Poszukiwacze opowieści - Dawid Kornaga - ebook
Opis

Dawid Kornaga - dwudziestoośmioletni człowiek piszący, zawzięty poszukiwacz opowieści w miejscach dozwolonych i zakazanych. Umiarkowany pasożyt: trwoni pieniądze na wątpliwych wyprzedażach, lubi spędzać czas w towarzystwie własnym (ale z wytrawnym szumem w głowie); nieuleczalny miłośnik rasowych blondynek i czupurnych kociaków. Zdecydowanie przedkłada procenty ulotne nad procenty z lokat bankowych.

Poszukiwacze opowieści” to powieść złożona z powiązanych ze sobą opowiadań, oddająca w oryginalny sposób ducha naszej zawirowanej codzienności. Świeżość spojrzenia na polską rzeczywistość, ostre pióro, kąśliwa ironia i odważna, wzbogacająca język metaforyka pozwalają autorowi stworzyć obraz drapieżny, czasem budzący sprzeciw, ale i niepozbawiony kresek miękkich i delikatnych. Mocną stroną tej debiutanckiej książki jest jej dynamiczny język, wielostronność narracji, różnorodność stylizacji. Kornaga obdarzony został wyjątkową umiejętnością wcielania się w swoich bohaterów - głęboko, po sam rdzeń ich jaźni - co w splocie z pozostałymi jego atutami zaowocowało jedną z najbardziej interesujących powieści sezonu. I chyba nie tylko.

Poszukiwacze opowieści” to dzieło inteligentnie i przewrotnie napisane, świadczące też o dużym oczytaniu autora. Co najmniej kilka, jeśli nie więcej, „opowieści” to udane pastisze książek, które odniosły sukces rynkowy. Dawid Kornaga doskonale wie, że pisarz to stworzyciel światów. Dajmy mu więc szansę, by budował je nieskończenie wiele razy.

Andrzej Rostocki - „Rzeczpospolita

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 489

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Karta tytułowa

Dawid Kornaga

Poszukiwacze opowieści

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Dedykacja

Kąsającym i drapiącym

„Prostytutka" to zły tytuł

Najbardziej śmieszył mnie gruby jak wiadomo co kaktus na biurku pana redaktora, właściwie znacznie grubszy niż jak wiadomo co, ustawiony tak, by promienie słońca, napływające w złotych flotyllach przez okno, rozpostarte od podłogi do sufitu, stale go odżywiały i pieściły. Poza telefonem, laptopem i ramką ze zdjęciem (jednak nie rodziny, lecz Marcela Prousta; redaktor wyznał, że po miesiącu zmieni go na Oskara Wilde'a, później wróci do Marcela), no i wypasionym kaktusem biurko świeciło pustką. Pan redaktor mógł oprzeć swoje ręce wygodnie na blacie i od czasu do czasu wystukując palcami znane tylko sobie rytmy, słuchać mnie w gustownym spokoju, zakłócanym niekiedy świeżym nawiewem klimatyzacji. Zważywszy, że w środku sierpnia prosto z tureckiej Riwiery lub innego rozgrzanego zakątka śródziemia przybył do nas piekielny upał, byliśmy skłonni wybaczyć nowoczesnej przyczynie swego kataru. Pan redaktor, kręcąc głową, zapytał znów z niedowierzaniem niczym ateista, spierający się z chrześcijaninem o cud zmartwychwstania:

Jak to? Tak po prostu przyjechał? (Jak to, tak po prostu wstał z grobu?)

Cóż, tyle miał do roboty o jedenastej w nocy, odparłam.

Ale pisze pani, że jego wizyty były nieregularne.

Tak, jeśli weźmiemy pod uwagę jego potrzeby. Nieregularność sprowadzała się do jeszcze częstszych przyjazdów, nieoczekiwanych oczywiście – powiedziałam.

Redaktor pokiwał głową; rozumiał, nie rozumiał, jego sprawa. Nie krył jednak ciekawości. Nic dziwnego.

Miałam ochotę zapalić, ale musiałam się opanować, podpadłabym redaktorowi, a przecież zależało mi na tej rozmowie. I na wszystkim innym. Już po wszystkim... napisałam swoje wspo mnienia, wyrzuciłam je z siebie, ciężki to był płód, płaczliwy i niedający spokoju.

Książkę wysłałam do kilku wydawnictw; nikt nie odpowiedział, po prostu nikt. Pewnie koperty z dwustu osiemdziesięcioma sześcioma stronami zapisanymi czcionką Arial 10 po dotarciu do polskich wydawnictw nabywają cudownej mocy, by znikać upchane w pudełkach z innymi kopertami, jak piórko wśród miliona innych piórek, i tym samym nie przeszkadzać wiecznie zajętym redaktorom, zabieganym wydawcom, ich sekretarkom i kochankom.

Byłam nieznana, prawie jak każdy debiutant, jednak nie usprawiedliwia to milczenia wydawnictw. Zaczęłam więc do nich wydzwaniać, przez cały czerwiec i maj pięćdziesiąt telefonów, dwadzieścia jeden spotkań, dwadzieścia jeden odmów: To zbyt kontrowersyjne, zaczepne. Albo: Czy pani książka wnosi cokolwiek do literatury? A ja odpowiadałam bezczelnie, cokolwiek sztampowo: Gdyby pisarze myśleli tylko o spełnianiu waszych wymagań, nie powstałaby żadna dobra książka. Śmiałam też dodać: Książki to nie reklamy detergentów, nie muszą być grzeczne, nie muszą się podlizywać i obiecywać złotych gór.

Raz jeden dupek w okularkach tak mnie rozzłościł, stwierdzając/pytając, po co ja w ogóle piszę, że rozbiłam szklankę z wodą Perriera w jego gabinecie. Tak, rzuciłam ją przed siebie, trafiła w jakąś rzeźbę, okularnik nastroszył się jak kobra, obraził, jakbym otruła mu matkę i zrabowała rodzinne klejnoty. Wstał, chciał warknąć, lecz złapał się za serce. Odetchnął. Wyprosił mnie z lodowatą grzecznością i opanowaniem godnym marszałka sejmu. Nie było więc dla mnie zielonego światła, nikt nie potrzebował mojej literatury, mojej cierpkiej książki – żaden z wydawców, a tym samym czytelników. W końcu ci pierwsi prowokują tych drugich. Wskazują im ścieżki warte przebycia. Zaufanie, zaufanie, moi oczytani panowie...

Wykonałam dwa ostatnie połączenia, tym razem do największych i najbardziej prestiżowych wydawnictw. W jednym mnie nawet nie przełączyli na rozmowę z redaktorem (podobno wyszedł na bardzo ważne spotkanie, a poza tym jak pani ma na nazwisko, aha, dobrze, zapiszemy, pan redaktor zadecyduje), w drugim, o dziwo, o egzotyczne niebiosa, poprosili o przysłanie maszynopisu.

...Czułam własną marność, nicość debiutanta bez szansy na debiut. Chłopak po budowlance prędzej odnajdzie się w swoim żywiole, niż ja zdołam doprowadzić do umieszczenia mojej powieści na półkach księgarni. Przyjdzie mi poszukać sobie kiepskiej pracy, schować książkę w pudełku, zanieść do piwnicy lub rozrzucić nad Wisłą, przyjdzie mi chodzić do kiepskiej pracy – i nawet jeśli byłaby to najlepsza praca o wielkich dochodach, dla mnie będzie niczym po podcięciu skrzydeł przez jakiegoś nieoczytanego, nieobeznanego z moim tematem dupka. Wypiłam dziesiąte piwo, tak, zrobiłam to, sikałam i sikałam, i moje oczy sikały łzami, zadzwonił telefon, redaktor, z którym mam teraz spotkanie, powiedział: Gratuluję! Już dawno nie czytałem tak energetycznego języka. Jaka duża swoboda porównań, odważna fraza, niebanalna. Ostatnio tylko pewien były copywriter tak mnie zaskoczył. A teraz pani. Zapraszam do mnie, chętnie omówię szczegóły.

Mnie, zadrżałam, mnie?

Ostatnie krople łez i moczu wypłynęły ze mnie z relaksującą, uspokajającą ulgą, równą najbardziej zawziętemu sztachnięciu się skrętem podczas sylwestra w Amsterdamie.

Gdyby mówił jeszcze dłużej tym swoim wylewnym stylem, byłby odpowiedzialny za moje uduszenie – z wrażenia i szczęścia. Wydawcy powinni uważniej przygotowywać się do rozmów z przyszłymi ich autorami. Nie, żeby nie mówić: Wydamy panią, pana. Powinni przed ogłoszeniem wesołej nowiny, weselszej niż wszystkie ewangelie, zwiastowania i objawienia, napomknąć jedynie, wręcz niewyraźnie: Przepraszam, nie jest pan, pani zajęta? Możemy porozmawiać? Powinni wybadać grunt, czy jest bezpieczny dla człowieka po drugiej stronie linii telefonicznej, przy drugiej komórce. I dopiero wtedy, gdy pogrążony w depresji artysta zgadza się na rozmowę, przedstawić mu najbliższe plany wydawnicze. Na pewno podczas kąpieli w wannie straciłabym przytomność po nowinie redaktora, a moje płuca wypełniłyby się pianą i wodą. Jaki wstyd zamienić się w zimnego, opitego, na dodatek goluśkiego trupa, którego lekarz sądowy przebada przed policjantami. Te komentarze... Odchodzę od tematu.

Czytałem już tysiące książek. Proszę zrozumieć, indagował mnie redaktor. W Polsce popularne są wspomnienia polityczne. Albo polityczno-seksualne. Kąsek dla pismaków. Anastazja P., zdradliwi posłowie. Skoki w boki. A pani wychodzi z zupełnie nową odsłoną, która może zagrozić nam procesami.

Wątpię. Jak to się mówi chytrze, trzydzieści procent to fikcja, siedemdziesiąt – fakty.

Albo na odwrót. Co za chytrus wymyślił takie równanie? Chyba kiedyś wydałem jego książkę, zaśmiał się redaktor, choć nie wiem, kogo miał na myśli. Wielu tak twierdzi, w tym i ja.

W mojej książce, powiedziałam, nie wymieniam ani nazwisk, ani imion, jedynie funkcje, zresztą też lekko zamglone. Mnie nie chodzi o skandal, o ukłucie faceta, którego przedstawiam. Byłam z nim za pieniądze, brał to, za co płacił, robił swoje, ja robiłam swoje, wracał do siebie. Mnie chodzi o klimat, o niezwykłość tego wszystkiego, co przeżyłam. Estetyczny wyraz, pewne wnioski, spostrzeżenia, ironia. Ludzie myślą sobie: Ale w tej Polsce nudno. Takie rzeczy to nie u nas. Na Zachodzie – czemu nie? Ale u nas? Ot, zwykła sprawa. Idzie facet do burdelu zwanego agencją towarzyską, płaci, spędza miło godzinkę z dziwką, jego sprawa. Proszę mi powiedzieć, panie redaktorze, czy to jest z pieprzykiem? Czy to wnosi cokolwiek do sprawy? Znów nuda, zwykła nuda jak pobrzękiwanie gitary akustycznej przy płonącym ognisku czy zapalonym grillu. Czy jest to interesujące?

Nie bardzo. Odczytuję to z pani oczu i tonu. A pani coś o tym wie, właściwie bardzo dużo pani o tym wie. Jestem uważnym czytelnikiem, przynajmniej staram się, redaktor zaśmiał się w sposób przychylny, wskazujący, że przekornie pyta mnie o to i owo, by przekonać się, że w razie czego poradzę sobie z dociekliwymi osobnikami, nie mówiąc już o krytykach, którzy prędzej uwierzą w istnienie bożka gupików i gadające na Wielkanoc zwierzęta niż zapewnienia pisarza o autentyzmie jego opisów i intencji.

Pan redaktor wyjął cygaro i nie przejmując się klimatyzacją, zapalił je beztrosko. Wskazał mi cygaretkę. Miałam ochotę, wielką ochotę. Pokręciłam głową. Niech lepiej skończy, co ma do powiedzenia. Błagam.

Mnie osobiście poruszył fragment z pani wspomnień o osobniku, który nie zapłacił. Mogę przeczytać?

Redaktor wysunął szufladę, położył na biurku mój maszynopis.

A tak swoją drogą „Prostytutka" to zły tytuł, nie oddaje ogromu tematów, które pani opisała.

Kiwnęłam głową.W sprawie tytułów warto zaufać wydawcom, zwłaszcza gdy wymyśla się je dla zasady, że książka musi mieć tytuł...

Aha, no więc ten fragment jest, jak powiedziałby mój siedemnastoletni syn, po prostu powalający: Tej nocy w Vegas...

Drobne wyjaśnienie. Pracowałam wówczas, przed napisaniem książki, w najbardziej ekskluzywnej agencji towarzyskiej, najbardziej topowym burdelu w Warszawie.Vegas leży na trasie na północ, w stronę Legionowa. Jedziesz na Mazury? Już teraz możesz się zrelaksować. Popływać... Imponująca rozmiarami willa z basenem, parking, przestronne apartamenty – wszystko, by majętni klienci zaznali namiastki wielkiego świata pod tytułem: Najlepsze prostytutki w mieście. Nie, w kraju!

Vegas nie reklamuje się na ulotkach wkładanych pod wycieraczki zaparkowanych na mieście samochodów. Vegas ma swoich skutecznych akwizytorów, dzielnych stołecznych taksówkarzy, którzy oceniając majętność gości najdroższych hoteli, proponują im niezwykłe przeżycia za niezwykłą cenę z niezwykłymi dziewczynami, dziwkami, których nie splamił wcześniej jakiś podejrzany, cuchnący osobnik z ulicy, dziwkami, które zaraz po przebudzeniu idą do salonu odnowy biologicznej, solarium, fryzjerki, do wszystkich fachowców, którzy za grube tysiące czynią je jeszcze zgrabniejszymi i piękniejszymi, niż się wydają z natury. Dzień w dzień. Do takich superlasek, w tym i mnie (sam pan redaktor, gdy mnie ujrzał, musiał doznać miłego ruchu w podbrzuszu, co do tego nie mam wątpliwości; przecież też jest mężczyzną, w przeciwieństwie do tamtego redaktora okularnika), garną się czeredami prominentni i wpływowi politycy, wszechwładni prezesi korporacji, dyrektorzy browarów, sieci supermarketów, restauratorzy, członkowie rad nadzorczych, słowem, wściekle zamożne garnitury o potrzebach nie z tej ziemi.Tak, skończyłam dziennikarstwo i germanistykę. Tak, pochodzę z miasteczka na Podkarpaciu. Tak, gdy szukałam pracy, znajdowałam zaślinionych przełożonych, którzy – jak w jakimś schemacie z brukowej książki czy filmu klasy C – nie wyobrażali sobie ze mną współpracy, nim nie zaciągną mnie do łóżka, gdziekolwiek, byle doznać mnie w pełni. Tak, tak było zawsze, także na studiach. Więc łatwo skończyłam dwa kierunki, a profesorowie byli zawsze wyrozumiali. Nawet dwie profesorki, fundamentalistyczne lesbijki. Długo by opowiadać, dlaczego zostałam prostytutką, w dodatku załapałam się (wiem, przez urodę, ależ ze mnie pyszna kobietka) do najdroższego burdelu w tym biednym kraju; przeczytacie o tym w moich wspomnieniach, jeśli je kupicie za kilka miesięcy (wpierw będzie nieco pikantna, stosowna do tematu kampania reklamowa na plakatach, tak oświadczył pan redaktor). Tak czy owak zawsze chodzi o pieniądze.

Tej nocy w Vegas, czytał pan redaktor, zapowiadała się dla mnie zwyczajna noc. Wtorek. Więc kolejne gratyfikacje, pieniądze za trudy mojego ciała: wizyta prezesa jednego z niemieckich banków w Polsce. Prezes ma żonę i dwójkę dzieci, w weekendy zwykle latają do ciepłych krajów, bo nasza szerokość geograficzna bardzo nie sprzyja ich sobotniej chęci odpoczynku, a szczególnie relaksu pana prezesa, permanentnie zmęczonego wynikami, liczbami i codziennymi przedsięwzięciami w swoim prężnym banku. Ale wtorek, proszę państwa, to mój dzień. Żona może jechać sobie do kochanka lub obejrzeć ulubioną telenowelę; choć w nocy nie puszczają telenowel, zostaje jej więc albo Canal+, albo... Zresztą, to jej sprawa. Dzieci mogą pograć na Playstation albo narobić w majtki, tatusia to nie obchodzi, tatuś o dwudziestej drugiej przyjeżdża do mnie, swojej modelki na wybiegu przyjemności, nocnego motyla, kreatorki jego estetycznych potrzeb i intymnych wymagań, tatuś opłaca z góry trzy godziny (godzina równa się tysiąc złotych w Vegas, dla porównania sto lub dwieście w zwykłym burdelu dla plebsu, jakich pełno w mieście jak pyłków na wiosnę, z tym że pyłki znikają same z siebie, a burdele czasem są podpalane przez konkurencję), to mi się podoba, wtrącił redaktor i kontynuował: i nie myślcie, drodzy państwo, że przez sto osiemdziesiąt minut wysysa pożądliwie śnieżnoróżaną obfitość moich piersi, nie dopowiadajcie sobie, że rzuca mnie na wszystkie strony na robionym na zamówienie łożu szerokim jak całe wasze sypialnie, o nie, prezes banku wyjmuje z kuferka lakiery do paznokci kupione kilka dni temu w Paryżu, pilniki, nożyczki i inne przyrządy fachowej manikiurzystki, ja siadam na fotelu, pan prezes banku kolejny raz odkrywa swoje powołanie, drżącymi rękami, jakby postarzał się o trzydzieści lat, dotyka moich paznokci i bierze się do roboty. I mimo że przez weekend, gdy pan prezes bawi z rodziną w Iraklionie czy Tunisie, staram się zaniedbać swoje paznokcie u rąk i nóg, one i tak po zostają piękne, szponiaste i twarde. A pan prezes banku z porażającym wprost talentem czyni je – to wręcz niemożliwe – jeszcze wspanialszymi, jeszcze bardziej zadbanymi. Zlany potem, zsiniałymi od zmęczenia dłońmi kończy pracę, obcałowuje po kolei każdy boski paznokieć, twór swej rzemieślniczej harówki, i delikatne wyżłobienia po usuniętych pieczołowicie skórkach; raz mnie zranił, przepraszał przez dwie godziny, zlizywał krew, w końcu zostawił dodatkową kopertę z napiwkiem (napiwkiem?) większym od zwyczajnego – aż dwanaście tysięcy. Wychodzi szczęśliwy o pierwszej nad ranem, a ja „oszczędzam" do następnego wtorku na manikiurzystce. Jeden z przełożonych mówi mi, że dziś pan prezes nie przyjdzie, musiał wyjechać na jakieś spotkanie do Frankfurtu, ale ma dla mnie innego stałego klienta, jednego z najbardziej stałych, który na wieść, że jestem dziś wolna, zdecydowanie chce spędzić ze mną ze dwie godzinki. A w ogóle ten pan ma dziś kredyt, bo przyjeżdżając tutaj, oznajmił, że spłukał się, lecz jako stały klient ma wolne konto, proszę bardzo... Trudno, obliczę pieczołowicie jego zachcianki.

Pan redaktor nabrał powietrza, powiedział:

Proszę mi jeszcze pozwolić na lekturę, jestem pod wrażeniem. Nie ma w tym ani odrobiny pornografii, a wydaje mi się, że widzę to wszystko tak wyraźnie, jestem tam. I to działa... To jest mocna strona pani stylu. Parę korekt, parę skróceń i wyjdzie dynamiczne cacko. Cycko, zaśmiał się.

Ależ proszę bardzo, pokiwałam głową, poparzoną cieczą próżności. Zapalone, dymiące cygaro leży nietknięte na popielniczce, którą pan redaktor-czyścioch wyjął razem z moim maszynopisem. Dodałam: Dziwnie się czuję, słysząc moje wspomnienia czytane na głos. Ale w końcu...

Redaktor czytał:

Wchodzę do pokoju. Przy łóżku stoi chwiejący się pan senator aktualnej kadencji. Ależ musiał zabawić się na mieście, nim przyjechał tu ukoić swój egzystencjalny ból. I niczym w prasowych opisach pan senator jechał do Vegas samochodem, jechał, kręcił, wymijał kompletnie zalany, wymijał swawolnie jak bohater kreskówki, korzystając z osłony nocy. I dotarł bezpiecznie, należy mu się nagroda. Znałam pana senatora doskonale, to znaczy znałam jego zachcianki. To one stanowiły wyzwanie, z którym musiałam się zmierzyć. Po senatorze przychodził inny senator, przestawałam ich rozróżniać, wszyscy tacy pewni siebie, dystyngowani w językach i spojrzeniach, często w pozycjach, wygibasach, zwariowanych fikołkach po wszystkich kątach pokoju uciech, kucający, kicający, niuchający, łaszące się kociaki w krawatach, ocierające się o moje łydki, o nogi stolika z drinkami, łóżka brakowało na ich fantazje, kogel-mogel Sodomy z papierowymi podziękowaniami wysokiej wartości za moje intymne poświęcenie.

Przypal mnie papierosem, rozkazał pan senator. O, to coś nowego. Senator rozebrał się do majtek, oparł na rękach i wyprężył tłuste pośladki. Wyjęłam z kieszeni jego marynarki paczkę papierosów, zapaliłam, zrobiłam, o co mnie poprosił. Wcześniej powiedziałam: Usługi dodatkowe również kosztują tysiąc złotych. Pan senator zaśmiał się, zapiszczał fiu, fiu! Co tam, co tam?

A teraz bij po twarzy, tylko tak, żeby nie było śladów. Pan senator wstał, nadal się chwiejąc; właśnie wypił czwarty z kolei drink za sto osiemdziesiąt złotych, z czego sto ląduje w mojej kieszeni, osiemdziesiąt zostaje w Vegas; wysunął język, pomerdał nim, trzasnęłam go w policzek raz, drugi, trzeci.

Teraz w jaja, zawołał i skulił się, nim uderzyłam. Ale zrobiłam to bez wahania, bo kiedy tu przychodzę, zamieniam się w automat, ich nic nie obchodzi, że mam dwa fakultety, że nie mogłam wcześniej znaleźć normalnej pracy, a w pornolach za mało płacą, to dobre dla panienek bez matury i z sianem w głowie, choć jedna moja bliska znajoma jest chlubnym wyjątkiem... A ja jestem maszyną do spełniania marzeń, które nigdy nie przychodzą do głowy facetom z dochodami trzy tysiące miesięcznie czy jeszcze niżej.

Nie minęło pięć minut, pan senator, mimo swoich trzech promili, nadal wlewał w siebie drinki, rachunek rósł jak dojrzewający nastolatek, pan senator położył się na łóżku i poprosił przymilnie o biczowanie.

To kosztuje tysiąc, zauważyłam.

A niech kosztuje! Smagaj mnie, byłem dziś niegrzecznym chłopczykiem w senacie. Żebyś wiedziała, jak ci idioci posłowie konstruują te ustawy. I jeszcze żądają zniesienia senatu! Przecież – pan senator beknął – wtedy wszystkie ustawy będą upstrzone błędami legislacyjnymi, będą wadliwe jak zawirusowane pliki wordowskie. Trybunał nie nadąży z pracą. Tyle ner wów, Boże, tyle nerwów podczas czterech godzin obrad. O, teraz uderzaj pod karkiem, na wysokości łopatek, to mi dobrze zrobi. Boże, jakie to cudowne.

Senator zmoczył kołdrę, choć nawet mnie nie dotknął. Wstał z pochyloną głową, zwolnił oczy z obowiązku spostrzegawczości, jakby ubzdurał sobie, że stoi naprzeciwko bazyliszka, ubrał się, nawet żwawo jak na swój stan i możliwości zachowania równowagi, i nie patrząc na mnie, wyszedł, zataczając się, wyszedł z tego wyrozumiałego apartamentu. Narobił długów na sześć tysięcy, bez napiwku dla mnie. I jeszcze stówa za parking. Moja strata.

Pan redaktor złapał wreszcie gasnące cygaro, wyssał z niego tytoniowy ekstrakt, żar nabrał ciemnopomarańczowych kolorków, dymny wieniec, nie, defilada dymnych wieńców ruchami dżdżownicy poruszała się przez gabinet, dotarła do moich nozdrzy, rozkaszlałam się. Zdecydowanie wolę papierosy, które mniej widowiskowo gryzą układ oddechowy. Cygara potrzebują przestrzeni, pojemnych jak czerpak do wody męskich płuc, które z łatwością połkną tak dużą dawkę trucizny.

To jest, proszę pani, zdumiewające, ten senator... Nie spodziewałem się po tytule jakichś rewelacji, a jednak, a jednak. Zresztą, pani styl pędzi do przodu jak francuski ekspres, ledwo kończę jedno zdanie, połykam następne, chcę wiedzieć więcej, poznać całą historię.

Prawi mi pan komplementy, doprawdy. Za dużo ich, nie mogę się otrząsnąć.

I pani to wszystko przeżyła?

Nie twierdzę, że nie wymyśliłam tego i owego.

Najbardziej zabawny jest epizod o panu... Jak go pani nazwała?

Pan Podnóżek.

O tak, klient, który wykupuje dwie godziny, kuli się na dywanie jak wierny psiak, pani kładzie na nim stopy, może pani czytać książkę czy robić na drutach, a on zamiera, zamienia się w podnóżek, rozkoszuje się tym... Boże, gdyby nie świadczyła pani tego swoją obecnością, pomyślałbym, że naczytała się pani markiza de Sade'a albo Masocha i teraz próbuje niemodnie ich naśladować. Zresztą, pani opisy są o wiele bardziej subtelne. I takie prawdziwe.

Panie redaktorze, nadmiar pochwał...

O nie. Widzi pani, literatura powinna też czegoś uczyć, otwierać oczy czytelnika. To prawie jak przyrodniczy film, bez obrazy dla literatury. Zresztą, dzięki pani ludzie poznają ceny z kosmosu. I tamtejszych mieszkańców, dodał złośliwie.

O tak. Śmiać się, zaprzeczyć?

Cenię sobie, że nie pisała pani tych wspomnień dla pieniędzy, choćby przez fakt kopert z sumami przyprawiającymi o zawrót głowy, które majętni klienci zostawiali pani w ramach podziękowania.

Powiem tak. Wiedziałam, że w końcu się tym kiedyś podzielę, to zbyt barwne przeżycia, by tkwiły w przyciemnionych apartamentach Vegas. Klienci wiedzą, że panienki z burdelu opowiadają znajomym o ich wyczynach. Rzadko spodziewają się, że potem ktoś może ich opisać, przecież te zdziry piszą, ich zdaniem, również przez u zwykłe i erzet zamiast żet, a o przecinkach nie mają pojęcia jak o czarnych dziurach czy rachunku prawdopodobieństwa.

Nie boi się pani? My to wydamy, a potem pewnego dnia dwóch panów o grubych karkach zapuka do pani drzwi...

Prędzej przyjdą do pana, zażartowałam ryzykownie. Nawet nie zapukają...

O tak, pan redaktor puścił kolejne kółko, tego się nie obawiamy, mieliśmy tu już parę przygód, facet z megafonem, facet przebrany za mnicha, jeszcze brakuje listonosza... Mój syn nazywa ich freakami. Jesteśmy przygotowani. A tak swoją drogą, jak pani napisała, ten pan senator nie zapłacił tych pieniędzy.

I to właśnie był powód mojego odejścia. Napracowałam się nad jego przyjemnością, z tych sześciu tysięcy cztery należały się mnie, żądałam ich, a w Vegas powiedzieli mi, że nie chcą drażnić pana senatora, puszczą mu to płazem, to stały klient o szerokich kontaktach, gdyby chciał, mógłby zamknąć najbardziej ekskluzywny burdel w Warszawie już jutro albo zrobić mu, jak mówią reklamiarze, zły peer, w końcu koledzy, znajomi pana senatora też tu bywają.

Napisała pani odważnie, że mimo miliona na koncie ma pani dosyć bycia tylko zwykłą, choć elegancką szmatą. Przepraszam, że to mówię.

Widzę, że bardzo uważnie przeczytał pan moją powieść.

Staram się, redaktor zaśmiał się cicho, bardziej do siebie niż do mnie. Jedną trzecią cygara zgniótł o dno popielniczki. Pani talent dorównuje pani urodzie. Odważę się porównać ją do aparycji tej ponętnej aktorki, Ani Przybylskiej. Czy tej Sylwii... A może Doroty... Pyszne z nich osóbki.

Nie oszczędza pan na komplementach, zwłaszcza podanych tak pośrednio, a zarazem obrazowo.

Także na konstruktywnych, ostrych krytykach, zachichotał pan redaktor. A z nim Marcel Proust.

Ale proszę nie myśleć, że wydam tę książkę za darmo.

Nigdy tego nie pomyślałem. Szanuję pisarzy, wiem, że zasługują nawet na więcej za swoją odwagę i niezależność. A pani szczególnie.

Właściwie po co jest ta rozmowa, zapytałam z innej beczki. Przecież to nie wieczór autorski.

Chciałem panią zobaczyć.

Wiem. I?

Jestem pod wrażeniem. To ideał. Wspaniała, jak by powiedział mój syn, hardkorowa książka, i równie wspaniały pisarz. Przepraszam, pisarka. Hardkorowa...

Jest pan pewny, że napiszę coś jeszcze? Może te wspomnienia to pierwszy i ostatni raz?

O nie.

Jak to o nie? – zdenerwowała mnie przekora redaktora.

Pani ma potencjał.

Zobaczymy, czy ktoś to kupi, powiedziałam. Bałam się, że jak kupię więcej tych pochwał, pan redaktor straci do mnie sympatię i zacznie ironizować. To normalne u oczytanych ludzi.

Nawet jeśli nie... Pan redaktor postukał palcami. Ja inwestuję w moich pisarzy. Jeśli ktoś ma talent, w końcu wyjdzie na swoje. Talent, potencjał, energię i zawziętość. Nie ta, to druga, nie druga, to trzecia książka w końcu chwyci. A wtedy wznowimy pierwszą i drugą, rozumie pani?

Redaktor niby to żartobliwie puścił do mnie oko, a ja, było nie było była top prostytutka, absolwentka Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych oraz Instytutu Germanistyki Uniwersytetu Warszawskiego, wyczulona na męskie fantazje i oczekiwania błyskawicznie, prawie od niechcenia wychwyciłam grzeszną, wstydliwą myśl siedzącego przede mną wydawcy: jeden szybki, konwencjonalny stosunek, tu, w tym gabinecie, na tym uprzątniętym biurku... Biada kaktusowi! Pan redaktor odetchnąłby głę boko po zdarzeniu i śmiało zabrał się do wydawania mojej powieści. A tak wolno i opieszale weźmie się do tego, przeklinając moją urodę, makijaż, długie włosy w kolorze blue velvet – że nie dane było mu spotkać mnie w innych okolicznościach. Za to z rozkoszą pomyśli, że dzięki mojej książce przyłoży tym nadzianym gościom w garniturach, o dochodach rocznych, o jakich dziewięćdziesiąt dziewięć procent Polaków może śnić sobie całe życie i nie wyśnić ani odrobiny... Oto literatura walcząca, literatura społeczna, nowy pozytywizm poprzez pryzmat nihilizmu i ekshibicjonizmu, który pogrąży sumienia tych wyuzdanych brzuchali. Ble, ble, ble. Ich utuczone portfele i spasione konta, niczym dojne krowy, dostarczają pokarmu stadu rozkapryszonych dziwek. Dobrze im tak.

Redaktor wie, że gdyby chciał skorzystać z odrobiny mojego doświadczenia, musiałby zaciągnąć kredyt w banku (może nawet u samego prezesa manikiurzysty, dałabym mu list polecający), że zwyczajnie nie stać go na to, co mam do zaoferowania z racji mojego dawnego zawodu. A wstyd prosić o rabat, to niemęskie.

Jak on okropnie cierpi, zupełnie jak pan Podnóżek, który wycierał sobie łzy, gdy mijały ustalone dwie godziny, a ja wcale nie kwapiłam się do gratisowego wydłużenia sesji, bo zwyczajnie bolały mnie nogi.

To jedyny wydawca, który mnie zrozumiał, docenił i w dodatku chwali – może nawet przesadnie, w ściśle określonym celu. Pewnie dobrze, jeśli nie perfekcyjnie, zredaguje moją książkę, doprawi ją należycie i solidnie, by spodobała się wielu gustom.

Dobrze, nawet jeśli ulituję się nad panem redaktorem, powinien być świadomy, że rasowy pisarz nie pominie tego później w swoich kolejnych wspomnieniach. Nałogowo kopiuję przeżycia i wklejam je na kartki książki.

Panie redaktorze, cieszę się bardzo, że chce mnie pan wydać, zaczęłam od banału równego „O rany, a jednak się kręci!".

Mnie też jest przyjemnie.

Pan redaktor otworzył szufladę, wyjął drugie cygaro.

Widzę, że lubi pan to, co sam Bill Clinton.

O tak. Cygara dodają stylu, elegancji, wykwintu. Nie tylko prezydenci i prezesi mogą sycić się ich smakiem.

Myliłam się co do konwencji na biurku, cóż, wyszłam z wprawy przez to pisanie. Pisarz skazany jest na poszukiwanie nowych tematów, inaczej wypala się jak... No właśnie, jak co? Już tracę wenę, nie szalejąc, nie idąc pod prąd – jak kilka miesięcy temu w Vegas.

Czy ktoś śmiałby wejść do gabinetu bez pukania?

Nigdy, odpowiedział pewnie i z naciskiem na pierwszą sylabę pan redaktor. Chyba że jakiś szaleniec.

Wstałam.

Ten nieznośny upał, panie redaktorze.

Fakt. Klimatyzacja chyba nawaliła.

Niedobrze.

No właśnie.

Spalam się pod bluzeczką.

Fakt.

...Szkoda, że ten epizod nie znajdzie się w mojej debiutanckiej powieści. Epilog byłby niedorzeczny jak happy end w dramacie obyczajowym. A jednak.

...Za to może być pierwszym opowiadaniem w drugiej książce. Właśnie powiedziałam hop, nim przeskoczyłam. Ale patrząc na twarz pana redaktora, wiem, że mogę to zrobić bez przesądnych wyrzutów sumienia.

Mój gabinet jest strzeżony jak Gabinet Owalny w Białym Domu, oznajmił pan redaktor.

Wyśmienicie.

Gdyby wydawcy mieli takich autorów, takie autorki jak ja, umawialiby się z nimi, no właśnie, kiedy? I kochaliby swoją pracę miłością namiętną, zawziętą i bezkompromisową – tak jak poszukiwacze skarbów czy zaginionego czasu...

„Wyznania listonosza"

W naszym wydawnictwie do dziś się zastanawiamy, jak to było z panem Porębskim, dlaczego zjawił się u nas – a nie w takim Czytelniku – zakłócił spokój październikowego popołudnia, namieszał z prawdziwym profesjonalizmem, wywołał pośrednio także wielki zwrot w moim życiu. A wszystko przez książkę pana Porębskiego, napisaną czcionką Times New Roman, choć nawet na internetowej stronie naszego wydawnictwa w dziale Debiutanci prosi się o przysyłanie książek w Arialu. Jakże krnąbrni są ci pisarze, a wraz z nimi wszyscy, którzy za takich się uważają.

Wiedziałam, że jak tylko ten pan w okularach podejdzie do naszego biurka recepcjonistek, zaczną się komplikacje. Niedobrze, bo przecież już dawno minęła godzina czternasta, każdy, kto nadrobił rezerwy kaloryczne na mieście, opychając się w knajpce czy barze jakąś mniej czy bardziej podejrzaną smażeniną, siedział teraz dzielnie przy biurku i czynił ostatnie przygotowania do weekendowego wypadu. Kryzys, nie kryzys, odpoczywać trzeba. Biurowa beztroska. Wszystkie ważne sprawy, wszystkie spotkania z pisarzami, drukarzami oraz hurtownikami stały się o tej porze zapisem w archiwum wydawnictwa. Telefony odzywały się w przedziałach półgodzinnych, kwiliły jakoś tak niezdecydowanie, z rumieńcem żebraka, przepraszające, że jeszcze ośmielają się dzwonić, co uroczyście potwierdzało, co unosiło się leniwie w biurowym mikroklimacie, że koniec tygodnia nastał na długo przed godziną siedemnastą.

Joasia, moja wydelikacona hydrożelowymi maseczkami współpracowniczka, moja przemiła koleżanka przy telefonach, oceniała swoje długie paznokcie oczami przymrużonymi jak u kota porażonego nagłym strumieniem światła. Akurat przełączałam rozmowę do działu sprzedaży, więc upłynęło dobrych dziesięć sekund, nim miałam usłyszeć opinię Joasi o swoich paznokciach, że znów się kruszą i to pewnie przez złe odżywianie w tej naszej biurowej stołówce.

– Wiesz co – Joasia zaczęła dokładnie w tym momencie, kiedy nacisnęłam guziczek w centralce i powiedziałam: „Przełączam" – one znów się kruszą i to pewnie przez złe odżywianie w tej naszej stołówce.

– Znów? – udałam zwykłe, cotygodniowe zdziwienie. – Jak mogą. To nieładnie z ich strony. Paznokcie są po to, by rosnąć, a nie łamać się przy pierwszej okazji. Zupełnie ich nie rozumiem – ciągnęłam.

– Tak, znów – zakwiliła Joasia. – Spójrz – swymi twardymi jak kostka brukowa szponami przeleciała dwa milimetry nad moimi oczami – widzisz to, tak, właśnie to, obrzyyyydliwa rysa, ble, biedna płytka, wyraźnie zanosi się, że będę musiała skrócić je za chwilę, a Rysiek wkurzy się, bo on nie lubi, jak mam takie krótkie paznokietki.

Uśmiechnęła się, uśmiech trwał pół sekundy, może krócej, tylko kamera do obserwacji życia wodnych żyjątek mogłaby uchwycić ewolucję jej nastroju. Mina Joasi zmieniła się w zgrzyt niesmaku, zupełnie jak jakiejś lalce z modulatorem reakcji. Teraz myślała o tym, że jej ukochany chłopak spojrzy krzywo na rzekomo kruche paznokcie, takie, o których nie powie, że są seksowne, zabójcze, niebezpieczne, takie prosto z filmu Almodovara.

– Dlaczego sądzisz, że są kruche? – zapytałam. – Mnie się wydaje, że jesteś właścicielką najdorodniejszych paznokci w tym mieście. Ja to dopiero mam straszydełka, aż wstyd mi podawać rękę na powitanie. Istnieje poważne ryzyko, że wystraszę przyjazną dłoń. I co wtedy? Podpadnę i spuszczą mnie razem z papką obelg – ciągnęłam. Ciągnęłam, choć wiedziałam, że Joasia słyszy piąte przez dziesiąte, jeśli nie drugie przez dwudzieste i tak dalej. I nie ponosi za to winy jej hydrożelowa maseczka. Ani szminka Colour Trend. Ani wzburzone fale granitowych rzęs, jak by napisała konkurentka Grocholi, by sprzedać o sto egzemplarzy więcej, albo w ogóle sto egzemplarzy swojej książki.

– Nieprawda! – zaprotestowała Joasia. – Może masz... krótkie, ale są takie... pełne, nic im nie grozi.

– No nie wiem, ostatnio...

– Przepraszam, moje nazwisko Porębski.

Lekko ochrypły głos wbił się klinem w naszą pogawędkę. Jaka szkoda, usłyszałabym poradę Joasi, jaki zmywacz byłby najlepszy do moich żałosnych paznokci.

Joasia najwyraźniej wystraszyła się, że to sam właściciel firmy przyszedł skontrolować, czy pracownicy nie trwonią czasu na bezproduktywne pogawędki na kosmetyczne tematy, bo podskoczyła, pisnęła, a jej loczki zaszumiały płochliwie, jak by napisała... E, daruję sobie, może też nie jestem lepsza.

– Czym możemy służyć? Był pan umówiony, panie...

– Porębski. Mariusz Porębski. – Pan Porębski mrugnął do mnie, wysilając się na żartobliwie przymilne oczko, ale wyszła z tego typowa postać tiku nerwowego, świadectwo jakichś podstępnych natręctw, które prześladowały ich właściciela w najmniej oczekiwanych momentach.Takie jąkanie się neuronów, zacinanie się emocji, rozlewanie nadmiaru napięcia.

Mnie jednak nie wystraszył. Zauważyłam go już wcześniej, wyglądał na znerwicowanego kuriera, który przyjechał po przesyłkę; co prawda zapomniał włożyć służbowy strój – niebieską koszulę i czapeczkę z logo firmy. Wszedł przygarbiony do holu wydawnictwa, kręcił się badawczo z tym swoim plecaczkiem, jakich używają kurierzy, rozejrzał się na wszystkie strony i niespodzianie przystanął w miejscu, jakby wdepnął w kałużę butaprenu.

Jako czujna recepcjonistka miałam zamiar zapytać: „Czym mogę panu służyć?", ale rozproszyła mnie realizacja wewnętrznego połączenia na spółkę ze skargami Joasi.

– Tak więc...

Pan Porębski zbierał najwidoczniej myśli, bo przyłożył dłoń do twarzy i przejechał nią po szczecinie.

Nie wiadomo, czy się nie golił, bo chciał zapuścić sobie brodę, czy prowadził się niechlujnie z natury, goląc się raz na tydzień, w sobotę, jak przypuszczam.Wrażliwa Joasia miała już komentarz na czubku języka, nie słyszałam go, za to z łatwością wyczytałam z jej oczu: „O rany, bieszczadzki drwal w naszym wydawnictwie!". Poważny zarzut, gilotyna spada w dół, gilotyna laleczkowatego orzeczenia. Trzeba być kimś, reprezentantem lub pretendentem do świecznika, by odeprzeć takie porównanie.

– Tak więc... Ja, szanowne panie, umówiony jestem z panem redaktorem Kubackim.

Zatrzymanie gilotyny, akt łaski ląduje w ręce dowódcy, egzekucja wstrzymana do odwołania lub ostatecznie. Tego nie wiemy.

– Och... – westchnęła Joasia.

Na samym szczycie piramidy, której skromny podnóżek tworzyłyśmy z Joasią – między innymi z Joasią – jaśniało boskim blaskiem imię tego, który decydował, jakie książki zostaną wypuszczone na rynek, imię pana redaktora Michała Kubackiego. Wydawca zawsze liczył się z jego zdaniem, bo pan Kubacki był po prostu nieomylny. Pan trafione-zatopione. Wiedział, jaką książkę przetłumaczyć z angielskiego, niemieckiego, francuskiego i włoskiego, żeby okazała się bestsellerem na naszym rynku, wiedział także, któremu pisarzowi wręczyć zaliczkę i wymusić na nim wspomnienia albo dalszy ciąg sławnej powieści, wiedział też, z którym debiutantem zaryzykować i wydać jego książkę, promować ją, wywołać szeroki rezonans wśród krytyków, a ostatecznie umieścić ją na liście krajowych przebojów, nie tylko sezonu, trzeba zaznaczyć. Dla wszystkich pracowników naszego wydawnictwa pan Kubacki był dobrym aniołem, przewodnikiem wskazującym i wytyczającym właściwą, czyli bezpieczną drogę wydawania dobrej, poczytnej – zwłaszcza poczytnej – prozy, dzięki której pensje w wydawnictwie, kryzys, nie kryzys, każdego roku rosły o parę procent, a zwłaszcza pensja pana Kubackiego.

Tak więc jeśli pan Porębski miał spotkać się z samym panem Kubackim, to znaczy, że miał jego prywatny telefon, to znaczy, że wcześniej odbył z nim rozmowę na temat swojej książki i teraz przyszedł ją omówić. Na ogół książki, które trafiały do redakcji, przechodziły przez nasze ręce. Jakoś nie zapamiętałyśmy nazwiska pana Porębskiego, widocznie łączyła go prywatna znajomość z naszym redaktorem. To tylko potwierdzało jego pozycję. Blask świecznika. Byle kto nie przyjaźnił się z panem Kubackim, więc patrzyłyśmy pełne podziwu na pana Porębskiego, a ja wyczytałam z oczu Joasi nowy sąd o sześciodniowym zaroście znajomego, a może nawet przyjaciela pana redaktora: „W sumie jeśli to pisarz, to taka słodka szczecinka tylko podkreśla jego osobowość. W końcu to mężczyzna!".

Egzekucja wstrzymana.Witaj w naszym wydawnictwie, witaj, bohaterze, co uszczypliwości kul się nie bałeś, w swojej skromności tak wielki, tak niepowtarzalny i nieprzewidywalny.

– Zaraz sprawdzę. – Otrzeźwiałam i gorliwie zaczęłam wertować grubą książkę, w której zapisywałyśmy uzgodnione spotkania.

– Proszę bardzo – przyzwolił pan Porębski.

– Pan pisze? – zapytała nieśmiało Joasia. Zapomniała na szczęście o kruszących się paznokciach, w okamgnieniu przylizała brwi, żeby pan Porębski miał pełny ogląd jej uroczej, zarumienionej twarzyczki. Hydrożel lśnił jak nigdy, blaskiem właściwym, wyretuszowanym z nadmiaru odbić światła.

– Jasne, że tak. Piszę. Kocham pisanie.

– A co pan pisze?

– Różne rzeczy – odrzekł z westchnieniem pan Porębski. Zdjął okulary i wytarł z prawego szkła, nie, to niemożliwe, nie parę, ale łzę. Najprawdziwszą męską łzę. Zauważył, że przestałam wertować terminarz i przyglądam mu się zdziwiona. – E, taka alergia – wyjaśnił. – W końcu jestem człowiekiem.

– Skończyło już pylić, mamy chłodną jesień, chłodną – zauważyłam.

Pod oczami pana Porębskiego rosły dojrzałe fiołkowe podkowy, jakby przez całą noc opłakiwał zmarłą nagle całą bliską rodzinę. Z daleka wyglądały jak maźnięcia flamastra, które wykonał sobie przedszkolak podczas zabawy w Indian.

– Naturalnie, że mamy jesień. Ja mam metafizyczną alergię na zło tego świata. – Pan Porębski, dotąd przygarbiony, przybrał pozę żołnierza na warcie. – Taka wrażliwość, moje panie...

– Pisarska wrażliwość! – zaszczebiotała Joasia.

– O tak, pisarska wrażliwość. Widzę, że pani czuje to samo, co pisarz. Choć to trudna sztuka, bo wnętrze pisarza kryje w sobie tyle warstw, jest zdolne wchłonąć tyle sfer wrażliwości. Brawo. – Pan Porębski podrapał się po twardej sierści na twarzy. – Może pani też pisze?

– Nie, bardzo mi przykro, lecz z tym zawsze miałam trochę... troszeczkę kłopotów. – Joasia posmutniała i z wyrzutem zmierzyła swoje paznokcie. – Koleżanka tutaj coś tam próbuje, ale za każdym razem, jak chcę jej wyrwać kartkę, broni się, jakbym była jakąś osą czy komarem.

– Nieprawda – zaprotestowałam. – Nie lubię dawać do czytania niedokończonych rzeczy.

– O – pan Porębski poprawił plecak, widocznie miał tam coś bardzo ciężkiego – to ma pani dobrze, bardzo dobrze, wyśmienicie.

– Ja? – Przestałam przeglądać kartki; na żadnej z nich nie widniało nazwisko gościa naszego pana redaktora. Być może jest w bazie komputera, muszę sprawdzić, a to oznacza kolejną dodatkową pracę przed weekendem. Leniwa zawiesina spowalniała moje ruchy. Do domu, chcę do domu. Kryzys, nie kryzys. Co ja plotę, przecież skoro pan Porębski mówi, że jest umówiony, to jest. Założę się, że Joasia jedynie zamarkowała to spotkanie, pisząc oszczędnie tymi swoimi pomalowanymi na granatowo harpunami: Red. Kubacki, piątek, 16:30. Tylko z kim?! Muszę szukać, zamiast beztrosko pozwalać sobie na chwilę rozmowy z panem, który zna, ba, który jest na ty z panem redaktorem Kubackim, a teraz przez niezdarność Joasi, jak sądzę, przyszło mi odbębniać całe to poszukiwanie zapisu o spotkaniu. Joasiu, gdybyś pracowała na lotnisku w wieży kontroli lotów, terroryści nigdy by cię nie prześcignęli w ilości spowodowanych katastrof.

– Bo widzi pani, jak się pracuje w wydawnictwie, to jest większa szansa, że wydrukują. – Pan Porębski nabrał powietrza i lunął deszczem słów: – Przecież ma pani dwa kroki do gabinetu pana Michała, który szybko osądzi, czy to nadaje się do druku, prawda? Znają tutaj panią, pewnie cenią, także za milutką buzię i słodkie oczy, prawda? No więc wystarczy tylko, że zbierze się pani w sobie i napisze to i owo, napisze od początku do końca, poda panu Michałowi i sprawa gotowa, po kilku tygodniach książka wyląduje na półkach księgarń i w bazach danych księgarń internetowych, wspaniale, prawda, szerokie wody czytelniczych umysłów i kaprysów. Proszę pomyśleć o tych nieszczęsnych, zdolnych debiutantach, którzy przesiadują całe dnie i tworzą swoje opowieści, których potem nikt nie chce czytać, nikt! Wydawcy zwracają im listem poleconym te cudowne książki, piszą bezczelnie, że niedobre, nie ten styl, nie to przesłanie, albo że nie interesują ich debiutanci, a ja się pytam, tak, a ja się pytam, kto nie był kiedyś debiutantem?! Każdy był debiutantem, ludzie! Czesław Miłosz pewnie srał w portki, gdy po raz pierwszy zanosił te swoje wiersze do wydawcy, albo taki Pilch, bystrzak wielki, kto wie, może robił pod siebie i zapijał pod wieczór, a nawet wczesnym popołudniem, jak na jakimś świniobiciu, byle tylko wymodlić w swojej luterańskiej świątyni powodzenie pierwszego odczytania jego historii przez wydawcę, albo taki Stasiuk, to co, przyleciał do nas z kosmosu, dosypał wydawcy do kawy jakiegoś marsjańskiego proszku i uśpił jego czujność, albo na przykład Gretkowska, moje piękne panie, taka Gretkowska też musiała kiedyś zadebiutować i nie wierzę, że zrobiła wydawcy dobrze za opublikowanie jej książeczki, prawda? Boli mnie, bardzo mnie boli, że wymagają od debiutantów wcześniejszego debiutu, ot co! To jacy z nich debiutanci? Tak nie można, to jest niemoralne, na to powinno być jakieś przykazanie miłości debiutantów, jakiś ustęp w kodeksie prawa cywilnego, żeby nie krzywdzić obywatela na dzień dobry, akurat gdy napisze coś wielkiego i wartościowego, prawda?

Pan Porębski odetchnął i nieco się przygarbił. Niełatwą miał homilię do wygłoszenia.

Nie odpowiedziałam. Wstydliwie pochyliłam głowę – czy ten wielki znajomy naszego redaktora nie widzi, że chyba prędzej znikłaby na ziemi siła grawitacji, niżby przyjęto do druku jakąś tam pisaninę na przykład dziewczyny, która dorabia sobie na wieczorowe studia pracą recepcjonistki w jednym z większych wydawnictw w tym kraju?

A tak swoją drogą, Boże mój kochany, co on wygaduje, przecież nie ma żadnego spisku przeciwko debiutantom. To nie tak, to nie tak, proszę pomyśleć też o szczęściu. Wielu gra, nieliczni wygrywają. Ale jeśli już, to jak! Cóż, być może nie rozumiem intencji i nie mam spostrzegawczości prawdziwego pisarza, którym z całą pewnością jest pan Porębski.

– Proszę o minutkę cierpliwości – powiedziałam przepraszająco – sprawdzę tylko w komputerze... Na pewno zapisano pana nazwisko, tak ważny gość nie mógł zostać pominięty. Chyba że jakaś nasza koleżanka przeoczyła zapi...

– Na pewno nie, to niemożliwe, podawałem moje nazwisko, tylko że... inne.

– Inne? Proszę to sprecyzować.

– Pisarze posługują się często pseudonimami, prawda, proszę pana? – Joasia zrzuciła na mnie ładunek gromów i wyładowań, po czym spojrzała na pana Porębskiego z przymilnym błyskiem w oczach i westchnęła. – Na przykład w naszym wydawnictwie pewien pan, profesor zwyczajny zresztą, który wydaje książki o obyczajach seksualnych dzikich, ups, przepraszam, innych ras, to mimo że nazywa się Kłoskowski, na okładce podpisuje się Wielowie...

– Joasiu, to tajemnice wydawnictwa, nie wolno ich wyjawiać – pouczyłam koleżankę, za co ta ponownie raziła mnie piorunem złośnicy.

– Ta pani ma rację. – Pan Porębski wziął mnie w obronę, czym wcale nie stracił sympatii zakochanej w swoim Ryśku Joasi, która najwidoczniej uznała jego autorytet, wzmocniony dodatkowo bliską znajomością, a może nawet przyjaźnią z redaktorem Kubackim. – Ja też używam pseudonimu, ponieważ zmusiły mnie do tego okoliczności.

Joasia nie wytrzymała.

– Jakiego pseudonimu?

– Podlewski. Byłoby źle, gdybym publikował pod moim prawdziwym nazwiskiem... Dokładnie, Podlewski, proszę pięknej pani.

– Och, nie znam. Nic jeszcze nie czytałam tego pana, to znaczy pana tutaj... – Joasia zbladła, bo właśnie w tej sekundzie, czy to przez nerwy, czy zapatrzenie w pana Porębskiego, postukując paznokciami o blat biurka, zadała sobie cierpienie, przy którym średniowieczne łamanie kości zdaje się zabawą, jakimś psikusem, przynoszącym tak naprawdę poprawę zdrowia męczennika, przez ozdrowieńcze naprężenie jego mięśni i ścięgien.

– Ał! Ał! Ał! – zapiszczała Joasia, a z oczu jej trysnęły perliste łezki. Jednak zrobiło mi się jej żal, bo naprawdę cierpiała. Po swojemu, natarczywie i jarmarcznie, lecz szczerze.

Pan Porębski wzdrygnął się, cofnął i poprawił swój plecak. Dopiero teraz zauważyłam, że ma bardzo krótkie spodnie. Spodnie? Pierwsze jesienne chłody za pasem, a ten bliski znajomy pana redaktora Kubackiego paraduje po mieście w szortach! Ach, oryginały z tych pisarzy, nie to, co ja, wdzięcząca się do gości wydawnictwa panienka z recepcji.

– Przestań – warknęłam. – Przestań, bo też zacznę ryczeć jak krowa, której nie dojono od dwóch dni.

– Nie ryczę jak krowa! – krzyknęła Joasia. – Gdyby tobie złamał się tak cudowny paznokieć, też darłabyś sobie włosy. Ale ty nawet nie masz takich paznokci. Taka jest prawda!

– Przecież nie drzesz włosów – powiedziałam z naciskiem. – Przedtem to narzekałaś na nie, a teraz nazywasz je cudownymi. Mała kapryśnica.

Gdyby w holu stali kurierzy, gdyby przybył akurat jeszcze jeden gość do redakcji, pojawił się roznosiciel pizzy, a obok niego pan z lunchowymi kanapkami – mieliby darmowe przedstawienie z życia niższych warstw. Już widziałam, już czytałam ustęp w książce pana Porębskiego, takich wspomnieniach czy innych wyznaniach, jak to przyszedł sobie kiedyś porozmawiać ze swoim przyjacielem, redaktorem prestiżowego wydawnictwa, był spokojny i grzeczny, dopóki nie zdenerwowały go, a może raczej rozśmieszyły do łez, alergicznych łez na głupotę ludzkiego gatunku, dwie ulizane idiotki z recepcji, które pokłóciły się przez złamany paznokieć jednej z nich. Na szczęście był piątek, zbliżała się piąta, godzina wolności, więc nasza awangardowa pantomima rozgrywała się wyłącznie na oczach pana Porębskiego. Trudno, jak wyjdzie ta jego książka ze wspomnieniami, pewnie pod nazwiskiem Podlewski, to może do tego czasu będę miała tyle pieniędzy, że wykupię cały nakład i oddam go na makulaturę.

Wbiłam zęby w dolną wargę i wróciłam do poszukiwań w komputerze. Joasia porwała z torebki opakowanie chusteczek Velvet o zapachu mięty i pobiegła do toalety. Pan Porębski zanucił coś, zdaje się, „bo do tanga trzeba dwojga". Co za zdecydowany gust! Cóż, pisarze bywają naprawdę dziwni i nieprzewidywalni.

– Panie Porębski, bardzo mi przykro, ale nigdzie nie ma zapisu o pana spotkaniu z redaktorem Kubackim.

– Nawet pod moim pseudonimem?

– Niestety.

– Podlewski, pamięta pani?

– Oczywiście. – No cóż, zapisałam się na jego dysku pamięci jako głupiutka panna z recepcji.

– To mamy problem, bo ja muszę się dziś spotkać z Michałem. Dziś, nie jutro.

– Jutro jest sobota, nie pracujemy.

– No właśnie, więc dziś. Tylko dziś.

– Nie wiem, co powiedzieć, przykro mi. – A więc wydało się: Michałem. Nie panem. Dziwna ta ich przyjaźń, umawiają się, a potem cierp recepcjonistko. O Boże, muszę mu coś powiedzieć!

– Panie Porębski...

– Chwileczkę, coś pani pokażę.

Pan Porębski zdjął plecak, sprawnie otworzył klapę i wyjął karton po męskich butach. Postawił go na biurku.

– Niech pani patrzy i podziwia.

Nie mogłam uwierzyć. To musi być mądry człowiek, bystrzak, jakich mało chodzi po tym padole łez, słowem mądry, utalentowany człowiek, którego – nic dziwnego – nasz redaktor zamierza wydać jeszcze w tym roku.

Dotknęłam z niedowierzaniem okładki maszynopisu, który pan Porębski wyjął z kartonu.

– Tak, tak. – Pan Porębski uśmiechnął się pobłażliwie, jak ksiądz słuchający wyznań dwunastolatka, który wypłakał podczas spowiedzi, że popełnił wielki grzech, naprawdę wielki grzech, bo ukradł dwa jabłka z ogrodu sąsiada.

– Tysiąc sześćset siedemdziesiąt osiem stron wielkiej sagi. Będzie z tego pięć tomów, cykl, który wzbogaci naszą literaturę o nowe perspektywy i wartości zarówno stylistyczne, jak moralne. Na razie, próbnie, chcę wydać to pod pseudonimem, aby moi koledzy z pracy nie zazdrościli mi i nie wyrwali stołeczka, nie wygryźli mnie, padalcy. – Pan Porębski zaśmiał się i pogłaskał czule okładkę, na której wielką tłustą czcionką, z całą pewnością Times New Roman, widniał dumnie tytuł: „Wyznania listonosza".

– Przepraszam, że o tym mówię – wydusiłam z siebie z trudem, widząc tak grube dzieło, zatykające mi z wrażenia płuca – ale czy nie pisał pan tego Arialem, bo ja widzę, że pisał pan w zupeł...?

– A co to ma do rzeczy?

– Pan redaktor, pewnie pan o tym wie, uznaje tylko Ariala.To może dziwne, ale jeśli przychodzą do nas jakieś książki, które przysyłają debiutanci, to pan redaktor nawet nie zagląda do tych pisanych inną czcionką. Po co, mówi, ma czytać kogoś, kto nie czyta jego – powiedziałam z naciskiem. – A pan redaktor napisał wyraźnie we wszystkich materiałach o naszym wydawnictwie, że przyjmujemy teksty tylko w Arialu. Ale skoro pan zna pana Kubackiego, to myślę, że nie ma to znaczenia, taka błahostka w gruncie rzeczy. Przepraszam, że o tym mówię, ale...

– Nie ma sprawy, piękna panienko – powiedział dobrodusznie pan Porębski.

– To pan pracował na poczcie? – zdziwiłam się. Cóż, Bukowski, Hrabal też chwytali się przeróżnych zajęć i jedno pozostaje pewne: to tylko urozmaiciło ich prozę, dodając jej porażającego autentyzmu.

– Ja pracuję, piękna panienko, pracuję.

– Stąd ten pseudonim?

– Już mówiłem! – żachnął się pan Porębski.

– Proszę wybaczyć mi ciekawość, ale o czym jest ta powieść?

– Jak to o czym?! Nie potrafi pani czytać?!

Zaczerwieniłam się. Ja do niego tak przymilnie, prawie jak Joasia, której wychodzi to zawsze naturalnie, a on od razu z pretensjami. Ach, ci pisarze! Ich żony mają z nimi pewnie drugą, trzecią i czwartą Golgotę. I żadnego zbawienia, chyba że po ich śmierci.

– Widzę tytuł „Wyznania listonosza". Ciekawi mnie, o czym są te wyznania. Domyślam się, że jakieś śmieszne epizody z roznoszenia poczty, romansów z paniami, które otrzymują te listy – ośmieliłam się dopisać sobie odpowiedź. – Taki nowoczesny Balzak, Zola, Maupassant. Obyczajowy, miły uchu realizm.

– To byłoby prostackie! – powiedział z naciskiem, nawet z wyższością, pan Porębski. – Nie jestem pornografem, piękna panienko. Nie taplam się w błocie wygodnictwa, w którym tkwią aż po dziurki w nosie wszyscy ci awangardowi niby-pisarze.

– Ale Balzak nie był awangardowy. To znaczy... Przepraszam. Zawładnęła mną ciekawość jako przyszłą czytelniczką pana książki.

Pan Porębski pokiwał głową na ten oczywisty akt lizusostwa, pogrzebał w plecaku, jakby poszukiwał długopisu, którym napisze swój autograf na dekolcie, jak podejrzewałam, bo odważni pisarze uwielbiają takie wybryki, a pan Porębski wyglądał na takiego, inaczej nasz redaktor nie byłby jego znajomym, a może nawet przyjacielem.

– W takim razie co jest treścią tych wyznań listonosza?

– Normalnie, opis jego pracy, adresów na kopertach, ulic, które przemierza. Jak coś było, to było, prawda? A było.

– Nie rozumiem.

– Nic dziwnego – orzekł pan Porębski. – To proza eksperymentalna. Czytelnik spodziewa się nie wiadomo czego, jakiegoś dowcipu na poziomie Benny Hilla czy Jasia Fasoli, czy nawet tego pani Balzaka, a zapomina, że elementarnym zadaniem pisarza jest przekazywanie prawdy w obrazkach. A ja dzięki własnemu doświadczeniu przekazuję ją pod postacią monumentalnej powieści. I tu czytelnik zostanie zaskoczony jak nigdy, poruszony drobnymi epizodami z bogatego w inspiracje życia zawodowego przeciętnego polskiego listonosza. Nie takiego znów przeciętne go, bo obdarzonego talentem, lecz pozwoli pani, że zachowam skromność. Czuję, że i tak przekroczyłem pewne granice. Ale czego się nie robi w obronie własnego dziecka?

Ile lat ma pan Porębski? Poucza mnie z wyższością, mnie, panienkę z recepcji, mówi jak sześćdziesięciolatek, choć pod tą drapiącą źrenice szczeciną kryje się zapewne uważny obserwator rzeczywistości, trzydziestokilkulatek; zwariowany z niego człowiek, ale w końcu pisarz, niech mu będzie, prawda, tylko prawda, przeznaczenie pisarza. Już sama nie wiedziałam, co mam sądzić o przyszłym autorze naszego wydawnictwa. Jeśli nie Balzak, to kto? A na razie, w kontekście prawdy i realizmu, i wszystkich obrazków, muszę powiedzieć mu niezwykle ważną rzecz.

– Obawiam się, że zaszło poważne nieporozumienie albo niedopatrzenie. – Dopiero teraz złapałam z panem Porębskim kontakt wzrokowy; przedtem patrzył gdzieś nad czubek mojej głowy, być może na wielki kalendarz na ścianie za biurkiem recepcji, kalendarz ze zdjęciem kilkunastu przebojowych książek naszego wydawnictwa, leżących na egzotycznej plaży, w pobliżu porozrzucanych naturalnie orzechów kokosowych. Pomysł na zdjęcie dał oczywiście pan redaktor, twierdząc, że wydawane przez nas książki każdy weźmie ze sobą nawet na bezludną wyspę, na której sądzone mu spędzić resztę lat. I takie też było hasło przewodnie. Kalendarz ma być równocześnie reklamą, jak i wyróżniać się spośród wszystkich tych sztampowych, ugrzecznionych kalendarzy, jakimi pozostałe wydawnictwa katują gości recepcji, wciskają swoim pracownikom i przyjaciołom na Gwiazdkę oraz czytelnikom na wieczorach literackich.

– O, plaża – zauważył spostrzegawczy pisarz, niby zwyczajny listonosz, etatowy pracownik poczty, a mimo to bliski znajomy, a może nawet przyjaciel pana redaktora Kubackiego. – Przerwałem pani, proszę skończyć.

– Otóż dziś jest piątek, a piątek, proszę pana, to dzień, w którym pan redaktor Kubacki zwykł o tej porze jadać w Manianie, czy generalnie w którejś z restauracji na ulicy Foksal.

– Że co? Jak to? Generalnie? Jeszcze nie ma siedemnastej.

– To pan redaktor decyduje, o której kończy pracę. On tu jest szefem, proszę pana.

– Że co? – Pan Porębski potarł sobie czoło. – Nie ma człowieka na stanowisku pracy?! U nas na poczcie to niedopuszczalne!

A więc na pewno pracuje na poczcie, to nie wybieg, by stworzyć pozory skromności, też jestem spostrzegawcza, no, nie taka idiotka, jak to sobie na sto jeden procent pomyślał pan Porębski.

– Kompletnie zapomniałyśmy powiedzieć o tym panu na samym początku.

– Na samym początku – powtórzył cicho pan Porębski.

– Bardzo mi przykro. To wszystko przez moją koleżankę. Joasia zaczęła panikować z tymi swoimi paznokciami, sam pan widział. Potem tak się zagadaliśmy, pan wyjął swoją książkę, zaczęliśmy pogawędkę...

– Pogawędkę? Mydliłyście mi oczy, bawiłyście się moim kosztem, mnie, utalentowanego pisarza, zwodziłyście, byle tylko pokazać, kto tu rządzi.To niedopuszczalne. Zaraz powiem o tym Michałowi. Zobaczycie... Zobaczycie na własnej skórze.

– Ale go nie ma, naprawdę go nie ma.

– Bzdury. Coś się wam nie spodobało we mnie, w mojej złożonej osobowości, więc specjalnie nie chcecie dopuścić mnie do gabinetu pana Kubackiego... to jest Michała.

– To on jest dla pana panem Kubackim czy Michałem, kolegą? – zapytałam poruszona, zniecierpliwiona kogucim nastawieniem pana Porębskiego. Dosyć tych pisarskich kaprysów. Niech wymaga sobie, ile mu się zechce, kiedy zadzwoni na sekslinię.

– Masz mnie natychmiast do niego zaprowadzić! – powiedział głośno pan Porębski.

– Odkąd to jesteśmy na ty? A z panem redaktorem Kubackim czy pan rzeczywiście jest na ty, czy pan go naprawdę zna? – odszczeknęłam dzielnie panu Porębskiemu, bo mimo że pisarz, to potrafi zdenerwować zupełnie jak zwykły, prozaiczny człowiek. Opryskliwy listonosz, drżyjcie emeryci. Podobnie rozdrażniła mnie pewna pisarka o wyglądzie wyjątkowo rozwiązłej zdziry, która paradowała tu w lecie, przedstawiała redaktorowi swoją autobiografię, nieźle namieszała mu w głowie i nie tylko.

– Nie twoja sprawa! Przyniosłem tu moją powieść i natychmiast chcę zobaczyć się z redaktorem tego wydawnictwa. Jak nie z tym, to z innym. Jeden Kubacki nieba nie tworzy. Dzwoniłem do niego, powinien pamiętać o spotkaniu, nic mnie to nie obchodzi, nic, zupełnie nic!

– Proszę się uspokoić!

Nasze wydawnictwo znajduje się na piątym piętrze wieżowca. Ochroniarze siedzą na dole, w głównym holu. Na ogół już na dzień dobry wyłapują podejrzane indywidua. Trzeba nacisnąć guzik alarmowy, powinni przybiec w parę minut. Ale przecież to pisarz, spokojnie, może to ja panikuję?

Nie! To się działo. Teraz, już, w tej chwili. Tak zwyczajnie niezwyczajnie. Pan Porębski krzyknął coś do siebie, coś w rodzaju „Jaaaba!".

Pokręcił głową jak nauczyciel niezadowolony z odpowiedzi ucznia – to wstyd, żeby napisać który przez u. Albo że cztery odjąć dwa daje jeden.

No i do dzieła.

Pan Porębski wyjął z kieszeni szortów nóż, tak, sprężynowy nóż, którym wskazał na mnie władczo, obszedł biurko i zakrył mnie swoim cieniem.

– Piękny okaz, znacznie ostrzejszy od zębów żarłacza, moja panienko. No, nie ma co marudzić, prowadź do redaktora.

– Boże, co pan robi!?

Joasia wróciła z toalety, opakowanie chusteczek wypadło jej z dłoni, zaczęła piszczeć, bardzo profesjonalnie zresztą, jej pisk parzył ciekawością. Co najmniej drugi stopień poparzenia.

Nawet nie zdążyłyśmy na siebie spojrzeć. Do recepcji zbiegli się ludzie z gabinetów, niektórzy z teczkami i plecaczkami przyszykowanymi do wylotu z biura. Zatrzymywali się w pół drogi, zaskoczeni sceną z thrillera.

Było jednak za późno na przywoływanie do porządku, opamiętanie się, zaniechanie szaleństwa. Pan Porębski, choć pewnie Podlewski pasowałoby bardziej do okoliczności, już trzymał mnie władczo za kucyk, już przyłożył mi do gardła sprężynowiec. Wyglądał jak natchniony skrzypek gotowy do namiętnej gry na niecodziennym instrumencie.

– Zawołajcie redaktora, ma tu natychmiast przyjść i wziąć do druku moją powieść „Wyznania listonosza", tysiąc sześćset siedemdziesiąt osiem stron, dzieło mojego życia, żywa literatura, poruszająca bardziej niż biblijne przypowieści! – krzyczał, miotając się pan Porębski, a ja miotałam się razem z nim, ostrze jakimś cudem nie przecięło mi jeszcze szyi, byłam zbyt oszołomiona i wystraszona, zupełnie jak pechowcy, którzy natrafili na wyprężoną hipnotyzująco kobrę królewską. Właśnie, spojrzenie kobry... Niezręcznie się do tego przyznać, lecz nie myślałam, że za chwilę padnę – wykrwawiona, pechowa recepcjonistka, o której napiszą w „Super Expressie", myślałam sobie, że Max Cegielski miał wyjątkowy fart, że przeżył, by napisać swoją „Masalę". Jak on przemierzał te Indie, że zachował schludniutki tyłeczek i pogodną minę i żaden wąż nie zakochał się w nim miłością totalną i nachalną, jadowicie namiętną?

Do pana Porębskiego zbliżył się powoli, godnie, nasz miły, pyzaty Edmund, sekretarz redakcji. Trzymał w dłoni zrolowaną gazetę; podniósł ją, jakby chciał uderzyć muchę na głowie pana Porębskiego.

– Niech pan ją puści! Zwariował pan! Wezwiemy policję.

– Więc to tak! – Pan Porębski ścisnął mi mocniej szyję, jeszcze chwila, a nie wytrzymam. – Chcę widzieć się z panem Kubackim, dzwoniłem do niego, obiecał spotkanie.

– Co? Kiedy?

– No, spotkanie.

– Ale kiedy? – Edmund mrugnął dzielnie, dodając mi otuchy. – Nasz redaktor nie ustala spotkań, robi to jego sekretarka za pośrednictwem recepcjonistki, która podaje nazwisko gościa i cel jego wizyty.

– Moim celem jest wydanie książki. Mojej powieści, tysiąc sześćset siedemdziesiąt osiem stron. Rozumie pan?

– Dużo – Edmund opuścił gazetę – bardzo dużo stron; kiedy pan to napisał? Trzeba wielkiej cierpliwości...

– Co ty pieprzysz! – krzyknęła Joasia. Była z Edmundem więcej niż na ty, w przeciwieństwie do Ryśka wiedziałam o tym już od dwóch miesięcy, gdy Edmund przyjmował ją do pracy. – Patrz, co on wyprawia! I kim ja się zachwycałam? Pisarzem-psychopatą! – zganiła siebie Joasia. Jej gniew niewątpliwie wzmocniony został dodatkowo przez przypiłowany paznokieć palca wskazującego.

– Ale ja płakałem, nim tu przyszedłem, płakałem ze wzruszenia, że wreszcie nastąpił ten dzień, dzień, w którym przyniosę moją książkę do wydawnictwa, a tu redaktor, zamiast być na posterunku, żre w najlepsze jakieś śródziemnomorskie jadło!

Wzburzony pan Porębski puścił mnie, było jednak za późno – nie wytrzymałam, wyrwałam do przodu, w stronę biurka, i zwymiotowałam obficie prosto na okładkę „Wyznań listonosza".

– O ty złośnico, suko! – wrzasnął pan Porębski.

Joasia, Edmund, dwie pracownice księgowości i trzej ochroniarze otoczyli listonosza. Joasia powiedziała mi później, że pan Porębski miotał się i groził przez parę sekund. Profesjonalna interwencja ochroniarza pozbawiła go siekaczy i to powstrzymało go przed popełnieniem głupstwa – wbiciem mi noża w strategiczny punkt za skrzywdzenie jego opasłej książki, do której, taką mam nadzieję, wkrótce w Tworkach dopisze powyższy, znaczący epizod.

Pan redaktor Michał Kubacki wskazał mi fotel dla gości w swoim gabinecie. Wiedział, że czuję się trochę nieswojo, bo zwykła, a nawet niezwykła recepcjonistka mogła co najwyżej marzyć, by znaleźć się w tym miejscu.

Redaktor siedział godnie za swoim obszernym dębowym biurkiem, na którym oprócz paru maszynopisów stał laptop i dumny, wyzywająco gruby kaktus.

– Opowiedziano mi, jak dzielnie zachowała się pani podczas tego incydentu w piątek. Jak wyczuła pani jego intencje. Przyjęła pani na siebie ciężar, który ten niezrównoważony człowiek przeznaczył dla mnie. Tak, proszę pani, niezrównoważony. Nie wiem, skąd zdobył numer mojej komórki...

– Mówił, że pracuje na poczcie – wtrąciłam nieśmiało.

– O właśnie! Ma pani pamięć, brawo. Tak więc wydzwaniał do mnie bezczelnie i ciągle starał się opowiedzieć o tej swojej powieści, podobno tysiąc sześćset siedemdziesiąt osiem stron. Że niby eksperymentalna.

– Rzeczywiście, potem ją przejrzałam. Przez dwieście stron powtarza się zdanie: „Ludzie nie pojmą pracy listonosza, dopóki nie założą torby pełnej setek kopert, listów poleconych, przekazów pieniężnych. Ludzie nie wiedzą, co myślą".

– Ach, ci eksperymentatorzy. – Pan redaktor westchnął i wyjął z szuflady cygaro. – Pani pali?

Po raz pierwszy wstydziłam się, że nie palę, z takim człowiekiem warto zapalić sobie cygaro – nie zwyczajny papieros, jakieś tam udające wytworność marlboro, tylko prawdziwe kubańskie cygaro z błogosławieństwem Fidela Castro. Styl, maniery, prawdziwy pan redaktor z encyklopedii polskiej literatury.

– A to dobrze, bo rozpraszałoby to panią w pracy. Ja palę okazyjnie. Specjalne okazje. A taka ma obecnie miejsce.

– I tak mnie rozprasza wszystko, zwłaszcza telefony... – zaczęłam i przestraszyłam się swej prawdomówności, więc zamilkłam. – Dziękuję, że nadarza się okazja do małego święta. Z tym rozpraszaniem chyba przesadzam...

– Ależ skąd. Rozumiem, rozumiem i popieram. Pani pewnie mi nie wierzy. Mam dowód, argument nie do podważenia. Joasia mówiła mi, że pani coś pisze.

– Joasia panu mówiła? Jak mogła!

Milczenie pana redaktora było odpowiedzią, dlaczego kilka dni temu Joasia zerwała z Ryśkiem, nie płakała, patrzyła obojętnie na Edmunda, co więcej, kupiła sobie nową, krótszą spódniczkę i prężyła się, jak tylko pan redaktor wychodził z gabinetu.

– I jest pani spostrzegawcza, to z całą pewnością. Niech będzie – pan redaktor zapalił cygaro – przeczytam coś od debiutanta, oczywiście jeśli pani uważa się za taką, bo przecież wiadomo, że są tacy, co z założenia i niby-talentu piszą prosto do szuflady. Nie jednej, dwóch, trzech czasem. Pani je widzi, trzy szuflady pełne zapisanego, niepotrzebnego nikomu papieru. Wyłącznie papieru.

Czy w takiej chwili wypadało pozować na cierpiętnika, który spluwa w ręce i podnosi krzyż z przebitymi troskami niespełnionych debiutantów? Nie obchodziły mnie ani ich szuflady, ani półki, ani kanapy czy mysie dziurki, w których chowają swoje maszynopisy przed oczami ciekawskich domowników. Mało brakowało, a odpalona zostałabym prosto na sufit, promienność pochwyciła moją pierś, jeszcze moment, a pęknie mi stanik – uspokój się, kobieto.

– Niczego nie obiecuję, ale – pan redaktor, gwiazda naszego wydawnictwa, wypuścił z ust pierwsze dymne kółko – jeśli to będzie dobre, to czemu nie, miałaby pani dodatkowo reklamę, praca w wydawnictwie, samorodny talent. Jeśli, jak powtarzam, okaże się to dobre.

– Jak to samorodny? – zapytałam. Bałam się zapeszyć, bałam się wytłumaczyć, że to nie tak, że nie piszę od pięciu miesięcy, odkąd zaczęłam pracować w recepcji, piszę już dłużej, a tak w ogóle... lepiej zmienić temat. O literaturze pogadam z redaktorem, jak przyniosę mu moją książkę. – A co z panem Porębskim?

– Wczoraj zadzwonił do mnie kolega z wydawnictwa Szafir, do nich też przyszedł ten cały Porębski. Co za uparta menda. Ale oni mają lepszą ochronę, wyczuli czubka od razu, więc nie było problemów. A wie pani dlaczego? Bo oni wydają więcej książek od nas, mają większe zyski, to i na własną ochronę ich stać, a nie to co my, wynajmujemy piętro w biurowcu, gdzie w stołówkach widzę klony garniturowców. Momentalnie tracę apetyt, nawet wątróbka w panierce mnie nie udobrucha. Dlatego jadam na mieście... Co dodatkowo ratuje mi życie... Musimy bardziej się starać! Mam nadzieję, że to, co mi pani przyniesie, będzie miało w sobie odpowiedni potencjał, by nadawać się do druku. – Pan redaktor mrugnął do mnie i wskazał kciukiem do góry. – Ale niczego nie obiecuję.

– Dziękuję – odpowiedziałam bliska omdlenia, szczęśliwa, że Joasia będzie musiała zaprzyjaźnić się z nową recepcjonistką.

Przyznam, że pan redaktor wystraszył mnie tą zachętą bardziej niż pan Porębski, gdy trzymał mnie jako zakładniczkę.

– Aha, oczywiście proszę wydrukować to w Arialu, proszę pani.

Pan redaktor Michał Kubacki wypuścił drugie dymne kółko, które niczym wieniec laurowy objęło moją szyję.

Rezydent

Dostępne w wersji pełnej

Mój narzeczony jest poetą

Dostępne w wersji pełnej

Śmieci

Dostępne w wersji pełnej

Modelka

Dostępne w wersji pełnej

Nocne strachy egzystencjalne

Dostępne w wersji pełnej

Nicość

Dostępne w wersji pełnej

Kasjerka albo Kazik

Dostępne w wersji pełnej

Piątek po dwudziestej

Dostępne w wersji pełnej

Mój hardcore

Dostępne w wersji pełnej

Przy piwie, czyli wybity ząb poszukiwacza opowieści

Dostępne w wersji pełnej

Łysiejący copywriter

Dostępne w wersji pełnej

Pomywacz sumień

Dostępne w wersji pełnej

Ratlerek

Dostępne w wersji pełnej

Strzęp nerwów

Dostępne w wersji pełnej

„Kobieta, która nie nosi stanika"

Dostępne w wersji pełnej

Księga Daniela

Dostępne w wersji pełnej

List do Pana Pilcha

Dostępne w wersji pełnej

Po napisaniu 292 stron jestem głodny, idę na zakupy

Dostępne w wersji pełnej

Kubacki i Kubacki

Dostępne w wersji pełnej

Karta redakcyjna

Copyright © Dawid Kornaga 2003 Copyright © Prószyński i S-ka SA,Warszawa 2003

Projekt okładki Mirosław Adamczyk

Redakcja Jan Koźbiel

Redakcja techniczna Jolanta Trzcińska

Korekta Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-7839-323-8

www.proszynski.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

www.woblink.com