Przebudzenie animaga - Kasza, Dagmara - ebook
NOWOŚĆ

Przebudzenie animaga ebook

Dagmara Kasza

5,0

56 osób interesuje się tą książką

Opis

Jeden portal. Dwa światy. Tysiące kłamstw.

Gdy jej rzeczywistość staje w płomieniach, Jagoda wraz z rodziną ucieka, by ratować życie — prosto do miejsca, które nie powinno istnieć. Magiczna kraina okazuje się polem bezwzględnej walki o władzę i przetrwanie.

Wciągnięta w konflikt elfów i zbuntowanych animagów, Jagoda zostaje zmuszona do przemiany, której nigdy nie chciała.

Pod czujnym okiem surowego mentora staje się nieustępliwą wojowniczką. Zaczyna wierzyć, że wreszcie znalazła swoje miejsce, ale wkrótce odkrywa, że ktoś — lub coś — od dawna kieruje jej losem. A cena prawdy może okazać się wyższa niż śmierć.

Aby ocalić bliskich, będzie musiała porzucić wszystko, w co wierzyła… i stać się częścią legendy, która odmieni oba światy.

Nie każde przejście prowadzi do domu. Niektóre wiodą ku przeznaczeniu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 786

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Tamalyssa

Nie oderwiesz się od lektury

Idealny przykład na to, że magiczny, pełen tajemnic świat jest bliżej niż nam się wydaje. Ciekawa historia, przyjemnie napisana, potrafi wzbudzić cały wachlarz emocji 😅 Droga autorko, musimy pogadać o pewnym elfie 💔. Udany debiut, czekam niecierpliwie na kontynuację
10



Przebudzenie animaga

Dagmara Kasza

SAGA POMIĘDZY ŚWIATAMI

TOM I

Przebudzenie animaga — Dagmara Kasza

Copyright © by Dagmara Kasza, Warszawa 2026 Copyright © by Wydawnictwo vandom

Wszystkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody autorki i wydawnictwa. Zezwalamy na udostępnienie okładki w mediach.

Redakcja: Vanessa Możdżer

Korekta: Agnieszka Kolenda

Skład i łamanie: Tobiasz Małysa (www.grafista.pl) Korekta po składzie: Vanessa Możdżer

Okładka: Marlena Kamińska

Ilustracje: Katarzyna Jaskólska

Mapa oraz diagram pór roku: Vanessa Możdżer

Wydanie I

Druk i oprawa: Drukarnia Abedik

ISBN druk: 9788397800717

ISBN ebook: 9788397800724

Wydawnictwo vandom

www.wydawnictwo.vandom.pl

www.instagram.com/wydawnictwo_vandom

www.facebook.com/wydawnictwovandom

www.tiktok.com/@wydawnictwo_vandom

Rozdział I

Całkowicie zatracam się w czasie. Dzień i noc zlewają się w jedność. Znajduję się w miejscu, w którym wszystko traci sens. Żywioły bezustannie mnie torturują, jakby toczyły wojnę o to, który z nich doprowadzi mnie do śmierci. Już nie oddycham, tylko trwam uwięziony w martwej skorupie, przeżywając katusze z każdą chwilą mojej marnej egzystencji.

Opanował mnie ogień. Pochłania ciało. Nie mogę się poruszyć, mimo iż ból jest nie do zniesienia. Pożerają mnie płomienie, palą tak mocno, że nie potrafię myśleć o niczym innym. Nagły podmuch wiatru rozwiewa pożogę, jednakże zamiast ukojenia — odczuwam niepokój. Wiem, do czego to doprowadzi. Mija chwila, a trąba powietrzna rozrywa mi trzewia. Próbuje wydostać się z mego ciała.

Nie tak wyobrażałem sobie przyszłość. Pragnąłem jedynie uciec od życia, którym zawładnęła Ona. Tkwiłem pod Jej kontrolą, lecz próba oswobodzenia doprowadziła do tego, że zamiast się uwolnić, wpadłem w sidła żywiołów. Wiedziałem, że nie czeka mnie już nic dobrego, jednak nie spodziewałem się, że otoczy mnie mrok i będę przeżywał niewyobrażalne męki.

Kiedy to się skończy?

Czy tak wygląda śmierć, czy to dopiero jej przedsmak?

*

Las milczał, jakby chciał ukryć przede mną swoją prawdziwą naturę. Z trudem wdychałam suche, ciężkie powietrze, niepewnie rozglądając się po okolicy.

Nie powinnam brać na siebie odpowiedzialności za odczytywanie mapy, tylko jak zawsze zdać się na zdolności nawigacyjne mojej siostry. Jednak tym razem uparłam się, że pójdziemy według moich wskazówek, mimo że to ona wybrała szlak, ale pobłądziłyśmy na źle oznakowanym trakcie.

— Pokaż mi w końcu tę mapę. Mamy już dwie godziny opóźnienia — rzuciła Milena.

— Nie irytuj się. Po prostu na tamtym rozwidleniu nie powinnyśmy skręcać w prawo — tłumaczyłam, ale wyrwała mi mapę z ręki.

— Pewnie, siostrzyczko.

Westchnęłam wymownie i powiodłam wzrokiem wokół, szukając punktu orientacyjnego, ale otaczała nas jedynie gęsta puszcza. Drogowskaz na rozstaju dróg i znaki na drzewach zostały zamazane sprayem przez wandali, dlatego miałyśmy problem z wybraniem właściwej trasy.

Liście na drzewach mieniły się wszelkimi odcieniami zieleni, a promienie letniego słońca rzucały delikatną poświatę na przesuszoną ściółkę. O tej porze roku las powinien tętnić życiem, jednak tego dnia w powietrzu wyczuwałam dziwną aurę.

— Dlaczego jest tak cicho?

— Hm? — Milena nawet na mnie nie spojrzała. Przygryzała wargę i w skupieniu studiowała mapę. — To mało uczęszczany szlak i tylko dlatego go wybrałam. Nie lubię tłumów.

— Ale nie słyszysz… ciszy?

— Nie słyszę, bo paplasz.

Przewróciłam oczami i podrapałam za uchem psa, który co rusz ze zniecierpliwieniem trącał mnie nosem. Zatopiłam palce w szarobiałym futrze. Chroniło moją ukochaną suczkę rasy husky nie tylko przed mrozem, ale też przed upałem, dlatego bez przeszkód mogłyśmy wybrać się na wycieczkę w jeden z cieplejszych dni tego lata.

— Zaza, siedź. Zostaw tę smycz — upomniałam. — Jakbyś była lepiej wychowana, to puściłabym cię luźno.

— Ha, mam! — obwieściła Milena. — Za moment będziemy na szczycie. Zostało jeszcze kilkaset metrów od tego zakrętu.

Siostra wyrwała do przodu, nawet nie oglądając się za swoim psem. Doskonale wiedziała, że Hugon pójdzie za nią krok w krok. Długowłosy, masywny owczarek emanował ogromnym spokojem, jednak nie miałam wątpliwości, że w razie potrzeby ze spokojnego misia zamieniłby się w groźnego niedźwiedzia.

Ścieżka wiodąca na szczyt wzniesienia przekształciła się w wąski kamienisty szlak, którego pokonanie przyprawiło mnie o palpitacje serca. Odetchnęłam z ulgą, gdy w prześwicie między drzewami dostrzegłam niewielką polanę, pośrodku której stała drewniana wieża widokowa. Wysoka na kilka pięter, górowała nad drzewami niczym latarnia czuwająca nad zielonym morzem.

Przywiązałam Zazę do drewnianej konstrukcji, podczas gdy Milena jedynie poklepała swojego psa po grzbiecie.

— Hugon, zostań — wydała komendę. Chyba tylko z przyzwyczajenia, bo owczarek już zdążył położyć się na trawie.

Wspinałyśmy się na wieżę widokową, ostrożnie stawiając stopy na spróchniałych deskach. Pogoda zdawała się wręcz wymarzona na spacer. Ciepły wiatr smagał nas po twarzach i rozwiewał włosy. Powinien przynosić ukojenie, a zamiast tego wzbudził niepokój.

— Jagoda, czujesz ten smród? — Milena pociągnęła nosem.

— Coś jak dym… O cholera, może las się pali? Jest sezon pożarów. Nie chciałabym się znaleźć w środku płonącej puszczy.

— Wieje silny wiatr, zapach może dochodzić z daleka, ale jest dziwny.

— Spójrz tam! — Zakryłam usta dłonią i wskazałam kierunek.

Na skraju lasu, u podnóża góry majaczyły kontury kilkunastu domów spowitych w ogniu. Czerwona łuna okalała domostwa, a kłęby dymu wzbijały się w powietrze, tworząc brunatnoszary obłok. Siostra złapała mnie za ramię i ruchem głowy nakazała spojrzeć w inną stronę. Tamte budynki również trawiła pożoga. Odnalazłyśmy wzrokiem miejscowość, w której zaparkowałyśmy samochód przed wejściem na szlak. Drzewa przysłaniały widok, ale unoszące się zza nich szare smugi dymu sprawiły, że serce zabiło mi mocniej.

— Dzwoń — wychrypiała Milena, ściśniętym głosem.

— Gdzie…? Gdzie mam dzwonić? — zapytałam. Nie mogłam zebrać myśli.

— Nie wiem. Na policję, straż. Gdziekolwiek! — dodała. Nie czekała, aż odzyskam władzę w rękach, tylko od razu zaczęła przeszukiwać plecak.

— Po co? Przecież już na pewno ktoś zadzwonił. W końcu niełatwo jest przegapić trzy palące się wioski — rzuciłam.

— Będę miała czyste sumienie — mruknęła podczas wybierania numeru alarmowego. — Nie mogę się połączyć. Nie podoba mi się to.

Powrót do auta zajął nam o wiele mniej czasu, niż się spodziewałyśmy. Schodziłyśmy, a właściwie zbiegałyśmy szlakiem, nie zwracając uwagi na potknięcia o wystające korzenie. Psy wyczuły nasze zdenerwowanie i gnały przed siebie, a do tego co chwilę nerwowo zerkały na boki. Plecak z namiotem ciążył mi tak bardzo, że ledwie starczało mi sił, by go nieść. Miałyśmy nocować w lesie, ale w obecnej sytuacji to nie wchodziło w grę.

— Jagoda, zaczekaj. — Milena zatrzymała się i zerknęła na mapę. — Zostały nam około dwa kilometry drogi w dół, ale — przerwała, by złapać kolejny oddech — czy to nie wydaje ci się dziwne…

— …że trzy wioski położone obok siebie palą się w tym samym czasie? — dokończyłam jej myśl. — Nie liczyłabym na zbieg okoliczności, ale myślisz, że co się mogło stać? Podpalacz? Wojna? — zakończyłam z nutą ironii.

— Jaka wojna? Z kim? — ofuknęła mnie Milena. Pokręciła głową i odetchnęła ciężko. Wydawała się opanowana nawet w tak niecodziennej sytuacji. — Wojny nie wybuchają znienacka. A nawet gdyby nasz kraj ktoś zaatakował, to słyszałybyśmy samoloty bojowe albo lecące i wybuchające rakiety.

— Może masz rację, ale dlaczego nie słychać żadnego alarmu ani bicia dzwonów w kościele? — Starałam się zachować trzeźwość umysłu.

— Nie dowiemy się, póki nie dojdziemy na miejsce, ale na wszelki wypadek nie róbmy zbyt wiele hałasu.

Milena ruszyła pewnym krokiem, ale już nie biegła, jakby przestało jej zależeć na szybkim dotarciu do celu. Wiedziałyśmy, że lepiej zachować czujność. Starałyśmy się stąpać cicho, ale kamienie chrzęściły pod butami, gdy maszerowałyśmy szutrową drogą między polami w dolinie. Samochód zaparkowałyśmy w cieniu rozłożystych kasztanowców, tuż przed wzniesieniem, za którym znajdowała się płonąca mieścina. Hugon obwąchał go z każdej strony. Milena wyciągnęła z plecaka pilot i nacisnęła guzik, ale auto nie zareagowało.

— No standardowo — mruknęła.

Podeszła do drzwi kierowcy i otworzyła je w tradycyjny sposób. Przekręciła kluczyk w stacyjce, ale tak jak się obawiałyśmy, samochód nie odpalił. Wysiadła z auta, żeby wyciągnąć z bagażnika drugi akumulator, który kupiła tuż przed wycieczką. Stary już od jakiegoś czasu sprawiał problemy. Miała go wymienić zaraz po naszym powrocie. Pomogłam zapiąć klemy, a siostra z powrotem wsiadła na miejsce kierowcy. Przekręciła kluczyk i nic. Absolutnie nic.

— Fantastycznie — skwitowałam z przekąsem. — Utknęłyśmy na tym zadupiu.

Zerknęłam ponad ramieniem siostry na unoszący się z centrum wioski dym. Wokół panowała nienaturalna cisza. Dlaczego nikt nie krzyczał? Nie słychać było syren wozów strażackich? Byłyśmy na tyle blisko, że jakiekolwiek odgłosy akcji gaśniczej powinny do nas docierać. Po moim ciele przebiegł zimny dreszcz ale go zignorowałam.

— Może tu będzie zasięg — rzuciła zza kierownicy Milena. — Zadzwoń do taty, niech po nas przyjedzie. Autem będziemy się martwić później.

Nie poddawała się. Jeszcze kilka razy przekręcała kluczyk i majstrowała przy akumulatorze, lecz bez skutku. Samochód milczał jak zaklęty. Zaza węszyła, po chwili złapała trop i szarpnęła mnie w stronę zabudowań. Przyciągnęłam ją do siebie i pogłaskałam, ale wciąż wyglądała na zdenerwowaną. Uniosłam telefon wysoko nad głowę, ale nie mogłam złapać zasięgu, dlatego wyciągnęłam z plecaka komórkę Mileny.

— Taka pani przezorna, a telefon nienaładowany — odparłam z sarkazmem.

— Niemożliwe, kwadrans temu miałam jeszcze połowę baterii — stwierdziła, uważnie mu się przyglądając. Nie dał się uruchomić, więc zrezygnowana schowała go do kieszeni. — Chodźmy. Zapukamy do któregoś z domów i skontaktujemy się z rodzicami.

— Chcesz tam tak po prostu pójść? Chwyciłam ją za rękaw i zmusiłam, by się zatrzymała. — Milena, stój. Coś jest nie tak.

— Wiem, ale… — Po raz pierwszy usłyszałam w jej głosie nutę zdenerwowania. — Jaki mamy wybór? Nie możemy tu stać i czekać nie wiadomo na co.

Siostra wyrwała się z mojego uścisku i ruszyła dalej, więc nie pozostało mi nic innego, jak podążyć jej śladem. Weszłyśmy na pagórek, z którego rozpościerał się widok na wieś składającą się raptem z kilkunastu domostw. Usłyszałam, jak Milena najpierw nerwowo wciąga powietrze do płuc, a potem wstrzymuje oddech.

Wszystkie budynki, ustawione przy krętej drodze, zostały zdemolowane. Na podwórkach leżały porozrzucane meble ogrodowe. Niegdyś pięknie przystrzyżone trawniki, teraz były zryte i pełne grud, jakby przebiegło po nich stado krów. Niektóre okna w domach były powybijane, drzwi wyłamane albo roztrzaskane. Cofnęłam się o krok. Ten przerażający widok sprawił, że nie chciałam iść dalej, a smród stawał się coraz bardziej uporczywy. Nawet psy z ogonami podkulonymi pod siebie przywarły do naszych nóg, szukając w nas oparcia.

— Co tu się stało?

— Chyba nikogo nie ma — szepnęła Milena. — Mam nadzieję.

Niepewnie ruszyłyśmy przed siebie w kierunku wąskiej smugi dymu, którą ujrzałyśmy za kolejnym zakrętem. Kiedy kilka godzin temu jechałyśmy tą drogą, w obejściach gdakały kury, a na łąkach pasły się krowy i owce. Psy szczekały ostrzegawczo, biegając wzdłuż ogrodzeń, a dwa mniejsze kundle nawet goniły nasz samochód. Cała miejscowość tętniła życiem. Teraz najstraszniejsza była dzwoniąca w uszach cisza. Wieś zdawała się martwa.

— Jezus Maria, zobacz! — Milena pociągnęła mnie za rękę i z przerażeniem pokazała na dom po prawej stronie.

Dopiero po chwili dostrzegłam, że przy budzie leżał martwy pies. Ogromny bernardyn był rozerwany na pół, a z jego brzucha wylewały się wnętrzności. Zapewne bronił wejścia do obory, która teraz stała otwarta na oścież. Nie widziałam pysków krów, tylko same tylne nogi wyciągnięte na słomie przesiąkniętej krwią. Moja siostra jako weterynarz była przyzwyczajona do widoku martwych zwierząt, ale nie w takich okolicznościach, dlatego nie dziwiło mnie przerażenie odmalowane na jej twarzy.

— Nie… nie podoba mi się to — wydyszałam przerażona i rozejrzałam się w popłochu. — Może w którymś z aut znajdziemy kluczyki w stacyjce?

— Ten na pewno nie odpali — stwierdziła, wskazując głową na najbliższy samochód.

Pojazd stojący na podwórku nieopodal okazał się tak zdewastowany, że nawet nie pofatygowałyśmy się, żeby go sprawdzić. Błoto chlupało nam pod butami, gdy skradałyśmy się do sąsiedniego domu, przy którym stało kolejne auto. Na pierwszy rzut oka wyglądało na nietknięte i gotowe do jazdy. W środku nawet czekały kluczyki, dlatego od razu spróbowałyśmy odpalić silnik. Nawet nie drgnął. Po kilku minutach Milena wysiadła zza kółka zrezygnowana, oparła się o maskę i rozmasowała skronie kolistymi ruchami. Pierwszy raz widziałam ją taką bezradną i przestraszoną.

Rozejrzałam się i zdałam sobie sprawę, że od zakrętu drogi dzieliło nas raptem kilkadziesiąt metrów, a za kolejnym domem widziałam unoszące się szare kłęby. Uzmysłowiłam sobie, że dym zmienił zapach. Teraz to był ewidentny odór spalenizny, jakiego nigdy dotąd nie czułam. Wiedziona nagłym przeczuciem, ruszyłam przed siebie, by sprawdzić, co mogło być źródłem tego smrodu. Nie wiem, czy to ciekawość, czy głupota wyłączyła wszystkie moje kontrolne lampki, ale najwyraźniej nie dostrzegałam niczego złego w przemieszczaniu się po tej zmasakrowanej wiosce.

— Zaczekaj! Oszalałaś? — wysyczała Milena.

Podbiegła i wyrwała mi z ręki smycz swojego psa. Myślałam, że mnie zatrzyma i, jak przystało na starszą o dziesięć lat siostrę, zgani za lekkomyślność, ale ku mojemu zaskoczeniu nic nie powiedziała. Skrzywiła się i ruszyła ze mną.

Za ostatnim domem w wiosce droga zakręciła i wyprowadziła nas na otwartą przestrzeń. Zamarłam. Stopy jakby wrosły w ziemię niczym korzenie starego drzewa. Milena przyłożyła rękę do ust, tłumiąc okrzyk przerażenia. Ja nie byłam aż taka dzielna. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa, ugięły się pode mną kolana. Upadłam na ziemię i pewnie bym zemdlała, gdyby nie ten wszechobecny smród. Kolejny podmuch wiatru przyniósł zapach spalonego mięsa. Ostatkiem silnej woli powstrzymałam wymioty.

Minęła chwila, nim ponownie uniosłam wzrok na stos ludzkich ciał. Niektóre były już w całości zwęglone, ale te leżące na obrzeżach zachowały jeszcze wyraźne rysy twarzy i odcień skóry. Błądziłam wzrokiem po spalonych zwłokach, potarganych ubraniach i pokrytych sadzą, powykręcanych we wszystkie strony kończynach.

Moją uwagę przykuł mały, różowy bucik, który mogłabym zmieścić w dłoni. Wśród zabitych były dzieci! Nie mogłam już dłużej znieść tego widoku. Odwróciłam głowę i wbiłam spojrzenie w piach przed sobą. Wciąż klęczałam na ziemi i nerwowo ściskałam smycz mojego psa, który wyrywał się do przodu.

— Wstawaj. Musimy się schować — ponagliła mnie siostra, jednak dudnienie serca niemal zagłuszyło jej słowa.

Milena zdecydowanym ruchem postawiła mnie na nogi i pociągnęła do najbliższego domu. Zamknęła za nami drzwi, oparła się o nie plecami i zacisnęła załzawione oczy. Meble w salonie powywracano, a na środku pokoju leżały dziecięce zabawki, które przyprawiły mnie o dreszcze. Na prawo od wejścia znajdowała się przestronna kuchnia, w której każda szafka została otwarta, a jej zawartość porozrzucana po podłodze. Potłuczone talerze i garnki wyścielały całą posadzkę. Na blacie, obok deski do krojenia dostrzegłam krew, która teraz była częściowo zaschniętą plamą. Na stoliku schowanym za jednym ze skórzanych foteli znalazłam telefon stacjonarny. Uniosłam słuchawkę z nadzieją, że usłyszę znajomy sygnał oczekiwania na połączenie. Cisza. Przeklęłam pod nosem i odrzuciłam aparat w kąt.

— Sprawdźmy, czy jest bezpiecznie — zaproponowała Milena.

Po szybkich oględzinach dwupiętrowego domu udałyśmy się na najwyższą kondygnację, żeby mieć widok na całą okolicę. Pomieszczenia na górze pozostały nietknięte, dlatego mogłyśmy odetchnąć i pozbierać myśli. Okno jednego z pokoi wychodziło na zachód. Przez szybę widziałyśmy dwie smugi dymu unoszące się z kolejnych miejscowości. Ten widok był złowieszczy, ale o wiele lepszy od spalonego stosu. Psy nie mogły usiedzieć na miejscu, niespokojnie węszyły po pokoju.

— Na wioskę ktoś napadł i pomordował wszystkich mieszkańców. — Głos Mileny drżał. — Nie znam się na tym, ale sądząc po śladach, musiało to być wiele osób. No bo jak inaczej napadliby na tyle domów w tak krótkim czasie? Ktoś by zadzwonił po pomoc. — Pokiwałam głową, dając znak, że zgadzam się z jej rozumowaniem. Nie miałam nic do dodania, a nawet jeśli, to nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa. W ustach ciągle czułam niesmak po niedoszłych wymiotach. — Ten stos… wydawał się taki… — Milena nie mogła znaleźć właściwego słowa.

— Niedbały? — dopowiedziałam słabym głosem.

— Dokładnie! Nikt nie zainteresował się zacieraniem śladów. Porzucili tych biedaków w takim nieładzie… — Milena z impetem usiadła na podłodze i przyciągnęła kolana do piersi. Chrząknęła, gdy głos zaczął się jej łamać. — Ktokolwiek na nich napadł, prawdopodobnie dotarł także do tamtych wiosek, które widziałyśmy z wieży widokowej. Z tą różnicą, że one stały całe w płomieniach.

— Tam pewnie palą całe domy.

Dziwiłam się sama sobie, że potrafię dojść do takich wniosków. Cała ta rozmowa wydawała mi się bezduszna.

— Pewnie masz rację. Wszystko musiało zacząć się tutaj, zanim ci napastnicy, kimkolwiek są, ruszyli wzdłuż drogi. Jak tylko napotykali kolejną miejscowość, to na nią także napadali. Tylko czemu nikt jeszcze nie przybył z pomocą? Przecież mamy dwudziesty pierwszy wiek! — krzyknęła. Wstała z podłogi i podeszła do okna, żeby spojrzeć na okolicę. Zagarnęła za ucho pukiel czarnych włosów i popadła w zadumę. — Rodzice się nas nie spodziewają, nawet nie zaczną nas szukać. Planowałyśmy przyjechać do domku dopiero jutro…

— Milena! — krzyknęłam, zerwawszy się na równe nogi. — Przecież ci oprawcy idą główną drogą, prawda? — zapytałam. Siostra patrzyła na mnie zdezorientowana i tylko kiwnęła głową. — Skoro tak, to znajdą pewnie kolejne miasteczka… a kawałek dalej jest nasze. To znaczy nie nasze, tylko to, które jest najbliżej naszego domku! — bełkotałam. Nie mogłam sklecić dwóch sensownych zdań, na szczęście siostra domyśliła się, do czego zmierzałam.

— Oni idą wzdłuż szosy. Tam jest rozwidlenie. Główna droga zakręca w prawo, a ta mniejsza prowadzi do Rębaczkowa. Zresztą domek letniskowy jest w samym środku lasu. Raczej nie mają szans na niego trafić. — Jak zwykle znalazła wyjaśnienie, ale kręciła przy tym głową, jakby sama nie wierzyła w swoje słowa.

— A jak skręcą albo tata pojedzie do sklepu, bo im masła zabraknie? — Teraz już prawie krzyczałam, bardzo pewna swoich przeczuć. — Przecież musimy ostrzec rodziców i pozostałych mieszkańców!

— Niby jak? Żaden telefon nie działa. Nawet gdybyśmy biegły drogą, to przecież ci, co dokonali tej masakry, są już dwie wioski przed nami albo i dalej. Bo dwie już się palą, więc… — Zawiesiła głos.

Wyjrzała przez okno i pokazała ręką w kierunku zachodu. Co prawda pagórki zasłaniały widok na palone mieściny, ale wąskie smugi dymu wciąż unosiły się w powietrzu. Stanęłam obok siostry i spojrzałam na horyzont. W oddali widać było wijącą się drogę, która prowadziła do kolejnej miejscowości leżącej na trasie tych zwyrodnialców. Znajdowała się na lekkim wzniesieniu, dlatego nawet z tej odległości widać było niewyraźne zarysy domów.

— Załóżmy, że udałoby nam się dogonić tych… to nic nam nie da. Musiałybyśmy ich minąć, żeby dotrzeć do rodziców. Wygląda to tak, jakby szli główną drogą, ale jaką mamy pewność, że z niej nie zboczą?

— Tym bardziej musimy wymyślić coś innego — powiedziałam i w tym momencie zobaczyłam niewielki błysk w oddali. — Patrz! Widzisz to światło? — zapytałam, a potem zdałam sobie sprawę, że pojawiło się jeszcze jedno po drugiej stronie wioski. I kolejne, i nagle wszystko stanęło w płomieniach.

— O szlag! Jednak skręcili! — krzyknęła przerażona Milena. — Są w następnej miejscowości!

— Możemy przejść lasem — zaproponowałam, wciąż wpatrując się w poświatę bijącą od zabudowań. — Sama pomyśl. Oni idą drogą i z tego, co widać, nikt im nie przeszkadza. Wsie są od siebie oddalone o kilka kilometrów, ale wydaje mi się, że agresorzy wcale się nie spieszą. Możemy przejść przez górę. — W głowie liczyłam godziny i rozpatrywałam, jakie napastnicy mogą mieć tempo. — Zaparkowałyśmy tu koło jedenastej i wszystko wyglądało normalnie, więc sprawcy musieli zjawić się koło południa, a dokonanie tego wszystkiego musiało im zająć kilka godzin, aż do zmroku. Potem udali się do drugiej i do trzeciej, a teraz jest… — spojrzałam na swój nadgarstek. — Zegarek się zatrzymał. Mniejsza z tym, musi być koło dwudziestej, więc…

— Oni idą — przerwała mi. — Nie mogą jechać samochodami, bo co by tak długo robili? Zresztą nigdzie nie widać żadnych śladów opon, wozów ani czołgów. Tylko te błotne ślady. Muszą iść na piechotę.

— Masz rację! Mamy większe szanse, niż myślisz. Zostały im jeszcze dwie miejscowości. Jeśli wziąć pod uwagę, ile godzin średnio poświęcili na każdą z wiosek, do kolejnej powinni dotrzeć około czwartej nad ranem.

— Jak ty to wyliczyłaś? — zapytała i uniosła wysoko brwi.

Sama siebie zaskoczyłam tą chłodną kalkulacją i tym, że myślałam logicznie w tej sytuacji.

Tylko czy aby na pewno logicznie?

— Jakie mamy szanse na to, że ci zwyrodnialcy nie wsiądą w auta i nie pojadą szybciej? A jeśli zboczą z trasy albo przybędzie ich więcej? Poza tym wiesz, jaka jest droga przez tę górę? Same kamienie i wystające korzenie, a na dodatek jest ciemno. Na szczyt może dotrzemy, ale zejść będzie o wiele gorzej. Już nie mówiąc o tym, że możemy się po ciemku zgubić.

— Co ty gadasz, przecież chodziłyśmy tą drogą nieraz! — odburknęłam. — Mamy tak siedzieć i czekać? Rozejrzyj się. Jeśli w tamtych miejscach również wymordowano wszystkich ludzi, to może oznaczać, że jesteśmy jedynymi ocalałymi osobami w okolicy. Zresztą tu nie ma o czym dyskutować! Im szybciej wyruszymy, tym większa szansa, że uratujemy rodziców.

Poderwałam się i zbiegłam do kuchni, ciągnąc za sobą siostrę za rękę i psa na smyczy. Odkręciłam kran, by napełnić butelki, ale nic nie poleciało. Nie słyszałam nawet charakterystycznego odgłosu zasysania wody, zupełnie jakby pompa przestała działać.

— Super. Może w kuchni będzie mineralna — mruknęłam niezadowolona.

— Tu są dwie butelki — odparła Milena.

Podała mi wodę, którą od razu schowałam do plecaka. Rozmasowałam obolałe ramiona i oparłam się o ścianę. Przy okazji trafiłam na włącznik i poczułam, jak przeskakuje pod naciskiem mojego barku. Odsunęłam się odruchowo, ale światło się nie zapaliło. Zarzuciłam na siebie plecak.

— Dziwne — zawyrokowała Milena i podeszła do włącznika w przedpokoju. — I tu też nie działa. W lodówce ciemno… Czyli nie ma prądu.

— Masz chociaż tę swoją latarkę? — zapytałam.

Wiedziałam, że zawsze nosi ze sobą stos niezbędnych rzeczy, od zapasowych baterii po apteczkę, a nawet psią karmę, dlatego nie zdziwiłam się, gdy zaczęła szperać w swoim plecaku.

— Mam! — Pomachała z triumfem latarką, dumna, że po raz pierwszy się na coś przyda. — I to solarną.

— Chodźmy, nim zrobi się zupełnie ciemno — ponagliłam ją i ruszyłam w stronę drzwi.

Chyba Milena ciągle zmagała się ze swoimi myślami, kiedy wychodziłam na zewnątrz, bo dogoniła mnie dopiero, gdy zatrzymałam się przed zakrętem. Mimo że stos znajdował się jakieś dziesięć metrów od drogi, nie mogłam przejść obok niego sama. Nawet nie chciałam spojrzeć w jego kierunku. Z trudem łapałam powietrze i walczyłam z nudnościami.

— Musimy iść drogą jakieś pięćset metrów. Potem skręcimy w polną ścieżkę, która wiedzie do lasu, pamiętasz? Byłam tu ostatnio dwa lata temu, chyba stała tam jakaś kapliczka.

— Krzyż. Drewniany krzyż — odparłam i nie wydusiłam z siebie żadnego słowa więcej.

Maszerowałyśmy w szybkim tempie, a psy z wyraźnym zainteresowaniem węszyły przy ziemi. Po kilkunastu metrach zaschnięte plamy krwi zniknęły i zostały same ślady z błota. Poluzowałam Zazie smycz, by mogła iść przed nami jako przewodnik. W pewnym momencie zatrzymała się i złapała coś w pysk. Kiedy do niej podeszłam, by zobaczyć, co to za zdobycz, okazało się, że trzyma ptasie piórko. Od tego momentu całą drogę wyścielały pióra, które kleiły się nam do ubłoconych butów. W pewnej chwili pierza było tak dużo, że mogłybyśmy zrobić z niego co najmniej kilka poduszek.

— To kurze — stwierdziła siostra, fachowym okiem weterynarza oceniając walające się wszędzie pióra.

Widziałyśmy już dębowy zagajnik, przy którym stał krzyż, ale bałyśmy się przyspieszyć, czujnie rozglądałyśmy się dokoła, wypatrując zagrożenia. Mimo panującego półmroku nie chciałyśmy zapalać latarki, zanim wkroczymy do lasu. W pobliżu dębu Zaza znów przystanęła, by obwąchać asfalt. Wyrwała do przodu z nosem przy ziemi i pociągnęła mnie za sobą jak szmacianą lalkę. Zaskoczyła mnie, potknęłam się o własne nogi i prawie upadłam. Nim odzyskałam panowanie nad ciałem, suczka skręciła za drzewo. Zatrzymała się raptownie, a następnie cofnęła. Zaczęła warczeć z pyskiem zwróconym ku czemuś, co znajdowało się poza zasięgiem mojego wzroku. Serce podskoczyło mi do gardła, gdy ujrzałam krew rozmazaną na ulicy. Ten ślad wyglądał… wyglądał, jakby ktoś ciągnął coś za sobą.

Coś lub kogoś.

Na drżących nogach podeszłam bliżej. Zza drzewa wystawała masywna zielona, ubłocona stopa. Wymieniłam z siostrą spojrzenia i na chwiejnych nogach obeszłyśmy pień dębu.

Pierwsza za drzewo zajrzała Milena. Odskoczyła do tyłu jak rażona piorunem, i to z takim impetem, że upadła na ziemię. Zerknęłam w kierunku nieznajomej postaci.

Nie byłam gotowa na ten widok.

Nawet nie krzyknęłam, tylko jęknęłam z przerażenia. Pod drzewem znajdował się okropny stwór. Mimo że siedział skulony, oceniłam, że wzrostem przewyższał przeciętnego człowieka. Zamiast zwykłego ubrania miał na sobie poszarpane skórzane spodnie, a na piersiach kolczugę. Kolczugę! Taką, jaką widywałam w muzeach. Twarz z pewnością nie była ludzka. Szeroka szczęka z ogromnym nosem zadartym jak u świni i wystające z paszczy kły. Zastygłe oczy zasnuła pośmiertna mgła, a na jego twarzy malował się wyraz ogromnego bólu. Całe ciało istoty pokrywały ciemnozielone łuski przypominające skórę węża, ale nie delikatną, tylko szorstką, wręcz chropowatą. Jego ogromna ręka spoczywała na piersi, z której przez pękniętą kolczugę wypływała krew.

— Co to jest? — wyszeptałam. Spojrzałam na Milenę, ale pokręciła głową, nie mogąc wykrztusić słowa. Zaza popiskiwała niespokojnie, a Hugon najeżył się i przywarł do swojej pani, jakby chciał ją obronić przed obcym. — Wstawaj. Uciekajmy stąd.

Poderwałam siostrę z ziemi i pobiegłyśmy polną drogą w stronę lasu. Oglądałam się co kilkanaście kroków, by się upewnić, że nikt nas nie goni. Dotarłyśmy do linii drzew, ale nawet wtedy nie odważyłyśmy się stanąć. Gnałyśmy przed siebie, aż w końcu zupełnie straciłyśmy oddech.

— Co to mogło być?! Może on nosił maskę? — zapytała Milena.

— A ręce? — wydyszałam. Z trudem łapałyśmy oddech. — Widziałaś jego ręce i nogi? Miał na nich łuski, takie same jak na twarzy. I ten nos…

— To musiał być człowiek. Może zapadł na jakąś chorobę — wymruczała Milena, oparłszy się rękami o kolana.

— Człowiek? Wyglądał jak z filmu o ograch albo trollach.

— Co ty gadasz, jakie trolle? — odburknęła.

— Widziałaś, jak wyglądała wioska. Czy naprawdę sądzisz, że w ten sposób zachowaliby się ludzie? Może… może to te stwory zaatakowały domy. Widocznie ktoś próbował się bronić i zranił jednego z nich. — Zamachałam rękoma w bliżej nieokreślonym geście. Miałam świadomość, że to, co mówię, jest totalnie bez sensu, a jednocześnie wydawało się nad wyraz prawdziwe. — To jakieś prymitywne stwory. Domy zdewastowane, ludzie zabici. Nie tknęły jedzenia z lodówki, za to ukradły kury i skubały je w marszu. Pewnie je zjadły na surowo…

— Jeżeli zaczniesz mówić o ufoludkach…

— Jakie ufoludki?! Milena, przecież widziałaś tego stwora! No chyba że obie mamy identyczne halucynacje. — Wyprostowałam się i szarpnęłam siostrę za rękaw. — Rusz się. Nie mamy czasu na dalszy odpoczynek. Jesteśmy już głęboko w lesie, oświetl nam trochę drogę. Będziemy biegły, ile damy radę.

Siostra poszperała w plecaku, wyciągnęła latarkę, nacisnęła przełącznik i… nic. Uderzyła nią kilka razy o rękę, jakby to mogło pomóc.

— Co jest? Przecież ona nie jest na baterie — powiedziała poirytowana. Wyciągnęłam swoją komórkę, ale spojrzałam w czarny, martwy ekran.

— Wcale mnie to nie dziwi. — Machnęłam niesprawnym urządzeniem.

— Telefony nie działają, prądu i wody nie ma, latarka nie świeci, a auta nie jeżdżą. Nawet zegarek się zatrzymał! Wszystko przestaje działać!

— Nie wiem, w jaki sposób to miałoby się łączyć, ale to nie ma teraz znaczenia. Musimy iść po ciemku i to jak najszybciej.