Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
17 osób interesuje się tą książką
Serena to zwyczajna dziewczyna…
Nie, zaraz, zacznijmy od początku, bo coś tu się nie zgadza.
Serena to ekscentryczna dziewczyna, uwielbiająca mrok, muzykę i książki, a także pewien film, do którego w skrytości ducha chciałaby się czasem przenieść, porzuciwszy szarą egzystencję w małym mieście. W halloweenową noc owo marzenie nieoczekiwanie się spełnia, a miłośniczka kina przeistacza się w bohaterkę swojej ulubionej produkcji… choć niezupełnie tak wyobrażała sobie tę nową rzeczywistość.
Czy Serenie uda się odzyskać dobre imię i ponownie stanąć za kamerą własnego życia, które zaczęło przypominać połączenie horroru i komedii? Czy zrealizowany już scenariusz można jeszcze zmienić, gdy ma się u boku wiernych przyjaciół… oraz zawracającego gitarę chłopaka? I jaką rolę odegra tu mądre, kocie serce?
Poznajcie „Powiedz to trzy razy” – historię o tym, że nie wszystko jest czarno-białe, nawet jeśli wydaje się takie na pierwszy rzut oka.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 152
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wiedziała, że nadciąga katastrofa, ale nie mogła zrobić nic, by jej zapobiec. Oczami wyobraźni widziała światła zbliżającego się pociągu i siebie stojącą na torach, całkowicie sparaliżowaną.
– Zaśpiewam ci serena-serena-serena… – wciągnął gwałtownie powietrze – …dę? – dokończył niepewnie do pustej nagle słuchawki.
Puste natomiast nie było jego łóżko. W gruncie rzeczy już wcześniej nie było, ponieważ w swojej pozycji romantyka zawładnął niemal połową materaca, ale drugą część zajmowała teraz gotka z jego snów. Przez dłuższą chwilę gapił się na nią z mieszaniną zachwytu i niedowierzania.
– Co? Mowę ci odjęło? Trochę za późno – prychnęła i potarła nerwowo powiekę, rozmazując tusz i eyeliner. – Niech to szlag! – Popatrzyła na swoje ubrudzone na czarno palce, jakby to one stanowiły obecnie jej największy problem.
– Se-se-serena? J-j-jak…
– Siak – przerwała mu i wstała. – Po prostu mój ukochany film doszedł do wniosku, że wtrąci się do mojego życia.
Inni wiedli życie w kratkę. Raz było lepiej, raz było gorzej, ale te dwa bieguny losu przecinały się gdzieś od czasu do czasu, sprawiając, że równowaga wydawała się zachowana. Serena natomiast niemal od zawsze utrzymywała, iż od kratki woli paski. W dodatku czarno-białe. To znów mogło doprowadzić kogoś średnio zaangażowanego w temat do wniosku, że jej rzeczywistość opiera się na skrajnościach – góra-dół, prawo-lewo, sukces-porażka. Oraz oddech-śmierć. Ona sama nie patrzyła na swoją psychikę w tak jednoznaczny sposób. Choć mentalnie oparta na skrajnościach, uznawała się za osobę dostrzegającą to coś pomiędzy, dość konsekwentną w dokonywanych wyborach, dążącą do jasno – mimo że preferowała ciemność – określonych celów i logiczną w swoich działaniach. Satysfakcjonowało ją ogromnie to, że tak bardzo różni się od większości społeczeństwa pod tym względem. Zresztą nie tylko pod tym.
Poprawiła kosmyk czarnych jak smoła włosów, spojrzała jeszcze raz na swoje odbicie w lustrze i stwierdziła, że lepiej nie będzie. Ani gorzej. Nikomu by się do tego nie przyznała, ale blada cera kontrastująca z podkreślonymi na czarno oczami od dawna była jej cichym powodem do dumy. Skrzętnie chroniona przed promieniami słońca, czy to pod woalką i okularami, czy pod grubą warstwą odpowiedniego kremu, wydawała się prawie biała, w przeciwieństwie do reszty Sereny. Pociągnięte ciemną szminką usta zazwyczaj wykrzywiał cyniczny uśmiech właściwy wielbicielce czarnego humoru i ironii, z czym doskonale korespondował blask w szarych tęczówkach. Co tu kryć, lubiła się oczerniać. Także w kwestii ubioru – kompletując garderobę, wybierała niezmiennie ten jeden konkretny kolor. Dziś postawiła na koszulę z żabotem, krótką spódnicę i rajstopy w nietoperze. Całość dopełniały dodatki w postaci kilku naszyjników z czaszkami, koronkowego chokera i pobrzękujących na przegubach bransoletek, a dzięki dwóm różnym kolczykom zwisającym z umęczonych przez nie uszu mogłaby dokonać aktu samoobrony, gdyby pojawiła się taka konieczność.
Czyli dzień jak co dzień.
Spotkania Stowarzyszenia Umartwiających się Poetów miały miejsce w każdy początek weekendu. Pierwotnie wytypowano piątki trzynastego, ale kiedy trójka Poetów uświadomiła sobie, że nie daje to zbyt wielu okazji do metafizycznych dyskusji, podjęto decyzję o organizowaniu ich co tydzień. Zwiększyło to, co prawda, zapotrzebowanie na nowe wersy, ale Poeci radzili sobie z tym zadziwiająco dobrze. Litery nawiązywały płomienne romanse, a owocami tych związków były gotowe na wszystko słowa, te zaś łączyły się w zdania, które może nie zawsze dobijały do portu konkluzji, ale przynajmniej zachwycały kwiecistymi metaforami i czarnymi rymami. W Stowarzyszeniu Umartwiających się Poetów stosowanie białych rymów było bowiem surowo zabronione, o co Serena osobiście zadbała.
Zdjęła z oparcia krzesła torebkę w kształcie trumny, upewniła się, że w środku znajdują się jej świeżo sporządzone notatki, zarzuciła pasek na ramię i właściwie mogła już wychodzić. Zrezygnowała z płaszcza, bo dziś jesień pozwalała, o dziwo, na takie szaleństwo, a od domu Noaha, u którego miało się odbyć dzisiejsze spotkanie Stowarzyszenia, dzieliło ją zaledwie pięć minut spacerem. No dobrze, może ktoś niebędący Sereną pokonałby ten odcinek nieco wolniej, nawet wziąwszy pod uwagę niebotycznie wysokie obcasy jej naćwiekowanych butów, którymi mogłaby wbijać gwoździe – i nierzadko rzeczywiście tak robiła, gdy sytuacja wymagała specjalnych rozwiązań i środków – ale nie zmieniało to faktu, że jej przyjaciel mieszkał naprawdę blisko.
– Mamo, wychodzę! – zawołała jeszcze gdzieś w stronę salonu.
– Pozdrów Sunny! – odkrzyknęła pani Blackwood. – I Noaha! – dodała takim tonem, że Serena przewróciła oczami. Przyjaźnili się z Noahem od wielu lat i skoczyłaby za nim w ogień, podobnie jak za Sunny, ale matka najwyraźniej wyobrażała sobie, że prędzej czy później zaczną randkować. Serenę już dawno przestało to bawić, a zaczęło niebotycznie irytować.
Zamknęła za sobą drzwi i ruszyła chodnikiem, którego z każdej strony strzegły rzędy szczerzących zęby lampionów z wydrążonych dyń, kartonowych kościotrupów, ledowych duchów i wszelkiej innej maści stworów – ujmujących w swojej jarmarcznej tandecie lub autentycznie przerażających. Mieszkańcy Creeptown całkiem nieźle przygotowali się do Halloween. Gromadzili ozdoby, przebrania i gadżety od tygodni, a dziś wreszcie nastał dzień świętowania. Serena lubiła ten czas, bo kumulował jej zamiłowania, którym oddawała się przez cały rok. Nie zatrzymywała się jednak teraz, by podziwiać kreatywność sąsiadów. Wolała szybko przemknąć ulicą, by nie wpaść na jedną ze zgrai dzieciaków zbierających słodycze do swoich wymyślnych koszyków i wiaderek w kształcie czarodziejskich kociołków, pirackich statków i – faworytów Sereny – odrąbanych głów. Żałowała tylko, że krew nie jest nieco bardziej realistyczna i że małe, ustylizowane potworki zamiast łakoci nie zbierają łokci.
Do domu Noaha dotarła bez żadnych niespodzianek. Wszystko wskazywało na to, że trafnie oszacowały z Sunny porę, gdy zaczną się halloweenowe wędrówki. Kierując się tymi obliczeniami, wyznaczyły początek spotkania na nieco wcześniejszą niż zazwyczaj godzinę, dzięki czemu obie mogły uniknąć zamieszania. Chociaż znając Sunny, sama zasiliłaby zbiory małoletnich komiwojażerów.
Zamierzała właśnie zapukać, kiedy drzwi uchyliły się na pozór samoistnie. Nie był to jednak kolejny halloweenowy trik, a stojący po ich drugiej stronie Noah. Przypuszczalnie nie mógł doczekać się przyjaciółki, a raczej publiczności, przed którą zamierzał zaprezentować swoje najnowsze dzieło.
– Przyszłaś wreszcie! – wykrzyknął i objął ją mocno, jakby nie widzieli się zaledwie kilka godzin temu.
– Noah, miej litość – jęknęła Serena, strzepując z żabotu biały pył, którym upstrzona była także cała twarz chłopaka. Miał na sobie czarną pelerynę z bordowym podbiciem, a z pomalowanych czymś krwistoczerwonym – zapewne pomadką jego starszej siostry – ust sterczały toporne, plastikowe kły. Serenę zastanowiło przelotnie, jak on może mówić z czymś takim w gębie, w dodatku nie sepleniąc aż tak rażąco.
– Żadnego Noaha tu nie ma! Jam jest hrabia Drakula. A ty to zapewne Lydia Deetz? Witaj w moim zamku, nieszczęsne dziecię.
Nie skomentowała tego krzywdzącego porównania do swojej fikcyjnej antagonistki, w której zakochał się tytułowy bohater ubóstwianego przez dziewczynę filmu. Owszem, Winona Ryder, czyli odtwórczyni tej roli, zawsze była i będzie zjawiskowa, ale po co od razu wykorzystywać ten fakt przeciwko niej, Serenie?
– Możesz ostrzyć sobie te kły na kogoś innego. Twoja druga ofiara też już przyszła? – zapytała, darowawszy sobie ciętą ripostę.
– Ofiara mojej niezaspokojonej żądzy świeżej krwi? – próbował doprecyzować przesadnie teatralnym tonem.
– Nie, twoich rymów – ucięła dyskusję Serena i minąwszy Noaha, ruszyła korytarzem, a chłopak odwrócił się i podążył za nią.
– Tak, Sunny jest na górze. – Hrabia wrócił do wcześniej zadanego mu pytania i do swojego normalniejszego głosu.
Serena nie potrzebowała wskazówek. Wiedziała, że spotkanie odbędzie się tradycyjnie w mieszczącym się na pierwszym piętrze pokoju Noaha, tam się zatem udała.
– Cześć, Sunny – przywitała się od progu, a przyjaciółka odpowiedziała promiennym uśmiechem.
Różowe ogrodniczki, żółty crop top i zielone, wzorzyste skarpetki – czy Serena właśnie dostrzegła na nich uśmiechnięte stokrotki? – nie składały się na jej halloweenowe przebranie mające upodobnić ją do papugi czy innego pawia, a na typową stylizację Sunny. Ze swoimi jasnymi oczami i burzą blond loków nie tylko stanowiła kompletny antonim ciemnowłosego Noaha, ale i w pełni zasługiwała na noszone przez nią imię. Dziewczyna była jedynym słońcem, jakie Serena tolerowała, a właściwie jakiego potrzebowała. Niemniej Sunny znacznie różniła się się od swojej gwiazdy chrzestnej – mimo dość nieoczywistego łączenia barw nie raziła w oczy, nie dawała nikomu powodów, by się na niej sparzył, i nie wymagała, by jakiekolwiek planety kręciły się wokół niej w pochwalnym tańcu. Znalazły się jednak i podobieństwa – emanowała wewnętrznym blaskiem i potrafiła ogrzać serce również w najmroźniejsze dni, a kiedy pojawiała się w zasięgu wzroku, uśmiech rozjaśniał twarz nawet największego ponuraka. Z nieustającą pogodą ducha i niezachwianym rozsądkiem plasowała się gdzieś pomiędzy cyniczną, do bólu szczerą i stąpającą pewnie po ziemi Sereną a uosabiającym optymizm, bujającym w obłokach i nagminnie roztargnionym Noahem. Dlatego to na jej barkach często spoczywała odpowiedzialność za gaszenie pożarów, wzniecanych albo przez miotające gromy spojrzenie dziewczyny, albo przez słomiany zapał chłopaka.
– O, jest i Serena. – Za Noahem weszła do sypialni pani Jones. – Bardzo proszę, wasza herbata.
– Dzięki, mamo. – Chłopak wyszczerzył się do rodzicielki, po czym porwał ciastko z trzymanej przez nią tacy, wrzucił je sobie do ust i przejął od kobiety ich dzisiejszy podwieczorek. – Zaraz jednak czeka nas znacznie pożywniejsza strawa. Duchowa! – obwieścił tyleż uroczyście, co złowieszczo, prychając wokół okruchami.
– To w takim razie ja już pójdę – powiedziała szybko pani Jones, po czym równie prędko zniknęła na schodach, zamknąwszy za sobą drzwi pokoju.
– No to do dzieła. – Noah odstawił tacę na biurko, by jej zawartość znalazła się w zasięgu ręki każdego z Poetów, a potem usiadł na największej z rozrzuconych po podłodze miękkich poduszek. Dziewczyny poszły w jego ślady, wybrawszy po jednym z niskich siedzisk.
– Serena, dziś twoje święto. Może chcesz zacząć? – zapytała Sunny wyjmująca cienką teczkę ze swojej torby w motyle.
– Znowu? Zaczynała poprzednim razem! – zaprotestował natychmiast gospodarz wieczoru. – Ja chcę być pierwszy!
– Chyba pierwszy lepszy – mruknęła Serena.
– Słyszałem! – Hrabia Drakula aż zachłysnął się z tego poczucia niesprawiedliwości, ale kolejne ciastko, po które właśnie sięgnął, pozwoliło mu wrócić do równowagi psychicznej. – No dobrze, czytaj. – Przyzwalająco machnął ręką w stronę Sereny.
– A zatem… – zaczęła i odchrząknęła. – Tytuł wiersza, który na dziś przygotowałam, brzmi „Zgon na cmentarzu”.
Kroki ucichły na końcu ścieżki,
I mrokiem wypełnił się każdy prześwit
Między drzewami, co strzegły cmentarza,
Taka noc tutaj rzadko się zdarza.
Ktoś padł i nie wstał, żywota dokonał,
Nogi wyciągnął, na amen skonał,
Kopnął w kalendarz, przekręcił się, zszedł,
Na drugi Styksu dostał się brzeg.
I przykrył to księżyc uśmiechem swym trupim,
Chęć, by go ożywić, w zalążku wnet zdusił,
Wilk zawył, kruk krakał, pies szczekał w oddali,
Ci, którzy wciąż żyją, już dawno przegrali.
Serena umilkła i spuściła skromnie wzrok. Zapadła niczym niezmącona cisza… aż w końcu przyjaciele poderwali się z podłogi i zgotowali autorce tego radosnego poematu owacje na stojąco.
– Brawo! – Noah klaskał jak szalony. – Naprawdę masz talent. I te wszystkie synonimy śmierci! Kto inny by na to wpadł?
– Jesteś wspaniała – wtórowała mu Sunny. – Żywię nadzieję, że świat poezji kiedyś o tobie usłyszy.
– Jeżeli Serena nie dobije go najpierw swoim pozytywnym nastawieniem do życia. Do życia, łapiecie? – Noah roześmiał się w głos, ale ten wybuch wesołości został szybko stłumiony przez poduszkę, która przefrunęła przez pokój i trafiła prosto w cel.
– O, hrabia Drakula stracił zęby! – ucieszyła się Serena na widok sztucznych kłów, które ugięły się pod presją miękkiego pocisku z precyzją snajpera wystrzelonego przez Sunny i leżały teraz na dywanie.
– Żartuję, żartuję – odparł znacznie ciszej samozwańczy wampir, usiłujący umieścić swój atrybut z powrotem w ustach. – Z każdym twoim kolejnym wierszem jestem z ciebie coraz bardziej dumny. – Uśmiechnął się ciepło.
– Ja tak samo – dodała Sunny.
– Dzięki. – Serena obdarzyła każde z nich krótkim, pełnym wdzięczności spojrzeniem.
– David też byłby zachwycony – westchnęła podejrzanie rozmarzona Sunny.
– Tak! David zostałby twoim fanem numer jeden! Nie licząc nas, oczywiście – uściślił Noah.
– Uspokójcie się, oboje! – warknęła rozeźlona tymi durnymi tekstami Serena, ale odpowiedziały jej wyłącznie niezwykle zgodne chichoty.
David Bowiem. Ciemne, sięgające ramion włosy z rudymi refleksami, wielkie, jasne oczy pod wachlarzami nieprzyzwoicie gęstych rzęs, do tego dżinsy i flanelowe koszule albo podarte swetry oraz nieodzowna gitara. Uosobienie marzeń niemalże wszystkich dziewczyn mieszkających w Creeptown, które wychodziły z siebie, by przyciągnąć jego uwagę. On jednak, mimo że do każdej z nich odnosił się z należytym szacunkiem i pewną dozą sympatii, swoje serce już dawno podarował Serenie. I choć doceniała to, iż zainteresował się nią całkiem fajny chłopak, który miał poukładane w głowie, kochał muzykę i generalnie mogła trafić znacznie gorzej, nie planowała oddawać nikomu swojej duszy, swoich wolnych dni, swojej przestrzeni, swojej szczelnej bańki, którą sukcesywnie tworzyła wokół siebie od lat, a w której było jej komfortowo i bezpiecznie. Może czasem odrobinę samotnie, ale od czego są lojalni przyjaciele?
– To teraz moja kolej – ogłosiła Sunny, nic sobie nie robiąc ze zbolałego jęknięcia, jakie na te słowa wydał z siebie Noah. – Tytuł to „Blask”.
Wczesnym rankiem,
Gdy świt w oczy zagląda,
Nie jest żadnym prankiem,
Że dzień inaczej wygląda.
Powietrze daje oddech
I przestaje dusić,
To dzisiaj niemodne,
Iż niczego nie musisz.
Lecz ja nie chcę być modna,
Więc stwierdziłam w końcu,
Że jestem tego godna,
By wreszcie żyć w słońcu.
– Sunny, jakie to ładne! – Noah bił brawo z uśmiechem tak szerokim, że wampirze kły groziły ponownym wypadnięciem.
– Tak, naprawdę świetny poemat. – Serena kiwnęła głową, zgadzając się z przyjacielem. – Twoja twórczość jest jak terapia dla zmęczonych dusz – dodała z pełnym przekonaniem.
Owszem, daleko jej było do wiecznego optymizmu przyjaciółki, ale wiedziała, że to właśnie dzięki niemu Sunny będzie kiedyś niosła pomoc tym, którzy trochę zagubili się we własnym mroku.
– Pora na mnie – obwieścił Noah, a jego emanujący samozadowoleniem uśmiech nie zwiastował niczego dobrego. – Zatytułowałem swój wiersz „A to pech”.
– Dokładnie o tym samym teraz pomyślałam – skomentowała Serena pod nosem.
– Cisza!!! – ryknął zniecierpliwiony Drakula. – Przymknijcie się i posłuchajcie.
Na górze róże, na dole pech,
Wierzyć w swe szczęście to jawny grzech.
Bo nawet gdy wszystko wygląda jak w niebie,
Na skórce od banana ktoś się zaraz wyje…
– Dziękujemy, Noah! – przerwała mu obcesowo Sunny, bo obie z Sereną mogły domyślić się dalszego ciągu tego wiekopomnego dzieła. – Bardzo ładny wiersz. Taki… życiowy.
– I przynoszący owoce – uzupełniła Serena.
– Co ci jest? Dlaczego się dławisz? – przestraszył się Noah.
– Wszystko gra – uspokoiła go gotka. Próba zatuszowania śmiechu kaszlem wypadła najwyraźniej całkiem przekonująco.
– Myślę, że wystarczy poezji na dziś. Zgodnie z zasadą następne spotkanie będzie za tydzień. Może tym razem u mnie? – zapytała Sunny, a w odpowiedzi dwie głowy – ciemnobrązowa i kruczoczarna – potaknęły synchronicznie. – To ja się będę zbierać.
– Ja też – oznajmiła Serena.
– Tak szybko? Ta słoneczna zdrajczyni jest usprawiedliwiona, bo ma ten swój kurs malarstwa czy innego bohomazotwórstwa. Ale ty? – zmartwił się Noah, jednak w jego oczach natychmiast błysnęło zrozumienie. – Będziesz oglądać swój film, prawda?
– Cóż, dziś Halloween. Tradycja zobowiązuje.
– W takim razie lećcie, a tymczasem hrabia Drakula wyrusza na łowy, by skosztować posoki z jakiejś młodej, niewinnej żyłki. – Załopotał peleryną z takim rozmachem, że prawie strącił przy tym stojący na komodzie wazon.
– No to udanego polowania. Oby ci żadna ofiara nie napsuła krwi – odparła Serena i obie z Sunny podążyły na dół.
– Na razie, pani Jones! – zawołały niemal jednocześnie w stronę salonu, gdzie mama chłopaka pochłaniała z zapałem jakąś grubą książkę. Podniosła na sekundę wzrok znad kartek.
– Do zobaczenia, dziewczyny! – rzuciła i z powrotem skupiła się na lekturze.
Wyszły przed dom i pożegnały się serdecznie, po czym każda udała się w swoją stronę – Sunny na zajęcia z malarstwa, Serena zaś na ukochany seans w swoim azylu.
Copyright © by Paulina Kalinowska, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
All rights reserved
projekt typograficzny i łamanie: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Książka ani żadna jej część nie może być publikowanaw jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody autorki.Dotyczy to również fotokopii i mikrofilmóworaz rozpowszechniania za pomocą nośników elektronicznych.Niedozwolone jest także odczytywanie książki w środkachpublicznego przekazu bez pisemnej zgody autorki.
isbn:978-83-981227-1-9
Ilustracje w książce i na okładce zostały wygenerowane przy użyciu narzędzi sztucznej inteligencji i poddane autorskiej obróbce.
