Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
52 osoby interesują się tą książką
Była córką fortuny. Stała się więźniem własnego nazwiska.
Po wypadku ojca osiemnastoletnia Maria del Cielo Monvivalle wraca z matką do Włoch. Do świata pełnego intryg i wymagań, w którym jej przyszłość została starannie zaplanowana.
Salvatore Monvivalle, właściciel sieci luksusowych hoteli, pokrywa wysokie koszty leczenia jej ojca, a w zamian oczekuje, że Maria podporządkuje się jego zasadom. Dyktuje jej, gdzie ma chodzić do szkoły, w jaki sposób zarabiać pieniądze… i kogo poślubić.
Dziewczyna pragnie czegoś innego, ale wydaje się jej, że dla dobra rodziny jest gotowa na poświęcenia. Do czasu, aż poznaje Leonarda – szefa ochrony z mroczną przeszłością i duszą naznaczoną bliznami.
Na początku między nimi dochodzi jedynie do tarć, ale one w końcu wywołują iskrę.
To Maria pierwsza przekracza granicę, która nigdy nie powinna zostać naruszona. Daje się pochłonąć gorącym pragnieniom, rozpalającym jej umysł i serce. Nie zdaje sobie sprawy, że wywołany przez nią i Leonardo płomień ma szansę przerodzić się w zachłanną pożogę.
A ta może odebrać jej wszystko, co miało zapewnić bezpieczną przyszłość.
W tym rodzinne imperium.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 330
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wszystkie postacie są fikcyjne,
a wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób
lub zdarzeń jest całkowicie przypadkowe.
Sama ceremonia ślubna była krótka. Powiedzieliśmy sobie „tak”, a ja myślałem wtedy o tym, że nie miałbym nic przeciwko, gdyby to wydarzyło się naprawdę. Pocałunek przy wszystkich nie wydawał się nie na miejscu, wręcz przeciwnie, czułem, że tak właśnie powinno być.
Uczta weselna trwała krótko ze względu na stan zdrowia mamy. Tata musiał odwieźć ją do kliniki, gdzie podawali jej leki, których nie mogła zażyć w domu. Na pożegnanie wręczyła swojej synowej naszą rodzinną szkatułkę.
– Kochanie, to dla ciebie i naszej przyszłej wnuczki. Dasz jej to kiedyś i powiesz, że patrzę na nią z nieba. Wiem, że wychowacie ją na wspaniałą dziewczynę. Żałuję tylko, że nie będzie mnie znać, ale opowiesz jej o mnie, prawda? Zawsze chciałam mieć córkę i nazwać ją Lara… Może wam się uda… Zamówiłam dla niej te aniołki.
Wyjęła ze szkatułki jedne z najbardziej dopracowanych okazów złotnictwa – pierścionek z anielskimi skrzydłami i zawieszkę do łańcuszka z tym samym motywem.
Nie wiem, kiedy to zamówiła, ale na pewno nie była to biżuteria, którą można dostać od ręki u jubilera.
Moja kobieta, od teraz już żona, przytulała moją mamę, a łzy płynęły jej po twarzy.
– Myślę, że będziecie mieć parkę, dziewczynkę i chłopca – ciągnęła mama. – Najpiękniejsze dzieci, jakie widział świat. Dla wnuka mam nasz rodzinny sygnet z wytłoczonym nazwiskiem. I nie smućcie się, zakazuję wam tego. Chcę was widzieć potem z góry szczęśliwych, a nie rozpaczających. Ja już się pogodziłam z losem. Przeżyłam siedemdziesiąt jeden lat i wiem jedno: żyjemy po to, by kochać. Kochajcie się dzisiaj, jak robiliście to cały rok pod tym dachem i chyba nie tylko tu – zaśmiała się cicho. – Nigdy nie chciałam was zawstydzić, ale dziesiątki razy przyłapałam was na pocałunkach i wymykaniu się ze swoich sypialni. Zdradzę wam mój sekret. Wiem od samego początku, ale w przeciwieństwie do taty nie chciałam się wtrącać. Mam nadzieję, że byłam dobrą teściową, choć tak krótko, kochanie… Może jeszcze doczekam zdjęć z waszego ślubu… Tak długo czekałam na ten dzień, spełniliście moje największe marzenie. – Uśmiechnęła się czule. – Wiem, że będziesz kochać mojego syna tak, jak na to zasługuje, to dobry chłopak. Nie martw się, moja piękna, będzie cię zawsze szanował i wspierał, wiesz przecież, że jesteś w jego sercu już od dawna… Nie pozwólcie nikomu wejść między was i cieszcie się sobą, bo jesteście najpiękniejszą parą, jaką kiedykolwiek widziałam… Przypilnujcie, proszę, mojego męża, żeby nie był samotny i codziennie brał leki na serce. Niech chodzi też na masaże kręgosłupa, tak bardzo mu pomagają… A teraz zmykajcie już cieszyć się nocą poślubną.
Mrugnęła do nas i pogłaskała mnie po policzku.
Ucałowaliśmy rodziców na pożegnanie, a ja poczułem, jak wszystko przewraca mi się w żołądku. Wiedziałem, jak silną kobietą jest moja matka, ale i tak nie byłem gotowy na te słowa, które niewątpliwie zwiastowały pożegnanie.
Telefon Salvatore’a mnie zaskoczył. Nigdy go nie lubiłem, ale mój ojciec pracował dla niego ponad trzydzieści lat i dzięki tej pracy wiedliśmy wygodne, spokojne życie. Kiedy dorosłem, poszedłem w ślady taty, dołączając do jego zespołu ochrony w firmie Monvivalle. Zresztą chciałem też, żeby mój staruszek odpoczął. Dość późno przyszedłem na świat. Urodziłem się, kiedy rodzice byli już po czterdziestce, a praca dla starego Monvivalle była wymagająca, bo Salvatore miał bzika na punkcie bezpieczeństwa. Zawsze obawiał się najgorszego, co w jego głowie pewnie oznaczało porwanie jego samego. Jednak hotele też musiały mieć ochronę, a to wiązało się z dobrym systemem zabezpieczeń internetowych, który ktoś musiał cały czas nadzorować. Ja jednak różniłem się od ojca. On jako szef ochrony zawsze cenił elegancję, nie rozstawał się z garniturem, a ja zająłem się sztukami walki, więc w opinii starego Salvatore’a byłem prostakiem, bo według niego sport równał się słabej głowie. Nie uważałem się za głupka, chociaż wiedziałem, co szeptał za naszymi plecami senior Monvivalle: że dziecko kobiety, która w dniu porodu miała czterdzieści trzy lata, może być geniuszem lub, nazwijmy to delikatnie, nie być orłem intelektu.
Zważywszy na fakt, że nie lubiłem ludzi, a także na zamiłowanie do sportu, szef taty uważał mnie za tępego osiłka. Płacił nieźle, więc zgadzałem się na chronienie jego tyłka. Trochę szacunku zyskał w moich oczach po tym, jak przyjął swoją synową, która przyleciała po wypadku swojego męża w górach, i zgodził się opłacać kosztowną klinikę synowi. Prawie synowi, bo w sumie nie on spłodził Danila, tylko jego brat bliźniak. Jeśli wierzyć temu, co przeczytałem, to w przypadku konieczności przeprowadzenia badań DNA trudno ustalić, który z bliźniąt jednojajowych jest ojcem, więc chyba dlatego nazywał go zawsze synem.
Wkrótce potem dowiedziałem się, że mam poznać wnuczkę Salvatore’a, a dokładnie zawieźć ją do szkoły, którą dla niej wybrał. Spodziewałam się dziewczynki w wieku adekwatnym do szkoły podstawowej, lecz ona okazała się niemal pełnoletnia. Nie wyglądała jak na swój wiek, to fakt, ale powiedział, że za kilka miesięcy skończy osiemnaście lat.
Nie była w moim typie, chociaż musiałem przyznać, że zapowiadała się dobrze. Nie zwracałem uwagi na nastolatki, lubiłem dojrzalsze kobiety, więc nie skupiałem na dziewczynie większej uwagi. Wyglądała na lekko rozpieszczoną córeczkę tatusia, której nie podoba się, że ktoś – czyli ja – mówi jej, co ma robić. Nie lubiłem takich panienek, które myślały, że mogą wszystko. Maria udawała odważną, ale widziałem, że mój wygląd nieco ją przeraża, a fakt, że kilkugodzinną podróż ma spędzić ze mną sam na sam w samochodzie, nie jest dla niej przyjemny.
Dziewczyna nie wiedziała, co ją czeka. Salvatore zakazał mi mówić, że szkoła, którą dla niej wybrał, to tak naprawdę niemal zakon, a ona miała następny rok lub półtora uczyć się w izolacji od chłopców. Salvatore chciał dopilnować, żeby jego wnuczka pozostała dziewicą do ślubu z synem swojego największego konkurenta na rynku hotelarskim, który dla niej zaplanował. Dziewczyna prawdopodobnie nie wiedziała jeszcze, że wartość kobiety dla starego Monvivalle ogranicza się do rodzenia dzieci, koniecznie z prawego łoża i w młodym wieku. Wprawdzie nie sprzeciwiał się edukacji kobiet, ale podejrzewałem, że zwyczajnie nie chciał wyjść na idiotę. Jego wnuczka miała poznać wszelkie szczegóły swojego nowego życia po zakwaterowaniu w szkole.
Czy można nienawidzić własnego dziadka? W zasadzie to nawet nie jest mój dziadek. Nie rozumiem, dlaczego każe mi tak do siebie mówić, skoro mnie nie znosi. Mój prawdziwy dziadek zmarł. Został jego brat, identyczny jak dziadek, co jest standardem w przypadku bliźniąt jednojajowych, ale na wyglądzie podobieństwa się kończyły.
Salvatore był jak koszmar senny. Mścił się na mnie za to, że mój tata nie wybrał kobiety, którą on mu wybrał. Nie rozumiem, jak można żyć w dwudziestym pierwszym wieku i twierdzić, że jedynie dziewica nadaje się na żonę. Moja mama została wdową już kilka miesięcy po swoim pierwszym ślubie. Nie pochodziła z bogatej rodziny, ale zdobyła wykształcenie. Przyleciała z Polski do Włoch na wymianę studencką i poznała tatę w uczelnianej bibliotece. Jednak według Salvatore’a nie była dobrą partią, a ślub moich rodziców poskutkował tym, że kontakty taty z rodziną stały się rzadkie. Tata nie chciał nawet poprowadzić rodzinnej firmy, tylko został neonatologiem.
W mojej rodzinie pieniądze nigdy nie stanowiły problemu, chociaż na pewno nie byliśmy miliarderami. Wiedziałam, że rodzice mojego taty byli bardzo bogaci, ale poza mieszkaniem, które tata dostał na osiemnaste urodziny – zresztą później je sprzedał – nie korzystaliśmy z jego rodzinnego bogactwa. Nie był to temat tabu, ale czułam, że nie jest to coś, o czym rodzice chcieliby chętnie rozmawiać. Powiedzieli tylko, że tata był zaręczony z kobietą, której nie znał, a ich małżeństwo miało połączyć rodziny i spowodować, że dwa wielkie przedsiębiorstwa się sprzymierzą i staną się niepokonane. Tata nie chciał takiego życia pod dyktando rodziny. Po tym, jak poznał moją mamę, oznajmił swojemu ojcu, że ma inny plan na swoje życie.
Jednak życie potrafi czasami samo coś dodać do scenariusza. W moim napisało powrót do Włoch, gdy do osiemnastki brakowało mi zaledwie kilku miesięcy. Nie przypuszczałam, że los będzie kazał mi wrócić do miejsca, z którego uciekł mój tata.
W najgorszych snach nie przypuszczałam, że tata w wyniku wypadku zapadnie w śpiączkę, a mama zamieszka w przyszpitalnym hotelu, by czuwać nad nim w klinice specjalizującej się w takich przypadkach. Mama oczywiście zwróciła się do rodziny taty o pomoc. Otrzymała ją. Mój stryjeczny dziadek Salvatore opłacał leczenie taty i nalegał na wzięcie mnie pod swoje skrzydła. Mama się zgodziła i ja też, bo wtedy nie przypuszczałam, że on ma wobec mnie tak okropne plany. Ludzie wokół myśleli, że cieszy się z posiadania rodziny, a tak naprawdę byłam mu potrzebna do tego, by połączyć dwie potężne sieci hoteli.
Miał plany, które wymagały ode mnie zmiany całego mojego życia. Salvatore uznał, że skoro nie udało mu się rządzić swoim bratankiem, to swoje oczekiwania przeniesie na mnie.
Był, o dziwo, dość uprzejmy wobec mojej mamy, ale okazało się to grą. Dla niego związek moich rodziców był mezaliansem. Nadmienił mi na osobności, że na miejscu mojego biologicznego dziadka nigdy nie zgodziłby się na ślub syna z młodą wdową, w dodatku pochodzącą z innego kraju. Może moja mama zrobiła na nim jednak dobre wrażenie? Była znakomitą księgową, oddaną matką i żoną, ale wiedziałam, że dla Salvatore’a liczą się jedynie koneksje i właściwe pochodzenie.
Teraz ja miałam się stać idealną kandydatką na żonę dla mężczyzny, którego wybierze mój stryjeczny dziadek. Według niego to wstyd, że dziewczyna, której rodzice mają takie korzenie, nie mówi idealnie po włosku i hiszpańsku. Moja prababcia pochodziła z Hiszpanii, miała nawet wspólne korzenie z rodem królewskim i do tej pory pewne hiszpańskie tradycje były kultywowane we włoskim domu rodziny Monvivalle. Tata wybrał mi imię, którego nie powstydziłaby się żadna kobieta z Hiszpanii. I do tej pory pamiętam, jak opowiadał mi, że jego nana, która pochodziła z Santa Suzanna, zawsze marzyła o córeczce, której dałaby na imię Maria del Cielo. Mnie to imię też się podobało, chociaż tata często żartował, że nie jestem aniołkiem, więc nie wie, czy pasuje do mnie niebiański człon. El cielo w jezyku hiszpańskim oznacza niebo.
Na całej Riwierze Adriatyckiej nikt nie był dumny z mojego płynnego polskiego, bo nikt go tu nie znał. Zaawansowany angielski był atutem już na całym świecie, więc nawet tu w innych warunkach pomagałby w odnalezieniu się, wielu młodych ludzi przyjeżdżało bowiem z Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych na wakacje, do pracy i na studia. Ja jednak nie miałam zbyt wielu okazji do zawiązania nowych znajomości, bo wszędzie jak cień towarzyszył mi ochroniarz. Jego pracą było strzec mnie przed przyjemnościami życia. W dodatku traktował mnie protekcjonalnie, co doprowadzało mnie do szewskiej pasji. W hacjendzie traktowano mnie niemal jak córkę marnotrawną, która musi zasłużyć na szacunek i miłość wszystkich wokół.
Salvatore powiedział, że powinnam zapomnieć o tańcu, który był moją pasją, bo przecież takie umiejętności przystoją ulicznym dziewkom, a nie pannom z dobrego domu. Po moim przyjeździe i poznaniu bliżej stryjecznego dziadka nabrałam pewności, że tym razem spełni swoje marzenie – połączy dwie firmy Monvivalle i Herera w jedno poprzez moje małżeństwo z człowiekiem, który sprzedałby własną matkę, gdyby znalazł w tym interes. Pan Herera powiedział Salvatorowi, że fuzja jest możliwa pod kilkoma warunkami. Mam być „czysta”, jak to określił, a włoski powinnam opanować do perfekcji, tak żeby nikomu nie przyszło wątpić w to, że jestem Włoszką. Nie podobało mu się moje imię, ale na moje nieszczęście uznał, że i tak jestem dobrą partią. W końcu fuzja była też korzystna dla niego.
Orazio Herera mnie obrzydzał. Nie był nieatrakcyjny fizycznie, ale jego usposobienie odrzucało mnie od niego. Był po prostu zepsuty i zdeprawowany, z każdej jego opinii dało się wyczytać, że jest mizoginem. Wizja małżeństwa z takim człowiekiem budziła we mnie lęk i chęć ucieczki, ale tłumaczyłam sobie, że przez kilka lat może się wiele zmienić. Nie chciałam nawet brać pod uwagę faktu, że do tego ślubu naprawdę mogłoby dojść.
Mieszkałam z rodzicami w Polsce i Stanach Zjednoczonych. W obu tych krajach czułam się dobrze. Byłam tam wolna, nikt ze znajomych nie znał nazwiska Monvivalle i nie oczekiwał ode mnie konkretnego zachowania. W Rimini za to stałam się dziedziczką sieci włoskich hoteli, na którą czekały luksusy, ale za cenę utraty wolności. Tu nie mogłam mieć chłopaka, chodzić do publicznej szkoły czy pić wina z koleżankami. Salvatore jasno wyraził swoje warunki dotyczące naprawy naszych więzi, jak to ujął.
Moich dziadków widziałam tylko kilka razy w życiu. Zginęli, jak miałam pięć lat. Oni nie popierali wyboru taty. Chcieli, żebyśmy wrócili do Włoch i żyli zgodnie z ich oczekiwaniami. Tata się na to nie zgodził, ale wiedziałam, że bardzo przeżył ich śmierć. Przyznał, że Salvatore zawsze się wtrącał, a moi dziadkowie traktowali go na równi z wyrocznią, szczególnie dziadek, który powtarzał, że bliźnięta jednojajowe są jak jedna osoba w dwóch ciałach.
Teraz miałam półtora roku, żeby ukończyć katolickie włoskie liceum, żyć w odosobnieniu od chłopców, by nie stracić wymaganej „czystości”, i w lęku, czy Salvatore dalej będzie opłacał leczenie taty pomimo kiepskich prognoz lekarzy. Nie chciałam nawet myśleć o tym, że tata wziął kredyt na rozkręcenie swojej kliniki i nie zdążył go spłacić. Mama nie byłaby w stanie uregulować sama tego długu.
Rodzice byli dla mnie wszystkim i musiałam wytrzymać, bo niczego tak bardzo nie pragnęłam jak tego, żeby tata się obudził. Dopiero teraz dotarło do mnie, że nie ma nic ważniejszego od nich, ale zrozumiałam to w obliczu takiej tragedii. Chciałabym przeprosić tatę za każdy wybryk, za każde nieprzyjemne słowo, za każdą kłótnię. Nie doceniałam tego, co dla mnie robił, jak ciężko pracował. I kłuło mnie w sercu na myśl, że mogło być już za późno na przeprosiny. Obiecałam sobie, że zrobię wszystko, żeby Salvatore nie zrezygnował z opłacania specjalistycznego szpitala tacie, nawet kosztem własnego szczęścia.
Mój stryjeczny dziadek powiedział mi wprost, że jeśli zrobię coś przeciwko niemu, to razem z mamą będziemy musiały same opłacić Clinicę del Risveglio-Awakening, która była najnowocześniejszym ośrodkiem medycznym specjalizującym się w wybudzaniu ludzi ze śpiączki. Wyczuł, że ja się nie przeciwstawię i nie powiem mamie, że jestem zmuszona za kilka lat poślubić mężczyznę, którego się boję i którego sama nigdy bym nie wybrała.
Otworzyłem jej drzwi do samochodu. Początkowo zamierzałem pomóc jej z bagażem, ale w holu usłyszałem, jak w rozmowie z gosposią nazywa mnie „wytatuowanym sługusem Salvatore’a”, więc uznałem, że korona jej z głowy nie spadnie, gdy smarkula przekona się w niemiły sposób, że nie jestem jej sługą.
– Nie pomożesz mi? – zapytała po angielsku, wskazując na dwie walizki.
– Nie – odparłem sucho. – Nie masz służby?
Dziewczyna poczerwieniała.
– Nie mam – odpowiedziała wciąż z rumieńcem na twarzy. – Najwyraźniej niepowalające urodą zarozumiałe nastolatki nie mają tyle szczęścia.
Kurwa. Punkt dla niej, bo najwyraźniej to była jej mała zemsta. Nie wiedziałem, że słyszała moją rozmowę z Raffaellem, który, dowiedziawszy się o moim zleceniu, uznał, że to może być dobra okazja na uwiedzenie młodej dziewczyny. Oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie ujął tego w wulgarnych słowach. Nie cierpię takich żartów, tym bardziej że nie kręcą mnie nastolatki, więc odpowiedziałem mu, że dziewczyna nie powala urodą, a w dodatku jest wyniosła. Wiedziałem, że przy najmniejszym podejrzeniu, że spojrzałem na nią w nieprofesjonalny sposób, Salvatore by mnie zwolnił.
– Wsiadaj – rzuciłem krótko.
Pomimo początkowej chęci zrobienia jej na złość wtaszczyłem za nią na tylne siedzenie walizki, a ona zajęła miejsce obok kierowcy. Podróż nie zapowiadała się przyjemnie. Sądziłem, że jest urażona, a ja czułem się niezręcznie, bo nie chciałem, żeby usłyszała coś takiego. Prawdę mówiąc, pragnąłem wtedy tylko zakończyć rozmowę z Raffaellem, więc powiedziałem to, co było potrzebne, by się zamknął.
Z drugiej strony to nasze prawdopodobnie ostatnie spotkanie, więc nie czułem też dużej potrzeby oczyszczenia atmosfery. Postanowiłem więc nic nie mówić.
Dziewczyna zaczęła mnie obserwować, nie kryjąc urazy. Przyglądała się moim tatuażom, które najwyraźniej uznawała za odpychające, sądząc po spojrzeniu, jakim mnie obdarzyła.
– Kobietom się podobają – stwierdziłem chłodno po włosku, bo dawno nie byłem tak zirytowany.
– Mnie nie – odpowiedziała, patrząc na mnie wyzywająco.
– Ale ty nie jesteś jeszcze kobietą – odparłem natychmiast.
Nie byłem zadowolony z rozwoju tej sytuacji. Wychowałem się w szacunku do kobiet, ale ta dziewczyna od samego początku działała mi na nerwy.
– Salvatore wspominał, że tak wytatuowanych ludzi uważa za debili? – zapytała złośliwie po chwili ciszy.
– Wspominał mi tylko o tym, że dziewczynki w twoim wieku powinny trzymać kolana złączone i zająć się tym, do czego zostały stworzone, czyli do posłuszeństwa. Na twoim miejscu zamiast pyskówkami zająłbym się nauką włoskiego, bo masz koszmarny akcent.
Spojrzała na mnie ze złością, ale tylko zacisnęła usta. Ta podróż zdecydowanie nie należała do przyjemnych. Sam nie wiem, jak do tego doszło, bo to zupełnie nie było potrzebne, ale nie zamierzałem obłaskawiać księżniczki.
Musiałem ją zawieźć do szkoły z internatem, a Soraya czekała na mnie w swoim mieszkaniu. Myślami już tam byłem i nie mogłem się doczekać tego, aż znajdę się w niej. Cały dzień mnie nosiło, a wnuczka Salvatore’a była niemal tak samo wkurwiająca jak on. Sam nie byłem typem przyjemniaczka, ale ta dziewczyna naprawdę potrafiła wytrącić mnie z równowagi już od pierwszego spotkania.
Soraya natomiast stanowiła uosobienie tego, co lubiłem w kobietach. Była wysoka i szczupła, wprawdzie sztuczny biust odbierał jej trochę uroku, ale przy jej sylwetce zapewne naturalne piersi musiały być bardzo małe. Nie przeszkadzały mi w sumie takie poprawki. Najważniejsze dla mnie było to, że lubiła seks i nie oczekiwała nadskakiwania, jak dziewczyny w moim wieku. Sama była już po trzydziestce i zależało jej na dobrej zabawie, co mi pasowało. Moja kochanka miała dziesięcioletniego syna i duże alimenty. Widać do szczęścia potrzebowała tylko pieprzenia, które mogłem jej zapewnić.
Mojemu tacie nie podobał się ten związek, jak i wszystkie moje poprzednie, bo liczył na to, że wkrótce się ożenię i będzie mógł z mamą cieszyć się wnukami. W sumie rozumiałem go. Był już na emeryturze od dobrych kilku lat. Sam dorastał w nieco innych realiach i mój kawalerski stan był dla niego trudny do przełknięcia. Ja nie zamierzałem się ustatkowywać. Pasowało mi takie życie, jakie wiodłem. Jedyne, co chciałem zmienić, to pracę. Nie zamierzałem pracować całe życie dla Salvatore’a Monvivalle tak jak mój tata. Pragnąłem mieć coś własnego i do tego dążyłem. Rodzice chcieli mnie wspomóc finansowo, ale odmówiłem.
Chciałem, żeby pieniądze na rozruch mojego własnego biznesu były w stu procentach moje. W razie gdyby coś nie wyszło, nie czułbym wyrzutów sumienia, że zmarnowałem ich oszczędności.
Co za prostak. Nigdy nie spotkałam tak nieprzyjemnego mężczyzny. Jego oczy były niemal czarne, a skóra pokryta tatuażami, które prześwitywały przez koszulę. Miał nawet wytatuowany znak na dłoni. Był tak wysoki, że musiałam podnosić głowę, żeby nasze oczy się spotkały. Gdybym zobaczyła go, wracając do domu w nocy, zaczęłabym biec w przeciwnym kierunku. Wzbudzał we mnie coś, czego nie potrafiłam nazwać; coś na kształt obawy i zainteresowania. W jakimś stopniu był atrakcyjny, ale była to brutalna atrakcyjność dla fetyszystek niegrzecznych chłopców.
Jego barki wyglądały nienaturalnie, wręcz groteskowo. Czasami śmiałam się w myślach, gdy przypominałam sobie opis Tengela z Sagi o Ludziach Lodu1, którą czytałam kilka lat temu. Leonardo wyglądał, jakby był w połowie człowiekiem, a w połowie czymś nienaturalnym. Jego wyraz twarzy zawsze wydawał się zblazowany. Nie mówił dużo, jakby unikał ludzi. Gdy po raz pierwszy spojrzał na mnie, poczułam się jak ktoś niemile widziany w danym gronie, jak problem, z którym nie wiadomo, co zrobić.
W hacjendzie Salvatore’a traktowano mnie, jakbym miała pięć lat. Nie mogłam niczego zrobić bez zgody gospodarza. Jego pracownicy odnosili się do mnie chłodno. Nie wiem, czy na jego polecenie, czy zwyczajnie byłam w ich opinii niesympatyczna lub raził ich mój akcent. Za każdym razem, gdy o coś pytałam, czułam, że nikt nie chce ze mną rozmawiać, że mnie nie lubią. Usłyszałam raz rozmowę Leonarda z Raffaellem, jednym z ochroniarzy. Nazwał mnie nieurodziwą czy coś takiego. Tak się zdenerwowałam, że nie byłam w stanie zrozumieć wszystkiego. Najlepiej znałam polski i angielski, w końcu mieszkałam z rodzicami w Chicago. Oczywiście rozumiałam bardzo dużo po włosku i hiszpańsku, ale do perfekcji trochę mi brakowało. Moja uroda była najpewniej mieszanką wszystkich tych trzech opcji narodowościowych, bo takie były moje korzenie, ale w Hiszpanii i we Włoszech wyróżniały mnie włosy. Nie, żeby były piękne, oj nie, ale nie były czarne. Opisałabym je jako brązowe, choć latem zawsze miałam dużo jasnych refleksów od słońca. Moje oczy nie były piwne, jak u taty, tylko zielone, jak u mamy, tyle że z bursztynowymi plamkami.
Kiedy tylko mogłam, trenowałam taniec, ale nie było to łatwe, bo do dyspozycji miałam tylko swój pokój. Treningi musiały odbywać się wyłącznie wtedy, kiedy byłam sama. W posiadłości Monvivalle prawie zawsze panowała cisza. Głośna muzyka nie była mile widziana. Co więcej, ja sama chyba nie byłam tu mile widziana. Czułam ciekawskie spojrzenia pracowników i jak dotąd tylko jedna gosposia okazywała mi życzliwość. Reszta traktowała mnie jak niechcianego gościa.
Bałam się, czy Salvatore nie zmieni zdania co do opłacania kliniki taty. Mamy i mnie nie było na nią stać. Nie chciałam też tej szkoły z internatem, ale nie miałam wyjścia. Liczyłam tylko, że będzie tam znośnie.
Gdy dojechaliśmy na miejsce, poczułam nieprzyjemne ssanie w żołądku. Ogrodzenie przypominało mur więzienny. Zerknęłam na Leonarda – jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Zaparkował na wyznaczonym miejscu i bez słowa wyjął moje walizki.
Drzwi otworzyła zakonnica, która wyglądała na kogoś, kto zarządza tą placówką.
– Siostra przełożona Loretta, szczęść Boże – przywitała się i spojrzała na nas uważnie.
– Dzień dobry – odpowiedział po włosku. – To Maria del Cielo Monvivalle. – Wskazał na mnie.
– Pan jest jej opiekunem? – zapytała zakonnica.
– Można tak powiedzieć.
Zachowywali się, jakbym była małym dzieckiem bez prawa głosu.
– To proszę tu podpisać formularz. Może chce się pan pożegnać z…
– Siostrą – wtrącił szybko Leonardo.
Zamurowało mnie. Co za tupet.
– Bardzo dobrze, zaprowadzę was do pokoju panienki i dam wam chwilę na pożegnanie. Wizyty w naszej szkole możliwe są raz na dwa tygodnie.
Zaczęła prowadzić nas po schodach w kierunku skrzydła, w którym zapewne znajdowało się coś w rodzaju dormitorium.
Otworzyła drzwi do niedużego pomieszczenia, gdzie zobaczyłam jedynie łóżko, niewielką komodę, biurko i stolik z dwoma fotelami.
– Zostawię was na chwilkę. O dwunastej rozpoczynamy obiad, Mario – powiedziała siostra.
Leonardo postawił w kącie walizki, a gdy byliśmy już sami, wyjął niewielkie pudełko i mi je podał.
– To telefon, schowaj go gdzieś. Twój dziadek o nim nie wie. Nie rób nic głupiego. Masz wpisany mój numer – rzucił sucho.
– Po co miałabym dzwonić do ciebie? – zapytałam ze złością.
– Pomimo tego, że zachowujesz się jak rozpuszczona smarkula, nie chciałem cię zostawiać samej sobie. Nie jestem zwolennikiem takiej dyscypliny w szkole. Tu panuje fanatyzm, a nie wiara. Mimo wszystko szkoda mi ciebie.
– Uważaj, bo ci uwierzę! Jesteś takim samym mizoginem jak Salvatore.
– Nie porównuj mnie do niego. Nigdy nie posłałbym żadnej bliskiej mi dziewczyny do takiej szkoły. Uważam, że są spore różnice w psychice kobiet i mężczyzn, ale twój dziadek żyje mentalnie w średniowieczu.
– A ty mu w tym pomagasz – oskarżyłam go poirytowanym głosem. – Do czego sprowadza się twoja praca? Do pilnowania mojej cnoty? To jest chore.
Rozgniewałam go nie na żarty.
– Czy ktoś przyciągnął cię tu na łańcuchu? Sama zgodziłaś się na rolę dziewiczej dziedziczki… Nie martw się, pewnie staruszek finalnie wynagrodzi ci to finansowo.
– Nic o mnie nie wiesz, więc się nie wymądrzaj. To ty i on patrzycie na kobiety przez pryzmat dziewictwa.
– I tu się mylisz, Maria. Wartość człowieka, niezależnie od jego płci, nie sprowadza się do cnoty czy też jej braku. Tak myślą ograniczeni ludzie.
– Czyli twój szef.
– Ja tylko dla niego pracuję. Ty jesteś jego rodziną.
– Nie znoszę was obu i przewraca mi się w żołądku na myśl, że próbujesz zgrywać takiego nowoczesnego gentlemana, a jednocześnie zamykasz mnie w tej klatce.
– Masz wybór, dzieciaku. Tylko chcesz zwalić winę na kogoś innego. Gdyby Salvatore nie wybrał cię na swoją dziedziczkę, nie umieściłby cię tutaj. Ja mimo wszystko staram się ci jakoś pomóc, co, jak widzę, bardzo doceniasz – dodał z wyraźnym sarkazmem.
Spojrzał na mnie z nieskrywaną irytacją, po czym wyszedł bez słowa.
***
Szkoła wyglądała jak klasztor – i w gruncie rzeczy nim była. Kamienne mury, wysokie sufity, zapach kadzidła i starych ksiąg, wszechobecna cisza.
Zakonnice mówiły, że ciało to narzędzie grzechu, dlatego wymagały skromnego stroju, który przypominał habit.
Spałam w pokoju, który wyglądał jak cela. Ćwiczyłam włoski, jak kazał Salvatore, powtarzając zdania do pustej ściany, bo nie miałam do kogo mówić. Oficjalnie nawet telefony były zabronione. Jedynym mostem ze światem był Leonardo, który z nieznanych powodów starał się odrobinę mi pomóc. Dzięki niemu mogłam chociaż po kryjomu korzystać z internetu w telefonie, ale miałam świadomość, że monitorował każdy mój ruch, więc moja swoboda w sieci też była ograniczona.
Nie miałam tu ani jednej przyjaciółki. Nie byłam stworzona do szeptania wieczorami w pościeli ani do wspólnego różańca. Odliczałam tylko dni do końca mojego wyroku w tej szkole, która była dla mnie więzieniem.
Tydzień później dostałam od niego wiadomość MMS – zdjęcia Marcela, mojego prawdopodobnie już byłego chłopaka, z naszą koleżanką Sandrą. Na wszystkich wyglądali na zakochanych. Na tym, które przyszło jako pierwsze, Sandra siedziała mu okrakiem na kolanach, a on wkładał język do jej ucha. Na drugim, które zrobiono chyba innego dnia, sądząc po ich ubraniach, byli razem na zakupach w galerii handlowej i trzymali się za ręce. Trzecie, ostatnie, przedstawiało ich pod naszą szkołą, wychodzili razem z samochodu.
Zaczęły trząść mi się ręce. Te kilka miesięcy tak wiele mi odebrały – wolność, zdrowie taty i Marcela. Dlaczego on mi to zrobił? I jak Leonardo się o tym dowiedział? Na niego też byłam wściekła. Jak on śmiał? I po co to zrobił? Przecież i tak Marcel by tu nie przyjechał. Najwyraźniej chciał mi pokazać, że zostałam sama.
Odpisałam: „Odpieprz się ode mnie”. Chwilę później przyszła odpowiedź: „Za minutę wyjdź gdzieś, gdzie nikt cię nie usłyszy, zadzwonię”. Chwyciłam za telefon i pobiegłam do toalety. Gdy usłyszałam dzwonek, odkręciłam kran, żeby szum wody zagłuszał rozmowę. Leonardo nie przywitał się, tylko od razu powiedział:
– Na twoim miejscu odzywałbym się grzeczniej. Salvatore nie wie, że jego biały łabędź skrywa też ciemne pióra. Nie martw się, nie powiedziałem mu, że nie jesteś tak absolutnie niewinna.
– Zamknij się – wysyczałam. – Skąd masz te zdjęcia?
– Od detektywa. Salvatore chciał się czegoś dowiedzieć o tobie z neutralnego źrodła.
– I nie boi się już o moją cnotę lub jej brak?
– Nie. Na twoje szczęście ten dzieciak był rozmowny. Nie powiedziałem twojemu dziadkowi, że się całowaliście.
– Wiesz co? Nie dość, że twój wygląd wzbudza strach i odruch ucieczki, to właśnie się okazało, że twój charakter jest jeszcze gorszy. Jesteś jak cała reszta sługusów Salvatore’a, nie interesuje cię nic innego poza czubkiem własnego nosa.
– Życzę ci miłego semestru, Cielo – odparł, akcentując drugą część mojego imienia.
Wyczułam ironię i z bezsilności zaczęłam chodzić po łazience.
1 W powieści Margit Sandemo szerokie ramiona Tengela zabiły jego matkę przy porodzie.
Moje osiemnaste urodziny spędziłam na przepustce. Leonardo przywiózł do mnie moją mamę. Nie była zadowolona ze szkoły, którą wybrał dla mnie Salvatore. Ja też nie. Miałam pewność, że zrobił to tylko dlatego, żeby upewnić się, że nikogo tu nie poznam.
Pojechaliśmy na weekend do hotelu, w którym został też Leonardo. Mimo wszystko starałam się go tolerować. Sam z siebie dał mi telefon, żebym nie czuła się tu taka samotna, co na pewno spotkałoby się z dużą krytyką jego szefa. Dzięki temu mogłam rozmawiać z rodzicami, kiedy chciałam, i nie uciekłam głównie dlatego, że każde słowo od mamy dawało mi nadzieję.
– Cielo, skarbie, wytrzymasz tutaj? Jest mi trudno z myślą, że nie mam cię przy sobie, ale musisz się uczyć, a klinika też nie napełnia optymizmem – powiedziała ze smutkiem mama.
– Rozumiem, mamusiu. Nie jest tak źle – skłamałam szybko. – Przynajmniej uczę się bez rozpraszaczy.
Mama pokiwała głową, ale czułam, że mi nie uwierzyła.
– Salvatore powiedział, że jeśli opanuję włoski tak, żeby mówić bez akcentu, to pomyśli o tym, żebym to ja kiedyś przejęła firmę Monvivalle.
– Porzuciłabyś taniec dla pracy biurowej? – zapytała mama.
Nie chciałam jej mówić, że już nie wolno mi trenować, bo siostry zakonne uważają taniec towarzyski za „nieprzyzwoity” dla młodych dam.
– Mamuś, nie będę tancerką całe życie. Teraz całkowicie pochłania mnie szkoła – skłamałam.
– Ten młody człowiek… Leonardo przysiągł mi, że będziesz bezpieczna. Proszę, nie szukaj kłopotów.
Mama była oczywiście w niezbyt dobrej formie psychicznej. Permanentny stres nie sprzyjał odprężeniu. Nie mogłam zrozumieć, jakim cudem mój ochroniarz przekonał ją do siebie. Może nie lubił tylko mnie? Może na widok mojej mamy nie miał tak skwaszonej miny, jak wtedy, gdy przebywał ze mną.
Wspólny weekend minął nam szybko i tylko pogorszył mój nastrój, bo tak bardzo tęskniłam za wolnością, a powrót do szkoły oznaczał dla mnie wyłącznie ograniczenia. Zasad było mnóstwo, wśród nich całkowity zakaz wszystkiego, co wiązało się z przyjemnościami – nie mogłam tańczyć, korzystać z tabletu, kontaktować się z bliskimi poza wyznaczonymi godzinami. Siostry nie zezwalały nawet na makijaż, bo według nich był oznaką próżności, która tylko oddalała od Boga. Musiałam nawet nosić spódnice midi, żeby nie widziały, że mam wydepilowane nogi, bo na takie ingerencje w naturę też nie zezwalały. Moje koleżanki zachowywały się jak zakonnice. Część z nich naprawdę chciała zostać w klasztorze. Zagryzałam zęby i myślałam o tym, że muszę to przecierpieć i liczyć, że tata się obudzi.
To marzenie się spełniło czternaście miesięcy po moich osiemnastych urodzinach. Dostałam przepustkę na trzydniowy wyjazd, bo tata naprawdę się obudził. Byłam tak podekscytowana, że nie mogłam usiedzieć w miejscu. Nagle życie znowu było piękne, jakbym sama obudziła się z koszmaru. Humoru nie popsuł mi nawet widok Leonarda czekającego przy samochodzie i zachowującego się, jakby znalazł się tu za karę. Postanowiłam nie zwracać większej uwagi na jego humory. Liczyło się jedynie to, że zaraz porozmawiam z tatą.
Dwie godziny później byliśmy już przed drzwiami kliniki. Wbiegłam tam szybko, a mama przytuliła mnie i poprowadziła do sali, w której leżał tata. Zamarłam, bo takiego widoku się nie spodziewałam. Tata dalej był podłączony do różnych aparatur. Wyglądał słabo, jak cień dawnego siebie, ale był przytomny. Spojrzał na mnie z wyraźnym wzruszeniem, a ja złapałam go za rękę i ucałowałam jego dłoń. Łzy płynęły mi po policzkach.
– Tatusiu – wyszeptałam – tak się cieszę, że się obudziłeś.
Tata ścisnął moją dłoń. Widać było, że stracił wiele mięśni, a tyle miesięcy w śpiączce zabrało mu sporą część sprawności.
– Lekarze mówią, że pół roku intensywnej rehabilitacji powinno wystarczyć tacie na powrót do dobrej kondycji – powiedziała mama, która również nie kryła wzruszenia.
Tata nie był w stanie wydobyć z siebie całego zdania, ale wyszeptał:
– Cielo.
Łzy stanęły mi w oczach.
– Nie martw się, tatku. Wszystko będzie dobrze. Lekarze szybko postawią cię na nogi. Najważniejsze, że się obudziłeś.
– Tak – odparł słabo i uścisnął moją dłoń.
Łzy szczęścia i wzruszenia płynęły mi po twarzy.
– Kochanie, wygodnie ci? Poprawić ci poduszkę? – zapytała mama.
Tata pokręcił głową.
A ja? Na pewno nie spodziewałam się, że przed tatą jeszcze długa droga do pełni zdrowia. Według dokumentacji medycznej miał spore zaniki pamięci, utracił sporą część masy mięśniowej i wymagał kilkugodzinnej rehabilitacji każdego dnia oraz licznych spotkań z psychologiem i neurologiem, którzy mieli mu pomóc uporać się z lukami w pamięci. To się wiązało ze sporymi kosztami, więc nadzieja na uwolnienie się spod wpływu Salvatore’a zgasła. Gdy tata usnął, mama powiedziała, że Salvatore zaprasza mnie do swojej hacjendy, a gdy tata poczuje się lepiej, to rodzice dołączą do mnie. Moja niewola w klasztornej szkole dobiegła zatem końca. Nie wiedziałam jednak, że w wieku dziewiętnastu lat nadal będę traktowana jak małe dziecko i pilnowana na każdym kroku. Na opiekuna Salvatore wyznaczył Leaonarda. Ten miał mnie chronić, ale wiedziałam, że mój stryjeczny dziadek chce tak naprawdę mieć pewność, że nie zrobię niczego, co mogłoby spowodować jego niezadowolenie lub narazić nas na nieprzyjemne plotki. Reputacja była dla niego wszystkim.
Po tym, jak rozpakowaliśmy rzeczy, Salvatore wezwał mnie do swojego gabinetu.
– Jeśli sprzeciwisz się małżeństwu z Oraziem, przestanę płacić za rehabilitację twojego ojca, a jak widzisz, nie wiemy, czy w rok odzyska sprawność – oznajmił surowo. – Herera chce ogłosić wasze zaręczyny w dniu twoich dwudziestych pierwszych urodzin, więc radzę ci udawać zakochaną, bo jeśli twoja matka lub twój ojciec przyjdą do mnie z pretensjami z powodu twojego zamążpójścia, to ja przestanę fundować wam to wygodne życie, które macie dzięki mnie. Zrozumiano?
Przytaknęłam. Nie chciałam denerwować rodziców. Tata wciąż był w kiepskim stanie.
– Co więcej – kontynuował mój stryjeczny dziadek – pójdziesz do ginekologa, który potwierdzi twoją czystość.
Nie wiedziałam, czy mówił poważnie, czy tylko chciał mnie przestraszyć.
– Co? – zapytałam zszokowana. – Myślę, że nawet sto lat temu nie było takich wymogów.
– Orazio nie będzie kupował kota w worku – stwierdził Salvatore, patrząc na mnie zimnym wzrokiem. – Żyłaś do tej pory wśród pospólstwa, gdzie nie było żadnych zasad. Należysz do rodziny z arystokratycznymi korzeniami, a nie do puszczalskich kobiet, które są tak głupie, że rodzą bachory w związkach bez ślubu i jeszcze się cieszą. Pamiętaj, kto raz zejdzie ze śliskiej drogi cnoty, już na nią nie wróci i będzie tylko szedł dalej na moralne dno. Moja wnuczka nie będzie sypiać z nikim poza mężem, a Leonardo dopilnuje, żebyś nie zrobiła niczego głupiego. Od tej chwili nigdzie nie wolno ci wychodzić samej. Zresztą mam nadzieję, że szkoła, w której cię umieściłem, nauczyła cię dyscypliny. Masz słuchać Leonarda. On nie jest zbyt bystry, jego matka urodziła go po czterdziestce – dodał z naganą. – Dlatego jest dziwny. Zna się jednak na swojej pracy. Żaden niepożądany człowiek nie zbliży się do ciebie, gdy on będzie blisko.
Salvatore wyraźnie nim gardził, więc po co go zatrudniał?
– Wytatuował się jak jakiś kryminalista, ale jego ojciec był moim totumfackim. Byłem zadowolony z jego służby, lecz syn to mu się nie udał. Nie ma jednak lepszego w walce.
– A nie może się mną zająć Vico? Z nim chociaż można porozmawiać i pożartować, a Leonardo traktuje mnie jak nieprzyjemną pracę. Wyraźnie mnie nie znosi.
Vico także był pracownikiem ochrony, ale miał znacznie milsze usposobienie. Jak do tej pory tylko on i gosposia z hacjendy traktowali mnie jak człowieka, a nie jak własność Salvatore’a, która nie ma prawa głosu.
– On nie ma cię lubić, tylko cię chronić. Nie wdawaj się w niepotrzebne rozmowy, bo to nie jest człowiek na twoim poziomie. Jego zadanie jest jasne. Po tym, jak dopilnuje, żeby Orazio dostał nieskazitelną pannę młodą, dam mu jakąś większą premię i fora ze dwora. Nie znoszę, jak pałęta się po moim domu, ale nie mam wyjścia. A ty nie spoufalaj się z pracownikami.
– Interesują cię w ogóle moje uczucia?
– Interesuje mnie twoja krew, Mario del Cielo. Jesteś moją prawowitą spadkobierczynią i masz zachowywać się godnie. Zobacz, dziewczyno… Przed tobą są tak wielkie możliwości. Nie chcesz przynieść chwały swojemu nazwisku?
– Chcę, ale chciałabym też sama decydować o tym, kto będzie moim mężem.
– Dziecko… Zauroczenia mijają i ludzie męczą się ze sobą. Aranżowane małżeństwa to potęga, jeśli połączy się dwie zacne rodziny. Przecież twoje dzieci miałyby zapewnione wszystko, o czym można tylko marzyć. To jakie wady ma ten plan?
Żadnych, jeśli nie musi się sypiać z jakimś oblechem, bo zrobi to ktoś za ciebie.
Mój stryjeczny dziadek miał archaiczne poglądy na świat, to pewne. Zastanawiałam się nawet, czy nie jest socjopatą. Sam nie założył rodziny, a miał najwięcej do powiedzenia w tym temacie. Wydaje mi się, że czerpał jakąś perwersyjną przyjemność z rządzenia innymi, którzy nie mają wyjścia i muszą być mu posłusznymi. Nie znosiłam tego człowieka, uważał się za mojego pana i władcę. Wiedział, że ma mnie w garści.
Byłam ciekawa, czy Salvatore wie, że się całowałam z dwoma chłopakami. To było przyjemne uczucie przypuszczać, że zrobiłam coś, co nie spodobałoby mu się.
Liczyłam, że tata szybko stanie na nogi, a ja uniknę aranżowanego małżeństwa.
Tak bardzo chciałabym wrócić do tańca, przez ostatnie osiemnaście miesięcy w szkole ćwiczyłam w ukryciu, bo siostry uważały taniec towarzyski za grzeszny, jakby zmówiły się z Salvatorem. Nie tak zostałam wychowana. Czułam ogromne żal, upokorzenie i złość. Wiedziałam jednak, że muszę kontrolować swoje emocje. Czasami miałam wrażenie, że przeniosłam się w czasie do siedemnastego wieku. W hacjendzie Salvatore’a czułam się jak więzień. Kontrolowana, oceniana, bez prawa głosu.
Wybudzenie taty uszczęśliwiło mnie na chwilę. W moich marzeniach po śpiączce było tak samo jak przed wypadkiem. Przed tatą była bardzo długa rehabilitacja. Wciąż z trudem mówił i musiał na nowo nauczyć się chodzić. Nawet nie chciałam sobie wyobrażać, jakich środków finansowych będzie to wymagało. Widziałam też, ile ten czas kosztował mamę. Za każdym razem, gdy patrzyłam na jej zmęczoną twarz, byłam wdzięczna i jednocześnie rozżalona, że nasze życie tak bardzo się zmieniło. Strach, czy tata odzyska pełną sprawność, również chwytał mnie za serce każdego dnia. Rodzice nauczyli mnie godności, a w tym domu traciłam to, co było dla mnie ważne – wolność wyboru. Chciałam tańczyć, spotykać się z przyjaciółmi, którzy znajdowali się setki tysięcy kilometrów ode mnie, chciałam spotykać się z chłopakami, chodzić na randki… Tu wszystko było zabronione. Wolałam być sobą z wolnością, której pragnęłam, niż dziedziczką, która ma zostać nobliwą żoną bez prawa do własnych marzeń. Jedyne, na co zgodził się Salvatore, to moje studia. Miałam studiować zarządzanie, bo Akademia Tańca była dla niego równoznaczna z tańcem na rurze.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Protector St. Elmo's Fire
isbn: 978-83-8423-441-9
© Cara M.J. i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt
jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu
wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Agata Dobosz
korekta: Anna Miotke
okładka: Oliwia Błaszczyk
konwersja e-booka: Gabriuel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
