Pracowite wakacje w Rzymie - Monika Lech - ebook

Pracowite wakacje w Rzymie ebook

Lech Monika

4,0

Opis

Andrea Niwiński jest trzydziestoletnią przedstawicielką naszego gatunku: Homo Sapiens Sapiens. Alex Fitzwilliam zdecydowanie nie zalicza się do ludzkiej populacji naszej planety. Jest Nadnaturalnym, a konkretnie - Zmiennym, czyli (dla przywiązanych do łacińskiej nomenklatury) należy do gatunku Homo Sapiens Variabilis.

Oboje wrócili cali i zdrowi z Kongo, gdzie wraz z emerytami z Legii Cudzoziemskiej likwidowali centrum handlu niewolnikami (szczegóły w "Morzu krwi" tej samej autorki).

Zmęczeni oraz jak Andrea - ciągle jeszcze czujący się poobijani po walce, mieli zamiar cieszyć się spokojnymi i zasłużonymi wakacjami w Krakowie. Planowali nieśpiesznie odkrywać, czym dla nich jest "bycie razem", co to znaczy "kochać", jak przestać się bać bliskości i jak nie zabić przyjaciół z dzieciństwa.

Tymczasem muszą jechać do Rzymu. To znaczy, musi jechać Andrea, a Alex kategorycznie odmawia zostania z tyłu.

Wyjazd nie wygląda na wypoczynkowy i taki chyba nie będzie, ponieważ Andy i jej specyficzne umiejętności są potrzebne Iwanowi Dołhorukiemu, szefowi jednej z mafijnych Rodzin.

W Wiecznym Mieście spotkają nie tylko mafiozów i szaleńców, ale i Olega Tsun, Zmiennego Alfę Watahy Rzymu. Spotkanie z Olegiem i emocjonalny trójkąt, który z tego spotkania bierze początek, to jednak jedynie początek kłopotów. Nie, nie tylko dlatego, że dwóch Alfa i jedna kobieta, to zawsze zapowiedź walki na śmierć i życie.

Na szczęście dla wszystkich obaj Nadnaturalni i Andy wiedzą doskonale, że ratowanie tych, których się kocha, jest ważniejsze i pilniejsze niż ustalanie hierarchii i dominacji. Tym bardziej, że Oleg i Alex, ku ich zaskoczeniu, odkrywają, że biologiczne imperatywy ich rasy nie są tak mocne, jak mogliby przypuszczać. Groźniejsza niż połączone terytorializmy Alexa i Olega okaże się młodzieńcza potrzeba udowodnienia, że "jest się kimś". To właśnie ta cudza, a niczym nieuzasadniona ambicja będzie powodem, dla którego cała trójka otrze się o śmierć, a dzieciństwo pewnej dwunastoletniej dziewczynki może zostać brutalnie zakończone.

Walka o wpływy, porwanie, rosnąca wokół trójki bohaterów magia. Jakby było mało - na płaszczyźnie emocji także mają trudny orzech do zgryzienia. Kogo wybierze Andrea Niwiński, z kim będzie próbować odnaleźć jej normalność? Co potrafią tatuaże Alexa? Czy kontrakt zawarty z mafią na wieczność da się rozwiązać? Co robią w Rzymie bracia Napierowie?

Odpowiedzi w "Pracowitych wakacjach w Rzymie".

"Droga Smoka" jest epicką sagą urban fantasy, w której Monika Lech przedstawia splątane losy grupy w zasadzie normalnych Homo Sapiens i istot Nadnaturalnych. Poznajemy bohaterów serii w momencie, kiedy grupa trzydziestolatków dowiaduje się, że obok ich świata, świata ludzi, istnieje inna rzeczywistość: mroczniejsza, gwałtowniejsza, bardziej skomplikowana. 

Dla wszystkich: ludzi i nie-ludzi przychodzi czas zmian, podejmowania decyzji, czas emocji, które są dalekie od serduszek, jednorożców i trzymania się za rączki w świetle księżyca. 

Każdy się zmienia, każdy dorasta. Każdy wrasta w coś większego niż on sam. 

Serię "Droga Smoka" rozpoczyna "Morze krwi". Po "Pracowitych wakacjach w Rzymie" warto przeczytać "Sztukę znikania", trzeci tom serii. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 733

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0

Popularność




PRACOWITE WAKACJE W RZYMIE

Monika Lech

PROLOG

Włochy, 18 czerwca 2053

Dziewczynka stała na schodach tak nieruchomo, jak tylko potrafiła. Zwykle poruszała się szybko i dużo. Teraz wiedziała, że to czas na bezruch i uwagę.

Nasłuchiwała.

Noc zapadła dawno temu i prawie cały dom był cichy i ciemny. O to jej chodziło, to dlatego tak długo czekała. Leżała cierpliwie i nieruchomo pod kołdrą, z zamkniętymi oczami, odwrócona buzią w kierunku ściany. Wiedziała, że to niedobrze tak leżeć i nie widzieć kto wchodzi, ale ona musiała udawać! Musiała zrobić wszystko, żeby uwierzyli, że śpi. Jej tata zawsze powtarza, że mądry człowiek nigdy nie staje tyłem do drzwi, ale mówi też, że czasem robi się to, co się musi. Ona musiała udawać.

To wystarczyło, bo jasnowłosa kobieta, która każe na siebie mówić zia1, ciocia i która z nią tutaj mieszka, nie umie zwracać uwagi na szczegóły, a żaden z czterech mężczyzn, którzy pilnują domu, nigdy nie wychodzi na drugie piętro, tam, gdzie jest "jej sypialnia".

Kobieta dała się nabrać na zamknięte oczy i równy oddech. Z tamtymi nie poszłoby jej tak łatwo. Zauważyliby, jak małej wali serce, zobaczyliby, że tenisówki dziewczynki nie stoją, jak to zwykły robić, przy drzwiach, zdziwiłoby ich, że mała śpi w ubraniu.

Dobrze, że "cioci" to nie obchodziło.

Było bardzo ciemno i wreszcie przyszedł czas na wyjście z pokoju. Gdyby czekała dłużej, mogłaby naprawdę zasnąć, a to zepsułoby te wszystkie dni obserwacji i przygotowań.

Ostrożny krok do przodu. Tutaj musi iść jeszcze ciszej.

Była już na pierwszym piętrze. Jeszcze tylko troszkę i będzie w ogrodzie, i będzie wolna. Tam, na zewnątrz, nikt jej nie złapie. Dziewczynka umiała biegać.

Jedyne światło, jakie widziała, wydostawało się na klatkę schodową z uchylonych drzwi do sypialni "cioci". Mała wiedziała doskonale, że żadna z tej kobiety ciocia. Umiała jednak wybrać, kiedy tylko warto słuchać dorosłych, a kiedy naprawdę trzeba to robić, dla własnego dobra.

Nie bała się, stojąc tak w mroku na schodach, a jeśli nawet, to ukrywała to ze wszystkich sił, tak jak sobie postanowiła.

Zrobiła krok w przód.

Potem kolejny.

Musiała uważać, bo stare drewno skrzypiało.

– Co ty możesz rozumieć?! – powiedział męski głos, z gniewem, jakby kończył jakąś wcześniejszą dyskusję.

Głos był zduszony, dochodził z głębi sypialni, ale słowa dały się zrozumieć. Słowa i intonacja. Ta złość była znajoma. Nie na tyle, żeby mała mogła powiedzieć, kto to mówi, ale wydawało się jej, że skądś zna i ten głos, i tę niecierpliwość.

Dziewczynka usłyszała jedno uderzenie, potem drugie, potem jęk. Mężczyzna jęknął, to był jego głos. Kolejne uderzenie i spokojny głos, kobiecy.

– Nigdy więcej nie odzywaj się tak do mnie, nie tutaj – kolejne uderzenie i mężczyzna jęczy głośniej.

– Jeszcze… – błaga, a dziewczynka nie rozumie tonu jego głosu.

Myśli, że teraz właśnie powinien być zły. Ona byłaby, gdyby ktoś dał jej klapsa.

Kolejne uderzenie i głos kobiety. Chłodny, rozkazujący. Straszny.

– Milcz.

Teraz był świst, uderzenie. I kolejne.

– Musisz ją tutaj trzymać? – mówi kobieta, robiąc duże przerwy między słowami i oddychając ciężko. Każde jedno słowo, to dźwięk uderzenia.

Dziewczynka postępuje krok do przodu. Cieszy się, że hałas, jaki robią dorośli, ułatwia jej wymknięcie się z tego domu.

Mężczyzna jęczy, tak samo głośno, jak poprzednio.

– Mocniej, mocniej.

Mała nie wie, co się dzieje, ale odgłosy uderzeń milkną, a mężczyzna brzmi, jakby był niezadowolony. Kobieta także.

– Kiedy jesteś tutaj, mówisz, kiedy ci pozwalam i odpowiadasz na moje pytania. Rozumiesz? – jęk, jakby tym razem mężczyznę rzeczywiście coś zabolało.

– Tak – odpowiada – tak!

Świst, uderzenie, jęk.

Dziewczynka chowa głowę w ramionach. Boi się, ale wie, że musi szybko przemknąć koło tych drzwi. Boi się, że kobieta wyjdzie z sypialni, że uderzy i ją. To może boleć tak bardzo, jak uderzenie piłką na treningu.

Mała krzywi się, ale robi kolejny krok do przodu. "Jakby co" – obiecała sobie – "wytrzymam i nie będę płakać. To będzie przecież tak samo, jak na piłce. Nie płaczę, kiedy gram".

– Odpowiadaj! – kobieta coś robi, bo mężczyzna krzyczy, a potem dyszy, a mała słyszy coś, co brzmi, jak "tak", a potem:"aaaach", oddech, jęk, długi i głośny.

Po nim trochę ciszy. Dziewczynka jest o dwa kroki bliżej drzwi.

W końcu mężczyzna mówi, normalnym, choć cichym głosem.

– Tu jest bezpiecznie. Tylko tu jest bezpiecznie – szelest i krzesło przesuwa się głośno po podłodze.

– To jeszcze taka gówniara – mała słyszy w głosie kobiety nutę, która pojawia się czasem w głosie taty, kiedy ten mówi o Jurze, kiedy nazywa go "gąbką".

– Gówniara – zgadza się mężczyzna. Słychać odgłos wody spuszczanej w toalecie.

Dziewczynka robi kolejny, cichy krok w dół.

– Poczekam z rok.

Kobieta zaczyna się śmiać. Mała figurka, wciśnięta w mrok na schodach, myśli, że nie podoba się jej ten śmiech. Jej strach rośnie.

– Rok?

– Ma dużo wiedzy do przyswojenia – mówi mężczyzna i śmieje się.

Dziewczynka poznaje ten śmiech. Zamiera bez ruchu, a serce jej wali i wali. Wolałaby dostać straszne lanie od kobiety niż dać się przyłapać swojemu kuzynowi, Jurze.

– Pomogę ci – kobieta śmieje się.

– Oczywiście, że tak – mężczyzna znowu się śmieje, a dziewczynka, na przekór swojemu przerażeniu, robi kolejny krok w dół.

Na parterze otwierają się drzwi, wszędzie robi się dużo jaśniej. Mała przywiera do ściany, ale kiedy schody zaczynają trzeszczeć pod czyimś ciężarem, bezgłośnie ucieka na górę, do "jej" pokoiku.

Ociera łzy.

Dziś nie udało się jej wrócić do mammy2 , do taty, do Olega. Ale jutro się uda.

Dziewczynka nie widzi, jak potężny, uzbrojony mężczyzna staje na schodach, nasłuchuje, potem węszy, rozgląda się, kręci głową, słuchając odgłosów z sypialni.

A później siada, pół piętra poniżej drzwi do pokoju małej.

Jutro dziewczynka przekona się, że zawsze ktoś siedzi na schodach.

