wyraźnie – obstaję stanowczo przy swoim. Żaden z nich nie odpowiada. – To nieprawda – mówię, ocierając łzę.

Julian się odwraca. Jego wyraźnie zarysowana szczęka rzuca cień na szyję. Pozostali spoglądają po sobie, ewidentnie zmieszani obecnością rozgniewanej laski.

Podchodzę do nich, stukając obcasami o trawertynowe płyty.

– Co dokładnie słyszeliście?

Asher robi minę, jakby ktoś kazał mu poinformować swoją dziewczynę, że ma chorobę weneryczną, którą zaraził się od kogoś innego.

– Nie… wiem?

Wbijam wzrok w najwyższego mężczyznę z całej czwórki. Rozpoznaję go z Instagrama. To Kai Campisi, który również zaczyna jako rezydent.

– Mówili, że zdobyłaś miejsce w nie do końca uczciwy sposób.

Jest stażystą – nawet jeszcze nie zaczął rezydentury – a już usłyszał o mnie coś takiego?

Serce wali mi jak młot i krew odpływa z głowy, więc czuję się zamroczona. Nad ogniem falują cztery postacie zbliżone do ludzi. W oczach zbierają mi się łzy, a cały świat rozpada się i układa w promieniste wiązki światła.

Przez myśl przelatują mi wspomnienia podobnych incydentów, które zdarzały się od lat. Chłopaki z liceum z rechotem prosiły o striptiz. Koledzy ze studiów niestosownie sugerowali, że nie będę potrzebowała kredytu studenck.ego. Bramkarz w klubie, kiedy sprawdzał moje dokumenty, zastanawiał się, czy jestem tą Sapphire Rose z Pornhuba.

A potem akademia medyczna. Och, akademia medyczna. I Matt.

– Nie dostałam się na rezydenturę przez łóżko. – Wzdrygam się, słysząc drżenie w swoim głosie, ale chcę, by te słowa wybrzmiały, nawet jeśli oni mi nie uwierzą. – Nie mam pojęcia, kto i dlaczego to o mnie powiedział, ale ciężko pracowałam, żeby się tu dostać. Miałam najwyższą możliwą średnią i dobre wyniki na egzaminach. Zrobiłam wszystko, jak należy, i uczciwie zapracowałam na to miejsce. MimożenazywamsięSapphireRose.

Kai przechyla głowę i przygląda mi się z lekkim uśmiechem.

– Załatw ich, dziewczyno – mamrocze.

Asher blednie.

– Hej. Wyluzuj.

– Wyluzuj? – Tupię nogą. – Serio?

Mężczyzna, który, jak sądzę, jest Niskim Głosem, wbija wzrok w ziemię, krzyżując umięśnione ramiona.

Julian nieruchomieje. Światło płomieni odbija się w jego oczach jak ogień piekielny. Z zaciśniętymi ustami i przygryzioną dolną wargą stuka palcem o nowo napełniony plastikowy kubeczek, który trzyma w ręce. Przez chwilę fantazjuję, że mu go wyrywam i chlustam zawartością w twarz. Czerwone wino spłynęłoby po tej kanciastej szczęce i wsiąkło w szarą rozpinaną koszulę. Tym razem zniszczyłoby jego ubranie.

Dostałby nauczkę, bo ewidentnie właśnie z tego powodu odszedł. Był miły i uśmiechnięty, nawet flirtował, a kiedy usłyszał moje striptizerskie imię, szybko mnie ocenił na podstawie głupich plotek.

Co za palant.

Posyłam mu piorunujące spojrzenie.

– Nic ci nie zrobiłam. Niczego o mnie nie wiesz. Oceniłeś mnie na podstawie plotki? Co za chamstwo z twojej strony.

Serce mi wali, odwracam się i stukając obcasami, odchodzę. Okrążam dom od tyłu, żeby nie musieć spotykać się ze wszystkimi gośćmi w środku. Idę jak najszybciej do samochodu, a moje zniszczone szpilki zostawiają zagłębienia w trawniku. Łzy płyną mi z oczu niepohamowanym strumieniem. Dlaczego nie pomyślałam, by użyć wodoodpornego tuszu do rzęs?

Przystaję na ulicy koło mojego samochodu, gdy nagle słyszę swoje imię i nieruchomieję. Zerkam przez ramię i widzę, jak w moją stronę biegnie Julian.

– Sapphire…

– Mam na imię Grace. – Ocieram łzy.

– No tak. Cholera. – Julian rzuca plastikowy kubeczek na ziemię, rozlewając jego zawartość, i proponuje mi serwetkę, która została mu w dłoni. – Posłuchaj, przepra…

– Z kim niby miałam pójść do łóżka? – Wpatruję się w serwetkę, którą pojednawczo wyciąga w moją stronę, ale jej od niego nie biorę.

