Prawo ciała - Maja Adamik - ebook
NOWOŚĆ

Prawo ciała ebook

Maja Adamik

4,1

122 osoby interesują się tą książką

Opis

A wąż był bardziej przebiegły niż wszystkie zwierzęta lądowe, które Bóg stworzył…

Młoda prawniczka, Anastazja Zamojska, rozpoczyna pracę na jednej z warszawskich uczelni. Pogodzona z dramatyczną przeszłością, próbuje na nowo ułożyć swoje życie. Tymczasem mecenas Igor Wysocki, czołowy adwokat prestiżowej kancelarii, przejmuje sprawę brutalnych morderstw i podejmuje się obrony człowieka, który prawdopodobnie jest ich sprawcą.

Na ciałach zgwałconych ofiar zabójca pozostawia złowieszczy znak, a wszelkie ślady zbrodni umiejętnie zaciera. Okazuje się, że wiedza Anastazji może ułatwić Wysockiemu stworzenie skutecznej linii obrony. Jednak im głębiej oboje wnikają w sprawę, tym wyraźniej dostrzegają, że tropy prowadzą nie tylko do zwyrodniałego umysłu, ale i do wypaczonej wiary…
Czy kobieta, która od lat nosi na ciele i w sercu blizny, zdoła zmierzyć się z przeszłością i wziąć udział w niebezpiecznej grze mordercy?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 369

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (8 ocen)
5
1
0
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
KenzoCzarny

Dobrze spędzony czas

Dobra ! 👍
00
Ajtra

Nie oderwiesz się od lektury

Fascynująca, lekko przewidywalna ale nic to jej nie ujmuje.
00
Kasipa

Z braku laku…

To romans a nie kryminał
00
KatarzynaK89

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna, polecam. Udany debiut 😉
00
KangurLucky

Z braku laku…

nie dokończyłam- straszne dłużyzny, fabuła nie zaskakuje, powielane pomysły
00



Maja Adamik

Prawo ciała

Nemo iudex in causa sua

Prolog

Katowice, 2012

Nie zważając na szturchające mnie ramiona, starałam się przeć do przodu. Błyskające różnokolorowe światła utrudniały mi odnalezienie drogi do wyjścia, więc gdy w końcu dotarłam do schodów, odetchnęłam z ulgą. Obraz przed moimi oczami zawirował. Stawiałam kroki na oślep, chybocząc się na prawo i lewo.

Byłam tutaj po raz pierwszy. Przywiózł nas brat mojej przyjaciółki, zapewniając wcześniej, że zna tutejszych ochroniarzy i wejdziemy do klubu bez problemu, mimo że jeszcze nie byłyśmy pełnoletnie. Przyjechałyśmy z nim i jego kolegą, jednak zostawili nas, gdy tylko weszłyśmy do środka.

Pierwszy raz robiłam coś tak pokręconego, jednak po kilku drinkach zaczęłam tracić świadomość potencjalnych konsekwencji. Wizję skończenia na najbliższym komisariacie zastąpiło jedynie poczucie ekscytacji.

Musiałam przyznać, że kompletnie straciłam poczucie czasu. W tym momencie chciałam jedynie przepchnąć się przez tarasującą mi drogę masę spoconych ciał i zaczerpnąć świeżego powietrza. Chwiejnymi krokami dotarłam do pierwszych lepszych drzwi, mając nadzieję, że prowadzą na zewnątrz. Przeszłam przez zadymiony i śmierdzący papierosami korytarz i pchnęłam ciężkie wrota. Chłodne powietrzne uderzyło mnie w twarz, fundując uczucie nieopisanej ulgi.

Odeszłam kilka kroków od wejścia i oparłam się o ścianę. Wokół kręciło się zaledwie kilka osób. Nie było to główne wyjście na zewnątrz, a jedynie boczne, znajdujące się pomiędzy wysokimi budynkami w jednej z dzielnic miasta, w którym czułam się dziś nad wyraz dobrze.

Nie sądziłam, że przed skończeniem szkoły uda mi się tutaj dostać. W zasadzie każde wyrwanie się z domu traktowałam jak dar od Boga. Mieszkałam przecież daleko od centrum, gdzie wszystko było nudne, wyblakłe i pozbawione życia. Wciąż ci sami ludzie, problemy i miejsca. Jedynie twarze mieszkających tam dziesiątki lat ludzi starzały się i jako jedyne udowadniały, że czas płynie tam jak w każdym innym miejscu. Marzyłam, by w końcu wyjechać, i wiedziałam, że zrobię to od razu, gdy tylko skończę liceum. Najlepszy byłby odległy koniec świata, oddalony najbardziej jak to tylko możliwe.

Z uwagi na krążący w moich żyłach alkohol zatraciłam się we własnych, mało składnych myślach. Dopiero po kilku długich sekundach zauważyłam, że tuż obok mnie o ścianę oparł się wysoki mężczyzna. Zaczął mi się przyglądać z taką intensywnością, jakby treść tego, co myślę, wyświetlała się na moim czole.

– Dobrze się bawisz? – spytał, a ja dopiero wtedy rozpoznałam w nim Pawła. Przyjechałam tu z Gosią, jej bratem i właśnie z nim.

– Myślałam, że wyszedłeś, gdy tylko wpuścili nas przez bramki. – Usłyszałam własny bełkot, przez co lekko zachichotałam. Ciężko było mi składać sensowne zdania, co z jakiegoś powodu było niesamowicie zabawne.

– Jestem cały czas obok. W końcu ktoś musi was pilnować.

Wciąż czułam na sobie jego wzrok, więc ponownie na niego spojrzałam. Oczy, które były głęboko osadzone na jego pociągłej twarzy, miały niemal nienaturalny, błękitny odcień. Był całkiem przystojny, jednak kolor jego tęczówek był przerażający.

Spotkaliśmy się już kilka razy i wiedziałam, że mu się podobam. Często dawał mi ku temu znaki i wypytywał o mnie Gośkę. Był starszy i nieco onieśmielający. Czekałam na rozwój wydarzeń, nie chcąc wychodzić przed szereg. Mogłoby się jeszcze okazać, że to wszystko to tylko kiepski wytwór mojej wyobraźni.

– Wracamy do środka? – spytałam.

– Myślałem, że kręci ci się w głowie.

– Już mi lepiej – odparłam zgodnie z prawdą i postawiłam kilka kroków w stronę wejścia do klubu.

Nagle jego wzrok skierował się na coś za moimi plecami.

– Widziałaś to? – spytał podniesionym głosem.

– Co? – Odwróciłam się raptownie, przez co znów poczułam lekki zawrót głowy.

Próbowałam wypatrzeć cokolwiek w miejscu, w które wskazywał palcem. Było tam jednak za ciemno, bym mogła coś dostrzec, tym bardziej że nie miałam swoich okularów.

– Anastazja, Paweł!

Po kilku dłużących się sekundach rozpoznałam głos Marka. Co prawda nie widziałam jego twarzy, ale po zlustrowaniu sylwetki machającej do nas postaci upewniłam się, że to faktycznie brat mojej przyjaciółki.

– Coś się stało? – spytałam bardziej siebie niż Pawła.

– Nie wiem, ale przed chwilą widziałem też Gośkę. Stała za rogiem – obwieścił pewnie i ruszył w tamtą stronę.

Natychmiast oprzytomniałam. Ton jego głosu był przerażający. Popędziłam za nim, kompletnie się nad tym nie zastanawiając, a myśli i scenariusze zaczęły się mnożyć i krążyć w mojej głowie.

W którymś momencie Paweł złapał mnie za rękę. Po kilku sekundach biegu moim oczom ukazał się zaułek, w którym stały wielkie kontenery na śmieci. Miejsce było brudne, zaniedbane.

– Gosia? Marek? – zawołałam w przestrzeń.

Nikt mi nie odpowiedział.

– Tam dalej można przejść. – Paweł ruszył w stronę końca uliczki.

Skręciliśmy w lewo, a naszym oczom ukazały się śmietniki jeszcze brudniejsze niż poprzednie, których wieka nie domykały się z uwagi na powpychane na siłę śmierdzące worki.

– Gosia? – powtórzyłam, jednak już bez przekonania. – Paweł, tutaj nikogo…

Nie zdołałam dokończyć zdania. Na moich ustach zacisnęła się gorąca męska dłoń.

Zostałam pchnięta w stronę jednego z koszy, boleśnie uderzając o niego plecami. Przede mną wyrosła sylwetka mężczyzny, którego ślepia nie były już jedynie nienaturalne, a upiorne i nieludzkie. Przygwoździł mnie do zimnego plastiku i ścisnął moją twarz jeszcze mocniej niż dotychczas. Obraz zaczął mi się rozmazywać przez napływające do oczu łzy.

– Od miesiąca robię do ciebie podchody, a ty udajesz, że tego nie widzisz.

Wypowiadane przez niego słowa docierały do mnie w zwolnionym tempie. Prawda tego, co się dzieje, dochodziła powolnymi falami, przez co na jakąkolwiek reakcję było o wiele za późno.

– Podchody? – wydukałam.

– Nie udawaj głupiej. Już nie jesteś małą dziewczynką. Spójrz, jak wyglądasz – odparł cicho, przesuwając wzrokiem po moich piersiach. Gdy wykrzywił usta w piekielnym grymasie, wyglądał jak najgorszy, ucieleśniony koszmar. – I tak długo byłem cierpliwy – stwierdził i z powrotem ścisnął moją twarz.

Nagle odzyskałam zalążek świadomości. Zacisnęłam zęby na jego dłoni, próbując wbić się jak najgłębiej. Mężczyzna syknął i wlepił we mnie jeszcze bardziej rozwścieczone spojrzenie.

– Dziwka – mruknął tylko, po czym szarpnął moim ciałem i odwrócił mnie plecami do siebie, kładąc mój tułów na śmietniku i przyciskając do niego moją twarz.

Przygwożdżona do zimnego plastiku dostrzegłam Marka, który jak gdyby nigdy nic stał obok, opierając się o ścianę. Palił papierosa i nie odrywał od nas wzroku.

Gdy Paweł rozerwał mi rajstopy i podciągnął sukienkę, dotarła do mnie najgorsza z prawd. Zgwałci mnie. Tu i teraz. A ja będę skomleć wśród tych śmierdzących śmietników, aż mnie ktoś znajdzie. Żywą lub martwą.

– Kurwa, pośpiesz się. – Usłyszałam cichy głos brata mojej przyjaciółki.

Chciałam na niego spojrzeć, jednak potargane włosy kompletnie zasłoniły mi widok. Jeszcze przed paroma sekundami miałam zamiar błagać go o pomoc, ale uświadomiłam sobie, że nie mogę na nią liczyć.

Do moich ust dostał się pot i słone jak morze łzy. Na nodze poczułam płynącą strużkę własnego, ciepłego moczu. Chciałam obrócić się w nicość i umrzeć. Moje nozdrza wypełnione były smrodem zgnilizny i stęchlizny, a ciało było wyczerpane od nic niewnoszących prób wyrwania się. Dłoń mężczyzny zacisnęła się na mojej piersi, pozostawiając po sobie gorący, wypalony ślad. Gdy poczułam go w sobie, cała zdrętwiałam, tak jakby moje ciało nie należało już do mnie, jakby to nie przytrafiało się mnie. Wykonywał gorączkowe pchnięcia, trąc moim policzkiem o plastik.

Miałam wrażenie, że ta chwila trwa w nieskończoność. Jak w zapętleniu cały czas odgrywało się to samo, dogłębnie przekonując mnie, że nigdy nie dobiegnie końca. Wciąż miałam szeroko otwarte oczy, mimo że nie widziałam niczego. Próbowałam krzyczeć, gdy tylko poluźniał ucisk, ale z moich ust nie wydobywał się żaden dźwięk.

Stłumione głosy dobiegły moich uszu. Zdawało się, że docierają zza ściany. Stawały się coraz głośniejsze, aż w końcu mogłam zrozumieć poszczególne słowa.

– Hej! Zostaw ją!

Poczułam jak obce, znajdujące się we mnie ciało tężeje. Ucisk się rozluźnił, po czym całkowicie zniknął. Osunęłam się na kolana, szorując twarzą po brudnym śmietniku.

– Boże, nic ci nie jest?

Kobiecy głos dotarł do mnie z bardzo bliskiej odległości. Zasłoniłam dłonią twarz, chcąc zniknąć i nikogo nie słyszeć.

– Skurwysyn uciekł. Ja pierdolę. Dzwonię na policję.

Gorączkowy ton drugiej z dziewczyn nieco mnie otrzeźwił. Czułam ból. Miałam wrażenie, że smród tego miejsca przesiąkł mi przez skórę. Zaczęłam powoli wstawać, chociaż przez trzęsące się kończyny nie było to łatwe. Po moich udach spływała lepka i ciepła krew.

– Poczekaj – powiedziała jedna z dziewczyn i lekko dotknęła mojego ramienia.

To podziałało na mnie jak zapalnik i kubeł zimnej wody w jednym.

Podniosłam się i zaczęłam biec. Za sobą słyszałam spanikowane głosy nieznajomych dziewczyn, jednak ja chciałam tylko jednego – uciec stąd jak najdalej. Zniknąć. Rozpłynąć się w powietrzu.

Chciałam tylko ciszy.

Rozdział 1

Warszawa, obecnie

Nie wyglądało na to, żeby deszcz miał ustąpić. Lało coraz bardziej i coraz głośniej, a ciemnych chmur było więcej niż zaledwie pięć minut temu. Ulicami wędrowała cała masa ludzi. Skrywali twarze pod różnokolorowymi parasolami, które jako jedyne dodawały życia tej smutnej scenerii.

Anastazja stawiała ostrożne kroki, starając się omijać największe, wciąż napełniające się deszczem kałuże. Misternie ułożone włosy zaczynały powoli moknąć, ale nie przejmowała się tym. Jej dzień dobiegł końca, a na uczelni miała pojawić się dopiero za dwa dni.

Ostatnie metry pokonała biegiem, a raczej jego śmieszną parodią, zważając na wysokie obcasy. Stanęła pod wysuniętą markizą, po czym pchnęła ciężkie drzwi, nad którymi jaśniał różowy neonowy napis.

– Kupić ci parasol? – rzuciła Iza, nie odrywając wzroku od ogromnego ekspresu. Dźwięk wysypujących się z opakowania ziaren kawy zagłuszył na moment dudniący na zewnątrz deszcz.

– W ramach zapłaty za moją bezinteresowną pomoc? – Anastazja schowała się za ladą i powiesiła na oparciu krzesła zmoknięty płaszcz. – Należy mi się już ze sto parasolek.

– Kocham cię – odparła Iza z diabelskim uśmieszkiem. – A teraz marsz na zaplecze.

Anastazja, wraz z otwarciem odpowiednich drzwi, poczuła przejmujący zapach parujących jeszcze drożdżowych ciast. Na ogromnym stole stały paczki różnych kaw, a obok piętrzyły się blachy jabłeczników i dwa bezowe torty.

– Tak mi wszystko schodzi, że nie wiem, czy wystarczy do wieczora.

– Odłożę sobie kawałek. – Anastazja wskazała palcem na bezę przekładaną kremem, zwieńczoną na górze koroną z czerwonej porzeczki.

– Odłóż dwa. Kornelia też będzie.

– Wow, czyli pewnie chcesz z nami skonsultować kolor serwetek albo inne ważkie i niecierpiące zwłoki sprawy…

– Żartujesz? Ślub za parę dni, takie rzeczy są dawno ustalone. – Iza przewróciła oczami, po czym spięła jasne włosy klamrą. Zaczęła kroić wypieki i układać je na obrotowych, kryształowych talerzach.

Anastazja poznała swoją przyjaciółkę po przeniesieniu się do Warszawy, gdy obie zaczęły studia. Prawo nigdy nie było marzeniem Izy. Co prawda obie skończyły studia z wyróżnieniem, jednak Iza nie zdała egzaminu adwokackiego, a kancelaria, w której pracowała, ją zwolniła. Z początku była załamana, jednak stanęła na nogi, gdy tylko znalazła na siebie pomysł. Od zawsze chciała otworzyć coś swojego, a jako że miała smykałkę do biznesu, udało jej się. I to bardzo. Kawiarnia od pierwszych dni zyskała rzeszę klientów. Wnętrze zachowane było w pastelowych kolorach, a na ścianach wisiały liczne lustra o przeróżnych kształtach. Anastazja zjeździła dziesiątki pchlich targów w poszukiwaniu tych najbardziej unikatowych. Przez ogromne szklane okna wpadały strugi światła, a dzięki rozwieszonym wszędzie antycznym zwierciadłom pomieszczenie było jeszcze bardziej rozświetlone. Co jednak najważniejsze, kawa, sprowadzana Bóg wie skąd, była najwyższej jakości. Poza uczelnią Anastazja spędzała tutaj każdą wolną chwilę.

Litera, bo tak nazywała się kawiarnia, była wypełniona również starymi wydaniami kultowych powieści. Anastazja, zwiedzając okoliczne targi, zaopatrywała się w przedwojenne powieści, książki historyczne czy kultowe romansidła. Wyobrażały sobie z Izą, że będzie to miejsce, gdzie można uwolnić się od zgiełku miasta i wypić kawę przy dobrej lekturze.

Klientów nie brakowało i dzisiaj. Dochodziła osiemnasta, gdy kawiarnię opuściły ostatnie osoby.

– Robię to wszystko właśnie dla takich uśmiechów – powiedziała Iza, żegnając kobietę z wnuczką. Gdy wychodziły chwilę przed zamknięciem, podziękowały i zostawiły sowity napiwek.

– I pieniędzy – przypomniała Anastazja.

– Owszem. W końcu muszę zacząć płacić i tobie.

– Już mówiłam, że nic od ciebie nie chcę.

Anastazja podeszła do ekspresu i wyjęła z szafki dwie filiżanki. Jej opalona skóra kontrastowała z bielą porcelany.

– Teraz my.

Gdy kawy były gotowe, obie zajęły miejsca na jednej z kanap.

– Gotowa na zajęcia? – zagadnęła Iza.

– Nie jestem pewna. – Anastazja objęła dłońmi gorące naczynie. – Dostałam mały przydział. Rektor tłumaczył, że nie ma co rzucać się na głęboką wodę i tyle na razie wystarczy.

– I ma rację. Po co masz się przytłaczać robotą na dzień dobry. A gdy zobaczą, jak dobrze ci idzie, na pewno dostaniesz więcej godzin. Przecież jesteś najlepsza – zapewniła przyjaciółka.

Parę miesięcy temu Anastazja obroniła doktorat z nauk prawnych i od razu zatrudniła się na uczelni. Nie od zawsze było to jej celem, jednak praca naukowa już w czasie studiów stawała się coraz ciekawsza. Promotor Anastazji był z niej zadowolony na każdym etapie i od początku zachęcał do wykładania. W czasie praktyki polubiła zajęcia ze studentami, więc postanowiła spróbować.

– Mam tylko ćwiczenia z karnego i jakiś przedmiot wybieralny.

– Nuda – skwitowała Iza. – No to faktycznie słabo jak na początek.

– Dzięki. – Anastazja przewróciła oczami.

– Trochę mnie to dziwi – kontynuowała przyjaciółka. – Miałaś świetne wyniki, masz wiele publikacji, a studenci cię lubią.

– To ostatnie jest bardzo naciągane…

– No dobra, mogłabyś być trochę mniej wymagająca.

– Dobry naukowiec to ten, który wymaga od swoich uczniów bardzo wiele.

Iza zamrugała kilka razy.

– A to kto powiedział? Arystoteles?

– Nie, ja to mówię.

– Dobry naukowiec to taki, który zalicza wszystkim studentom bez zbędnego stresu. Mówię to ja, Iza Smolar. – Dla podkreślenia swoich słów wskazała na siebie palcem, po czym rozsiadła się jeszcze wygodniej na ciemnozielonej sofie.

– Ślub za parę dni. Na razie nie istnieje nikt taki jak Iza Smolar – zauważyła Anastazja.

– W myślach tytułuję się już tak od pięciu lat, więc spadaj.

Anastazja dopiła swoje espresso, nie chcąc wchodzić w dalsze dywagacje. Z jej przyjaciółką nikt nie miał na to szans, nawet najlepszy prawnik.

Na dźwięk przytwierdzonego do futryny dzwoneczka, kobiety zwróciły wzrok w stronę drzwi.

– No w końcu – rzuciła na przywitanie Iza.

– Sorry, miałam zawrót głowy – usprawiedliwiła się Kornelia, która od razu opadła na fotel. – Daj mi kawę i coś słodkiego, błagam.

Iza podniosła się nieśpiesznie.

– Ściągaj te łachy, bo kapie mi na podłogę. – Przyjaciółka wskazała na mokry płaszcz Kornelii i skierowała się w stronę ekspresu.

Na stole pojawiła się trzecia filiżanka i beza, na którą kobieta rzuciła się w mgnieniu oka. Odgarnęła ciemną grzywkę i rozsiadła się wygodnie w fotelu. Mimo że na zewnątrz lało jak z cebra, fryzura prawniczki była nienaruszona, a elegancki komplet składający się ze spodni i takiej samej granatowej marynarki był zupełnie suchy.

Iza z Kornelią poznały się jeszcze przed rozpoczęciem studiów. Chodziły razem do liceum, a swego czasu mieszkały nawet na tej samej ulicy. Na pierwszym roku Anastazja dołączyła do ich dwuosobowej paczki i tak trwały do dziś, niemalże jak warszawski Seks w wielkim mieście. Z jednym wyjątkiem, bo seks dotyczył tylko dwóch z trzech przyjaciółek.

Za kilka dni miał odbyć się ślub Izy i Wojtka. Z racji rodziny pana młodego, o nadchodzącym weselu rozpisywały się gazety i portale plotkarskie. Wojciech Smolar był współwłaścicielem najlepiej prosperującej kancelarii w mieście, a jego rodzice spadkobiercami ogromnego majątku. Zaręczyny niemal zostały zerwane, gdy Iza oblała egzamin. Dla rodziny Wojtka był to cios, jak sami określili – nie do zaakceptowania. Podobno dalej nie byli przekonani do przyszłej synowej, ale po wielu interwencjach ze strony Wojtka w końcu odpuścili.

– Ty nie jesz? – Anastazja skierowała wzrok na blondynkę, która jako jedyna nie zajadała się tortem.

– Nie.

– Boi się, że nie wejdzie w sukienkę – wtrąciła Kornelia, oblizując usta.

Iza westchnęła.

– Za dobrze mnie znacie.

Kornelia odłożyła pusty talerz i jednym haustem opróżniła zawartość filiżanki.

– Za pół godziny muszę w sądzie odebrać jakieś dokumenty – obwieściła. – W czym rzecz?

– Mam kilka próśb.

Obie przyjaciółki spojrzały na Izę, marszcząc brwi.

– Słuchamy zatem… – zachęciła Anastazja, gdy cisza zaczęła się przeciągać.

– Po pierwsze, nie pozwólcie, żebym jutro się spiła.

– Musisz się spić, przecież to twój wieczór panieński.

– Nie mogę. Jestem zestresowana i ledwo śpię po nocach. Obawiam się, że byle drink zmiecie mnie z planszy. – Dla podkreślenia swoich słów Iza zaczęła rozmasowywać palcami swoje skronie.

– Okej, załatwione. Odwieziemy cię do domu, gdy tylko zaczniesz majaczyć.

– Nie, to musi być faza przed majaczeniem. Reakcja musi być szybsza.

Przyjaciółki spojrzały po sobie, ledwo powstrzymując śmiech.

– Dobra, a po drugie? – dopytała Kornelia.

Była nad wyraz konkretna i nienawidziła owijać w bawełnę. Anastazja zastanawiała się czasem, jakim cudem te dwie przyjaźnią się tak długo.

Iza wzięła kolejny głębszy wdech, po czym zwróciła się bezpośrednio do niej.

– Proszę, rób wszystko, by nie stanąć z Wojtkiem po przeciwnych stronach barykady.

Kornelia zamrugała kilka razy.

– Chłop nie ma ze mną szans – powiedziała śmiertelnie poważnie.

Była prokuratorem rejonowym i naprawdę mało kto mógł się z nią mierzyć. Przypominała Joannę Chyłkę, tyle że skarżącą, nie broniącą. Choć była na początku kariery, zdążyła już pokazać się ze swojej najlepszej strony.

– Nie wiem, ale rób wszystko, byśmy nie musieli tego sprawdzać. Nie chcę żadnego napięcia pomiędzy nami – dodała.

– Nie jestem w stanie tego przewidzieć, ale postaram się.

Iza uśmiechnęła się łagodnie, przyjmując do siebie słowa przyjaciółki.

– Po trzecie, wiem, że nie macie pary i chciałyście w sobotę przyjść same…

– Zgadza się i dalej chcemy. Nic się nie zmieniło – wtrąciła Anastazja.

– Podtrzymuję. – Kornelia, dla przypieczętowania swoich słów, stuknęła pustą filiżanką w naczynie stojące przed Anastazją.

– Wojtka koledzy z kancelarii też idą sami. Jest takich dwóch i myślę, że przypadlibyście sobie do gustu. – Uśmiechając się szeroko, Iza przywodziła na myśl wróżkę próbującą zeswatać dwie bajkowe postacie.

– Iza, doceniamy twoje starania – przyznała Anastazja, nie próbując ukryć ironii. – Ale są zbędne. To tak jakbyśmy szły razem, prawda? – zwróciła się do Kornelii.

– Dokładnie. Nie będę się bratać z żadnym kauzyperdą.

– Z kim? – Iza uniosła brwi ku górze.

Po kilku długich sekundach ciszy cała trójka parsknęła śmiechem.

***

Po dziewiętnastej Anastazja wdrapała się na swoje piętro i otworzyła drzwi do mieszkania. Zdjęła szpilki i skierowała się do swojej mikroskopijnej kuchni, gdzie postawiła wodę na herbatę. Gdy spięła gęste włosy na czubku głowy, kilka czarnych pasm wydostało się zza klamry i opadło swobodnie wokół okrągłej twarzy.

Mieszkanie, które wynajmowała od początku studiów, mieściło się idealnie pomiędzy kawiarnią a uczelnią. Lokalizacja była strzałem w dziesiątkę, choć sam lokal już niekoniecznie. Był mikroskopijny i mieścił zaledwie jedno pomieszczenie oraz łazienkę. Malutki salonik od sypialni oddzielała przesuwna szafa, a kuchnię od kanapy dzieliło zaledwie półtora kroku. W takie wrześniowe wieczory jak dziś w kawalerce było duszno i gorąco. Niemniej jednak Anastazja uwielbiała tą klitkę. Tylko na nią było ją na początku stać. Pracując na stanowisku stażystki w jednym z wydziałów prokuratury, nie zarabiała przecież majątku. Dopiero za pomocą stypendium doktoranckiego udało jej się trochę stanąć na nogi. Wiedziała jednak, że nawet gdyby jej finanse diametralnie uległy polepszeniu, nie zmieniłaby mieszkania. Szybko przyzwyczajała się do miejsc, rzeczy oraz ludzi. Trudno było jej się rozstać z czymkolwiek, nawet z czymś, co niekoniecznie odpowiadało oczekiwaniom kobiety.

Sięgnęła po pilota i włączyła telewizor. Nie miała zamiaru niczego oglądać, chciała jedynie przerwać ciszę i słyszeć cokolwiek w tle.

Głos dziennikarza prowadzącego wieczorne wydanie wiadomości przerwał dźwięk nadchodzącego SMS-a.

Mam nadzieję, że nie jesteś zła z powodu dzisiejszej propozycji. To dla twojego dobra. Nie możesz być wiecznie sama.

Anastazja westchnęła ciężko i opadła na swoją mikroskopijną kanapę. Gdy czuła się naprawdę dobrze, zawsze pojawiała się Iza, przypominając jej, że jest smutna i samotna. Sama nie zauważałaby nawet tego stanu rzeczy i nie myślała tyle o swoim statusie, gdyby nie ciągłe napominania przyjaciółki.

Mimo wszystko dobrze wiedziała, że jest zamknięta, nieufna i niechętna na wszystko, co związane z wyjściem z własnej strefy komfortu. Skończyły się jej wymówki. Podczas studiów zasłaniała się nauką, a w trakcie doktoratu pisaniem pracy. Nie było to kłamstwem, jednak Anastazja cieszyła się, że zawsze ma w zanadrzu coś, co pozwalało jej na pozostanie w cieniu. Kiedyś obiecała swoim przyjaciółkom, że gdy tylko zyska trochę czasu, zadba o swoje życie prywatne.

Problem polegał jednak na tym, że nie miała na to ochoty. Anastazja nie potrzebowała tego. Było jej dobrze, a Iza z Kornelią nadrabiały za całą rzeszę ludzi. Może zbyt długo była sama, by oczekiwać od życia czegoś innego? W końcu przyzwyczaiła się do takiego stanu rzeczy.

Zastanawiając się nad odpowiedzią, skierowała wzrok w stronę kuchni. Na blacie leżała cienka sterta papierów. Na samym wierzchu rzucony był pierwszy „Magazyn Kryminalny Newsweeka”. Z okładki patrzyły na nią ciemne oczy zaginionej przed laty Iwony Wieczorek. Anastazja lubowała się w sprawach opartych na faktach, nierozwiązanych zagadkach i kryminalnych historiach. Numer wyszedł w lipcu tego roku, a ona dalej nie zdążyła przeczytać go w całości. Obiecując sobie, że wróci do niego w wolnym czasie, spod spodu odgrzebała bladoróżowe zaproszenie. Imiona państwa młodych wiły się złotymi literami, a do okładki przytwierdzone były gałązki eukaliptusa. Podniosła je i dotknęła dłonią liści, po czym zaczęła wystukiwać odpowiedź:

Oczywiście, że nie jestem. Sama bawię się najlepiej, a Ty jesteś beznadziejną swatką :)

Obracanie w żart poważnych sytuacji było dewizą Anastazji.

Odpowiedź przyszła po niespełna minucie.

Do końca życia będziesz mi wypominała ten jeden raz, prawda?

Uśmiechnęła się pod nosem na wspomnienie tego „jednego razu”. Na drugim roku studiów poszły na podwójną randkę. Iza umówiła się z poznanym przez internet facetem, który przyszedł z kolegą. Wyciągnęła wtedy Anastazję siłą z mieszkania, dosłownie pięć minut przed umówioną porą, gdy tylko się dowiedziała, że jej randka nie będzie sama. Po godzinie mężczyźni zaproponowali przyjaciółkom czworokąt, na co Anastazja prawie udławiła się swoim bezalkoholowym drinkiem.

Palce prawniczki śmigały po klawiaturze telefonu.

Prawda. Wyśpij się przed jutrem i nie kombinuj. Dobranoc.

Podłączyła telefon do ładowania i mimowolnie spojrzała w stronę zawalonego papierami biurka.

Ostatnie tygodnie spędziła na opracowywaniu programu zajęć. W końcu tworzyła te przeklęte sylabusy już od niemal miesiąca. Ekscytacja mieszała się ze stresem, bo przecież nie była pewna, czy podoła. Nie uważała siebie za wybitnego naukowca. Przecież zawsze znajdowało się coś, w czym mogła być jeszcze lepsza.

Na tym chciała się właśnie teraz skupić – świetnie uczyć i być dobrym wykładowcą. To, że będzie to zapewne jej kolejną wymówką w obronie, chociażby przed jej przyjaciółką swatką, tylko potęgowało wagę tego zadania i zadowolenie prawniczki.

Tego wieczoru była jednak zbyt zmęczona, by kolejny raz siadać do programów. Ułożyła papiery w równy stos i dopiła herbatę. Wzięła szybki prysznic, zgasiła światła i gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki, zasnęła.

Rozdział 2

Czuł się, jakby stojąca na jego biurku Temida, mimo zasłoniętych przepaską oczu, bacznie go obserwowała. Miał wrażenie, że oczami wypala dziury w owijającym jej twarz materiale i gromi go wzrokiem. Tę przeklętą figurkę otrzymał od ojca po zrobieniu aplikacji i nigdy za nią nie przepadał. Dziś odczuwał jej obecność, jakby przypominała mu, że należy się skupić i porządnie wsłuchać w pieprzenie siedzącego naprzeciw klienta.

Jednak mecenas Igor Wysocki miał z tym niemały problem. Ignorując rzucane przez klienta przekleństwa, kompletnie odpłynął. W rogu stała jego pożal się Boże aplikantka, której dostąpił zaszczytu patronować. Nikola chwiała się na swoich chudych nogach i wytrzeszczała oczy, wsłuchując się w opowieści siedzącego przy biurku mężczyzny.

– Akt oskarżenia? – Mecenas Wysocki pierwszy raz zainteresował się klientem, choć nie zarejestrował wiele z wcześniejszego monologu. Przysunął do siebie stos papierów i zaczął je od niechcenia przeglądać, nie śpiesząc się ani trochę.

– Jeszcze nie otrzymałem.

Igor podniósł wzrok.

– Jest pan zatem nad wyraz zapobiegliwy.

– Co nie znaczy, że jestem winny – zastrzegł mężczyzna. Pod naporem żelu, który władował sobie na głowę, jego włosy nie drgnęłyby nawet w starciu z huraganem Katrina.

Wysocki pomyślał, że wygląda o wiele starzej, niż wskazuje na to jego PESEL.

– Nie interesuje mnie pana wina – odparł beznamiętnie prawnik.

Przejrzał kilka odpisów aktów notarialnych. Był pewien, że dowie się więcej z przedłożonych przez mężczyznę dokumentów niż z jego bełkotu.

– Dużo o panu słyszałem.

Igor uśmiechnął się pod nosem, w duchu walcząc przed napływającym z jego wnętrza sarkastycznym komentarzem.

– Pozwolę to sobie odebrać jako komplement.

– To komplement – potwierdził. – Tym samym liczę na pana.

– Moja asystentka przygotuje niezbędne dokumenty i skontaktuje się z panem – odparł zimno, nie odnosząc się do słów mężczyzny. Spojrzał wymownie na Nikolę, na co ta szybko potwierdziła ruchem głowy, że zrozumiała.

Szybki uścisk dłoni i po sprawie, Igor na powrót został sam.

Niebo za oknem było bezchmurne, co było miłą odmianą po wczorajszej ulewie. Pałac Kultury i Nauki jaśniał w delikatnym, popołudniowym słońcu, wyróżniając się na tle nowoczesnych wieżowców. Igor upomniał się w duchu i chcąc w końcu zabrać się do pracy, przysunął bliżej siebie wszystkie zalegające na biurku dokumenty.

Dźwięk trzaskających drzwi odbił się od szklanych okien biura mecenasa.

– To nie obora – rzucił Wysocki.

Nie słysząc odpowiedzi, podniósł wzrok.

– O, pan młody. – Igor na powrót porzucił papiery i obdarzył gościa sarkastycznym uśmiechem.

Wojciech Smolar wyglądał jak zwykle wzorowo. Jego broda była idealnie przycięta, a brązowe włosy perfekcyjnie ułożone. Szyje oplatał bladoniebieski krawat, który, sądząc po minie prawnika, mógł być zawiązany ciut za ciasno.

– Pamiętasz o wieczorze? – odezwał się grobowym tonem, siadając na zapewne jeszcze ciepłym po ostatnim kliencie miejscu.

– Pamiętam. Coś ty taki czerwony?

Wojtek westchnął i zjechał nieco na fotelu, zapominając o poważnych, przypisanych do adwokata manierach.

– Ten ślub mnie wykończy. Wolałbym przejść przez dziesięć rozpraw w ciągu jednego dnia.

– Nie dziwię się.

– Starzy są nie do zniesienia. Wszystko musi być po ich myśli.

Igor okręcił się kilka razy na swoim obrotowym fotelu.

– No tak, w końcu oni płacą – odparł, co spotkało się z morderczym spojrzeniem kolegi.

– Nikt ich o to nie prosił. Mniejsza ze mną, najgorsze, że nie pozwalają Izie dojść do słowa.

– Odpuścili sobie w końcu tę jej aplikację?

– Z pozoru tak. Robią dobrą minę do złej gry.

Igor wzruszył ramionami.

– Lepsze to, niż gdyby mieli uprzykrzać jej życie.

Słowa zawisły między nimi, aż w końcu Wojtek pochylił się ku koledze, chcąc przejść do sedna.

– Co przygotowaliście na dzisiaj?

– Nie mam pojęcia.

Wojtek prychnął i przygwoździł spojrzeniem swojego kolegę.

– Wiem, kiedy kłamiesz.

– Nikt tego nie wie.

– Mów, co macie na dziś.

Igor zaśmiał się i po raz trzeci tego dnia wziął w dłonie leżące przed nim dokumenty.

– Nic nie wiem. Na twoim miejscu martwiłbym się, co z twoją przyszłą żoną.

– Jak to co? Będą piły jakieś różowe gówno przez słomki z kutasów i nawalą się w ciągu piętnastu minut.

Wysocki wyobraził sobie jakieś cukierkowe miejsce, przyozdobione penisami o przeróżnych rozmiarach, i to z każdej możliwej strony.

– Powtórzę po raz ostatni: nic nie wiem. A teraz spadaj, bo muszę coś skończyć. Jak nie zdążę, to nie dość, że się spóźnię, to stracisz nadzianego klienta.

Zmiana tematu przypadła Wojtkowi do gustu.

– Tego, który przed chwilą wyszedł? Skądś go kojarzę.

– Mąż posłanki Witos.

– O nie, w politykę się nie bawimy – zastrzegł Wojtek. Jako jeden z dwóch imiennych partnerów mógł wydawać Igorowi polecenia, choć nie zdarzało się to często. Prawdę mówiąc, nie zdarzało się to wcale.

– Załatwię to po cichu – obiecał prawnik. – Ty się lepiej martw swoim wielkim dniem.

– Tylko nie odpierdalajcie głupot. – Wojtek przewrócił oczami.

Igor spojrzał na swojego przyjaciela, po czym ułożywszy przed sobą dokumenty w równy stos, wskazał mu drzwi.

***

Iza mieszkała ze swoim narzeczonym z dala od centrum. Choć luksusowy apartament był ogromny, zazwyczaj przebywała w nim tylko ona. Wojtek dużo pracował i siedział w kancelarii do późnych godzin. Z racji przewidzianych na dziś dwóch osobnych imprez koledzy porwali go już godzinę temu, dlatego przyjaciółki miały całe mieszkanie dla siebie.

Blondynka grzebała w swojej szafie tak intensywnie, jakby szukała wejścia do innego wymiaru. Połowa rzeczy walała się na wyłożonej miękką wykładziną garderobianej podłodze.

– Uspokój się, nic mu się dzisiaj nie stanie – zapewniła Anastazja, doskonale wiedząc, skąd te nerwowe ruchy.

– Po tych debilach można się wszystkiego spodziewać, uwierz mi.

– Czyli nie masz pojęcia, gdzie teraz jest?

– Najmniejszego. Widziałam przez okno, jak wiązali mu oczy, zanim wsiadł do samochodu.

Anastazja zaśmiała się pod nosem. Leżała na plecach i czuła pod sobą przyjemny chłód satynowej pościeli. Co chwilę sprawdzała telefon, by upewniać się, czy to, co czekało na jej przyjaciółkę, było w najlepszym porządku. Kornelia była już na miejscu i relacjonowała wszystko na bieżąco.

– Masz, spróbuj tę. – Iza rzuciła w stronę przyjaciółki kawałek czarnego materiału, po czym z powrotem zanurkowała w swojej ogromnej garderobie.

Anastazja posłusznie wstała i zaczęła wciskać się w sukienkę. Była to któraś z kolei za mała. Miała szersze biodra i o wiele większy biust niż jej przyjaciółka, więc pożyczanie od niej ubrań nie było dobrym pomysłem.

– Czy możemy już przestać? Tylko tracimy czas. Wybiorę coś ze swojej szafy.

Zza ściany usłyszała stłumione prychnięcie.

– Twoja szafa jest pełna koszul, garniturów i czubatych szpilek. Gdy będę ubierała się na pogrzeb, to na pewno do ciebie zajrzę.

– Taka specyfika pracy. – Anastazja wzruszyła ramionami, kompletnie niezrażona.

Nie miała ochoty się stroić. Mało tego, nie miała ochoty tam nawet iść, ale usilnie próbowała zmienić nastawienie. W końcu całą sobą cieszyła się szczęściem Izy i miała nadzieję, że to, co przygotowały, przypadnie jej do gustu.

Wzrok prawniczki padł na leżącą wśród innych ubrań marynarkę o pięknym, fioletowym odcieniu. Założyła ją na czarną sukienkę, w którą udało jej się wcisnąć. Miała głęboki dekolt i odkryte plecy, ale przynajmniej sięgała za kolano. Zarzuciła na siebie marynarkę, a stopy wsunęła w pierwsze lepsze szpilki, które leżały najbliżej niej.

– Chodź zobaczyć! – zawołała.

Iza na czworakach wyłoniła się zza ściany.

– No i to jest to! – Uśmiechnęła się szeroko. – To moja marynarka? – dodała, marszcząc jasne brwi ze zdziwieniem.

– Teraz już moja. – Anastazja uśmiechnęła się i zadowolona opadła z powrotem na łóżko.

Rozdział 3

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Prawo ciała

ISBN: 978-83-8423-268-2

© Maja Adamik i Wydawnictwo Novae Res 2025

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Jędrzej Szulga

KOREKTA: Bogusława Brzezińska

OKŁADKA: Oliwia Błaszczyk

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek