Przewoźnik - Claire McFall - ebook + książka

Przewoźnik ebook

Claire McFall

4,0

Opis

Poruszająca historia miłości, która stawia opór śmierci

Dylan przeżyła straszliwy wypadek pociągu. Ale czy na pewno?

Ponury krajobraz wokół niej to nie Szkocja, lecz pustkowie, po którym krążą zjawy w poszukiwaniu ludzkich dusz. Czekający na nią nieznajomy nie jest zwykłym chłopcem. Tristan jest przewoźnikiem. Ma bezpieczne przetransportować jej duszę w zaświaty – zadanie, które wykonywał już wielokrotnie. Tym razem jest jednak inaczej.

Rozdarta pomiędzy miłością i przeznaczeniem, Dylan zdaje sobie sprawę, że nie może ani opuścić Tristana, ani z nim zostać. Jej duszę schwyciłyby w końcu zmory. Byłaby stracona na wieki.

Czy prawdziwa miłość może pokonać śmierć?

Pierwsza część młodzieżowej trylogii Claire McFall została wydawniczą sensacją w Chinach, gdzie sprzedano ponad 2 miliony egzemplarzy książki! Jej zawrotna popularność przyczyniła się do tego, że wkrótce powieść zostanie zekranizowana.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 340

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Claire McFall Przewoźnik Tytuł oryginału Ferryman ISBN Copyright © Claire McFall 2013 Published by arrangement with Margot Edwards Rights Consultancy, U.K. on behalf of the Ben Illis Agency, U.K. Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2019 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019All rights reserved Redakcja Paulina Wierzbicka Projekt typograficzny i łamanie Grzegorz Kalisiak Projekt graficzny okładki Fecit studio Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Prolog

Usiadł na zboczu i czekał. Kolejny dzień, kolejne zadanie. Rdzewiejące tory znikały w gardzieli tunelu. W szarej poświacie pochmurnego dnia światło ledwo przebijało się przez szczeliny kamiennego sklepienia. Utkwił wzrok w wejściu. Był skupiony, ale znużony.

Nie było w tym ani grama ekscytacji, ani krztyny ciekawości. Już dawno stracił zainteresowanie. Teraz liczyła się już tylko realizacja zadania. Jego zimne, bezduszne oczy nie miały w sobie życia. Dął zimny wiatr, ale nie czuł chłodu. Był skoncentrowany.

To mogło stać się w każdej chwili.

Rozdział pierwszy

Pierwsze krople deszczu zatańczyły ciężkim, chaotycznym krokiem po blaszanym dachu peronu. Dylan westchnęła i zanurzyła twarz głębiej w swoją ciepłą zimową kurtkę, próbując ogrzać zmarznięty nos. Czuła drętwienie w nogach, więc zaczęła tupać w popękany beton, aby pobudzić krążenie. Posępnie przesunęła wzrokiem po smukłych, czarnych torach, po których walały się opakowania po chipsach, rdzewiejące puszki po napojach i części połamanej parasolki. Przyszła na stację dziesięć minut wcześniej, okazało się jednak, że pociąg miał piętnaście minut opóźnienia. Nie pozostało jej nic innego, jak tylko stać i patrzeć w dal, czując, jak z jej ciała powoli uchodzi ciepło.

Podczas gdy deszcz zaczął padać bardziej regularnie, nieznajomy stojący nieopodal próbował wrócić do czytania bezpłatnej gazety, zaabsorbowany sprawą przerażającego morderstwa na West Endzie. Dach osłaniał przed deszczem, ale wielkie krople czasem spadały na gazetę, zamieniając druk w nieczytelną plamę. Mężczyzna wymamrotał coś pod nosem, złożył gazetę i wetknął ją pod pachę. Rozejrzał się w poszukiwaniu nowego obiektu uwagi. Dylan szybko odwróciła wzrok. Nie miała ochoty na grzecznościowe konwersacje.

To nie był dobry dzień. Ze znanych tylko sobie powodów jej budzik postanowił dziś po prostu nie zadzwonić, a potem było już tylko gorzej.

– Wstawaj! No wstawaj! Spóźnisz się! Znowu przesiedziałaś całą noc przy komputerze?! Skoro sama nie potrafisz się zorganizować, ja to zrobię, i wcale ci się to nie spodoba!

Głos matki wdarł się w sen z pięknym nieznajomym w tle. Ten skrzekliwy głos miał moc cięcia szkła, więc podświadomość Dylan postanowiła spłatać jej figla. Biadolenie matki odbijało się od ścian, kiedy szła długim korytarzem ich mieszkania, ale Dylan zdążyła już się wyłączyć. Próbowała zapamiętać sen, uchwycić wszelkie szczegóły, aby za dnia móc ponownie zanurzyć się w tamtym świecie. Spacerowali niespiesznie… jego dłoń połączona ciepłym splotem z jej dłonią, ziemista woń liści i wilgoci uderzająca do głowy. Dylan uśmiechnęła się, czując ciepło w brzuchu, ale chłód poranka przegnał jej wizję i uniemożliwił zapamiętanie twarzy nieznajomego. Westchnęła i zmusiła się do otwarcia oczu, rozkoszując się jeszcze przez chwilę błogim ciepłem kołdry. Wtedy spojrzała na budzik. Boże. Była potwornie spóźniona. Szamocząc się po pokoju, szukała czystych ubrań, aby stworzyć zestaw odpowiedni do szkoły. Szybkie przeczesanie brązowych, sięgających ramion włosów, nadało im typowy kształt kędzierzawego bałaganu. Dylan nawet nie spojrzała w lustro, sięgając po frotkę, która miała okiełznać je i nadać formę niepozornego koczka. Stylowe, wypracowane fryzury wyplatane przez pozostałe dziewczęta pozostawały dla niej tajemnicą. Nawet gdy z poświęceniem suszyła i prostowała włosy, dwie minuty na zewnątrz wystarczały, aby przywrócić im naturalny nieład.

Na ogół wyjście z domu bez prysznica nie wchodziło w grę, jednak dziś musiało wystarczyć szybkie opryskanie się pod niemal wrzącą wodą, która lała się z kranu niezależnie od tego, którą gałkę odkręcono. Wytarła się szorstkim ręcznikiem, naciągnęła czarną spódnicę, białą koszulę i zielony krawat, które stanowiły jej mundurek szkolny. W pośpiechu zadarła paznokciem ostatnią parę rajstop, tworząc na nich gęstą sieć oczek. Szorując zęby, cisnęła rajstopy do kosza i pobiegła boso do kuchni.

Wyjście z domu bez śniadania na ogół też nie wchodziło w grę, jednak szybki rzut okiem na zawartość lodówki i desperacko optymistyczne spojrzenie w głąb spiżarni ujawniły, że w domu nie było niczego, co nadawałoby się do zjedzenia po drodze. Gdyby wstała wcześniej, mogłaby w drodze do szkoły wstąpić do kawiarenki po bułkę z szynką, ale nie było już na to czasu. Będzie głodna. Na szczęście pozostało jej jeszcze wystarczająco dużo pieniędzy na porządny posiłek w szkolnej stołówce. Dziś piątek, co na ogół oznaczało rybę z frytkami, oczywiście w wersji bez soli, bez octu i bez ketchupu. Nie w naszej stukniętej na punkcie zdrowia szkole, pomyślała Dylan, przewracając oczami.

– Spakowałaś się? – Dylan odwróciła się i ujrzała w drzwiach kuchni swoją matkę, Joan. Była już przebrana w strój służbowy, gotowa na wyczerpujący dwunastogodzinny dyżur w szpitalu.

– Nie, zrobię to po szkole. Pociąg odjeżdża dopiero o wpół do szóstej, będę miała dużo czasu.

Wścibska jak zawsze, pomyślała Dylan. Jakby po prostu nie mogła się powstrzymać.

Brwi Joan uniosły się z dezaprobatą, pogłębiając zmarszczki na czole, doskonale widoczne mimo stosowania drogich kremów i mikstur, wklepywanych skrzętnie każdego wieczora.

– Jesteś taka chaotyczna – zaczęła Joan. – Powinnaś zrobić to wieczorem zamiast wisieć na Messengerze…

– No dobrze! – Dylan wybuchnęła. – Poradzę sobie.

Joan wyglądała, jakby miała jeszcze sporo do powiedzenia, ale zamiast tego pokiwała tylko głową, odwróciła się na pięcie i wyszła. Dylan słuchała odgłosu jej kroków na korytarzu. Łatwo było odgadnąć, dlaczego matka Dylan miała zły humor. Była zdecydowanie przeciwna wyjazdowi córki na weekend do ojca – mężczyzny, któremu kiedyś ślubowała miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że nie opuści go póki śmierć, albo w tym przypadku życie, ich nie rozdzieli. Wiedząc, że Joan jeszcze nie zakończyła swojej tyrady, Dylan szybko włożyła buty, chwyciła torbę i podreptała korytarzem, ignorując burczenie w brzuchu. To będzie długi poranek. Zatrzymała się w drzwiach, aby wykrzyczeć obowiązkowe pożegnanie, które spotkało się z martwą ciszą, i powlokła się w deszcz.

Zanim pokonała piętnastominutową drogę do szkoły, tania zimowa kurtka, którą miała na sobie, przegrała bitwę z siąpiącym deszczem. Poczuła wilgoć, która przesączała się w koszulę. Nagła, ohydna myśl sprawiła, że Dylan skamieniała. Biała koszula. Deszcz. Mokra koszula. Przekopywanie szuflady z bielizną w poszukiwaniu czystego stanika. Odnalezienie tylko jednego. Granatowego. Słowo, które z pewnością zagwarantowałoby jej szlaban, gdyby jej matka była w pobliżu, wyrwało się spomiędzy zaciśniętych zębów. Szybki rzut okiem na zegarek potwierdził, że nie miała już czasu na powrót do domu. Właściwie, mimo tego całego pośpiechu, i tak się spóźni. Genialnie. Stąpała ciężko wzdłuż ulicy, mijając sklepy z używaną odzieżą, zaprzepaszczone ludzkie marzenia zabite deskami, kawiarnie z tanimi meblami i niebotycznie drogimi ciastami oraz niezbędne na każdej ulicy zakłady bukmacherskie. Nie było sensu omijać kałuż, jej stopy były już i tak przemoknięte, a to i tak było w tej chwili jej najmniejszym zmartwieniem. Przez chwilę rozważała możliwość przejścia przez ulicę i schowania się w parku do czasu, aż Joan wyjdzie do pracy, ale doskonale wiedziała, że nie będzie do tego zdolna. Nie miała dość odwagi. Wydając z siebie serię cichych złorzeczeń przeplatanych przekleństwami, minęła bramę wejściową Kaitshall Academy. Minęła trzy piętra szafek będących w różnym stanie rozkładu. Dylan była przekonana, że szkoła została zaprojektowana tak, aby zdławić w uczniach entuzjazm, kreatywność, a przede wszystkim wigor. Rejestracja odbywała się w pokoju pani Parsons na najwyższym piętrze – w kolejnej przestrzeni pamiętającej lepsze czasy, którą nauczycielka próbowała ożywić plakatami i gazetkami na ścianach. Co dziwne, jej starania spowodowały tylko, że sala wydawała się jeszcze bardziej depresyjna, zwłaszcza teraz, gdy przebywało w niej trzydzieścioro klonów, paplających o nic nieznaczących rzeczach, jakby to były sprawy życia i śmierci. Wtargnięcie Dylan do sali po dzwonku nie uszło jej uwadze, więc obdarzyła ją ostrym jak brzytwa spojrzeniem. Gdy tylko dziewczyna usiadła, wysoki pisk nauczycielki przeciął gwar panujący w klasie. Kolejny głos, którym można by ciąć szkło.

– Dylan. Kurtka.

To zadziwiające, że dobre maniery wymagane od ucznia wobec nauczyciela nie działają w dwie strony, pomyślała.

– Zmarzłam. Na dworze jest bardzo zimno.

Podobnie jak tutaj, dodała w myślach.

– Nic mnie to nie obchodzi. Kurtka.

W pierwszej chwili Dylan zamierzała się sprzeciwić, ale doszła do wniosku, że to bezcelowe. Poza tym dalsza dyskusja ściągnęłaby na nią uwagę wszystkich, czego starała się unikać. Wzdychając, zaczęła szarpać tani zamek błyskawiczny, po czym zrzuciła kurtkę z ramion. Szybki rzut okiem potwierdził wszystkie jej obawy. Przemoczona bluzka stała się przezroczysta, a stanik wydawał się wysyłać sygnały świetlne jak latarnia morska. Wcisnęła się głęboko w krzesło i rozmyślała, jak długo uda jej się pozostać niewidzialną. Odpowiedź nadeszła jakieś czterdzieści pięć sekund później. Oczywiście zaczęło się od dziewczyn. Chichot wybuchł najpierw z lewej strony.

– Co? No co? – Chrapliwy, złośliwy głos Davida „Dove’a” MacMillana wzbił się ponad ogólny chichot. Dylan wpatrywała się z determinacją w tablicę, ale w głowie miała bardzo wyraźny obraz Cheryl i jej psiapsiółek uśmiechających się głupkowato i wskazujących swoimi perfekcyjnie wymanikiurowanymi pazurkami w jej stronę. Dove był tak tępy, że potrzebował jeszcze kilku dodatkowych sekund, zanim zrozumiał, kogo wskazują. Nie zrozumiałby, o co chodzi, bez łopatologicznej podpowiedzi. Cheryl ruszyła mu z pomocą, szepcząc:

– Zoba ten stanik. – Oczywiście zrobiła przy tym obsceniczny gest. To był akurat odpowiedni poziom komunikacji dla skretyniałej męskiej części klasy.

– Ha! Hej, Dylan, widać ci cycki! – Dylan wzdrygnęła się i wcisnęła jeszcze głębiej w krzesło, podczas gdy chichot przerodził się w ogólną wesołość. Nawet nauczycielka wybuchnęła śmiechem. Krowa jedna. Od kiedy wyjechała Katie, w szkole nie było już nikogo, kto przynajmniej sprawiałby wrażenie, że przebywa na tej samej planecie co Dylan, nie mówiąc już o reprezentowaniu tego samego gatunku. Byli jak stado owiec. Chłopcy nosili dresy, słuchali hip-hopu i przesiadywali wieczorami w skateparku. Nie po to, żeby jeździć na deskach, tylko żeby dewastować, co się da, i tankować każdy alkohol, jaki zdołają zdobyć. Dziewczyny były jeszcze gorsze. Pięć warstw makijażu nadawało ich twarzom pomarańczowy kolor, a zjadliwe, piskliwe głosiki brzmiały jak zapożyczone z amerykańskich seriali. Ich „look” wymagający zużycia dwunastu opakowań lakieru do włosów musiał sprawiać, że mózgi zamieniły się w papkę, bo nie dało się z nimi porozmawiać o niczym oprócz sztucznej opalenizny, okropnej popowej muzyki oraz – co najdziwniejsze – o tym, który z casanovów w dresach jest najbardziej pociągający.

Oczywiście byli też inni outsiderzy, jednak na ogół chcieli pozostać samotnikami, próbując przetrwać i nie stać się ruchomym celem dla klasowej mafii. Katie była jej jedynym towarzystwem. Znały się od szkoły podstawowej i spędzały czas na cichym drwieniu ze szkolnych kolegów i planowaniu, jak wydostać się z tej szkoły. Wszystko zmieniło się w zeszłym roku. Pogarda, którą żywili wobec siebie rodzice Katie, sprawiła, że w końcu zdecydowali się rozstać. Nienawidzili się, odkąd Dylan znała Katie, więc nie mogła zrozumieć, dlaczego musiało się to stać akurat teraz. Ale stało się. Katie zmuszono do wyboru – pozostanie w Glasgow z ojcem alkoholikiem lub przeprowadzka z obsesyjną matką. Dylan nie zazdrościła jej konieczności wyboru. Będąc między młotem a kowadłem, wybrała wyjazd z matką do małej wioski Lesmahagow w hrabstwie Lanarkshire. Równie dobrze mógłby to być drugi koniec świata. Odkąd wyjechała, życie było dużo trudniejsze. I znacznie bardziej samotne. Dylan tęskniła za swoją przyjaciółką. Ona na pewno nie śmiałaby się z prześwitującej koszulki, która co prawda wyschła w połowie pierwszej lekcji, ale tak czy inaczej stało się. Gdziekolwiek by poszła, chłopcy z jej klasy – a nawet kilku, których nie znała – szli za nią i rechotali, wygłaszając złośliwe komentarze i próbując strzelić jej gumką od stanika tylko po to, żeby sprawdzić, czy wciąż ma go na sobie.

Podczas długiej przerwy miarka się przebrała. Dylan miała dość niedojrzałych chłopców strojących sobie z niej żarty, miała dość nadętych dziewczyn z ich drwiącymi spojrzeniami i dość głupich nauczycieli, którzy nagle udawali, że są ślepi i głusi. Kiedy po czwartej lekcji wybrzmiał dzwonek, wyszła, minęła stołówkę, ignorując nagły skurcz żołądka wywołany zapachem ryby z frytkami rozchodzącym się spomiędzy wahadłowych drzwi i minęła szkolną bramę, wtapiając się w tłum ludzi zmierzających do knajpek lub piekarni. Kiedy minęła wszystkie sklepy, po prostu szła dalej przed siebie. Serce zaczęło jej bić szybciej, gdy kroczyła ulicami, w które uczniowie nigdy nie zapuszczali się w czasie przerwy – chyba że zamierzali zrobić to, co ona. Nigdy wcześniej nie uciekła ze szkoły. Nawet nie przyszło jej to do głowy. Zawsze była nieśmiałą i poważną uczennicą. Cichą, pilną, ale nieszczególnie bystrą. Do wszystkich sukcesów doszła ciężką pracą, co było łatwe do osiągnięcia, kiedy nie ma się żadnych przyjaciół w klasie ani nawet w szkole. Jednak dzisiaj miała stać się buntowniczką. Kiedy podczas piątej lekcji zostanie odczytana lista obecności, przy jej nazwisku pojawi się kreska. Nawet jeśli zadzwonią do Joan do szpitala, nie będzie mogła nic zrobić. Do czasu, kiedy Joan skończy swoją zmianę, Dylan będzie już w połowie drogi do Aberdeen. Próbowała uciszyć strach. Miała dzisiaj ważniejsze rzeczy do przemyślenia.

Kiedy dotarła do swojej ulicy, stała się bardziej czujna, jednak nikogo nie spotkała. Wlokąc się po schodach na drugie piętro, wyciągnęła klucze. Brzęk rozniósł się po całej klatce schodowej, więc wstrzymała oddech. Ostatnią rzeczą, której potrzebowała, była sąsiadka z naprzeciwka, pani Bailey, wyściubiająca nos przez drzwi. Na pewno chciałaby wiedzieć, co robi Dylan albo, co gorsza, zaprosiłaby ją na chwilę na plotki. Dylan nasłuchiwała w skupieniu, jednak nie usłyszała babcinego szurania kapciami, więc szybko otworzyła podwójny zamek – Joan paranoicznie bała się włamywaczy – i wślizgnęła się do środka. Przede wszystkim musiała zedrzeć z siebie szkolną koszulkę, przez którą najadła się tyle wstydu. Wrzuciła ją do kosza na pranie w łazience i poszła prosto do szafy w swoim pokoju. Stanęła przy niej i dokładnie analizowała swoje ubrania. Jaki strój będzie odpowiedni na pierwsze spotkanie z tatą? Chciała zrobić dobre wrażenie. Nic wyzywającego, żeby nie wyjść na zdzirowatą. I nic z postaciami z kreskówek, żeby nie wyglądać dziecinnie. Coś ładnego i dorosłego. Rozejrzała się w lewo, potem w prawo. Rozsunęła wieszaki z ubraniami i zajrzała do środka, żeby sprawdzić, co kryje się z tyłu. W końcu musiała przyznać sama przed sobą, że nie ma niczego, co nadawałoby się do włożenia na taką okazję. W końcu wzięła spłowiały niebieski T-shirt z nadrukowaną nazwą ulubionej kapeli i narzuciła szarą zapinaną bluzę. Szkolną spódniczkę zamieniła na wygodne jeansy. Całości dopełniały stare trampki. Przyjrzała się sobie dokładnie w dużym lustrze w pokoju Joan. To musiało wystarczyć. Wyciągnęła starą torbę z szafki w korytarzu i rzuciła ją na swoje łóżko. Wepchnęła do niej drugą parę jeansów i kilka T-shirtów, bieliznę, czarne szkolne pantofle i zieloną spódnicę, na wypadek gdyby zaprosił ją na obiad albo coś w tym stylu. Telefon, odtwarzacz MP3 i portfel wcisnęła do bocznej kieszeni torby razem z kosmetykami. Ostatni ważny przedmiot wzięła z łóżka. Egbert. Jej miś. Poszarzały ze starości, bez jednego oka i z rozdarciem na szwie, przez które misiowe wypełnienie desperacko próbowało uciec z jego sponiewieranego ciałka. Może i nie wygrałby żadnego konkursu piękności, ale miała go od zawsze, a jego towarzystwo sprawiało, że czuła się bezpiecznie. Chciała zabrać go ze sobą, ale gdyby jej tata zobaczył Egberta, pomyślałby, że Dylan jest dzieckiem. Przytuliła go mocno, nie mogąc się zdecydować. W końcu odłożyła go na łóżko. Cofnęła rękę i zaczęła mu się przyglądać. Sprawiał wrażenie, jakby wpatrywał się w nią wzrokiem niechcianego, porzuconego misia. W nagłym poczuciu winy podniosła go i ułożyła delikatnie na spakowanych ubraniach. Zapięła torbę, ale po chwili znowu ją otworzyła i rzuciła misia na łóżko. Tym razem wylądował na twarzy, przez co nie mógł już posyłać jej rozpaczliwych spojrzeń swoim jedynym oskarżycielskim okiem. Zapięła torbę i z determinacją ruszyła do drzwi. Egbert leżał porzucony na środku łóżka. Jednak dwadzieścia sekund później Dylan wróciła do pokoju i chwyciła go.

– Wybacz mi, Egbercie – wyszeptała, całując go, i bezceremonialne wepchnęła przytulankę do torby. Gdyby się pospieszyła, może udałoby jej się złapać wcześniejszy pociąg i zaskoczyć tatę. Z tą myślą maszerowała po schodach i dalej wzdłuż ulicy. W drodze na dworzec planowała wstąpić do baru, żeby coś przegryźć, może burgera, który utrzymałby ją przy życiu aż do kolacji. Na myśl o jedzeniu przyspieszyła kroku, czując już w ustach smak czegoś pysznego, kiedy jednak mijała metalową bramę parku, nagle stanęła jak wryta. Przez kraty bramy wpatrywała się w zielony tumult, nie do końca pewna, na co właśnie patrzy. Déjà vu. Zmrużyła oczy, próbując zrozumieć, co wywołało to uczucie. Pomiędzy gałęziami szerokiego dębu mignęła rozczochrana blond czupryna. Przez głowę Dylan przemknął obraz takiej samej aury blond włosów wokół twarzy bez żadnego wyrazu, ale z przejmująco niebieskimi oczami. Jej sen. Wciągnęła powietrze, jej puls nagle przyspieszył… złudzenie rozwiał nagły chłopięcy rechot. Kiedy dokładnie się przyjrzała, dostrzegła twarz za zasłoną dymu, który pochodził z papierosa tkwiącego w wydętych ustach. MacMillan z kumplami. Dylan zmarszczyła nos z obrzydzenia i cofnęła się, zanim ją dojrzał. Potrząsając głową, jakby chciała przegonić ostatnie przebłyski snu, przeszła przez ulicę i wbiła wzrok w ręcznie malowany znak nad kawiarnią.

Rozdział drugi

To oburzające. Skandaliczne.

Nieznajomy najwyraźniej uznał, że najbardziej odpowiednią po lekturze czynnością jest głośne narzekanie. Dylan zerknęła na niego podejrzliwie. Nie chciała rozpoczynać dyskusji z tym starszawym, ubranym od stóp do głów w tweed mężczyzną, żeby nie dać się wciągnąć w niezręczną rozmowę aż do samego Aberdeen. Wzruszyła ramionami, jednak jej gest mógł pozostać niezauważony przez grubą kurtkę. Mężczyzna perorował dalej, niewzruszony jej brakiem entuzjazmu.

– I te ceny. Przy takich kosztach biletów można by się spodziewać, że pociąg będzie o czasie. Ale nie. To oburzające. Czekam już od dwudziestu minut, a kiedy w końcu nadjedzie, pewnie nie będzie wolnych miejsc. Co za okropna obsługa.

Dylan rozejrzała się wokół. Choć pasażerowie kręcili się pod wszystkimi dostępnymi zadaszeniami, peron kolejowy nie był na tyle zatłoczony, żeby mogła rozpłynąć się w tłumie i zniknąć. Tweedowy mężczyzna odwrócił się, żeby na nią spojrzeć.

– Nie sądzisz?

Zmuszona do odpowiedzi Dylan próbowała udzielić takiej, która ucięłaby dalszą rozmowę.

– Mmm.

Niestety, mężczyzna najwyraźniej potraktował to jako zachętę do kontynuowania tyrady.

– Było lepiej w czasach, kiedy były to koleje państwowe. Człowiek wiedział, na czym stoi. Wtedy przy pociągach pracowali dobrzy, uczciwi ludzie. Teraz wszystko się popsuło. Zarządza tym zgraja szarlatanów. Oburzające.

No gdzie ten pociąg, pomyślała Dylan, desperacko chcąc uwolnić się z tej społecznej szarady. I wtedy nadjechał, niczym książę w zardzewiałej zbroi. Jedyny przebłysk nadziei w dniu pełnym upokorzenia i tortur. Sięgnęła po swój plecak. Był wypłowiały i nosił ślady intensywnego użycia, jak wszystkie jej rzeczy. Chwyciła oba uchwyty, a kiedy z trudem dźwignęła torbę i zarzucała ją na ramię, usłyszała odgłos drącego się materiału. W taki dzień brakowało jeszcze tylko tego, żeby szew torby puścił, a złowieszczy wiatr rozrzucił jej gacie po peronie. Jednak torba litościwie wytrzymała, a Dylan razem z pozostałymi znużonymi pasażerami powlokła się do pociągu, który zatrzymał się z ciężkim gwizdem. Stała teraz dokładnie pośrodku między dwiema parami drzwi. Zerknęła, w którą stronę udał się tweedowy nieznajomy i ruszyła – najszybciej jak mogła objuczona swoimi ciężarami – w drugą stronę. W wagonie szybko rozejrzała się po twarzach pasażerów, próbując zidentyfikować najgorszych świrów – pijaków, dziwaków, ludzi chcących koniecznie opowiedzieć ci historię swojego życia (która często zawierała dziwne wtręty o porwaniu przez kosmitów) oraz filozofów zainteresowanych na przykład odkrywaniem z tobą sensu naszego istnienia na świecie. Tacy ludzie w niewytłumaczalny sposób lgnęli do Dylan za każdym razem, gdy korzystała z publicznego transportu. Dziś jednak miała na głowie tyle spraw, że zamierzała za wszelką cenę ich uniknąć. Wypatrzyła wolne miejsca, jednak tylko chwilę zajęło jej rozgryzienie, dlaczego w zatłoczonym pociągu nikt wcześniej ich nie zajął. Matka z wrzeszczącym dzieckiem, któremu twarz aż spuchła i poczerwieniała ze złości, usiadła w kąciku z wózkiem oraz rozrzuconymi wokół torbami, wypełnionymi po brzegi przedmiotami, które mogły okazać się potrzebne przy dziecku. Po drugiej stronie, kilka miejsc dalej, wolne było podwójne siedzenie naprzeciwko pary pijanych nastolatków w niebieskich koszulkach Rangersów. Sączyli tanie wino z butelki nieumiejętnie zawiniętej w papierową torbę, wydzierając się wniebogłosy. Ostatnią wolną opcją było miejsce pośrodku wagonu, przy dużej kobiecie z całą wystawką toreb z zakupami, które rozlokowała na siedzeniach obok i naprzeciwko siebie, dając wyraźnie do zrozumienia, że nie życzy sobie żadnego towarzystwa. Tak czy inaczej była najlepszą opcją.

– Przepraszam – wymamrotała Dylan i przesunęła się do niej.

Kobieta głośno westchnęła z niezadowoleniem, jednak przesunęła swoje torby. Dylan szybko zdjęła kurtkę, upchnęła ją wraz z torbą na górnej półce i usiadła. Na szczęście stojąc na peronie, wygrzebała ze swojej przepastnej torby odtwarzacz MP3 i słuchawki. Wetknęła je głęboko w uszy, zamknęła oczy i maksymalnie pogłośniła muzykę, pozwalając, aby ciężkie uderzenia bębna jej ulubionego indie­rockowego zespołu zagłuszyły świat zewnętrzny. Wyobraziła sobie torbową damę zerkającą na nią ze złością przez tę okropną muzykę i błogo się uśmiechnęła.

Pociąg skrzypiał z wysiłku, nabierając prędkości w drodze do Aberdeen. Z zamkniętymi oczami Dylan snuła wizje nadchodzącego weekendu. Zdenerwowanie i podniecenie walczyły o kontrolę nad jej ciałem z motylami w brzuchu, które czuła na myśl o tym, jak wysiada z pociągu i szuka mężczyzny, który zawsze był dla niej obcy. Wydobycie od Joan numeru telefonu Jamesa Millera, jej ojca, zajęło całe miesiące ciągłego przekonywania i przypochlebiania się.

Dylan przypomniała sobie, jak trzęsły jej się ręce, kiedy wybrała ten numer na telefonie. Musiała się rozłączyć, wybrać numer jeszcze raz, po czym znowu odłożyła słuchawkę. A co, jeśli nie chciał z nią rozmawiać? Co, jeśli miał teraz własną rodzinę? Co, jeśli okaże się ogromnym rozczarowaniem? Pijakiem albo kryminalistą? Jej matka nie mogła udzielić jej więcej informacji. Oni nigdy ze sobą nie rozmawiali. Wyszedł, kiedy mu kazała i nigdy więcej się nie pokazał, też dokładnie tak, jak kazała. Dylan miała wtedy pięć lat, a przez dekadę jego twarz stała się dla niej tylko niewyraźnym wspomnieniem. Po dwóch dniach rozterek wewnętrznych w końcu zadzwoniła do niego w środku dnia, znajdując sobie ustronne miejsce na szkolnym boisku, z dala od palaczy, zakochanych par i gangów. Miała nadzieję, że będzie w pracy i że nikt nie odbierze telefonu. Tak też się stało. Po sześciu długich jak zawał serca sygnałach włączyła się automatyczna sekretarka. Nagle Dylan zdała sobie sprawę z tego, że nie przemyślała tego, co ma zamiar powiedzieć. Spanikowana zostawiła niepewną, chaotyczną wiadomość.

– Dzień dobry, to wiadomość dla Jamesa Millera. Tu Dylan. Twoja córka.

Co jeszcze miała powiedzieć?

– I, no… dostałam twój numer od mamy. To znaczy Joan. Pomyślałam, że może moglibyśmy się spotkać… I porozmawiać… Gdybyś chciał…. To mój numer…

Kiedy się rozłączyła, od razu skuliła się z zażenowania. Co za idiotka! Nie mogła uwierzyć, że nie zaplanowała, co chce powiedzieć. Brzmiała jak bełkocząca kretynka. Nie mogła już zrobić nic poza czekaniem. Więc czekała. Przez całe popołudnie odczuwała mdłości. Biologia i angielski minęły jej jak we mgle. W domu tępo wpatrywała się w telewizor, nie zmieniając kanału, nawet gdy zaczęły się durne seriale. Co, jeśli nie oddzwoni? Czy odsłuchał już wiadomość? Co, jeśli wcale jej nie dostał? Dylan wyobrażała sobie kobiecą dłoń, która unosi słuchawkę, odtwarza wiadomość, a następnie wciska klawisz Usuń swoim długim, pomalowanym na czerwono paznokciem. Wizja ta sprawiła, że spojrzała na telefon bezprzewodowy, który leżał obok. Wahała się, przygryzając dolną wargę. Była zbyt przerażona, żeby zadzwonić jeszcze raz. Pozostało jej więc nie rozstawać się z telefonem i czekać, aż oddzwoni. Zajęło mu to całe dwa dni, ale w końcu oddzwonił. Była czwarta po południu, a ona człapała właśnie do domu po kolejnym ciężkim dniu w szkole. Miała przemoczone skarpetki i coraz mocniej przemokniętą kurtkę, aż nagle w kieszeni zawibrował jej telefon. Po chwili usłyszała pierwsze akordy motywu muzycznego z serialu Dawno, dawno temu. To był on. Gdy wyciągnęła telefon z kieszeni, jej serce na chwilę zamarło. Szybkie spojrzenie na wyświetlacz potwierdziło jej przypuszczenie – chociaż nie był to numer, na który wtedy dzwoniła, kierunkowy wskazywał na okolice Aberdeen. Przesunęła kciukiem po ekranie i przyłożyła telefon do ucha.

– Halo? – Jej stłumiony głos zabrzmiał niezbyt przyjemnie. Próbowała cicho odchrząknąć.

– Dylan? Dylan, z tej strony James. Miller. To znaczy twój tata.

I cisza.

No, powiedz coś, Dylan, pomyślała. Powiedz coś, tato.

Cisza w słuchawce zawisła między nimi, jednak w tej pełnej napięcia chwili milczenie brzmiało jak krzyk.

– Posłuchaj. – Jego głos przebił się przez ciszę i rozgonił wszelkie napięcie. – Tak bardzo się cieszę, że zadzwoniłaś. Od dawna chciałem nawiązać z tobą kontakt. Mamy tyle do nadrobienia.

Dylan zamknęła oczy i uśmiechnęła się. Wzięła głęboki oddech i zaczęła mówić. To było takie proste po tym, co usłyszała. Rozmowa z nim była bardzo naturalna, jakby znała go od zawsze. Rozmawiali tak długo, aż Dylan rozładował się telefon. Chciał wiedzieć o niej wszystko, o szkole, zainteresowaniach, znajomych, jakie filmy lubi i jakie książki czyta. I o chłopcach – chociaż tu nie było zbyt wiele do opowiadania, zwłaszcza z oferty serwowanej przez Kaithshall. On opowiedział jej o swoim życiu w Aberdeen, o tym, gdzie mieszkał z Anną, swoim psem. Nie miał żony ani dzieci. Czyli bez komplikacji. I bardzo chciał, żeby go odwiedziła. To było dokładnie tydzień temu. Przez całe siedem dni Dylan biła się z myślami i podekscytowaniem na myśl o spotkaniu z ojcem, a jednocześnie próbowała nie pobić się z Joan, która wcale nie kryła się ze swoją dezaprobatą wobec faktu, że Dylan próbowała nawiązać z nim kontakt. Nie miała nawet z kim tego przegadać, nie licząc urywanych rozmów z Katie na Messengerze, kiedy jej szalona matka dawała chociaż pięć minut spokoju. Poprzedniej nocy udało im się chwilę porozmawiać. Matka Katie wyskoczyła na wieczorne zakupy – nienawidziła, kiedy w sklepie było dużo ludzi – a Katie udało się ją przekonać, że musi położyć się spać wcześniej. Dylan dostała jej wiadomość i po kilku minutach udało im się połączyć.

Boże, myślałam, że nigdy nie wyjdzie! Dzięki ci, Panie, za całodobowe supermarkety!

Dokładnie! Co u ciebie? Nowa szkoła dalej do kitu?

Nowa szkoła, ci sami kretyni. I to wiejscy kretyni. Na szczęście w przyszłym roku o tej porze będziemy zaczynać studia, nie mogę się doczekać, żeby się stąd wydostać! Jak tam życie w cudownej Kaithshall?

Do bani. Ale mam inne wieści!

Opowiadaj!

Zadzwoniłam do swojego ojca.

Dylan nacisnęła przycisk Wyślij i czekała. Serce o mało nie wyskoczyło jej z piersi. Chciała, żeby Katie napisała coś miłego, żeby ktoś powiedział jej, że postępuje słusznie. Nastąpiła pauza, która zdawała się trwać wieki, zanim w okienku pojawiły się trzy kropki: Katie pisała.

No i… jak poszło?

Ostrożna odpowiedź. Przyjaciółka nie chciała drążyć zbyt głęboko.

Właściwie wspaniale! Chce mnie poznać! Wydawał się bardzo miły przez telefon. Nie wiem, dlaczego Joan tak bardzo go nienawidzi.

A kto to wie? Rodzice są dziwni. Spójrz na moich, totalne świry! Więc przyjeżdża, żeby cię poznać?

Nie, jadę do niego. Jutro.

Co?! Tak szybko! Boisz się?

Nie, jestem niesamowicie podekscytowana. Niby czego miałabym się bać?

Odpowiedź przyszła natychmiast.

Kłamczucha. Ściemniasz!

Dylan roześmiała się głośno, po czym zasłoniła buzię ręką. Joan zwariowałaby, gdyby wiedziała, że jej córka siedzi przy komputerze o tej godzinie. Klasyczna dobra Katie zawsze zwęszyła jej krętactwa.

No dobra, może trochę. Staram się nie myśleć o tym za dużo, żeby nie stchórzyć, kiedy dotrze do mnie, co właściwie chcę zrobić!

Będzie dobrze. Tak czy inaczej powinnaś go poznać. A jeśli twoja mama naprawdę go nienawidzi, rozdzielenie ich w dwóch miastach może być dobrym pomysłem! Jak się tam dostaniesz? Pociąg?

Taaa… kupił mi bilet. Mówi, że chce mi wynagrodzić te piętnaście straconych lat.

Dylan właśnie trzymała ten bilet w dłoni. Miała napisać do niego, kiedy będzie w drodze. Zrobiło na niej wrażenie, że potrafił pisać i odczytywać wiadomości; Joan nie umiała nawet zadzwonić ze swojej komórki. Kiedy zepsuło jej się auto, musiała poprosić nieznajomego, żeby pokazał jej, jak wezwać pomoc drogową. Dylan wygrzebała telefon z kieszeni, co nie było proste w otoczeniu miliona toreb należących do gapiącej się damy. Zaczęła pisać nową wiadomość.

Tato, jestem w pociągu. Póki co nie ma żadnego opóźnienia. Nie mogę się doczekać, aż cię poznam, Dylan.

Właśnie wcisnęła Wyślij, gdy za oknem zrobiło się zupełnie ciemno. Świetnie, tunel. Jej komórka – drogi prezent świąteczny, za który Joan zapłaciła wieloma nadgodzinami w pracy – wyświetlała komunikat: Wysyłanie. Po dłuższej chwili telefon wydał podwójny dźwięk – wiadomość niewysłana.

– Cholera – wymamrotała Dylan. Zupełnie absurdalnie podnosiła telefon do góry, wiedząc, że to nic nie da. Dalej byli w tunelu, żaden sygnał nie przebiłby się przez takie złoża skał. I zastygła tak, z ręką w górze, jak miniaturowa Statua Wolności, kiedy to się stało. Światło zniknęło, rozległ się wybuch. Świat się skończył.

Rozdział trzeci

Cisza. Powinny rozbrzmiewać krzyki i płacze, cokolwiek, pomyślała Dylan. Ale wokół była tylko cisza. Mrok wydawał się ciężki jak gruby koc, którym można się okryć. Ogarnęła ją panika, bo pomyślała, że oślepła. Zaczęła rozpaczliwie machać rękami przed twarzą. Nie zobaczyła niczego, ale zdołała wsadzić sobie palec w oko. Nagły ostry ból sprawił, że udało jej się na chwilę zebrać myśli. Przecież dalej byli w tunelu, stąd ta ciemność. Jej oczy nie mogły zlokalizować choćby najsłabszego źródła światła. Próbowała się podnieść, ale coś przygwoździło ją do siedzenia obok, gdzie wylądowała. Przesunęła się w prawo i udało jej się wydostać między siedzeniami. Na podłodze dotknęła czegoś ciepłego i lepkiego. Odrzuciła to na bok i szybko wytarła rękę w spodnie, próbując nie myśleć, czym mogła być ta lepka maź. Prawą dłonią namierzyła jakiś mały przedmiot – telefon, który trzymała, kiedy świat wywrócił się do góry nogami. Podniosła go i przystawiła do twarzy. Ulga pojawiła się tylko na chwilę, szybko zastąpiona rozczarowaniem. Ekran był ciemny. Próbowała go uruchomić, poruszając palcami po ekranie. Nie działał. Przeczołgała się przez przejście między siedzeniami, wyciągnęła nogi przed siebie i wstała, mocno uderzając o coś w głowę.

– Cholera! Au! – Ciężko wypuściła powietrze i schyliła się. Sięgnęła ręką do boleśnie pulsującej skroni. Nie krwawiła, ale ból był potworny. Wyprostowała się znowu, tym razem ostrożniej, i wstała, ochraniając głowę rękoma. Było tak ciemno, że nie mogła nawet rozpoznać przedmiotu, na który wpadła.

– Halo? – zawołała nieśmiało. Nikt nie odpowiedział, nie było słychać odgłosów żadnego innego pasażera. Przecież wagon był wypełniony po brzegi, gdzie do cholery podziali się wszyscy? Kałuża lepkiej cieczy znowu przemknęła jej przez myśl, ale odsunęła ją od siebie.

– Halo! – zawołała tym razem głośniej. – Czy ktoś mnie słyszy? Halo! – Jej głos załamał się na ostatnim słowie, bo nagle ogarnęła ją panika. Zaczęła szybciej oddychać i próbowała zebrać myśli mimo ogarniającego ją strachu. Ciemność wydawała się klaustrofobiczna i zaczynała ją dusić. Była sama, wokół tylko… tylko… nie, nie chciała o tym myśleć. Wiedziała jedynie, że musi wydostać się z wagonu. Ruszyła przed siebie, potykając się i zahaczając o nieznane przedmioty. Nadepnęła na coś miękkiego i śliskiego. Przerażona próbowała wyciągnąć nogę z podejrzanie gąbczastego obiektu, ale nie mogła znaleźć podparcia dla drugiej stopy. Prawie jak w zwolnionym tempie poczuła, że osuwa się na ziemię, bliżej czających się tam okropieństw. Nie! Ciężko łapiąc powietrze, wyrzuciła ręce do przodu, żeby ochronić się przed upadkiem. Złapała jakiś wystający pręt, jednak nagłe szarpnięcie nadwyrężyło jej napięte mięśnie ramion. Z impetem uderzyła o zimny metal. Zignorowała pulsujący ból szyi i dalej trzymała się z cały sił, czując, że słupek jest jej jedynym punktem zaczepienia. Słupek, pomyślała. Słupek jest przy drzwiach. Jesteś przy drzwiach. Ulga rozlała się po jej ciele i sprawiła, że przez chwilę mogła zebrać myśli. To dlatego była sama. Wszyscy musieli już się stąd wydostać. Zostawili ją, bo była przysypana torbami tej głupiej baby. „Trzeba było usiąść przy fanach Rangersów”, pomyślała i uśmiechnęła się słabo. W ciemności nie mogła ufać własnym stopom, więc chwyciła barierkę i powoli zmierzała przed siebie w poszukiwaniu otwartych drzwi. Wyciągnęła dłoń, jednak nie mogła znaleźć drzwi. Przesuwała się dalej, aż wyczuła je dłonią. Były zamknięte. To dziwne, pomyślała, ale szybko odsunęła od siebie tę myśl. Musieli wydostać się drugimi drzwiami. Zawsze miała takie szczęście. Racjonalizowanie uspokajało ją i sprawiało, że mogła logicznie myśleć. Nie chciała wracać przez cały wagon i ryzykować dalszym deptaniem po tym przerażająco miękkim czymś, więc zaczęła macać ściany w poszukiwaniu przycisku otwierającego drzwi. Namierzyła go palcami i wcisnęła. Nie zadziałało.

– Cholera – wymamrotała. Pewnie prąd został odcięty podczas wypadku. Spojrzała za siebie przez ramię, co w całkowitej ciemności było zupełnie bezcelowe. Wyobraźnia podsuwała jej obrazy powyrywanych krzeseł, rozrzuconego bagażu, potłuczonych okien i gąbczastych, śliskich obiektów, które w jej głowie przybierały kształt kończyn i tułowiów. Nie, nie mogła tamtędy wrócić. Położyła obie dłonie płasko na drzwiach i mocno popchnęła. Nie otworzyły się, ale poczuła, że lekko ustąpiły. Gdyby użyła więcej siły, mogłyby się otworzyć. Cofnęła się, wzięła głęboki oddech i ruszyła do przodu, kopiąc drzwi z całych sił. W ciasnym pomieszczeniu uderzenie wydawało się bardzo głośne, aż zadzwoniło jej w uszach, a kolano i kostka boleśnie o sobie przypomniały. Jednak poczuła na twarzy świeże powietrze, a to dało jej nadzieję. Potwierdziła swoje przypuszczenia dłonią – jedna część drzwi wypadła z szyny. Gdyby udało jej się zrobić to samo z drugim skrzydłem, między drzwiami pojawiłaby się szpara, przez którą mogła się przecisnąć. Cofnęła się i ostatkiem sił całym ciałem uderzyła w drzwi. Drzwi zazgrzytały, gdy metal otarł się o metal. W końcu puściły. Szpara nie była zbyt duża, ale na szczęście Dylan też nie. Przecisnęła się bokiem. Usłyszała dźwięk rozrywanego materiału, bo zamek jej kurtki zaczepił się o drzwi. Nagle runęła na tory. Poczuła strach, ale na szczęście jej buty szybko dotknęły żwiru, a uczucie klaustrofobii opuściło ją jak łańcuch zdjęty z szyi. W tunelu było równie ciemno jak w pociągu. Wypadek musiał wydarzyć się w samym środku. Dylan spojrzała w jedną stronę, potem w drugą. To w niczym nie pomogło. Nie było widać żadnego światła, a poza delikatnym powiewem wiatru panowała cisza. Ence-pence, w której ręce, pomyślała. Westchnęła ciężko, odwróciła się w prawo i z trudem ruszyła do przodu. Ta droga musiała dokądś prowadzić. Potykała się w zupełnej ciemności, musiała iść bardzo powoli. Od czasu do czasu coś szybko przemykało u jej nóg. Miała nadzieję, że to nie szczury. Wszystkie stworzenia mniejsze od królika wzbudzały w niej irracjonalny strach. Pająk w łazience potrafił wywołać półgodzinny atak histerii, dopóki Joan się nie zlitowała i nie przyszła jej uratować. Jeśli coś przebiegłoby teraz po jej bucie, była pewna, że rzuciłaby się do ucieczki. W ciemności i na nierównym podłożu z pewnością natychmiast wylądowałaby z twarzą na ziemi.

Tunel ciągnął się i ciągnął. Miała już zawracać i spróbować wydostać się z niego drugą stroną, kiedy zobaczyła przed sobą kropkę światła. Miała nadzieję, że to wyjście albo ratownik z latarką. Przyspieszyła, desperacko pragnąc się stąd wydostać. Zajęło jej to jeszcze bardzo dużo czasu, ale w końcu kropka światła zamieniła się w łuk. Dostrzegła za nim tylko odrobinę światła dziennego, ale to wystarczyło. Gdy w końcu wyszła z tunelu, padał drobny deszcz. Roześmiała się i z przyjemnością uniosła głowę, żeby poczuć go na twarzy. Mrok panujący w tunelu sprawiał, że czuła się brudna, a mgiełka deszczu zdawała się oczyszczać ją z całej dzisiejszej grozy. Wzięła głęboki oddech, oparła dłonie na biodrach i rozejrzała się wokoło. Okolica była zupełnie pusta, poza torami, które wdzierały się w naturalny krajobraz. Zdała sobie sprawę, że jest daleko od Glasgow. Horyzont otaczały wysokie i okazałe wzgórza. Zawieszone nisko chmury rozmywały ich brzegi, przesuwając się powoli po najwyższych szczytach. Panowały tu przygaszone kolory. Na zboczach wzgórz rosły nieregularnie usiane, małe zagajniki wiecznie zielonych sosen. Skarpy położone bliżej tunelu były łagodniejsze, pofałdowane przez kępy długiej trawy. W zasięgu wzroku nie było żadnego miasta, drogi ani nawet pojedynczego gospodarstwa. Dylan przygryzła wargę, rozglądając się dookoła. Sceneria wyglądała na dziką i nieprzyjazną człowiekowi. Spodziewała się zobaczyć raczej zastępy policji i karetek zaparkowanych pod różnymi kątami, porzuconych w pośpiechu, aby jak najszybciej dostać się do miejsca wypadku. Wokół powinno roić się od mężczyzn i kobiet ubranych w jaskrawe kitle, mundury i uniformy, gotowych udzielić jej wsparcia, pomocy medycznej i zadających mnóstwo pytań. Teren przed wejściem do tunelu powinien być usłany grupami ocalałych pasażerów o umorusanych twarzach, otulonych kocami, które chroniłyby przed zacinającym wiatrem. Nie działo się jednak nic takiego. Na jej twarzy pojawiła się dezorientacja i niepokój. Gdzie byli wszyscy? Odwróciła się w stronę mrocznego wejścia do tunelu. Nie było innego wyjaśnienia – musiała pójść w złą stronę. Wszyscy musieli być po drugiej stronie tunelu. Do oczu napłynęły jej łzy, była sfrustrowana i wyczerpana. Myśl o tym, że będzie musiała wrócić w mrok i znowu przedrzeć się przez pociąg pełen zwiotczałych, martwych ciał tych, którzy mieli mniej szczęścia niż ona, była koszmarna. Tunelu nie dało się obejść. Uniosła wzrok ku niebu, niemo prosząc Boga o cofnięcie ostatnich wydarzeń, ale zobaczyła tylko miarowo przesuwające się bezgłośnie po niebie stalowoszare chmury. Zaniosła się płaczem. Odwróciła się w stronę ponurego krajobrazu i desperacko rozejrzała raz jeszcze za jakimkolwiek śladem cywilizacji, który ocaliłby ją przed koniecznością powrotu do ciemnego tunelu. Przyłożyła dłoń do czoła, ochraniając oczy przed zacinającym deszczem i wiatrem. Przeczesywała wzrokiem horyzont. Wtedy go ujrzała.

Rozdział czwarty

Siedział na wzgórzu po lewej stronie od wejścia do tunelu. Obejmował kolana rękoma i gapił się na nią. Wszystko, co udało jej się dojrzeć z tej odległości, to to, że był chłopakiem, prawdopodobnie nastolatkiem, z rudawozłotymi włosami, które szarpał wiatr. Nie wstał, ani nawet nie uśmiechnął się, kiedy dojrzał, że go zobaczyła. Po prostu się na nią gapił. Było w nim coś dziwnego, w tym, że tam siedział. Samotna postać na zupełnym pustkowiu. Dylan nie potrafiła wytłumaczyć sobie jego obecności w tym miejscu inaczej niż tym, że on również musiał być w tym pociągu. Pomachała do niego, ciesząc się, że nie została sama w tym koszmarze, ale nie odpowiedział żadnym gestem. Wydawało jej się, że usiadł prosto, ale trudno było to ocenić z takiej odległości. Nie spuszczała z niego wzroku, na wypadek gdyby nagle miał zniknąć. Ześlizgnęła się z nasypu kolejowego i przeskoczyła przez płytki rów wypełniony wodą i chwastami. Okolicę oddzielono od przejazdu kolejowego ogrodzeniem z drutu kolczastego. Dylan ostrożnie chwyciła górny splot drutu między dwoma skręconymi metalowymi węzłami i pociągnęła w dół tak mocno, jak tylko potrafiła. Drut opadł wystarczająco nisko, aby mogła z trudem przerzucić przez niego nogi. Zahaczyła stopą o ogrodzenie i prawie się przewróciła, ale w ostatniej chwili zdołała chwycić drut i utrzymać równowagę. Kolce wbiły jej się w dłoń, a w nacięciach pojawiły się małe kropelki krwi. Przyjrzała się zranionej dłoni, zanim wytarła ją o spodnie. Wtedy zobaczyła ciemną plamę na jeansach. Na udzie miała duży czerwony ślad. Wpatrywała się w niego, aż przypomniała sobie chwilę, kiedy wycierała dłonie w spodnie, aby pozbyć się lepkiej mazi, w której wylądowała na podłodze wagonu. Wspomnienie o tym sprawiło, że zbladła i poczuła mdłości. Potrząsnęła głową, jakby chciała oddalić od siebie mroczne wizje, odwróciła się od płotu i odszukała go wzrokiem. Siedział na zboczu około pięćdziesięciu metrów nad nią. Z tej odległości widać było jego twarz, więc uśmiechnęła się, chcąc go powitać. Nie zareagował na ten uśmiech. Speszyło ją tak chłodne przyjęcie. Drogę po zboczu przemierzała ze wzrokiem wbitym w ziemię. Wspinaczka okazała się dość trudna, aż Dylan złapała zadyszkę. Zbocze było strome, a trawa wysoka i mokra, więc trudno było przez nią przebrnąć. Dylan spoglądała w dół, koncentrując się na swoich stopach. Starała się nie nawiązywać z nim kontaktu wzrokowego aż do ostatniej chwili.

Chłopak na wzgórzu chłodnym wzrokiem mierzył wspinającą się ku niemu dziewczynę. Obserwował ją, odkąd wyszła z tunelu. Wyłoniła się z ciemności jak zając wypłoszony z nory. Zamiast krzyknąć, aby zwrócić jej uwagę, postanowił po prostu czekać, aż go zobaczy. Przez chwilę myślał, że zawróci do tunelu. Już miał ją zawołać, ale jednak zmieniła zdanie, więc nadal siedział w ciszy. W końcu go dostrzeże. Miał rację. Zauważyła go, a on spostrzegł w jej oczach całe morze ulgi, gdy energicznie do niego machała. Nie odpowiedział. Przyglądał się tylko, aż na jej twarzy pojawiło się zwątpienie. W końcu zeszła z torów i ruszyła w jego stronę. Poruszała się niezdarnie, zaczepiając się o drut kolczasty i potykając o kępy mokrej trawy. Kiedy była wystarczająco blisko, by odczytać jego wyraz twarzy, odwrócił się, nasłuchując dźwięku jej kroków. Kontakt został nawiązany.

W końcu Dylan dotarła do niego i mogła przyjrzeć mu się z bliska. Miała rację, mógł być najwyżej rok starszy od niej. Miał na sobie jeansy, trampki i ciepłą granatową kurtkę z pomarańczowym napisem „Broncos”. Siedział skulony, więc trudno było odgadnąć jego posturę, ale nie wyglądał na niskiego czy wychudzonego. Był raczej opalony, przez nos przebiegały mu rzędy piegów. Twarz zastygła w nieprzyjemnym, obojętnym grymasie. Kiedy Dylan zbliżyła się do niego, odwrócił wzrok w stronę wyludnionego krajobrazu. Wyraz jego twarzy i kierunek, w którym patrzył, nie zmieniły się, nawet gdy stanęła naprzeciwko niego. To było bardzo onieśmielające. Była niespokojna, niepewna tego, co powiedzieć.

– Cześć, jestem Dylan – wymamrotała w końcu, wbijając wzrok w ziemię. W oczekiwaniu na odpowiedź przestępowała z nogi na nogę, po czym skierowała wzrok w tę samą stronę co on, zastanawiając się, na co patrzy.

– Tristan – odparł w końcu, rzucił jej krótkie spojrzenie i znów utkwił wzrok w dali. Uspokojona jego odpowiedzią Dylan dalej próbowała nawiązać rozmowę.

– Chyba też byłeś w tym pociągu. Tak się cieszę, że nie jestem tu sama! Chyba straciłam przytomność w wagonie, a kiedy się ocknęłam, byłam zupełnie sama – powiedziała to szybko, zdenerwowana jego oziębłym przywitaniem. – Pozostali pasażerowie wydostali się wcześniej i pewnie mnie nie zauważyli. To przez tę głupią babę z torbami i masą rzeczy: utknęłam pod tym wszystkim. Kiedy się stamtąd wydostałam, nie wiedziałam, w którą stronę poszli; musieliśmy wyjść przeciwną stroną tunelu. Na pewno strażacy, policja i cała reszta są po drugiej stronie.

– Pociągu? – Odwrócił twarz w jej stronę i po raz pierwszy mogła spojrzeć mu w oczy. Błękitne, lodowate oczy. Kobaltowe. Miała wrażenie, że gdyby się rozzłościł, jego spojrzenie zamieniłoby ją w sopel lodu, na szczęście teraz wydawał się tylko zaciekawiony. Zmierzył ją wzrokiem, zanim odwrócił się w stronę wejścia do tunelu. – Racja. Pociąg. – Spojrzała na niego wyczekująco, jednak nie zamierzał powiedzieć niczego więcej. Przygryzła wargę, tylko ona mogła mieć taki fart, że jedyną osobą, którą odnalazła, był akurat nastoletni chłopak. Dorosły wiedziałby, co należało zrobić. Poza tym, chociaż niechętnie, musiała się do tego przyznać: tacy chłopcy sprawiali, że była zdenerwowana. Wydawali się tacy spoko i na luzie, a ona ledwo mogła coś z siebie wydusić, czując się przy tym jak totalna idiotka.

– Może powinniśmy wrócić na tamtą stronę przez tunel? – zaproponowała. To oznaczało ponowne przejście przez pociąg, jednak nie wydawało się to już takie straszne, skoro miała zrobić to z kimś. Mogliby razem odnaleźć pozostałych pasażerów i służby ratunkowe, a ona ocaliłaby swój weekend z tatą. Chłopak nagle wbił w nią wzrok, aż zaniemówiła i bezwiednie cofnęła się o krok. Jego oczy były jak magnes, przeszywały ją na wskroś. Pod jego spojrzeniem Dylan czuła się obnażona. Nieświadomie skrzyżowała ręce na piersiach.

– Nie, nie możemy tamtędy iść.

Jego głos nie zdradzał żadnego zainteresowania, tak jakby wcale nie martwiło go ich obecne położenie. Jakby zamierzał już zawsze spokojnie siedzieć sobie na tym wzgórzu. No cóż, pomyślała Dylan, ja nie mogę. Znów spojrzał na nią przeciągle i wrócił do wpatrywania się w krajobraz. Dylan przygryzała dolną wargę, próbując wymyślić coś jeszcze, co powinna powiedzieć.

– Masz telefon, żeby powiadomić policję albo coś? Mój telefon zginął w wypadku. Powinnam zadzwonić do mamy. Wpadnie w panikę, gdy dowie się, co się stało. Jest bardzo nadopiekuńcza i będzie chciała wiedzieć, czy jestem cała tylko po to, żeby…

Tym razem nawet na nią nie spojrzał.

– Telefony tu nie działają.

– Aha.

Zaczynał ją irytować. Utknęli po złej stronie tunelu bez dorosłych i bez żadnej możliwości kontaktu, a on wcale jej nie pomagał. Tak czy inaczej był jedyną osobą, którą spotkała.

– Więc co powinniśmy zrobić?

Zamiast udzielić jej odpowiedzi, gwałtownie wstał. Kiedy się wyprostował, górował nad nią. Był dużo wyższy, niż przypuszczała. Spojrzał na nią pogardliwie, ze złośliwym uśmieszkiem, odwrócił się i ruszył przed siebie. Usta Dylan kilkakrotnie rozwarły się i zamknęły bezgłośnie. Była sparaliżowana, oniemiała, zszokowana i onieśmielona przez tego dziwnego chłopaka. Miał zamiar po prostu ją tu zostawić? Na odpowiedź nie czekała zbyt długo. Uszedł koło dziesięciu metrów, zatrzymał się, odwrócił i znów na nią spojrzał.

– No idziesz?

– Ale dokąd? – zapytała, nagle niechętna temu, by oddalać się od miejsca wypadku. Pozostanie na miejscu było chyba najbardziej sensowne? Jak ktoś miał ich znaleźć, gdy stąd odejdą? Poza tym niby skąd on wiedział, dokąd iść? Było już późne popołudnie, więc niedługo zacznie się ściemniać. Wiatr przybierał na sile i robiło się zimno; nie chciała się zgubić i spędzić nocy na dzikich wertepach. Ale jego pewność siebie zbiła ją z tropu. Dostrzegł jej niezdecydowanie. Spojrzał na nią protekcjonalnie, a jego głos aż ociekał wyższością.

– Nie mam zamiaru siedzieć tu i czekać. Jeśli chcesz, to zostań – rzucił i obserwował jej reakcję. Dylan szeroko otworzyła oczy ze strachu na myśl o tym, że zostanie sama. Co, jeśli zapadnie noc i nikt nie nadejdzie?

– Powinniśmy tu zostać – zaczęła, ale od razu zaczął kiwać głową. Zawrócił ze zniecierpliwieniem i podszedł do niej tak blisko, że poczuła jego oddech na twarzy. Wbił w nią wzrok. Dylan spojrzała mu w oczy i poczuła, że całe otoczenie się rozpływa. Jego spojrzenie było zniewalające, nie mogłaby odwrócić wzroku, nawet gdyby chciała. Zahipnotyzował ją, to było jedyne wyjaśnienie tego, co się z nią działo.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki