Przewodnik po zbrodni według grzecznej dziewczynki - Holly Jackson - ebook + książka

Przewodnik po zbrodni według grzecznej dziewczynki ebook

Holly Jackson

4,6

Opis

Sprawa jest zamknięta. Pięć lat temu uczennica Andie Bell została zamordowana przez swojego chłopaka - Sala Singha. Policja wie, że to był on. Wszyscy w mieście to wiedzą.
Ale dorastająca w tym samym miasteczku Pippa Fitz-Amobi nie jest tego taka pewna. Kiedy wybiera tę sprawę jako temat swojego ostatniego rocznego projektu w szkole, zaczyna odkrywać tajemnice, które ktoś w mieście desperacko chce pozostawić w ukryciu. Wkrótce szkolne zadanie przeradza się w śmiertelne zagrożenie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 443

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: A GOOD GIRL’S GUIDE TO MURDER
First published in Great Britain in 2019 by Egmont UK Limited, The Yellow Building, 1 Nicholas Road, London, W11 4AN Text copyright © 2019 by Holly Jackson The Author has asserted her moral rights.
Przekład: ERNEST KACPERSKI
Redaktor prowadzący: ANETTA RADZISZEWSKA
Redakcja: KATARZYNA MALINOWSKA
Korekta: AGNIESZKA TRZEBSKA-CWALINA
Opracowanie okładki: MICHALINA PACZYŃSKA
DTP: TYPO 2 Jolanta Ugorowska
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. Warszawa 2019 All rights reserved.
Wydanie I
Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
ISBN 978-83-8154-347-7
Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. 00-807 Warszawa, Al. Jerozolimskie 94 tel. 22 379 85 50, fax 22 379 85 51 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Pip wiedziała, gdzie mieszkali.

Wszyscy w Little Kilton wiedzieli.

Było tak, jakby miasto miało swój nawiedzony dom. Przechodzący obok ludzie przyspieszali kroku, a zduszone słowa więzły im w gardłach. Wracające ze szkoły rozkrzyczane dzieci zbierały się przy posesji, dodając sobie śmiałości, żeby podbiec do głównej bramy i położyć na niej dłoń. Kto będzie na tyle odważny?

Jednak dom nie był nawiedzony przez duchy. Po prostu troje smutnych ludzi usiłowało prowadzić w nim swoje dotychczasowe życie. Takie jak wcześniej. Nie było żadnych migających świateł ani przewracających się krzeseł. Jedynie wymalowany czarną farbą napis „Szumowiny” i okna powybijane kamieniami.

Pip zawsze się zastanawiała, dlaczego nie chcieli się wyprowadzić. Nie dlatego, że musieli, bo przecież nie zrobili nic złego. Nie rozumiała tylko, jak można żyć w ten sposób.

Pip wiedziała mnóstwo różnych rzeczy, na przykład, że hippopotomonstrosesquipedaliofobia to fachowe określenie lęku przed długimi słowami; wiedziała, że dzieci przychodzą na świat bez rzepki; bezbłędnie recytowała z pamięci cytaty z Platona i Katona; i wiedziała, że istnieją cztery tysiące odmian ziemniaków. Nie wiedziała tylko, skąd rodzina Singhów czerpie siłę, żeby wciąż tam mieszkać.

Tutaj, w Kilton, pod ciężarem ludzkich spojrzeń, wśród wypowiadanych wystarczająco głośnym szeptem komentarzy i sąsiedzkich pogawędek, które nigdy nie przeradzały się w dłuższe rozmowy.

Okrutnym zrządzeniem losu dom stał nieopodal miejscowego liceum, do którego dawniej chodzili Andie Bell i Sal Singh, a gdzie za kilka tygodni, kiedy nabrzmiałe sierpniem słońce zanurzy się we wrześniowym chłodzie, Pip miała powrócić, żeby rozpocząć naukę w ostatniej klasie.

Pip przystanęła i położyła dłoń na bramie wjazdowej, wykazując się większą odwagą niż połowa dzieciaków z miasteczka. Omiotła wzrokiem ścieżkę prowadzącą do wejścia. Nie była długa, zaledwie kilka metrów, ale od jej końca do miejsca, w którym stała Pip, wydawała się niezmierzoną otchłanią. Możliwe, że to był bardzo zły pomysł. Wzięła to pod uwagę. Poranne słońce grzało mocno, a ona czuła, jak spodnie zaczynają się kleić do jej ud. Pomysł zły albo pomysł śmiały. Ale przecież największe umysły w historii zawsze nad bezpieczeństwo przekładały odwagę, a ich słowa stanowiły podatny grunt nawet dla najgorszych pomysłów.

Szorując podeszwami butów po bezkresnej ścieżce, dotarła do drzwi i – po chwili zastanowienia, czy jest pewna tego, co robi – zapukała trzykrotnie. Patrzyło na nią jej pełne napięcia odbicie. Długie ciemne włosy, wysmagane palącym słońcem i nieco pojaśniałe na końcówkach, twarz blada mimo tygodnia spędzonego niedawno na południu Francji, zielone oczy o przenikliwym i mętnym spojrzeniu gotowym na konfrontację.

Doszedł do niej brzęk spadającego łańcucha i dwukrotne przekręcenie zamka. Drzwi się otworzyły.

– Słucham? – odezwał się ktoś przez szparę w drzwiach.

Pip zamrugała. Wiedziała, że powinna przestać się wpatrywać, ale nie mogła się powstrzymać. Tak bardzo przypominał Sala. Tego, którego znała z wiadomości telewizyjnych i zdjęć w prasie. Tego, który blaknął w jej młodzieńczej pamięci. Ravi miał czarne, potargane i przyczesane na bok włosy swojego brata, grube łukowate brwi i dębowy odcień cery.

– Słucham? – powtórzył.

– Hm... – Było już za późno, żeby błysnąć urokiem osobistym. Głowę miała zaprzątniętą jego dołkiem w podbródku, dokładnie takim jak u niej, a którego nie miał Sal. Poza tym, od kiedy ostatni raz go widziała, zrobił się jeszcze wyższy. – Eee, przepraszam, cześć – wybełkotała i niezgrabnie pomachała, czego natychmiast pożałowała.

– Cześć...

– Cześć, Ravi... – odparła. – Ja... Nie znasz mnie... Jestem Pippa Fitz-Amobi. Byłam kilka klas niżej od ciebie, zanim odszedłeś ze szkoły.

– Rozumiem...

– Tak się zastanawiałam... Czy mogłabym zająć ci jedną sekundkę? Znaczy... Nie sekundkę... Wiesz, to taka współczesna jednostka czasu, taka prawie jedna setna setnej... To może... Mógłbyś mi poświęcić kilka następujących po sobie krótkich chwil?

Tak właśnie się zachowywała, kiedy była zdenerwowana lub postawiona pod ścianą. Wyrzucała z siebie serię bezużytecznych zdań przybierających postać kiepskich żartów. I jeszcze jedno – zdenerwowana Pip z przesadnym wyszukaniem i nieudolnie starała się porzucić klasę średnią, wpadając w tanią imitację wyższych sfer. Czy kiedykolwiek na poważnie użyła określenia „sekundka”?

– Co? – spytał zbity z tropu Ravi.

– A zresztą nieważne, wybacz. – Pip nieco ochłonęła. – Wiesz, właśnie pracuję nad PR-em i...

– Nad czym?

– Projekt rozszerzony w szkole, nieobowiązkowy, poza programem... Można wybrać dowolny temat.

– Aha. Nigdy tak daleko nie zaszedłem. Rzuciłem naukę najwcześniej, jak się dało.

– Tak... I pomyślałam, że może mógłbyś odpowiedzieć na kilka pytań.

– Na jaki temat? – odparł, marszcząc ciemne brwi.

– Wiesz... Tego, co wydarzyło się pięć lat temu.

Ravi westchnął głośno, a jego usta wykrzywiły się w grymasie tłumionego gniewu.

– Po co? – wyrzucił z siebie.

– Ponieważ myślę, że twój brat tego nie zrobił. I zamierzam to udowodnić.

.

Pippa Fitz-Amobi

1.08.2017 r.

Dziennik projektu rozszerzonego.Wpis pierwszy

Wywiad z Ravi Singhiem, piątek po południu (przygotować pytania).

Spisać wywiad z Angelą Johnson.

Dziennik ma na celu przegląd wszelkich przeszkód, które napotykamy podczas śledztwa, opisanie poczynionych postępów oraz omówienie zrealizowanych założeń i podsumowanie ich w raporcie końcowym. Mój dziennik będzie nieco inny: mam zamiar rejestrować wszystko, co dotyczy mojego śledztwa, sprawy zarówno istotne, jak i te mniej ważne, ponieważ wciąż nie wiem, jak będzie wyglądać mój raport końcowy. Nie wiem także, co się okaże warte uwagi. Nie mam jasno sprecyzowanego celu. Potrzebuję czasu, żeby się przekonać, w jakim miejscu się znajdę pod koniec dochodzenia, i jakie wnioski będę mogła wyciągnąć z zebranego materiału (to chyba zaczyna przypominać pamiętnik!).

Mam tylko nadzieję, że nie będzie to opracowanie, które zarysowałam podczas rozmowy z panią Morgan. Obym mogła pokazać prawdę. Co naprawdę przydarzyło się Andie Bell 20 kwietnia 2012 roku? A ponieważ – jak podpowiada mi intuicja – Salil „Sal” Singh jest niewinny, kto ją zabił?