ROZDZIAŁ 1

Propozycja nie do odrzucenia

Kraków/Rzym 21–22 czerwca 2053

Alex

Dawno temu hodowałem w duszy nadzieję, że kiedy już będę dojrzały, to będę rozumiał wszystkie gatunki inteligentne zamieszkujące Ziemię. Potem spuściłem z tonu i miałem nadzieję zrozumieć przynajmniej dwa z pięciu. Niestety, zarówno Ludzie, Homo Sapiens Sapiens, jak i Zmienni, Homo Sapiens Variabilis, w dalszym ciągu umykają mojemu pojmowaniu. Jak mówi kobieta, którą kocham: ja ich, kurwa, nie ogarniam, a mówiąc bardziej po mojemu: nie silę się nawet na sprawianie wrażenia, że rozumiem.

W tym leży moja mądrość – w nieudawaniu, że wiem, kiedy nie wiem.

Skąd akurat teraz te dywagacje o rozumieniu? Otóż, siedzę przy stole w kuchni, na krakowskiej Woli Justowskiej, patrzę na uśmiechnięte twarze czwórki dorosłych ludzi i zastanawiam się, kiedy stali się mi do życia niezbędni?

Z natury i z wyboru jestem samotnikiem. Mam grubo ponad czterysta lat. Moja Bestia, mój Wilk, ceni sobie ciszę i spokój, otwarte przestrzenie, autonomię i wolność. Ja cenię sobie swoją pracę, książki i reputację, która sprawia, że Ludzie unikają mnie, nie wiedząc, że to robią, a Zmienni unikają mnie po prostu ze strachu.

Tymczasem siedzę tutaj z Ludźmi, którzy według wszelkiego prawdopodobieństwa są częścią jakiegoś kosmicznego planu wysadzenia w przestrzeń mojego spokoju ducha, powściągliwości oraz innych cech, dla których wielu Zmiennych nazywa mnie Mnichem. A najgorsze jest to, że nie chciałbym teraz być nigdzie indziej!

No, może w sypialni, z jedną z tych osób. Ale to inna historia.

Alex Dougal Fitzwilliam, Wilk przyjemnie zagubiony, do usług.

Wariacka czwórka stanowiła więcej niż rodzeństwo. Sami chyba już nie pamiętali tych czasów, kiedy nie byli razem. Wychowywali się wspólnie, bo bogowie otchłani zrzucili trójkę z nich na głowę małżeństwu lekarzy, obdarzonych już synem.

Wojtek jest skupionym i efektywnym policjantem, którego za obiektywizm i brak efekciarstwa szanują krakowscy Zmienni. Nie mam kłopotów z tym, żeby pilnował moich pleców. Ufam mu, a ja nie obdarzam zaufaniem łatwo.

Michał uratował życie więcej, niż jednej osobie. Przy stole operacyjnym spędza długie godziny, nie tracąc pogody ducha i nie będąc wyniosłym dupkiem. Potrafi czarować kobiety jak rzadko kto. Wieść gminna niesie, że nie jest egoistyczny w łóżku. Więcej nie powiem. Gentleman powinien umieć milczeć elegancko na pewne tematy.

Kuba jest jak istota ze światła i bitów informacji. Wchodzi w przestrzeń wirtualną jak w masło i jest tam królem. Jego mózg wymyśla kapitalne światy i umie je powoływać do życia tak, by wydawały się rzeczywiste. Jest czarodziejem w swoim uniwersum i ma wybitny talent do pomnażania pieniędzy. Swoich i przyjaciół.

Andrea… były zawodowy żołnierz, czasem blackops3, czasem ochroniarz. Podejmuje błyskawiczne decyzje dotyczące życia i śmierci, swojej i innych. Była i jest sprawną maszyną bojową. Potrafi być chłodna, opanowana, kalkulująca, jednocześnie jej decyzje oparte są o konkretne wartości – w które wierzy, że są dobre.

Czasem tylko dla niej, ale nie miewa kłopotów z przyznaniem się do egoizmu. Czy do efekciarstwa.

Dzisiaj jednak miałem przed sobą nie grupę zawodowo stabilnych trzydziestolatków, ale bandę dokazujących dzieciaków, która doprowadziła mnie kilka razy do śmiechu.

Mnie, Mnicha.

Moje mięśnie brzucha bolały niemiłosiernie. Nie miałem pojęcia, jak oni to robią. Patrzyłem na lekko zmęczoną twarz Andrei, na to, jak śmiech rozjaśnia jej oczy, jak odrzuca w tył głowę, jak śmieje się na głos. Jak wali głową w stół, jakby w totalnej rozpaczy, spowodowanej tym, co właśnie usłyszała. Jak rozstawia wszystkich, łącznie ze mną, po kątach. Jak czasem dotyka dolnej partii żeber, jakby upewniając się, że są już całe.

Kilka dni temu prawie zabił ją jeden z moich pobratymców, daleko stąd, w Kongo. Ją bolały żebra, a ja byłem znowu zły na siebie. Znowu o to samo. Jak mogłem dopuścić do tego, że ją boli? Jak mogłem jej nie obronić?

Miłość tak właśnie działa na Zmiennych: pojawia się obsesyjna troska o obiekt uczuć. Tyle, że mój "obiekt" umie samodzielnie zadbać o siebie i moich gentelmeńskich zrywów nie potrzebuje do niczego.

Śmiech rozległ się znowu. Śmiech ze mnie. Czerpię jakieś pocieszenie z faktu, że wcześniej śmialiśmy się z niej.

Powód wesołości był prosty: historia. Przeszłość.

Nie mogliśmy opowiedzieć naszym przyjaciołom, co robiliśmy w Kongo. I mnie, i Andy wiązała tajemnica wojskowa i służbowa. W zamian za posiadanie sekretów musieliśmy podzielić się z naszymi przyjaciółmi czymś prywatnym. Dać im fanty.

Ujawnienie za ujawnienie.

Prywatne za służbowe.

Wybrane przez nich "coś" było i śmieszne, i straszne, i miejscami żenujące. Gdyby to było wypracowanie szkolne, to temat brzmiałby: "Mój pierwszy raz. Jak, kiedy, gdzie i z kim. Opowiedz, nie pomijając najsmutniejszych detali".

Żarty i orgię szyderstw z naszej dwójki przerwał telefon.

Dzwonił i dzwonił.

Najpierw długo patrzyli na stary aparat, wiszący przy drzwiach kuchni, później Kuba szybko wyciągnął tablet i coś postukał, Michał uniósł brwi, Kuba wzruszył ramionami. Wojtek oparł się ramieniem o ścianę, tuż koło mnie i siedzącej Andrei. Andy trzy razy stuknęła palcami w stół. Potem zamarła. Potem stuknęła raz jeszcze.

– No odbierz ten jebany telefon – powiedziała do Miśka zniecierpliwiona. – On jest ważny, bardzo ważny.

Popatrzyła na mnie.

– Nie wiem dlaczego, ale jest.

Rozumiałem.

– Halo?

Głos Michała nie drgnął i nie zdradził zdziwienia, które czułem w jego zapachu i widziałem w subtelnościach mowy ciała. Jedną ręką trzymał archaiczną słuchawkę, drugą przeczesał opadające na czoło włosy.

– Przepraszam, kto mówi? Z kim?

Każde kolejne, krótkie zdanie brzmiało na bardziej pytające niż poprzednie. Potem przysłonił odbiornik dłonią, popatrzył na nas i powiedział:

– Andy. Jakiś wujaszek Wania przy telefonie.

Nie obserwowałem jej w tym momencie, bardziej skupiony na Michale, ale zapach jej złości i frustracji uderzył mnie od razu. A potem przyszły słowa. Jak to zwykle w przypadku Andrei, nie były to sonety Szekspira, tylko epitety, których – jako syn mojej matki i dobrze urodzony gentleman, znać nie powinienem.

Wojtek parsknął śmiechem.

– Nieźle, kalafiorze. Wujaszek Wania, co? A ma trzy siostry i wiśniowy sad?

Kuksaniec Andrei nie odebrał mu tchu tylko dlatego, że policjant zdążył się lekko odsunąć.

– Jak ja was, wykształciuchów pierdolonych, nienawidzę, to sobie sprawy nie zdajecie – mruczała Andrea, wyrywając słuchawkę z rąk Michała.

Zatrzymała się na sekundę i zapytała Kubę i Wojtka.

– Dom Miśka dalej jest bezpieczny?

Skinęli głowami jak marionetki.

Andrea zaczerpnęła powietrza i głosem, który nazwałem "zawodowym" powiedziała: "Iwanie Dmitryczu, dobry wieczór".

Głos po drugiej stronie był niski, lekko zachrypnięty, mówił po angielsku z wyraźnym akcentem. Rozmówca Andrei był przyzwyczajony do absolutnego posłuszeństwa, ale w tym jak mówił, słyszałem szacunek dla Andrei i odrobinę… czegoś, czego przez telefon nie potrafiłem wyłapać.

– Andrea, myshka maja daragaja4, potrzebuję cię u siebie. Kłopoty.

– Jakie kłopoty? – ton głosu Andrei nie zmienił się ani na jotę.

Zero zaciekawienia, nic. Chłód.

Mężczyzna po drugiej stronie roześmiał się z głębi trzewi.

– Oj, mysheńka, mysheńka5… tym razem nie musisz go ratować – roześmiał się znowu, a ja poczułem narastającą złość.

Nie podobało mi się to, że męski głos, po drugiej stronie… insynuuje coś? Nie wiedziałem, jak to zdefiniować, ale wiedziałem, że mnie to złości.

– Tym razem, to nie… ech, to nie Jura i nie jego shit6, tym razem to mój kłopot, myshka – jego westchnienie słyszeli chyba nawet Michał i Kuba.

Wojtek słyszał je na pewno, on umiał słuchać, mimo iż nie miał wyostrzonych zmysłów Zmiennych.

Andrea milczała przez jakieś dwadzieścia sekund, w czasie których mężczyzna po drugiej stronie nie mówił nic. Dwadzieścia sekund ciszy, to prawie wieczność, kiedy atmosfera jest napięta. Ale mężczyzna po drugiej stronie musiał znać ją na tyle, żeby nie zasypywać jej słowami. Podrapała się w nos, uderzyła dłonią w ścianę i popatrzyła na nas. Potem skupiła spojrzenie na mnie. Uśmiechnąłem się i skinąłem głową. Co to w ogóle za pytanie? I tak bym pojechał. Z nią, za nią. Nie ma znaczenia.

– Nie przyjadę sama.

Ulga po drugiej stronie słuchawki była słyszalna.

– Harasho7 mysheńka, harasho – zgodził się rozmówca. – Samolot czeka na Balicach, weź…. weźcie stroje wieczorowe.

– Stroje wieczorowe? – Andrea nie podniosła głosu, ale równie dobrze mogła zapytać "what the fuck8"?

– White tie9, mysheńka, white tie – sprecyzował mężczyzna i po prostu odłożył słuchawkę.

Oleg

Jeszcze nim wszedłem do gabinetu Starego, poprawiłem krawat. Zawsze bardzo dbał o zasady, o pozory, o to, co widać. Od wszystkich swoich ludzi, niezależnie od tego, czy pracowali w biurach, czy w "resortach siłowych", wymagał ścisłego przestrzegania dress code10.

Do tej pory mi to odpowiadało. Lubiłem i ceniłem porządne ubranie, stosowne do okazji. Tym bardziej, że mieszkałem w Rzymie, gdzie jak cię widzieli, tak cię pisali, a pozory były ważne. Czasem nawet były wszystkim.

Przywykłem. W końcu mieszkam tu już osiemdziesiąt lat, a może trochę więcej?

Przyzwyczaiłem się do pozornej powierzchowności Rzymian, do intryg, do romansów, do umiłowania tego, co na zewnątrz, tak samo, jak przywykłem do temperatury, turystów i wakacji w sierpniu. Lubiłem też trzyczęściowe garnitury, zwłaszcza, od kiedy zamawiam je w Neapolu, u Issaego. Kupno ubrania nie jest łatwe, jeśli się ma ponad metr dziewięćdziesiąt i szerokie bary. Utalentowany krawiec jest błogosławieństwem, większym nawet niż klimatyzacja.

Czy jestem próżny? Nie, jestem Kotem. Wszyscy wiedzą, że nie ma lepszych Zmiennych, niż Koty.

My, Zmienni, składamy się jakby z dwóch istot, połączonych z sobą poprzez magię, której ani nie rozumiem, ani nie mam zamiaru nikomu wyjaśniać. Obie istoty są zrośnięte, współpracują z sobą, wzmacniają się. Człowiek i Bestia w nas, w Zmiennych, dzielą wszystko. Ciało, mózg, wspomnienia, pragnienia, przeżycia, a może nawet i duszę?

Magia.

Tak, ona istnieje i nie ma nic wspólnego z tym bełkotliwym czary-mary, którego można podobno "nauczyć się" w internecie. Nasza magia to siła potężna, ale nie opresyjna, dająca dużo, ale i sporo od nas wymagająca.

Moja Bestia nie jest zwierzęciem, jest Innym we mnie. Jest mną. Innym mną, ale mną. Jest potężnym zasobnikiem pierwotnej potęgi, moim wsparciem. Jest jednocześnie stara, jak pierwiastki i młoda, jak wiosenne szczenięta. Czasem rozrabia jak one, bo Bestie zwykle rozwiązują konflikty za pomocą kłów i pazurów. Są terytorialne i lubią strukturę. Potrzebują jej.

Człowiek równoważy Bestię, Bestia równoważy Człowieka.

Nie, nie jestem kotołakiem. Nie ma czegoś takiego, Matko Kazańska, no mówię, że nie ma. Podobnie, jak nie ma wilkołaków. Nie, nie muszę zmieniać się w czasie pełni, nie, nie wyję do Księżyca. Koty w ogóle nie wyją. To wszystko jest tylko wymysłem słabych pisarzy i naszych własnych PRowców.

Nie potępiam ich, PRowców, każdy musi z czegoś żyć. Rozumiem to, w końcu pracuję dla mafii.

Do tej pory nigdy nie dyskutowałem z rzeczywistością. Durna jest dyskusja z czymś, co cię nie słyszy i nie reaguje.

Teraz coś we mnie zaczęło pękać. Nie gwałtownie, nie pośpiesznie. Rzadko się śpieszę, nigdy nie działam impulsywnie. Stary śmieje się, że trwam jak wzgórza Rzymu, niezmienny, solidny, patrzący na wszystkie zmiany, rewolucje, dramaty, jakbym tylko czekał, aż przeminą.

Tak, słowo-klucz to "trwam". Nie jestem gorącogłowym gówniarzem, zawsze najpierw dobrze pomyślę, nim coś zrobię.

Teraz… teraz nawet ubranie mnie krępowało i drażniło.

To niepokojące uczucie zaczęło narastać jakiś tydzień temu. Jakby coś się przesunęło i okazało się, że świat ma inny kształt niż myślałem. Jakby trwanie do tego nowego kształtu nie przystawało i było dla niego niewystarczające.

Ruszyła się jakaś niewidoczna płyta tektoniczna i uświadomiłem sobie, że Rzym, Rodzina, moja praca, moje miejsce w życiu, to klatka. Złota, wygodna, prestiżowa – owszem, to prawda. Jednak klatka to tylko klatka.

Otrząsnąłem się, jak otrząsam się z takich myśli zawsze. One nie mają sensu. Nie mają miejsca.

Nic nie wnoszą.

Niczego nie zmieniają, nie dla mnie, nie w moim przypadku.

Rzym, to moja Roma Aeterna11.

Wieczne Miasto na moją "wieczność".

– Oleg!

Stary pokazał mi fotel przy biurku i wyciągnął rękę po teczkę z dokumentami. Podałem mu je. Siedział w milczeniu, studiując podpisane umowy. Kiwał głową. Wiedziałem, że tak zrobi. W końcu miał przed sobą akt własności przedsiębiorstwa, przynoszącego kilkaset milionów rocznie oraz dającego mu wejście na chiński rynek. Rok pracy, szczegółowe i pracochłonne analizy, niekończące się negocjacje, ciągłe podróże, morze wypitego alkoholu, kilogramy paskudnego żarcia, Matko Kazańska, jak ja to przeżyłem?

Zmiennym jestem, oto jak.

– Brawo, Oleg – uśmiechnął się ciepło, zamykając dokumentację. – To kapitalny nabytek.

No pewnie, że to był kapitalny nabytek. Wejście na Chiny? No, proszę!

Duma i zadowolenie aż z niego parowały. Kolejny klocek, kolejna cegiełka wzmocniła budowlę jego imperium. Stary był jednak bardziej milczący i mniej wylewny, niż zwykle. Taki był od dwóch tygodni.

Porwanie córki rzadko bywa źródłem radości.

– Małpka? – zapytałem, używając przezwiska, które pasowało do niej jak ulał.

Ostatni tydzień spędziłem w Mediolanie, pracując kilkanaście godzin dziennie, kończąc wszystko i dopinając umowy, broniąc pozycji Alfy Rzymu, bo nawet tam znaleźli się tacy, którzy chcieli zabrać moją Watahę i moją robotę. Nie miałem czasu czytać informacji z domu.

Stary pokręcił głową. Nic. Dalej nic. Drugi tydzień. Tysiące euro wydawane na lewo i prawo, na łapówki, na specjalistów, na przesłuchania i nic. Ani śladu.

Wstał, stanął przed oknem, patrząc na Piazza Barberini.

Wiedział równie dobrze jak ja, jak to bywa z porwaniami. Znał statystyki.

Nie potrafiłem o tym myśleć.

Nie mogła zniknąć na zawsze, nie Małpka, nie radosna, uparta, głośna, przemądrzała Susana, moja miniaturowa elektrownia atomowa.

– Będziesz miał od jutra trudną sytuację do ogarnięcia, obcych na twoim terenie – mówił, nie odwracając się i pachnąc ostrożnością, obawą i smutkiem. Tęsknotą. Brakowało mu tej iskry radości, którą miał, kiedy Małpka była w domu.

– Sprowadzam ostatnią osobę, która może nam pomóc. Chcę pełnej kooperacji ze strony wszystkich. Agaton – drugi po Starym w Rodzinie, też Zmienny – wie, że ma dać wszelkie wsparcie, jakiego będzie potrzebować.

Kiwnąłem głową.

– Specjalista?

– Ostatnia nadzieja – odwrócił się do mnie – Ona znalazła Jurę.

Zakląłem, nawet nie próbując ukryć frustracji. Rzadko kląłem, więc mój wybuch mówił już wiele. Bratanek Starego był nienormalny, jakoś w środku złamany. Wszyscy wiedzieliśmy, że ma fioła na punkcie dziewczyny, która kilka lat temu go uratowała. Obsesję, graniczącą z chorobą psychiczną. To nie było natręctwo, to była mania. Jej obecność tutaj to bardzo zły pomysł. Mniej więcej tak zły, jak wizyta alkoholika w dystylarni. Ale nie powiedziałem nic więcej. Moje "bladź12" wystarczyło. Stary to Stary. Jego Rodzina, jego decyzja.

Miał sztywne plecy i teraz już tylko ból od niego promieniował. Ten twardy, ruski drań kochał swoje dziecko. Niech mówią, co chcą, Zmienni to czują i koniec.

Wzruszyłem ramionami. Jako Alfa wiedziałem, co mam robić.

– Iwanie Dmitryczu, oczywiście chcecie, żebym zapewnił jej ochronę 24/24? – zapytałem, a Stary ryknął śmiechem, po raz pierwszy, od kiedy nasza Małpka zniknęła.

– Nie – powiedział, ocierając łzy. – Żadnej ochrony dla niej. Nawet gdyby jej potrzebowała. Za to ma mieć dostęp do wszelkich zasobów i informacji, nawet tych nielegalnych. Pełen dostęp, Oleg. Będziesz jej łącznikiem, bo ona nie będzie chciała pracować ze mną. Nigdy nie chce. Odkładasz wszelkie inne rzeczy. Pieniądze możemy robić, jak wszystko wróci do normy.

– Brak ochrony? Kompletny? A ochrona Watahy? W kontekście… – zastanawiałem się, czy skończyć swoją myśl, ale jestem Alfą i odwagi nigdy mi nie brakowało. – W kontekście Jury?

– Jeśli jest tak dobra, jak myślę, że jest, to nic, oprócz informacji, nie jest jej potrzebne.

Kłamał. Ja to wiedziałem, a on wiedział, że ja wiem. Żaden z nas nie powiedział jednak ani słowa.

– Nie zostawię jej bez żadnej osłony na terytorium mojej Watahy – powiedziałem ciszej i nie patrząc na niego. – Nie mogę.

– Poniesiesz konsekwencje?

Czy wezmę na plecy ewentualny gniew jego następcy, Jury? Jakbym kiedykolwiek nie brał. Za siebie, za innych. Jestem Alfą. To nasza robota.

– Tak.

– Rób, co musisz. Nie, co możesz. Co musisz.

Coś mi potężnie śmierdziało w zachowaniu Starego od dawna, a teraz, to już szczególnie. Ale nie miałem jeszcze pojęcia, co się dzieje, więc po prostu wziąłem dokumenty i poszedłem do swojego biura, żeby zacząć przejmowanie nowego biznesu. Musiałem rozdać zadania, nim przyjadą goście.

Andrea

– Jakim cudem ten telefon zadzwonił? Kto to jest Wujaszek Wania? Czemu ten gość mówi z ruskim akcentem? Czemu, Andy-girl, nazywa cię myszeńką?

Każdy z nich oczywiście musiał zadać jakieś pytanie, no bo jak nie?

Jeśli Zmienny znajdował się w jednym pomieszczeniu z tobą, to prywatna rozmowa telefoniczna była niemożliwa. Niewiele można poradzić na ich niesamowicie wyostrzony słuch. To samo tyczyło się przypadku, kiedy moi chłopcy przebywali z rozmówcą w jednym pokoju, prywatność była również wykluczona. Oni nie mieli supernaturalnego słuchu. Ich po prostu interesowało wszystko i nie mieli najmniejszych problemów z podsłuchiwaniem, wsłuchiwaniem się w to, co się mówi, a Kuba pewnie nagrał rozmowę. Nie wiem, wolę nie wiedzieć.

Tymczasem ja, durna pipa, byłam ciągle jeszcze w poprzedniej części wieczoru, kiedy słuchając Alexa, czułam pod palcami jego galopujący puls. Było więcej w opowieści o jego pierwszym razie, o jego nocy poślubnej, o małżeństwie, niż nam powiedział. Więcej smutku i samotności. Wolał przedstawić to wydarzenie jako historię chłopaka, który późno stracił cnotę i długo nie wiedział, co i jak się w łóżku robi. Lepiej wydać się śmiesznym, niż pokazać jak boli.

Znam to. Rozumiem. Sama tak robię.

Ale gdybym mogła, to bym tę wredną gówniarę, jego żonę, wykopała z grobu i rozerwała na kawałki, spaliła i rozrzuciła prochy na cztery wiatry.

Za ból w jego głosie. Za to, co przeszedł.

Jednak czas nie zatrzymał się i nie zahamował, kiedy planowałam zemstę na dawno zmarłej kobiecie. Kuba był pierwszy z konkretami. Nerd wiedział, że odpowiem na pytania, jeśli będę mogła. Na początek jednak chciał mi dać potrzebne dane.

– Rozmowa przyszła z Włoch, z Rzymu.

Odwróciłam się do niego zdziwiona.

– Nie maskował jej? – trochę to było nietypowe, jak na tego rosyjskiego control freaka13.

Wania był mądry, a raczej nie tylko mądry…. był cwany. Nie popełniał błędów, zwłaszcza błędów nowicjusza.

Kuba pokręcił głową.

– Nie, niewiele osób używa starych linii stacjonarnych i niewiele osób wie, jak maskować takie rozmowy. Stara, zdechła technologia, wiesz jak jest.

Nie wiedziałam, ale wystarczyło mi w zupełności, że jedno z nas wiedziało. Usiadłam na podłodze, nagle bardziej zmęczona niż do tej pory. Liczyłam na kilkanaście godzin snu, potem na leniwe dni w ogrodzie, tutaj. Na spokojne czerwcowe wieczory, na ciszę i dolce far niente14, na słodkie lenistwo. Na czas z Alexem, na rozmowy, na poznawanie się w czasie normalności, nudy, bezruchu. Na spokojnie uczenie się intymności z mężczyzną.

A tymczasem tadam – propozycja nie do odrzucenia od kogoś, kogo stać na wszystko. W żadnym możliwym kosmosie nie jestem uznawana za biedną. Kuba od lat inwestuje moją kasę i kupuje dla mnie akcje. Jestem bardzo, bardzo, bardzo bogata. Ale Wujaszek Wania? Jest ode mnie oddalony, jak budżet Realu Madryt od budżetu Górnika Siedlec. On może mieć wszystko, co tylko pieniądze mogą dać. Czyli teraz potrzebuje czegoś, czego za kasę nie dostanie. Moich usług.

– Kuuuuurwa mać jebana, ty pierdolone moje zezowate szczęście, idź się jebać dziwko!!! – wrzasnęłam w sufit.

Szczęście nie odpowiedziało, ani chybi obrażone. A chuj mu w… i tak rzadko grało w mojej drużynie.

– Chłopaki – powiedziałam, wstając i otrzepując dupę z kurzu – mój urlop uległ skróceniu. Albo nie, zależy, jak na to patrzeć. Jadę sobie na pracowite wakacje do Rzymu. Misiek, nie rób takich min, w twoim wieku produkcja kolagenu spowalnia i jak będziesz się tak marszczył, to za 10 lat będziesz przypominał tego psa, którego chciałeś mieć, jak nosiłeś urocze, niebiesko-zielone rajstopki. Jak on się nazywał? Fengshui? Sensei? Sharpei? Wojtek, doceniam troskę wyrażaną niewerbalnie, ale na razie wszystko jest ok – mój przyjaciel chciał oczywiście coś powiedzieć, ale skutecznie mu to wybiłam z głowy – Kubol, jakbym była tobą, to bym miała trochę czasu dla mnie w najbliższym czasie.

Kuba, Panie błogosław to dziecko, tylko kiwnął głową. Był w końcu cichym i gorliwym partnerem moich zbrodni od lat.

– Alex, masz smoking?

Spojrzenie, którym obdarzył mnie mój Wilk, wyrażało więcej niż pobłażliwość.

– Oczywiście, że mam. Frak. Do white tie nosi się frak, nie smoking, rednecku15 jeden. Oczywiście, że potrafię go nosić. Moi przodkowie nosili white tie, kiedy …

Przerwałam mu.

–Tak, wiem. Kiedy moja rodzina zbierała kupy po przejeździe tatarskich czambułów. Rozumiem, Wasza Wysokość – wyszczerzyłam się bez gracji.

Moja krakowska rodzina na pewno nie należała do arystokracji, ale, na rany koguta, za dużo stangretów i lokajów w drzewie genealogicznym rodziny Niwińskich nie było. Oficjalnie. Nieoficjalnie zaś… hmm. Kiedyś podsłuchałam babcię, jak rozmawiała z Mary. Stara dama opowiadała, że jej babka zwykła mawiać, że męska służba w domu Niwińskich zawsze była niezwykłej urody. Jak patrzę na portrety oficjalnych przodków, to wiem dlaczego i po co.

Klapnęłam na krzesło koło Alexa i wyciągnęłam łapę po mój kubek.

– Kuba, przeczytaj panom, co tam znajdziesz na temat Iwana Dmitrycza Dołhorukiego. Otczestwo16 jest ważne, bo Dołhorukich może być trochę na świecie. Urodzony w Łucku. Tylko nie szukaj za głęboko. Podstawy im daj.

Alex zmarszczył brwi, jakby nazwisko coś mu mówiło, ale nie zareagował, jedynie wyciągnął swoją komórkę i powiedział kilka cichych zdań do słuchawki. Michał miał wyraz twarzy pod tytułem "będzie ciekawie, ale na razie tego nie ogarniam". Kuba grzebał w necie, a Wojtek… a Wojtek patrzył na mnie z autentycznym przerażeniem.

Mogłam się domyślić, że będzie wiedział, o kim mówię i co za chwilę przeczyta Kubol. Wojtek oddychał płytko i zaciskał pięści. Nie wiedziałam, czy zdaje sobie sprawę z tego, co robi i jak bardzo pokazuje swoje zdenerwowanie? Podejrzewałam, że nie. Popatrzyłam na niego spokojnie i posłałam mu delikatny uśmiech. Powinnam wiedzieć, że gucio mi to pomoże.

– Andrea, ty żelku malinowy… – zaczął Wojtek, tym swoim charakterystycznym tonem, mówiącym, że gdyby śmiał, to przełożyłby mnie przez kolano.

OK. Znaczy się, uśmiech nie pomógł. Po co ja się w ogóle staram i się do nich uśmiecham? Strata czasu. Taka masakryczna strata czasu.

– Co ty masz, gąsienico tłusta, wspólnego z ruską mafią?

Wszyscy popatrzyli na mnie teraz, jakby widzieli mnie pierwszy raz w życiu. Wszyscy, oprócz Kuby, który właśnie kończył kompilować jakieś pliki.

Mogłam to rozegrać na kilka sposobów i w zasadzie tylko Alex mógłby powiedzieć, że łżę jak pies. Potem pewnie zapytałby, jak było i jak jest naprawdę. Mogłabym mu wtedy podać tyle informacji, ile chcę. Ale po tym, co on opowiedział; po tym, jak oboje nie mogliśmy chłopakom powiedzieć prawdy o Kongo, pomyślałam, że mam szczerze dość okłamywania najbliższych.

Nie, żebym ogólnie miała coś przeciwko nieprawdzie w różnych jej formach. Nie, nie jestem specjalnie moralną i etyczną osobą. Jestem pragmatykiem.

Wyprostowałam się, usiadłam, położyłam ręce na stół. Z zadowoleniem zobaczyłam, że nie drżą. A powinny. A kurwa, powinny.

Zamknęłam oczy. Alex stanął za mną i delikatnie oparł dłoń na moim karku. Znajomy gest, uspokajający.

– Kuba? Co normalsi wiedzą o tym całym wujaszku Wani?

Pytanie Alexa było zadane spokojnie. Nawet Wojtek się rozluźnił i odkleił od blatu. Magia Alfy, uspokajającego swoją Watahę. Ciekawe, czy Alex to złapał? To, że jesteśmy jego Watahą?

– Macie najważniejsze dane bio na mailach. Nieoficjalne są z zasobów Andy, oficjalne z neta. Wszyscy je mają. – Skinął głową w stronę Alexa. – Dołączyłem cię do naszej grupy dyskusyjnej. Jak będziemy chcieli powiedzieć o tobie coś wrednego, to zrobimy to na tej liście. Mam ciebie i Andreę także na szybkiej ścieżce komunikacji, jakbyście potrzebowali danych, których praworządni obywatele i policjanci, obaj tu siedzący, znać nie powinni. Dobra – Kuba wrócił do tematu. – Iwan Dmitrycz Dołhoruki, podobno młodsza gałąź starego książęcego rodu…

– To prawda, on jest z tych Dołhorukich – przerwałam Kubie.

– …. oooook. W wieku 34 lat zastąpił swojego ojca na czele czegoś, co ogólnie nazywa się ruską mafią. I do tego czasu prowadzi jej interesy w Europie. Główna siedziba – Rzym. Zainteresowania: paliwa płynne i pierwiastki promieniotwórcze, nieruchomości, przekręty podatkowe, kreatywne doradztwo inwestycyjne. Takie są wskazywane najczęściej źródła jego, nie do końca, legalnych przychodów. Ma też legalne biznesy. Dwa procesy, dwa krótkie pobyty w więzieniu. Dwie żony, z czego jedna nie żyje, jedno dziecko. Nim awansował na capo di tutti cappi17, na ojca chrzestnego Rusów, w Europie odpowiadał za przejęcie od upadającego państwa włoskiego ogromnego majątku w nieruchomościach. Takie są pogłoski. Pogrzebać głębiej?

Pokręciłam głową, potem kiwnęłam, bo zmieniłam zdanie. A co? Nie wolno, czy chuj?

– Tak. Kuba, przygotuj się na wszystkie ewentualności, jeśli chodzi o wsparcie i zabezpieczenie mnie. Mogę bardzo, ale to bardzo potrzebować głęboko ukrytych informacji i będę wchodzić w dziwne miejsca. Nim zaczniesz grzebać w firewallach, rzuć okiem, czy nie ma gdzieś czegoś dziwnego. Czegoś, co nie jest jeszcze wiedzą publiczną, a jest gdzieś w necie. Czegoś, co może mi powiedzieć, czego ten stary drań chce. Wolę nie jechać do niego nieprzygotowana. Potem popływam w szambie sama, ale teraz bądź moim zwiadowcą.

Wojtek kopnął mnie pod stołem.

Czy w tym gronie nikt nie potrafi się komunikować normalnie? Też go kopnęłam, a co mi tam? Nie mogę być jedyną dojrzałą osobą.

– Nie denerwuj się, lover boy18 – Michał wyszczerzył się do Wojtka i usiadł tak, żeby móc położyć rękę na oparciu mojego krzesła. – Przecież ją znasz, najpierw rozkazy, potem informacje.

Nie raczyłam odpowiedzieć na tę bezczelną i bardzo nieprawdziwą zaczepkę i zaczęłam opowiadać.

– To było, kiedy moja jednostka stacjonowała w okolicach Mutumby, w Burundi. Tuż po zakończeniu wojny, jednej z tych krwawych wojen, z jakich słynie region, a o których wy w Europie nawet nie wiecie, bo to dla was kolejna nawalanka między plemionami, gdzieś tam, w interiorze. Nigdy tego nie dają w informacjach. Nie klika się.

Przełknęłam ślinę, odepchnęłam obrazy krwi i śmierci. I ten zapach, potworny smród rozkładających się ciał. I muchy, miliony much. I zawodzenie. Wycie, prawie nieludzkie odgłosy żałoby, bólu, rozpaczy. Strachu. Bólu po stracie najbliższych. Musiałam przestać mówić, sięgnęłam po kubek. Herbata, gorzka i niedobra już od jakiejś godziny, przegoniła słodkawy zapach śmierci, który oblepił mnie od środka. Nawet nie wiedziałam, że to ciągle jeszcze we mnie siedzi.

Bałam się, że Burundi nie odejdzie nigdy. Nie chciałabym przeżyć całego życia w cieniu tego miejsca.

Uświadomiłam sobie, że wspomnienia z Czadu siedzą u mnie w brzuchu, Kongo zalęgło się w kolanach, a Burundi zawsze, zawsze przychodzi przez nos. Jakby moje ciało miało własną, zaszytą w zmysłach, geografię wspomnień. Odchrząknęłam. Alex bardzo delikatnie, czubkiem palca pogładził mnie po dłoni. Jego dotyk zakotwiczył mnie na nowo. Popatrzyłam na niego, skinął nieznacznie głową. Zamrugałam. Łzy, z których nie zdawałam sobie sprawy, wróciły na swoje miejsce.

– Niedaleko był park narodowy, a raczej to, co po Wielkim Głodzie i po wojnie z parku zostało. Chyba Ruvubu się toto nazywało, nie pamiętam już. Nie za bardzo miałam czas zwiedzać. Za to inni mieli. To był strasznie głupi czas na turystykę, mimo wszystko grupa gówniarzy z jednej ze szwajcarskich szkół pojechała sobie na jakąś wycieczkę do Afryki. Mieli jeździć po Tanzanii i dokumentować jakiś projekt ekologiczny, chuj wie co. Szwajcarzy zawsze bardziej się martwią o surykatki, niż o ludzi. Część tej grupy, kilku chłopców, urwało się opiekunom. Jeden umiał pilotować awionetki, dorwali jakąś na ich campingu, no i poszli w długą. Zniknęli z radaru na pełne dwa tygodnie. Po tym czasie, z sześciu nieletnich idiotów odnalazło się pięciu. Jak się odnaleźli i kto ich odnalazł, tego oczywiście powiedzieć nie mogę. Szósty z nich, szesnastolatek, był dalej MIA19, dalej go nie mogli znaleźć. Był spokrewniony z Wanią. Bratanek.

Kuba podał mi dzbanek ze świeżą herbatą i filiżankę. Napiłam się, ciesząc się bergamotkowym zapachem i cierpkością naparu.

– Wujek Wania był krępym i niespecjalnie wysokim facetem w tropikalnym garniturze, który pojawił się w naszej bazie ze sporą obstawą, złożoną z naprawdę dużych skurczybyków. Siedzieli w dżipach, w cieniu namiotów, nieruchomi jak sfinksy. Pamiętam, że robiliśmy sobie podśmiechujki z ich awiatorów. Były czyściusieńkie. Bez plamki. Spróbuj takie mieć, jeśli coś rzeczywiście robisz. Nie ma, kurwa, takiej opcji. Ubranka też mieli jak z parady. Piękni chłopcy z okładek romansów, tak określił ich jeden z moich kolegów, umiejący docenić męskie piękno. Ja miałam to wtedy w dupie, tak prawdę mówiąc, bo dopiero co skończyłam służbę, było gorąco, chciałam iść spać. Mój pułkownik miał jednakowoż inne plany. W namiocie, do którego zostałam wezwana, dowiedziałam się więcej. Gówniarz uciekł, to prawda, ze swoimi koleżkami, ale potem zniknął z grupy z jakimiś tubylcami. Z własnej i nieprzymuszonej woli poszedł, mówiąc, że to fun20, że nie ma się czego obawiać, że reszta to cieniasy i cioty. Chłopcy byli całkowicie niezainteresowani tym, jak wyglądali tubylcy. Niscy, wysocy, tatuaże, ozdoby, skaryfikacja21? Zero danych. Nic nie potrafili powiedzieć. Dla nich to byli po prostu "tubylcy". "Normalni czarni". Jakby wszyscy byli tacy sami. Durne, białe, rozpuszczone dzieciaki. Nie dali nam nic, co by pozwoliło precyzyjniej określić, z kim ten gówniarz sobie podszedł. Jedno jest pewne: poszedł, bo chciał. Minął tydzień, od kiedy wynajęci specjaliści namierzyli i oddali rodzicom i szkole pozostałych pięciu młodych idiotów. Tydzień, od kiedy szósty debil był poza zasięgiem kogokolwiek.

– Rozumiem, że w ciągu tygodnia, to nawet zwłok mogłoby nie być? – zapytał Kuba.

Zastanowiłam się.

– Prawdopodobnie masz rację, ale Mary by ci to powiedziała dokładniej. Co prawda, po Wielkim Głodzie nie było już w Afryce dużych zwierząt, żadnych dużych zwierząt, ale gryzonie i owady też muszą jeść. Tyle że chłopak żył. W czasie tygodnia dodatkowej "nieobecności", prawny opiekun nieletniego bezmózga, nasz gość – krępy w tropiku, dostał pierwszy list z żądaniem okupu. To było samo w sobie raczej imponujące, bo uwierzcie mi, poczta w tamtym rejonie nie działa, a internet działa tylko, jeśli jesteś wojskiem. A list, staroświecki list, napisany na papierze, w błękitnej kopercie, bez żadnych znaków szczególnych i mikrośladów, dotarł do szwajcarskiej ekspozytury biura naszego gościa w ciągu dwóch dni. Każdego dnia przychodził kolejny. Taki sam w treści. Zmieniało się tylko jedno. Cyferka. Każdy list był odliczaniem do śmierci chłopaka. Pierwszy miał cyfrę 13. Ten, który Wania miał w ręce tamtego dnia, miał trójkę. Żadnego adresu zwrotnego. Nic. Tylko okrągła sumka w jenach i cyfry. Nasz gość powiedział, że przez te wszystkie dni jego najlepsi ludzie i najlepsi ludzie, jakich można mieć za pieniądze, szukali gówniarza i nic. I nic. Teraz kolej na nas. Trochę się zdziwiłam, bo jako żywo, nie byliśmy specjalistami w odbijaniu zakładników. Legia Cudzoziemska słynie raczej z ciężkiej pięści i rozwiązań siłowych, niż z subtelności.

Alex parsknął śmiechem.

– Tak, można tak powiedzieć – powiedział, kiedy sięgał po filiżankę kawy.

Wywróciłam gałami, no bo co, no? No nic, mówiłam dalej.

– Pamiętam, jak Wania patrzył na mnie i jak zaczął się śmiać. Takim gorzkim śmiechem bez śmiechu. Wiecie, jaki to śmiech? Jakby skończyła się cała wasza nadzieja i kompletnie nic nie miało znaczenia, więc można się śmiać, bo co innego można zrobić? "Ta mysza ma znaleźć mojego chłopaka?" zapytał i popatrzył na pułkownika, jakby ten stracił rozum. Ja tylko wzruszyłam ramionami i odwróciłam się na pięcie. Naprawdę chciałam spać. Nawet bez prysznica, mimo że zaczynałam śmierdzieć. Miałam ciężkie dziesięć godzin służby za sobą i permanentny brak snu z poprzednich dni. Burundi nie było wczasami all inclusive. Nie chciałam słuchać, jak jakiś tłustawy koleś nazywa mnie "myszą" i robi sobie ze mnie jaja. Ale pułkownik Santos, jak to pułkownik Santos, miał inne plany. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, kim jest ten mało śmieszny gość i nie miałam pojęcia, że nawet mój pułkownik odczuwa przed nim obawę, bo nie sądzę, żeby respektem dało się to nazwać.

Zastanowiłam się na chwilę, jak opisać moje emocje z tamtego czasu. Jak streścić wydarzenia.

– Wujaszek Wania wyglądał wtedy… za bardzo. Jakby się starał. Tropikalny garnitur? Korkowy kapelusz? Awiatory i mundurki w środku śmierdzącej dżungli? Operetka, czysta operetka. Zresztą słyszeliście go dzisiaj? Te wszystkie rusycyzmy. Nie wiem, czy on dwa razy w życiu był w Matuszce Rasiji22! Nieważne. No więc pułkownik mnie zatrzymał, wysłuchałam całej historii, powiedziałam, że nie mam pojęcia, co mogę zrobić, skoro najlepsi nie potrafili i sobie stałam w pozycji na spocznij, jak dobry mały żołnierz, którym wtedy byłam – zamilkłam, patrząc do filiżanki, jakbym chciała wróżyć z fusów.

– No i?

Tym razem uaktywnił się Misiek.

– W skrócie: znaleźliśmy gówniarza dwa dni po wyznaczonym terminie. Przez niego i przez tę akcję, po raz pierwszy i ostatni w życiu nie spałam cztery dni. Nigdy więcej takiej głupoty nie zrobię. Byłam bardziej zagrożeniem dla akcji niż pomocą, teraz to wiem. Żeby się do niego dostać, czołgałam się pod ziemią, w korytarzach pod polem minowym, przez trzy godziny, siedemnaście minut i trzydzieści osiem sekund. Każdziutką z tych prawie dwunastu tysięcy sekund pamiętam. Byłam najmniejsza, chłop by tam utknął. Gówniarz był ledwo żywy, uratował go fakt, że przez prawie tydzień był na prochach i prawie cały czas spał. Miał tak spowolniony metabolizm, że brak wody i jedzenia jeszcze nie zagrażał jego życiu. Dodatkowo, był tak ujebany tymi prochami, że nie próbował niczego głupiego, co oczywiście by zrobił, gdyby nie był po prostu naćpany do nieprzytomności. I żeby nie było, to nie porywacze, czyli lokalny kacyk i jakiś wysoki manager z chińskiej firmy wydobywczej, go napchali tymi prochami, tylko on tak sam z siebie. Częstowali, to brał, a co? Taki już jest. Iwan mówi o nim: "gąbka". Tak nazwałam tego kretyna któregoś razu, a Iwan podchwycił i sam zaczął go tak nazywać, oczywiście, kiedy nikt nie słyszał. Młody po prostu musi spróbować wszystkiego, czego nie powinien tykać. Taki jest. Stary nie jest głupi, dobrze wie, jaki jest jego bratanek. A Jura miał duże szczęście, że nie musiałam go wlec korytarzami, bo nasi chłopcy nas wykopali godzinę później, coś tam wysadzając, punktowo, a potem nas wyciągnęli na świat. Przeżył, zdał maturę i mam nadzieję, że następnym razem, kiedy mu się zachce safari, to się jednak będzie trzymał przewodników. Chociaż w to nie wierzę, bo on nie jest normalny.

Było tyle rzeczy, o których nie opowiedziałam. Jamy w ziemi wypełnione zwłokami, wąskie korytarze, przez które musiałam się przeciskać. Szczury i robactwo, korzenie drzew i ciemność, ciemność, ciemność. Mój strach, że ziemia się osunie i pogrzebie mnie tutaj, że nie stracę przytomności od razu, ale będę umierać powoli, minuta po minucie, przez całe dnie. Że nie zdołają tak wypierdolić tego w powietrze, żebyśmy przeżyli. Otrząsnęłam się z koszmaru. Wspomnienia z piekła rodem. Każdy je ma.

– Iwan Dmitrycz Dołhoruki uważa mnie za coś w rodzaju skrzyżowania maskotki i leku na całe zło. Przysiągł mi, że cały świat będzie u moich stóp. Oczywiście podziękowałam i oczywiście nie uwierzyłam. Jak już się wykąpałam i zeskrobałam warstwę brudu, to pułkownik uświadomił mi z kim mam do czynienia i jak bardzo powinnam być ostrożna. Oczywiście, że go posłuchałam – wyszczerzyłam się do chłopaków. – Jeszcze dwa razy pomogłam Wujaszkowi w bardzo drobnych i bardzo prywatnych rzeczach. Za każdym razem było to coś związanego z tym niedorozwiniętym nieletnim idiotą, jego ukochanym bratankiem. Jakieś zagubione dokumenty, jakiś człowiek, który zaginął, bo wszedł debilowi w drogę. Wania mnie lubi. Wania wie, że jeśli powiem, że czegoś się nie da, to się nie da. Dlatego, jak twierdzi, dzwoni do mnie na końcu, bo jestem ostatnią nadzieją ruskiej mafii. Jego słowa, nie moje. Nigdy nie miałam nic wspólnego z żadnym z jego biznesów – powiedziałam, patrząc na Wojtka i na Alexa. – Tylko z jego prywatnym gównem, zwykle autorstwa niedorozwiniętego idioty, którego otczestwo powinno brzmieć "Chaosowicz". Tyle chłopaki. Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie szczerze żałuję, a was, bracia kochani, proszę o rozgrzeszenie.

– Czy u ciebie wszystko zaczyna się i kończy w Afryce? – zapytał najdurniejszy lekarz świata.

– Czy u ciebie wszystko zaczyna się i kończy na dupie? – odszczeknęłam, nad wyraz dojrzale.

– Tak – odpowiedział idiota.

– No, to masz swoją odpowiedź.

– I teraz… – Alex przerwał nam i splótł ręce przed sobą, na piersiach.

Miał piękne dłonie. Chciałam, żeby mnie dotykał tymi długimi palcami. Kiedy podniósł oczy i uniósł lekko brwi, nie odwróciłam spojrzenia. Uśmiechnęłam się.

– I teraz Iwan Dmitrycz, szef Rusów na Europę, domaga się twojej obecności w Rzymie? – skończył Alex.

Kiwnęłam głową.

– Po co? – kontynuował tym swoim wielce irytującym, spokojnym i wyważonym tonem.

– Nie mam pojęcia.

– Ufasz mu?

Parsknęłam śmiechem

– Nie. Nie ufam mu. Ale taki mamy układ. On wie, że mu pomogę, jednak pod warunkiem, że nie będzie to miało nic wspólnego z jego bratankiem, którego kompletny brak kontroli doprowadza mnie do szewskiej pasji, bo ja wierzę w kontrolę!

Alex prawie się zakrztusił swoją kawą i rzucił mi spojrzenie pełne niedowierzania. No, może to ostatnie zdanie było lekkim nadużyciem semantycznym, ale co z tego?

Zadał jednak najlepsze pytanie wieczoru.

– Andy, Rus jest człowiekiem, prawda? A co z jego ludźmi? Zmienni?

I wszyscy spojrzeliśmy na niego, potem na siebie, a ja musiałam się bardzo mocno skupić.

– Raczej tak. Tak. Wania jest. Nie jest – tu machnęłam ręką w stronę Alexa – ładnym chłopczykiem w wieku nieokreślonym, z przewagą młodego, tylko panem z brzuszkiem, przed sześćdziesiątką.

Alex parsknął śmiechem.

– No, to już jakiś początek jest. Da się na tym budować związek. Już się bałem, że pociąga cię tylko mój intelekt.

Zatrzepotałam rzęsami, jak jakaś dziunia.

– Jaki intelekt? – zapytałam niewinnie.

– A jego ludzie? – Misiek drążył dalej, nie zważając na niedojrzałą dyskusję miedzy mną a Wilkiem. – A młody idiota? Przypomnij mi, jak idiota ma imię?

Znowu się zastanowiłam.

– Hmmm…. wielu z jego ludzi to Zmienni albo bardzo, bardzo dobrze zbudowani modele bielizny męskiej. A idiota ma na imię Jura.

Alex patrzył na mnie długo i nie wyglądało na to, że pierwszy opuści wzrok.

Pieprzony Alfa.

Uwielbiałam, jak tak stroszy piórka.

Na szczęście, ja się w to bawić nie muszę, bo mnie nie zależy na pozycji w stadzie i udowodnieniu, kto tu rządzi. I żaden Alfa, nawet Alex, nie zmusi mnie do powiedzenia więcej, niż chcę powiedzieć.

Odwróciłam głowę.

Jura to kłopoty. Jura to chaos. Jura to bezmózgie, durne dziecko, ze zbyt wybujałą wyobraźnią i za długimi łapami, które ostatnim razem obiecałam mu odrąbać. Kto wie, może tym razem mi się wreszcie uda.

Alex

Miks odczuć, które płynęły od Andrei, był niesamowity. Mogłem zamknąć oczy, słuchać jej głosu i łapać te drobne zmiany w chemii jej ciała, zmiany, z których Ludzie zwykle nie zdają sobie sprawy, a które tak mocno mówią do Zmiennej części mojej natury.

Andrea była zmęczona, to jedno. Mówiła prawdę o tym, jak spotkała Iwana, to drugie. Jej głos, gdy opowiadała historię, był spokojny, ale zapach przerażenia przefiltrowanego przez czas, opowiadał inną – o wiele bogatszą i nie do końca wypowiedzianą, historię.

Była zła na Iwana i na tego młodego idiotę i… obawiała się go? To było ciekawe i otworzyłem oczy, żeby na nią popatrzeć. To było bardzo, ale to bardzo ciekawe. Andrea rzadko się obawiała. Zwykle obawiała się swojej reakcji na coś, na kogoś lub siebie samej. A tu była obawa, prawdziwa i namacalna. Siedziała jednak tak spokojna i wyprostowana, jak prawdziwa dama. Jak te damy, które pamiętam z czasów, kiedy damy jeszcze istniały i zaludniały ziemię, a nie tylko stronice romansów. Elegancka, jakby przed chwilą nie kopnęła któregoś z chłopaków pod stołem, żeby zwrócić jego uwagę na siebie. Szeroko otwarte oczy koloru krzemienia, szare jak niebo w listopadzie. Włosy o kolorze ołowiu, jak zwykle spięte w praktyczny kucyk, podgolone do wysokości uszu. Nitki siwizny, które dodatkowo podkreślały zimny kolor jej włosów. Spokojna, skupiona, chłodna. Profesjonalne oblicze mojej Andrei. Prawie się do siebie uśmiechnąłem, ale opanowałem się, bo pewnie by to zauważyła, a następnie werbalnie urwała mi głowę. Zauważała prawie wszystko, nawet jeśli nie robiła tego świadomie, tylko peryferiami swojej uwagi. Jej mózg był niezwykłą machiną. Piękną, sprawną i tak strasznie efekciarską, że budziło to moje rozczulenie.

Przeszło mi jednak przez myśl coś, co powinienem uznać za absurd. Mój Wilk uznaje tych Ludzi za swoje stado, za jego Watahę. Chce się nimi opiekować, walczyć o nich, ochronić i prowadzić. To było bardzo dziwne uczucie i nie byłem pewny, nawet po tylu latach bycia Wilkiem, czy w ogóle ma sens? Przecież to Ludzie, nie Zmienni! A ja? Nigdy nie chciałem mieć swojej Watahy. Nigdy w żadnej nie byłem, oprócz początków mojego życia. To by mnie wiązało, a ja lubię swoją wolność. Cenię ją, nie uznaję jej za coś automatycznie mi danego. Postanowiłem pogadać o tym, przy najbliższej okazji, z Hyeon Ju.

Mój szef, najbardziej dominujący osobnik wśród wszystkich Zmiennych i nasz lider, takie rzeczy wiedział. Zaparkowałem tę kwestię w pamięci.

W nocy ktoś cichutko zapukał do mojego pokoju.

Zająłem swoje stare pokoje, na dole willi Andrei. Piękne pomieszczenia, utrzymane w szarościach i zieleniach, które – po pół roku w nich spędzonym, były tak moje, jak moim jest mieszkanie przy Hyde Parku. Ciągle pachniały mną, bo zostawiłem tu swoje rzeczy. Zrobiłem to na wszelki wypadek, nie po to, by zaznaczyć teren.

Kogo chcę oszukać?

Osobniki Alfa są bardzo terytorialne. Natury Zmiennego nie da się oszukać, więc takie sztuczki są na porządku dziennym. Zdziwienie budziłoby, gdybym swojego terytorium nie oznaczył.

Pokoje pachniały dla mnie domem, Andreą i cytrusowym czymś, czego używała pani Oleńka, sprzątająca wszystko ze spokojną dokładnością.

Kuba czekał za drzwiami, włożyłem więc spodenki i cicho nacisnąłem klamkę. Stał oparty o futrynę, z lekko opuszczoną głową i jak zwykle patrzył gdzieś w okolice mojego obojczyka. Kuba był mojego wzrostu, ale był niebywale szczupły. Z nas wszystkich tutaj jedynie on wyglądał jeszcze jak chłopak, nie jak mężczyzna.

– Mogę wejść? – zapytał i kiwnął głową w kierunku piętra domu, na którym były pokoje Andrei. Nie chciał zatem zwrócić uwagi na swoją wizytę? Ciekawe, nieprawdaż?

Odsunąłem się od drzwi. Kuba wszedł, zamknąłem. Usiadł w fotelu przy kominku. Popatrzył na mnie. Parowała od niego niepewność i obawa.

– Będziesz się czuł lepiej, jeśli się ubiorę?

Przełknął. Skinął głową. Ubrałem podkoszulek i luźne spodnie, które leżały w garderobie.

Usiadłem w drugim fotelu i czekałem. Kuba powie, po co przyszedł, kiedy Kuba uzna, że jest na to gotowy. Milczenie Zmiennym nie przeszkadza. W końcu jesteśmy drapieżnikami. Kiedy polujemy, czekamy w ciszy na nasze ofiary. Bez ruchu.

– Słyszałeś kiedyś od Andy o wróżbie z Goma?

Zaprzeczyłem, a Kuba znowu przełknął ślinę i przeciągnął ręką po twarzy. Nie byłem przyzwyczajony do skonfliktowanego Kuby. Po chwili odezwał się znowu.

– Nie wiem, czy dobrze robię, ale… jest coś we wróżbie, co mi się nie podoba, a Andy to lekceważy – westchnął ciężko. – Zacznę od początku. Kiedy Andy stacjonowała w Goma, miała na lokalnym targu znajomą. Trudno powiedzieć nawet, że znajomą, ale nie znam innego słowa. Starszą kobietę, do której przychodziło się po pomoc, głównie związaną z reprodukcją – wzruszył ramionami, nie musiał więcej tłumaczyć. Zioła, które pomagają zajść w ciążę i takie, które jej zapobiegają. Stare jak świat. – Raz kobieta wykonała jakiś dziwny, lokalny rytuał i przepowiedziała Andy przyszłość.

Kuba opowiedział o tym, jak stara zielarka nacięła dłoń Andrei, zmieszała jej krew ze swoimi ziołami, długo się w nie wpatrywała, a potem naznaczyła Andy dwiema krwawymi liniami. Od czoła do brody.

Skrzywiłem się. Zauważył mój gest.

– To źle? – był zaniepokojony.

Nie wiedziałem, czy go uspokoić, czy raczej powiedzieć prawdę. Wybrałem prawdę.

– To była magia krwi, taki rytuał zawsze wiąże. Nawet słabiutki – wiąże.

– Co zrobiła zielarka?

– Nie mam pojęcia. Pewnie wzmacniała przepowiednię, nie wiem, zgaduję. Czemu mi to mówisz?

– Bo Andy lekceważy takie rzeczy, a przepowiednia mówi o jej śmierci. I myślę, że o tobie. I jeszcze o kimś. Niepokoi mnie, a Andy nie chce mnie słuchać. Myślę, że powinieneś to wiedzieć, choćby po to, żeby ktoś zwracał uwagę na to, co się dzieje. Ktoś, kto umie patrzeć i nie jest na tyle arogancki, żeby myśleć, że świat jest jednowymiarowy.

Jak na Kubę, to była prawdziwa przemowa. Skinąłem zatem głową. Rozumiałem. Zapach zaniepokojenia powoli zanikał, a Kuba wyraźnie się rozluźnił.

– Jak brzmi wróżba?

– Andy twierdzi, że zielarka mówiła źle po francusku i wziąłbym to pod uwagę. Ale jakby fatalnie nie mówiła, to przepowiednia brzmi tak: "W morzu krwi się skąpiesz jak wrona. Na progu znajdziesz psa, w bucie kota. Nienawiść odbierze ci obu. Wrócą do ciebie, gdy umrzesz w domu czternastu kobiet. Zginiesz, jeśli nie pokażą ci drogi do śmierci. Obudzicie Smoka, powrócicie, gdzie was nie ma".

Poczułem chłód, nagły i niezrozumiały. Jakby ktoś przeszedł po moim grobie. Strach. Nie byłem Magiczny, to zupełnie odrębna rasa istot Nadnaturalnych, nie potrafiłem czytać przepowiedni jak oni. Ale czułem coś dziwnego w słowach, które usłyszałem. Coś… potężnego. Kuba rzucił na mnie okiem i powiedział, wstając.

– Andy myśli, że powinienem wierzyć tylko w kwarki i teorię chaosu, nie w te cuda, jak to określa. Ale ja wiem, że nie ma albo – albo. Dla mnie jest i to, i to. Przepowiednia jest… – zawahał się – dziwna. Niepokoi mnie. Czuję w niej prawdę. Chciałem, żebyś ją usłyszał.

Zamknąłem za nim drzwi bez słowa.

ROZDZIAŁ 2

No, to jedźmy z tym cyrkiem

Rzym, 22 czerwca 2053

Alex

W czasie całego lotu mój Wilk zachowywał się jak to zwykle on przy Andrei: zadowolony, skupiony, opanowany. Nie "śpiący", nie "rozleniwiony", nie "apatyczny", ale spokojny. Pamiętam to uczucie z Kongo, kiedy kule fruwały, ludzie krzyczeli, krew się lała strumieniami – a mój Wilk, zamiast podniecić się zapachem krwi i śmierci, zamiast chcieć wyrwać się na wolność i siać zniszczenie, patrzył na wszystko spokojnie i chłodno, bo jego, bo nasza Andrea, była niedaleko. Bo trzeba było na nią uważać, strzec jej. Tymczasem to ona pilnowała naszych pleców, ratując mnie i kilku naszym życie.

Zaskakując nas tym kompletnie.

Mój Wilk czuł się przy niej, jakby był centrum wszechświata. Widział wszystko, czuł wszystko, w dalszym ciągu nie lubił latać, jeśli to nie ja siedziałem za sterami, ale nie szarpał się i nie wyrywał. Nie miotał się we mnie, jak w klatce. Ufał temu, co się wydarzy. Był spokojny.

Zmienni bywają trudni, niespokojni wewnętrznie, czasem wewnętrznie skonfliktowani. Mamy w jednym ciele i w jednym mózgu dwie świadome, inteligentne istoty. Pogodzić je i zapanować na nimi oboma nie jest rzeczą łatwą.

Przed wyjściem z hali przylotów na Fiumicino stały trzy limuzyny. Właściwie to dwie, bo trzecia się nie zmieściła i parkowała niezdarnie, lekko z tylu, blokując dojazd innym samochodom. Jak to mówią na Woli Justowskiej: kto bogatemu zabroni?

Mężczyzna w grafitowym garniturze, ze środkowej limuzyny, wziął większą walizkę Andy, drugi podszedł i sięgnął po mniejszą. Andrea zrobiła krok w przód i w prawo, blokując mu do niej dostęp. To był bardzo, ale to bardzo agresywny gest z jej strony. Ale pewnie konieczny do wykonania. Czasem, co wiedziałem z doświadczenia, lepiej zrobić kilka agresywnych gestów na początku, niż musieć potem zabijać albo okaleczać. Wcześnie ustanowiona dominacja pomaga. Ułatwia życie nam, a przeżycie innym.

Mężczyzna miał na twarzy wypisaną irytację. Pachniał nią. Kolejny raz wyciągnął rękę po walizkę.

– Nie radzę – powiedziała bardzo spokojnie Andrea.

Mężczyzna wahał się przez sekundę, pochylił głowę, otworzył drzwi. Andrea wsunęła walizkę na skórzane siedzenie i obeszła samochód z drugiej strony, siadając przodem do kierowcy. Popatrzyła na mnie i leciutko się uśmiechnęła. Mężczyzna zamknął za nią drzwi i limuzyna odjechała. Powtórzyłem dokładnie ten sam balet, co Andrea, tylko mnie nikt nawet nie próbował stanąć na drodze. W ciągu minuty siedziałem w drugiej limuzynie. Moja walizka w bagażniku, torba z lotniska w samochodzie, wsiadam i jedziemy.

W limuzynie, oprócz mnie i kierowcy, były jeszcze trzy osoby. Trzej Zmienni, z czego dwójka to Wilki. Mój Wilk szybko przyciągnął wzrok pierwszego, potem drugiego. Nie byli zbyt dominujący. Nic, z czym byśmy sobie nie poradzili z rękami zawiązanymi za plecami. Po pierwszych trzech minutach obaj patrzyli na podłogę, jeden lekko przechylił głowę w lewo, odsłaniając szyję.

Dobre Wilki, mądre Wilki.

W ludzkiej formie to wysocy, opaleni, zbudowani jak gladiatorzy młodzieńcy, z łapami takimi, że pewnie mieli kłopot z zakładaniem ich na piersi.

Trzeci mężczyzna był dużym Kotem. Z nimi, cholera jasna, zawsze jest większa zabawa. Koty są kapryśne, trudno się z nimi współpracuje i własną zabawę przedkładają często nad dobro grupy. Są waleczne, inteligentne, bezwstydne. Te cechy są czasem, łagodzone przez ludzki czynnik, ale…. ale często bywa tak, że ci z dużym ego zostają przemienieni w Koty. Jestem absolutnie nieobiektywny, ale patrząc na patrycjuszowski profil tego przystojnego mężczyzny, obawiałem się, że to może być właśnie ten przypadek. Taki, w którym człowiek nie łagodzi Bestii.

Mężczyzna, na oko trzydziestoparoletni, patrzył w okno, pozornie nie zauważając mnie – dominującego Wilka, przebywającego na jego terytorium, ale koniuszek skórzanego buta raz po raz stukał w podłogę. Pachniał lekkim zdenerwowaniem, którego starał się nie okazywać. Mogłem go sobie wyobrazić, jak leży wyciągnięty na gałęzi, nieruchomy, wyczekujący, powoli i leniwie machający koniuszkiem ogona.

Typowy Kot.

Czas jest zawsze zasadniczym faktorem w przypadku ustalania dominacji z tymi Zmiennymi. Jeśli zrobię coś bardzo szybko, to unikniemy walki.

Bogom ognia niech będą dzięki za niemieckich producentów samochodów.

Patrzyłem z lekkim uśmiechem i z panelu po mojej stronie otwarłem jego okno. Ruch szyby zaskoczył go całkowicie i zareagował odruchowo, rzucając w moją stronę jadowite spojrzenie. Jego błąd. Nie rzuca się wyzwania silnemu Alfie, jeśli się nie potrafi wytrzymać jego spojrzenia. Kot nie potrafił. O, nie powiem, żeby był tak młodym Zmiennym jak dwa Wilki, ani że był tak słaby jak one. Ale opuścił oczy dość szybko, uznając, że jestem wobec niego dominującym osobnikiem. So far, so good23.

Miałem tylko nadzieję, że to, co robi Andrea, jest równie proste jak to, co właśnie zrobiłem

Andrea

Siedziałam w limuzynie z jednym minionem i kierowcą. Minion, idiota, który wyciągnął łapę po walizkę z moim wyposażeniem, wyglądał na obrażonego i ostentacyjnie patrzył w okno, jakby pierwszy raz w życiu jeździł po Rzymie.

To pokazywało, że nie był najmądrzejszy. Siedział w samochodzie z całkowicie obcą osobą. Osobą, którą szef kazał mu zabrać z lotniska. Czyli sroce spod ogona raczej nie wypadłam, nie? Mądry człowiek chciałby w takiej sytuacji wiedzieć, z kim na do czynienia, a jeśli jego rozkazy mówiłyby inaczej i nie mógłby rozmawiać, dyskretnie obserwowałby rzeczoną osobę.

Dlaczego? Bo informacja i wiedza to potężna broń! Zresztą nigdy nie wiesz, czy nie siedzisz w samochodzie z potencjalnym mordercą, jak na przykład w tym przypadku!

Chociaż z drugiej strony, czy ja wiem? Może to być Wilk albo inny Zmienny i, wiedząc że jestem Człowiekiem, uznał, że nie mogę stanowić żadnego zagrożenia.

Ciekawe jednak… muszę zapytać Alexa, czy w dalszym ciągu inni Zmienni nie czytają mojego zapachu?

Jeśli nie czytają, to ten jest potrójnym idiotą. Powinien nie spuszczać mnie z oka. Bo za Chiny ludowe nie wie, co mam w głowie i wracamy do początku moich dywagacji.

Sprawa zamknięta, facet jest idiotą. Chyba uprzedzę o tym fakcie Wujaszka Wanię, w ramach przyjacielskiej konsultacji. Darmowej.

Swoją drogą, to niesamowite. Jeszcze rok temu mój świat był przyjemnie jednowymiarowy. Składał się z ludzi i tylko ludzi. Część z nich była idiotami, część zbrodniarzami, część szkodnikami, reszta była OK lub była bez znaczenia, bo jej nie znałam.

A teraz wiem, że świat jest o wiele bardziej złożony. Są na nim Zmienni, jest też ich magia. Jeśli jest ich magia, to jaka jeszcze może istnieć? Nie pytałam o to Alexa, bo jest Inkwizytorem i nie może trzaskać pyskiem na lewo i prawo, ale jestem pewna, że Zmienni nie są jedynym, co czai się na takie niewinne istoty jak ja. To dość zabawne, nie?

Na ten przykład, istnieją przepowiednie i przeczucia. Czy można im wierzyć? W nie wierzyć?

Niwiński, nie bądź hipokrytą.

Przecież coś, co nazywasz "trzecim okiem", a co były głównodowodzący Legii Cudzoziemskiej nazywa "Nemezis", istnieje i jest faktem. To jest realne, ta zdolność widzenia, czego oczy nie widzą. Realne i rzeczywiste, jak atomy tlenu. I równie nieobserwowalne gołym okiem jak one.

Wyciągnij wnioski, kapralu.

Co jest jeszcze na tym świecie?

Czuję się, jakbym otwarła drzwi do szafy, trafiła na peron, którego nie ma i wleciała do króliczej nory. A nawet, jakby mnie porwało tornado. Nie czułam z tego powodu obawy, tylko dziką radość i ekscytację, bo świat musi mi tych kilka nowych i fascynujących rzeczy pokazać. Jakby miał opory, to wiem, jak wydobywać zeznania.

No co? Człowiek uczy się pracując.

Rzym tuż przed zmierzchem jest jednym z najpiękniejszych miast świata. Uwielbiam miasta, bo to są jedyne miejsca na Ziemi, gdzie człowiek może być naprawdę i na sto procent sam. Rzym jest bardzo wysoko na mojej liście ulubionych miast, a tuż po zachodzie słońca? Ech…. istnienie takiej piękności powinno być zakazane.

Rozluźniłam się, trochę zerkając przez okno, przy którym siedział milczący i mało inteligentny minion. Patrzyłam na przemykający krajobraz i nie podobało mi się to, co widzę. Stuknęłam w klawisz interkomu. Kierowca odezwał się po sekundzie.

– Jedź przez miasto, nie autostradą – powiedziałam. – Jak najdłużej przez Lungotevere.

Minion usiłował coś powiedzieć, ale rzuciłam mu spojrzenie pod tytułem „siedź, kurwa, cicho” "shut the fuck up". Nawet nie próbował otworzyć ust. Serio, ciekawe czy to Człowiek, czy Zmienny?

Jestem przyzwyczajona do błyskotliwej inteligencji Alexa, do jego dowcipu, ciętego humoru, błyskawicznej i irytująco dokładniej oceny sytuacji. Do jego bezczelności i do tego, że nie traktuje mnie jak kogoś słabszego i głupszego. Przywykłam do akuratnych i ekspresowych reakcji Napierów, do ich siły, do poczucia pewności, które mi dawali, do ich jadowitego, wyrafinowanego i absolutnie zepsutego poczucia humoru. Przez nich wszystkich mam zaburzony obraz Zmiennych. Jak się okazuje, niektórzy z nich to młotki.

– Si, certo24 – kierowca był lakoniczny i od razu zmienił pas.

Za chwilę wjedziemy do miasta. Do Wiecznego Miasta. Roma Aeterna. Centrum świata przez tyle stuleci. Co mnie czeka? Co mi się przydarzy na tych wakacjach? Co się tutaj dzieje? Odruchowo poszukałam koło siebie Alexa, chcąc z nim porozmawiać, posłuchać jego głosu, poirytować się na niego i oburzyć malowniczo na jego sarkazm, noszony jak dżinsy – stale i bardzo casual. Niestety, Wilk jechał w drugiej limuzynie.

Zmęczenie mnie przywaliło w momencie, w którym sobie uświadomiłam, że jestem tu bez niego. Nie zdawałam sobie sprawy, że sama obecność Alexa trzyma mnie na nogach. Nie na siłę – ale tak, jakbym mogła czerpać i jakbym czerpała z jego zasobów. Kiedy był blisko, nie czułam tych osiemnastu nieprzespanych godzin. Przy nim moje ciało, które potrzebowało się zamknąć i wyciszyć, mogło to zrobić bezpiecznie.

Cicho, Niwiński. Masz, co masz.

I musi mi na razie wystarczyć widok kamienic, oleiście czarnej wody Tybru i Ponte Sisto. Kopuła Bazyliki w oddali i anioł na Castel D’Angello. W mojej głowie leci teraz trzeci akt Toski, i Cavaradossi, śpiewający arię do ślicznych, niewinnych, małych, białych łapek swojej ukochanej, która właśnie przed chwilą zajebała była niejakiego barona Scarpię: O słodkie dłonie, tak czyste, tak miłe. O ręce stworzone do pobożności, do głaskania dzieciątek, do róż zbierania, do modlitw, gdy innych nieszczęście spotyka. I oto tobie, jakże miłością wzmocnionej, sprawiedliwość wręczyła jej świętą broń? Tyś śmierć przywiodła, zwycięskimi rękami? O, słodkie dłonie, czyste i miłe25.

Nawiasem mówiąc, to są pierdolety straszne, bo nie wiem dlaczego – nawet na początku XIX wieku, ktoś miałby wierzyć, że damskie śliczne łapki miałyby się nadawać głównie do głaskania dzieci, zbierania róż i modlitwy? Baba robi, co baba musi. I kiedy musi. Zwłaszcza, gdy jakiś debil wkłada jej na siłę język do gardła i szantażuje śmiercią ukochanej osoby.

Od zarania dziejów robimy, co musimy. Tylko, czy takie stwierdzenie nadaje się na libretto? No nie. Bardziej na sitcom.

Uwielbiałam bulwary nad Tybrem. Nawet obsrane samochody i motocykle mi nie przeszkadzały. Jeśli nie widziałeś obsranego samochodu w Rzymie, to niczego nie widziałeś. Rzymskie gołębie niczego nie robią półdupkiem. Zwłaszcza kupy.

Nie przeszkadzali mi pijący młodzieńcy ani bezdomni, rozkładający się na noc pod każdym z mostów, im bliżej Watykanu, tym ich więcej. Lubiłam też tę niewielką ilość biegaczy o poranku i wieczorem. Włosi albo grają w piłkę, albo uprawiają kolarstwo, Włoszki nienawidzą się pocić i źle wyglądać, a kiedy uprawiasz sport i pocisz się jak prosię, to nie wyglądasz dobrze, prawda? W związku z tym niewielu biegaczy towarzyszyło mi w joggingach wzdłuż Tybru. Fajnie jest wrócić do Wiecznego Miasta. Chciałabym tylko wiedzieć, po co tu przyjechałam.

Moim zdaniem Piazza Mincio ma najbrzydszą fontannę w Rzymie. Kilka metrów za tym paskudztwem jest skręt i strzeżona brama do Campusu Via Olona. Za bramę wjechały dwie limuzyny, trzecia zatrzymała się przy chodniku, kilka metrów z przodu. Usiadłam wyprostowana. Kiedy drzwi się otwarły, ruchem podejrzanym u gwiazd filmu i innych celebrytów, wysiadłam. Oczywiście mam o wiele więcej mięśni, niż pierwsza lepsza celebrytka, dlatego proces wysiadania w moim przypadku jest szybszy i bardziej płynny. Niekoniecznie bardziej estetyczny.

Alex szedł w moją stronę, ze swoją torbą w ręku. Odsunęłam się kilkanaście centymetrów od drzwi, żeby mógł sięgnąć i wyciągnąć moją walizkę. Liczyłam, że jest przygotowany na jej wagę i nie będzie udawał, że mu urwało rękę. Zrobiłam mały krok do przodu i bach – wpadłam w ramiona wyższego może o jakieś siedem centymetrów Rosjanina. Brzuchatego i przypominającego misia koala.

– Myshonek! Mój myshonek! – zdusił mnie w uścisku, a ja nie miałam specjalnie innego wyjścia, niż klepać go po plecach.

Nie w stylu "jak to dobrze, że cię widzę", tylko raczej "zaraz się uduszę". W końcu mnie wypuścił. To było zawstydzające. Serio. Mężczyzna w tym wieku nie powinien wybiegać i rzucać się na połowę od niego młodsze kobiety. No serio. O czym on myśli?

Jednak nie mogłam się opanować i uśmiechałam się do tego twardego i w sumie złego faceta. Wiedziałam, że Iwan był zdeterminowanym, manipulującym, okrutnym człowiekiem. Dobrzy i mili ludzie zwykle nie wybierają zorganizowanej przestępczości jako drogi do szybkiego pomnożenia i tak dużego majątku. Dobrzy ludzie nie pozbywają się niewygodnych współpracowników i nie wydają milionów na łapówki. Dobrzy ludzie nie pozwalają durnym gówniarzom na bycie ich następcami. Mam chyba jakąś wadę charakteru i ona każe mi współpracować, czasowo, z szefem ruskiej mafii w Rzymie. W Europie.

– Iwanie Dmitryczu – pochyliłam głowę w ukłonie, który go nie obrazi i który jednocześnie nie zbuduje nieprawdziwego przekonania, że jestem jego podwładną.

Kłaniania nauczył mnie Hyeon Ju, Zmienny pochodzący z Azji. Gość jest bardziej oszczędny w ekspresji, niż popiersie Cesara Augusta, słowo. Niezależnie od niechęci do posiadania wyrazu twarzy pokazał mi, jak ukłonem wyrazić więcej, niż "dzień dobry". Uczyłam się od mistrza i sama teraz jestem mistrzem powitań.

– Tak dawno się nie widzieliśmy – mój ton jasno mówił, że zniosłabym dłuższą rozłąkę, bez specjalnie złamanego serca. Drań się roześmiał i położył mi rękę na ramieniu.

– Chodź, chodź, moi pokażą ci drogę!

Nie drgnęłam. Spojrzał na mnie i spoważniał.

– A! – jedno słowo, tyle możliwości. – Ustalamy zasady, tak?

– Tak – przytaknęłam, a on skinął głową, najwidoczniej przygotowany na taką niewielką przeszkodę.

Kontynuowałam więc, w publicznym miejscu, będąc słyszaną przez wszystkich dookoła. Zmiennych i nie. Po to są zasady. Zwłaszcza tutaj.

– Raz. Iwanie Dmitryczu, pracuję jako niezależny konsultant, nie jako twój pracownik, czy pracownik twojej organizacji. W chwili, kiedy powiesz mi o co chodzi, jestem swoim szefem i nie przyjmuję rozkazów, co najwyżej sugestie. Wyłącznie od ciebie.

– Zgoda – powiedział głośno i poważnie na użytek słuchających.

– Dwa. Przydzielasz mi jednego łącznika, człowieka lub Zmiennego, który ma twoje pełne plenipotencje do sięgania, w razie potrzeby i w rozsądnym zakresie, do twoich zasobów. To łącznik zdaje ci relacje, ja pracuję, jak zwykle, z boku i osobno.

– Zgoda. Oleg Tsun zgłosi się do ciebie – zawahał się i dodał – po wszystkim dzisiaj.

– Trzy. Alexander Dougal Fitzwilliam – wskazałam Aleksa ruchem głowy i przedstawiłam go formalnie – jest moim partnerem. Nasze słowa są traktowane równorzędnie.

– Zgoda. Witam Alexandra Dougala Fitzwilliama w Rzymie, na terytorium Rodziny Dołhorukich.

– Cztery. Mam prawo od samoobrony. Nikt nie zginie, jeśli to nie będzie konieczne, ale może dojść do czasowych uszkodzeń ciała. Tym bardziej – spojrzałam na Alexa – że niektórzy z twoich ludzi to Zmienni – Alex mrugnął, co wzięłam za potwierdzenie mojego przypuszczenia – i nie wierzę, żeby lekko im przyszło poddanie się obcemu Alfie, który przyjechał ze mną. Będą walki o pozycję, nawet tymczasową. Nikt nie zginie, jeśli to nie będzie absolutnie konieczne.

Ten warunek dał mu do myślenia, ale nie było to specjalnie wyuzdane życzenie. Nic, co by się nie działo i tak wśród jego ludzi.

– Zgoda – powiedział – ale dodam swój specjalny warunek. Wiesz, kogo dotyczy.

Zmarszczyłam nos i przyłapawszy się na tym, przeklęłam Alexa, który zwrócił uwagę na mój nerwowy tik. Uniosłam brwi i Iwan kontynuował:

– Jura, jeśli doszłoby co do czego, nie może zostać zbyt mocno poturbowany.

Teatralnym gestem wywróciłam oczami.

Zaśmiał się lekko i poklepał mnie po ramieniu.

– Nu, nu, myshonek. Nic permanentnego, rozumiesz? Nie może stracić ręki, nogi, oka, języka ani organów reprodukcyjnych, harasho?

– Harasho, Wujaszku, harasho – powiedziałam miękko i spojrzałam mu w oczy. Wytrzymał parę sekund, potem popatrzył na budynek przed nami – ale trzymaj go ode mnie z daleka, proszę. Dla naszego świętego spokoju. Dla świętego spokoju wszystkich. I jeszcze jedno, załóż tę apkę do przesyłania szyfrowanych wiadomości.

To mówiłam już dość cicho, tylko do niego i tych dwudziestu Zmiennych w najbliższej okolicy. Żarcik, ale opisujący rzeczywistość całkiem, całkiem.

– Ja nie wysyłam sms. Ani innych takich.

– Ze mną wysyłasz. Z tej apki, którą ci wystawiłam.

Pociągnął mnie w kierunku wejścia, otrzepując z rękawa granatowej marynarki kwiatek jaśminu, który spadł z krzewów otaczających sporą willę.

– Dobrze, teraz ja mam warunek.

Musiałam jęknąć cicho, bo powiedział, nie zatrzymując się i nie wywracając oczami:

– Myshonek, nu, dawaj, dawaj, to proste. Dzisiaj jest piętnasta rocznica mojego ślubu. Drugiego ślubu oczywiście. Mamy za kilka godzin bal. Wszyscy na nim będą, ale to wszyscy. Prezydent, co najmniej pięciu ostatnich premierów, ludzie z parlamentu europejskiego, ze dwóch czy trzech Wysokich Komisarzy, sędziowie, gwiazdy, biznesmeni. Wszyscy. Ty też. I twój – Iwan zawahał się i obrzucił Alexa taksującym spojrzeniem – partner także. Po to kazałem ci targać suknię balową. Nu, myshonek, głowa do góry. To tylko kilka godzin, potem wszystko opowiem, teraz muszę iść pilnować przygotowań.

Powiedział to wszystko tym jego tonem jowialnego dziadzi piernika, na który tak łatwo się nabrać i popaść przez to w kłopoty. Potem jednak dodał ciszej i o wiele bardziej poważnie.

– Andrea, bardzo się cieszę, że przyjechałaś – potem nachylił się, pocałował mnie w policzek i powiedział najcichszym z szeptów. – Ktoś porwał moją córkę.

O job twoju mat’26, jak mawiają lokalsi. Rzuciłam okiem na Alexa. Usłyszał.