Julian gwałtownie się zatrzymuje trzy kroki ode mnie.

– Słucham?

– Niby z którym ważniakiem się przespałam, żeby się dostać?

Przeczesuje sobie włosy, mierzwiąc kosmyki zasłaniające czoło.

– Nie wiem. To nie ma znaczenia…

– A właśnie że ma. Dziwne, że nie oceniłeś fikcyjnego mężczyzny w tym scenariuszu. Tylko kobietę.

Jego ciemne oczy szeroko się otwierają. Z niedowierzaniem.

– To nie tak. Skąd wiesz, kogo i za co oceniłem?

– Odszedłeś ode mnie w pół zdania. Zdecydowanie poczułam się oceniona.

– Nie, nie… to nie tak… Ech. – Julian przeciąga ręką po twarzy.

No tak. Zabrakło mu słów i to ja mam mocniejszą kartę.

– To przez mężczyzn takich jak ty kobiety nie odnoszą sukcesów.

Julian podnosi głowę i odpowiada chłodniejszym tonem:

– Mężczyzn takich jak ja?

– Mizoginów. Mężczyzn, którzy oskarżają kobiety o coś, czego nie zrobiły. Mężczyzn, którzy zakładają, że skoro jestem ładna, mam na sobie czerwoną sukienkę i noszę imię gwiazdy porno, to przed każdym rozłożę nogi, zwłaszcza jeśli będę miała z tego korzyści. Nazwałeś mnie dziwką.

– Tak się wyraziłem? Niczego takiego nie powiedziałem. Nie chcę się mieszać w żadne afery, więc po prostu wykręciłem się od dalszej rozmowy. Przepraszam, jeśli to zraniło twoje uczu…

– Podobno ginekologami zostają dwa typy mężczyzn. Tacy, którzy kochają kobiety, i tacy, którzy ich nienawidzą.

W ciemności jego ironiczny uśmiech wygląda diabolicznie.

– I uważasz pewnie, że należę do tej drugiej grupy? Na podstawie jednej rozmowy i nieporozumienia?

– Nie trzeba wiele czasu, żeby zrobić pierwsze wrażenie.

Śmiech dudniący w jego klatce piersiowej ma niskie i wściekłe brzmienie. Julian podchodzi do mnie dwa razy bliżej.

– Mógłbym to samo powiedzieć o tobie. Przed chwilą wpadłaś w histerię przy obcych ludziach zamiast racjonalnie porozmawiać. Po prostu tupnęłaś nóżką i odeszłaś.

– Ja…

– Przepraszam, jeśli przez chwilę sądziłem, że to może być prawda. Naprawdę mi przykro. Nasz prowadzący przedstawił mi to jako fakt. W przyszłości już nie będę mu ufał, okej?

Opadła mi szczęka. Moi prowadzący tak o mnie mówili?

Jego głos łagodnieje.

– Nie wiem, czy to ma dla ciebie jakiekolwiek znaczenie, ale ja wierzę tobie. Możesz myśleć, że nienawidzę kobiet, ale tak nie jest. Nawet cię nie znam, a przykro mi patrzeć, jak płaczesz. – Łapie mnie za nadgarstek i wciska mi do ręki serwetkę.

Może to niesprawiedliwe, ale za cały swój żal związany z tą sytuacją winię wyłącznie jego. Wyrywam rękę.

– Jesteś dupkiem.

Julian wydaje z siebie gorzki śmiech, odwraca się i podnosi z ziemi swój kubeczek.

– No i dobrze. Dzięki. Okej.

– I teraz tak po prostu sobie pójdziesz?

Odwraca się.

– Czego ty ode mnie chcesz? Co mam niby zrobić, żeby wszystko naprawić? To nie ja rozpuściłem tę plotkę. Ja tylko przerwałem rozmowę i sobie poszedłem. Poza tym nikt inny nie pofatygował się za tobą, żeby cię pocieszyć.

– Wal się.

– Sama się wal. – Z irytacją robi ruch ręką w stronę mojego samochodu. – Nie chciałaś już jechać do domu?

Posyłam mu najbardziej zabójcze spojrzenie, na jakie mnie stać.

– Zatrzymałeś mnie.

– No to teraz już nic cię nie zatrzymuje.

Wydaję z siebie warknięcie i ostentacyjnie tupiąc, podchodzę do swojej Toyoty Camry. Drzwi otwierają się automatycznie, gdy tylko dotykam klamki.

– Lepiej zejdź mi z drogi. Nie chciałabym, żebyś wpadł pod samochód.

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji