Powiedz to trzy razy - Paulina Kalinowska - ebook
NOWOŚĆ

Powiedz to trzy razy ebook

Paulina Kalinowska

3,7

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Serena to zwyczajna dziewczyna…

Nie, zaraz, zacznijmy od początku, bo coś tu się nie zgadza.

Serena to ekscentryczna dziewczyna, uwielbiająca mrok, muzykę i książki, a także pewien film, do którego w skrytości ducha chciałaby się czasem przenieść, porzuciwszy szarą egzystencję w małym mieście. W halloweenową noc owo marzenie nieoczekiwanie się spełnia, a miłośniczka kina przeistacza się w bohaterkę swojej ulubionej produkcji… choć niezupełnie tak wyobrażała sobie tę nową rzeczywistość. 

Czy Serenie uda się odzyskać dobre imię i ponownie stanąć za kamerą własnego życia, które zaczęło przypominać połączenie horroru i komedii? Czy zrealizowany już scenariusz można jeszcze zmienić, gdy ma się u boku wiernych przyjaciół… oraz zawracającego gitarę chłopaka? I jaką rolę odegra tu mądre, kocie serce?

Poznajcie „Powiedz to trzy razy” – historię o tym, że nie wszystko jest czarno-białe, nawet jeśli wydaje się takie na pierwszy rzut oka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 152

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,7 (3 oceny)
2
0
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Attra79

Nie oderwiesz się od lektury

Urocza, trochę mroczna i zdecydwaie z nutą humoru. Polecam, bawiłam się świetnie 😎
10
Wladek1950

Nie polecam

Nie da się czytać, zupełny brak akcji. Przez pierwsze 25% książki tylko opisy jak bohaterka sie ubiera i je śniadanie i tak dzień za dniem i strona za stroną. Dalej już nie wytrzymałam.
01



TO, CO DOPIERO SIĘ WYDARZY

Wie­dzia­ła, że nad­cią­ga ka­ta­stro­fa, ale nie mo­gła zro­bić nic, by jej za­po­biec. Ocza­mi wy­obraź­ni wi­dzia­ła świa­tła zbli­ża­ją­ce­go się po­cią­gu i sie­bie sto­ją­cą na to­rach, cał­ko­wi­cie spa­ra­li­żo­wa­ną.

– Za­śpie­wam ci se­re­na-se­re­na-se­re­na… – wcią­gnął gwał­tow­nie po­wie­trze – …dę? – do­koń­czył nie­pew­nie do pu­stej na­gle słu­chaw­ki.

Pu­ste na­to­miast nie było jego łóż­ko. W grun­cie rze­czy już wcze­śniej nie było, po­nie­waż w swo­jej po­zy­cji ro­man­ty­ka za­wład­nął nie­mal po­ło­wą ma­te­ra­ca, ale dru­gą część zaj­mo­wa­ła te­raz got­ka z jego snów. Przez dłuż­szą chwi­lę ga­pił się na nią z mie­sza­ni­ną za­chwy­tu i nie­do­wie­rza­nia.

– Co? Mowę ci od­ję­ło? Tro­chę za póź­no – prych­nę­ła i po­tar­ła ner­wo­wo po­wie­kę, roz­ma­zu­jąc tusz i ey­eli­ner. – Niech to szlag! – Po­pa­trzy­ła na swo­je ubru­dzo­ne na czar­no pal­ce, jak­by to one sta­no­wi­ły obec­nie jej naj­więk­szy pro­blem.

– Se-se-se­re­na? J-j-jak…

– Siak – prze­rwa­ła mu i wsta­ła. – Po pro­stu mój uko­cha­ny film do­szedł do wnio­sku, że wtrą­ci się do mo­je­go ży­cia.

ROZDZIAŁ 1

Inni wie­dli ży­cie w krat­kę. Raz było le­piej, raz było go­rzej, ale te dwa bie­gu­ny losu prze­ci­na­ły się gdzieś od cza­su do cza­su, spra­wia­jąc, że rów­no­wa­ga wy­da­wa­ła się za­cho­wa­na. Se­re­na na­to­miast nie­mal od za­wsze utrzy­my­wa­ła, iż od krat­ki woli pa­ski. W do­dat­ku czar­no-bia­łe. To znów mo­gło do­pro­wa­dzić ko­goś śred­nio za­an­ga­żo­wa­ne­go w te­mat do wnio­sku, że jej rze­czy­wi­stość opie­ra się na skraj­no­ściach – góra-dół, pra­wo-lewo, suk­ces-po­raż­ka. Oraz od­dech-śmierć. Ona sama nie pa­trzy­ła na swo­ją psy­chi­kę w tak jed­no­znacz­ny spo­sób. Choć men­tal­nie opar­ta na skraj­no­ściach, uzna­wa­ła się za oso­bę do­strze­ga­ją­cą to coś po­mię­dzy, dość kon­se­kwent­ną w do­ko­ny­wa­nych wy­bo­rach, dą­żą­cą do ja­sno – mimo że pre­fe­ro­wa­ła ciem­ność – okre­ślo­nych ce­lów i lo­gicz­ną w swo­ich dzia­ła­niach. Sa­tys­fak­cjo­no­wa­ło ją ogrom­nie to, że tak bar­dzo róż­ni się od więk­szo­ści spo­łe­czeń­stwa pod tym wzglę­dem. Zresz­tą nie tyl­ko pod tym.

Po­pra­wi­ła ko­smyk czar­nych jak smo­ła wło­sów, spoj­rza­ła jesz­cze raz na swo­je od­bi­cie w lu­strze i stwier­dzi­ła, że le­piej nie bę­dzie. Ani go­rzej. Ni­ko­mu by się do tego nie przy­zna­ła, ale bla­da cera kon­tra­stu­ją­ca z pod­kre­ślo­ny­mi na czar­no ocza­mi od daw­na była jej ci­chym po­wo­dem do dumy. Skrzęt­nie chro­nio­na przed pro­mie­nia­mi słoń­ca, czy to pod wo­al­ką i oku­la­ra­mi, czy pod gru­bą war­stwą od­po­wied­nie­go kre­mu, wy­da­wa­ła się pra­wie bia­ła, w prze­ci­wień­stwie do resz­ty Se­re­ny. Po­cią­gnię­te ciem­ną szmin­ką usta za­zwy­czaj wy­krzy­wiał cy­nicz­ny uśmiech wła­ści­wy wiel­bi­ciel­ce czar­ne­go hu­mo­ru i iro­nii, z czym do­sko­na­le ko­re­spon­do­wał blask w sza­rych tę­czów­kach. Co tu kryć, lu­bi­ła się oczer­niać. Tak­że w kwe­stii ubio­ru – kom­ple­tu­jąc gar­de­ro­bę, wy­bie­ra­ła nie­zmien­nie ten je­den kon­kret­ny ko­lor. Dziś po­sta­wi­ła na ko­szu­lę z ża­bo­tem, krót­ką spód­ni­cę i raj­sto­py w nie­to­pe­rze. Ca­łość do­peł­nia­ły do­dat­ki w po­sta­ci kil­ku na­szyj­ni­ków z czasz­ka­mi, ko­ron­ko­we­go cho­ke­ra i po­brzę­ku­ją­cych na prze­gu­bach bran­so­le­tek, a dzię­ki dwóm róż­nym kol­czy­kom zwi­sa­ją­cym z umę­czo­nych przez nie uszu mo­gła­by do­ko­nać aktu sa­mo­obro­ny, gdy­by po­ja­wi­ła się taka ko­niecz­ność.

Czy­li dzień jak co dzień.

Spo­tka­nia Sto­wa­rzy­sze­nia Umar­twia­ją­cych się Po­etów mia­ły miej­sce w każ­dy po­czą­tek week­en­du. Pier­wot­nie wy­ty­po­wa­no piąt­ki trzy­na­ste­go, ale kie­dy trój­ka Po­etów uświa­do­mi­ła so­bie, że nie daje to zbyt wie­lu oka­zji do me­ta­fi­zycz­nych dys­ku­sji, pod­ję­to de­cy­zję o or­ga­ni­zo­wa­niu ich co ty­dzień. Zwięk­szy­ło to, co praw­da, za­po­trze­bo­wa­nie na nowe wer­sy, ale Po­eci ra­dzi­li so­bie z tym za­dzi­wia­ją­co do­brze. Li­te­ry na­wią­zy­wa­ły pło­mien­ne ro­man­se, a owo­ca­mi tych związ­ków były go­to­we na wszyst­ko sło­wa, te zaś łą­czy­ły się w zda­nia, któ­re może nie za­wsze do­bi­ja­ły do por­tu kon­klu­zji, ale przy­naj­mniej za­chwy­ca­ły kwie­ci­sty­mi me­ta­fo­ra­mi i czar­ny­mi ry­ma­mi. W Sto­wa­rzy­sze­niu Umar­twia­ją­cych się Po­etów sto­so­wa­nie bia­łych ry­mów było bo­wiem su­ro­wo za­bro­nio­ne, o co Se­re­na oso­bi­ście za­dba­ła.

Zdję­ła z opar­cia krze­sła to­reb­kę w kształ­cie trum­ny, upew­ni­ła się, że w środ­ku znaj­du­ją się jej świe­żo spo­rzą­dzo­ne no­tat­ki, za­rzu­ci­ła pa­sek na ra­mię i wła­ści­wie mo­gła już wy­cho­dzić. Zre­zy­gno­wa­ła z płasz­cza, bo dziś je­sień po­zwa­la­ła, o dzi­wo, na ta­kie sza­leń­stwo, a od domu No­aha, u któ­re­go mia­ło się od­być dzi­siej­sze spo­tka­nie Sto­wa­rzy­sze­nia, dzie­li­ło ją za­le­d­wie pięć mi­nut spa­ce­rem. No do­brze, może ktoś nie­bę­dą­cy Se­re­ną po­ko­nał­by ten od­ci­nek nie­co wol­niej, na­wet wziąw­szy pod uwa­gę nie­bo­tycz­nie wy­so­kie ob­ca­sy jej na­ćwie­ko­wa­nych bu­tów, któ­ry­mi mo­gła­by wbi­jać gwoź­dzie – i nie­rzad­ko rze­czy­wi­ście tak ro­bi­ła, gdy sy­tu­acja wy­ma­ga­ła spe­cjal­nych roz­wią­zań i środ­ków – ale nie zmie­nia­ło to fak­tu, że jej przy­ja­ciel miesz­kał na­praw­dę bli­sko.

– Mamo, wy­cho­dzę! – za­wo­ła­ła jesz­cze gdzieś w stro­nę sa­lo­nu.

– Po­zdrów Sun­ny! – od­krzyk­nę­ła pani Blac­kwo­od. – I No­aha! – do­da­ła ta­kim to­nem, że Se­re­na prze­wró­ci­ła ocza­mi. Przy­jaź­ni­li się z No­ahem od wie­lu lat i sko­czy­ła­by za nim w ogień, po­dob­nie jak za Sun­ny, ale mat­ka naj­wy­raź­niej wy­obra­ża­ła so­bie, że prę­dzej czy póź­niej za­czną rand­ko­wać. Se­re­nę już daw­no prze­sta­ło to ba­wić, a za­czę­ło nie­bo­tycz­nie iry­to­wać.

Za­mknę­ła za sobą drzwi i ru­szy­ła chod­ni­kiem, któ­re­go z każ­dej stro­ny strze­gły rzę­dy szcze­rzą­cych zęby lam­pio­nów z wy­drą­żo­nych dyń, kar­to­no­wych ko­ścio­tru­pów, le­do­wych du­chów i wszel­kiej in­nej ma­ści stwo­rów – uj­mu­ją­cych w swo­jej jar­marcz­nej tan­de­cie lub au­ten­tycz­nie prze­ra­ża­ją­cych. Miesz­kań­cy Cre­ep­town cał­kiem nie­źle przy­go­to­wa­li się do Hal­lo­we­en. Gro­ma­dzi­li ozdo­by, prze­bra­nia i ga­dże­ty od ty­go­dni, a dziś wresz­cie na­stał dzień świę­to­wa­nia. Se­re­na lu­bi­ła ten czas, bo ku­mu­lo­wał jej za­mi­ło­wa­nia, któ­rym od­da­wa­ła się przez cały rok. Nie za­trzy­my­wa­ła się jed­nak te­raz, by po­dzi­wiać kre­atyw­ność są­sia­dów. Wo­la­ła szyb­ko prze­mknąć uli­cą, by nie wpaść na jed­ną ze zgrai dzie­cia­ków zbie­ra­ją­cych sło­dy­cze do swo­ich wy­myśl­nych ko­szy­ków i wia­de­rek w kształ­cie cza­ro­dziej­skich ko­cioł­ków, pi­rac­kich stat­ków i – fa­wo­ry­tów Se­re­ny – od­rą­ba­nych głów. Ża­ło­wa­ła tyl­ko, że krew nie jest nie­co bar­dziej re­ali­stycz­na i że małe, usty­li­zo­wa­ne po­twor­ki za­miast ła­ko­ci nie zbie­ra­ją łok­ci.

Do domu No­aha do­tar­ła bez żad­nych nie­spo­dzia­nek. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że traf­nie osza­co­wa­ły z Sun­ny porę, gdy za­czną się hal­lo­we­eno­we wę­drów­ki. Kie­ru­jąc się tymi ob­li­cze­nia­mi, wy­zna­czy­ły po­czą­tek spo­tka­nia na nie­co wcze­śniej­szą niż za­zwy­czaj go­dzi­nę, dzię­ki cze­mu obie mo­gły unik­nąć za­mie­sza­nia. Cho­ciaż zna­jąc Sun­ny, sama za­si­li­ła­by zbio­ry ma­ło­let­nich ko­mi­wo­ja­że­rów.

Za­mie­rza­ła wła­śnie za­pu­kać, kie­dy drzwi uchy­li­ły się na po­zór sa­mo­ist­nie. Nie był to jed­nak ko­lej­ny hal­lo­we­eno­wy trik, a sto­ją­cy po ich dru­giej stro­nie Noah. Przy­pusz­czal­nie nie mógł do­cze­kać się przy­ja­ciół­ki, a ra­czej pu­blicz­no­ści, przed któ­rą za­mie­rzał za­pre­zen­to­wać swo­je naj­now­sze dzie­ło.

– Przy­szłaś wresz­cie! – wy­krzyk­nął i ob­jął ją moc­no, jak­by nie wi­dzie­li się za­le­d­wie kil­ka go­dzin temu.

– Noah, miej li­tość – jęk­nę­ła Se­re­na, strze­pu­jąc z ża­bo­tu bia­ły pył, któ­rym upstrzo­na była tak­że cała twarz chło­pa­ka. Miał na so­bie czar­ną pe­le­ry­nę z bor­do­wym pod­bi­ciem, a z po­ma­lo­wa­nych czymś krwi­sto­czer­wo­nym – za­pew­ne po­mad­ką jego star­szej sio­stry – ust ster­cza­ły to­por­ne, pla­sti­ko­we kły. Se­re­nę za­sta­no­wi­ło prze­lot­nie, jak on może mó­wić z czymś ta­kim w gę­bie, w do­dat­ku nie se­ple­niąc aż tak ra­żą­co.

– Żad­ne­go No­aha tu nie ma! Jam jest hra­bia Dra­ku­la. A ty to za­pew­ne Ly­dia De­etz? Wi­taj w moim zam­ku, nie­szczę­sne dzie­cię.

Nie sko­men­to­wa­ła tego krzyw­dzą­ce­go po­rów­na­nia do swo­jej fik­cyj­nej an­ta­go­nist­ki, w któ­rej za­ko­chał się ty­tu­ło­wy bo­ha­ter ubó­stwia­ne­go przez dziew­czy­nę fil­mu. Ow­szem, Wi­no­na Ry­der, czy­li od­twór­czy­ni tej roli, za­wsze była i bę­dzie zja­wi­sko­wa, ale po co od razu wy­ko­rzy­sty­wać ten fakt prze­ciw­ko niej, Se­re­nie?

– Mo­żesz ostrzyć so­bie te kły na ko­goś in­ne­go. Two­ja dru­ga ofia­ra też już przy­szła? – za­py­ta­ła, da­ro­waw­szy so­bie cię­tą ri­po­stę.

– Ofia­ra mo­jej nie­za­spo­ko­jo­nej żą­dzy świe­żej krwi? – pró­bo­wał do­pre­cy­zo­wać prze­sad­nie te­atral­nym to­nem.

– Nie, two­ich ry­mów – ucię­ła dys­ku­sję Se­re­na i mi­nąw­szy No­aha, ru­szy­ła ko­ry­ta­rzem, a chło­pak od­wró­cił się i po­dą­żył za nią.

– Tak, Sun­ny jest na gó­rze. – Hra­bia wró­cił do wcze­śniej za­da­ne­go mu py­ta­nia i do swo­je­go nor­mal­niej­sze­go gło­su.

Se­re­na nie po­trze­bo­wa­ła wska­zó­wek. Wie­dzia­ła, że spo­tka­nie od­bę­dzie się tra­dy­cyj­nie w miesz­czą­cym się na pierw­szym pię­trze po­ko­ju No­aha, tam się za­tem uda­ła.

– Cześć, Sun­ny – przy­wi­ta­ła się od pro­gu, a przy­ja­ciół­ka od­po­wie­dzia­ła pro­mien­nym uśmie­chem.

Ró­żo­we ogrod­nicz­ki, żół­ty crop top i zie­lo­ne, wzo­rzy­ste skar­pet­ki – czy Se­re­na wła­śnie do­strze­gła na nich uśmiech­nię­te sto­krot­ki? – nie skła­da­ły się na jej hal­lo­we­eno­we prze­bra­nie ma­ją­ce upodob­nić ją do pa­pu­gi czy in­ne­go pa­wia, a na ty­po­wą sty­li­za­cję Sun­ny. Ze swo­imi ja­sny­mi ocza­mi i bu­rzą blond lo­ków nie tyl­ko sta­no­wi­ła kom­plet­ny an­to­nim ciem­no­wło­se­go No­aha, ale i w peł­ni za­słu­gi­wa­ła na no­szo­ne przez nią imię. Dziew­czy­na była je­dy­nym słoń­cem, ja­kie Se­re­na to­le­ro­wa­ła, a wła­ści­wie ja­kie­go po­trze­bo­wa­ła. Nie­mniej Sun­ny znacz­nie róż­ni­ła się się od swo­jej gwiaz­dy chrzest­nej – mimo dość nie­oczy­wi­ste­go łą­cze­nia barw nie ra­zi­ła w oczy, nie da­wa­ła ni­ko­mu po­wo­dów, by się na niej spa­rzył, i nie wy­ma­ga­ła, by ja­kie­kol­wiek pla­ne­ty krę­ci­ły się wo­kół niej w po­chwal­nym tań­cu. Zna­la­zły się jed­nak i po­do­bień­stwa – ema­no­wa­ła we­wnętrz­nym bla­skiem i po­tra­fi­ła ogrzać ser­ce rów­nież w naj­mroź­niej­sze dni, a kie­dy po­ja­wia­ła się w za­się­gu wzro­ku, uśmiech roz­ja­śniał twarz na­wet naj­więk­sze­go po­nu­ra­ka. Z nie­usta­ją­cą po­go­dą du­cha i nie­za­chwia­nym roz­sąd­kiem pla­so­wa­ła się gdzieś po­mię­dzy cy­nicz­ną, do bólu szcze­rą i stą­pa­ją­cą pew­nie po zie­mi Se­re­ną a uosa­bia­ją­cym opty­mizm, bu­ja­ją­cym w ob­ło­kach i na­gmin­nie roz­tar­gnio­nym No­ahem. Dla­te­go to na jej bar­kach czę­sto spo­czy­wa­ła od­po­wie­dzial­ność za ga­sze­nie po­ża­rów, wznie­ca­nych albo przez mio­ta­ją­ce gro­my spoj­rze­nie dziew­czy­ny, albo przez sło­mia­ny za­pał chło­pa­ka.

– O, jest i Se­re­na. – Za No­ahem we­szła do sy­pial­ni pani Jo­nes. – Bar­dzo pro­szę, wa­sza her­ba­ta.

– Dzię­ki, mamo. – Chło­pak wy­szcze­rzył się do ro­dzi­ciel­ki, po czym po­rwał ciast­ko z trzy­ma­nej przez nią tacy, wrzu­cił je so­bie do ust i prze­jął od ko­bie­ty ich dzi­siej­szy pod­wie­czo­rek. – Za­raz jed­nak cze­ka nas znacz­nie po­żyw­niej­sza stra­wa. Du­cho­wa! – ob­wie­ścił ty­leż uro­czy­ście, co zło­wiesz­czo, pry­cha­jąc wo­kół okru­cha­mi.

– To w ta­kim ra­zie ja już pój­dę – po­wie­dzia­ła szyb­ko pani Jo­nes, po czym rów­nie pręd­ko znik­nę­ła na scho­dach, za­mknąw­szy za sobą drzwi po­ko­ju.

– No to do dzie­ła. – Noah od­sta­wił tacę na biur­ko, by jej za­war­tość zna­la­zła się w za­się­gu ręki każ­de­go z Po­etów, a po­tem usiadł na naj­więk­szej z roz­rzu­co­nych po pod­ło­dze mięk­kich po­du­szek. Dziew­czy­ny po­szły w jego śla­dy, wy­braw­szy po jed­nym z ni­skich sie­dzisk.

– Se­re­na, dziś two­je świę­to. Może chcesz za­cząć? – za­py­ta­ła Sun­ny wyj­mu­ją­ca cien­ką tecz­kę ze swo­jej tor­by w mo­ty­le.

– Zno­wu? Za­czy­na­ła po­przed­nim ra­zem! – za­pro­te­sto­wał na­tych­miast go­spo­darz wie­czo­ru. – Ja chcę być pierw­szy!

– Chy­ba pierw­szy lep­szy – mruk­nę­ła Se­re­na.

– Sły­sza­łem! – Hra­bia Dra­ku­la aż za­chły­snął się z tego po­czu­cia nie­spra­wie­dli­wo­ści, ale ko­lej­ne ciast­ko, po któ­re wła­śnie się­gnął, po­zwo­li­ło mu wró­cić do rów­no­wa­gi psy­chicz­nej. – No do­brze, czy­taj. – Przy­zwa­la­ją­co mach­nął ręką w stro­nę Se­re­ny.

– A za­tem… – za­czę­ła i od­chrząk­nę­ła. – Ty­tuł wier­sza, któ­ry na dziś przy­go­to­wa­łam, brzmi „Zgon na cmen­ta­rzu”.

Kro­ki uci­chły na koń­cu ścież­ki,

I mro­kiem wy­peł­nił się każ­dy prze­świt

Mię­dzy drze­wa­mi, co strze­gły cmen­ta­rza,

Taka noc tu­taj rzad­ko się zda­rza.

Ktoś padł i nie wstał, ży­wo­ta do­ko­nał,

Nogi wy­cią­gnął, na amen sko­nał,

Kop­nął w ka­len­darz, prze­krę­cił się, zszedł,

Na dru­gi Styk­su do­stał się brzeg.

I przy­krył to księ­życ uśmie­chem swym tru­pim,

Chęć, by go oży­wić, w za­ląż­ku wnet zdu­sił,

Wilk za­wył, kruk kra­kał, pies szcze­kał w od­da­li,

Ci, któ­rzy wciąż żyją, już daw­no prze­gra­li.

Se­re­na umil­kła i spu­ści­ła skrom­nie wzrok. Za­pa­dła ni­czym nie­zmą­co­na ci­sza… aż w koń­cu przy­ja­cie­le po­de­rwa­li się z pod­ło­gi i zgo­to­wa­li au­tor­ce tego ra­do­sne­go po­ema­tu owa­cje na sto­ją­co.

– Bra­wo! – Noah kla­skał jak sza­lo­ny. – Na­praw­dę masz ta­lent. I te wszyst­kie sy­no­ni­my śmier­ci! Kto inny by na to wpadł?

– Je­steś wspa­nia­ła – wtó­ro­wa­ła mu Sun­ny. – Ży­wię na­dzie­ję, że świat po­ezji kie­dyś o to­bie usły­szy.

– Je­że­li Se­re­na nie do­bi­je go naj­pierw swo­im po­zy­tyw­nym na­sta­wie­niem do ży­cia. Do ży­cia, ła­pie­cie? – Noah ro­ze­śmiał się w głos, ale ten wy­buch we­so­ło­ści zo­stał szyb­ko stłu­mio­ny przez po­dusz­kę, któ­ra prze­fru­nę­ła przez po­kój i tra­fi­ła pro­sto w cel.

– O, hra­bia Dra­ku­la stra­cił zęby! – ucie­szy­ła się Se­re­na na wi­dok sztucz­nych kłów, któ­re ugię­ły się pod pre­sją mięk­kie­go po­ci­sku z pre­cy­zją snaj­pe­ra wy­strze­lo­ne­go przez Sun­ny i le­ża­ły te­raz na dy­wa­nie.

– Żar­tu­ję, żar­tu­ję – od­parł znacz­nie ci­szej sa­mo­zwań­czy wam­pir, usi­łu­ją­cy umie­ścić swój atry­but z po­wro­tem w ustach. – Z każ­dym two­im ko­lej­nym wier­szem je­stem z cie­bie co­raz bar­dziej dum­ny. – Uśmiech­nął się cie­pło.

– Ja tak samo – do­da­ła Sun­ny.

– Dzię­ki. – Se­re­na ob­da­rzy­ła każ­de z nich krót­kim, peł­nym wdzięcz­no­ści spoj­rze­niem.

– Da­vid też był­by za­chwy­co­ny – wes­tchnę­ła po­dej­rza­nie roz­ma­rzo­na Sun­ny.

– Tak! Da­vid zo­stał­by two­im fa­nem nu­mer je­den! Nie li­cząc nas, oczy­wi­ście – uści­ślił Noah.

– Uspo­kój­cie się, obo­je! – wark­nę­ła ro­ze­źlo­na tymi dur­ny­mi tek­sta­mi Se­re­na, ale od­po­wie­dzia­ły jej wy­łącz­nie nie­zwy­kle zgod­ne chi­cho­ty.

Da­vid Bo­wiem. Ciem­ne, się­ga­ją­ce ra­mion wło­sy z ru­dy­mi re­flek­sa­mi, wiel­kie, ja­sne oczy pod wa­chla­rza­mi nie­przy­zwo­icie gę­stych rzęs, do tego dżin­sy i fla­ne­lo­we ko­szu­le albo po­dar­te swe­try oraz nie­odzow­na gi­ta­ra. Uoso­bie­nie ma­rzeń nie­mal­że wszyst­kich dziew­czyn miesz­ka­ją­cych w Cre­ep­town, któ­re wy­cho­dzi­ły z sie­bie, by przy­cią­gnąć jego uwa­gę. On jed­nak, mimo że do każ­dej z nich od­no­sił się z na­le­ży­tym sza­cun­kiem i pew­ną dozą sym­pa­tii, swo­je ser­ce już daw­no po­da­ro­wał Se­re­nie. I choć do­ce­nia­ła to, iż za­in­te­re­so­wał się nią cał­kiem faj­ny chło­pak, któ­ry miał po­ukła­da­ne w gło­wie, ko­chał mu­zy­kę i ge­ne­ral­nie mo­gła tra­fić znacz­nie go­rzej, nie pla­no­wa­ła od­da­wać ni­ko­mu swo­jej du­szy, swo­ich wol­nych dni, swo­jej prze­strze­ni, swo­jej szczel­nej bań­ki, któ­rą suk­ce­syw­nie two­rzy­ła wo­kół sie­bie od lat, a w któ­rej było jej kom­for­to­wo i bez­piecz­nie. Może cza­sem odro­bi­nę sa­mot­nie, ale od cze­go są lo­jal­ni przy­ja­cie­le?

– To te­raz moja ko­lej – ogło­si­ła Sun­ny, nic so­bie nie ro­biąc ze zbo­la­łe­go jęk­nię­cia, ja­kie na te sło­wa wy­dał z sie­bie Noah. – Ty­tuł to „Blask”.

Wcze­snym ran­kiem,

Gdy świt w oczy za­glą­da,

Nie jest żad­nym pran­kiem,

Że dzień ina­czej wy­glą­da.

Po­wie­trze daje od­dech

I prze­sta­je du­sić,

To dzi­siaj nie­mod­ne,

Iż ni­cze­go nie mu­sisz.

Lecz ja nie chcę być mod­na,

Więc stwier­dzi­łam w koń­cu,

Że je­stem tego god­na,

By wresz­cie żyć w słoń­cu.

– Sun­ny, ja­kie to ład­ne! – Noah bił bra­wo z uśmie­chem tak sze­ro­kim, że wam­pi­rze kły gro­zi­ły po­now­nym wy­pad­nię­ciem.

– Tak, na­praw­dę świet­ny po­emat. – Se­re­na kiw­nę­ła gło­wą, zga­dza­jąc się z przy­ja­cie­lem. – Two­ja twór­czość jest jak te­ra­pia dla zmę­czo­nych dusz – do­da­ła z peł­nym prze­ko­na­niem.

Ow­szem, da­le­ko jej było do wiecz­ne­go opty­mi­zmu przy­ja­ciół­ki, ale wie­dzia­ła, że to wła­śnie dzię­ki nie­mu Sun­ny bę­dzie kie­dyś nio­sła po­moc tym, któ­rzy tro­chę za­gu­bi­li się we wła­snym mro­ku.

– Pora na mnie – ob­wie­ścił Noah, a jego ema­nu­ją­cy sa­mo­za­do­wo­le­niem uśmiech nie zwia­sto­wał ni­cze­go do­bre­go. – Za­ty­tu­ło­wa­łem swój wiersz „A to pech”.

– Do­kład­nie o tym sa­mym te­raz po­my­śla­łam – sko­men­to­wa­ła Se­re­na pod no­sem.

– Ci­sza!!! – ryk­nął znie­cier­pli­wio­ny Dra­ku­la. – Przy­mknij­cie się i po­słu­chaj­cie.

Na gó­rze róże, na dole pech,

Wie­rzyć w swe szczę­ście to jaw­ny grzech.

Bo na­wet gdy wszyst­ko wy­glą­da jak w nie­bie,

Na skór­ce od ba­na­na ktoś się za­raz wyje…

– Dzię­ku­je­my, Noah! – prze­rwa­ła mu ob­ce­so­wo Sun­ny, bo obie z Se­re­ną mo­gły do­my­ślić się dal­sze­go cią­gu tego wie­ko­pom­ne­go dzie­ła. – Bar­dzo ład­ny wiersz. Taki… ży­cio­wy.

– I przy­no­szą­cy owo­ce – uzu­peł­ni­ła Se­re­na.

– Co ci jest? Dla­cze­go się dła­wisz? – prze­stra­szył się Noah.

– Wszyst­ko gra – uspo­ko­iła go got­ka. Pró­ba za­tu­szo­wa­nia śmie­chu kasz­lem wy­pa­dła naj­wy­raź­niej cał­kiem prze­ko­nu­ją­co.

– My­ślę, że wy­star­czy po­ezji na dziś. Zgod­nie z za­sa­dą na­stęp­ne spo­tka­nie bę­dzie za ty­dzień. Może tym ra­zem u mnie? – za­py­ta­ła Sun­ny, a w od­po­wie­dzi dwie gło­wy – ciem­no­brą­zo­wa i kru­czo­czar­na – po­tak­nę­ły syn­chro­nicz­nie. – To ja się będę zbie­rać.

– Ja też – oznaj­mi­ła Se­re­na.

– Tak szyb­ko? Ta sło­necz­na zdraj­czy­ni jest uspra­wie­dli­wio­na, bo ma ten swój kurs ma­lar­stwa czy in­ne­go bo­ho­ma­zo­twór­stwa. Ale ty? – zmar­twił się Noah, jed­nak w jego oczach na­tych­miast bły­snę­ło zro­zu­mie­nie. – Bę­dziesz oglą­dać swój film, praw­da?

– Cóż, dziś Hal­lo­we­en. Tra­dy­cja zo­bo­wią­zu­je.

– W ta­kim ra­zie leć­cie, a tym­cza­sem hra­bia Dra­ku­la wy­ru­sza na łowy, by skosz­to­wać po­so­ki z ja­kiejś mło­dej, nie­win­nej żył­ki. – Za­ło­po­tał pe­le­ry­ną z ta­kim roz­ma­chem, że pra­wie strą­cił przy tym sto­ją­cy na ko­mo­dzie wa­zon.

– No to uda­ne­go po­lo­wa­nia. Oby ci żad­na ofia­ra nie na­psu­ła krwi – od­par­ła Se­re­na i obie z Sun­ny po­dą­ży­ły na dół.

– Na ra­zie, pani Jo­nes! – za­wo­ła­ły nie­mal jed­no­cze­śnie w stro­nę sa­lo­nu, gdzie mama chło­pa­ka po­chła­nia­ła z za­pa­łem ja­kąś gru­bą książ­kę. Pod­nio­sła na se­kun­dę wzrok znad kar­tek.

– Do zo­ba­cze­nia, dziew­czy­ny! – rzu­ci­ła i z po­wro­tem sku­pi­ła się na lek­tu­rze.

Wy­szły przed dom i po­że­gna­ły się ser­decz­nie, po czym każ­da uda­ła się w swo­ją stro­nę – Sun­ny na za­ję­cia z ma­lar­stwa, Se­re­na zaś na uko­cha­ny se­ans w swo­im azy­lu.

Co­py­ri­ght © by Pau­li­na Ka­li­now­ska, 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

All ri­ghts re­se­rved

pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny i ła­ma­nie: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Książ­ka ani żad­na jej część nie może być pu­bli­ko­wa­naw ja­kiej­kol­wiek for­mie bez wcze­śniej­szej pi­sem­nej zgo­dy au­tor­ki.Do­ty­czy to rów­nież fo­to­ko­pii i mi­kro­fil­móworaz roz­po­wszech­nia­nia za po­mo­cą no­śni­ków elek­tro­nicz­nych.Nie­do­zwo­lo­ne jest tak­że od­czy­ty­wa­nie książ­ki w środ­kachpu­blicz­ne­go prze­ka­zu bez pi­sem­nej zgo­dy au­tor­ki.

isbn:978-83-981227-1-9

Ilu­stra­cje w książ­ce i na okład­ce zo­sta­ły wy­ge­ne­ro­wa­ne przy uży­ciu na­rzę­dzi sztucz­nej in­te­li­gen­cji i pod­da­ne au­tor­skiej ob­rób­ce.