Powrót do Maple Tree - Alison Sherlock - ebook + książka

Powrót do Maple Tree ebook

Alison Sherlock

0,0
24,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Rodzinny hotel, któremu grozi upadek.

Dwoje ludzi z zupełnie różnymi pomysłami na jego przyszłość.

I jesień, która może zmienić wszystko…

Maple Tree Lodge od ponad stu lat należy do rodziny Jacksonów. Kiedy niespodziewanie umiera ojciec Bena, młody architekt odkrywa, że ukochany hotel stoi na skraju bankructwa. Aby ocalić rodzinny dom i wielopokoleniowe dziedzictwo, będzie musiał działać szybko.

Z pomocą przychodzi Lily Watson, najlepsza przyjaciółka siostry Bena i utalentowana projektantka wnętrz. Dla niej remont hotelu to szansa, by wreszcie udowodnić sobie i rodzicom, że może odnieść sukces, robiąc to, co naprawdę kocha.

Jest tylko jeden problem. Lily marzy o przytulnym hotelu pełnym uroku angielskiej prowincji, podczas gdy Ben stawia na nowoczesny minimalizm. Żadne z nich nie zamierza ustąpić, a wspólna praca szybko zaczyna iskrzyć – i nie tylko z powodu różnicy zdań.

Kiedy Cotswolds otula się jesiennymi barwami, Lily może wreszcie odnaleźć miejsce, które nazwie domem. I kogoś, dla kogo warto w nim zostać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 287

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Coming Home to Maple Tree Lodge

Korekta: zespół

Copy­ri­ght © by Ali­son Sher­lock, 2025 All rights rese­rved Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Ame­lia Kubuj, 2026 Prawa do prze­kładu zostały pozy­skane za pośred­nic­twem Vicki Satlow Lite­rary Agency oraz Book/Lab Lite­rary Agency Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin Sp. z o.o., 2026

Pro­du­cent Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@swiatk­siazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydaw­nic­two­swiatk­siazki.pl

War­szawa 2026

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-68921-81-6

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Rozdział 1

– „Skręć w lewo tutaj – oznaj­miła nawi­ga­cja. – Dotar­łeś do celu”.

Lily Wil­son zje­chała z wiej­skiej drogi i gwał­tow­nie naci­snęła hamu­lec. Spoj­rzała przez przed­nią szybę samo­chodu na zamkniętą drew­nianą bramę przed sobą, led­wie widoczną w ulew­nym desz­czu. Naci­snęła przy­cisk, by opu­ścić szybę, i wychy­liła głowę na zewnątrz, po czym wes­tchnęła, wpa­tru­jąc się w roz­le­głe, zaro­śnięte i puste pole za bramą. To z całą pew­no­ścią nie było Maple Tree Lodge. Deszcz spły­wał jej po twa­rzy, więc szybko z powro­tem pod­nio­sła szybę. Lily zer­k­nęła na ekran Google Maps w swoim tele­fo­nie komór­ko­wym. Ale jej tele­fon w ogóle nie miał zasięgu i wciąż mu się wyda­wało, że znaj­duje się w małej wio­sce Cran­ley, przez którą prze­jeż­dżała dzie­sięć minut wcze­śniej.

Wyłą­czyła więc ekran nawi­ga­cji i ruszyła dalej, mając nadzieję, że ślepy traf pomoże jej odna­leźć hotel. Prze­łą­czyła wycie­raczki na naj­wyż­sze obroty, ale na dro­dze przed sobą wciąż pra­wie nic nie widziała – tak inten­sywna była ulewa. Był koniec wrze­śnia, a jesień nad­cho­dziła z wyjąt­kowo mokrą pompą. Musiała spoj­rzeć praw­dzie w oczy. W to desz­czowe piąt­kowe popo­łu­dnie była cał­ko­wi­cie i bez­na­dziej­nie zagu­biona pośrodku angiel­skiej wsi. A wokół nie było ani jed­nej osoby, którą mogłaby zapy­tać o drogę. Czuła się tak, jakby wszech­świat wysy­łał jej wyraźny sygnał. Zgu­bi­łaś się i leje jak z cebra. Na pewno nie chcesz zawró­cić i wró­cić do domu, do Lon­dynu? Pokrę­ciła głową na tę myśl, mówiąc sobie, że były trzy powody, dla któ­rych nie powinna rezy­gno­wać z tej podróży, mimo że wszystko zda­wało się dzia­łać prze­ciwko niej.

Po pierw­sze, jej obecny dom nie był tak naprawdę miej­scem, do któ­rego chcia­łaby wra­cać o jakiej­kol­wiek porze dnia czy nocy. Od sze­ściu mie­sięcy wynaj­mo­wała mały dwu­oso­bowy pokój we współ­dzie­lo­nym domu na Wim­ble­do­nie i było to o ponad pięć mie­sięcy za długo, by miesz­kać z trójką obcych, któ­rzy byli jej obec­nymi współ­lo­ka­to­rami. Mię­dzy tym, jak Wayne każ­dego popo­łu­dnia włą­czał swoją dud­niącą muzykę i nie wyłą­czał jej aż do pół­nocy, Moirą twier­dzącą, że wcale nie „poży­cza” kosme­ty­ków Lily za każ­dym razem, gdy wycho­dziła, oraz Jaso­nem z jego podej­rzaną plan­ta­cją roślin na stry­chu, Lily nie mogła się docze­kać wypro­wadzki, ponie­waż umowa najmu dobie­gała końca w następ­nym tygo­dniu.

Przez ostat­nią dekadę miesz­kała w róż­nych ponu­rych miej­scach w sto­licy i każde z nich wyda­wało się gor­sze od poprzed­niego. Kon­tra­sto­wało to wyraź­nie z ele­ganc­kimi, luk­su­so­wymi rezy­den­cjami, w któ­rych dora­stała. Lily uro­dziła się w Anglii, ale rodzina nie pozo­stała w kraju zbyt długo i wyje­chała, gdy miała zale­d­wie dwa lata. Jej ojciec był dyplo­matą i odkąd tylko się­gała pamię­cią, mniej wię­cej co dwa lata prze­pro­wa­dzali się z kraju do kraju, wysy­łani tam, gdzie w danym cza­sie posta­no­wił ich skie­ro­wać aktu­alny rząd. Jej matka była nauczy­cielką języka angiel­skiego i dzięki temu w więk­szo­ści przy­pad­ków mogła kon­ty­nu­ować pracę w każ­dym nowym kraju, jed­no­cze­śnie wspie­ra­jąc męża.

Lily spę­dziła całe dzie­ciń­stwo, zaczy­na­jąc co roku lub co dwa lata nową szkołę w innym kraju, a cza­sem nawet na innym kon­ty­nen­cie. Ledwo miała czas, by nawią­zać przy­jaź­nie, zanim musiała wyje­chać i zaczy­nać wszystko od nowa. Było to nie­zwy­kle desta­bi­li­zu­jące.

Z bie­giem lat Lily zaczęła powstrzy­my­wać się od zawie­ra­nia przy­jaźni, przy­zwy­cza­ja­jąc się do poczu­cia, że nic ni­gdy nie jest trwałe, bo wszystko – nie­uchron­nie – się zmie­niało: szkoły, przy­ja­ciele i domy. W rezul­ta­cie, jako jedy­naczka, przez więk­szość czasu miała jedy­nie rodzi­ców za towa­rzy­stwo, a poczu­cie samot­no­ści ni­gdy tak naprawdę nie znik­nęło.

W wieku dwu­na­stu lat została wysłana do szkoły z inter­na­tem w Anglii i znie­na­wi­dziła ją od chwili przy­jazdu. Nie­mal od samego początku bła­gała rodzi­ców, by pozwo­lili jej do nich wró­cić, lecz odmó­wili, mówiąc, że z cza­sem będzie lepiej. Ale nie było. Poczu­cie braku akcep­ta­cji wśród zży­tych grup dziew­cząt tylko pogłę­biało jej samot­ność i poczu­cie odrzu­ce­nia. Dla­tego Lily zamknęła się w sobie, uzna­jąc, że nikogo nie potrze­buje. Że sama jest sil­niej­sza i że w ten spo­sób życie będzie łatwiej­sze.

Kiedy pod­czas waka­cji szkol­nych odwie­dzała rodzi­ców, zda­wali się nie dostrze­gać, jak wiele traci, nie mając przy­ja­ciół, zachę­ca­jąc ją jedy­nie do sku­pie­nia się na nauce, aby jej wła­sna kariera była rów­nie impo­nu­jąca jak ich. Ale Lily ni­gdy nie była szcze­gól­nie ambitna. Wła­ści­wie cza­sami miała wra­że­nie, że jedyne, co odzie­dzi­czyła po rodzi­cach, to gęste rude włosy i zie­lone oczy matki. Zawsze pra­gnęła jedy­nie uwagi ze strony rodzi­ców, lecz przy ich napię­tym kalen­da­rzu towa­rzy­skim nie mieli dla niej zbyt wiele czasu. Jed­nak jej bystry umysł spra­wiał, że wyniki egza­mi­nów zawsze były zado­wa­la­jące i ich cie­szyły.

W jedne święta Bożego Naro­dze­nia, gdy była jesz­cze dziec­kiem, rodzice poda­ro­wali jej domek dla lalek. Nie był zbyt duży, miał tylko dwa pię­tra, ale Lily go uwiel­biała. Dla niej sym­bo­li­zo­wał stały dom – jedyną rzecz, o któ­rej zawsze marzyła.

W wieku dzie­się­ciu lat była już za duża na zabawę lal­kami, ale puste pomiesz­cze­nia obu­dziły w niej coś innego. Wciąż je od nowa urzą­dzała, eks­pe­ry­men­tu­jąc z róż­nymi sty­lami i pomy­słami dla każ­dego pokoju, eks­cy­tu­jąc się, gdy poja­wiał się nowy pomysł na kolejny pro­jekt. Od tam­tej chwili wie­działa, że chce zostać pro­jektantką wnętrz, mimo zastrze­żeń rodzi­ców. Chcieli, by poszła w ślady ojca, mówiąc, że to bar­dziej sta­bilna kariera, ale Lily pod­jęła już decy­zję.

Po ukoń­cze­niu col­lege’u stu­dio­wała pro­jek­to­wa­nie gra­ficzne i tek­stylne, a następ­nie prze­pro­wa­dziła się do Lon­dynu, by roz­po­cząć prak­tykę w pro­jek­to­wa­niu wnętrz.

Zda­wała sobie sprawę, że rodzice są roz­cza­ro­wani jej wybo­rem kariery. Wie­dzieli, jak nie­wiele zara­biała mie­sięcz­nie jako prak­ty­kantka, ale jej twór­cza natura była zbyt silna, by mogła się jej oprzeć. Odrzu­cała wszel­kie pro­po­zy­cje finan­so­wej pomocy z ich strony, zde­ter­mi­no­wana, by udo­wod­nić, że ich obawy są bez­pod­stawne. Dla­tego pra­co­wała w każdy week­end i brała nad­go­dziny, by wyprze­dzić kon­ku­ren­cję.

Jej celem zawsze było posia­da­nie wła­snej firmy zaj­mu­ją­cej się pro­jek­to­wa­niem wnętrz – marze­nie, które wciąż pozo­sta­wało nie­uchwytne. Ale musiała je zre­ali­zo­wać. Musiała dopro­wa­dzić do speł­nie­nia tej ambi­cji. Bo wie­działa, że wtedy jej rodzice w końcu zaak­cep­tują jej wybór kariery. Jed­nak ciężka praca spra­wiła, że przed­kła­dała ambi­cję ponad nie­mal wszystko inne, w tym ponad nie­wielką grupę ludzi w jej życiu, któ­rzy zna­czyli dla niej naj­wię­cej. Co było dru­gim powo­dem, dla któ­rego nie mogła zawró­cić samo­chodu, mimo że czuła się coraz bar­dziej zagu­biona w nie­zna­nym kra­jo­bra­zie Cot­swolds.

Kiedy czter­na­ście lat temu przy­je­chała do Lon­dynu, Lily nie znała tam nikogo. Udało jej się wyna­jąć pokój bez wcze­śniej­szego obej­rze­nia go. Ceny wynajmu w Lon­dy­nie były absur­dal­nie wyso­kie, więc jej wybór ogra­ni­czał się do współ­dzie­lo­nego domu w wyjąt­kowo nie­po­żą­da­nej oko­licy. Jed­nak mimo zanie­dba­nego stanu zarówno oko­licy, jak i samego domu, oka­zało się to jedną z naj­lep­szych rze­czy, jakie kie­dy­kol­wiek spo­tkały Lily.

Dom był świeżo wysta­wiony na wyna­jem i przy­cią­gnął trzy inne kobiety w tym samym wieku: Han­nah, Beth i Ellę. Mimo nie­chęci Lily do zbli­ża­nia się do kogo­kol­wiek, w pierw­szych tygo­dniach wspól­nego miesz­ka­nia nie potra­fiła powstrzy­mać się od stop­nio­wego nawią­zy­wa­nia więzi ze współ­lo­ka­tor­kami. Wszyst­kie dopiero co ukoń­czyły col­lege i z zapa­łem roz­po­czy­nały to, co – miały nadzieję – będzie dłu­gimi i bły­sko­tli­wymi karie­rami w wybra­nych przez sie­bie dzie­dzi­nach. Han­nah szko­liła się na cukier­niczkę w popu­lar­nej restau­ra­cji na West Endzie, Beth była począt­ku­jącą astro­nomką i dla­tego była zachwy­cona pracą w Kró­lew­skim Obser­wa­to­rium w Gre­en­wich, a Ella była asy­stentką do spraw mediów spo­łecz­no­ścio­wych w Canary Wharf.

Pocho­dząc z róż­nych czę­ści Anglii, wszyst­kie po raz pierw­szy miesz­kały w Lon­dy­nie i po cięż­kim dniu pracy lubiły wycho­dzić wie­czo­rami do barów z winem, a także spę­dzać bar­dziej eko­no­miczne wie­czory w domu, plot­ku­jąc przy pizzy, pod­czas gdy w tle leciały Gotowe na wszystko i Teo­ria wiel­kiego pod­rywu.

Każda z nich miała inną oso­bo­wość i ścieżkę kariery, ale od tam­tej pory nie­zmien­nie pozo­sta­wały naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami. Po tak dłu­gim okre­sie samot­no­ści w swoim życiu Lily natych­miast poczuła się oto­czona ich miło­ścią i przy­jaź­nią. Mimo to ni­gdy tak naprawdę nie otwo­rzyła się przed żadną z nich w pełni, jeśli cho­dzi o swoje naj­skryt­sze uczu­cia. Doświad­cze­nia z inter­natu spra­wiły, że zawsze oba­wiała się odrzu­ce­nia i zra­nie­nia. A jed­nak Han­nah, Beth i Ella stały się jej rodziną, pod­czas gdy jej rodzice zawsze byli tak bar­dzo zdy­stan­so­wani.

Po kilku latach wspól­nego miesz­ka­nia sytu­acja w domu zaczęła się jed­nak zmie­niać. Beth wypro­wa­dziła się jako pierw­sza, otrzy­maw­szy nie­po­wta­rzalną szansę dwu­let­niego stażu nauko­wego w Połu­dnio­wo­afry­kań­skim Obser­wa­to­rium Astro­no­micz­nym. Wkrótce potem Ella prze­nio­sła się do Man­che­steru, by pra­co­wać w start-upie tech­no­lo­gicz­nym. W domu zostały tylko Lily i Han­nah, a dwie nowe współ­lo­ka­torki w żaden spo­sób nie zaskar­biły sobie sym­pa­tii zży­tych przy­ja­ció­łek, więc przez kolejne dwa lata trzy­mały się na ubo­czu, spo­ty­ka­jąc się od czasu do czasu z Beth i Ellą, kiedy tylko było to moż­liwe.

Cztery lata po przy­jeź­dzie do Lon­dynu Lily wciąż była nisko posta­wioną juniorką w fir­mie pro­jek­to­wa­nia wnętrz, nie robiąc żad­nych postę­pów, a Han­nah była zbyt nie­śmiała i pozba­wiona pew­no­ści sie­bie, by wyro­bić sobie nazwi­sko w bez­względ­nym świe­cie gastro­no­mii. Wtedy Han­nah nie­spo­dzie­wa­nie się zako­chała. Lily znie­na­wi­dziła Seana od pierw­szego wej­rze­nia i nie mogła zro­zu­mieć, co Han­nah w nim widzi. Był ponury i zupeł­nie nie­po­dobny do łagod­nej, cie­płej Han­nah. Ale jej przy­ja­ciółka była zauro­czona i gdy Sean zasu­ge­ro­wał, by po kilku mie­sią­cach zamiesz­kali razem, Han­nah bez waha­nia się na to zgo­dziła.

Lily odkryła, że nagle nie jest w sta­nie znieść prze­by­wa­nia w domu, w któ­rym kie­dyś była tak szczę­śliwa ze swo­imi trzema naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami. Szybko więc zło­żyła wypo­wie­dze­nie umowy i się wypro­wa­dziła, od tam­tej pory dzie­ląc miesz­ka­nia i duże apar­ta­menty z innymi ludźmi, ale ni­gdy nie zbli­ża­jąc się do żad­nych nowych współ­lo­ka­to­rów.

Poza swo­imi naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami krąg towa­rzy­ski Lily w ogóle się nie powięk­szył – tak bar­dzo uni­kała nawią­zy­wa­nia bliż­szych rela­cji z kim­kol­wiek innym. Z powodu swo­jej nie­śmia­ło­ści Han­nah rów­nież nie miała zbyt wielu zna­jo­mych, a Lily miała prze­czu­cie, że jej zwią­zek z Seanem nie jest szcze­gól­nie zdrowy. Oka­zało się, że miała rację, rok póź­niej Han­nah poin­for­mo­wała ją, że roz­stała się z Seanem i na jakiś czas wró­ciła do swo­jej rodziny w Cran­ley. Dzie­sięć lat póź­niej na­dal tam była.

Cztery naj­lep­sze przy­ja­ciółki przez lata na­dal regu­lar­nie się spo­ty­kały. Ostat­nio jed­nak, gdy umie­jęt­no­ści Lily zaczęły w końcu zdo­by­wać uzna­nie, a ona sama zyskała więk­szą odpo­wie­dzial­ność w pracy, zauwa­żyła, że ma coraz mniej czasu. Z powodu gonią­cych ter­mi­nów czę­sto musiała z żalem odwo­ły­wać spo­tka­nia. Wciąż goniła za karierą, bez­u­stan­nie pró­bu­jąc udo­wod­nić rodzi­com, jak bar­dzo się mylili, i spra­wić, by w końcu byli dumni z jej decy­zji o zosta­niu pro­jek­tantką wnętrz. Mimo to przy­ja­ciółki roz­ma­wiały co tydzień i pisały do sie­bie nie­mal codzien­nie. Teraz, po trzy­dzie­stce, ich losy toczyły się w róż­nych kie­run­kach, choć żadna z nich nie zna­la­zła szczę­ścia w życiu uczu­cio­wym. Wszyst­kie miały za sobą różne związki, jed­nak Lily – mimo kilku chło­pa­ków na prze­strzeni lat – cał­ko­wi­cie zre­zy­gno­wała z rand­ko­wa­nia, aby sku­pić się na karie­rze.

Lily oczy­wi­ście dużo wie­działa o rodzi­nie Han­nah – przez lata sły­szała o nich mnó­stwo, mimo że ni­gdy ich nie poznała. Jed­nak fakt, że pro­wa­dzili hotel, nie wyda­wał się szcze­gól­nie istotny aż do ich ostat­niej roz­mowy kilka dni wcze­śniej.

– Teraz wszystko jest zupeł­nie inne, odkąd Ben prze­jął inte­res – powie­działa jej Han­nah. Jej brat prze­jął pro­wa­dze­nie hotelu po tym, jak ich ojciec nie­spo­dzie­wa­nie zmarł sześć mie­sięcy wcze­śniej. – W całym domu jest potworny bała­gan, bo naj­wy­raź­niej wszystko wymaga odno­wie­nia. W każ­dym razie, kiedy skoń­czą się już te wszyst­kie cięż­kie roboty, trzeba będzie odświe­żyć wnę­trza, więc pod­su­nę­łam mu myśl, że jesteś ide­alną osobą, żeby do nas wpaść i nam w tym pomóc!

Lily wcią­gnęła głę­boko powie­trze.

– Ja? – zapy­tała.

– Oczy­wi­ście! – odparła Han­nah ze śmie­chem. – A kto inny? W końcu jesteś tą uta­len­to­waną pro­jek­tantką z tej ele­ganc­kiej firmy!

Zachwyt Lily nie trwał jed­nak długo, gdy prze­łknęła wstyd zwią­zany z tym, że nie była szczera wobec swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki. To był trzeci powód, dla któ­rego nie mogła zawró­cić samo­chodu, mimo że wciąż była zagu­biona. Potrze­bo­wała tego zle­ce­nia bar­dziej niż cze­go­kol­wiek wcze­śniej w swoim życiu.

Od samego początku Lily powoli budo­wała swoją karierę, awan­su­jąc od prak­ty­kantki do sta­no­wi­ska juniorki. Wiele poświę­ciła, w tym wła­sne życie oso­bi­ste – a wła­ści­wie jego brak – aż w końcu dwa lata temu przy­jęła pracę jako asy­stentka u odno­szą­cego suk­cesy pro­jek­tanta wnętrz w nowo­cze­snym stylu. Hans Hau­ber­mann ucho­dził za geniu­sza i po kilku ostat­nich pre­sti­żo­wych zle­ce­niach od lon­dyń­skiej elity stał się naj­go­ręt­szym nazwi­skiem w świe­cie współ­cze­snego desi­gnu.

Lily była zachwy­cona, że dostała pracę u tak eks­klu­zyw­nego pro­jek­tanta. W końcu jej poświę­ce­nia się opła­ciły. Była już tak bli­sko. Kilka wła­snych zle­ceń i mogłaby wresz­cie pra­co­wać na wła­sny rachu­nek. Nawet jej rodzice byli pod wra­że­niem eks­klu­zyw­nej listy klien­tów Hansa.

Ale ta praca miała wysoką cenę. Pro­jekty Hansa były mini­ma­li­styczne i skraj­nie nowo­cze­sne – zupeł­nie odmienne od stylu Lily, która zawsze dbała o to, by wnę­trza były cie­płe i przy­tulne. Uznała jed­nak, że warto się poświę­cić, jeśli jego nazwi­sko znaj­dzie się w jej CV.

Ku swo­jemu prze­ra­że­niu szybko odkryła, że Hans jest oszu­stem. Nie miał za grosz talentu. Było to tajem­nicą firmy, że wyko­rzy­sty­wał talent wszyst­kich swo­ich asy­sten­tów i ukry­wał się za ich kre­atyw­no­ścią, przy­pi­su­jąc sobie ich pracę. Lily nie była wyjąt­kiem – odkryła prawdę dopiero trzy mie­siące wcze­śniej dzięki nie­za­do­wo­lo­nej kole­żance, która wyga­dała się pod­czas swo­jego poże­gnal­nego przy­ję­cia.

To było strasz­nie nie­spra­wie­dliwe. Na początku Hans obie­cy­wał jej tak wiele, w tym, że zrobi z niej part­nerkę w fir­mie pro­jek­to­wej. Oka­zało się jed­nak, że były to te same obiet­nice, które przez lata skła­dał wielu róż­nym pro­jek­tan­tom.

A tydzień temu zrzu­cił na nią praw­dziwą bombę – wrę­czył jej wypo­wie­dze­nie. Hans twier­dził, że firma prze­cho­dzi reduk­cję eta­tów, ale Lily wie­działa, że tylko ona stra­ciła pracę. Był na tyle sprytny, że roz­wią­zał z nią umowę zale­d­wie kilka dni przed upły­wem dwóch lat pracy, przez co nie przy­słu­gi­wała jej nawet usta­wowa odprawa.

Od chwili natych­mia­sto­wego zwol­nie­nia Lily spę­dziła ostat­nie dni w roz­sypce, pła­cząc w swoim pokoju nad nie­spra­wie­dli­wo­ścią całej sytu­acji. Ale co mogła zro­bić? Nikt by jej nie uwie­rzył, nawet gdyby mogła o wszyst­kim opo­wie­dzieć. Oka­zało się bowiem, że w jej pier­wot­nej umo­wie o pracę znaj­do­wał się zapis zabra­nia­jący ujaw­nia­nia komu­kol­wiek tajem­nic firmy.

Chciała tylko udo­wod­nić, że doko­nała wła­ści­wego wyboru zawo­do­wego, poka­zać rodzi­com, że potrafi sobie pora­dzić sama. Miała umie­jęt­no­ści i doświad­cze­nie. Teraz jed­nak nie miała żad­nych refe­ren­cji, a baza klien­tów, którą zbu­do­wała, prze­pa­dła – była przy­pi­sana do firmy Hansa.

Wie­działa, że jest wystar­cza­jąco dobra, by pro­wa­dzić wła­sną firmę. Ale od czego zacząć? Potrze­bo­wała tylko odro­biny szczę­ścia.

I wtedy zadzwo­niła do niej kochana Han­nah w spra­wie hotelu – jakby los dał jej drugą szansę. Han­nah wciąż była prze­ko­nana, że Lily pra­cuje w fir­mie, a Lily nie powie­działa jej prawdy. Wła­ści­wie nie powie­działa jej nikomu – ani naj­lep­szym przy­ja­ciół­kom, ani rodzi­com, któ­rzy obec­nie miesz­kali w Can­be­rze. Prawda była taka, że po pro­stu się wsty­dziła. Czuła, że ponio­sła klę­skę. Po tylu latach cięż­kiej pracy nie miała abso­lut­nie nic, czym mogłaby się pochwa­lić. Jeśli jed­nak zle­ce­nie dla hotelu wypali, z cza­sem wyjawi przy­ja­cio­łom prawdę – gdy tylko jej przy­szłość się usta­bi­li­zuje.

Wie­działa jed­nak także, że rodzina Jack­so­nów nie powie­rzy takiego zle­ce­nia komuś bez wspar­cia pro­fe­sjo­nal­nej firmy, dla­tego naj­le­piej było na razie zacho­wać to w tajem­nicy. Lily była prze­świad­czona, że praca przy tak pre­sti­żo­wym pro­jek­cie jak wiej­ski hotel byłaby dla niej ide­alną szansą – kro­kiem do zało­że­nia wła­snej dzia­łal­no­ści i, miejmy nadzieję, suk­cesu. Gdyby tylko udało jej się zna­leźć ten hotel!

Deszcz już osłabł i wyraź­nie widziała, że jesień odci­ska już swoje piętno na żywo­pło­tach cią­gną­cych się wzdłuż wiej­skiej drogi oraz na odle­głych, zie­lo­nych wzgó­rzach. Ciemna zie­leń kra­jo­brazu mie­niła się teraz pierw­szymi pla­mami bursz­tynu i ochry, zwia­stu­jąc nie­uchronną zmianę pór roku. Był to wyraźny kon­trast w sto­sunku do miej­skich ulic, do któ­rych była przy­zwy­cza­jona, ale dzięki temu widok był jesz­cze przy­jem­niej­szy.

W końcu, dokład­nie w chwili, gdy deszcz ustał, zauwa­żyła na pobo­czu drogi coś, co wyglą­dało na nowiutki znak z napi­sem „Maple Tree Lodge”. Z okrzy­kiem ulgi skrę­ciła na wąską ścieżkę i nie­mal natych­miast zna­la­zła się w cie­ni­stym lesie. Od razu zro­biło się znacz­nie ciem­niej, ale gdy poko­nała zakręt, dostrze­gła w oddali migo­czącą mię­dzy drze­wami taflę wody.

Poja­wił się rów­nież frag­ment spo­rego budynku. Han­nah mówiła jej, że to mały hotel, ale był znacz­nie więk­szy, niż Lily się spo­dzie­wała. Poczuła dreszcz eks­cy­ta­cji. Jaki to byłby począ­tek – mieć ten hotel jako swoje wła­sne zle­ce­nie.

Nie­przy­zwy­cza­jona do pro­wa­dze­nia samo­chodu po tak dłu­gim cza­sie życia w Lon­dy­nie, Lily przez pomyłkę naci­snęła pedał gazu zamiast hamulca i wyna­jęty samo­chód ruszył do przodu tak gwał­tow­nie, że omal nie zde­rzyła się czo­łowo z nad­jeż­dża­ją­cym pojaz­dem, który wła­śnie wyło­nił się zza zakrętu. Aby unik­nąć zde­rze­nia, chwy­ciła kie­row­nicę i gwał­tow­nie skrę­ciła w lewo. Udało się unik­nąć wypadku, ale samo­chód zaczął ostro zjeż­dżać ze skarpy pro­sto w coś, co wyglą­dało na nie­wielki staw.

Sil­nik zgasł i samo­chód w końcu sta­nął w miej­scu. Dziew­czyna poczuła ulgę, mimo że auto z każ­dej strony ota­czała woda. Wzięła głę­boki oddech i spraw­dziła, czy nic jej nie jest. Na szczę­ście miała zapięte pasy, które uchro­niły ją przed czymś gor­szym niż sztyw­ność karku.

Dostrze­ga­jąc ruch w pobliżu, spoj­rzała w stronę dru­giego samo­chodu i zoba­czyła męż­czy­znę wysia­da­ją­cego ze swo­jego pojazdu. Czu­jąc się nieco zakło­po­tana, opu­ściła szybę.

– Nic ci nie jest?! – zawo­łała, uświa­da­mia­jąc sobie, że jej głos brzmi nieco ury­wa­nie z powodu szoku.

Prze­cze­sał dło­nią ciemne włosy i wyglą­dał na oszo­ło­mio­nego.

– Nic mi nie jest. A tobie? – odkrzyk­nął.

– W porządku – odpo­wie­działa, mimo że samo­chód utknął pośrodku stawu.

Nie­zna­jomy wes­tchnął ciężko, po czym spoj­rzał na nią z iry­ta­cją.

– Gdy­byś pro­wa­dziła jak należy, a nie jak Lewis Hamil­ton, to by do tego nie doszło – powie­dział.

Zawsty­dzona, już miała odpo­wie­dzieć, gdy zauwa­żyła, że do wnę­trza samo­chodu zaczyna wle­wać się woda przy dol­nej kra­wę­dzi drzwi. Krzy­wiąc się, pchnęła drzwi, chcąc jak naj­szyb­ciej się wydo­stać, zanim auto zato­nie jesz­cze bar­dziej.

– Zacze­kaj! – Usły­szała woła­nie męż­czy­zny.

Ale nie była w nastroju, by go słu­chać. Ogar­niała ją panika na widok wdzie­ra­ją­cej się wody i po ode­pchnię­ciu drzwi, które napo­tkały coś na kształt kopca ziemi, Lily wysko­czyła z samo­chodu pro­sto w coś, co wyglą­dało jak bagno.

Jej ulu­bione białe trampki natych­miast zanu­rzyły się w bru­nat­nej mazi, która na szczę­ście się­gała tylko do kostek. Spoj­rzała w dół z nie­do­wie­rza­niem na staw, który zda­wał się być bar­dziej bło­tem niż wodą.

– Mówi­łem, żebyś zacze­kała! – zawo­łał męż­czy­zna, idąc w jej stronę.

– Mogłeś to tro­chę lepiej wyar­ty­ku­ło­wać – odpo­wie­działa, a jej upo­ko­rze­nie rosło z każdą sekundą.

– Podam ci rękę – powie­dział, pod­cho­dząc do brzegu i wycią­ga­jąc do niej ramię.

– Pora­dzę sobie – mruk­nęła, odtrą­ca­jąc jego dłoń. Nie była żadną damą w opa­łach. Zakło­po­ta­nie spra­wiło, że zabrzmiała ostrzej niż zwy­kle. – Nie potrze­buję ratunku!

Wyglą­dał na zasko­czo­nego, cof­nął rękę i oparł się o pobli­skie drzewo.

– Pro­szę bar­dzo – powie­dział. – Jesz­cze dzi­siaj się nie pośmia­łem.

Co jest nie tak z tym face­tem? – pomy­ślała. Był mniej wię­cej w jej wieku, ubrany swo­bod­nie w dżinsy i swe­ter. Ale jego – trzeba przy­znać – atrak­cyjna twarz miała teraz wyjąt­kowo zaro­zu­miały wyraz i Lily nie wie­działa dla­czego.

I wtedy zro­zu­miała. Nie mogła ruszyć sto­pami. W ogóle. Pró­bo­wała i pró­bo­wała, aż zro­biła się czer­wona na twa­rzy, ale bez względu na to, jak bar­dzo szar­pała nogami, nie mogła ich uwol­nić. Jakby ugrzę­zły w kleju.

Z jękiem fru­stra­cji, spoj­rzała w końcu nie­chęt­nie, na męż­czy­znę, który stał na brzegu i uśmie­chał się do niej z góry.

– To przez połą­cze­nie pia­sku i ziemi – wyja­śnił. – Two­rzy naj­gor­sze, naj­bar­dziej lep­kie błoto. Drzewa to uwiel­biają. Zatrzy­muje wil­goć i dzięki temu rosną duże i silne.

– Świet­nie – mruk­nęła, pró­bu­jąc jesz­cze raz bez­sku­tecz­nie wyrwać nogę. – Szczę­ścia­rze.

– Więc teraz przyj­miesz moją pomoc? – zapy­tał.

– Tak, pro­szę – odpo­wie­działa cicho.

Wycią­gnął obie ręce, by chwy­cić jej dło­nie. Sple­tli palce, a ona sta­rała się nie czuć jesz­cze więk­szego zaże­no­wa­nia.

– Gotowa? – zapy­tał, napi­na­jąc się. – Na trzy, raz, dwa, trzy…

Na „trzy” szarp­nął ją z całej siły. Ale w tej samej sekun­dzie, gdy dotarło do niej, że w końcu uwol­niła się z błota, zdała sobie rów­nież sprawę – lecąc wła­śnie w powie­trzu – że jej stopy są zupeł­nie bose. Trampki zostały z tyłu.

Jed­nak to było nic w porów­na­niu z naj­więk­szym pro­ble­mem, jaki zaprzą­tał jej myśli – dzięki jego nie­zwy­kle sil­nemu pocią­gnię­ciu została nie tylko wyrwana z błot­ni­stego stawu, ale wprost wyrzu­cona na pierś nie­zna­jo­mego. Sły­sząc jego „uff” przy zde­rze­niu, poczuła, jak impet pcha ją dalej i oboje runęli na zie­mię.

Przez chwilę Lily była oszo­ło­miona. A potem nagle dotarło do niej, że leży bez­po­śred­nio na obcym męż­czyź­nie, pośrodku lasu.

Spoj­rzała w dół na jego twarz i zoba­czyła, że patrzy na nią ciem­nymi, brą­zo­wymi oczami. Przez moment sły­chać było tylko kro­ple wody spa­da­jące z drzew na zie­mię.

W końcu jego przy­stojna twarz roz­ja­śniła się uśmie­chem.

– Witamy w Maple Tree Lodge – powie­dział.

Rozdział 2

Ben Jack­son miał kiep­ski dzień, dopóki nie­spo­dzie­wa­nie nie wylą­do­wała na nim prze­piękna rudo­włosa. Szkoda tylko, że patrzyła na niego z gnie­wem, a jej zie­lone oczy znaj­do­wały się zale­d­wie kilka cen­ty­me­trów od jego. No i oczy­wi­ście była zupeł­nie obcą osobą. Co rodziło pyta­nie: kim ona, u licha, była? Wła­śnie miał się przed­sta­wić, gdy nagle pode­rwała się na nogi, pozo­sta­wia­jąc go, by powoli pod­niósł się z leśnej ściółki. Ben potrze­bo­wał dłuż­szej chwili, by spró­bo­wać oswoić się z tym, co się przed momen­tem wyda­rzyło – a wszystko to roze­grało się prze­cież w mgnie­niu oka.

Minęło zale­d­wie pięć cha­otycz­nych minut od momentu, gdy w gnie­wie opu­ścił hotel. Nawet nie wie­dział, dokąd jedzie – byle gdzie, byle dalej od hotelu. Byle dalej od Maple Tree Lodge. A jed­nak prze­je­chał zale­d­wie kil­ka­dzie­siąt metrów od hote­lo­wego par­kingu, gdy unik­nął czo­ło­wego zde­rze­nia z innym samo­cho­dem. Spoj­rzał na swoje auto, które na szczę­ście wyszło z tego bez szwanku. Nato­miast drugi samo­chód, wbity w staw, wyglą­dał na kom­plet­nie znisz­czony. Wie­dział więc, że jego upra­gniona ucieczka skoń­czyła się rów­nie szybko, jak się zaczęła. Teraz musiał wró­cić do hotelu i ponow­nie zmie­rzyć się z dziad­kiem, mimo że zale­d­wie chwilę wcze­śniej wyszedł stam­tąd w napa­dzie zło­ści po kolej­nej kłótni. Ben ogrom­nie kochał swo­jego dziadka. Po pro­stu uwa­żał, że na dłuż­szą metę nie dadzą rady dłu­żej miesz­kać pod jed­nym dachem.

Spoj­rzał na nie­zna­jomą i zoba­czył, jak strze­puje z dżin­sów i swe­tra igły sosny oraz mokre liście. Gdy się schy­liła, jej dłu­gie rude włosy opa­dły na ramiona, przy­po­mi­na­jąc mu liście kasz­ta­now­ców, które już przy­brały jesienne barwy – lśniące, cie­płe i pełne życia.

– Nic ci nie jest? – zapy­tał, pod­no­sząc się z ziemi.

– Ucier­piała tylko moja duma – odpo­wie­działa z zawsty­dzo­nym uśmie­chem, który natych­miast roz­ja­śnił jej ładną twarz.

Nie mógł powstrzy­mać się od spoj­rze­nia na jej nie­zwy­kłe włosy, potem na dłu­gie, ciemne rzęsy i bladą skórę pokrytą pie­gami oraz zaró­żo­wioną ze wstydu twarz. Potrzą­snął lekko głową i odwró­cił wzrok. Czy minęło aż tyle czasu, odkąd był na randce, że pierw­sza atrak­cyjna kobieta, jaka poja­wiła się w zasięgu jego wzroku, ode­brała mu mowę?

– Więc zanim wylą­do­wa­łaś w naszym sta­wie, co robi­łaś tutaj, pośrodku niczego? – zapy­tał w końcu, odzy­sku­jąc głos.

Wyglą­dała na zasko­czoną.

– Jecha­łam do hotelu. Zatrzy­muję się tam na noc.

Tym razem to Ben był zdzi­wiony.

– Zatrzy­mu­jesz się? W Maple Tree Lodge? – zapy­tał, nie potra­fiąc ukryć zasko­cze­nia w gło­sie.

Ski­nęła głową, po czym zmarsz­czyła brwi.

– Tak.

Zdu­miał się jesz­cze bar­dziej. Nie zamie­rzał przy­znać, że tego wie­czoru nie było żad­nych rezer­wa­cji. I że nie było ich od mie­siąca – dodał w myślach. Obecny stan hotelu oczy­wi­ście nie poma­gał. Wszę­dzie byli robot­nicy i pano­wał bała­gan. I to wła­śnie było powo­dem poran­nej kłótni z dziad­kiem. Powo­dem każ­dej kłótni od czasu, gdy na początku roku wró­cił do domu.

Był part­ne­rem w dobrze pro­spe­ru­ją­cej fir­mie archi­tek­to­nicz­nej w Lon­dy­nie. Dostał pracę, o któ­rej zawsze marzył i dla któ­rej tak ciężko haro­wał na stu­diach. Ale nie poto­czyło się to tak, jak sobie wyobra­żał. Zamiast pro­jek­to­wać impo­nu­jące budynki zaj­mo­wał się raczej bar­dziej typo­wymi pro­jek­tami cen­trów han­dlo­wych na całym świe­cie. Zapew­niało mu to bar­dzo przy­zwo­ite wyna­gro­dze­nie, ale nie dawało twór­czej satys­fak­cji, któ­rej tak bar­dzo pra­gnął.

Mimo to, mając porządne miesz­ka­nie i dobrą pracę, jego życie w sto­licy nie było takie złe. Cie­szył się uda­nym życiem towa­rzy­skim w gro­nie przy­ja­ciół i regu­lar­nie cho­dził na randki. Wszystko było w porządku aż do tele­fonu od matki pew­nego wio­sen­nego wie­czoru, który zmie­nił wszystko i spro­wa­dził go z powro­tem do domu.

Dla Bena domem zawsze było Maple Tree Lodge. W rze­czy­wi­sto­ści był to dom pię­ciu poko­leń rodziny Jack­so­nów. Jego pra­pra­pra­dzia­dek, pra­gnąc zosta­wić za sobą kosz­mar I wojny świa­to­wej w 1918 roku, wyru­szył w głąb angiel­skiej wsi w poszu­ki­wa­niu upra­gnio­nego spo­koju.

Na obrze­żach maleń­kiej wio­ski Cran­ley odkrył duże jezioro i pięć­dzie­siąt akrów lasu wysta­wio­nych na sprze­daż. Po ich zaku­pie zaczął budo­wać dom dla sie­bie i swo­jej świeżo poślu­bio­nej żony, w któ­rym mieli zało­żyć rodzinę.

Każde kolejne poko­le­nie Jack­so­nów roz­bu­do­wy­wało dom o nowe pokoje i prze­strze­nie. Uży­wano do tego zarówno popu­lar­nej w tej oko­licy cegły o cie­płym odcie­niu, jak i nie­zli­czo­nych ilo­ści drewna, któ­rych rodzina miała pod dostat­kiem dzięki ota­cza­ją­cym posia­dłość lasom.

Obec­nie był to dwu­pię­trowy budy­nek z dłu­gimi skrzy­dłami roz­cią­ga­ją­cymi się wzdłuż piasz­czy­stego brzegu jeziora. Był zde­cy­do­wa­nie za duży, by miesz­kała w nim tylko jego rodzina – rodzice, żona i dwoje dzieci – dla­tego ojciec Bena, Tony, na początku lat osiem­dzie­sią­tych posta­no­wił prze­kształ­cić go w hotel. Prze­bu­do­wał górne pię­tro, two­rząc dwa­dzie­ścia pokoi gościn­nych z łazien­kami, pod­czas gdy rodzina zamiesz­kała w pry­wat­nych pomiesz­cze­niach służ­bo­wych na końcu zachod­niego skrzy­dła.

Jed­nak choć Tony był zna­ko­mi­tym sto­la­rzem, nie miał zbyt smy­kałki do inte­re­sów i mimo że przez lata poja­wiali się goście, a opi­nie były bar­dzo dobre, hotel ni­gdy nie odniósł suk­cesu, o jakim marzył. Nie poma­gał fakt, że miej­sce znaj­do­wało się na ubo­czu, a przed erą inter­netu roz­pro­pa­go­wa­nie jego ist­nie­nia było nie­mal nie­moż­liwe.

W ostat­nich latach poja­wiali się jacyś goście, ale czy hotel kie­dy­kol­wiek naprawdę pro­spe­ro­wał? Ben nie był o tym prze­ko­nany. Dora­sta­jąc, pamię­tał jedy­nie spo­ra­dyczne przy­jazdy gości, a poza tym on i jego sio­stra mieli cały hotel dla sie­bie, bawiąc się w cho­wa­nego z przy­ja­ciółmi.

Jego ojciec czę­sto popa­dał w przy­gnę­bie­nie, że marze­nie o pro­wa­dze­niu odno­szą­cego suk­cesy hotelu się nie speł­niło, a stres zwią­zany z biz­ne­sem praw­do­po­dob­nie dodat­kowo obcią­żył jego serce – co spra­wiło, że tam­tej wio­sny tak nagle odszedł.

Ben natych­miast wró­cił do domu, by być z rodziną w żało­bie. Jed­nak pod­czas prze­dłu­ża­ją­cego się pobytu odkrył źró­dło stresu ojca. Księgi rachun­kowe hotelu nie napa­wały opty­mi­zmem, a rodzinny dom był nie­bez­piecz­nie bli­ski finan­so­wej ruiny. Tony zacią­gnął duży kre­dyt, by utrzy­mać wszystko na powierzchni, ale wraz z pil­nie potrzeb­nymi remon­tami zadłu­że­nie było ogromne.

A potem był jesz­cze list, który zna­lazł w szu­fla­dzie biurka – praw­dziwa bomba. Pocho­dził od dużego kon­sor­cjum hote­lo­wego, które ofe­ro­wało zakup Maple Tree Lodge, by prze­kształ­cić go w nowo­cze­sny hotel spa. Kwota była zawrotna i dla Bena nie­zwy­kle kusząca, a jed­nak zna­lazł doku­ment, w któ­rym jego ojciec przy­go­to­wał już odpo­wiedź odrzu­ca­jącą ofertę. Z cięż­kim ser­cem Ben wie­dział, że on rów­nież będzie musiał ją odrzu­cić i spró­bo­wać speł­nić wolę zmar­łego ojca, utrzy­mu­jąc hotel w rękach rodziny. Sprze­daż mię­dzy­na­ro­do­wej kor­po­ra­cji ozna­cza­łaby koniecz­ność opusz­cze­nia uko­cha­nego domu, a tego nikt nie chciał.

Jedy­nym roz­wią­za­niem było więc uno­wo­cze­śnie­nie hotelu, aby zapew­nić mu przy­szłość. Jego dziad­ko­wie zbli­żali się do osiem­dzie­siątki, a matka wciąż pogrą­żona była w żało­bie, więc odpo­wie­dzial­ność spa­dła na Bena. Sprze­dał swój udział w fir­mie archi­tek­to­nicz­nej i od tam­tej pory pozo­stał w Maple Tree Lodge, roz­pacz­li­wie pró­bu­jąc zna­leźć spo­sób, by uchro­nić go przed ban­kruc­twem. Mimo ogromu prac moder­ni­za­cyj­nych, jakich wyma­gał stary budy­nek, począt­kowo wyda­wało mu się, że to będzie sto­sun­kowo łatwe zada­nie. Skoro duża mię­dzy­na­ro­dowa firma chciała kupić ten hotel, to prze­cież musiał mieć coś do zaofe­ro­wa­nia. Jed­nak wraz z upły­wem mie­sięcy i rosną­cym zakre­sem remon­tów cię­żar odpo­wie­dzial­no­ści – za szczę­ście i bez­pie­czeń­stwo rodziny – coraz bar­dziej go przy­tła­czał.

Nagle uświa­do­mił sobie, że kobieta patrzy na niego pyta­jąco, i posta­no­wił się przed­sta­wić.

– Cześć, jestem Ben Jack­son – powie­dział. – Kie­row­nik hotelu.

– Lily Wil­son – odpo­wie­działa. – Przy­ja­ciółka Han­nah.

– Ach, tak – odparł, nagle przy­po­mi­na­jąc sobie, co sio­stra mówiła mu rano przy śnia­da­niu. – Oczy­wi­ście.

Przez lata wiele sły­szał o naj­lep­szych przy­ja­ciół­kach Han­nah, ale odkąd wró­cił do domu, poznał tylko Beth i Ellę. Lily – jak mówiła jego sio­stra – była zapra­co­waną kobietą suk­cesu i zda­wało się, że ni­gdy nie ma czasu na spo­tka­nia z przy­ja­ciółmi.

Han­nah wspo­mi­nała też, że jej przy­ja­ciółka jest pro­jek­tantką wnętrz i miała nadzieję, że mogliby sko­rzy­stać z jej pomocy przy odświe­że­niu hotelu. Ben spraw­dził w inter­ne­cie firmę, w któ­rej pra­co­wała Lily, i był pod wra­że­niem. Ich styl był mini­ma­li­styczny i nowo­cze­sny – dokład­nie taki, jakiego chciał dla hotelu. Miej­sce potrze­bo­wało świe­żego, ele­ganc­kiego wyglądu, który dorów­nałby kon­ku­ren­cji. Miał tylko nadzieję, że koszt nie okaże się zbyt wysoki, bo jego środki były już poważ­nie ogra­ni­czone.

Już miał zapy­tać ją o pracę, gdy nad nimi roz­legł się zło­wiesz­czy pomruk grzmotu i zauwa­żył, że niebo znów ciem­nieje, zapo­wia­da­jąc kolejną ulewę.

– Myślę, że powin­ni­śmy wejść do środka, zanim zupeł­nie prze­mok­niemy – powie­dział.

– Zga­dzam się – odpo­wie­działa, pod­cho­dząc do swo­jego unie­ru­cho­mio­nego samo­chodu, by z gra­cją pochy­lić się i wyjąć z przed­niego sie­dze­nia torebkę, a następ­nie więk­szą torbę podróżną.

Gdy się wypro­sto­wała, Ben miał wła­śnie zapro­po­no­wać jej pod­wie­zie­nie swoim autem, ale ona już ruszyła przed sie­bie w stronę otwar­tej prze­strzeni hote­lo­wego par­kingu.

Posta­no­wił zosta­wić samo­chód i szyb­kim kro­kiem ruszył za nią, by dotrzy­mać jej kroku. Wyda­wało się, że zupeł­nie nie prze­szka­dza jej cho­dze­nie boso po lesie, co go zdzi­wiło. Więk­szość kobiet, z któ­rymi uma­wiał się przez lata, pisz­cza­łaby na widok błota i na samą myśl o owa­dach peł­za­ją­cych po ziemi. Ta kobieta zda­wała się nie przej­mo­wać takimi dro­bia­zgami – zauwa­żył.

Gdy tylko dotarli na par­king, Lily zatrzy­mała się, by podzi­wiać widok. Nie mógł jej się dzi­wić. To było naprawdę spek­ta­ku­larne miej­sce – pomy­ślał, spo­glą­da­jąc w stronę jeziora. Nawet w tak ciemny i desz­czowy dzień sze­ro­kie niebo odbi­jało się w roz­le­głej tafli wody. Łagodne, falu­jące wzgó­rza ota­czały jezioro, jakby obej­mu­jąc je i chro­niąc przed świa­tem zewnętrz­nym. A samo jezioro – nawet w tak ponury dzień – poły­ski­wało. Ota­czały je drzewa i roz­le­głe poła­cie lasu, nale­żące do jego rodziny.

Następ­nie zoba­czył, jak Lily odwraca się i patrzy z sze­roko otwar­tymi oczami na hotel. Podą­żył za jej spoj­rze­niem na duży budy­nek przed nimi. Jego pra­pra­pra­dzia­dek wyciął wiele drzew, by zbu­do­wać pier­wotny dom, a kolejne poko­le­nia kon­ty­nu­owały tę tra­dy­cję, dzięki czemu zewnętrzne ściany hotelu skła­dały się z warstw potęż­nych bali, nada­ją­cych mu solidny, a zara­zem cie­pły wygląd. Potężne ceglane kominy pia­sto­wały zewnętrzne ściany aż po kryty łup­kiem dach, skąd w niebo uno­siły się wąskie smugi dymu.

Mimo uroku hotelu Ben – jak zwy­kle ostat­nio – widział tylko ogrom pie­nię­dzy, jakie pochło­nęły dotych­cza­sowe remonty. Więk­szość środ­ków ze sprze­daży swo­jego udziału w fir­mie prze­zna­czył na wzmoc­nie­nie fun­da­men­tów, gdy oka­zało się, że budy­nek grozi osu­nię­ciem się do jeziora. Te kosz­towne prace, wraz z wymianą okien na podwójne, drzwi i całego dachu, nie­mal cał­ko­wi­cie opróż­niły jego konto.

Insta­la­cje wodne i elek­tryczne wciąż były moder­ni­zo­wane i Ben na­dal nie miał pew­no­ści, czy hotel prze­trwa, nawet gdy wszystko zosta­nie ukoń­czone. Ale musiał spró­bo­wać – dla dobra swo­jej rodziny.

Zmiany te jed­nak nie­ustan­nie pro­wa­dziły do kon­flik­tów z dziad­kiem. Uparty sta­ru­szek chciał zosta­wić wszystko tak, jak było. Ben wie­dział jed­nak, że to po pro­stu nie wcho­dzi w grę – w prze­ciw­nym razie inte­res splaj­tuje, a oni i tak stracą dach nad głową.

Spoj­rzał w stronę wej­ścia i zoba­czył swoją sio­strę, która wła­śnie poja­wiła się na dębo­wym ganku i ruszyła ku nim bie­giem.

– Dotar­łaś! – zawo­łała Han­nah, a jej twarz roz­ja­śnił sze­roki uśmiech.

Ben zdał sobie sprawę, że dawno nie widział młod­szej sio­stry tak szczę­śli­wej na widok kogo­kol­wiek i sam uśmiech­nął się, patrząc, jak obej­muje Lily.

Słodka Han­nah – pomy­ślał. – Dobrze było znów widzieć jej uśmiech po tak smut­nym cza­sie po śmierci ojca.

Zawsze była cicha, ale wno­siła spo­kój. W prze­ci­wień­stwie do Bena kom­plet­nie nie radziła sobie w szkole – nauka ni­gdy nie przy­cho­dziła jej łatwo. Pod­czas egza­mi­nów po pro­stu pękła pod pre­sją i już ni­gdy tam nie wró­ciła.

Nie mając żad­nego wykształ­ce­nia, jako szes­na­sto­latka zatrud­niła się w lokal­nej restau­ra­cji i pra­co­wała tam do momentu, gdy za namową Bena w końcu sko­czyła na głę­boką wodę i wyje­chała do Lon­dynu. Była nie­zwy­kle uta­len­to­waną cukier­niczką, ale on póź­niej zro­zu­miał, że wysła­nie Han­nah do bez­względ­nego świata wiel­kiego mia­sta było jak wypusz­cze­nie wiej­skiej myszy na afry­kań­ską sawannę. Do dziś czuł wyrzuty sumie­nia, że wywarł na nią taką pre­sję, zwłasz­cza że ani praca, ani zwią­zek nie poto­czyły się dobrze i cztery lata póź­niej wró­ciła do bez­piecz­nego Cran­ley. I została tam do dziś.

Han­nah była naj­szczę­śliw­sza w kuchni, dzia­ła­jąc z dala od ludz­kich spoj­rzeń. Pie­cze­nie było jej naj­więk­szą pasją. Obec­nie pra­co­wała wie­czo­rami w lokal­nym pubie, by zara­biać pie­nią­dze, pod­czas gdy restau­ra­cja hote­lowa pozo­sta­wała zamknięta w trak­cie remontu.

– Minęło tyle czasu, ale wyglą­dasz jak zawsze pięk­nie – powie­działa Han­nah do Lily, odsu­wa­jąc się po przy­ja­ciel­skim uści­sku. Po chwili zmarsz­czyła brwi, przy­glą­da­jąc się jej uważ­nie. – Tylko masz liść we wło­sach… i gdzie są twoje buty? – Spoj­rzała sze­roko otwar­tymi oczami to na Lily, to na Bena.

– Mia­łam mały wypa­dek – odpo­wie­działa Lily z lek­kim śmie­chem. – Wje­cha­łam do stawu po dro­dze!

– Co? – Han­nah nie zaśmiała się, tylko spoj­rzała prze­ra­żona. – Nic ci nie jest? Nie jesteś ranna?

– Nic mi nie jest – zapew­niła Lily. – Ale przy­da­łoby się, żebym umyła stopy!

Han­nah ode­tchnęła z wyraźną ulgą i objęła Lily ramie­niem, pro­wa­dząc ją do środka.

– Musisz mi wszystko opo­wie­dzieć – powie­działa.

Ben miał już ruszyć ich śla­dem, gdy nagle zza rogu hotelu wyło­nił się jego dzia­dek. Nawet z tej odle­gło­ści Ben wyraź­nie czuł na sobie wście­kłe spoj­rze­nie dziadka – to był owoc kolej­nej już awan­tury, do któ­rej doszło tam­tego popo­łu­dnia.

Wal­ter Jack­son był uparty, ale mimo swo­ich sie­dem­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu lat wciąż pełen deter­mi­na­cji i ener­gii. Ben wie­dział, że dzia­dek chce dla hotelu jak naj­le­piej, ale jed­no­cze­śnie każdy nowy pomysł spo­ty­kał się z opo­rem i roz­po­czy­nał kolejną bata­lię. Dla­tego pro­po­zy­cja Bena, by każdy pokój miał bez­prze­wo­dowy inter­net, nowe tele­wi­zory z pła­skim ekra­nem i oświe­tle­nie LED, spo­tkała się jedy­nie z kolej­nym narze­ka­niem na „utratę duszy” tego miej­sca.

Kie­dyś Ben i jego dzia­dek mieli dobre rela­cje, ale odkąd zmarł jego ojciec, Ben miał wra­że­nie, że jest dla Wal­tera nie­ustan­nym roz­cza­ro­wa­niem. Że nic z tego, co zro­bił dla hotelu, nie spo­tyka się z jego apro­batą.

Ojciec zapi­sał mu hotel w testa­men­cie, ale dla Bena był to tylko nie­ustanny stres, który wisiał nad nim jak fatum. Finanse po pro­stu się nie dopi­nały i to od bar­dzo dłu­giego czasu. Cały ten inte­res był jed­nym wiel­kim bagnem, które chło­pak roz­pacz­li­wie pró­bo­wał ukryć przed rodziną, wciąż opła­ku­jącą nagłą śmierć ojca.

Wie­dział, że musi na­dal wal­czyć o ura­to­wa­nie tego miej­sca – nie tylko po to, by zado­wo­lić dziadka, ale dla­tego, że był to ich dom. Ben pró­bo­wał wszyst­kiego, co przy­cho­dziło mu do głowy, by utrzy­mać Maple Tree Lodge na powierzchni, ale wciąż nie wie­dział, czy to wystar­czy.

Rozdział 3

Gdy Lily pozwo­liła Han­nah popro­wa­dzić się w stronę hotelu, w gło­wie wciąż huczało jej od natłoku myśli – głów­nie z powodu abso­lut­nego, potwor­nego wstydu.

To było sza­lone dzie­sięć minut: roz­bi­cie samo­chodu w sta­wie, utknię­cie w bło­cie, a potem zna­le­zie­nie się na tor­sie brata Han­nah.

Han­nah przez lata poka­zy­wała jej zdję­cia Bena. A jed­nak Lily nie sko­ja­rzyła jej star­szego brata z przy­stoj­nym męż­czy­zną, na któ­rym wła­śnie wylą­do­wała. Nie spo­dzie­wała się, że będzie aż tak atrak­cyjny, że jego oczy będą tak ciem­no­brą­zowe ani że okaże się na tyle silny, by wycią­gnąć ją z błota.

Zer­k­nęła na niego jesz­cze raz. Wcale nie był podobny do młod­szej sio­stry. Pod­czas gdy włosy Han­nah były zło­ci­sto­blond, jego były ciemne i wciąż lekko nastro­szone po desz­czu. Han­nah była drobna i szczu­pła, a Ben był znacz­nie wyż­szy i bar­dziej umię­śniony. Przez chwilę zła­pała się na tym, że zasta­na­wia się, czy ma dziew­czynę, po czym szybko się opa­no­wała.

Zde­cy­do­wa­nie nie zro­biła takiego pierw­szego wra­że­nia, jakie chciała zro­bić jako pro­fe­sjo­na­listka – zwłasz­cza że powie­dział jej, iż jest kie­row­ni­kiem hotelu. W końcu to zle­ce­nie mogło zade­cy­do­wać o jej karie­rze, więc nie był to naj­lep­szy począ­tek.

Lily była jed­nak zachwy­cona, że znów widzi Han­nah. Minęło zbyt wiele czasu od ich ostat­niego spo­tka­nia twa­rzą w twarz i cie­szyła się, widząc przy­ja­ciółkę w dobrej for­mie. Nie mogła się docze­kać, aż nad­ro­bią zale­gło­ści, choć wie­działa, że musi prze­mil­czeć utratę pracy.

Ale jakie to mogło być zle­ce­nie – pomy­ślała, spo­glą­da­jąc na hotel. Wyglą­dał tak cie­pło i rusty­kal­nie, a przy tym był znacz­nie więk­szy, niż sobie wyobra­żała.

Gdy zbli­żyły się do wej­ścia, Han­nah zawo­łała do star­szego męż­czy­zny, który poja­wił się zza rogu.

– Dziadku! Chodź poznać moją przy­ja­ciółkę Lily – powie­działa.

Dzia­dek ski­nął głową i wycią­gnął rękę.

– Wal­ter Jack­son – przed­sta­wił się.

– Lily Wil­son – odpo­wie­działa. Przy­po­mniała sobie, jak Han­nah wspo­mi­nała, że na początku roku świę­to­wali jego sie­dem­dzie­siąte dzie­wiąte uro­dziny, ale mimo to sta­ru­szek miał zaska­ku­jąco mocny uścisk dłoni, a nie­bie­skie oczy, któ­rymi ją tak­so­wał, wciąż patrzyły bystro spod krza­cza­stych, siwych brwi.

– Witamy w Maple Tree Lodge – powie­dział Wal­ter. – Co sądzisz o naszym domu?

Odwró­cił się z wyraźną dumą na twa­rzy, spo­glą­da­jąc na budy­nek przed nimi.

– Jest piękny – odpo­wie­działa. – Naprawdę robi wra­że­nie.

Cie­pło drew­nia­nych paneli w połą­cze­niu z pia­sko­wym odcie­niem kamie­nia ide­al­nie kom­po­no­wało się z oto­cze­niem lasu. Han­nah wiele razy zapra­szała ją tu na pobyt, ale Lily była zawsze tak zajęta pracą, że ni­gdy nie zna­la­zła na to czasu. Teraz żało­wała, że nie przy­je­chała wcze­śniej – to miej­sce było naprawdę piękne.

Uśmiech Wal­tera znik­nął.

– Szkoda, że w środku nie zoba­czysz go w peł­nej kra­sie – wymru­czał sta­ru­szek, rzu­ca­jąc swo­jemu wnu­kowi pio­ru­nu­jące spoj­rze­nie, gdy tylko Ben pod­szedł, by do nich dołą­czyć.

– Wejdźmy do środka i dopro­wadźmy cię do porządku, dobrze? – powie­działa Han­nah prze­sad­nie pogod­nym tonem.

Lily zaczęła się zasta­na­wiać, czy tylko jej się wydaje, czy rze­czy­wi­ście w powie­trzu poja­wiło się napię­cie.

Podą­żyła za Han­nah przez dębowy ganek do dużego holu recep­cyj­nego. Było to dłu­gie pomiesz­cze­nie, z jed­nej strony ozdo­bione mister­nie rzeź­bio­nymi dębo­wymi scho­dami, które łukiem pro­wa­dziły na pię­tro. Całe wnę­trze wypeł­niały drew­niane belki na ścia­nach i szara kamienna posadzka. Mimo braku deko­ra­cji miej­sce wyda­wało się przy­tulne i cie­płe – zauwa­żyła. Nie było tu żad­nych obra­zów ani mebli. W rze­czy­wi­sto­ści nie było niczego. Trwał remont, o czym świad­czyła duża wieża rusz­to­wa­nia zaj­mu­jąca więk­szość pomiesz­cze­nia.

– To Fran­kie, nasza recep­cjo­nistka – powie­działa Han­nah, wska­zu­jąc ciem­no­włosą kobietę po pięć­dzie­siątce, która wła­śnie wyszła z pobli­skiego pomiesz­cze­nia, sły­sząc ich głosy. – A to moja przy­ja­ciółka Lily, która zostaje tu na week­end.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki