Protector St. Elmo's Fire - Cara M.J. - ebook

Protector St. Elmo's Fire ebook

Cara M.J.

4,9

52 osoby interesują się tą książką

Opis

Była córką fortuny. Stała się więźniem własnego nazwiska.

Po wypadku ojca osiemnastoletnia Maria del Cielo Monvivalle wraca z matką do Włoch. Do świata pełnego intryg i wymagań, w którym jej przyszłość została starannie zaplanowana.
Salvatore Monvivalle, właściciel sieci luksusowych hoteli, pokrywa wysokie koszty leczenia jej ojca, a w zamian oczekuje, że Maria podporządkuje się jego zasadom. Dyktuje jej, gdzie ma chodzić do szkoły, w jaki sposób zarabiać pieniądze… i kogo poślubić.

Dziewczyna pragnie czegoś innego, ale wydaje się jej, że dla dobra rodziny jest gotowa na poświęcenia. Do czasu, aż poznaje Leonarda – szefa ochrony z mroczną przeszłością i duszą naznaczoną bliznami.

Na początku między nimi dochodzi jedynie do tarć, ale one w końcu wywołują iskrę.

To Maria pierwsza przekracza granicę, która nigdy nie powinna zostać naruszona. Daje się pochłonąć gorącym pragnieniom, rozpalającym jej umysł i serce. Nie zdaje sobie sprawy, że wywołany przez nią i Leonardo płomień ma szansę przerodzić się w zachłanną pożogę.

A ta może odebrać jej wszystko, co miało zapewnić bezpieczną przyszłość.

W tym rodzinne imperium.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 330

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,9 (11 ocen)
10
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Ta historia wymiata❗️Jestem zachwycona i wam ja również polecam❗️Czytajcie ❗️
30
Bozena_1952

Nie oderwiesz się od lektury

❤️
10
malpiszon81

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam, wciągająca bardzo😀
10
polii_book_ksiazkara

Nie oderwiesz się od lektury

Genialna historia ❤ Tak wciągająca, że czytałam do ostatniej strony z satysfakcją❤ Polecam to debiut autorki ale na wysokim poziomie😍 Czutajcie bo Warto😉
10
MarteXa

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam ❗❗❗
10



Wszyst­kie po­sta­cie są fik­cyj­ne,

a wszel­kie po­do­bień­stwo do praw­dzi­wych osób

lub zda­rzeń jest cał­ko­wi­cie przy­pad­ko­we.

Pro­log

Sa­ma ce­re­mo­nia ślub­na by­ła krót­ka. Po­wie­dzie­li­śmy so­bie „tak”, a ja my­śla­łem wte­dy o tym, że nie miał­bym nic prze­ciw­ko, gdy­by to wy­da­rzy­ło się na­praw­dę. Po­ca­łu­nek przy wszyst­kich nie wy­da­wał się nie na miej­scu, wręcz prze­ciw­nie, czu­łem, że tak wła­śnie po­win­no być.

Uczta we­sel­na trwa­ła krót­ko ze wzglę­du na stan zdro­wia ma­my. Ta­ta mu­siał od­wieźć ją do kli­ni­ki, gdzie po­da­wa­li jej le­ki, któ­rych nie mo­gła za­żyć w do­mu. Na po­że­gna­nie wrę­czy­ła swo­jej sy­no­wej na­szą ro­dzin­ną szka­tuł­kę.

– Ko­cha­nie, to dla cie­bie i na­szej przy­szłej wnucz­ki. Dasz jej to kie­dyś i po­wiesz, że pa­trzę na nią z nie­ba. Wiem, że wy­cho­wa­cie ją na wspa­nia­łą dziew­czy­nę. Ża­łu­ję tyl­ko, że nie bę­dzie mnie znać, ale opo­wiesz jej o mnie, praw­da? Za­wsze chcia­łam mieć cór­kę i na­zwać ją La­ra… Mo­że wam się uda… Za­mó­wi­łam dla niej te anioł­ki.

Wy­ję­ła ze szka­tuł­ki jed­ne z naj­bar­dziej do­pra­co­wa­nych oka­zów złot­nic­twa – pier­ścio­nek z aniel­ski­mi skrzy­dła­mi i za­wiesz­kę do łań­cusz­ka z tym sa­mym mo­ty­wem.

Nie wiem, kie­dy to za­mó­wi­ła, ale na pew­no nie by­ła to bi­żu­te­ria, któ­rą moż­na do­stać od rę­ki u ju­bi­le­ra.

Mo­ja ko­bie­ta, od te­raz już żo­na, przy­tu­la­ła mo­ją ma­mę, a łzy pły­nę­ły jej po twa­rzy.

– My­ślę, że bę­dzie­cie mieć par­kę, dziew­czyn­kę i chłop­ca – cią­gnę­ła ma­ma. – Naj­pięk­niej­sze dzie­ci, ja­kie wi­dział świat. Dla wnu­ka mam nasz ro­dzin­ny sy­gnet z wy­tło­czo­nym na­zwi­skiem. I nie smuć­cie się, za­ka­zu­ję wam te­go. Chcę was wi­dzieć po­tem z gó­ry szczę­śli­wych, a nie roz­pa­cza­ją­cych. Ja już się po­go­dzi­łam z lo­sem. Prze­ży­łam sie­dem­dzie­siąt je­den lat i wiem jed­no: ży­je­my po to, by ko­chać. Ko­chaj­cie się dzi­siaj, jak ro­bi­li­ście to ca­ły rok pod tym da­chem i chy­ba nie tyl­ko tu – za­śmia­ła się ci­cho. – Ni­g­dy nie chcia­łam was za­wsty­dzić, ale dzie­siąt­ki ra­zy przy­ła­pa­łam was na po­ca­łun­kach i wy­my­ka­niu się ze swo­ich sy­pial­ni. Zdra­dzę wam mój se­kret. Wiem od sa­me­go po­cząt­ku, ale w prze­ci­wień­stwie do ta­ty nie chcia­łam się wtrą­cać. Mam na­dzie­ję, że by­łam do­brą te­ścio­wą, choć tak krót­ko, ko­cha­nie… Mo­że jesz­cze do­cze­kam zdjęć z wa­sze­go ślu­bu… Tak dłu­go cze­ka­łam na ten dzień, speł­ni­li­ście mo­je naj­więk­sze ma­rze­nie. – Uśmiech­nę­ła się czu­le. – Wiem, że bę­dziesz ko­chać mo­je­go sy­na tak, jak na to za­słu­gu­je, to do­bry chło­pak. Nie martw się, mo­ja pięk­na, bę­dzie cię za­wsze sza­no­wał i wspie­rał, wiesz prze­cież, że je­steś w je­go ser­cu już od daw­na… Nie po­zwól­cie ni­ko­mu wejść mię­dzy was i ciesz­cie się so­bą, bo je­ste­ście naj­pięk­niej­szą pa­rą, ja­ką kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łam… Przy­pil­nuj­cie, pro­szę, mo­je­go mę­ża, że­by nie był sa­mot­ny i co­dzien­nie brał le­ki na ser­ce. Niech cho­dzi też na ma­sa­że krę­go­słu­pa, tak bar­dzo mu po­ma­ga­ją… A te­raz zmy­kaj­cie już cie­szyć się no­cą po­ślub­ną.

Mru­gnę­ła do nas i po­gła­ska­ła mnie po po­licz­ku.

Uca­ło­wa­li­śmy ro­dzi­ców na po­że­gna­nie, a ja po­czu­łem, jak wszyst­ko prze­wra­ca mi się w żo­łąd­ku. Wie­dzia­łem, jak sil­ną ko­bie­tą jest mo­ja mat­ka, ale i tak nie by­łem go­to­wy na te sło­wa, któ­re nie­wąt­pli­wie zwia­sto­wa­ły po­że­gna­nie.

Roz­dział pierw­szy

Le­onar­do

Te­le­fon Sa­lva­to­re’a mnie za­sko­czył. Ni­g­dy go nie lu­bi­łem, ale mój oj­ciec pra­co­wał dla nie­go po­nad trzy­dzie­ści lat i dzię­ki tej pra­cy wie­dli­śmy wy­god­ne, spo­koj­ne ży­cie. Kie­dy do­ro­słem, po­sze­dłem w śla­dy ta­ty, do­łą­cza­jąc do je­go ze­spo­łu ochro­ny w fir­mie Mo­nvi­val­le. Zresz­tą chcia­łem też, że­by mój sta­ru­szek od­po­czął. Dość póź­no przy­sze­dłem na świat. Uro­dzi­łem się, kie­dy ro­dzi­ce by­li już po czter­dzie­st­ce, a pra­ca dla sta­re­go Mo­nvi­val­le by­ła wy­ma­ga­ją­ca, bo Sa­lva­to­re miał bzi­ka na punk­cie bez­pie­czeń­stwa. Za­wsze oba­wiał się naj­gor­sze­go, co w je­go gło­wie pew­nie ozna­cza­ło po­rwa­nie je­go sa­me­go. Jed­nak ho­te­le też mu­sia­ły mieć ochro­nę, a to wią­za­ło się z do­brym sys­te­mem za­bez­pie­czeń in­ter­ne­to­wych, któ­ry ktoś mu­siał ca­ły czas nad­zo­ro­wać. Ja jed­nak róż­ni­łem się od oj­ca. On ja­ko szef ochro­ny za­wsze ce­nił ele­gan­cję, nie roz­sta­wał się z gar­ni­tu­rem, a ja za­ją­łem się sztu­ka­mi wal­ki, więc w opi­nii sta­re­go Sa­lva­to­re’a by­łem pro­sta­kiem, bo we­dług nie­go sport rów­nał się sła­bej gło­wie. Nie uwa­ża­łem się za głup­ka, cho­ciaż wie­dzia­łem, co szep­tał za na­szy­mi ple­ca­mi se­nior Mo­nvi­val­le: że dziec­ko ko­bie­ty, któ­ra w dniu po­ro­du mia­ła czter­dzie­ści trzy la­ta, mo­że być ge­niu­szem lub, na­zwij­my to de­li­kat­nie, nie być or­łem in­te­lek­tu.

Zwa­żyw­szy na fakt, że nie lu­bi­łem lu­dzi, a tak­że na za­mi­ło­wa­nie do spor­tu, szef ta­ty uwa­żał mnie za tę­pe­go osił­ka. Pła­cił nie­źle, więc zga­dza­łem się na chro­nie­nie je­go tył­ka. Tro­chę sza­cun­ku zy­skał w mo­ich oczach po tym, jak przy­jął swo­ją sy­no­wą, któ­ra przy­le­cia­ła po wy­pad­ku swo­je­go mę­ża w gó­rach, i zgo­dził się opła­cać kosz­tow­ną kli­ni­kę sy­no­wi. Pra­wie sy­no­wi, bo w su­mie nie on spło­dził Da­ni­la, tyl­ko je­go brat bliź­niak. Je­śli wie­rzyć te­mu, co prze­czy­ta­łem, to w przy­pad­ku ko­niecz­no­ści prze­pro­wa­dze­nia ba­dań DNA trud­no usta­lić, któ­ry z bliź­niąt jed­no­ja­jo­wych jest oj­cem, więc chy­ba dla­te­go na­zy­wał go za­wsze sy­nem.

Wkrót­ce po­tem do­wie­dzia­łem się, że mam po­znać wnucz­kę Sa­lva­to­re’a, a do­kład­nie za­wieźć ją do szko­ły, któ­rą dla niej wy­brał. Spo­dzie­wa­łam się dziew­czyn­ki w wie­ku ade­kwat­nym do szko­ły pod­sta­wo­wej, lecz ona oka­za­ła się nie­mal peł­no­let­nia. Nie wy­glą­da­ła jak na swój wiek, to fakt, ale po­wie­dział, że za kil­ka mie­się­cy skoń­czy osiem­na­ście lat.

Nie by­ła w mo­im ty­pie, cho­ciaż mu­sia­łem przy­znać, że za­po­wia­da­ła się do­brze. Nie zwra­ca­łem uwa­gi na na­sto­lat­ki, lu­bi­łem doj­rzal­sze ko­bie­ty, więc nie sku­pia­łem na dziew­czy­nie więk­szej uwa­gi. Wy­glą­da­ła na lek­ko roz­piesz­czo­ną có­recz­kę ta­tu­sia, któ­rej nie po­do­ba się, że ktoś – czy­li ja – mó­wi jej, co ma ro­bić. Nie lu­bi­łem ta­kich pa­nie­nek, któ­re my­śla­ły, że mo­gą wszyst­ko. Ma­ria uda­wa­ła od­waż­ną, ale wi­dzia­łem, że mój wy­gląd nie­co ją prze­ra­ża, a fakt, że kil­ku­go­dzin­ną po­dróż ma spę­dzić ze mną sam na sam w sa­mo­cho­dzie, nie jest dla niej przy­jem­ny.

Dziew­czy­na nie wie­dzia­ła, co ją cze­ka. Sa­lva­to­re za­ka­zał mi mó­wić, że szko­ła, któ­rą dla niej wy­brał, to tak na­praw­dę nie­mal za­kon, a ona mia­ła na­stęp­ny rok lub pół­to­ra uczyć się w izo­la­cji od chłop­ców. Sa­lva­to­re chciał do­pil­no­wać, że­by je­go wnucz­ka po­zo­sta­ła dzie­wi­cą do ślu­bu z sy­nem swo­je­go naj­więk­sze­go kon­ku­ren­ta na ryn­ku ho­te­lar­skim, któ­ry dla niej za­pla­no­wał. Dziew­czy­na praw­do­po­dob­nie nie wie­dzia­ła jesz­cze, że war­tość ko­bie­ty dla sta­re­go Mo­nvi­val­le ogra­ni­cza się do ro­dze­nia dzie­ci, ko­niecz­nie z pra­we­go ło­ża i w mło­dym wie­ku. Wpraw­dzie nie sprze­ci­wiał się edu­ka­cji ko­biet, ale po­dej­rze­wa­łem, że zwy­czaj­nie nie chciał wyjść na idio­tę. Je­go wnucz­ka mia­ła po­znać wszel­kie szcze­gó­ły swo­je­go no­we­go ży­cia po za­kwa­te­ro­wa­niu w szko­le.

Ma­ria del Cie­lo

Czy moż­na nie­na­wi­dzić wła­sne­go dziad­ka? W za­sa­dzie to na­wet nie jest mój dzia­dek. Nie ro­zu­miem, dla­cze­go ka­że mi tak do sie­bie mó­wić, sko­ro mnie nie zno­si. Mój praw­dzi­wy dzia­dek zmarł. Zo­stał je­go brat, iden­tycz­ny jak dzia­dek, co jest stan­dar­dem w przy­pad­ku bliź­niąt jed­no­ja­jo­wych, ale na wy­glą­dzie po­do­bień­stwa się koń­czy­ły.

Sa­lva­to­re był jak kosz­mar sen­ny. Mścił się na mnie za to, że mój ta­ta nie wy­brał ko­bie­ty, któ­rą on mu wy­brał. Nie ro­zu­miem, jak moż­na żyć w dwu­dzie­stym pierw­szym wie­ku i twier­dzić, że je­dy­nie dzie­wi­ca na­da­je się na żo­nę. Mo­ja ma­ma zo­sta­ła wdo­wą już kil­ka mie­się­cy po swo­im pierw­szym ślu­bie. Nie po­cho­dzi­ła z bo­ga­tej ro­dzi­ny, ale zdo­by­ła wy­kształ­ce­nie. Przy­le­cia­ła z Pol­ski do Włoch na wy­mia­nę stu­denc­ką i po­zna­ła ta­tę w uczel­nia­nej bi­blio­te­ce. Jed­nak we­dług Sa­lva­to­re’a nie by­ła do­brą par­tią, a ślub mo­ich ro­dzi­ców po­skut­ko­wał tym, że kon­tak­ty ta­ty z ro­dzi­ną sta­ły się rzad­kie. Ta­ta nie chciał na­wet po­pro­wa­dzić ro­dzin­nej fir­my, tyl­ko zo­stał neo­na­to­lo­giem.

W mo­jej ro­dzi­nie pie­nią­dze ni­g­dy nie sta­no­wi­ły pro­ble­mu, cho­ciaż na pew­no nie by­li­śmy mi­liar­de­ra­mi. Wie­dzia­łam, że ro­dzi­ce mo­je­go ta­ty by­li bar­dzo bo­ga­ci, ale po­za miesz­ka­niem, któ­re ta­ta do­stał na osiem­na­ste uro­dzi­ny – zresz­tą póź­niej je sprze­dał – nie ko­rzy­sta­li­śmy z je­go ro­dzin­ne­go bo­gac­twa. Nie był to te­mat ta­bu, ale czu­łam, że nie jest to coś, o czym ro­dzi­ce chcie­li­by chęt­nie roz­ma­wiać. Po­wie­dzie­li tyl­ko, że ta­ta był za­rę­czo­ny z ko­bie­tą, któ­rej nie znał, a ich mał­żeń­stwo mia­ło po­łą­czyć ro­dzi­ny i spo­wo­do­wać, że dwa wiel­kie przed­się­bior­stwa się sprzy­mie­rzą i sta­ną się nie­po­ko­na­ne. Ta­ta nie chciał ta­kie­go ży­cia pod dyk­tan­do ro­dzi­ny. Po tym, jak po­znał mo­ją ma­mę, oznaj­mił swo­je­mu oj­cu, że ma in­ny plan na swo­je ży­cie.

Jed­nak ży­cie po­tra­fi cza­sa­mi sa­mo coś do­dać do sce­na­riu­sza. W mo­im na­pi­sa­ło po­wrót do Włoch, gdy do osiem­nast­ki bra­ko­wa­ło mi za­le­d­wie kil­ku mie­się­cy. Nie przy­pusz­cza­łam, że los bę­dzie ka­zał mi wró­cić do miej­sca, z któ­re­go uciekł mój ta­ta.

W naj­gor­szych snach nie przy­pusz­cza­łam, że ta­ta w wy­ni­ku wy­pad­ku za­pad­nie w śpiącz­kę, a ma­ma za­miesz­ka w przy­szpi­tal­nym ho­te­lu, by czu­wać nad nim w kli­ni­ce spe­cja­li­zu­ją­cej się w ta­kich przy­pad­kach. Ma­ma oczy­wi­ście zwró­ci­ła się do ro­dzi­ny ta­ty o po­moc. Otrzy­ma­ła ją. Mój stry­jecz­ny dzia­dek Sa­lva­to­re opła­cał le­cze­nie ta­ty i na­le­gał na wzię­cie mnie pod swo­je skrzy­dła. Ma­ma się zgo­dzi­ła i ja też, bo wte­dy nie przy­pusz­cza­łam, że on ma wo­bec mnie tak okrop­ne pla­ny. Lu­dzie wo­kół my­śle­li, że cie­szy się z po­sia­da­nia ro­dzi­ny, a tak na­praw­dę by­łam mu po­trzeb­na do te­go, by po­łą­czyć dwie po­tęż­ne sie­ci ho­te­li.

Miał pla­ny, któ­re wy­ma­ga­ły ode mnie zmia­ny ca­łe­go mo­je­go ży­cia. Sa­lva­to­re uznał, że sko­ro nie uda­ło mu się rzą­dzić swo­im bra­tan­kiem, to swo­je ocze­ki­wa­nia prze­nie­sie na mnie.

Był, o dzi­wo, dość uprzej­my wo­bec mo­jej ma­my, ale oka­za­ło się to grą. Dla nie­go zwią­zek mo­ich ro­dzi­ców był me­za­lian­sem. Nad­mie­nił mi na osob­no­ści, że na miej­scu mo­je­go bio­lo­gicz­ne­go dziad­ka ni­g­dy nie zgo­dził­by się na ślub sy­na z mło­dą wdo­wą, w do­dat­ku po­cho­dzą­cą z in­ne­go kra­ju. Mo­że mo­ja ma­ma zro­bi­ła na nim jed­nak do­bre wra­że­nie? By­ła zna­ko­mi­tą księ­go­wą, od­da­ną mat­ką i żo­ną, ale wie­dzia­łam, że dla Sa­lva­to­re’a li­czą się je­dy­nie ko­nek­sje i wła­ści­we po­cho­dze­nie.

Te­raz ja mia­łam się stać ide­al­ną kan­dy­dat­ką na żo­nę dla męż­czy­zny, któ­re­go wy­bie­rze mój stry­jecz­ny dzia­dek. We­dług nie­go to wstyd, że dziew­czy­na, któ­rej ro­dzi­ce ma­ją ta­kie ko­rze­nie, nie mó­wi ide­al­nie po wło­sku i hisz­pań­sku. Mo­ja pra­bab­cia po­cho­dzi­ła z Hisz­pa­nii, mia­ła na­wet wspól­ne ko­rze­nie z ro­dem kró­lew­skim i do tej po­ry pew­ne hisz­pań­skie tra­dy­cje by­ły kul­ty­wo­wa­ne we wło­skim do­mu ro­dzi­ny Mo­nvi­val­le. Ta­ta wy­brał mi imię, któ­re­go nie po­wsty­dzi­ła­by się żad­na ko­bie­ta z Hisz­pa­nii. I do tej po­ry pa­mię­tam, jak opo­wia­dał mi, że je­go na­na, któ­ra po­cho­dzi­ła z San­ta Su­zan­na, za­wsze ma­rzy­ła o có­recz­ce, któ­rej da­ła­by na imię Ma­ria del Cie­lo. Mnie to imię też się po­do­ba­ło, cho­ciaż ta­ta czę­sto żar­to­wał, że nie je­stem anioł­kiem, więc nie wie, czy pa­su­je do mnie nie­biań­ski człon. El cie­lo w je­zy­ku hisz­pań­skim ozna­cza nie­bo.

Na ca­łej Ri­wie­rze Ad­ria­tyc­kiej nikt nie był dum­ny z mo­je­go płyn­ne­go pol­skie­go, bo nikt go tu nie znał. Za­awan­so­wa­ny an­giel­ski był atu­tem już na ca­łym świe­cie, więc na­wet tu w in­nych wa­run­kach po­ma­gał­by w od­na­le­zie­niu się, wie­lu mło­dych lu­dzi przy­jeż­dża­ło bo­wiem z Wiel­kiej Bry­ta­nii i Sta­nów Zjed­no­czo­nych na wa­ka­cje, do pra­cy i na stu­dia. Ja jed­nak nie mia­łam zbyt wie­lu oka­zji do za­wią­za­nia no­wych zna­jo­mo­ści, bo wszę­dzie jak cień to­wa­rzy­szył mi ochro­niarz. Je­go pra­cą by­ło strzec mnie przed przy­jem­no­ścia­mi ży­cia. W do­dat­ku trak­to­wał mnie pro­tek­cjo­nal­nie, co do­pro­wa­dza­ło mnie do szew­skiej pa­sji. W ha­cjen­dzie trak­to­wa­no mnie nie­mal jak cór­kę mar­no­traw­ną, któ­ra mu­si za­słu­żyć na sza­cu­nek i mi­łość wszyst­kich wo­kół.

Sa­lva­to­re po­wie­dział, że po­win­nam za­po­mnieć o tań­cu, któ­ry był mo­ją pa­sją, bo prze­cież ta­kie umie­jęt­no­ści przy­sto­ją ulicz­nym dziew­kom, a nie pan­nom z do­bre­go do­mu. Po mo­im przy­jeź­dzie i po­zna­niu bli­żej stry­jecz­ne­go dziad­ka na­bra­łam pew­no­ści, że tym ra­zem speł­ni swo­je ma­rze­nie – po­łą­czy dwie fir­my Mo­nvi­val­le i He­re­ra w jed­no po­przez mo­je mał­żeń­stwo z czło­wie­kiem, któ­ry sprze­dał­by wła­sną mat­kę, gdy­by zna­lazł w tym in­te­res. Pan He­re­ra po­wie­dział Sa­lva­to­ro­wi, że fu­zja jest moż­li­wa pod kil­ko­ma wa­run­ka­mi. Mam być „czy­sta”, jak to okre­ślił, a wło­ski po­win­nam opa­no­wać do per­fek­cji, tak że­by ni­ko­mu nie przy­szło wąt­pić w to, że je­stem Włosz­ką. Nie po­do­ba­ło mu się mo­je imię, ale na mo­je nie­szczę­ście uznał, że i tak je­stem do­brą par­tią. W koń­cu fu­zja by­ła też ko­rzyst­na dla nie­go.

Ora­zio He­re­ra mnie obrzy­dzał. Nie był nie­atrak­cyj­ny fi­zycz­nie, ale je­go uspo­so­bie­nie od­rzu­ca­ło mnie od nie­go. Był po pro­stu ze­psu­ty i zde­pra­wo­wa­ny, z każ­dej je­go opi­nii da­ło się wy­czy­tać, że jest mi­zo­gi­nem. Wi­zja mał­żeń­stwa z ta­kim czło­wie­kiem bu­dzi­ła we mnie lęk i chęć uciecz­ki, ale tłu­ma­czy­łam so­bie, że przez kil­ka lat mo­że się wie­le zmie­nić. Nie chcia­łam na­wet brać pod uwa­gę fak­tu, że do te­go ślu­bu na­praw­dę mo­gło­by dojść.

Miesz­ka­łam z ro­dzi­ca­mi w Pol­sce i Sta­nach Zjed­no­czo­nych. W obu tych kra­jach czu­łam się do­brze. By­łam tam wol­na, nikt ze zna­jo­mych nie znał na­zwi­ska Mo­nvi­val­le i nie ocze­ki­wał ode mnie kon­kret­ne­go za­cho­wa­nia. W Ri­mi­ni za to sta­łam się dzie­dzicz­ką sie­ci wło­skich ho­te­li, na któ­rą cze­ka­ły luk­su­sy, ale za ce­nę utra­ty wol­no­ści. Tu nie mo­głam mieć chło­pa­ka, cho­dzić do pu­blicz­nej szko­ły czy pić wi­na z ko­le­żan­ka­mi. Sa­lva­to­re ja­sno wy­ra­ził swo­je wa­run­ki do­ty­czą­ce na­pra­wy na­szych wię­zi, jak to ujął.

Mo­ich dziad­ków wi­dzia­łam tyl­ko kil­ka ra­zy w ży­ciu. Zgi­nę­li, jak mia­łam pięć lat. Oni nie po­pie­ra­li wy­bo­ru ta­ty. Chcie­li, że­by­śmy wró­ci­li do Włoch i ży­li zgod­nie z ich ocze­ki­wa­nia­mi. Ta­ta się na to nie zgo­dził, ale wie­dzia­łam, że bar­dzo prze­żył ich śmierć. Przy­znał, że Sa­lva­to­re za­wsze się wtrą­cał, a moi dziad­ko­wie trak­to­wa­li go na rów­ni z wy­rocz­nią, szcze­gól­nie dzia­dek, któ­ry po­wta­rzał, że bliź­nię­ta jed­no­ja­jo­we są jak jed­na oso­ba w dwóch cia­łach.

Te­raz mia­łam pół­to­ra ro­ku, że­by ukoń­czyć ka­to­lic­kie wło­skie li­ceum, żyć w od­osob­nie­niu od chłop­ców, by nie stra­cić wy­ma­ga­nej „czy­sto­ści”, i w lę­ku, czy Sa­lva­to­re da­lej bę­dzie opła­cał le­cze­nie ta­ty po­mi­mo kiep­skich pro­gnoz le­ka­rzy. Nie chcia­łam na­wet my­śleć o tym, że ta­ta wziął kre­dyt na roz­krę­ce­nie swo­jej kli­ni­ki i nie zdą­żył go spła­cić. Ma­ma nie by­ła­by w sta­nie ure­gu­lo­wać sa­ma te­go dłu­gu.

Ro­dzi­ce by­li dla mnie wszyst­kim i mu­sia­łam wy­trzy­mać, bo ni­cze­go tak bar­dzo nie pra­gnę­łam jak te­go, że­by ta­ta się obu­dził. Do­pie­ro te­raz do­tar­ło do mnie, że nie ma nic waż­niej­sze­go od nich, ale zro­zu­mia­łam to w ob­li­czu ta­kiej tra­ge­dii. Chcia­ła­bym prze­pro­sić ta­tę za każ­dy wy­bryk, za każ­de nie­przy­jem­ne sło­wo, za każ­dą kłót­nię. Nie do­ce­nia­łam te­go, co dla mnie ro­bił, jak cięż­ko pra­co­wał. I kłu­ło mnie w ser­cu na myśl, że mo­gło być już za póź­no na prze­pro­si­ny. Obie­ca­łam so­bie, że zro­bię wszyst­ko, że­by Sa­lva­to­re nie zre­zy­gno­wał z opła­ca­nia spe­cja­li­stycz­ne­go szpi­ta­la ta­cie, na­wet kosz­tem wła­sne­go szczę­ścia.

Mój stry­jecz­ny dzia­dek po­wie­dział mi wprost, że je­śli zro­bię coś prze­ciw­ko nie­mu, to ra­zem z ma­mą bę­dzie­my mu­sia­ły sa­me opła­cić Cli­ni­cę del Ri­sve­glio-Awa­ke­ning, któ­ra by­ła naj­no­wo­cze­śniej­szym ośrod­kiem me­dycz­nym spe­cja­li­zu­ją­cym się w wy­bu­dza­niu lu­dzi ze śpiącz­ki. Wy­czuł, że ja się nie prze­ciw­sta­wię i nie po­wiem ma­mie, że je­stem zmu­szo­na za kil­ka lat po­ślu­bić męż­czy­znę, któ­re­go się bo­ję i któ­re­go sa­ma ni­g­dy bym nie wy­bra­ła.

Le­onar­do

Otwo­rzy­łem jej drzwi do sa­mo­cho­du. Po­cząt­ko­wo za­mie­rza­łem po­móc jej z ba­ga­żem, ale w ho­lu usły­sza­łem, jak w roz­mo­wie z go­spo­sią na­zy­wa mnie „wy­ta­tu­owa­nym słu­gu­sem Sa­lva­to­re’a”, więc uzna­łem, że ko­ro­na jej z gło­wy nie spad­nie, gdy smar­ku­la prze­ko­na się w nie­mi­ły spo­sób, że nie je­stem jej słu­gą.

– Nie po­mo­żesz mi? – za­py­ta­ła po an­giel­sku, wska­zu­jąc na dwie wa­liz­ki.

– Nie – od­par­łem su­cho. – Nie masz służ­by?

Dziew­czy­na po­czer­wie­nia­ła.

– Nie mam – od­po­wie­dzia­ła wciąż z ru­mień­cem na twa­rzy. – Naj­wy­raź­niej nie­po­wa­la­ją­ce uro­dą za­ro­zu­mia­łe na­sto­lat­ki nie ma­ją ty­le szczę­ścia.

Kur­wa. Punkt dla niej, bo naj­wy­raź­niej to by­ła jej ma­ła ze­msta. Nie wie­dzia­łem, że sły­sza­ła mo­ją roz­mo­wę z Raf­fa­el­lem, któ­ry, do­wie­dziaw­szy się o mo­im zle­ce­niu, uznał, że to mo­że być do­bra oka­zja na uwie­dze­nie mło­dej dziew­czy­ny. Oczy­wi­ście nie był­by so­bą, gdy­by nie ujął te­go w wul­gar­nych sło­wach. Nie cier­pię ta­kich żar­tów, tym bar­dziej że nie krę­cą mnie na­sto­lat­ki, więc od­po­wie­dzia­łem mu, że dziew­czy­na nie po­wa­la uro­dą, a w do­dat­ku jest wy­nio­sła. Wie­dzia­łem, że przy naj­mniej­szym po­dej­rze­niu, że spoj­rza­łem na nią w nie­pro­fe­sjo­nal­ny spo­sób, Sa­lva­to­re by mnie zwol­nił.

– Wsia­daj – rzu­ci­łem krót­ko.

Po­mi­mo po­cząt­ko­wej chę­ci zro­bie­nia jej na złość wtasz­czy­łem za nią na tyl­ne sie­dze­nie wa­liz­ki, a ona za­ję­ła miej­sce obok kie­row­cy. Po­dróż nie za­po­wia­da­ła się przy­jem­nie. Są­dzi­łem, że jest ura­żo­na, a ja czu­łem się nie­zręcz­nie, bo nie chcia­łem, że­by usły­sza­ła coś ta­kie­go. Praw­dę mó­wiąc, pra­gną­łem wte­dy tyl­ko za­koń­czyć roz­mo­wę z Raf­fa­el­lem, więc po­wie­dzia­łem to, co by­ło po­trzeb­ne, by się za­mknął.

Z dru­giej stro­ny to na­sze praw­do­po­dob­nie ostat­nie spo­tka­nie, więc nie czu­łem też du­żej po­trze­by oczysz­cze­nia at­mos­fe­ry. Po­sta­no­wi­łem więc nic nie mó­wić.

Dziew­czy­na za­czę­ła mnie ob­ser­wo­wać, nie kry­jąc ura­zy. Przy­glą­da­ła się mo­im ta­tu­ażom, któ­re naj­wy­raź­niej uzna­wa­ła za od­py­cha­ją­ce, są­dząc po spoj­rze­niu, ja­kim mnie ob­da­rzy­ła.

– Ko­bie­tom się po­do­ba­ją – stwier­dzi­łem chłod­no po wło­sku, bo daw­no nie by­łem tak zi­ry­to­wa­ny.

– Mnie nie – od­po­wie­dzia­ła, pa­trząc na mnie wy­zy­wa­ją­co.

– Ale ty nie je­steś jesz­cze ko­bie­tą – od­par­łem na­tych­miast.

Nie by­łem za­do­wo­lo­ny z roz­wo­ju tej sy­tu­acji. Wy­cho­wa­łem się w sza­cun­ku do ko­biet, ale ta dziew­czy­na od sa­me­go po­cząt­ku dzia­ła­ła mi na ner­wy.

– Sa­lva­to­re wspo­mi­nał, że tak wy­ta­tu­owa­nych lu­dzi uwa­ża za de­bi­li? – za­py­ta­ła zło­śli­wie po chwi­li ci­szy.

– Wspo­mi­nał mi tyl­ko o tym, że dziew­czyn­ki w two­im wie­ku po­win­ny trzy­mać ko­la­na złą­czo­ne i za­jąć się tym, do cze­go zo­sta­ły stwo­rzo­ne, czy­li do po­słu­szeń­stwa. Na two­im miej­scu za­miast py­sków­ka­mi za­jął­bym się na­uką wło­skie­go, bo masz kosz­mar­ny ak­cent.

Spoj­rza­ła na mnie ze zło­ścią, ale tyl­ko za­ci­snę­ła usta. Ta po­dróż zde­cy­do­wa­nie nie na­le­ża­ła do przy­jem­nych. Sam nie wiem, jak do te­go do­szło, bo to zu­peł­nie nie by­ło po­trzeb­ne, ale nie za­mie­rza­łem ob­ła­ska­wiać księż­nicz­ki.

Mu­sia­łem ją za­wieźć do szko­ły z in­ter­na­tem, a So­raya cze­ka­ła na mnie w swo­im miesz­ka­niu. My­śla­mi już tam by­łem i nie mo­głem się do­cze­kać te­go, aż znaj­dę się w niej. Ca­ły dzień mnie no­si­ło, a wnucz­ka Sa­lva­to­re’a by­ła nie­mal tak sa­mo wkur­wia­ją­ca jak on. Sam nie by­łem ty­pem przy­jem­niacz­ka, ale ta dziew­czy­na na­praw­dę po­tra­fi­ła wy­trą­cić mnie z rów­no­wa­gi już od pierw­sze­go spo­tka­nia.

So­raya na­to­miast sta­no­wi­ła uoso­bie­nie te­go, co lu­bi­łem w ko­bie­tach. By­ła wy­so­ka i szczu­pła, wpraw­dzie sztucz­ny biust od­bie­rał jej tro­chę uro­ku, ale przy jej syl­wet­ce za­pew­ne na­tu­ral­ne pier­si mu­sia­ły być bar­dzo ma­łe. Nie prze­szka­dza­ły mi w su­mie ta­kie po­praw­ki. Naj­waż­niej­sze dla mnie by­ło to, że lu­bi­ła seks i nie ocze­ki­wa­ła nad­ska­ki­wa­nia, jak dziew­czy­ny w mo­im wie­ku. Sa­ma by­ła już po trzy­dzie­st­ce i za­le­ża­ło jej na do­brej za­ba­wie, co mi pa­so­wa­ło. Mo­ja ko­chan­ka mia­ła dzie­się­cio­let­nie­go sy­na i du­że ali­men­ty. Wi­dać do szczę­ścia po­trze­bo­wa­ła tyl­ko pie­prze­nia, któ­re mo­głem jej za­pew­nić.

Mo­je­mu ta­cie nie po­do­bał się ten zwią­zek, jak i wszyst­kie mo­je po­przed­nie, bo li­czył na to, że wkrót­ce się oże­nię i bę­dzie mógł z ma­mą cie­szyć się wnu­ka­mi. W su­mie ro­zu­mia­łem go. Był już na eme­ry­tu­rze od do­brych kil­ku lat. Sam do­ra­stał w nie­co in­nych re­aliach i mój ka­wa­ler­ski stan był dla nie­go trud­ny do prze­łknię­cia. Ja nie za­mie­rza­łem się ustat­ko­wy­wać. Pa­so­wa­ło mi ta­kie ży­cie, ja­kie wio­dłem. Je­dy­ne, co chcia­łem zmie­nić, to pra­cę. Nie za­mie­rza­łem pra­co­wać ca­łe ży­cie dla Sa­lva­to­re’a Mo­nvi­val­le tak jak mój ta­ta. Pra­gną­łem mieć coś wła­sne­go i do te­go dą­ży­łem. Ro­dzi­ce chcie­li mnie wspo­móc fi­nan­so­wo, ale od­mó­wi­łem.

Chcia­łem, że­by pie­nią­dze na roz­ruch mo­je­go wła­sne­go biz­ne­su by­ły w stu pro­cen­tach mo­je. W ra­zie gdy­by coś nie wy­szło, nie czuł­bym wy­rzu­tów su­mie­nia, że zmar­no­wa­łem ich oszczęd­no­ści.

Ma­ria del Cie­lo

Co za pro­stak. Ni­g­dy nie spo­tka­łam tak nie­przy­jem­ne­go męż­czy­zny. Je­go oczy by­ły nie­mal czar­ne, a skó­ra po­kry­ta ta­tu­aża­mi, któ­re prze­świ­ty­wa­ły przez ko­szu­lę. Miał na­wet wy­ta­tu­owa­ny znak na dło­ni. Był tak wy­so­ki, że mu­sia­łam pod­no­sić gło­wę, że­by na­sze oczy się spo­tka­ły. Gdy­bym zo­ba­czy­ła go, wra­ca­jąc do do­mu w no­cy, za­czę­ła­bym biec w prze­ciw­nym kie­run­ku. Wzbu­dzał we mnie coś, cze­go nie po­tra­fi­łam na­zwać; coś na kształt oba­wy i za­in­te­re­so­wa­nia. W ja­kimś stop­niu był atrak­cyj­ny, ale by­ła to bru­tal­na atrak­cyj­ność dla fe­ty­szy­stek nie­grzecz­nych chłop­ców.

Je­go bar­ki wy­glą­da­ły nie­na­tu­ral­nie, wręcz gro­te­sko­wo. Cza­sa­mi śmia­łam się w my­ślach, gdy przy­po­mi­na­łam so­bie opis Ten­ge­la z Sa­gi o Lu­dziach Lo­du1, któ­rą czy­ta­łam kil­ka lat te­mu. Le­onar­do wy­glą­dał, jak­by był w po­ło­wie czło­wie­kiem, a w po­ło­wie czymś nie­na­tu­ral­nym. Je­go wy­raz twa­rzy za­wsze wy­da­wał się zbla­zo­wa­ny. Nie mó­wił du­żo, jak­by uni­kał lu­dzi. Gdy po raz pierw­szy spoj­rzał na mnie, po­czu­łam się jak ktoś nie­mi­le wi­dzia­ny w da­nym gro­nie, jak pro­blem, z któ­rym nie wia­do­mo, co zro­bić.

W ha­cjen­dzie Sa­lva­to­re’a trak­to­wa­no mnie, jak­bym mia­ła pięć lat. Nie mo­głam ni­cze­go zro­bić bez zgo­dy go­spo­da­rza. Je­go pra­cow­ni­cy od­no­si­li się do mnie chłod­no. Nie wiem, czy na je­go po­le­ce­nie, czy zwy­czaj­nie by­łam w ich opi­nii nie­sym­pa­tycz­na lub ra­ził ich mój ak­cent. Za każ­dym ra­zem, gdy o coś py­ta­łam, czu­łam, że nikt nie chce ze mną roz­ma­wiać, że mnie nie lu­bią. Usły­sza­łam raz roz­mo­wę Le­onar­da z Raf­fa­el­lem, jed­nym z ochro­nia­rzy. Na­zwał mnie nie­uro­dzi­wą czy coś ta­kie­go. Tak się zde­ner­wo­wa­łam, że nie by­łam w sta­nie zro­zu­mieć wszyst­kie­go. Naj­le­piej zna­łam pol­ski i an­giel­ski, w koń­cu miesz­ka­łam z ro­dzi­ca­mi w Chi­ca­go. Oczy­wi­ście ro­zu­mia­łam bar­dzo du­żo po wło­sku i hisz­pań­sku, ale do per­fek­cji tro­chę mi bra­ko­wa­ło. Mo­ja uro­da by­ła naj­pew­niej mie­szan­ką wszyst­kich tych trzech opcji na­ro­do­wo­ścio­wych, bo ta­kie by­ły mo­je ko­rze­nie, ale w Hisz­pa­nii i we Wło­szech wy­róż­nia­ły mnie wło­sy. Nie, że­by by­ły pięk­ne, oj nie, ale nie by­ły czar­ne. Opi­sa­ła­bym je ja­ko brą­zo­we, choć la­tem za­wsze mia­łam du­żo ja­snych re­flek­sów od słoń­ca. Mo­je oczy nie by­ły piw­ne, jak u ta­ty, tyl­ko zie­lo­ne, jak u ma­my, ty­le że z bursz­ty­no­wy­mi plam­ka­mi.

Kie­dy tyl­ko mo­głam, tre­no­wa­łam ta­niec, ale nie by­ło to ła­twe, bo do dys­po­zy­cji mia­łam tyl­ko swój po­kój. Tre­nin­gi mu­sia­ły od­by­wać się wy­łącz­nie wte­dy, kie­dy by­łam sa­ma. W po­sia­dło­ści Mo­nvi­val­le pra­wie za­wsze pa­no­wa­ła ci­sza. Gło­śna mu­zy­ka nie by­ła mi­le wi­dzia­na. Co wię­cej, ja sa­ma chy­ba nie by­łam tu mi­le wi­dzia­na. Czu­łam cie­kaw­skie spoj­rze­nia pra­cow­ni­ków i jak do­tąd tyl­ko jed­na go­spo­sia oka­zy­wa­ła mi życz­li­wość. Resz­ta trak­to­wa­ła mnie jak nie­chcia­ne­go go­ścia.

Ba­łam się, czy Sa­lva­to­re nie zmie­ni zda­nia co do opła­ca­nia kli­ni­ki ta­ty. Ma­my i mnie nie by­ło na nią stać. Nie chcia­łam też tej szko­ły z in­ter­na­tem, ale nie mia­łam wyj­ścia. Li­czy­łam tyl­ko, że bę­dzie tam zno­śnie.

Gdy do­je­cha­li­śmy na miej­sce, po­czu­łam nie­przy­jem­ne ssa­nie w żo­łąd­ku. Ogro­dze­nie przy­po­mi­na­ło mur wię­zien­ny. Zer­k­nę­łam na Le­onar­da – je­go twarz nie wy­ra­ża­ła żad­nych emo­cji. Za­par­ko­wał na wy­zna­czo­nym miej­scu i bez sło­wa wy­jął mo­je wa­liz­ki.

Drzwi otwo­rzy­ła za­kon­ni­ca, któ­ra wy­glą­da­ła na ko­goś, kto za­rzą­dza tą pla­ców­ką.

– Sio­stra prze­ło­żo­na Lo­ret­ta, szczęść Bo­że – przy­wi­ta­ła się i spoj­rza­ła na nas uważ­nie.

– Dzień do­bry – od­po­wie­dział po wło­sku. – To Ma­ria del Cie­lo Mo­nvi­val­le. – Wska­zał na mnie.

– Pan jest jej opie­ku­nem? – za­py­ta­ła za­kon­ni­ca.

– Moż­na tak po­wie­dzieć.

Za­cho­wy­wa­li się, jak­bym by­ła ma­łym dziec­kiem bez pra­wa gło­su.

– To pro­szę tu pod­pi­sać for­mu­larz. Mo­że chce się pan po­że­gnać z…

– Sio­strą – wtrą­cił szyb­ko Le­onar­do.

Za­mu­ro­wa­ło mnie. Co za tu­pet.

– Bar­dzo do­brze, za­pro­wa­dzę was do po­ko­ju pa­nien­ki i dam wam chwi­lę na po­że­gna­nie. Wi­zy­ty w na­szej szko­le moż­li­we są raz na dwa ty­go­dnie.

Za­czę­ła pro­wa­dzić nas po scho­dach w kie­run­ku skrzy­dła, w któ­rym za­pew­ne znaj­do­wa­ło się coś w ro­dza­ju do­rmi­to­rium.

Otwo­rzy­ła drzwi do nie­du­że­go po­miesz­cze­nia, gdzie zo­ba­czy­łam je­dy­nie łóż­ko, nie­wiel­ką ko­mo­dę, biur­ko i sto­lik z dwo­ma fo­te­la­mi.

– Zo­sta­wię was na chwil­kę. O dwu­na­stej roz­po­czy­na­my obiad, Ma­rio – po­wie­dzia­ła sio­stra.

Le­onar­do po­sta­wił w ką­cie wa­liz­ki, a gdy by­li­śmy już sa­mi, wy­jął nie­wiel­kie pu­deł­ko i mi je po­dał.

– To te­le­fon, scho­waj go gdzieś. Twój dzia­dek o nim nie wie. Nie rób nic głu­pie­go. Masz wpi­sa­ny mój nu­mer – rzu­cił su­cho.

– Po co mia­ła­bym dzwo­nić do cie­bie? – za­py­ta­łam ze zło­ścią.

– Po­mi­mo te­go, że za­cho­wu­jesz się jak roz­pusz­czo­na smar­ku­la, nie chcia­łem cię zo­sta­wiać sa­mej so­bie. Nie je­stem zwo­len­ni­kiem ta­kiej dys­cy­pli­ny w szko­le. Tu pa­nu­je fa­na­tyzm, a nie wia­ra. Mi­mo wszyst­ko szko­da mi cie­bie.

– Uwa­żaj, bo ci uwie­rzę! Je­steś ta­kim sa­mym mi­zo­gi­nem jak Sa­lva­to­re.

– Nie po­rów­nuj mnie do nie­go. Ni­g­dy nie po­słał­bym żad­nej bli­skiej mi dziew­czy­ny do ta­kiej szko­ły. Uwa­żam, że są spo­re róż­ni­ce w psy­chi­ce ko­biet i męż­czyzn, ale twój dzia­dek ży­je men­tal­nie w śre­dnio­wie­czu.

– A ty mu w tym po­ma­gasz – oskar­ży­łam go po­iry­to­wa­nym gło­sem. – Do cze­go spro­wa­dza się two­ja pra­ca? Do pil­no­wa­nia mo­jej cno­ty? To jest cho­re.

Roz­gnie­wa­łam go nie na żar­ty.

– Czy ktoś przy­cią­gnął cię tu na łań­cu­chu? Sa­ma zgo­dzi­łaś się na ro­lę dzie­wi­czej dzie­dzicz­ki… Nie martw się, pew­nie sta­ru­szek fi­nal­nie wy­na­gro­dzi ci to fi­nan­so­wo.

– Nic o mnie nie wiesz, więc się nie wy­mą­drzaj. To ty i on pa­trzy­cie na ko­bie­ty przez pry­zmat dzie­wic­twa.

– I tu się my­lisz, Ma­ria. War­tość czło­wie­ka, nie­za­leż­nie od je­go płci, nie spro­wa­dza się do cno­ty czy też jej bra­ku. Tak my­ślą ogra­ni­cze­ni lu­dzie.

– Czy­li twój szef.

– Ja tyl­ko dla nie­go pra­cu­ję. Ty je­steś je­go ro­dzi­ną.

– Nie zno­szę was obu i prze­wra­ca mi się w żo­łąd­ku na myśl, że pró­bu­jesz zgry­wać ta­kie­go no­wo­cze­sne­go gen­tle­ma­na, a jed­no­cze­śnie za­my­kasz mnie w tej klat­ce.

– Masz wy­bór, dzie­cia­ku. Tyl­ko chcesz zwa­lić wi­nę na ko­goś in­ne­go. Gdy­by Sa­lva­to­re nie wy­brał cię na swo­ją dzie­dzicz­kę, nie umie­ścił­by cię tu­taj. Ja mi­mo wszyst­ko sta­ram się ci ja­koś po­móc, co, jak wi­dzę, bar­dzo do­ce­niasz – do­dał z wy­raź­nym sar­ka­zmem.

Spoj­rzał na mnie z nie­skry­wa­ną iry­ta­cją, po czym wy­szedł bez sło­wa.

***

Szko­ła wy­glą­da­ła jak klasz­tor – i w grun­cie rze­czy nim by­ła. Ka­mien­ne mu­ry, wy­so­kie su­fi­ty, za­pach ka­dzi­dła i sta­rych ksiąg, wszech­obec­na ci­sza.

Za­kon­ni­ce mó­wi­ły, że cia­ło to na­rzę­dzie grze­chu, dla­te­go wy­ma­ga­ły skrom­ne­go stro­ju, któ­ry przy­po­mi­nał ha­bit.

Spa­łam w po­ko­ju, któ­ry wy­glą­dał jak ce­la. Ćwi­czy­łam wło­ski, jak ka­zał Sa­lva­to­re, po­wta­rza­jąc zda­nia do pu­stej ścia­ny, bo nie mia­łam do ko­go mó­wić. Ofi­cjal­nie na­wet te­le­fo­ny by­ły za­bro­nio­ne. Je­dy­nym mo­stem ze świa­tem był Le­onar­do, któ­ry z nie­zna­nych po­wo­dów sta­rał się odro­bi­nę mi po­móc. Dzię­ki nie­mu mo­głam cho­ciaż po kry­jo­mu ko­rzy­stać z in­ter­ne­tu w te­le­fo­nie, ale mia­łam świa­do­mość, że mo­ni­to­ro­wał każ­dy mój ruch, więc mo­ja swo­bo­da w sie­ci też by­ła ogra­ni­czo­na.

Nie mia­łam tu ani jed­nej przy­ja­ciół­ki. Nie by­łam stwo­rzo­na do szep­ta­nia wie­czo­ra­mi w po­ście­li ani do wspól­ne­go ró­żań­ca. Od­li­cza­łam tyl­ko dni do koń­ca mo­je­go wy­ro­ku w tej szko­le, któ­ra by­ła dla mnie wię­zie­niem.

Ty­dzień póź­niej do­sta­łam od nie­go wia­do­mość MMS – zdję­cia Mar­ce­la, mo­je­go praw­do­po­dob­nie już by­łe­go chło­pa­ka, z na­szą ko­le­żan­ką San­drą. Na wszyst­kich wy­glą­da­li na za­ko­cha­nych. Na tym, któ­re przy­szło ja­ko pierw­sze, San­dra sie­dzia­ła mu okra­kiem na ko­la­nach, a on wkła­dał ję­zyk do jej ucha. Na dru­gim, któ­re zro­bio­no chy­ba in­ne­go dnia, są­dząc po ich ubra­niach, by­li ra­zem na za­ku­pach w ga­le­rii han­dlo­wej i trzy­ma­li się za rę­ce. Trze­cie, ostat­nie, przed­sta­wia­ło ich pod na­szą szko­łą, wy­cho­dzi­li ra­zem z sa­mo­cho­du.

Za­czę­ły trząść mi się rę­ce. Te kil­ka mie­się­cy tak wie­le mi ode­bra­ły – wol­ność, zdro­wie ta­ty i Mar­ce­la. Dla­cze­go on mi to zro­bił? I jak Le­onar­do się o tym do­wie­dział? Na nie­go też by­łam wście­kła. Jak on śmiał? I po co to zro­bił? Prze­cież i tak Mar­cel by tu nie przy­je­chał. Naj­wy­raź­niej chciał mi po­ka­zać, że zo­sta­łam sa­ma.

Od­pi­sa­łam: „Od­pieprz się ode mnie”. Chwi­lę póź­niej przy­szła od­po­wiedź: „Za mi­nu­tę wyjdź gdzieś, gdzie nikt cię nie usły­szy, za­dzwo­nię”. Chwy­ci­łam za te­le­fon i po­bie­głam do to­a­le­ty. Gdy usły­sza­łam dzwo­nek, od­krę­ci­łam kran, że­by szum wo­dy za­głu­szał roz­mo­wę. Le­onar­do nie przy­wi­tał się, tyl­ko od ra­zu po­wie­dział:

– Na two­im miej­scu od­zy­wał­bym się grzecz­niej. Sa­lva­to­re nie wie, że je­go bia­ły ła­będź skry­wa też ciem­ne pió­ra. Nie martw się, nie po­wie­dzia­łem mu, że nie je­steś tak ab­so­lut­nie nie­win­na.

– Za­mknij się – wy­sy­cza­łam. – Skąd masz te zdję­cia?

– Od de­tek­ty­wa. Sa­lva­to­re chciał się cze­goś do­wie­dzieć o to­bie z neu­tral­ne­go źro­dła.

– I nie boi się już o mo­ją cno­tę lub jej brak?

– Nie. Na two­je szczę­ście ten dzie­ciak był roz­mow­ny. Nie po­wie­dzia­łem two­je­mu dziad­ko­wi, że się ca­ło­wa­li­ście.

– Wiesz co? Nie dość, że twój wy­gląd wzbu­dza strach i od­ruch uciecz­ki, to wła­śnie się oka­za­ło, że twój cha­rak­ter jest jesz­cze gor­szy. Je­steś jak ca­ła resz­ta słu­gu­sów Sa­lva­to­re’a, nie in­te­re­su­je cię nic in­ne­go po­za czub­kiem wła­sne­go no­sa.

– Ży­czę ci mi­łe­go se­me­stru, Cie­lo – od­parł, ak­cen­tu­jąc dru­gą część mo­je­go imie­nia.

Wy­czu­łam iro­nię i z bez­sil­no­ści za­czę­łam cho­dzić po ła­zien­ce.

1 W po­wie­ści Mar­git San­de­mo sze­ro­kie ra­mio­na Ten­ge­la za­bi­ły je­go mat­kę przy po­ro­dzie.

Roz­dział dru­gi

Ma­ria del Cie­lo

Mo­je osiem­na­ste uro­dzi­ny spę­dzi­łam na prze­pu­st­ce. Le­onar­do przy­wiózł do mnie mo­ją ma­mę. Nie by­ła za­do­wo­lo­na ze szko­ły, któ­rą wy­brał dla mnie Sa­lva­to­re. Ja też nie. Mia­łam pew­ność, że zro­bił to tyl­ko dla­te­go, że­by upew­nić się, że ni­ko­go tu nie po­znam.

Po­je­cha­li­śmy na week­end do ho­te­lu, w któ­rym zo­stał też Le­onar­do. Mi­mo wszyst­ko sta­ra­łam się go to­le­ro­wać. Sam z sie­bie dał mi te­le­fon, że­bym nie czu­ła się tu ta­ka sa­mot­na, co na pew­no spo­tka­ło­by się z du­żą kry­ty­ką je­go sze­fa. Dzię­ki te­mu mo­głam roz­ma­wiać z ro­dzi­ca­mi, kie­dy chcia­łam, i nie ucie­kłam głów­nie dla­te­go, że każ­de sło­wo od ma­my da­wa­ło mi na­dzie­ję.

– Cie­lo, skar­bie, wy­trzy­masz tu­taj? Jest mi trud­no z my­ślą, że nie mam cię przy so­bie, ale mu­sisz się uczyć, a kli­ni­ka też nie na­peł­nia opty­mi­zmem – po­wie­dzia­ła ze smut­kiem ma­ma.

– Ro­zu­miem, ma­mu­siu. Nie jest tak źle – skła­ma­łam szyb­ko. – Przy­naj­mniej uczę się bez roz­pra­sza­czy.

Ma­ma po­ki­wa­ła gło­wą, ale czu­łam, że mi nie uwie­rzy­ła.

– Sa­lva­to­re po­wie­dział, że je­śli opa­nu­ję wło­ski tak, że­by mó­wić bez ak­cen­tu, to po­my­śli o tym, że­bym to ja kie­dyś prze­ję­ła fir­mę Mo­nvi­val­le.

– Po­rzu­ci­ła­byś ta­niec dla pra­cy biu­ro­wej? – za­py­ta­ła ma­ma.

Nie chcia­łam jej mó­wić, że już nie wol­no mi tre­no­wać, bo sio­stry za­kon­ne uwa­ża­ją ta­niec to­wa­rzy­ski za „nie­przy­zwo­ity” dla mło­dych dam.

– Ma­muś, nie bę­dę tan­cer­ką ca­łe ży­cie. Te­raz cał­ko­wi­cie po­chła­nia mnie szko­ła – skła­ma­łam.

– Ten mło­dy czło­wiek… Le­onar­do przy­siągł mi, że bę­dziesz bez­piecz­na. Pro­szę, nie szu­kaj kło­po­tów.

Ma­ma by­ła oczy­wi­ście w nie­zbyt do­brej for­mie psy­chicz­nej. Per­ma­nent­ny stres nie sprzy­jał od­prę­że­niu. Nie mo­głam zro­zu­mieć, ja­kim cu­dem mój ochro­niarz prze­ko­nał ją do sie­bie. Mo­że nie lu­bił tyl­ko mnie? Mo­że na wi­dok mo­jej ma­my nie miał tak skwa­szo­nej mi­ny, jak wte­dy, gdy prze­by­wał ze mną.

Wspól­ny week­end mi­nął nam szyb­ko i tyl­ko po­gor­szył mój na­strój, bo tak bar­dzo tę­sk­ni­łam za wol­no­ścią, a po­wrót do szko­ły ozna­czał dla mnie wy­łącz­nie ogra­ni­cze­nia. Za­sad by­ło mnó­stwo, wśród nich cał­ko­wi­ty za­kaz wszyst­kie­go, co wią­za­ło się z przy­jem­no­ścia­mi – nie mo­głam tań­czyć, ko­rzy­stać z ta­ble­tu, kon­tak­to­wać się z bli­ski­mi po­za wy­zna­czo­ny­mi go­dzi­na­mi. Sio­stry nie ze­zwa­la­ły na­wet na ma­ki­jaż, bo we­dług nich był ozna­ką próż­no­ści, któ­ra tyl­ko od­da­la­ła od Bo­ga. Mu­sia­łam na­wet no­sić spód­ni­ce mi­di, że­by nie wi­dzia­ły, że mam wy­de­pi­lo­wa­ne no­gi, bo na ta­kie in­ge­ren­cje w na­tu­rę też nie ze­zwa­la­ły. Mo­je ko­le­żan­ki za­cho­wy­wa­ły się jak za­kon­ni­ce. Część z nich na­praw­dę chcia­ła zo­stać w klasz­to­rze. Za­gry­za­łam zę­by i my­śla­łam o tym, że mu­szę to prze­cier­pieć i li­czyć, że ta­ta się obu­dzi.

To ma­rze­nie się speł­ni­ło czter­na­ście mie­się­cy po mo­ich osiem­na­stych uro­dzi­nach. Do­sta­łam prze­pust­kę na trzy­dnio­wy wy­jazd, bo ta­ta na­praw­dę się obu­dził. By­łam tak pod­eks­cy­to­wa­na, że nie mo­głam usie­dzieć w miej­scu. Na­gle ży­cie zno­wu by­ło pięk­ne, jak­bym sa­ma obu­dzi­ła się z kosz­ma­ru. Hu­mo­ru nie po­psuł mi na­wet wi­dok Le­onar­da cze­ka­ją­ce­go przy sa­mo­cho­dzie i za­cho­wu­ją­ce­go się, jak­by zna­lazł się tu za ka­rę. Po­sta­no­wi­łam nie zwra­cać więk­szej uwa­gi na je­go hu­mo­ry. Li­czy­ło się je­dy­nie to, że za­raz po­roz­ma­wiam z ta­tą.

Dwie go­dzi­ny póź­niej by­li­śmy już przed drzwia­mi kli­ni­ki. Wbie­głam tam szyb­ko, a ma­ma przy­tu­li­ła mnie i po­pro­wa­dzi­ła do sa­li, w któ­rej le­żał ta­ta. Za­mar­łam, bo ta­kie­go wi­do­ku się nie spo­dzie­wa­łam. Ta­ta da­lej był pod­łą­czo­ny do róż­nych apa­ra­tur. Wy­glą­dał sła­bo, jak cień daw­ne­go sie­bie, ale był przy­tom­ny. Spoj­rzał na mnie z wy­raź­nym wzru­sze­niem, a ja zła­pa­łam go za rę­kę i uca­ło­wa­łam je­go dłoń. Łzy pły­nę­ły mi po po­licz­kach.

– Ta­tu­siu – wy­szep­ta­łam – tak się cie­szę, że się obu­dzi­łeś.

Ta­ta ści­snął mo­ją dłoń. Wi­dać by­ło, że stra­cił wie­le mię­śni, a ty­le mie­się­cy w śpiącz­ce za­bra­ło mu spo­rą część spraw­no­ści.

– Le­ka­rze mó­wią, że pół ro­ku in­ten­syw­nej re­ha­bi­li­ta­cji po­win­no wy­star­czyć ta­cie na po­wrót do do­brej kon­dy­cji – po­wie­dzia­ła ma­ma, któ­ra rów­nież nie kry­ła wzru­sze­nia.

Ta­ta nie był w sta­nie wy­do­być z sie­bie ca­łe­go zda­nia, ale wy­szep­tał:

– Cie­lo.

Łzy sta­nę­ły mi w oczach.

– Nie martw się, tat­ku. Wszyst­ko bę­dzie do­brze. Le­ka­rze szyb­ko po­sta­wią cię na no­gi. Naj­waż­niej­sze, że się obu­dzi­łeś.

– Tak – od­parł sła­bo i uści­snął mo­ją dłoń.

Łzy szczę­ścia i wzru­sze­nia pły­nę­ły mi po twa­rzy.

– Ko­cha­nie, wy­god­nie ci? Po­pra­wić ci po­dusz­kę? – za­py­ta­ła ma­ma.

Ta­ta po­krę­cił gło­wą.

A ja? Na pew­no nie spo­dzie­wa­łam się, że przed ta­tą jesz­cze dłu­ga dro­ga do peł­ni zdro­wia. We­dług do­ku­men­ta­cji me­dycz­nej miał spo­re za­ni­ki pa­mię­ci, utra­cił spo­rą część ma­sy mię­śnio­wej i wy­ma­gał kil­ku­go­dzin­nej re­ha­bi­li­ta­cji każ­de­go dnia oraz licz­nych spo­tkań z psy­cho­lo­giem i neu­ro­lo­giem, któ­rzy mie­li mu po­móc upo­rać się z lu­ka­mi w pa­mię­ci. To się wią­za­ło ze spo­ry­mi kosz­ta­mi, więc na­dzie­ja na uwol­nie­nie się spod wpły­wu Sa­lva­to­re’a zga­sła. Gdy ta­ta usnął, ma­ma po­wie­dzia­ła, że Sa­lva­to­re za­pra­sza mnie do swo­jej ha­cjen­dy, a gdy ta­ta po­czu­je się le­piej, to ro­dzi­ce do­łą­czą do mnie. Mo­ja nie­wo­la w klasz­tor­nej szko­le do­bie­gła za­tem koń­ca. Nie wie­dzia­łam jed­nak, że w wie­ku dzie­więt­na­stu lat na­dal bę­dę trak­to­wa­na jak ma­łe dziec­ko i pil­no­wa­na na każ­dym kro­ku. Na opie­ku­na Sa­lva­to­re wy­zna­czył Le­aonar­da. Ten miał mnie chro­nić, ale wie­dzia­łam, że mój stry­jecz­ny dzia­dek chce tak na­praw­dę mieć pew­ność, że nie zro­bię ni­cze­go, co mo­gło­by spo­wo­do­wać je­go nie­za­do­wo­le­nie lub na­ra­zić nas na nie­przy­jem­ne plot­ki. Re­pu­ta­cja by­ła dla nie­go wszyst­kim.

Roz­dział trze­ci

Ma­ria del Cie­lo

Po tym, jak roz­pa­ko­wa­li­śmy rze­czy, Sa­lva­to­re we­zwał mnie do swo­je­go ga­bi­ne­tu.

– Je­śli sprze­ci­wisz się mał­żeń­stwu z Ora­ziem, prze­sta­nę pła­cić za re­ha­bi­li­ta­cję two­je­go oj­ca, a jak wi­dzisz, nie wie­my, czy w rok od­zy­ska spraw­ność – oznaj­mił su­ro­wo. – He­re­ra chce ogło­sić wa­sze za­rę­czy­ny w dniu two­ich dwu­dzie­stych pierw­szych uro­dzin, więc ra­dzę ci uda­wać za­ko­cha­ną, bo je­śli two­ja mat­ka lub twój oj­ciec przyj­dą do mnie z pre­ten­sja­mi z po­wo­du two­je­go za­mąż­pój­ścia, to ja prze­sta­nę fun­do­wać wam to wy­god­ne ży­cie, któ­re ma­cie dzię­ki mnie. Zro­zu­mia­no?

Przy­tak­nę­łam. Nie chcia­łam de­ner­wo­wać ro­dzi­ców. Ta­ta wciąż był w kiep­skim sta­nie.

– Co wię­cej – kon­ty­nu­ował mój stry­jecz­ny dzia­dek – pój­dziesz do gi­ne­ko­lo­ga, któ­ry po­twier­dzi two­ją czy­stość.

Nie wie­dzia­łam, czy mó­wił po­waż­nie, czy tyl­ko chciał mnie prze­stra­szyć.

– Co? – za­py­ta­łam zszo­ko­wa­na. – My­ślę, że na­wet sto lat te­mu nie by­ło ta­kich wy­mo­gów.

– Ora­zio nie bę­dzie ku­po­wał ko­ta w wor­ku – stwier­dził Sa­lva­to­re, pa­trząc na mnie zim­nym wzro­kiem. – Ży­łaś do tej po­ry wśród po­spól­stwa, gdzie nie by­ło żad­nych za­sad. Na­le­żysz do ro­dzi­ny z ary­sto­kra­tycz­ny­mi ko­rze­nia­mi, a nie do pusz­czal­skich ko­biet, któ­re są tak głu­pie, że ro­dzą ba­cho­ry w związ­kach bez ślu­bu i jesz­cze się cie­szą. Pa­mię­taj, kto raz zej­dzie ze śli­skiej dro­gi cno­ty, już na nią nie wró­ci i bę­dzie tyl­ko szedł da­lej na mo­ral­ne dno. Mo­ja wnucz­ka nie bę­dzie sy­piać z ni­kim po­za mę­żem, a Le­onar­do do­pil­nu­je, że­byś nie zro­bi­ła ni­cze­go głu­pie­go. Od tej chwi­li ni­g­dzie nie wol­no ci wy­cho­dzić sa­mej. Zresz­tą mam na­dzie­ję, że szko­ła, w któ­rej cię umie­ści­łem, na­uczy­ła cię dys­cy­pli­ny. Masz słu­chać Le­onar­da. On nie jest zbyt by­stry, je­go mat­ka uro­dzi­ła go po czter­dzie­st­ce – do­dał z na­ga­ną. – Dla­te­go jest dziw­ny. Zna się jed­nak na swo­jej pra­cy. Ża­den nie­po­żą­da­ny czło­wiek nie zbli­ży się do cie­bie, gdy on bę­dzie bli­sko.

Sa­lva­to­re wy­raź­nie nim gar­dził, więc po co go za­trud­niał?

– Wy­ta­tu­ował się jak ja­kiś kry­mi­na­li­sta, ale je­go oj­ciec był mo­im to­tum­fac­kim. By­łem za­do­wo­lo­ny z je­go służ­by, lecz syn to mu się nie udał. Nie ma jed­nak lep­sze­go w wal­ce.

– A nie mo­że się mną za­jąć Vi­co? Z nim cho­ciaż moż­na po­roz­ma­wiać i po­żar­to­wać, a Le­onar­do trak­tu­je mnie jak nie­przy­jem­ną pra­cę. Wy­raź­nie mnie nie zno­si.

Vi­co tak­że był pra­cow­ni­kiem ochro­ny, ale miał znacz­nie mil­sze uspo­so­bie­nie. Jak do tej po­ry tyl­ko on i go­spo­sia z ha­cjen­dy trak­to­wa­li mnie jak czło­wie­ka, a nie jak wła­sność Sa­lva­to­re’a, któ­ra nie ma pra­wa gło­su.

– On nie ma cię lu­bić, tyl­ko cię chro­nić. Nie wda­waj się w nie­po­trzeb­ne roz­mo­wy, bo to nie jest czło­wiek na two­im po­zio­mie. Je­go za­da­nie jest ja­sne. Po tym, jak do­pil­nu­je, że­by Ora­zio do­stał nie­ska­zi­tel­ną pan­nę mło­dą, dam mu ja­kąś więk­szą pre­mię i fo­ra ze dwo­ra. Nie zno­szę, jak pa­łę­ta się po mo­im do­mu, ale nie mam wyj­ścia. A ty nie spo­ufa­laj się z pra­cow­ni­ka­mi.

– In­te­re­su­ją cię w ogó­le mo­je uczu­cia?

– In­te­re­su­je mnie two­ja krew, Ma­rio del Cie­lo. Je­steś mo­ją pra­wo­wi­tą spad­ko­bier­czy­nią i masz za­cho­wy­wać się god­nie. Zo­bacz, dziew­czy­no… Przed to­bą są tak wiel­kie moż­li­wo­ści. Nie chcesz przy­nieść chwa­ły swo­je­mu na­zwi­sku?

– Chcę, ale chcia­ła­bym też sa­ma de­cy­do­wać o tym, kto bę­dzie mo­im mę­żem.

– Dziec­ko… Za­uro­cze­nia mi­ja­ją i lu­dzie mę­czą się ze so­bą. Aran­żo­wa­ne mał­żeń­stwa to po­tę­ga, je­śli po­łą­czy się dwie za­cne ro­dzi­ny. Prze­cież two­je dzie­ci mia­ły­by za­pew­nio­ne wszyst­ko, o czym moż­na tyl­ko ma­rzyć. To ja­kie wa­dy ma ten plan?

Żad­nych, je­śli nie mu­si się sy­piać z ja­kimś ob­le­chem, bo zro­bi to ktoś za cie­bie.

Mój stry­jecz­ny dzia­dek miał ar­cha­icz­ne po­glą­dy na świat, to pew­ne. Za­sta­na­wia­łam się na­wet, czy nie jest so­cjo­pa­tą. Sam nie za­ło­żył ro­dzi­ny, a miał naj­wię­cej do po­wie­dze­nia w tym te­ma­cie. Wy­da­je mi się, że czer­pał ja­kąś per­wer­syj­ną przy­jem­ność z rzą­dze­nia in­ny­mi, któ­rzy nie ma­ją wyj­ścia i mu­szą być mu po­słusz­ny­mi. Nie zno­si­łam te­go czło­wie­ka, uwa­żał się za mo­je­go pa­na i wład­cę. Wie­dział, że ma mnie w gar­ści.

By­łam cie­ka­wa, czy Sa­lva­to­re wie, że się ca­ło­wa­łam z dwo­ma chło­pa­ka­mi. To by­ło przy­jem­ne uczu­cie przy­pusz­czać, że zro­bi­łam coś, co nie spodo­ba­ło­by mu się.

Li­czy­łam, że ta­ta szyb­ko sta­nie na no­gi, a ja unik­nę aran­żo­wa­ne­go mał­żeń­stwa.

Tak bar­dzo chcia­ła­bym wró­cić do tań­ca, przez ostat­nie osiem­na­ście mie­się­cy w szko­le ćwi­czy­łam w ukry­ciu, bo sio­stry uwa­ża­ły ta­niec to­wa­rzy­ski za grzesz­ny, jak­by zmó­wi­ły się z Sa­lva­to­rem. Nie tak zo­sta­łam wy­cho­wa­na. Czu­łam ogrom­ne żal, upo­ko­rze­nie i złość. Wie­dzia­łam jed­nak, że mu­szę kon­tro­lo­wać swo­je emo­cje. Cza­sa­mi mia­łam wra­że­nie, że prze­nio­słam się w cza­sie do sie­dem­na­ste­go wie­ku. W ha­cjen­dzie Sa­lva­to­re’a czu­łam się jak wię­zień. Kon­tro­lo­wa­na, oce­nia­na, bez pra­wa gło­su.

Wy­bu­dze­nie ta­ty uszczę­śli­wi­ło mnie na chwi­lę. W mo­ich ma­rze­niach po śpiącz­ce by­ło tak sa­mo jak przed wy­pad­kiem. Przed ta­tą by­ła bar­dzo dłu­ga re­ha­bi­li­ta­cja. Wciąż z tru­dem mó­wił i mu­siał na no­wo na­uczyć się cho­dzić. Na­wet nie chcia­łam so­bie wy­obra­żać, ja­kich środ­ków fi­nan­so­wych bę­dzie to wy­ma­ga­ło. Wi­dzia­łam też, ile ten czas kosz­to­wał ma­mę. Za każ­dym ra­zem, gdy pa­trzy­łam na jej zmę­czo­ną twarz, by­łam wdzięcz­na i jed­no­cze­śnie roz­ża­lo­na, że na­sze ży­cie tak bar­dzo się zmie­ni­ło. Strach, czy ta­ta od­zy­ska peł­ną spraw­ność, rów­nież chwy­tał mnie za ser­ce każ­de­go dnia. Ro­dzi­ce na­uczy­li mnie god­no­ści, a w tym do­mu tra­ci­łam to, co by­ło dla mnie waż­ne – wol­ność wy­bo­ru. Chcia­łam tań­czyć, spo­ty­kać się z przy­ja­ciół­mi, któ­rzy znaj­do­wa­li się set­ki ty­się­cy ki­lo­me­trów ode mnie, chcia­łam spo­ty­kać się z chło­pa­ka­mi, cho­dzić na rand­ki… Tu wszyst­ko by­ło za­bro­nio­ne. Wo­la­łam być so­bą z wol­no­ścią, któ­rej pra­gnę­łam, niż dzie­dzicz­ką, któ­ra ma zo­stać no­bli­wą żo­ną bez pra­wa do wła­snych ma­rzeń. Je­dy­ne, na co zgo­dził się Sa­lva­to­re, to mo­je stu­dia. Mia­łam stu­dio­wać za­rzą­dza­nie, bo Aka­de­mia Tań­ca by­ła dla nie­go rów­no­znacz­na z tań­cem na ru­rze.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Pro­tec­tor St. El­mo's Fi­re

isbn: 978-83-8423-441-9

© Ca­ra M.J. i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt

ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu

wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Aga­ta Do­bosz

ko­rek­ta: An­na Miot­ke

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briu­el Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-ma­il: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.