Nie mam pewności, czy uda mi się rozwikłać tę zagadkę i wskazać mordercę Andie. Nie jestem oficerem policji, który ma dostęp do tajnych materiałów sądowych. Nie jestem naiwna. Jednak liczę na to, że uda mi się odkryć nowe fakty i rzeczowe przesłanki, które doprowadzą do zakwestionowania winy Sala, a także udowodnić, że zamknięcie sprawy bez pogłębionego dochodzenia było pomyłką policji.

Moje metody pracy będą następujące: rozmowy ze wszystkimi, którzy mieli bliski związek ze sprawą, obsesyjne śledzenie podejrzanych w mediach społecznościowych i dzikie, DZIKIE domysły.

[PANI MORGAN NIE MOŻE TEGO ZOBACZYĆ!]

Pierwszym etapem niniejszego projektu jest zatem zbadanie, co przydarzyło się Andie Bell, znanej wszystkim jako Andie, i opisanie okoliczności, jakie towarzyszyły jej zaginięciu. Te informacje zamierzam pozyskać z artykułów prasowych oraz konferencji, które w tamtym czasie organizowała komenda policji.

[Tutaj wpisać wszystkie źródła. Oszczędność czasu!]

Skopiowane z pierwszej wiadomości, która pojawiła się po zaginięciu:

„Andrea Bell, lat 17, zamieszkała w Little Kilton, hrabstwo Buckingham, wyszła z domu w ostatni piątek i do tej pory nie wróciła.

Zaginiona oddaliła się z miejsca zamieszkania samochodem marki Peugeot 206 koloru czarnego. Miała przy sobie telefon. Z domu nie zabrała żadnych ubrań. Policja stwierdziła, że jej zaginięcie jest nietypowe.

Cały weekend policja prowadziła poszukiwania w okolicznych lasach. Andrea, zwana Andie, to biała kobieta o wzroście 170 centymetrów i długich blond włosach. Przypuszcza się, że tamtej nocy miała na sobie ciemne jeansy i krótki niebieski sweter[1]”.

Kolejne artykuły zawierały więcej szczegółów. Ustalono miejsce, gdzie po raz ostatni widziano Andie żywą, a także określono przybliżoną godzinę jej domniemanego uprowadzenia.

Ostatnią osobą, która „widziała Andie Bell, była jej siostra Becca. Było to 20 kwietnia 2012 roku około godziny 22.30[2]”.

Tę informację potwierdziła policja podczas konferencji prasowej we wtorek 24 kwietnia: „Dzięki zapisowi z kamery monitoringu miejskiego zamontowanej na budynku banku STN przy High Street w Little Kilton udało się ustalić, że samochód Andie odjechał spod jej domu około godziny 22.40[3]”.

Według jej rodziców, Jasona i Dawn Bellów, Andie „miała ich odebrać z wieczornego przyjęcia o godzinie 00.45”. Kiedy Andie się nie pojawiła i nie można było się z nią skontaktować, państwo Bellowie zaczęli dzwonić do jej znajomych, żeby się dowiedzieć, czy ktokolwiek wie, gdzie może przebywać ich córka. W sobotę o godzinie 03.00 „Jason Bell zadzwonił na policję i zgłosił jej [Andie] zaginięcie[4]”.

A zatem cokolwiek się stało tamtej nocy z Andie Bell, miało miejsce między godziną 22.40 a 00.45. Wklejam tutaj wczorajszą rozmowę telefoniczną z Angelą Johnson.

Rozmowa z Angelą Johnson, pracownicą biura osób zaginionych

Angela:

Słucham?

Pip:

Dzień dobry, czy rozmawiam z Angelą Johnson?

Angela:

Tak, to ja. Czy to Pippa?

Pip:

Tak, chciałam bardzo podziękować za odpowiedź na mój mejl.

Angela:

Nie ma za co.

Pip:

Czy nie ma pani nic przeciwko, żebym nagrywała naszą rozmowę? Chciałabym załączyć ją do swojego projektu.

Angela:

Nie ma problemu. Z góry przepraszam, ale mogę poświęcić ci tylko dziesięć minut. Co chciałabyś wiedzieć w kwestii osób zaginionych?

Pip:

Interesuje mnie to, co się dzieje, kiedy ktoś zgłasza czyjeś zaginięcie. Jakie są procedury i pierwsze kroki podejmowane przez policję?

Angela:

Kiedy ktoś zadzwoni pod nasz numer i zgłosi zaginięcie, policja będzie się starała ustalić jak najwięcej szczegółów w celu oszacowania stopnia ryzyka danego przypadku, zanim podejmie odpowiednie kroki. Pierwsze informacje, które są niezbędne do identyfikacji, to imię, nazwisko, rysopis, ubrania, w których dana osoba była widziana po raz ostatni; czy poruszała się pojazdem, a jeśli tak, to jakim; następnie opis okoliczności zaginięcia oraz informacja, czy podobne wypadki miały miejsce w przeszłości. Dzięki uzyskanym informacjom policja jest w stanie ustalić, czy ma do czynienia ze sprawą niskiego, średniego czy wysokiego ryzyka.

Pip:

Jakie okoliczności kwalifikują zgłoszenie jako sprawę wysokiego ryzyka?

Angela:

Na przykład młody wiek lub niepełnosprawność osoby zaginionej. A jeśli zniknięcie jest nietypowe, najprawdopodobniej tej osobie grozi niebezpieczeństwo.

Pip:

Czyli kiedy zaginiona ma siedemnaście lat, a w przeszłości nigdy nie zdarzyła jej się ucieczka z domu, sprawa zyskuje status wysokiego ryzyka?

Angela:

Zdecydowanie, szczególnie że mamy do czynienia z osobą nieletnią.

Pip:

Jakie kroki podejmuje wtedy policja?

Angela:

W takim przypadku do miejsca zamieszkania osoby zaginionej natychmiast wysyłany jest patrol. Zadaniem oficera jest zebranie kolejnych informacji, takich jak kontakty do przyjaciół, znajomych, partnera lub partnerki, przeprowadza się wywiad o stanie zdrowia, a także zaznajamia z sytuacją finansową zaginionego, na przykład numer karty kredytowej jest konieczny do śledzenia ewentualnych wypłat gotówki w bankomatach. Prosi się także o aktualne zdjęcia, a w przypadkach najwyższego ryzyka pobiera próbki DNA, które mogą posłużyć do dalszych badań kryminalistycznych. Za zgodą właścicieli domów dokonuje się również przeszukania miejsca zamieszkania, co pozwala sprawdzić, czy zaginiona osoba nie ukrywa się w jednym z pomieszczeń lub... nie została tam ukryta wbrew jej woli. Bierze się pod uwagę każdą możliwość. To standardowa procedura.

Pip:

To znaczy, że policja natychmiast sprawdza wszelkie przesłanki, które mogłyby świadczyć o tym, że osoba zaginiona padła ofiarą przestępstwa?

Angela:

Jak najbardziej. Jeśli okoliczności zaginięcia są podejrzane, oficerowie działają zgodnie z zasadą: „Tam, gdzie wątpliwości, tam możliwe morderstwo”. Oczywiście bardzo niewielki odsetek zgłoszonych zaginięć kończy się w tak tragiczny sposób. Mimo to procedura już na wstępnym etapie nakazuje zbierać wszelkie dowody tak, jakby było to postępowanie w kierunku zabójstwa.

Pip:

A jeśli po przeszukaniu głównego miejsca zamieszkania zaginionej osoby nie pojawiają się żadne niepokojące wskazówki?

Angela:

Wtedy przeczesuje się okolicę, kontaktuje z operatorem sieci telefonicznej, przepytuje sąsiadów i przyjaciół, każdego, kto może dostarczyć jakichkolwiek informacji. Jeśli zaginięcie dotyczy osoby młodej, nastoletniej, nie można zakładać, że rodzice będą znali wszystkich jej znajomych. Rówieśnicy stanowią świetną bazę kontaktów. Wiesz, chodzi o potajemne miłości, tego typu znajomości. Ważnym elementem jest również śledzenie materiałów prasowych. Relacje zawarte w mediach mogą niekiedy stanowić cenne źródło informacji.

Pip:

Rozumiem, że w przypadku zaginięcia siedemnastolatki policja dość szybko nawiązuje kontakt z jej chłopakiem i resztą znajomych?

Angela:

Ależ oczywiście. Przepytuje się jak najwięcej osób, ponieważ w przypadku ucieczki można założyć, że osoba zgłoszona jako zaginiona ukrywa się u któregoś z bliskich przyjaciół.

Pip:

Na którym etapie śledztwa policja uznaje, że od tej pory w grę wchodzi tylko poszukiwanie ciała?

Angela:

Cóż... Czas nie jest tu... Bardzo cię przepraszam, ale muszę kończyć. Wzywają mnie na spotkanie.

Pip:

Rozumiem i dziękuję za poświęcony czas.

Angela:

Jeśli jeszcze będziesz miała jakieś pytania, napisz wiadomość. Odpowiem najszybciej, jak będę mogła.

Pip:

Tak zrobię. Jeszcze raz dziękuję.

Angela:

To na razie.

W internecie znalazłam następujące statystyki:

Osiemdziesiąt procent osób zaginionych odnajduje się w ciągu 24 godzin.

Dziewięćdziesiąt siedem procent odnajduje się w ciągu pierwszego tygodnia.

Dziewięćdziesiąt dziewięć procent spraw wyjaśnia się w ciągu roku.

Zostaje jeden procent.

Jeden procent zaginionych nigdy się nie odnajdzie.

Ale jest jeszcze jedna liczba, którą należy wziąć pod uwagę: zaledwie ćwierć procent zaginięć to przypadki śmiertelne[5].

Gdzie w tym wszystkim jest miejsce Andie Bell? Nieustanne balansowanie w przedziale od 0,25 do 1 procenta. Ułamkowe oddechy, płytsze i głębsze, ograniczone do dwóch miejsc po przecinku.

Tymczasem większość uznaje, że Andie dołączyła do „Klubu 0,25”, mimo że jej ciała nigdy nie odnaleziono.

A dlaczego? Sal Singh – oto dlaczego.

Pip oderwała dłonie od klawiatury. Jej palce wskazujące zawisły nad literami „d” i „l”. Przysłuchiwała się dobiegającemu z dołu hałasowi. Uderzenie, ciężkie kroki, dźwięk trących o posadzkę pazurów, niepowstrzymany chłopięcy śmiech. Po chwili wszystko stało się jasne.

– Joshua! Dlaczego pies ma na sobie moją batikową koszulkę?! – Dał się słyszeć donośny krzyk Victora, a jego głos poszybował do pokoju Pip, przebijając pancerz dywanu.

Pip parsknęła krótkim śmiechem, wcisnęła skrót „Zapisz dokument” i zamknęła laptop. Była to ta podniosła chwila w ciągu dnia, kiedy błogi spokój przerywał huczny powrót ojca do domu. On nie potrafił być cicho. Jego szept rozbrzmiewał w drugim końcu pokoju, gromki śmiech i towarzyszące mu miarowe uderzenia dłoni w kolano zrywały domowników na równe nogi. A w każde święta, bez żadnych wyjątków, Pip budziła się, kiedy w środku nocy „bezszelestnie” się zakradał, żeby podłożyć prezenty pod choinkę. Jej ojczym był żywym zaprzeczeniem subtelności.

Tymczasem na parterze rozgrywały się dziwne sceny. Joshua biegał między pokojami, kuchnią a korytarzem, zanosząc się śmiechem. Tuż za nim podążał Barney, golden retriever, przystrojony w krzykliwą koszulkę ojca, tę w oślepiająco zielone wzory, którą przywieźli z ostatnich wakacji w Nigerii. Przeszczęśliwy zwierzak ślizgał się po wypolerowanym dębowym parkiecie, warcząc radośnie przez zęby. Szalony maraton zamykał Victor, postawny, niemal dwumetrowy mężczyzna ubrany w szary trzyczęściowy garnitur Hugo Bossa, uganiający się za chłopcem i jego psem i wyrzucający z siebie dzikie salwy śmiechu. Kreskówka domowej produkcji.

– Ludzie, ja tu próbuję odrabiać lekcje! – odezwała się Pip, w ostatniej chwili odskakując, żeby uniknąć zmiecenia przez rozpędzony ludzko-zwierzęcy tajfun.

Barney zatrzymał się na chwilę, to znaczy wyhamował łbem na jej piszczeli, po czym przygotował się do skoku na kanapę, na której po zderzeniu wylądowali Victor z Joshem.

– Cześć, słoneczko – odparł Victor, uderzając ręką w obicie.

– Cześć, tato. Tak cichutko wszedłeś, że nawet nie zauważyłam twojej obecności.

– Kochanie, jesteś zbyt mądra na odgrzewanie starych żartów.

Pip usiadła na kanapie. Czuła, jak poduchy to zapadają się, to unoszą pod jej udami, poruszane falującym rytmem zadyszki, która wciąż wstrząsała Joshem i jego tatą. Chłopiec zaczął grzebać palcem w prawej dziurce nosa, a Victor szybkim ruchem odepchnął jego dłoń.

– Jak ci minęły te dni? – zapytał Victor, sadzając Josha przy grze planszowej o piłkarzach, w którą chłopiec grał wcześniej.

Pip ocknęła się z zamyślenia. Słyszała już to wszystko w samochodzie, kiedy odwoziła Josha z klubu. Słuchała w roztargnieniu jednym uchem, kiedy trener na zastępstwie z niedowierzaniem wpatrywał się w jej liliowobiałą skórę po tym, jak wskazała, który z dziewięciolatków to jej brat. „Tak, jestem jego siostrą”, potwierdziła.

Powinna była przywyknąć do powłóczystych spojrzeń ludzi próbujących zrozumieć jej rodzinne powiązania, liczby i niejasne słowa wyryte na jej drzewie genealogicznym. To oczywiste, że ten wielki Nigeryjczyk był jej ojczymem, a Joshua – przyrodnim bratem. Jednak Pip nie lubiła tych określeń, były zbyt zimne, techniczne. Ludzie, których kochasz, nie są równaniem matematycznym, nie można ich obliczyć, dodać, odjąć, trzymać na wyciągnięcie ręki z dokładnością dwóch miejsc po przecinku. Victor i Josh to nie trzy ósme, nawet nie czterdzieści procent rodziny. Byli nią w stu procentach. To tata i nieznośny braciszek.

Jej biologiczny ojciec, po którym nosiła nazwisko Fitz, zginął w wypadku samochodowym, kiedy Pip miała dziesięć miesięcy. I chociaż niekiedy zdarzało jej się przytakiwać z uśmiechem, gdy matka pytała, czy pamięta, jak ojciec nucił przy myciu zębów albo jak śmiał się, kiedy drugim wypowiedzianym przez nią słowem była „kupa”, nie pamiętała go wcale. Czasem bywa, że pamiętamy nie dla siebie, tylko po to, aby ktoś się uśmiechnął. Takie kłamstwa są dozwolone.

– A jak ci idzie z projektem? – Victor odwrócił się do niej, ściągając koszulkę z psiego grzbietu.

– W porządku – odparła. – Na razie sprawdzam okoliczności i spisuję przemyślenia. Dzisiaj rano widziałam się z Ravim Singhiem.

– I co?

– Był zajęty, ale powiedział, żebym przyszła w piątek.

– Ja bym nie szedł – odezwał się Josh ostrzegawczo.

– Dlatego że jesteś przedwcześnie osądzającym, niedojrzałym chłopcem, który wciąż wierzy, że światłami drogowymi sterują mieszkające w nich małe ludziki. – Pip spojrzała na niego z pobłażaniem. – Singhowie nie zrobili nic złego.

– Joshua – wtrącił się Victor – wyobraź sobie, że wszyscy osądzają cię tylko dlatego, że twoja siostra coś przeskrobała.

– Ona skrobie tylko prace domowe.

Pip chwyciła poduszkę i zręcznym ruchem cisnęła nią prosto w twarz brata. Victor złapał chłopca w chwili, gdy ten próbował odegrać się na siostrze, i zaczął łaskotać go w boki.

– Dlaczego mama jeszcze nie wróciła? – spytała Pip i do twarzy wciąż zakleszczonego w ojcowskim uścisku Josha przystawiła stopę w grubej skarpecie, jeszcze bardziej go tym rozdrażniając.

– Prosto po pracy pojechała na spotkanie Czytelniczego Klubu Wesołych Mamusiek – odparł Victor.

– To znaczy, że... dzisiaj na kolację pizza? – zasugerowała Pip.

I w jednej chwili między rodzeństwem opadł bitewny kurz. Oboje znów grali w tej samej drużynie. Chłopiec zerwał się na równe nogi i zarzucił siostrze ramiona na szyję, zerkając błagalnie na ojca.

– Niech wam będzie – skapitulował Victor i z uśmiechem poklepał syna po plecach. – Od czegoś musi rosnąć dupa.

– Tato! – jęknęła Pip, przeklinając siebie, że nauczyła go tego wyrażenia.

.

Pippa Fitz-Amobi

2.08.2017 r.

Dziennik projektu rozszerzonego.Wpis drugi

Na podstawie samych artykułów prasowych trudno ustalić przebieg późniejszych wydarzeń z wieczoru, kiedy zaginęła Andie Bell. Niektóre luki będę musiała zapełnić swoimi domysłami i plotkami, zanim obraz wykrystalizuje się dzięki kolejnym wywiadom. Mam nadzieję, że Ravi i Naomi, bliscy przyjaciele Sala, będą mogli mi pomóc.

Według tego, co powiedziała Angela, po zebraniu zeznań od członków rodziny Andie i dokładnym przeszukaniu ich domu policja najprawdopodobniej zaczęła przepytywać przyjaciół zaginionej.

Po gruntownym przekopaniu się przez historię profili na Facebooku doszłam do wniosku, że najlepszymi przyjaciółkami Andie były niejakie Chloe Burch oraz Emma Hutton. A oto dowód:

Te wpisy pojawiły się dwa tygodnie przed zniknięciem Andie. Zdaje się, że ani Chloe, ani Emma już nie mieszkają w Little Kilton. [Wysłać prywatną wiadomość? Spytać, czy zgodzą się pogadać przez telefon?]

W pierwszy weekend po zaginięciu (21 i 22 kwietnia) Emma i Chloe wiele zrobiły, żeby nagłośnić sprawę na Twitterze pod hasłem #szukamyAndie. Chyba nie jest zbyt dużym nadużyciem założenie, że policja skontaktowała się z obiema dziewczynami jeszcze w piątek w nocy lub sobotę rano. Jakie były ich zeznania, tego nie wiem. Może uda mi się do nich dotrzeć.

Natomiast wiadomo, że policja rozmawiała z ówczesnym chłopakiem Andie. Nazywał się Sal Singh, lat 18, razem z Andie miał zacząć naukę w ostatniej klasie liceum. Oficerowie skontaktowali się z nim w sobotę. Komisarz Richard Hawkins potwierdził, że przesłuchanie Salila Singha odbyło się 21 kwietnia. Pytano go, gdzie przebywał poprzedniej nocy, szczególnie w godzinach przypuszczalnego zaginięcia Andie[6].

Tamtej nocy Sal znajdował się w towarzystwie przyjaciół w domu Maksa Hastingsa. Razem z nim byli tam: Naomi Ward, Jake Lawrence, Millie Simpson i sam Max. W przyszłym tygodniu muszę potwierdzić te informacje u Naomi, ale zdaje się, że Sal zeznał, jakoby opuścił dom Maksa około godziny 00.15 i poszedł do siebie. Jego ojciec (Mohan Singh) potwierdził, że „Sal wrócił do domu około godziny 00.50[7]”. Uwaga: Według Google odległość między domem Maksa (Tudor Lane) a Sala (Grove Place) to jakieś pół godziny marszu.

Podczas weekendu, po przesłuchaniu wszystkich, którzy tamtego wieczoru bawili się w domu Maksa, policja potwierdziła prawdziwość zeznań Sala. Wydrukowano plakaty z wizerunkiem zaginionej. W niedzielę rozpoczęły się wywiady wśród sąsiadów[8].

W poniedziałek około stu wolontariuszy pomagało policji w przeczesywaniu okolicznych lasów. Widziałam materiał z wiadomości telewizyjnych: ludzie szli zwartym szeregiem, wykrzykując imię zaginionej. Później tego samego dnia widziano, jak ekipa kryminologów wchodzi do domu państwa Bellów[9]. A we wtorek wszystko się zmieniło.

Uznałam, że do opisu wydarzeń tego dnia, a także następnych, najlepiej przyjąć porządek chronologiczny, mimo że my, mieszkańcy miasteczka, poznaliśmy wiele szczegółów, które nie pasowały do tego porządku.

Późny poranek: Naomi Ward, Max Hastings, Jake Lawrence i Millie Simpson w czasie lekcji skontaktowali się z policją i oświadczyli, że złożyli fałszywe zeznania. Przyznali, że Sal nakłonił ich do kłamstwa, a w noc zaginięcia Andie Bell opuścił dom Maksa około godziny 22.30.

Nie mam pewności, jakie procedury obowiązują w takich okolicznościach, ale przypuszczam, że od tego momentu Sal stał się głównym podejrzanym.

Tymczasem nigdzie nie można go było znaleźć. Sal nie pojawił się w szkole, nie było go również w domu. Nie odbierał telefonu. Z późniejszych przecieków dowiadujemy się, że tego poranka Sal wysłał wiadomość do swojego ojca, mimo że nie odpowiadał na żadne połączenia przychodzące. Prasa nazwała ten esemes „wyznaniem”[10].

We wtorek wieczorem jeden z członków ekipy poszukującej Andie znalazł w lesie ludzkie zwłoki. Był to Sal. Popełnił samobójstwo.

Prasa nigdy nie podała sposobu, w jaki chłopak odebrał sobie życie, jednak dzięki sile szkolnych plotek poznałam przyczynę jego śmierci (jak zresztą wszyscy uczniowie naszego liceum). Sal poszedł do lasu nieopodal swojego domu, zażył dużą dawkę pigułek nasennych, a głowę owinął torebką foliową, którą dla pewności związał na szyi taśmą elastyczną. Udusił się po utracie przytomności.

Tego wieczoru podczas konferencji prasowej zorganizowanej przez policję nie padło ani jedno słowo o Salu. Śledczy wyjawili jedynie kilka faktów dotyczących zapisów z miejskiego monitoringu. O godzinie 22.40 kamera zarejestrowała, jak samochód Andie odjeżdża spod jej domu[11]. W środę pojazd został znaleziony przy bocznej drodze osiedlowej (Romer Close).

Dopiero w następny poniedziałek głos zabrała rzeczniczka prasowa komendy policji, oznajmiając: „Dysponujemy nowymi informacjami dotyczącymi śledztwa w sprawie Andie Bell. W wyniku przeprowadzonego śledztwa oraz szczegółowej analizy kryminalistycznej mamy mocne podstawy, żeby przypuszczać, że młody człowiek, Salil Singh, lat 18, był zamieszany w uprowadzenie oraz zabicie Andie Bell. Zebrane dowody wystarczyłyby do podjęcia decyzji o jego natychmiastowym aresztowaniu i oskarżeniu, gdyby podejrzany nie zmarł przed wszczęciem procedury określonej prawem. Obecnie policja nie poszukuje kolejnych osób mogących mieć ewentualny związek ze zniknięciem Andie, jednocześnie wysiłki służb koncentrują się na odnalezieniu ciała zaginionej. Nasze myśli kierują się ku rodzinie Bellów, którą prosimy o przyjęcie wyrazów najgłębszego współczucia. Wszyscy jesteśmy zdruzgotani tym, co się wydarzyło”.

Zebrane dowody były następujące:

Przy ciele Sala znaleziono telefon Andie.

Badania kryminalistyczne wykazały ślady krwi Andie pod paznokciami środkowego i wskazującego palca prawej dłoni Sala.

Krew dziewczyny znajdowała się także w bagażniku jej samochodu.

Odciski palców Sala, obok tych należących do Andie i pozostałych członków rodziny Bellów, wykryto na tablicy rozdzielczej oraz kierownicy pojazdu[12].

Jak przyznała policja, dowody były dostatecznie obciążające, żeby postawić Sala w stan oskarżenia. Ponadto nie ma żadnych wątpliwości, że w tym przypadku sąd wydałby wyrok skazujący. Jednak nie doszło do żadnego procesu, nie zapadł żaden wyrok. Sal nie żył. I nie mógł się bronić. W kolejnych tygodniach prowadzono dalsze poszukiwania w lasach otaczających Little Kilton. Do akcji wykorzystano psy tropiące. Nurkowie przeszukali rzekę Kilbourne. Ciała Andie nie odnaleziono.

Sprawę zaginięcia Andie Bell oficjalnie zamknięto w połowie czerwca 2012 roku[13]. Według prawa sprawę można administracyjnie zamknąć, jeśli dokumentacja uzupełniająca zawiera dowody wystarczające do obciążenia podejrzanego w przypadku, gdyby ten nie zmarł przed zakończeniem dochodzenia. Śledztwo może zostać wszczęte ponownie, jeśli pojawią się nowe dowody lub wskazówki mogące się przyczynić do rozwoju sprawy[14].

Krótki przerywnik kinowy: kolejny film o superbohaterach, do którego obejrzenia zmusił nas Josh, stosując szantaż emocjonalny. Ale ponieważ w sprawie Andie Bell i Sala Singha został mi do opracowania tylko jeden, już ostatni rozdział, mogłam sobie na to pozwolić.

Osiemnaście miesięcy od oficjalnego zamknięcia sprawy Andie Bell policja złożyła raport na ręce miejscowego koronera. W podobnych przypadkach to do niego należy decyzja o dalszym postępowaniu w sprawie ewentualnego zabójstwa. Podejmuje się ją, biorąc pod uwagę prawdopodobieństwo, że dana osoba rzeczywiście nie żyje, a także czas, jaki upłynął od jej zaginięcia.

Następnie, zgodnie z paragrafem 15 Ustawy o koronerach i sędziach przysięgłych z 1988 roku, na biurko ministra sprawiedliwości trafia podanie o wszczęcie śledztwa bez kluczowego dowodu w postaci ciała. W przypadku nieodnalezienia zwłok będzie się ono opierać głównie na dowodach dostarczonych przez policję oraz opinii starszych oficerów śledczych o domniemanej śmierci osoby zaginionej. Dochodzenie w sprawie śmierci skupia się na przyczynach medycznych oraz okolicznościach, w jakich nastąpił zgon, i „nie ma na celu postawienia zarzutów lub pociągnięcia kogokolwiek do odpowiedzialności karnej[15]”.

Po zakończeniu dochodzenia w styczniu 2014 roku koroner wydał werdykt stwierdzający zabójstwo będące wynikiem bezprawnego i nielegalnego czynu. Sporządzono akt zgonu Andie Bell[16]. Orzeczenie koronera dokładnie oznaczało, że ofiara została pozbawiona życia w wyniku „zabójstwa, morderstwa, dzieciobójstwa lub niebezpiecznego prowadzenia pojazdu[17]”.

Tutaj wszystko się kończy.

Andie Bell oficjalnie została uznana za zmarłą, mimo że jej ciała nigdy nie odnaleziono. Biorąc pod uwagę okoliczności, możemy domniemywać, że orzeczenie koronera odnosi się do morderstwa. Po zakończonym dochodzeniu Koronna Służba Prokuratorska wydała oświadczenie, w którym czytamy: „Sprawa przeciwko Salilowi Singhowi opierałaby się na poszlakach oraz dowodach kryminalistycznych. W gestii prokuratury nie leży ustalenie, czy Salil Singh zabił Andie Bell, czy nie. Ta kwestia byłaby rozstrzygnięta przez ławę przysięgłych[18]”.

A zatem mimo że nie doszło do żadnego procesu, żaden z ławników nie powstał i drżącym od emocji głosem, zaciskając spocone dłonie, nie ogłosił: „My, ława przysięgłych, uznajemy oskarżonego winnym”; mimo że Sal nigdy nie mógł się bronić, był winien przestępstwa. Nie z punktu widzenia prawa, ale w każdym innym sensie.

Kiedy pytam ludzi w miasteczku, co się stało z Andie Bell, bez zastanowienia odpowiadają: „Zabił ją Salil Singh”. Nie „prawdopodobnie”, nie „przypuszczalnie”, nie „rzekomo”, nie „zdaje się”. On to zrobił, mówią wprost. Sal Singh zabił Andie.

A ja nie jestem taka pewna...

[Następny wpis – jak wyglądałaby sprawa Sala, gdyby trafiła do sądu. Drążenie i szukanie luk].

„To pilne! – krzyczała wiadomość wielkimi literami. – Sprawa najwyższej wagi!”. Pip od razu wiedziała, że może chodzić tylko o jedno. Chwyciła kluczyki od samochodu, rzuciła szybkie „na razie” do mamy i Josha i wybiegła z domu.

Po drodze zatrzymała się w sklepie i kupiła wielką tabliczkę czekolady, którą zamierzała osłodzić równie wielki ból złamanego serca Lauren. Kiedy zatrzymała się pod domem przyjaciółki, spostrzegła, że Cara wpadła na ten sam pomysł. Jednak pocieszycielski zestaw ratunkowy Cary był wyraźnie powiększony. Zawierał dodatkowo paczkę chusteczek, chipsy z sosem i maski na twarz w kolorach tęczy.

– Gotowa do akcji? – spytała Pip, zderzając się biodrami z Carą.

– Jasne, gotowa na łzy – odparła Cara, unosząc paczkę chusteczek, która zahaczyła o kosmyk jej popielatych blond włosów.

Pip przejęła od niej zestaw ratunkowy i nacisnęła dzwonek u drzwi. Obie skrzywiły się na dźwięk kanciastej, mechanicznej melodyjki.

W progu stanęła mama Lauren.

– Oto i nasza husaria! – Uśmiechnęła się. – Lauren jest u siebie w pokoju.

Zastały ją na łóżku, całkowicie zagrzebaną w fortyfikacji z grubej kołdry. Jej obecność zdradzał jedynie wystający spod obwarowania kosmyk rudych włosów. Kilka długich chwil zajęło im przymilne dopraszanie się o opuszczenie zasieków. Czekoladowa przynęta zrobiła swoje.

– Po pierwsze – zaczęła Cara, wyszarpując jej telefon z ręki – masz zakaz wpatrywania się w tę wiadomość przez najbliższe dwadzieścia cztery godziny!

– Zrobił to esemesem! – zawodziła Lauren, z siłą armatniego działa wydmuchując nos w żałośnie cienką chusteczkę.

– Faceci to sukinsyny! Jak dobrze, że nie muszę mieć z nimi do czynienia! – oznajmiła Cara i przytuliła przyjaciółkę, jednocześnie wbijając jej swój ostry podbródek w ramię. – On nie był ciebie wart.

– Pewnie, że nie! – Pip odłamała kolejny kawałek czekolady. – A poza tym... Tom zawsze mówił „bynajmniej” zamiast „przynajmniej”.

– Właśnie! Już to powinno dać ci do myślenia – przytaknęła Cara ochoczo.

– Ja bynajmniej myślę, że będzie ci lepiej bez niego – rzuciła Pip.

– A ja, myślałby kto, całkowicie się z tobą zgadzam! – dodała Cara.

Lauren parsknęła krótkim śmiechem, a Pip na znak cichego zwycięstwa puściła oko do przyjaciółki. Obie wiedziały, że razem szybko zdołają rozweselić Lauren.

– Dzięki, że wpadłyście – powiedziała Lauren z oczami wciąż mokrymi od łez. – Nie musiałyście. Wiem, że trochę was zaniedbałam przez ostatnie pół roku. Ale znowu do was dołączam. Jak piąte koło u wozu.

– Nie gadaj! – przerwała jej Cara. – Wszystkie trzy jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami!

– Bez dwóch zdań! – zgodziła się Pip. – My i trzej chłopcy, których łaskawie raczyłyśmy przyjąć do naszego zacnego grona – dodała i wszystkie wybuchły głośnym śmiechem.

Pozostali członkowie paczki szkolnych przyjaciół to Mrówa, Zach i Connor. Tymczasowo nieobecni, ponieważ wyjechali na wakacje.

Ale ze wszystkich Pip najdłużej znała Carę, a pozostali dobrze wiedzieli, że są sobie najbliższe. Były nierozłączne od czasu, gdy sześcioletnia Cara przytuliła stroniącą od rówieśników małą Pip i zapytała: „Ty też lubisz króliczki?”. Stanowiły dla siebie wsparcie w chwilach, gdy życie okazywało się zbyt nieznośne, żeby doświadczać je w pojedynkę. Zaledwie dziesięcioletnia Pip pomagała Carze przejść przez ciężki okres od zdiagnozowania choroby matki do jej śmierci. Była przy niej również dwa lata temu i trzymała ją za rękę, kiedy wczesnym świtem trzeba było wykonać pewien ważny telefon. Cara nie była tylko przyjaciółką, była dla niej jak siostra. Jak dom.

Rodzina Cary była drugą rodziną Pippy. Elliot, czy raczej pan Ward, jak musiała nazywać go w szkole, był jej nauczycielem historii, a zarazem trzecim ojcem, tuż za Victorem i widmem jej pierwszego taty. Pip była tak częstym gościem w domu Wardów, że miała tam nawet swój kubek z imieniem, a także kapcie, które pasowały do tych, jakie nosiły Cara i jej starsza siostra Naomi.

– Racja! – Cara rzuciła się na pilota. – Komedia romantyczna czy zabili go i uciekł?

Po półtoragodzinnej dawce łzawych filmów z Netfliksa Lauren miała za sobą fazę negacji i ostrożnie zwracała się ku etapowi zwanemu akceptacją faktów.

– Powinnam ściąć włosy – rzuciła. – I zamierzam to zrobić.

– Zawsze mówiłam, że byłoby ci świetnie w krótkich – potwierdziła Cara.

– A co sądzicie o kolczyku w nosie?

– Ja jestem za! – podchwyciła zachwycona Cara.

– A ja nie widzę sensu we wkładaniu kawałka metalu w nozdrze – odezwała się Pip.

– Kolejna złota myśl Pippy do zapisania w księgach. – Cara nakreśliła palcem niewidzialne litery w powietrzu. – A co ostatnio tak mnie powaliło, pamiętasz?

– To o kiełbasie – westchnęła Pip.

– No tak! – parsknęła Cara. – To było tak, że zapytałam Pip, którą piżamę chciałaby włożyć, a ona na to całkiem spokojnie: dla mnie to kiełbasa. Nawet nie zdała sobie sprawy z tego, jak dziwnie to zabrzmiało.

– Nic w tym dziwnego – broniła się Pip. – Moi dziadkowie ze strony pierwszego ojca są Niemcami. „Dla mnie to kiełbasa” jest w ich języku popularnym zwrotem, który oznacza „wszystko mi jedno”.

– Albo masz bzika na punkcie kiełbas! – zaśmiała się w odpowiedzi Lauren.

– Odezwała się córka gwiazdy porno! – zażartowała Pip.

– Tylko nie to! Ile razy można! Zrobił sobie jedną rozbieraną sesję i to w latach osiemdziesiątych. Wielkie mi rzeczy.

– No wielkie jak na chłopców z tamtej dekady! – odpowiedziała Cara, trącając Pip w ramię. – Widziałaś się już z Ravim Singhiem?

– Jaka dyskretna zmiana tematu! Tak, ale jutro wracam, żeby zrobić z nim wywiad.

– Nie mogę uwierzyć, że już zaczęłaś przygotowywać swój projekt – powiedziała Lauren kpiąco, opadając na łóżko niczym martwy łabędź. – Ja już chciałabym zmienić tytuł swojego: Głód to prosta droga do depresji.

– Czuję, że niedługo będziesz chciała porozmawiać także z Naomi. – Cara spojrzała dobitnie na Pip.

– Owszem. Czy możesz ją uprzedzić, że wpadnę jakoś w przyszłym tygodniu z dyktafonem i notatkami?

– Tak, ale... – zawahała się Cara. – Pewnie się zgodzi i w ogóle, ale czy będzie dobrą rozmówczynią? Czasami naprawdę łatwo się wkurza w tej sprawie. Wiesz, to był jeden z jej najlepszych przyjaciół. Właściwie to najlepszy.

– Tak, to prawda. – Uśmiechnęła się Pip. – Jak myślisz, co powinnam zrobić? Przyprzeć do muru i wydusić z niej wszystkie odpowiedzi?

– To twoja taktyka wobec Raviego na jutro?

– Nie sądzę.

Lauren usiadła nagle i pociągnęła nosem tak mocno, że Cara aż się wzdrygnęła.

– To znaczy, że idziesz do niego do domu? – spytała.

– Tak.

– Ale zaraz... Co pomyślą ludzie, kiedy zobaczą, że wchodzisz do domu Raviego Singha?

– Dla mnie to kiełbasa.

.

Pippa Fitz-Amobi

3.08.2017 r.

Dziennik projektu rozszerzonego.Wpis trzeci

Jestem stronnicza. Oczywiście, że tak. Za każdym razem, gdy przeglądam wpisy z poprzednich dni, nie mogę poskromić wyobraźni, która przenosi mnie na dramatyczną rozprawę do sali sądowej. Jestem pewnym siebie adwokatem, zdeterminowanym, by osiągnąć swój cel. Zaciekle przerzucam notatki i puszczam oko do Sala, kiedy prokurator wpada w zastawione przeze mnie sidła. Wtedy podbiegam do stołu sędziowskiego, walę pięścią w pulpit i krzyczę: „Wysoki sądzie, on tego nie zrobił!”. Ponieważ z niewyjaśnionych przyczyn z całych sił pragnę, żeby Sal Singh okazał się niewinny. Kiedy to się stało, byłam dwunastoletnim dzieckiem. Od pięciu lat noszę to w sobie, wciąż pełna dręczących mnie wątpliwości.

Jednak postanowiłam wystrzegać się nadmiernej stronniczości. Pomyślałam, że niezłym pomysłem byłaby rozmowa z kimś, kto jest całkowicie przekonany o winie Sala. Na moją wiadomość odpowiedział właśnie Stanley Forbes, dziennikarz „Kilton Mail”. Napisał, że mogę do niego zadzwonić o każdej porze, choćby dzisiaj. W lokalnej prasie pojawiło się wiele jego artykułów o sprawie Andie Bell. Mógł nawet obserwować toczące się śledztwo. Jeśli mam być szczera, uważam, że jest marnym gryzipiórkiem, i jestem niemal pewna, że Singhowie mogliby go oskarżyć o wielokrotne zniesławienie oraz zszarganie dobrego imienia. Wywiad z nim przepiszę tutaj wkrótce.

Ooooooooo raaaaanyyyyyyyyy...

Rozmowa ze Stanleyem Forbesem z dziennika „Kilton Mail”

Stanley:

Tak?

Pip:

Cześć, Stanley, tu Pippa, pisaliśmy do siebie.

Stanley:

Tak, tak, jasne. Chcesz mnie przemaglować w sprawie Andie Bell i Salila Singha?

Pip:

Zgadza się.

Stanley:

To strzelaj!

Pip:

Dziękuję. To może... Pierwsze pytanie... Czy mogłeś brać udział w śledztwie prowadzonym przez koronera?

Stanley:

No pewnie, dzieciaku!

Pip:

Ponieważ prasa ogólnokrajowa nie podała żadnych bliższych informacji poza werdyktem sądu i oświadczeniem policji, chciałabym się dowiedzieć, jakie dowody w sprawie zostały przedstawione koronerowi.

Stanley:

Sporo tego było!

Pip:

Rozumiem. Czy mógłbyś dokładniej je opisać?

Stanley:

Główny śledczy zajmujący się sprawą Andie podał szczegóły jej zaginięcia, takie jak czas i miejsce ostatniego pobytu. Następnie przedstawił dowody, które prowadziły do jednego wniosku – mordercą jest Salil. Śledztwo było porządnie przeprowadzone. Analiza śladów krwi z bagażnika samochodowego wykazała, że Andie została zamordowana gdzieś indziej, a następnie jej ciało umieszczono w bagażniku, wywieziono i porzucono w nieznanym miejscu. W uwagach końcowych koroner oznajmił: „Wydaje się oczywiste, że Andie padła ofiarą morderstwa na tle seksualnym, a sprawca uczynił wszystko, by skutecznie ukryć jej ciało”.

Pip:

Czy komisarz Richard Hawkins lub inny oficer śledczy przedstawili domniemany przebieg zdarzeń z tamtej nocy oraz swoje przypuszczenia co do sposobu zamordowania Andie?

Stanley:

Tak, nawet jeszcze trochę pamiętam. Andie wyjechała samochodem spod swojego domu. W którymś miejscu zabrała idącego Salila. Nie wiadomo, które z nich prowadziło. Wiadomo, że Salil wywiózł ją w ustronne miejsce lub poprosił, żeby tam pojechała. Następnie zabił Andie, umieścił jej ciało w bagażniku i przetransportował w celu ukrycia lub porzucenia. Zrobił to tak skutecznie, że od pięciu lat nie można znaleźć zwłok. To musiał być naprawdę spory dół! Później zostawił samochód przy drodze, zdaje się, że Romer Close, i pieszo wrócił do domu.

Pip:

Czyli na podstawie śladów krwi w bagażniku policja uznała, że zwłoki Andie znajdują się w innym miejscu niż to, w którym została zamordowana?

Stanley:

Tak.

Pip:

W wielu swoich artykułach na temat tej zbrodni przedstawiasz Sala jako mordercę, zabójcę, a nawet potwora. Zdajesz sobie sprawę, że w przypadku braku stuprocentowej pewności powinieneś używać słowa „rzekomo”?

Stanley:

Nie wiem, czy posłucham rad dzieciaka, który poucza mnie, jak mam wykonywać swoją pracę. Poza tym jasne jest, że to zrobił. Wszyscy to wiedzą. Zabił ją, a poczucie winy doprowadziło go do samobójstwa.

Pip:

Jakie argumenty przekonują cię o winie Sala?

Stanley:

Długo by wymieniać. Zebrane dowody to jedno, ale Sal był chłopakiem Andie, prawda? Zawsze chodzi albo o chłopaka, albo o byłego... Ale nie tylko to. Salil był Hindusem.

Pip:

Właściwie to urodził się i wychował w Wielkiej Brytanii, chociaż trudno nie zauważyć, że podkreślasz jego pochodzenie w każdym artykule.

Stanley:

Na jedno wychodzi. Miał w sobie hinduską krew.

Pip:

Dlaczego to takie ważne?

Stanley:

Nie jestem żadnym ekspertem czy kimś takim, ale oni mają jednak inny sposób życia niż my. Inaczej traktują kobiety, dla nich są one własnością. Przypuszczam, że Andie postanowiła z nim zerwać, a wtedy on ją zabił w przypływie złości, ponieważ w jego mniemaniu należała tylko do niego.

Pip:

Cóż... hmm... Prawdę mówiąc, Stanley... dziwię się, że jeszcze nikt nie oskarżył cię o zniesławienie.

Stanley:

Ponieważ wszyscy wiedzą, że to, co mówię, jest prawdą.

Pip:

Nie ja. To szalenie nieodpowiedzialne przypinać komuś łatkę mordercy bez posiłkowania się słowami „podejrzany” lub „prawdopodobnie”, kiedy nie było ani procesu, ani prawomocnego wyroku. Albo nazywanie Sala potworem. A skoro już wspominam o języku, bardzo interesujący jest twój raport sporządzony w sprawie dusiciela z bagien, który zamordował pięć osób, a sąd uznał go winnym i wydał wyrok. Już na samym wstępie napisałeś o nim „chory z miłości młody człowiek”. Tylko dlatego, że jest biały?

Stanley:

To nie ma nic wspólnego ze sprawą Salila. Po prostu nazywałem rzeczy po imieniu. Musisz trochę odpuścić. On nie żyje. Jest mu zupełnie obojętne, że ludzie nazywają go mordercą. To go nie rusza.

Pip:

Ale jego rodzina żyje.

Stanley:

Zaczynam myśleć, że wbrew wszelkim ekspertyzom wykonanym przez starszych oficerów śledczych traktujesz go jako niewinną ofiarę.

Pip:

Po prostu uważam, że w całej sprawie jest wiele luk i nieścisłości.

Stanley:

Gdyby dzieciak nie pożegnał się z życiem, zanim został aresztowany, szybko wypełnilibyśmy wszystkie luki.

Pip:

Nie grzeszysz wrażliwością.

Stanley:

Natomiast on był niezwykle wrażliwy, zabijając swoją śliczną, jasnowłosą dziewczynę i ukrywając jej szczątki w nieznanym miejscu.

Pip:

Prawdopodobnie zabijając.

Stanley:

Dziewczyno, chcesz więcej dowodów na to, że chłoptaś był zabójcą? Proszę bardzo. W szafce szkolnej Andie znaleziono list z pogróżkami. Wiem o tym z zaufanego policyjnego źródła. Groził jej, a potem spełnił swoje słowa. Ta informacja nie mogła się przedostać do mediów. I co, nadal myślisz, że był niewinny?

Pip:

Owszem. A ty jesteś nietolerancyjnym rasistą, ograniczonym półgłówkiem i bezmyślną pijawką...

(Stanley rzucił słuchawką.)

Nie spodziewam się, że zaprzyjaźnię się ze Stanleyem.

W każdym razie rozmowa z nim uświadomiła mi dwie rzeczy, o których wcześniej nie miałam pojęcia. Po pierwsze policja myśli, że Andie najpierw została zamordowana, a następnie jej ciało upchnięto do bagażnika i przewieziono w inne miejsce, w którym porzucono zwłoki.

Po drugie ten idiota Stanley przekazał mi informację o istnieniu listu z pogróżkami. Nie doszukałam się żadnej wzmianki na ten temat ani w artykułach prasowych, ani w oświadczeniach policji. Musiał być ku temu jakiś konkretny powód. Być może policja uznała, że to mało istotne. A może nie mogli udowodnić, że za groźbami stoi Sal. Albo Stanley wszystko zmyślił. Warto o tym pamiętać podczas kolejnych wywiadów z przyjaciółmi Andie.

Teraz już (prawie) wiem, jak według policji wyglądał przebieg wydarzeń tamtej nocy. I jak wyglądałby akt oskarżenia. W związku z tym czas na MAPĘ ZBRODNI.

Ale to po kolacji, bo mama zawoła mnie za trzy... dwa... Tak jest!

Kolacja pochłonięta w jedenaście minut. Życiowy rekord. Zdumiona mina ojca i irytacja matki bezcenne. Właśnie skończyłam kreślenie mapy.

Tak, bardzo profesjonalne. Ale przynajmniej pozwala na zobrazowanie policyjnej wersji wydarzeń. Gdy ją tworzyłam, musiałam wysunąć kilka własnych przypuszczeń. Po pierwsze istnieje kilka dróg prowadzących z domu Maksa do Sala. Wybrałam tę, która wiedzie przez High Street, ponieważ według Google’a jest to najkrótsza trasa. Założyłam również, że większość ludzi wolałaby wracać nocą, idąc dobrze oświetloną ulicą.

Ponadto przyjęłam, że punkt spotkania należy wyznaczyć na Wyvil Road. Właśnie tam Andie najprawdopodobniej zatrzymała się na chwilę, żeby zabrać Sala. Włączyłam myślenie detektywa. To spokojna, pełna cichych uliczek dzielnica mieszkalna z parkiem przemysłowym przy Wyvil Road. Być może w tej okolicy, w jakimś ustronnym zaułku doszło do morderstwa. Taka przynajmniej jest wersja śledczych.

Nie próbowałam dociec, w którym miejscu porzucono ciało Andie. Powód jest prosty – podobnie jak wszyscy nie mam najmniejszego pojęcia, gdzie to mogło się stać. Jednak biorąc pod uwagę, że od miejsca, w którym znaleziono pusty samochód przy Romer Close, do domu Sala przy Grove Place jest osiemnaście minut marszu, zakładam, że chłopak musiał się znaleźć w sąsiedztwie Wyvil Road jakieś dwadzieścia minut po północy. Zatem jeśli spotkanie Sala i Andie nastąpiło około 22.45, dałoby to godzinę i trzydzieści pięć minut na dokonanie morderstwa i ukrycie ciała. Brzmi całkiem logicznie.

Mimo to wiele kwestii wciąż pozostaje bez odpowiedzi. Jak? Dlaczego? Pytania mnożą się same.

Zarówno Andie, jak i Sal wyszli z domów około godziny 22.30. Czy to oznacza, że zamierzali się spotkać? Na pewno musieli się umówić. To nie był zbieg okoliczności. Problem polega na tym, że policja nie wspomniała o żadnej rozmowie telefonicznej ani wiadomości, dzięki którym można by mieć pewność, że Sal i Andie kontaktowali się ze sobą w sprawie spotkania. A skoro nie zachowały się żadne ślady konwersacji, mogli umówić się bezpośrednio, na przykład w szkole. Tylko dlaczego nie postanowili, że Andie po prostu odbierze Sala spod domu Maksa? To wszystko jest bardzo dziwne.

Zaczynam się plątać. To dlatego, że jest druga w nocy, a ja zjadłam już pół tabliczki czekolady.

Była w niej pieśń. Jej ciało grało. Rytmicznie wybijane uderzenia mdławego pulsu, który szarpał struny żył na szyi i nadgarstkach; trzeszczący akord, kiedy próbowała odchrząknąć; postrzępiony świst wydychanego powietrza. I jeszcze ta potworna świadomość własnego oddechu. Wystarczyło, że raz skupiła na nim uwagę i nie mogła myśleć o niczym innym.

Stała przed drzwiami wejściowymi i chciała je otworzyć. Każda sekunda gęstniała jak ciężka i lepka kropla miodu. Drzwi wbijały w nią swoje jednookie spojrzenie. Minuty wzbierały w nieskończoność. Jak długo tak stała, odkąd postanowiła zapukać? Kiedy już nie mogła znieść wyczekiwania, wysunęła spod pachy przepocony plastikowy pojemnik ze świeżymi muffinami i odwróciła się, żeby odejść. Dom duchów był dzisiaj zamknięty dla gości. Rozczarowanie paliło.

Kilka kroków dalej usłyszała chrobot, a chwilę potem chrzęst odsuwanej zasuwki. Odwróciła się i w progu ujrzała Raviego Singha. Jego włosy były w nieładzie, a napięty wyraz twarzy zdradzał zakłopotanie.

– O! – Pip wydała z siebie piskliwy dźwięk jakby nie swoim głosem. – Przepraszam, mówiłeś, żebym przyszła w piątek. To dzisiaj.

– No tak, faktycznie – odparł Ravi, drapiąc się po karku. Jego spojrzenie błądziło gdzieś wokół kostek Pip. – Ale mówiąc szczerze... myślałem... Byłem pewien, że żartujesz. Zgrywasz się ze mnie. Nie spodziewałem się, że naprawdę tu wrócisz.

– A to pech. – Pip z całych sił starała się nie okazać rozgoryczenia. – Żadnych żartów, obiecuję. Mówię serio.

– Wyglądasz na osobę poważną.

Jego kark naprawdę musiał być wyjątkowo swędzący. A może był to odpowiednik bezużytecznej wiedzy Pip? Rodzaj tarczy i zbroi, kiedy wewnętrzny rycerz kuli się w sobie.

– Jestem nierozsądnie poważna. – Pip uśmiechnęła się, wyciągając przed siebie opakowanie z muffinami. – Sama je zrobiłam.

– Ciasteczkowe przekupstwo?

– Według sprawdzonego przepisu!

Usta Raviego drgnęły lekko w krótkim uśmiechu. Wtedy Pip zdała sobie sprawę z tego, jak trudne było dla niego życie w miasteczku. W rysach jego twarzy odbijało się widmo nieżyjącego brata. Nic dziwnego, że uśmiech przychodził mu z takim trudem.

– To co, mogę wejść? – spytała Pip, przygryzając dolną wargę i nadmiernie wytrzeszczając oczy w błagalnym spojrzeniu, które, jak mawiał ojciec, nadawało jej wygląd osoby cierpiącej na silne zaparcie.

– Tak, jasne – odpowiedział po niemal miażdżącej chwili ciszy. – Tylko przestań robić taką minę – dodał, cofając się, żeby wpuścić ją do środka.

– Dziękuję, dziękuję, dziękuję – powtórzyła szybko Pip i ochoczo przekroczyła próg domu.

Ravi uniósł brwi ze zdziwieniem, zamknął drzwi i zapytał, czy Pip ma ochotę napić się herbaty.

– Tak, poproszę. – Pip starała się zająć jak najmniejszą przestrzeń w holu, przez co czuła się jak słoń w składzie porcelany. – Najchętniej czarną.

– Nigdy nie ufałem ludziom pijącym czarną herbatę.

Nieznacznym gestem zaprosił ją, żeby poszła za nim do kuchni.

Pomieszczenie było przestronne i wyjątkowo jasno oświetlone. Zewnętrzną ścianę stanowiły wielkie, szklane drzwi przesuwne, które wychodziły na rozległy, eksplodujący barwami lata ogród i bajkowo pnącą się winorośl.

– A jaką ty pijesz? – spytała Pip, stawiając plecak na jednym z krzeseł.

– Zabielam mlekiem i wrzucam trzy kostki cukru – odparł, przekrzykując piekielne bulgotanie wody w czajniku.

– Ile? Trzy?

– Wiem, wiem... Widocznie nie jestem wystarczająco słodki.

Pip obserwowała, jak Ravi krząta się po kuchni. Wrzenie wody w czajniku usprawiedliwiało brak konwersacji. Ravi zanurzył rękę w prawie pustym słoju z torebkami herbaty. Następnie nerwowo pstrykając palcami wolnej dłoni, nalał wrzątku do kubków, dodał cukru i uzupełnił mlekiem. Niepokojąca energia była zaraźliwa, ponieważ serce Pip biło coraz szybciej, próbując zlać się z rytmem pstrykających palców gospodarza.

Później podniósł oba kubki, jeden z nich chwytając za gorący spód, tak aby Pip mogła złapać ucho. Na jej kubku szczerzył się rysunkowy uśmiech z podpisem: „Mój przyjaciel ma same piątki. Śmiesznie wygląda, gdy się uśmiecha”.

– Twoich rodziców nie ma? – zapytała, odstawiając kubek.

– Nie. – Pociągnął łyk herbaty. Pip z ulgą zauważyła, że nie siorbie. – Gdyby tu byli, nie wpuściłbym cię. Staramy się nie rozmawiać zbyt często o Salu. To denerwuje mamę. Wszystkich nas denerwuje.

– Nawet nie potrafię sobie tego wyobrazić – odparła cicho Pip.

Nie miało znaczenia, że minęło pięć lat. Dla Raviego to wciąż był trudny temat. Miał to wypisane na twarzy.

– Nie chodzi tylko o to, że odszedł... Chodzi o... Po tym, co zrobił, nie wolno nam go opłakiwać. A gdybym powiedział, że za nim tęsknię, ludzie wzięliby mnie za potwora.

– Ja tak nie myślę.

– Ja też nie, ale zdaje się, że należymy do mniejszości.

Pip wzięła łyk herbaty, żeby przeczekać ciszę. Napój był jednak zdecydowanie zbyt gorący. Zacisnęła powieki, a oczy zaszły jej łzami.

– Już płaczesz? Nawet nie zdążyliśmy dotknąć smutnego tematu. – Prawa brew Raviego się uniosła.

– Herbata. Za gorąca – zasyczała Pip, bo poczuła, że sparzyła sobie język.

– Musisz go schłodzić. Przez sekundkę. Albo wiesz... Jedną setną setnej...

– Pamiętasz!

– Jak mógłbym zapomnieć taką jednostkę czasu. To o co chciałaś mnie zapytać?

Pip zerknęła na telefon, który leżał na jej kolanach.

– Na początku chciałabym się upewnić, czy nie masz nic przeciwko temu, żebym nagrywała naszą rozmowę. Później zamierzam jak najwierniej ją przepisać.

– Pragnę bardzo serdecznie powitać wszystkich słuchaczy – zażartował Ravi.

– Wezmę też to, jeśli pozwolisz. – Pip rozsunęła suwak plecaka w kolorze mosiądzu i wyciągnęła plik notatek.

– A to co takiego? – Wskazał Ravi.

– Przygotowana przeze mnie lista pytań.

Pip delikatnie zebrała papiery i wyrównała je dłonią, tworząc foremny stosik.

– Chyba naprawdę siedzisz w temacie po uszy!

Spojrzał na nią z miną, w której mieszały się niedowierzanie i podejrzliwość.

– Raczej.

– Mam zacząć się bać?

– Jeszcze nie – odpowiedziała Pip, rzucając mu ostatnie spojrzenie przed naciśnięciem czerwonego guzika.

.

Pippa Fitz-Amobi

4.08.2017 r.

Dziennik projektu rozszerzonego.Wpis czwarty

Transkrypcja wywiadu z Ravim Singhiem

Pip:

Ile masz lat?

Ravi:

Dlaczego pytasz?

Pip:

Po prostu chcę ustalić wszystkie fakty.

Ravi:

Tak jest, sierżancie. Właśnie skończyłem dwadzieścia.

Pip:

(śmiech) [Na marginesie: Boże, mój śmiech brzmi okropnie! Nigdy więcej!]: A Sal był od ciebie trzy lata starszy?

Ravi:

Tak.

Pip:

Czy pamiętasz, żeby twój brat zachowywał się dziwnie w piątek 20 kwietnia 2012 roku?

Ravi:

Walisz prosto z mostu! Ale nie, nie pamiętam. Około siódmej zjedliśmy kolację, potem ojciec podrzucił go do Maksa. Gadaliśmy, Sal zachowywał się zwyczajnie. Jeśli potajemnie planował morderstwo, w ogóle nie było tego po nim widać. Był... żywotny. Tak bym to ujął.

Pip:

A później? Kiedy wrócił od Maksa?

Ravi:

Zdążyłem się już położyć. Ale pamiętam, że następnego dnia był w bardzo dobrym humorze. Sal zawsze był rannym ptaszkiem. Zerwał się wcześnie, zrobił nam wszystkim śniadanie i zaraz potem zadzwoniła jedna z przyjaciółek Andie. Wtedy dowiedzieliśmy się, że dziewczyna zniknęła. Od tej chwili jego żywotność gdzieś prysła. Martwił się.

Pip:

To znaczy, że w piątkową noc nie zadzwonili do niego ani rodzice Andie, ani policja?

Ravi:

Nic o tym nie wiem. Rodzice Andie tak naprawdę nie znali Sala. Nigdy nie był u nich w domu, nie poznał ich. Andie zazwyczaj przyjeżdżała do nas, poza tym spotykali się w szkole lub na imprezach.

Pip:

Jak długo byli razem?

Ravi:

Od świąt poprzedniego roku, czyli jakieś cztery miesiące. Tamtej nocy Sal miał kilka nieodebranych połączeń. Około drugiej dzwoniła najlepsza przyjaciółka Andie. Nie odpowiadał, bo spał, poza tym wyciszył telefon.

Pip:

Co jeszcze wydarzyło się w sobotę?

Ravi:

Kiedy tylko Sal dowiedział się, że Andie zaginęła, dosłownie wisiał na telefonie i dzwonił do niej co kilka minut. Za każdym razem włączała się poczta głosowa. Sal wiedział, że jeśli Andie miałaby odebrać, to właśnie od niego.

Pip:

Zaraz... Czyli Sal dzwonił pod numer Andie?

Ravi:

Z milion razy, przez cały weekend. W poniedziałek zresztą też.

Pip:

Dziwne postępowanie jak na kogoś, kto miałby dopuścić się morderstwa i dobrze wiedział, że ta osoba nigdy nie odbierze.

Ravi:

Szczególnie że telefon ofiary miał być ukryty gdzieś w jego pokoju.

Pip:

Jeszcze lepiej! Co poza tym wydarzyło się tamtego dnia?

Ravi:

Rodzice powiedzieli, żeby nie szedł do domu Andie, bo tylko będzie przeszkadzał policji w przeszukaniu. Cały dzień siedział u siebie i wydzwaniał. Spytałem, czy domyśla się, gdzie może być Andie. Wydawał się zakłopotany. Powiedział wtedy coś, co zapamiętam już na zawsze: że wszystko, co robi Andie, jest przemyślane. I być może uciekła celowo, żeby kogoś ukarać. Oczywiście gdy minął weekend, już wiedział, że najpewniej nie o to chodziło.

Pip:

Kogo Andie chciałaby ukarać? Jego?

Ravi:

Nie wiem, nie ciągnąłem tematu. Nie znałem jej dobrze, wpadła do nas zaledwie kilka razy. Domyślam się, że tym kimś, o kim mówił Sal, mógł być jej ojciec.

Pip:

Jason Bell? Dlaczego?

Ravi:

Podsłuchałem parę słów, kiedy tu była. Raczej nie miała najlepszych relacji z ojcem. Ale bynajmniej nie przypominam sobie nic konkretnego.

[Co za ulga! Używa „bynajmniej” w dobrym kontekście].

Pip:

Akurat konkretów nam trzeba. Kiedy policja skontaktowała się z Salem?

Ravi:

W sobotę po południu. Zadzwonili i spytali, czy mogą przyjść porozmawiać. Gdzieś około trzeciej, czwartej już u nas byli. Ja i rodzice zostawiliśmy ich samych i poszliśmy do kuchni. Nie słyszeliśmy rozmowy.

Pip:

Czy Sal wam powiedział, o co go pytali?

Ravi:

Co nieco. Był trochę zaskoczony, że wszystko nagrywają i...

Pip:

Policja to nagrywała? To normalne?

Ravi:

Nie wiem, ty jesteś sierżantem.

[Na marginesie, czy to dziwne, że nawet lubię to przezwisko?]

Ravi:

Powiedzieli, że to rutynowe przesłuchanie. Pytali go, gdzie był tamtej nocy, z kim przebywał. Interesowała ich również jego relacja z Andie.

Pip:

A jaki to był związek?

Ravi:

Jestem jego bratem. Nie spędzałem z nimi czasu, niewiele widziałem. Wiem tylko, że Sal bardzo lubił Andie. Był dumny, że chodzi z najładniejszą i najpopularniejszą dziewczyną ze swojego rocznika. Tymczasem Andie lubiła dramatyzować.

Pip:

W jakim sensie?

Ravi:

Nie wiem. Chyba była jedną z tych osób, które dzięki temu chcą coś osiągnąć.

Pip:

Czy twoi rodzice ją lubili?

Ravi:

Tak, byli z nią w dobrych relacjach. Zresztą nigdy nie dała im powodu, żeby było inaczej.

Pip:

Co się działo po przesłuchaniu przez policję?

Ravi:

Przyszli do nas jego kumple. Chcieli sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku.

Pip:

To wtedy ich poprosił, żeby kłamali i zapewnili mu alibi?

Ravi:

Chyba tak.

Pip:

Dlaczego tak postąpił? Jak myślisz?

Ravi:

Nie bardzo wiem... Może się wkurzył po tym przesłuchaniu, a może wystraszył, że go podejrzewają. Próbował się kryć. Naprawdę nie wiem.

Pip:

Zakładając, że był niewinny, masz jakieś przypuszczenia, gdzie mógł być między wyjściem od Maksa o 22.30 a powrotem do domu o 00.50?

Ravi:

Nie. Nam również powiedział, że wyszedł od Maksa około 00.15. Może siedział gdzieś sam, ale gdyby mówił prawdę, straciłby alibi. Wiedział to. Nie wygląda to dobrze, co?

Pip:

Kłamanie policji i namawianie przyjaciół do składania fałszywych zeznań nie było rozsądne. Ale to jeszcze nie oznacza, że Sal miał coś wspólnego ze śmiercią Andie. A co się działo w niedzielę?

Ravi:

W niedzielne popołudnie ja, Sal i jego kumple zgłosiliśmy się na ochotnika do rozklejania plakatów na mieście i wręczania ludziom ulotek o zaginięciu. W poniedziałek nie widziałem go w szkole, ale rozumiem, że sytuacja była dla niego trudna. Jedynym tematem rozmów było zniknięcie Andie.

Pip:

Pamiętam.

Ravi:

Przyjechała policja. Widziałem, jak grzebią w szafce Andie. Tamtego wieczoru był mocno przybity, wyciszony, zamartwiał się. To normalne, kiedy twoja dziewczyna znika bez śladu. Następnego dnia...

Pip:

Nie musisz o tym mówić, jeśli nie masz ochoty.

Ravi: