Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
114 osoby interesują się tą książką
Jeffrey Lawrence od lat dźwiga ciężar winy, żalu i straty. Gdy Miley wraca do jego życia, szybko okazuje się, że dawnej dziewczyny już nie ma. Zamiast niej jest Jocelyn Herman – kobieta ukształtowana przez ból, manipulację i sekrety.
Powracające fragmenty pamięci zmuszają do konfrontacji z przeszłością, od której próbowano ją uwolnić. Jeffrey, gotów zapłacić każdą cenę za jej bezpieczeństwo, musi stawić czoło nie tylko tym, którzy chcą przejąć kontrolę, lecz także własnym słabościom.
Wokół nich zaczynają gromadzić się ludzie, którzy zrobią wszystko, by odzyskać to, co kobieta ukrywa, i wykorzystać ją po raz kolejny…
W świecie, w którym można sfabrykować nawet czyjąś śmierć, lojalność ma swoją cenę, pamięć staje się bronią, a prawda bywa najgroźniejszym przeciwnikiem.
Każdy kolejny krok przybliża ich do granicy, zza której nie ma już powrotu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 404
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla wszystkich, którzy odnaleźli drogę.
Rozdział 1
Jeffrey
Marcel wciąż nie odbiera telefonu. Jeffrey nie ma pojęcia, co się dzieje z Jocelyn, i chodzi po mieszkaniu od ściany do ściany. Nie potrafi się zatrzymać i pomyśleć, za dużo ma na głowie, by spokojnie usiąść i postarać się przeanalizować to, co powiedział mu Perez. Miley przez kilka miesięcy żyła spokojnie, nim wyczyszczono jej pamięć, ale co to, do cholery, ma znaczyć?
Nie chce już tracić czasu. Zbiera najpotrzebniejsze rzeczy, pakuje je do torby i wrzuca na tylne siedzenie nowego samochodu, ponieważ poprzedni po wypadku nie nadaje się do jazdy. Zresztą, nie zawraca sobie głowy naprawą, nie ma na to czasu. Dzięki pracy jako agent dorobił się naprawdę ogromnych pieniędzy na zleceniach. Inwestycje również zapewniają mu stałe dochody.
Po kilku godzinach szybkiej jazdy dociera do Jersey Shore w stanie Pensylwania i udaje się do pierwszego lepszego hotelu, by wziąć gorący prysznic i się przebrać. Zapomniał o tym w mieszkaniu, a być może po prostu odwleka spotkanie z Jocelyn. Chce ją zobaczyć, ale boi się, że ona nie będzie chciała widzieć jego.
Dzwoni ponownie do Marcela i kolejny raz nie udaje mu się porozmawiać z przyjacielem. Denerwuje się, bo nie wie, co jest grane, czy z Jo wszystko w porządku, czy z Marcelem jest okej. W tym całym zawirowaniu całkowicie zapomniał o Rosalie, a przecież martwił się też o nią.
Pamięta, gdzie znajduje się ośrodek, więc udaje się tam, a z nerwów kurczy mu się żołądek. Obawia się tego spotkania, w końcu nie wie nawet, czy to właśnie tam przyjaciel i Jo się znajdują. Dobija się do wejścia niczym szaleniec, lecz żaden z pielęgniarzy nie chce go wpuścić do środka. Jeffrey puka do drzwi, wali w nie pięściami, aż wreszcie ktoś informuje Marcela o jego wizycie. Sanchez niechętnie otwiera. Widać, że jest cholernie zły na Jeffa i ma gdzieś wyrzuty o to, że nie odbierał telefonu. Marcel nie chciał z nim rozmawiać, miał mu za złe, że podrzucił mu Jocelyn jak popsutą zabawkę. Tak się nie robi.
– Muszę ją zobaczyć, proszę – mówi Jeff, a wzrok ma błagalny. – Pozwól mi to naprawić, chcę sprawdzić, jak Jocelyn się czuje.
– Miley.
– Miley?
– Nie wiem, stary, co się dzieje, ale miewa te dziwne przebłyski i czasem jest sobą, a czasem nie – tłumaczy Marcel. – To jest coraz częstsze.
– Kurwa – wyrywa się Jeffreyowi.
Wyciąga kumpla za zewnątrz, by mogli zapalić. Jak ma mu powiedzieć o tym, czego się dowiedział od Pereza? Odpalają papierosy i zaciągają się powoli, mocno. Obaj uwielbiają smak nikotyny, a chociaż wiedzą, że ona wcale nie uspokaja, to uchodzi z nich ciśnienie.
– Zostawiłeś ją, stary. Wiem, co się stało, ale… Kolejny raz ją zostawiłeś – mówi Marcel i przełyka głośno ślinę.
– Wiem, ale chcę to naprawić. Nie mamy dużo czasu, muszę ją stąd zabrać.
– Co? Co ty pierdolisz?
– Nie rozumiesz. Perez…
– Ten śmieć coś ci powiedział, a ty od razu mu wierzysz? – pyta Sanchez z niedowierzaniem.
Nigdy nie lubił tego człowieka, choć widział go zaledwie parę razy.
– Mówił wiele rzeczy, ale jakoś ich tu nie wyciągam…
– Niby co takiego?
– Że mnie okłamujesz.
Marcel ściąga brwi w wyrazie niepewności. Ich rozmowa schodzi na zupełnie inny tor, przez co Jeff nie przekazuje nowych informacji.
– Widziałem to już od samego początku. Znam cię lepiej, niż sądzisz.
– To nie… – Marcel stara się wybrnąć z tej sytuacji.
– Musisz mi wszystko opowiedzieć, nie mogą mnie niczym zaskoczyć.
– Nie mogę, nie rozumiesz…
– Musisz, do kurwy! Powiedz mi wszystko, od samego początku. Przede wszystkim o tym, co robiliście bezpośrednio przed wymazaniem jej pamięci. – Lawrence bierze głęboki wdech, gdy przyjaciel milczy. Marcel się nie sprzeciwia, nie odpowiada, że było zupełnie inaczej. – Ale najpierw muszę ją zobaczyć.
Udają się do pokoju dziewczyny, chociaż nie mają pojęcia, co zastaną. Czysta loteria. Marcel puka cicho i wchodzi niepewnie. Jocelyn siedzi ze wzrokiem utkwionym w oknie.
– Puk, puk – zaczyna dziewczyna.
– Kto tam? – pyta Marcel niepewnie.
– Miley.
Jeffreyowi przyspiesza serce i szybko podchodzi do łóżka, na którym siedzi kobieta. Kuca przy jej nogach, ujmuje jej dłonie w swoje ręce i czuje, jak drżą. Miley wciąż patrzy przed siebie pustym wzrokiem, jej twarz nie wyraża zupełnie niczego, jakby była robotem bez uczuć. Zdaje się całkowicie oderwana od rzeczywistości. W głowie ma istny armagedon.
– Hej, to ja – szepcze mężczyzna. Ujmuje jej twarz w dłonie.
– Jeffy? – pyta słabym, cichym głosem. – Znalazłeś mnie – rzuca i wgapia się w jego oczy. Lustruje wzrokiem całą twarz, a im dłużej mu się przypatruje, tym więcej sobie przypomina.
Siedzi prosto, nie wykazując jakiejkolwiek chęci na rozmowę, przytulenie czy zwykły dotyk. Jakby zapomniała, kim dla niej wcześniej był. Im dłużej jest sobą, tym więcej dociera do jej świadomości. Wspomnienia powracają, klatka po klatce, a to wcale nie pomaga. Zdawałoby się, że przeżywa wszystko na nowo, każde wydarzenie wpada do jej głowy niczym tornado, burzy porządek, który wypracowała Jocelyn. Żyje w swoim świecie, nie potrafiąc skupić się na teraźniejszości. Wzdryga się, dotyk Jeffa przypomina o koszmarze, jaki przeżyła.
– Jakie jest twoje ostatnie wspomnienie? – pyta Marcel. Niepewnie podchodzi bliżej. Właśnie dlatego nie odbierał telefonu od Jeffa; nie chciał, by ten widział ją w tym stanie. Już dla niego jest to wystarczająco bolesne, a co dopiero dla przyjaciela. – Miley, złotko, odpowiedz.
– To, co zawsze. Same okropne rzeczy – szepcze słabo i wyrywa dłonie z uścisku Jeffreya. Wzdycha, jakby poczuła ulgę.
Jeff cofa się na bezpieczną odległość i przypatruje tej dwójce.
– Pamiętasz, co mówiłem? Skupiaj się na dobrych rzeczach. Pamiętasz swoje urodziny? – pyta Marcel.
– Te, które spędziliśmy tylko we dwójkę, użalając się nad sobą i całym światem? To, jak przysięgaliśmy sobie, że się nie poddamy i damy radę, a później znalazłeś mnie z podciętymi żyłami w wannie?
Jeff zamiera. Dociera do niego to, co właśnie usłyszał.
– Miley, kurwa mać! Nie rób tego! – krzyczy Sanchez.
– Czemu nie? Tak dobrze się bawiliśmy – rzuca, a jej głos przepełniony jest bólem i złością.
– A rodzina? Nie chcesz do nich wrócić? – zaczyna Jeff powoli, a Marcel wytrzeszcza oczy. Modli się, by Miley tego nie usłyszała, ale do chłopaka dociera prychnięcie i dostrzega łzy wymykające się spod jej powiek.
– Masz na myśli ojca, którego zabili na moich oczach? I Kirsten, którą także dopadli? – Jeff patrzy zszokowany na przyjaciela. – Wiecie co, to naprawdę działa. Miło było patrzeć, jak wiceprezydent strzela do mojej siostry. Same dobre rzeczy.
– Mój Boże – szepcze Jeff i odsuwa się niepewnie.
– Czy może chcecie posłuchać o tym, jak powstały te blizny? – Podciąga bluzkę i pokazuje brzuch oraz plecy. – Wiecie, fajnie było znaleźć się w samym środku wojny.
– Przestań! – krzyczy Marcel. – Wymierzasz sobie karę i coraz bardziej w to brniesz. Co chcesz zrobić, znowu się poddać? Bawi cię to?
– A czy ja się, kurwa, śmieję? – krzyczy Miley i wstaje gwałtownie. Uginają się pod nią kolana i gdyby nie refleks Jeffa, z pewnością by upadła. Trzyma ją mocno w ramionach, a jej ciało robi się bezwładne.
– Wyjdź, Marcel – rozkazuje Jeff.
Marcel chwilę im się przypatruje i nie jest pewien, czy powinien ich zostawiać. W końcu Jeff nie wie, co Miley przeżyła. Ale jest również jedyną osobą, której teraz uda się uspokoić dziewczynę. Wychodzi.
– Zostaw mnie – rzuca Miley, jednak nie potrafi sama odejść od mężczyzny. Chce go odsunąć, lecz jego zapach sprawia, że marzy o tym, by wtulić się w silne ramiona, poczuć bezpiecznie, a na to nie jest jeszcze gotowa.
– Nie zostawię cię. Nigdy więcej.
Kładzie ją na łóżku i układa się tuż obok. Chce sprawić, by zaczęła postrzegać wszystko inaczej i przestała się zadręczać. Nie ma pojęcia, co dokładnie się wydarzyło, jednak znając już strzępki prawdy, nie pozwoli na to, by podążała tą ścieżką.
Sam to robił – obwiniał się o jej śmierć, przez co stracił nie tylko kolejne dwa lata życia, lecz również możliwość poznania prawdy o niej. Gdyby nie był tak zaślepiony, już dawno przejrzałby na oczy. Nie miał nikogo, kto mógłby mu pomóc, więc tym razem wykorzysta okazję i pomoże jej.
– Pamiętasz, jak spędzaliśmy wspólnie czas? – Przygarnia Miley do siebie. Wkłada jej ramię pod głowę, dzięki czemu dziewczyna leży na jego klatce piersiowej, i obejmuje ją drugim ramieniem, głaszcząc po włosach. – Siedzieliśmy na masce samochodu i wgapialiśmy się w gwiazdy. Wtedy zachowywałaś się zupełnie inaczej. Nie byłaś już tą wredną babą, która na każdym kroku rzucała uszczypliwości. Być może to mi się w tobie najbardziej spodobało. Że potrafiłaś mi się przeciwstawić i ciągle się ze mną kłóciłaś. Robiłaś, co chciałaś. Miałaś w sobie tyle życia, że starczyło na nas dwoje.
– Przestań.
– Nie. Widzę, że zaczynam do ciebie docierać, więc nie odpuszczę.
W pokoju słychać tykanie zegara. Serca, które dotychczas biły zbyt szybko, zaczynają się uspokajać. Miley i Jeffrey leżą cicho dłuższą chwilę, upajając się swoją obecnością i tak długo wyczekiwanym spotkaniem.
– A pamiętasz, jak śpiewałaś?
– Pamiętam, jak mi powiedziałeś, że żałujesz, że mnie poznałeś. Również tego żałuję, bo wtedy wszystko wyglądałoby inaczej i nie byłabym tu razem z tobą – mówi i chce się oddalić.
– Nie zawsze było źle. – Nie pozwala jej wydostać się z uścisku. Ta sytuacja sprawia mu ból, ale musi to znieść, jeśli chce odzyskać swoją kobietę.
– A pamiętasz…
Jeff jej przerywa i przykłada dłoń do suchych warg.
– Pamiętasz, jak się kochaliśmy? Robiliśmy to wielokrotnie i powiedz mi teraz, czy było w tym coś złego? Wiem, że chciałaś mnie tak samo mocno, jak ja ciebie. I wiem, że teraz też tak jest, bo jesteś silna. Nie jesteś słaba, i gdybyś naprawdę chciała, odsunęłabyś się ode mnie, a od kwadransa nie zrobiłaś nic.
– Masz rację, a to był błąd. – Wstaje i siada na łóżku odwrócona do niego plecami.
– Miley, pomimo tej rozłąki i tego, co się wydarzyło…
– Jeffrey.
– Chcę, żebyś mi to opowiedziała. Chcę być w twoim życiu.
Słyszy szloch, więc schodzi z łóżka i ponownie staje przed dziewczyną. Miley także wstaje. Chce go wyrzucić za drzwi i nie nigdy więcej nie widzieć. Nie potrzebuje, by kolejny raz przeżył jej śmierć. Wie, co ją czeka, wszystko słyszała. To tylko kwestia czasu.
– Wyjdź. I nie wracaj.
– Żartujesz sobie ze mnie? – Lawrence unosi brwi. – Nie zamierzam.
– Wyjdź, trzeci raz nie powtórzę, tylko kogoś zawołam.
– Więc wołaj, bo nie zamierzam się stąd ruszać.
– Dlaczego jesteś taki uparty? Nie rozumiesz, że nie chcę cię widzieć? Mam ci to, kurwa, przeliterować?
– Jeszcze tego nie zrozumiałaś? Naprawdę nie wiesz?
– Czego niby nie wiem?
– Że cię kocham.
Milkną oboje. Miley jest zbyt zaskoczona, by powiedzieć cokolwiek. Jeffrey nie popełni tego samego błędu, co ostatnio. Nie wyjdzie i przede wszystkim nie pozwoli jej odejść w tym stanie. Nie, gdy jest tak rozemocjonowana. Zniesie prawdę, jeśli kobieta powie, że nie czuje tego samego. Być może nawet odejdzie, jeśli dalej będzie tego chciała, ale dopiero wtedy, gdy mu odpowie. Nie zostawi ich z niedopowiedzeniami, ukrytymi słowami i domysłami.
Jeffrey podchodzi do Miley i niespodziewanie ujmuje jej twarz w dłonie, po czym całuje namiętnie. Mógłby być delikatniejszy, ale wtedy by mu uciekła, a na to nie pozwoli. Dociska mocniej wargi, czując opór z jej strony. Jednocześnie wyczuwa, że chce go objąć i przytulić, gdy zaciska palce na jego bluzie. Powstrzymuje się, a Jeff czeka. Nieco zwalnia uścisk i kciukami zatacza koła na policzkach, dodając tym garść czułości.
– Powinienem był to powiedzieć już dawno temu – szepcze wprost w jej usta.
– Jeffrey…
– Nie musisz nic mówić. Chcę tylko, żebyś to wiedziała. Jestem przy tobie, poradzimy sobie.
– Jeff…
– Tylko mnie nie odpychaj, bo nie pozwolę ci na to.
– Dobrze – szepcze i ujmuje delikatnie jego policzek.
Jocelyn
Po przebudzeniu czuję się lepiej, niż wtedy, gdy zasypiałam. Owiewa mnie znajoma woń perfum. Niepewnie uchylam powieki i uśmiecham się sama do siebie, gdy dostrzegam Jeffreya. Nie mam pojęcia, kiedy i jak tu wszedł. Wciąż jestem na niego zła za to, że po prostu oddał mnie Marcelowi i odjechał.
Wykorzystuję to, że śpi i wtulam się w niego mocniej. Poddaję się chwili, w razie czego powiem, że nie byłam świadoma swoich czynów, bo spałam. Dotykam dłonią jego zarostu i błądzę po przystojnej twarzy palcami. Mężczyzna mruczy coś i przekręca się na bok, więc leżymy do siebie przodem. Spoglądam na przymknięte powieki, słodkie wargi i się oblizuję.
Jeffrey otwiera oczy i nasze spojrzenia się krzyżują. Zaskoczona mimowolnie wciągam powietrze i widzę serdeczny uśmiech. Dotyka mojego policzka, zahacza palcem o wargę, a moje serce próbuje wydostać się z klatki piersiowej.
– Musimy pogadać. – Słyszymy głos Marcela i obydwoje automatycznie spoglądamy w stronę drzwi. – Puk, puk?
– Puk, puk – odpowiadam zmęczona tą zabawą. Wywracam oczami i kładę się na plecach.
– Kto tam? – pyta Marcel.
– Jo. – Podnoszę się do siadu.
Marcel wytłumaczył mi parę spraw, zdobywając się na szczerość. Początkowo nie chciałam tego słuchać, ale uznał, że należy mi się prawda. Wiem, że kiedyś byłam Miley, i wiem, że kiedyś Jeff ją kochał. Jednak wciąż nie wiem, co wydarzyło się przed wypadkiem. Mogę snuć domysły, że się pokłóciliśmy, zaćpałam się i wylądowałam tutaj, ale nie robię tego. Chcę wykorzystać swoje ostatnie chwile.
– Chodź, stary, musimy iść. Mamy parę spraw do obgadania – rzuca Marcel i gapi się na Jeffa dziwnym wzrokiem.
– Idę – odpowiada. Wstaje i podchodzi do mnie, bacznie obserwując. – Jocelyn?
– Mhm? – mruczę i wgapiam w obraz na ścianie, który kiedyś namalowałam. Czuję się zawstydzona.
– Przepraszam, że tak cię zostawiłem bez wyjaśnień.
– W porządku – odpowiadam, choć chciałabym powiedzieć coś innego. Jak bardzo źle się poczułam, gdy zabrał rękę z mojej dłoni. Jak wielką pustkę odczuwałam przez ostatnie dni, gdy nie miałam go w zasięgu wzroku.
– Nie jest w porządku. Wrócę i porozmawiamy, dobrze? Naprawdę mi na tobie zależy i jest mi źle przez to, co zrobiłem. Chcę, żebyś to wiedziała.
Kiwam głową. Przytula mnie na pożegnanie i wychodzi.
Marcel
– Gdzie idziemy? – pyta Jeff, gdy Marcel oznajmia, że muszą wyjść z ośrodka.
– Daleko stąd.
– Nie rozumiem.
– Musimy pogadać, poważnie pogadać, a tu tego nie zrobimy.
– Czemu nie? Nie chcę oddalać się od Miley.
– Bo powiem ci wreszcie, kurwa, prawdę, a nie mam pojęcia, jak to przyjmiesz.
– Myślisz, że znowu zrobię to, co ostatnio? – Jeff przełyka gulę w gardle i czuje ucisk w żołądku. Żałuje tego, co zrobił kiedyś przyjacielowi. Nie ma nic na swoje usprawiedliwienie, pochrzaniło mu się w głowie, a on sam nie wiedział wtedy, co było prawdą, a co nie. – Nie masz pojęcia…
– Nie, nie myślę o tym, ale nie oszukujmy się, jesteś jak buldożer. Niszczysz wszystko na swojej drodze i nie pozwolę, byś zniszczył to miejsce. Czy tego chcemy, czy nie, to jest dom Jocelyn.
Jeffrey kiwa głową, nie protestuje. Wsiada do samochodu przyjaciela i zauważa, że wjeżdżają do lasu. Kręci zażenowany głową. Przecież nic by nie zrobił! Owszem, wiele razy go poniosło, ale teraz, gdy wie, co się stało Miley… Przecież nic nie jest gorsze od świadomości, że zostało jej kilka dni życia!
Gdy wysiadają, Marcel wyciąga z bagażnika butelkę whisky i podaje ją przyjacielowi. Będzie tego potrzebował – myśli Sanchez i przysiada na pniu. Sam potrzebował dużej dawki alkoholu, by przetrawić wszystkie informacje. Odpala papierosa, częstuje przyjaciela i palą w milczeniu.
Zaczyna od momentu, w którym Miley wróciła do Stanów i miał ją bezpiecznie odeskortować do Białego Domu. Jednak CIA przechwyciło ich oboje. Służby, na czele z Collinsem, nie wierzyły, że Europa tak po prostu wypuściła Miley Cooper i pozwoliła na powrót do domu. Chcieli ją przesłuchać, lecz przede wszystkim wykorzystać. Dodaje, że chciał mu o wszystkim powiedzieć, jednak Collins zabronił. Nie pomija żadnego szczegółu, jest nadzwyczaj dokładny, za co Jeff jest mu wdzięczny. Czas leci, alkoholu ubywa, spowija ich dym z papierosów. Jeffrey chce wiedzieć wszystko, nie przerywa przyjacielowi nawet wtedy, gdy ten opisuje, jak wyciągnął dziewczynę z wanny pełnej wody zabarwionej krwią.
Gdy Marcel dociera do momentu, w którym weszli w trójkę do ośrodka, przerywa. Cholera, niepotrzebnie jechał samochodem. Nikomu się nie przyznał, kogo spotkał. Dla Miley było za późno na tę informację, a Robertowi Turnerowi nie ufał.
– Mów. Cokolwiek masz mi do powiedzenia, zniosę to – mówi Jeff, wyczuwając zawahanie w głosie przyjaciela. – Nie mogą mnie niczym zaskoczyć. Już ostatnio Perez…
– Twój ojciec żyje – oznajmia Marcel, czując ogromny głaz odpowiedzialności spadający z serca.
Jeffrey
Powietrze wokół nich gęstnieje, mrok zdaje się pogłębiać, a księżyc na czarnym niebie jest ich jedynym towarzyszem. Do ich uszu docierają jedynie dobrze znane nocne odgłosy. Milczą od ponad godziny i choć Jeffowi ciężko przyswoić słowa Marcela, to resztkami silnej woli opanowuje szał.
Cholera, ma ochotę to zrobić, rozpierdolić wszystko, co napotka na swej drodze, ale wie, że nie może. Dlatego zrezygnowany siedzi na twardej ziemi i podpiera głowę dłońmi.
– Jak to? – pyta wreszcie i odstawia butelkę. Więcej nie potrzebuje, nie może spić się jak szmata w tak poważnej sytuacji. Musi zdobyć jak najwięcej informacji i wszystko zapamiętać. Zresztą, nawet po całej butelce whisky nie zdołałby się upić. Ma mocną głowę. – Przecież zmarł prawie dziesięć lat temu, byliśmy na jego pogrzebie.
– Sam byłem zaskoczony. Nie miałem pewności, czy to on, ale zdawało mi się, że także mnie rozpoznał. Rozmawiałem z nim dopiero po zabiegu, gdy wyjaśnił mi całą sytuację. Obiecał, że będzie traktował Jocelyn jak własne dziecko i dotrzymał słowa. Łączy ich naprawdę silna więź.
– Więc Miley nie wie?
Sanchez kręci głową.
– Herman… to znaczy twój ojciec… Cholera jasna! Warren Herman, bo takie przybrał nazwisko, ostrzegał nas przed skutkami ubocznymi DMC, ale mimo to Miley się zgodziła. To dlatego jest z nią tak źle. Wiedziała, że może nigdy nie wrócić do siebie i wiem, że właśnie to ją zmobilizowało. W ten sposób kara się za wszystko, co się stało.
– Czyli leczenie…
– Nie dają jej szans, mówią, że to…
– …kwestia dni – kończy Lawrence. – Perez mówił, że…
– Perez to kawał gnoja, który zrobi wszystko, by się podlizać Collinsowi. Nawet o tym nie myśl.
– Ale…
– Nie. To była decyzja Miley, chciała od nich uciec. Rozmawiałem z nią, wie, że wiceprezydent będzie chciał się z nią rozliczyć. Nie rób tego, Jeff. Po prostu nie, a jeśli zechce odejść, to niech to będzie jej decyzja. Inaczej cię znienawidzi.
– Przynajmniej będzie żyła. – Jeffrey wstaje z miejsca, chcąc… Właściwie sam nie wie, czego chce. Nie może się w tym stanie pokazać Jocelyn albo Miley, nie może jechać do ośrodka i porozmawiać z ojcem.
Marcel chwyta go mocno za ramię i zmusza, by spojrzał mu prosto w oczy. Odpowiada na wyzwanie i mierzą się spojrzeniem, każdy z nich jest zacięty.
– Jeśli Miley zdecyduje inaczej, pozwolisz jej dokonać wyboru.
Rozdział 2
Miley
Zawód w jego oczach łamie mi serce. Wpatruje się we mnie ze smutkiem. Pragnę go tylko mocno przytulić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Ale nie będzie.
Odchodzę, chcąc dać Jeffreyowi przestrzeń i czas, którego potrzebuje na przemyślenie pewnych kwestii. Mam świadomość, że to, co zrobię, będzie naszym końcem, jednak nie wyobrażam sobie innego wyjścia z tej sytuacji. Nie ma znaczenia, jak bardzo się kochamy i jak wiele czasu potrzebowaliśmy, by to do nas dotarło. Nie wrócę do piekła, z którego uciekłam ostatnim razem.
Marcel opowiedział mi, kim dotychczas byłam i co robiłam. Wiem o mojej drugiej osobowości zwanej Jocelyn Herman i wiem, że ona o niczym nie wie. Czasem mi się wydaje, że po prostu zazdroszczę jej niewiedzy, życia w nieświadomości i niewinności, której nikt nie zdoła jej odebrać. Ta druga ja nie pamięta przeszłości i bólu, i mam nadzieję, że nigdy się o tym nie dowie. Choć jesteśmy jedną osobą, to mam wrażenie, jakbyśmy były zupełnie inne, a jedyne, co nas łączy, to miłość do Jeffreya Lawrence’a.
Ciągle staram się przetrawić momenty wracające z podwójną siłą – wydarzenia i emocje im towarzyszące. Nie wszystkie są złe, choć początkowo odnosiłam takie wrażenie. Docierają do mnie również te miłe, więc przymykam powieki, rozkoszując się nimi.
Maszeruję korytarzem, chcąc porozmawiać z właścicielem ośrodka, który, jak mówił Marcel, udawał mojego ojca. Powinnam odejść z tego miejsca i mam nadzieję, że Jocelyn to zrozumie. Resztę życia chciałabym wykorzystać na coś innego niż siedzenie w pokoju i rozmyślanie nad sensem egzystencji. Mam świadomość, że nie zostało mi dużo czasu, jednak Jeff to rozumie, a to najważniejsze. Marcel również jest dla mnie ogromnym wsparciem i szanuje podjętą przeze mnie decyzję.
Ktoś zmierza w moim kierunku. Blond czupryna wyróżnia się wśród ludzi na korytarzu. Dobiega do mnie, po czym mocno przytula. Stoję zdezorientowana faktem, że obca osoba pozwala sobie na tak bliski kontakt. Nie odwzajemniam tego gestu.
– Wyglądasz strasznie, jesteś jeszcze chudsza niż ostatnio – mówi, lecz nic nie rozumiem. Odsuwam się o parę kroków, chcąc zachować dystans, a on wyraźnie widzi to w moich oczach. – A tobie co? Pozwiedzałaś trochę kraju i już nie poznajesz swojego przyjaciela?
– Przepraszam, ale czy my się znamy? – Rozglądam się dookoła, jakby w oczekiwaniu, że zaraz ktoś wszystko mi wyjaśni.
– Mogłem się tego spodziewać. Masz nowych przyjaciół z miasta, więc starych nie poznajesz. – Lekceważąco macha ręką i odchodzi.
Spoglądam na oddalającą się sylwetkę, zupełnie nie rozumiejąc, co to było. Jednak im bardziej się oddala, tym większą odczuwam pustkę, jakby opuszczała mnie bliska osoba. Szybko zbieram się w sobie i pędzę za nim, mając nadzieję, że go dogonię. Dostrzegam chłopaka w następnym korytarzu, gdy wchodzi do stołówki, więc udaję się za nim. Podobnie jak on biorę kawę. Spogląda na mnie podejrzliwie, lecz ja na niego także. Idzie do stolika, a ja podążam za nim. Niebieskie oczy wwiercają się we mnie. Palcami obracam porcelanową filiżankę i z nerwów mam ochotę zapalić, chociaż z tego, co wiem, to nie palę już od dwóch lat. Moje drugie ja odrzuciło wszystkie używki. Z niepewności drga mi noga, więc przyciskam kolano dłonią, chcąc zapanować nad własnym ciałem. Mój wysiłek spełza na niczym.
– Przepraszam za tamto, ja tylko… – urywam, nie mając pewności, co właściwie chcę powiedzieć. – Widzisz, przez moją chorobę dzieją się różne rzeczy i po prostu nie wiem, kim jesteś, a czuję, że się znaliśmy.
Chłopak rzuca mi zdezorientowane spojrzenie, kryją się w nim rezerwa i dystans. Wiem, że sam nie jest pewien, czy wierzyć w to, co właśnie powiedziałam.
– A więc jest tak, jak mówiłem – szepcze i upija łyk gorącej kawy.
– Czyli jak?
– Mówiłem ci kiedyś, że testują na nas nowe prochy. Ciebie już wyżarły.
– To nie tak – oznajmiam, widząc smutek w jego oczach. Chcę wyjaśnić całą sytuację. Czuję, że mogę mu zaufać. Marcel wspominał, że się z kimś tu przyjaźniłam, lecz pojęcia nie miałam, że właśnie z nim. – Tylko…
– Chodź, najpierw coś zjemy, bo wyglądasz jak wieszak na ubrania.
Wzruszam ramionami i posłusznie udaję się za chłopakiem do okienka, gdzie kucharki wydają nam obiad. Nie pachnie zbyt apetycznie, dlatego biorę tylko kolejną porcję kawy, a na tacy układam pomarańczę i banana. Odchodzimy, siadamy na poprzednich miejscach, chłopak bierze porcję na widelec i wącha.
– To nie jest jedzenie dla ludzi…
– Więc… – Mieszam łyżeczką w kubku. Ostatecznie obieram owoce. – Jak masz na imię?
– Jestem…
– …Trent Jenkins – kończę za niego. Jego imię pojawia się nagle w mojej głowie i uśmiecham się zadowolona. – Wiesz, nie mogę zbyt wiele zdradzić, ale niedługo stąd odejdę.
– Jaki jest tego powód? – Zanim pyta, myśli. Przez ten jego brytyjski akcent naprawdę ciężko go czasem zrozumieć. – Przez tego twojego faceta?
– Masz na myśli Jeffa?
Kiwa głową, ja także. To główny powód, dla którego chcę odejść. Potrzebuję go, dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo.
Rozmawiamy na luźne tematy, a do mnie dociera coraz więcej, jakby przeszłość Jocelyn starała się powrócić. Obawiam się, że do jej drzwi może zapukać także moja przeszłość. Nie jestem gotowa na to, by moje drugie ja znało tak mroczne tajemnice i sekrety, zwłaszcza bez odpowiedniego przygotowania. Choć ta kobieta jest dla mnie obca, pragnę, by odeszła bez świadomości ostatnich wydarzeń.
Pamiętam momenty, gdy Jeffrey pomagał mi przetrwać skutki uboczne leku, który wymazał mi pamięć. Jak obiecywał, że będzie przy mnie, jeśli tylko mu na to pozwolę. Uśmiecham się do siebie, ponieważ Jo miała jego wsparcie i miłość. Jeffrey odkrył w niej tę cząstkę, te uczucia, które nigdy nie zniknęły z naszego serca.
– Przyszedł ten twój kawaler. – Trent wyrywa mnie z zamyślenia i wskazuje ręką postać w drzwiach. Jeffrey wyłapuje mój wzrok i powoli do nas podchodzi. – W sumie to jest całkiem niezły.
Lawrence ma na sobie garnitur – wygląda w nim idealnie – i poluzowany krawat, który mam ochotę zdjąć wraz z resztą ubrań. Tęskniłam za nim tak długo, że nie myślę o niczym innym, jak tylko o rzuceniu się na niego i po prostu wzięciu tego, co mi się należy. Jest mój, nikt mi go nie odbierze i wiem, że on myśli o tym samym. Ze względu na mój stan nie robi nic. Boi się, że może tylko go pogorszyć, ale czymże są ostatnie chwile bez robienia tego, na co ma się ochotę? Zasługujemy, by posmakować się ostatni raz.
Rumienię się na wspomnienie intymnych momentów Jeffa i Jocelyn. Robi mi się gorąco. Choć myślałam, że będę zazdrosna – nie jestem. Jeffrey zawrócił Jo w głowie, któż mógłby się jej dziwić? Początkowo wydawało mi się, że mogę być zła o relację, której sama z nim nie miałam – o wsparcie od początku ich znajomości, o opiekę nad zupełnie obcą dziewczyną i o troskę, której ja nie zdążyłam zaznać, bo zabrakło nam czasu, choć spędziliśmy razem pół roku. Jest mi tylko przykro z tego powodu.
Mężczyzna dotyka mojego ramienia i przysięgam – czuję, jak przechodzi między nami prąd i ogromna fala pożądania. Cała się spinam i wiem, że on to wyczuwa. Palcami delikatnie dotyka karku, muska wrażliwe miejsca, przez co oddycham zdecydowanie zbyt szybko. Wzrokiem pyta: „Kto to jest?”, a mnie jeszcze bardziej cieknie ślinka na widok jego poważnego wyrazu twarzy. Jest zazdrosny.
Uśmiecham się do niego promiennie, wkładając w to całą energię. Przedstawiam Trenta, a faceci ściskają sobie dłonie. Jeffrey bierze mnie za rękę i splata nasze palce, a mnie buzia się nie zamyka. Wciąż się szczerzę i dociera do mnie, że naprawdę jest mój, choć już podczas spotkania w Moskwie widziałam wyraźne oznaki zażyłości między nami.
Żegnam się z przyjacielem i odchodzę wraz z Jeffem. Czytam z niego – coś jest nie tak. Spoglądam mu w oczy, dłońmi obejmuję jego policzki i całuję go, chcąc okazać mu wsparcie. Nie wiem, co jest problemem, skoro wyjaśniliśmy sobie wszystko i mężczyzna rozumie, dlaczego nie chcę wrócić do Collinsa, nawet jeśli istnieje szansa, że ten zna sposób, by mnie uratować.
Prowadzę go do pokoju. Marcel leży na brzuchu, zajmując całe łóżko, macha nogami w górze – niczym zakochana nastolatka – i rozmawia przez telefon. Gdy tylko nas dostrzega, kończy gadać i siada normalnie, choć myślałam, że być może zrozumie, iż chcemy zostać sami.
– Miley… – zaczyna Jeffrey. – Jest coś, o czym nie wiesz. I do niedawna też o tym nie wiedziałem.
– Po prostu to powiedz.
– Mój ojciec żyje.
Jeffrey
Lawrence bardziej luzuje krawat. Ma ochotę po prostu zdjąć garnitur i założyć dresy. Wcześniej miał parę spraw do załatwienia, musiał też przemyśleć parę spraw, dlatego prawie pół dnia spędził poza ośrodkiem.
Rano razem z Miley odbyli poważną rozmowę, cholernie trudną do przetrawienia, a jeszcze trudniejszą do zaakceptowania. Potrafi zrozumieć, co przeszła, sam w końcu nie miał łatwo, ale to właśnie ona utrzymywała go na powierzchni. W najmroczniejszych momentach odnajdywał punkty zaczepienia, swoje własne kotwice i teraz jest nią właśnie Miley. Nie ma pojęcia, jak kolejny raz przeżyje jej odejście. Chciałby zniknąć wraz z nią, ale mimo wszystko nie wyobraża sobie, że to może się skończyć. Najbardziej boli jednak fakt, że nie jest wystarczającym powodem, by żyła.
Idzie labiryntem korytarzy, by wreszcie stanąć twarzą w twarz z ojcem, który do niedawna jeszcze dla niego nie żył i był tylko odległym wspomnieniem. Nie miał odwagi, by od razu z nim porozmawiać, ale dłużej nie może czekać. Chce poznać prawdę.
Zatrzymuje się przed białymi drzwiami, na których widnieje tabliczka „Warren Herman” i przez chwilę wpatruje się w wygrawerowane nazwisko. Podnosi pięść, by zapukać, jednak w ostatnim momencie się powstrzymuje. Nie ma pojęcia, czy w ogóle go rozpozna. Serce bije mu szybko i usiłuje ponownie przywołać maskę, którą ostatnimi czasy zdjął. Utrzymanie jej było męczące, a przy przyjacielu nie musiał udawać.
Kamienny wyraz twarzy opanował do perfekcji. Czasem miewa wrażenie, że nosił maskę tak długo, aż zapomniał, kim naprawdę jest. Jeszcze do niedawna w odwecie pozbywał się każdego, kto przyczynił się do wypadku Miley – nie czuł nawet wyrzutów sumienia. A potem, gdy zobaczył Jocelyn, wszystkie emocje wróciły i nie potrafił ich stłumić. Próbował, starał się je wyciszyć, jednak jej widok zawsze przyprawiał go o szybsze bicie serca, niepewność i potliwość dłoni.
A teraz, gdy wróciła Miley…
Dzisiaj ma urodziny.
Całkowicie o tym zapomniał i Marcel pewnie także – zawalony milionem innych spraw. Wysyła mu na szybko wiadomość, by zorganizował cokolwiek, bo sam nie ma pomysłu. Jak się okazuje, Sanchez od dawna coś planował, a Jeff kręci głową z bezradności. Zdaje się, jakby ta dwójka miała ze sobą więcej wspólnego niż on z którymkolwiek z nich.
Chciałby jej coś dać w tym wyjątkowym dniu, lecz nie ma pojęcia co. Nic nie kupił, jak ostatni kretyn zapomniał. Łapie za łańcuszek na karku, obraca zawieszkę w palcach i delikatnie się uśmiecha. Opuszcza głowę i puka do drzwi, nim opuści go odwaga. Cholera jasna, przecież ma opinię jednej z najgorszych osób w kraju, więc dlaczego wymięka?
Jednak nieważne, kim się jest, nie co dzień człowiek się dowiaduje, że jego ojciec, dawno temu uznany za zmarłego, żyje. A fakt, że tę informację zataił przed nim najlepszy przyjaciel, potrafi wytrącić z równowagi.
Nagle drzwi otwierają się i staje w nich człowiek o posiwiałych włosach. Nic się nie zmienił – myśli Jeff i uważnie mu się przypatruje. Wciąż ta sama krągła, poważna twarz o ostrym nosie z małym garbkiem. Czarne niegdyś włosy wyglądają, jakby były oszronione, a wokół oczu pojawiły się zmarszczki. Zwierciadła duszy Jeffrey odziedziczył właśnie po nim – zielone jak trawa po deszczu.
W momencie, gdy słyszy jego głos, nie czuje nic, jakby stał przed nim zupełnie obcy człowiek. Wpatruje się w niego pustym wzrokiem i o ile wcześniej miał w głowie miliony pytań, które chciał mu zadać, teraz pozostało tylko jedno. I nie wyjdzie, dopóki nie dostanie odpowiedzi.
Wchodzi do środka, gdy Herman zaprasza go gestem ręki. Pomieszczenie wypełnione jest obrazami, zdjęciami i roślinami. Jeffrey rozgląda się dookoła i gdy zauważa fotografię Miley, przystaje na moment. Widać, że kocha Miley i troszczy się o nią, więc Jeff zaczyna być zazdrosny o ich relację, a także o to, że sam tego nie miał. Czy gdyby jego ojciec nie udawał martwego, to wyciągnąłby go z tego bagna, w które się wpakował? Czy pomógłby uwolnić się od wpływu rządu i nie dopuścił do jego wyjazdu z kraju?
– Cieszę się, że przyszedłeś. Na pewno chcesz poznać prawdę o przeszłości. Odpowiem na każde pytanie – mówi jego ojciec i siada w fotelu, a Jeffowi wskazuje miejsce naprzeciwko.
– Teraz interesuje mnie tylko jedno. Czy Collins może pomóc Miley? Czy naprawdę potrafią ją wyleczyć?
– Jeffrey… sprawa jest dużo poważniejsza, niż ci się wydaje. Tu nie chodzi tylko o tę dziewczynę, to wszystko sięga o wiele głębiej. Jeśli dostaną ten kod, jeśli odzyskają Jocelyn…
– Miley – przerywa mu Jeff i zaciska wargi w wąską linię.
– Jeśli odzyskają Miley, to będzie tragedia dla całego kraju. Collins chce objąć stołek prezydencki, po tym wszystkim, co zafundował naszej rodzinie…
– Nie waż się więcej powoływać na moją rodzinę! – Akcentuje słowo „moją” i wstaje z miejsca. Opiera się dłońmi o blat biurka i spogląda Hermanowi w oczy. – Zniknąłeś, więc nie masz prawa nazywać nas swoją rodziną. To ja robiłem wszystko, by nas utrzymać, podczas gdy ty spierdoliłeś! Obowiązki cię przytłoczyły? U matki zdiagnozowali stwardnienie rozsiane, trafiła do szpitala i od tamtej pory jest na wózku. Twoi rodzice się od nas odcięli, a jej rodzice nie mieli pieniędzy, by pokryć koszty leczenia. Potrzebowałem cię! – krzyczy, wyrzucając z siebie cały gniew, który nagromadził się w nim w przez minione lata.
– Usiądź, wszystko wyjaśnię – mówi właściciel ośrodka, nie przerywając kontaktu wzrokowego z synem.
– Nie zamierzam słuchać twoich wymówek i prawdę mówiąc, mam to w dupie. Pierdoli mnie, co robiłeś przez tyle lat, a jedyne, czego chcę od ciebie, to dowiedzieć się, czy wiceprezydent potrafi pomóc Miley.
– Jeffrey…
– Odpowiedz!
– Posłuchaj, jeśli to zrobisz, ona cię znienawidzi. Nie masz pojęcia, w jakim była stanie, gdy tu trafiła… – Jeff uderza pięścią w drewniany blat, przerywając wypowiedź mężczyzny. – Tak, potrafi jej pomóc.
– Gdyby nie to, że jesteś moim ojcem, już dawno bym się z tobą rozliczył. Uwierz, że jestem w stanie to zrobić.
Udaje się do drzwi. Zanim jednak wychodzi, słyszy:
– Wierzę.
Rozdział 3
Miley
– Wszystkiego najlepszego! – woła Marcel, wchodząc do pokoju z ogromnym tortem czekoladowym w rękach.
Zaraz za nim idzie Jeffrey z balonami i, cholera jasna, rozczula mnie ten widok. Dwóch dorosłych facetów robi mi niespodziankę, dwóch najważniejszych dla mnie facetów. Po raz pierwszy, odkąd pamiętam, na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Patrzę na nich zaszklonymi oczami. Rzucam się na Jeffa, a on łapie mnie mocno w pasie i unosi w powietrzu. Okręcamy się dookoła, po czym od razu łączę nasze usta i chwytam w dłonie jego twarz. Spoglądamy chwilę na siebie i gdy Marcel odkłada ciasto, podchodzę do niego i po prostu przytulam. Nie chcę wyróżniać żadnego z nich, obaj zajmują w moim sercu ważne miejsce.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jeszcze nigdy nie byłam tak szczęśliwa jak teraz, mając przy sobie najlepszego przyjaciela i miłość mojego życia. Brakuje jeszcze paru elementów, to oczywiste, lecz jestem zachwycona tym, co akurat mam. Mało kto z nas ma w życiu osoby, którym ufa bezgranicznie, oddając im siebie i swój umysł z przekonaniem, że jest to bezpieczne. Tak właśnie się przy nich czuję, jakby każdy z nich posiadał pewną cząstkę mnie, choć tak naprawdę nie miałam na to wpływu. Nie potrafimy kontrolować tego, kto w naszych oczach i w sercu zyskuje, a kto traci.
Siadam na łóżku po turecku strasznie podekscytowana. Wycieram spocone dłonie o spodnie i zniecierpliwiona nerwowo klepię się ręką po udzie. Śmieję się bez przerwy, zwłaszcza teraz, gdy Marcel wyciąga świeczkę z kieszeni czarnych spodni, wbija w tort i zapala ją, a jasny płomień jeszcze bardziej ogrzewa moje zmarznięte serce. Ponownie podnosi ciasto, przysiada na krawędzi łóżka, a Jeffrey mówi:
– Pomyśl życzenie.
Czego mogę sobie życzyć? Dwa lata temu chciałam, by Jeff mnie odnalazł i wreszcie to zrobił. Znaleźliśmy siebie nawzajem mimo wszystkich przeciwności losu.
Rok temu Jocelyn chciała jednorożca, ale kto może ją winić o takie marzenie? Przypominam sobie, że Marcel jakimś cudem się o tym dowiedział – być może przeczytał list do świętego mikołaja – i kupił jej ogromnego pluszaka, który siedzi w fotelu obok półki z książkami. Gapi się wielkimi, przerażającymi ślepiami z guzików i mam wrażenie, że prześwietla mnie na wylot. Zadaje milczące pytanie: „Czego chcesz?”, ale… Czego chcę? Jedynie tego, by wszystko było już dobrze.
Zdmuchuję świeczkę, a dym unosi się nad nią i rozpływa w powietrzu, pozostawiając po sobie specyficzny zapach. Spoglądam raz na Jeffreya, raz na Marcela i ujmuję ich dłonie, po czym mocno ściskam. Nie mają pojęcia, ile znaczy dla mnie ten dzień, ile znaczą dla mnie oni. Z każdym łączy mnie inna relacja, ale równie silna.
– A pamiętacie… – zaczyna Marcel i chwilę myśli, drapiąc się po brodzie. Od godziny wspominamy. Wracamy do przeszłości i rozmawiamy o wspólnych momentach, gdy byliśmy szczęśliwi albo choć odrobinę zadowoleni. Nie zawsze było źle, są wydarzenia, które mimo wszystko miały swoją wagę i okazały się fundamentem tego, że obecnie jesteśmy tu wszyscy razem. – Kurwa, wyczerpałem się.
Zanoszę się śmiechem. Nikt z nas nie chowa urazy o przeszłość. Poznaliśmy się w Stanach i nie mieliśmy ze sobą dobrego kontaktu, choć pracowaliśmy dla tych samych ludzi. Najeżdżaliśmy na siebie nawzajem i próbowaliśmy „podkraść” zlecenia. Nie znaliśmy się wtedy i nie mieliśmy pojęcia, że nasze losy potoczą się w takim kierunku. Być może wyjazd do Moskwy sprawił, że zaczęliśmy się o siebie troszczyć – z przymusu, bo z przymusu, ale jednak. Potem oszalałam na punkcie ich obu, a moje serce wybrało Lawrence’a.
– Ja mam – zaczyna Jeffrey. Opiera się na lewej ręce, głowę trzymając przy moich nogach, a prawą ręką ujmuje widelec, na który nabiera trochę tortu i wkłada sobie do ust. – Pamiętam, jak nazwałaś mnie „pierdolonym księciuniem”.
Śmieję się na to wspomnienie. Niech powie, dlaczego to zrobiłam!
– Bo jestem kobietą niezależną i sama potrafię za siebie płacić – wyjaśniam, a na twarzy Marcela pojawia się szeroki uśmiech. Zapewne musiał słyszeć już tę historię od Jeffa.
– Zaprosiłem cię na kolację i chciałem za nią zapłacić.
– I zapłaciłeś.
– Tak, a potem zobaczyłem, że przelałaś mi pieniądze.
Przyjaciel spogląda na nas, mało się nie krztusząc, a w jego oczach widzę łzy rozbawienia. Sama już zdążyłam się popłakać, ponieważ o wielu wydarzeniach podczas mojej pracy naprawdę nie wiedziałam. Marcel zabiera widelec Jeffowi i grzebie w czekoladzie, a ja zauważam, że wspólnie pochłonęliśmy już prawie połowę ciasta.
– Przebiłeś wszystko, stary. – Znów się śmieje, a Jeff mu wtóruje.
Sama staram się zachować powagę, bo choć w tamtym momencie byłam wkurzona, to ostatecznie zanoszę się śmiechem.
– Tak? A teraz? – Biorę trochę ciasta na palce i rozmazuję Jeffreyowi na nosie i policzku. – Dalej cię to śmieszy? – Mężczyzna opada na plecy i zaczyna się śmiać.
Dawno nie słyszałam, o ile w ogóle, by robił to tak szczerze i naturalnie. Teraz Jeffrey się podnosi i spogląda na mnie wzrokiem pełnym pożądania. Jak wtedy, gdy nazwałam go „pierdolonym księciuniem”. Mówił mi, że jeszcze nic go w życiu tak nie podnieciło, jak te dwa słowa.
Czekolada spływa mu po policzku, a ja się przysuwam, przechylam jego twarz w bok i zlizuję słodycz. Wydaję z siebie cichy pomruk. Nie miałam pojęcia, że to jest tak idealne połączenie. Najlepsze pod słońcem i pragnę tego więcej, lecz chrząknięcie przyjaciela ściąga mnie z powrotem na ziemię.
– To ja może sobie pójdę… Wiecie, w miejsce, które nie jest pokojem Miley i ten… Mogę sobie zabrać torcik? Panie w kuchni się spisały. – Marcel wciąż mówi zakłopotany całą sytuacją. Ja i Jeff wpatrujemy się w siebie, świadomie ignorując przyjaciela. – To co, mogę? Wy chyba macie inny deser, a ja sobie…
– Bierz go i wyjdź – mówi Jeff zachrypniętym głosem.
A więc tak czują się osoby uzależnione? Suchość w ustach, lepkie dłonie i kropelki potu pojawiające się na czole. Przyspieszone bicie serca, ekscytacja i skurcze w żołądku, ponieważ wiem, że zaraz coś się wydarzy. Za chwilę znów go posmakuję. Nic dziwnego, że nałogowcy nie mogą się powstrzymać, sama jestem najlepszym tego przykładem, ponieważ gdy słyszę, że drzwi się zamykają, wiem, co się stanie.
Jeffrey pochyla się nade mną, lewą rękę trzyma przy mojej głowie, drugą ujmuje twarz i gładzi kciukiem policzek. Unoszę się i zlizuję resztkę słodkości pozostawioną na jego nosie. Mruczy i opada na mnie. Uwielbiam ten moment, gdy czuję jego ciężar i usta na skórze. Językiem wodzi po obojczyku, lepkim nosem sunie w górę i w dół po linii szczęki, drażniąc zarostem. Układa się między moimi nogami, więc oplatam go nimi ciasno w pasie i łydkami sunę po jego udach. Dociska się do mnie mocniej i pieści szyję, zostawiając na niej czerwony ślad, który będzie zdobił skórę przez kolejne dni.
Ściąga koszulkę, odsłaniając tatuaże. Ujawnia dawne tajemnice, ale ja znam tylko jedną z nich. Naszą własną. Jest piękny; uszkodzony, ale taki podoba mi się najbardziej, z każdym szaleństwem i każdą wadą. Potrafiłam się w nim zakochać, tak po prostu. Czy tego chciałam? Pewnie nie, ale nie od nas zależy, w kim lokujemy swoje uczucia. Dotykam go, wodzę palcami po znakach i wgapiam się w „:)” na piersi. Odchylam się i składam pocałunek na tatuażu. Nie wyjaśniam swoich motywów, lecz Jeff doskonale zdaje sobie sprawę, że wiem. Oznacza mnie. Jego „Smiley”.
Siadam na nim, pozbywam się bluzki i niezdarnie zdejmuję stanik, po czym odrzucam ubrania w kąt. Ogląda każdą część ciała i dawne rany, które już się zagoiły, lecz w moim umyśle na zawsze zostaną świeże. Już dawno o tym nie myślałam i zdecydowanie nie mam ochoty robić tego teraz. Nie potrzebuję powrotu do przeszłości, żadne z nas tego nie chce.
Całuję go niespiesznie i upajam momentem, w którym każdy z nas jest tym, kim chce być. Nie zakładamy masek, odkrywamy siebie na nowo, każdą wadę i rysę, i poznajemy się jeszcze lepiej. Znamy swoje sekrety i tajemnice, znamy swoje ciała i przede wszystkim znamy swoje serca – tyle mi wystarcza.
Kładę się wygodnie na plecach, on przytula się do mnie. Paznokciami oram jego plecy, pokazując, czego chcę i potrzebuję. Daje mi wszystko, być może nawet więcej. Rozpływam się pod jego dotykiem. Uwielbiam, gdy boleśnie powoli ściąga ze mnie resztę ubrań, boleśnie powoli sunie palcami po nogach tylko po to, by zepchnąć mnie na skraj szaleństwa. Boleśnie powoli doprowadza językiem na szczyt.
Nie spieszymy się. Delektujemy się każdą chwilą, którą mamy, poświęcając ją sobie w stu procentach. Uwielbiam, gdy z pożądaniem spogląda mi w oczy, a w jego tęczówkach tańczą ogniki szaleństwa i miłości. Szaleństwa z miłości do mnie.
Opuszkiem sunie po policzku, kciukiem zahacza o wargę i delikatnie odchyla ją w dół, wzrokiem wodząc za palcem. Całkowicie go to pochłania. Z ogromną uwagą taksuje spojrzeniem całe moje ciało. Wisi nade mną, gdy jęczę z przyjemności. Rękę zostawia na biodrze, mocno mnie ściska i porusza się niespiesznie. Obejmuję go i wbijam paznokcie z każdym gwałtowniejszym ruchem. Kładzie się na plecach i dyktuje rytm. Staram się dostosować, ale nie chcę się nim delektować, chcę go już, tu i teraz, by ugasić ten płomień, który w nas płonie.
Jesteśmy rozgrzani, na granicy wytrzymałości i wiem, że sam z trudem nad sobą panuje. Chciał być delikatny, by nie zrobić mi krzywdy, zważając na mój ciężki stan, ale chcę, by po prostu był sobą i wziął wszystko, na co ma ochotę. Robi to, tarzamy się dziko w pościeli. Nie oddaję mu się; chcę, by to on oddał mi siebie, jednak tego nie robi. Walczymy, dysząc ciężko, wkładając w to wszystkie uczucia, które musimy z siebie wyrzucić, aż wreszcie opadamy zmęczeni na łóżko.
– Chciałbym ci o czymś opowiedzieć – szepcze Jeffrey, gdy leżę wtulona w jego gorące ciało i gładzę umięśniony tors. – Chciałbym ci opowiedzieć o tym, co działo się przez ostatnie dwa lata.
Pozwalam mu wydusić z siebie wszystko. Gdy zwierza mi się ze swoich uczynków, sama nie wiem, co myśleć. Mam świadomość, że moja śmierć zraniła go i złamała, więc robił wszystko, by ten ból choć trochę załagodzić, lecz sposób okazał się nieskuteczny. Nie pomogło mu wymordowanie każdego winnego, nie pomogły narkotyki ani alkohol. Potrzebował po prostu czasu, by dojść do siebie i poczuć, iż ból jest w końcu na tyle znośny, że wreszcie może wstać normalnie z łóżka. Przyzwyczaił się do niego, pewnego dnia się otrząsnął i zaczął żyć na nowo. Poskładał się do kupy. Sam. Zajęło mu to sporo czasu, ale miał go aż nadto. Bez pracy, bez zobowiązań, bez przymusu, by zrobić cokolwiek pożytecznego. W tamtym czasie po prostu się wypalił i potrzebował wolnego, by poukładać sobie wszystko w głowie i sercu.
Zdaję sobie sprawę, że wymordowanie tylu ludzi nie jest normalne i ciężko mi tego słuchać, naprawdę ciężko, ale… nie mówi niczego, o czym nie wiem. Już na początku, gdy zaczęłam pracować dla Collinsa, go śledziłam. Widziałam parę akcji. Chciałam powstrzymać mężczyznę – nie zrobiłam tego. Trawił mnie ból, strata i żal do całego świata, że tak po prostu nas rozdzielili. Wiedziałam, że żyje, i to chyba było gorsze, niż gdyby umarł. Widzieć kogoś i nie móc go dotknąć… To najgorsza kara ze wszystkich możliwych.
Jeffrey nie cofnie tego, co się stało. Zdaję sobie sprawę, że dziś jest już zupełnie innym człowiekiem, ale kto z nas się nie zmienił? Wiem, że gdyby miał świadomość, jak wszystko się potoczy, nigdy nie dopuściłby się tych wszystkich czynów i szkód.
Z każdym jego słowem oddaję mu coraz większą część siebie. Ufa mi i chce być szczery – to także się liczy, w końcu mógłby milczeć, żyć w kłamstwie i świadomości, że o niczym nie wiem. Byłoby prościej.
On mówi, a mi łzy cisną się do oczu, więc przymykam powieki. Staram się powstrzymać przed płaczem. To wciąż robi na mnie ogromne wrażenie. Słuchając tych wyznań, czuję, że kocham go coraz bardziej, choć nie powinnam. Zrodziła się między nami silna więź i jeszcze większe uczucie, które napawa mnie zarówno szczęściem, jak i strachem. Ale nie boję się Jeffreya – boję się o niego.
– Po prostu to zrobiłem, nie myślałem, chciałem się zemścić.
– Wiem, Jeffy. Wiem wszystko…
– Jak to? – Głaszcze mnie po włosach, odgarnia je i palcami kreśli znaki na moim karku.
Unoszę się i podpieram na łokciu, a wolną ręką dotykam policzka. Przymyka powieki i wzdycha.
– Po prostu wiem, ale to nieważne. Ważne, że więcej tego nie zrobisz, bo… Obiecaj mi, że gdy nadejdzie mój kres, pozwolisz mi odejść w spokoju, odpuścisz i nie będziesz szukał kolejnej zemsty. Proszę, obiecaj mi to.
– Miley…
– Obiecaj mi, że przeszłość pozostanie przeszłością i zrobisz wszystko, by ruszyć dalej. Nie zapominaj o mnie, po prostu żyj tak, jak zawsze chciałeś. Chcę, żebyś był szczęśliwy i pewnego dnia odnalazł miłość. Proszę, chcę, byś mnie zapewnił, że mogę odejść, nie martwiąc się, że cały świat stanie przez to w płomieniach.
– Dla ciebie spaliłbym całą ziemię, gdybyś tylko poprosiła.
– Wiem i tego się obawiam, dlatego obiecaj mi, że tym razem postąpisz właściwie. Będziesz cierpiał, ale przeżyjesz to. Masz jeszcze Marcela. Nie odcinaj się od niego.
– Nie dam rady przejść przez to drugi raz.
– Dasz radę, Jeffrey. Dasz radę, bo cię kocham najbardziej na świecie i wiem, że ty kochasz mnie równie mocno.
Jeffrey
Mija kolejna minuta, którą spędzają w toalecie. Ostatnie piętnaście minut Miley zwracała wszystko, co miała w żołądku, lecz teraz opiera głowę na desce i ciężko oddycha. Pot spływa jej po skroniach, a mężczyzna obok stara się wesprzeć dziewczynę. Dłonią gładzi jej plecy, dodając tym samym otuchy, ale nic nie sprawi, by poczuła się lepiej.
Choć był to jeden z najlepszych dni od dawna, to Jeffrey wiedział, że w końcu coś się musi spierdolić. Było im zbyt dobrze, by trwało to dłużej niż parę godzin. Zapewniał Miley, że pozwoli jej odejść, lecz nie wyobrażał sobie, jak bardzo będzie to trudne. Patrząc na nią w tym stanie, ma ochotę wziąć na siebie cały jej ból. Łatwiej było składać te wszystkie obietnice, gdy dziewczyna czuła się dobrze i widział w zielonych oczach radość. Jednak jej słabość i fakt, iż poddała się losowi, chwieje jego pewnością siebie.
Nie pozwoli jej się poddać, nie tym razem.
Bierze lekkie, bezwładne ciało na ręce, czując jej słaby oddech i nierówne bicie serca, a łzy podchodzą mu do oczu. Błądzi na oślep, pyta ludzi o lekarzy, aż wreszcie trafia pod odpowiednie drzwi. Dostrzega w nich swojego ojca i kolejnego doktora, który patrzy uważnie najpierw na Jeffa, potem na dziewczynę. Doskonale wiedzą, co jej jest i dlaczego. Doskonale wiedzą, że więcej zrobić nie potrafią.
Mężczyzna układa kobietę na łóżku, a lekarze udzielają pomocy. Podłączają ją do maszyn i choć Jeffreya ogromnie to dziwi, jego ojciec jest nad wyraz przejęty stanem podopiecznej. Zupełnie nie rozumie tego zachowania, choć Marcel tłumaczył mu, że traktował ją jak własną córkę.
Jak człowiek, który zostawił własną rodzinę, może kochać kogokolwiek?
Herman jednak pokochał Jocelyn za jej energię i charakter. Spędzał z nią mnóstwo czasu, by podtrzymać pozory, a godziny rozmów, gdy siedziała mu na kolanach, sprawiły, że obdarzył ją całą rodzicielską miłością, którą w sobie miał i tłamsił. Niczego bardziej nie żałował niż odejścia i zmiany nazwiska, ale nie miał wyboru i choć chciałby wyjaśnić Jeffowi wszystko, jego syn nie chce słuchać. Teraz, gdy dziewczyny zabraknie, już pewnie nigdy więcej się nie zobaczą. Starał się go odnaleźć już dawno temu, ale nie mógł się wychylać, by nikt się nie zorientował, że jednak żyje.
Każdy w tym pokoju wie, że na siłę przedłużają życie Miley jedynie o godziny, ale dla Jeffa te godziny są ważne, bo, cholera jasna, pieprzyć to, czego chce Miley. Nie pozwoli jej odejść, chociażby miał zawrzeć pakt z samym diabłem. Gdzieś ma obietnice złożone raptem godzinę temu i jeśli trzeba, wywróci świat do góry nogami. Nie pozwoli jej odejść, już raz go zostawiła. Drugi raz do tego nie dopuści. Czasem myślał o ich wspólnej przyszłości, wyobrażał ich sobie na wsi, w domu jego dziadków, szczęśliwych. I starych – nie w tak młodym wieku.
Może to głupie, ale chciał założyć rodzinę i zestarzeć się z nią, gdzieś daleko stąd, na kompletnym odludziu. Być może nawet w innym kraju?
Kolejna dawka lekarstw przynosi poprawę, serce Miley bije spokojniej, oddech się wyrównuje. Jeffrey podejmuje decyzję. Nie zwracając uwagi na protesty lekarzy, odpina dziewczynę od maszyny, bierze ją na ręce i wychodzi, odprowadzany uważnymi spojrzeniami. Wie, że już nigdy tu nie wróci.
Na korytarzu dostrzega ludzi spoglądających na nich dziwnym wzrokiem, jakby to on był winny temu wszystkiemu. Podbiega do nich chłopak, który wcześniej rozmawiał z Miley na stołówce, Trent. Wzrok ma zaszklony, chce coś powiedzieć, lecz żadne słowa nie wydają się odpowiednie.
Wreszcie Jeffrey dostrzega Marcela, który podbiega do niego, drżąc na całym ciele. Spogląda na Jeffa niepewnie, ale nawet nie stara się go powstrzymać. Wie, że to bezcelowe.
– Wiesz, że cię za to znienawidzi.
– Ale przynajmniej będzie żyła.
Copyright © Katarzyna Garczyk
Copyright © Wydawnictwo ReWizja
Wydanie I
Wilkszyn 2026
ISBN 978-83-67520-81-2
Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione bez wcześniejszej pisemnej zgody autora oraz wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pomocą nośników elektronicznych.
Projekt okładki: Katarzyna Grdeń, Studio Typika @typikastudio
Zdjęcie na okładce: Karolina Maluchnik
Redaktor prowadzący: Angelika Kuszła, poradniaredakcyjna.pl
Redakcja: Monika Całka, kropkaispolka.pl
Korekta I: Angelika Kuszła, poradniaredakcyjna.pl
Skład i łamanie: D.B. Foryś, dbforys.pl
Korekta II: Sylwia Dziemińska, korektaprzykawie.pl
Wydawnictwo ReWizja
Książka dostępna również w wersji drukowanej.
