Gangrena - Dawid Kornaga - ebook
Opis

"Gangrena" to jedna z najbardziej drastycznych powieści ostatnich lat nie tylko w polskiej literaturze, do bólu realistyczna, sakralna i... diaboliczna. Obsceniczny język, wyrafinowana metaforyka, brak poprawności politycznej, co więcej, namiętny atak na nią, apologia zła, a zarazem jego drapieżna krytyka. Adam jest przerażająco samotny. Mieszka z Babcią i trzema Kotami. Życie wydaje mu się nudne i beznadziejne. Obsesyjne czeka na zmianę, jakiś Znak, łaskę Boga. Narkotyki, alkohol, miłość i seks w konwencjonalnym wydaniu nie przynoszą mu ukojenia. Przypadkowa spowiedź uzmysławia Adamowi nikłość egzystencji. Odtąd pragnie świata "teraz i zaraz", odtąd jest sobą w sposób wykraczający poza przyjęte normy, poza prawo. Poprzez kłamstwa, prowokacje, brutalne gwałty Adam zaczyna nowe życie...

Dawid Kornaga (ur. 1975). Pochodzi z Lubaczowa, od wielu lat mieszka w Warszawie. Absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Debiutował wielowątkową powieścią Poszukiwacze opowieści (2003). Podatny na depresje, alergie i wahania ciśnienia. Zafascynowany starożytną Grecją i Rzymem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 308

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


GWAŁT

0! Nie jestem czlowiekiem: huczy noc nademną. [...]

0, daj mi ten grzech poznać. Niktna mnie nie wola.

0, daj mi choć szatana poznać,lub mi daj aniola.

Krzysztof Kamil BaczyńskiSamotność

Czuję to aż nazbyt wyraźnie. Cierpki smak codziennego syfu osiadł na ulicach. A wraz z nim – ja. Spodziewałaś się tego, Emilio?

– Proszę, nie!

Kto zadecydował, że przez całe nasze życie nieuchronnie zbliżaliśmy się ku sobie, by wreszcie zderzyć się w tak osobliwy sposób. Ani nie zostanę twoim narzeczonym, ani nawet kochankiem na dłużej. Kochankiem? Kobiety lubią takie ciepłe słowa do poduchy. Mężczyźni wolą konkretne przytulanki. Wartkie pierdolenie. Marzą o sąsiadkach, którym nigdy za mało. Niektórzy mężczyźni, bo większość to padlina, która wyobraża sobie nie wiadomo co. Roi sobie za pomocą majestatycznych porównań, że może wszystko. I przy okazji nic. Boże, potrzebujemy tak bardzo kochać. Nie jestem wyjątkiem. Są chwile... Kochać, miłować, wielbić. Zależeć od kogoś, należeć do kogoś. Skąd to się bierze? Na pierwszym planie fizyczność. Despotyczne królewiątko. Kochają się pedały, nie oszczędzając na wytryskach. Kochają się lesbijki, doprowadzając swoje języki do czerwoności. Kochają się nawet mężowie i żony, jeśli się dotarli przez lata sprzeczek, kłótni, niedomówień. Miłość odciśnięta stemplem obowiązku. Miłość opisana i zanalizowana.

Moja miłość nie podlega definicjom.

– Babciu, Koty stają się coraz bardziej bezczelne. Czy one zdają sobie sprawę, że spotka je kara boska za te śmierdzące wykroczenia, które zostawiają za kanapą, na chodniku w korytarzu, w moich butach? Kto nie zapaćkał skarpetek w kocim rozlewisku ekskrementów, nadal łudzi się, że koty to takie przeurocze stworzenia; kocia kupa jest mieszanką ze stu zgniłych jaj i starej pasztetówki, siarkowodorem w czystej postaci, ekstraktem z odchodów tuzina skunksów.

– Zwierzaczki – usprawiedliwia je Babcia. – Może źle przyrządziłam im kaszkę z cielęcinką?

I znów im wybacza. Tak ciężko mi ją naśladować. Tyle w niej z Samarytanina. Wlokę się za nią niczym wychudzony przez zmierzch słońca cień. Właśnie tak. A kiedy zostaję sam na sam, cień znika.

Dobroć Babci jest obrzydliwie przytłaczająca.

Można dostać od niej kurwicy.

Emilia. Tak niestrudzenie ją śledziłem, by wreszcie dobrać się do niej. Wtulić się w nią.

– Wypierdolę cię jak nikt przede mną – mówię do niej, szepcząc do siebie. Po co wdawać się z głupią pizdą w niepotrzebne konwersacje, skoro rzecz się dokonała. Jestem jak ogier po zastrzyku z afrodyzjakiem, ja, zwierzę rozpłodowe bez celu prokreacji. Jestem trzecim kręgiem piekielnej rui, chuj mi stoi nawet w przełyku, mogę jedynie oddychać coraz głośniej.

Na mieście jest szeroki wybór równie powabnych kobiet. Jednak jeśli się zdecyduję na którąś, klamka zapada. „Nie można rozjeżdżać się we wszystkich kierunkach, bo w efekcie nigdzie się nie zajedzie”, powiedziałby posterunkowy, wlepiając mandat jakiemuś frajerowi za kierownicą cuda, które tylko w Korei nazywają samochodem. Emilia, Emilia... nie chcę jej znać, chcę ją tylko czuć. Marzę, by położyć się na jej rozgrzanych udach jak rozdygotany york. Smakowite ochłapy ze stołu spełnionego życia. Łapczywie pochłaniane. Kto nigdy mocno nie pragnął, nigdy nie zrozumie. Każdy prokurator powinien choć raz w życiu zakraść się do cudzego ogrodu i poupychać w kieszenie marynarki jabłek.

Obce kobiety smakują wybornie. Teolodzy ściemniają z tym aniołem stróżem. No, gdzie on jest, czmychnął pogoniony moim jednym gestem. Nie zdążył mi powiedzieć, skąd to się bierze.

Nieudacznik na wątpliwym etacie. Tyle Znaków dokoła.

Dwoją się i troją, nie dając mi chwili spokoju.

Czasem dobrze być ćwokiem, którego zajmuje liczenie rzęs na powiekach. Czy coś innego, zupełnie nieproduktywnego. U mnie wszystko ma swój cel, sens. Jestem w jakiś sposób wybrany, nie muszę tego udowadniać przed nikim, tym bardziej przed sobą, więc godzę się na tę nieuchronność. Kto mnie pomazał, jeśli nie ja sam? Ile nowych objawień z ewangelii są w stanie wydusić zawodowi kaznodzieje? Błogosławią udręce. Wynoszą upodlenie. A cierpienie zwyczajnie boli, udowodnię to zaraz na tej kobiecie. Zwyczajnie boli. Co by powiedzieli? Dostrzegliby aureolę nad oleistym, ciepłym smarkiem. Ducha Świętego w kawałku zeschniętego gówna.

W końcu z tego żyją.

– Misiaczku, koteczku mój ty słodki.

– Pszczółko, słoneczko gorące.

A przecież chodzi o to, żeby pokryć ją, ulżyć sobie, połechtać swoje libido, złagodnieć stopniowo, gdy ona wyje, jęczy, błaga. Ona też coś z tego ma. Na jej dekolt opada rumiana cerata. Kleiste białe piegi. Podbrzusze zamienia się w grafit, tętnice pękają. Zadowolona kobieta to wypierdolona kobieta. Sumiennie wypierdolona.

Kobieta po dojściach. Mówią, że miłość ocala. Bycie kochanym ratuje. Triumfujemy jak wybrany w sklepie towar – właśnie my. Nic dziwnego, że religia jest siostrą miłości. Kto wie, czy nie bliźniaczą. Tyle mądrości dokoła. Każdy wie najlepiej co i jak. Sprzedawcy hamburgerów kreują się na profesjonalnych dietetyków. Nie jestem gorszy. Gdybym miał zadowolić się wyłącznie matematyką, wyrósłbym na analitycznego debila bez inteligencji emocjonalnej. Patrząc na kwiat, widziałbym kwiat. Ot, kwiat we flakoniku, więdnie w oczach. Nic więcej. Żadnych podtekstów. Żadnych kontekstów. Parę banałów na dobre samopoczucie. Ale kwiat nie musi być kwiatem, oznaczać kwiatu, może być nowym Mesjaszem, wskazówką, trzeba mieć do niego specjalne podejście, do innych drobiazgów również. Kawa na ławę, tym niech zadowolą się straszący wiecznymi mękami. Coś we mnie sprzeciwiało się takiemu spojrzeniu. Znak, że nie należę do jałowego miotu. Koledzy wołali: „Adam, chono, zagramy w gałę!”. Zostawałem w pokoju. Wolałem czytać. Czułem się lepszy. I byłem lepszy. Zasługiwałem na to.

Oni przepoceni. Ja, wypełniony ciekawymi historiami. Tak, w naszym dusznym, przesiąkniętym kocim zapachem mieszkaniu przebrnąłem przez wiele świętych ksiąg, zamiast wyjść na świeże powietrze i cieszyć się życiem. Zwyczajnie, po prostu. A teraz już nic nie jest po prostu.

– Dlaczego pan to robi?! – wyrywa się Emilii, a ja w odpowiedzi mogę uderzyć ją po raz kolejny. Z komentarzem:

– Dyskusje zostawmy kobietom w talk-show, suko.

Boże, twoja potęga nie zna umiaru. Ani granic. Gardzisz paszportami na wszystkich długościach i szerokościach geograficznych, gardzisz wizami dla wiernych, które wydają nawiedzeni imamowie czy miłośnicy koloratek. Możesz wejść wszędzie i zawsze.

Nie obawiasz się fochów ani przekupstwa celników jedynie słusznej wiary. Przejawiasz zadziwiającą, milczącą obojętność. Rozmodleni dla odpicowanej celebry chujkowie trwożą się w środku nocy, wiedząc dobrze, że pogrywają z tobą w berka, obrabiając na wymyślne sposoby, byle wyjść na swoje. Ksiądz Eugeniusz powiedziałby, że milczysz jak zeschnięte drzewo, opłakujące piękno liści, które je kiedyś zdobiły. Nie, żadne moje ani jego porównanie nie odda skali twoich możliwości. Bo ty milczysz uporczywie. To niby twoja taktyka. Twoje jestestwo. Odwieczne. Usprawiedliwienie nieznanego. A czy wiesz, że nienawiść to wagon przypięty do lokomotywy pożądania? Nie sposób tego wytłumaczyć. Święte głosy nadają.

– Błogosławieni ubodzy – słyszę co niedziela, kiedy siedzę z Babcią w kościelnej ławie. Rozglądam się niecierpliwie, mam ochotę wyrwać jej z rąk modlitewnik i podrzeć go na drobne kawałeczki.

Nie dla bluźnierstwa, dla zabicia nudy. Ta sama gadka, ta sama improwizacja tutejszego Eugeniusza. Więcej ceremoniału niż wiernych na metr sześcienny.

Na poświęconych obrazach rozgrywa się dramat świętych, z którymi rozprawiają się poganie w imię Amona czy Jowisza. Wycięte języki namaszczonych fruwają stadami wśród lasu wyrwanych żywcem kończyn. Płacząca gołębica ma ochotę nasrać na zawzięte oblicza oprawców.

Ci uśmiechają się przekornie, sadystycznie, pobudzeni widokiem poharatanych pleców swoich ofiar. Twórca tych malunków musiał nieźle popijać, by przez parę tygodni taplać się w makabrze po pas. Po skończeniu dzieła zostało mu jej trochę w pępku. Co działo się w jego głowie, strach pomyśleć. W głowie, w której panujemy bezwzględnie, my, architekci świata. A nad nami pewne wzory, których nigdy nie pojmiemy. Przedstawiam rzeczywistość jak pisarz narkoman. Co mi tam. Wierni, przeważnie w wieku emerytalnym, wolą nie analizować rzezi oprawionej w pozłacane ramy. Odhaczane paciorki różańca przywołują ducha, coraz więcej ducha, który sprawia, że taca napełnia się bilonem. Jezus pewnie się wścieka, że odwalają sztampę, a on nie może tego zatrzymać, przejechać batem po plecach swoich etatowych przedstawicieli. Przede mną pulchna blondynka z rozpuszczonymi włosami.Klękając, wtulam się w nie, chłonę zapach bazarowych perfum. Staje mi mimowolnie. Staje mi całkiem świadomie. Figurki świętych marszczą czoła, a moje jaja pękają. Jaka szkoda, że dziewczyny nie mogą służyć do mszy. Kościoły byłyby pełne facetów i lesbijek. Plotkujące za ołtarzem ministrantki zagłuszałyby pianie kapłana.

– Błogosławieni odważni – odpowiadam.

Co tydzień tłumy wiernych, tyle o ile, ciągną do swoich świątyń doświadczyć Boga z bliska, na wyciągnięcie języka. Pożerają opłatki, klepią zdrowaśki, połykają nadzieję z ust kapłana na lepsze życie w chrześcijańskim komunizmie – raju. Czy Bóg jest aż takim prostakiem, czy naprawdę zakłada tak nieskomplikowany scenariusz?

Wątpię. Prorocy, mistycy i samozwańczy apostołowie zakradają się do ust Boga i grają go całkiem przekonująco, paplając bez wytchnienia te swoje bajania, obiecanki lepszego żywota po dokonaniu żywota. Liczą na niebiańskiego Oskara. Są metafizycznymi komunistami. Kto wie, może pewnego dnia jakiś bystrzak odkryje sens życia w chlewie, wsłuchując się w chrumkanie świń. Może. Może życie jest inne, niż mi się wydaje. Może to patenty innych są właściwe. A mój jest trefny, nieprzemyślany, mdły.

Skoro tak, dlaczego jestem górą? Teraz, w tej minucie, kiedy czuję, że jestem.

Jestem nad tobą, ładna. Po co wysiadłaś z taksówki? Dlaczego nikt ze znajomych nie zadzwonił z prośbą, żebyś wpadła na spontaniczną imprezę? Ale nie, musiałaś idiotko wrócić do swojego nowego mieszkanka. Dziś rano przy śniadaniu, później w trakcie makijażu oczywistość nadchodzącej optymistycznie przyszłości była dla ciebie nie do podważenia. Co z tego zostało? Z rozporka wystaje mi napęczniały kutas, on nie da ci przepustki. Jestem dowódcą pobłażliwym dla jego wykroczeń. Śmieszne, co?

Spójrzmy na to z wyostrzonej perspektywy. Facet z naprężonym kutasem usiłuje wedrzeć się w ciebie na całą jego długość. Wbrew twojej woli. Śmieszne, co? Zaraz przestanie. Rozchylę ci nogi tak szeroko jak lalce, mogą pęknąć i oderwać się, co mi tam. Łatwiej wtedy pierdolić, nic nie przeszkadza po bokach, nic nie pociera, pełne drążenie, ciepło ciała, mięsa. Rozkracz się, kupo żywego mięsa zapakowanego elegancko w duszę.

Twój odbyt rozewrze się szeroko, coraz szerzej. Słoik z dżemem, w którym zanurzę wielką łyżkę. Rozkracz się dobrowolnie, bo włożę ci zaciśniętą pięść i wyrwę pierwszy organ, jaki mi się nawinie. Jezu! Zaraz zęby mi się połamią, tak je zaciskam, by się nie wycofać, ja, tu, na tym osiedlu przed filmową godziną złych duchów.

– Proszę, nie!

Nadaremnie. Moje uszy słyszą to, co chcą słyszeć.

Nadaremnie krzyczysz, suko. Apetycznie wyglądasz, więc cię spożyję. Ładna jesteś, wiesz? Przykro mi. Ładne mają w życiu, niedelikatnie mówiąc, przejebane. Za urodę płaci się pokrywaną często dupą. Włożę ci głęboko. Wypieprzę z całej siły. Przejdę samego siebie. Po to jesteś, taką się urodziłaś. Gdybyś zawczasu zmieniła płeć, nałykała się hormonów, byłabyś dla mnie niewidzialna jak te przygarbione pokurcze z seminariów dla zakonnic. Boże, dlaczego cipa ma w sobie ten niezwykły magnetyzm, zdolny sprowadzić na manowce wrażliwców poszukujących doznań, Znaków, miłości nawet? Wyrzekam się spokoju, ładu we mnie, długiego snu – byle mieć ją dla siebie. I nie żałuję.

Wyobraź sobie, że dotarłeś tam, gdzie ja. Albo lepiej nie. Lepiej mnie posłuchaj, tak łatwiej. Bo lepiej być pisarzem, który pisze sobie o takim jak ja niż mną, który opowiada o sobie pisarzowi. Choć na pewno nie doświadczysz tych chwil cudownych. Przypadek jest udziałem każdego z nas. Zwłaszcza tragiczny przypadek. Zimowy dzień, godzina osiemnasta, zapchany autobus. Ludzie połykają swoje oddechy. Zawiesiny grzechów i grzeszków, niedopowiedzeń i małych zbrodni. Sałatka z kaszlu i drobnoustrojów. To jest właśnie społeczeństwo, wspólnota, obywatele – przenoszenie chorób, wyziewów, ukradkowych spojrzeń. Przy szybie typ rumianej wieśniaczki z warkoczem po pas, wyemigrowała tu prosto z obory. Jechała do pubu zmywać gary, okazało się później... Do pracy podłej bez wątpienia. Jest wiele prac, które upadlają niską płacą. Drabina społeczna ma wiele pękniętych szczebli. Dwóch rosłych karków przyczepiło się do dziewczyny.

Zapytali ją o godzinę, usłyszeli jej zaśpiew, zarechotali.

– No i co, jak generalnie leci?

Dziewczyna usiłowała umknąć przed siebie, schować się w rynnach mijanych kamienic, wpatrzona w nie łakomie, trwożliwie. W zasadzie przaśny tyłek niczego sobie. Jednak wolę miejskie kobiety, zazwyczaj nie wzdrygają się przed różnymi innowacyjnymi eksperymentami, jeśli odpowiednio je podejść. Przynajmniej tak wówczas myślałem.

– Chcesz się rozgrzać? Piździ, co? Znam sposób.

Żałowałem, że nie mogę nic zrobić. Nie lubię napisanych w zeszycie równań, których się nie rozwiązuje. Porzuca z lenistwa. Inercji typowej dla rozmodlonego bigota; posiadł parę zdrowasiek na użytek własny i już sobie ściele gniazdko pod pachą anioła Gabriela, nieczuły na widok wyciągniętych rączek sierotek i żebraków. Dziewucha wysiadła na przystanku, kolesie poszli za nią. Ludzie szerszenie. Zamazane oczy świadków. Szaruga, kołyska występku. Pogoda im sprzyjała.

Tak jak dzisiaj mnie... Ludzie trutnie. Ale wtedy marzyło mi się dokopanie im i wdzięczność szczerbatego uśmiechu dziewczyny. Nie, żebym naczytał się wskazań Matki Teresy i przygód Batmana. Okazja na migotliwy romans.

Z pięć wytrysków i do widzenia, dziewuszko. Skrzyżowanie klas społecznych. Mój członek nie jest taki markotny. Ani marudny. Wprowadziłaby mnie w niuanse czyszczenia gumowców po harówce przy rozwożeniu obornika. Wiejska cipa. Czy gęsto zarośnięta jak łąki przed żniwami? Jej soki słodkie jak mleko od Krasuli, do którego gospodyni dodała chochlę miodu. Odkryłaby tajemnicę karmienia kur, ileż to pszenicy sypać, by się najadły i wesoło gdakały. Mordy wykrzywione łapami prostodusznej chcicy załapią się na krzepkie ciało. Śmierdziele, ich nagrzane genitalia pod dresowymi spodniami mają dosyć bezczynności, chętnie by coś zmajstrowały. Ich koleżanki z okolicy są nie lepsze.

Te wymalowane klitory z podupadłych osiedli, gdzie poczęte zostają nowe mioty złodziejaszków. Te wybalejażowane klitory, które nawet w piątym miesiącu ciąży brykają na parkiecie w rytm ich łubu-dubu z list przebojów dla ćwierćmózgów. Później wypluwają ze swych macicznych gardzieli głodne włamów i rabunków niemowlaki. Dziewczyna ze wsi na pewno zrodzi pracowitego, przynajmniej w dziecioróbstwie, potomka, który nie będzie się obawiał ostrości wideł i ilości procentów na butelce spirytusu. Nie, to nie mogło skończyć się dobrze. Na drugi dzień uważnie słuchałem lokalnych serwisów radiowych.

Ani słowa o napadzie. Za dużo sobie dopowiedziałem?

Po blisko roku w programie telewizyjnym o zaginionych poznałem ją na zdjęciu. Gdybym wysiadł i spróbował zawrócić Irenkę Kaczorkowską, „przepraszam cię, nie bój się, przypominasz mi kogoś, czy nie widzieliśmy się przypadkiem w...”, w tym programie pokazaliby również moją fotografię. Zajebany i zakopany na terenie ogródków działkowych. Nic dziwnego, że marchewka i pietruszka tak dobrze tam rosną. W przeciwieństwie do mnie nimi kierowała żałosna, plebejska żądza. Żądza nieprzemyślana, żądza-parcie jak kupa po sowitym posiłku. Bez refleksji. Bez przesłania. Z dodatkiem gnoju w lędźwiach, ze słomą w cewce moczowej. Jak schlani synowie chłopów po dyskotece, którym clubbing kojarzy się z wyłamywaniem sztachet od płotów kolejnych gospodarstw. Takich powinno wkładać się do szatkownicy zaraz po urodzeniu i przerabiać na pokarm dla zwierząt.

Emilia. Biedna mała. Twoja szyja skurczona ze strachu jak szyja kury położonej na pieńku przed ścięciem na niedzielny rosół. Zamieniasz się w paszkwil, ładna buźko. Życie takie jest, z daleka w miarę powabne, z bliska kubeł pomyj.

Życie jest okrutne. Wciąż wraca do mnie ta fraza, upierdliwa jak cygańskie dzieci przed fast foodem. Powtarzam sobie sześć bolesnych sylab niczym mantrę, kiedy idę przejściem podziemnym, ludzie obijają się o mnie, ja obijam się o ludzi, każdy się spieszy, ja się spieszę, każdy coś udaje, i być może ja coś udaję. Albo udawałem. Ludzi jest tak dużo, o wiele za dużo, jednego mniej, kto zauważy, kto go będzie opłakiwał przez następne lata równie żarliwie? Co znaczy zasrany byt małego stworzonka? Takiemu pisarzowi się wydaje, że nie ponosi odpowiedzialności za swoich książkowych bohaterów. Bogu też. Gówno prawda. Są w równym stopniu odpowiedzialni. Dają kopa, my słyszymy „witajcie w życiu”. I co, radźcie sobie dalej sami?

Żadnego wsparcia? Żadnych drogowskazów? Akwizytorzy właściwych ścieżek stoją na rozstajach i za opłatą wskazują jedynie słuszny kierunek. A jeśli Eugeniusz jest jednym z nich? Teraz już za późno. Miła mojemu chujowi wywłoka leży jak posklejane z paszą pomyje w korycie. Gdzie jest jasna strona mocy, która trzaśnie we mnie piorunem? Jasne, można być pachnącą pizdką na etacie w korporacji, z zaśpiewem kilkunastu tysięcy, które co miesiąc lądują na koncie i twierdzić, że:

– Szklanka jest do połowy pełna.

Samochód, wakacje za granicą, wypieszczony dom, mąż z odpowiednią pozycją społeczną, z kutasem długim jak jego krawat. Jasne, szklanka jest do połowy pełna. Ale woda w niej zatruta. Wątpię, żeby mi się poszczęściło dorwać taką królewnę w sprzyjających warunkach odosobnienia i braku świadków. Takie jeżdżą od domu do pracy terenowymi dyliżansami, wysiadają na strzeżonych parkingach i ogrodzonych posesjach z głodzonymi rottweilerami, są ciągle on-line z firmą, przyjaciółką, kochankiem. Gdyby naprawdę istniał Spiderman, wydobyłbym od niego sekret pojawiania się we właściwym czasie we właściwym miejscu. Szast-prast, wleciałbym przez okno, rozbijając szybę, strącając doniczki z drogimi kaktusami. Wyrwałbym suce kręgosłup moralny. I zmusiłbym ją do napisania własną krwią na ścianie:

– Szklanka jest do połowy pełna, ale mnie to pierdoli, proszę pana.

Nie ma najmniejszej wątpliwości, że do niektórych należy, co lansował pewien wąsaty niemiecki filozof, wybierać się z batem.

Cierpki smak codziennego syfu osiadł na ulicach. Brakuje tylko pracujących osiem godzin dziennie gilotyn i szubienic, oczyszczających okolicę z parszywców, którzy drwią sobie z kodeksu karnego, zaliczają kolejne odroczenia jak studenci kolokwia, dziergają się w profesjonalnych salonach tatuażu i szkodzą społeczeństwu z prawdziwie ułańską fantazją. Złapałbym skurwysyna za jego osmoloną brudem mosznę i nadział na iglicę pobliskiego Pałacu. Nie, ludzie nie są równi, jak głoszą konstytucje oświeconych krajów. Gdzieś tam przemykają przez wieki wieków zdegenerowane geny, które pustoszą dobre chęci. A może gdzieś obok nas krążą wirusy o nieznanym składzie chemicznym, połączenie atomów i złej mocy, których wdychanie grozi zakażeniem? Wystarczy spojrzeć, kto normalny robi bajzel wokół siebie i pod siebie? Chory na biegunkę chomik? Dziadzio podłączony do respiratora? Sprzedawca pękniętych kondomów? Nie, łysawy człowieczek z gromadą innych łysawych człowieczków w koszulkach z gotyckim napisem Ojczyzna ponad wszystko lub innym zaklęciem, usprawiedliwiającym rozpierdolenie komuś nosa. Uszkodzone budki telefoniczne, wybebeszone kosze na śmieci, powybijane szyby na przystankach. Złamane orle nosy młodzieńców o kędzierzawych włosach, rozjechane żuchwy Gruzinów i Turków, rozciągnięte jak sznurek na bieliznę usta Murzynów, jeszcze bardziej zwężone od sińców oczy Wietnamczyków. Ojczyzna, jak widać, rośnie w siłę. Ludzie, których sumienia pachną, bo ja wiem, jak przekręcające się po ulewie dżdżownice, mówią zaciskając pięści w żarliwej modlitwie: „Nadszedł nasz czas”.

W przepełnionych więzieniach biedactwa skarżą się, że pierdzą sobie w usta, oddychają tym samym wybełtanym w dwutlenku węgla powietrzem, nie mogą w skrytości celi walić konia do wziętej na dwa baty panny z rozkładówki pornola. Jest rozwiązanie. Regularne dosypywanie do żarcia chemikaliów na gryzonie. Pozdycha trochę szubrawstwa, od razu przybędzie metrów kwadratowych na głowę. Przecież podobnie postępują z biednymi emerytami i rencistami, stosując podwyżki leków. Moja kochana Babcia, Boże, gdybym z mojej krwawicy nie kupował jej tabletek najnowszej generacji na nerwicę i problemy gastryczne, wykończyłaby się badziewiem sponsorowanym przez ministerstwo zdrowia, a przysługująca jej emerytura dostałaby się w łapy dzieciaków na alimentach, wdów, sierot, uchodźców. Czemu prawdziwi winni są na wolności? Przemykają między paragrafami i robią swoje. Czemu mnie się udaje? Jeszcze ogłoszę się pomazańcem, wtedy nie gwarantuję za moje poczucie zdroworozsądkowych resztek sprawiedliwości. Co widnieje na mojej koszulce? Ale ja się różnię od tych wypierdków. Moja jakość jest bezkonkurencyjna w porównaniu z ich żałosnymi próbami wybicia się nad poziom szaraczków, szczurków i szubrawców.

Który z tych bydlaków naciera swojej babci czy matce plecy spirytusem, by ją nie bolało w krzyżu? Patrzą na nie z góry, klepiąc po tyłku swoje żony i narzeczone. Patrzą z obrzydzeniem na łono, które wydało ich na świat. Łono zrobiło swoje, może zdechnąć.

Która z tych egoistycznych kreatur oddaje część swoich dochodów na potrzeby drugiego człowieka? Grzebią w nie swojej portmonetce, rozdzierają szaty u notariusza nad testamentem, wyciągają łapy po więcej i więcej, jeszcze więcej, gdyby mogli, pochowaliby seniorów w prześcieradłach lub pudłach z dykty.

Który z tych śmierdzących dupków kocha mimo niemożności kochania? Biorą jak leci, nie zastanawiają się, nie przeżywają rozterek. Jak towar w promocji. Jest, to bierz.Ja biorę, lecz wiem, kiedy i jakim kosztem.

Tyle starań, ustawicznego zerkania na zegarek, rozliczania sekund. Gdyby istniał jakiś wszechmogący odtwarzacz DVD, poprosiłbym o przewinięcie mojej płyty i kasację pewnych scen. Życie nie ma równego scenariusza. Tak jak nie ma w stu procentach prostego kutasa czy dwóch takich samych piersi. W żadnej chyba wierze nie ma bezwzględnie miłosiernego Boga, a jeśli jest, chętnie wystawiłbym go na próbę. Apokaliptyczny Chrystus zapowiada czapę tym, którzy coś poważnie przeskrobali.

– Żona nosiła twojego potomka w pocie i znoju ciąży, a ty, faryzeuszu, dawałeś zarabiać Magdalenom.

– Ależ Panie, ja... Ja niechcący.

– Niechcący to można dostać zawrotu głowy po wygranej na loterii. Spadaj na wieki wieków, amen!

– Ależ Panie, kto jest więc bez winy?

– O choćby ten młodzieniec za tobą, czwarty w kolejce do Sądu Ostatecznego.

– Na pewno, nie śmiem wątpić. Potrącił go samochód w wieku dwunastu lat, kiedy słowo masturbacja znał wyłącznie z książek do biologii. Kto wie, ostatecznie postąpi inaczej, wstrzyma egzekucję w swoim bezgranicznym miłosierdziu. Od tysiącleci brzuchaci kaznodzieje na świętym stolcu robią go na wschodniego króla królów, co daje i zabiera. Niektórym odbierają przez to ostatnią nadzieję, nic dziwnego, że ci, którzy coś zawinili, nie powracają na szlak dziesięciu przykazań, wiedząc, że to i tak koniec, niebiański kat już ostrzy topór w kuźni szatana. Nie ma wiecznej miłości. Nie ma wiecznych wakacji. Jest za to jedno zasrane życie.

– Ładna jesteś.

Urodziwa stokrotka. Powyrywam ci płatki.

Trzeba ci było imprezowania po nocach? Szlajałaś się łapczywie od przypadkowego kutasa do przypadkowego kutasa, dobrze o tym wiem. Pewnych spraw łatwo się domyślić, jak tego, że zostawiony w miejscu publicznym portfel zniknie w ciągu kilkunastu sekund. Ciągnęłaś nadstawione druty tym zakamuflowanym pedałom. Pewnie pakowali cię we wszystkie dziury dla niepoznaki. Nawet nie pisnęłaś, mruczałaś jak pokrywana w marcu kotka, na płocie, pod samochodem, w piwnicy. Ciebie świdrowali w bardziej komfortowych warunkach, na sofie, pod prysznicem, w jaccuzi. Założę się, że jesteś rozepchana. Zajeżdżona jak opona całoroczna. Pierdolili cię jak na jakimś teście mającym wykazać ludzką wytrzymałość podczas kopulacji.

– Myślisz, że będę gorszy?

Trzeba było siedzieć w domu i czekać na swojego księcia z bajki. Tak bym cię nie widział. Nigdy nie zauważył. Jednak co ma wisieć, zawiśnie. A co utonąć, utonie. Jeśli nie w rzece, to w kałuży. Nieuchronność zdarzenia, jaką zapowiadają Znaki, jest trudna do wytłumaczenia przeciętnemu człowiekowi, którego potrafi oburzyć zabita na szybie mucha. Tłumaczenia na nic się zdają. Jak to, że wstając lewą nogą, sprowadzisz, zaraz po wyjściu z mieszkania, ptasie gówno na swoją głowę. Wiem, że dostrzegam więcej.

Nie sposób wytłumaczyć...

Przede wszystkim sobie. Życie podobne jest do jaskini z wytyczoną trasą dla turystów. Pozornie poznana, kryje w sobie nieodkryte, zdradzieckie przejścia. Grotołazi, którzy mają w dupie metafizykę, utykają w przejściach, pomoc przychodzi za późno i duszą się gazami ziemnymi. Stalaktyty słuchają ich ostatniej spowiedzi. Stalagmity udzielają rozgrzeszenia. Zstępują do jeszcze większych ciemności. Diabeł zapala im ogarek za wysoką opłatą z podpiekanych płatów ich dusz. A ty, ładna, należysz do Znaków i nie masz wpływu na ciąg dalszy. Kiedyś nie podejrzewałbym istnienia takich związków. Kiedyś jednak byłem szczochem niepewnym tego, że płynie we mnie krew odwagi. Brzmi jak refren nazistowskiego songu. Ale to mój prywatny refren, mój ulubiony algorytm. Jasne równanie, jasny wynik. Oddam ci sprawiedliwość, książę nie przybył, choć bajka się zaczęła – taka w stylu braci Grimm, braci okrutnych. Teraz za późno. Jesteś celem sama w sobie. Sztuką dla sztuki. Sztuką mięsa. A ja sztukmistrzem z miasta, co prawda w skromnym wydaniu, lecz dam z siebie wszystko, stać mnie na więcej i więcej, i jeszcze więcej, jestem hasłem reklamowym obwieszczającym nastanie nowych, lepszych czasów – tylko dla mnie, ładna.

Możesz ściemniać o duchowości, nic nie zmieni faktu, że jesteś mięchem, nie wiem, jakim cudem napędzanym, jest demiurg czy go nie ma, oto pytanie, które mnie teraz wcale nie zajmuje. Jesteś sztuką mięsa, którą przyrządzę według wypróbowanej receptury. Choć nie powiem, że należę do doświadczonych szefów kuchni. Ale przynajmniej staram się, a ta panna jest tego dowodem, jej oczy napęczniałe pod powiekami, wielkości jajek. Pękną niczym skorupa pod strumieniem gorącej wody. Dlaczego warunkiem szczęścia jest droga wybrukowana cierpieniem? Życie podobne do noża rzeźnickiego. Płaty grube, płaty cienkie, wymieszane, oblepione mazią z tłuszczu i krwi. Bawię się z nią. Jak zazdroszczę zblazowanym Kotom, które trykają łapkami w nosek osaczonej, przyćmionej strachem myszy, której grozi zawał serca w kącie kuchni. Nie muszą obawiać się głosu potępienia nad grzbietem. Koty mają zasady. Wrodzone, ich szczęście. Po grze wstępnej zaczyna się konsekwentny rozpierdol. Pazury Kota Drugiego rozcinają mysie podbrzusze. Mysie trzewia rozlewają się na podłogę. Ale tylko ich część. Reszta tkwi w podrygującym ciałku, zapchany wydzielinami pyszczek próbuje złapać ostatni oddech. Zapach mordu rozjątrza Kota Drugiego. Otwiera pysk i wżera się w dogorywające mięsko. Mistrz nad mistrze. Mysz się nie przejmuje. Myszy to obojętne.

Dobrą chwilę temu biedaczka umarła nazawał serca. Pękło jej jak nadmuchany woreczek, uderzony na odlew dłonią.Uniknęła fizycznej katorgi, szczęściara. Zazdroszczę Kotom, bo na sto kilkadziesiąt procentnie dopowiadają sobie zbędnych komentarzy. Ja nie potrafię. Dlategowciąż pozostanę człowiekiem, choćbym skasował sto takich panieneczek z fajnymi dupamii cyckami. W nich cały urok. Tylko później, kiedyesencja wspomnień gdzieś osiada w pamięci jak refren kiczowatej piosenkizasłyszanej rankiem nad jajecznicą, jakoś tak stresująco kłuje w oczy, nadrywa rzęsy, rozciąga wargi. Z wewnątrz nazewnątrz. Zamiast pazurów drapię powietrze ostrzem noża myśliwskiego. Watażka zemnie. Dałem zarobić Azerowi, który wystawił na bazarze tysiąc i jeden drobiazgów. „Good?”, zapytałem wpatrzony w nóż, upchany międzybudziki a lornetki. „Dobzie kroi”, odpowiedział. „W trawel idealny”,dodał. „Praktyczny”.

– Błagam!

– Nie wyj, bo zaboli bardziej – mówię spokojnie.

– Proszę.

– Prosić możesz o dwadzieścia deka żółtego sera.

– O Boże – szlocha.

– Boże nie pomoże – wyrywa mi się niechcący. Powiedziałbym jej, że pewne konfiguracje zdarzeń prowadzą do jednego wyniku. Tu, w błocie niełatwo wyjaśnić niuanse wyższej matematyki przeznaczenia.

Niech zadowoli się chamską odzywką.

Kocham osiedla budowane na obrzeżach naszego miasta. Jedno takie świeżo oddane do użytku, z założenia ekskluzywne, już pod klucz, chełpi się od kilku tygodni swoim wieczornym blaskiem z zasiedlonych mieszkań. Paradise. Może, ale i tak wolę moje i Babci. Czas przesunięty o godzinę do tyłu spowalnia ruchy. Jesienny niż pluje gęstym zmrokiem, który rozbryzguje się obficie po zakamarkach wznoszonego w pobliżu drugiego osiedla. Powykręcane druty wystają niczym piąta kolumna z rozerwanej pyskami koparek ziemi. Wampiryczne rusztowania, na które nadziewają się pijaczkowie z okolicznej wioski, połykanej regularnie przez inwestorów, którzy wyrywają jej kolejne hektary na osiedla. Niewykarczowane krzaki na linii przyszłych alejek i wjazdów do podziemnego parkingu. Idąc od szosy w stronę nowego osiedla, przechodzień musi uważać na zdradzieckie przedmioty, rowy, stosy płyt i wszelkich niezliczoności, od jakich zależy sprawna budowa kolejnych apartamentowców. Musi uważać na wydrążone rowy kanalizacyjne, które lada dzień wypełnią rury i przewody. Musi uważać na mnie. Jak ta ładna. Pięciogwiazdkowe pośladki. Chętna obciągara. Gratisowy kurwiszon.

Ty niedojebana cipo, pokażę ci prawdziwą akcję, nie jakieś mici-pici, które odstawiają twoi sporadyczni partnerzy, posuwacze szemrani. Ledwie umoczą genitalia w ciepłej misce kobiecości, a zaraz chełpią się na piwnych posiedzeniach z koleżkami, jacy z nich niezmordowani jebacze. Pierdolenie też bywa sztuką. Geniusze wytyczają nowe trendy. Naśladowcy obijają swoje zardzewiałe fiuty o kant dziadowskiej dupy. Nie popuszczę ci, jest za późno, o wiele za późno, doigrałaś się, to masz, masz, kurwa, poczuj to, od czego chce się rzygać. Piszemy razem historię, historię nie dla cnotek i popaprańców, którzy dymają tłuste baby, piejąc hosanny, jak to ich kutasy są szczęśliwe, spełnione, wylizane na każdym centymetrze kwadratowym.

– Babciu, ty wiesz, że potrzebuję otuliny dobrego słowa.

Na poczekaniu. Prowizorycznie. Spontanicznie. A jednak...

Powiedziałbym przewinięty pilotem przyzwoitości, pilotem z kodem języka ułożonego, wyrachowanego: Piszemy razem historię, historię nie dla cnotliwych kobiet i jednostek, które nie poradziły sobie w życiu; ukarane zostały przeznaczeniem, w ramach którego muszą przebywać w towarzystwie kalorii zespawanych z żeńskim pierwiastkiem, rozgłaszając hosanny dokoła, jak to ich ograny płciowe zaznały niekłamanego szczęścia...

Taka opcja byłaby zajmująca. Choć nużąca po kilku dniach. Przestałby mi smakować mój ulubiony chleb staropolski. Obrzydłyby mi ogórki kiszone. I kiełbasa cielęca, maczana w musztardzie. Kawa zbożowa ze spienionym mlekiem. Pięć mandarynek, które spożywam każdego dnia, by dostarczyć ciału niezbędnych witamin.

– Babciu, pewnie nie pochwaliłabyś tego tu... Zrozum, potrzebuję odreagować. Młode samice są takie chwiejne, zdradliwe... Tak. Kiedy przechodzi mi uczucie do kobiety, do drugiego człowieka, nie zwykłem mówić: „Odejdź”. Trzeba być wyjątkowym hipokrytą, by nie wyrzucić z siebie przyczepy: „Odpierdol się ode mnie”. Tak. Kiedy przechodzi mi uczucie do skrawka świata, do skrawka życiodajnych roślin optymizmu, mogę poszybować w kurwy i chuje, pizdy i cipy, które przewyższają i Apeniny, i Alpy, i Andy. I Himalaje wszystkiego. Tak. Babciu, mamusiu, ja płonę. Ja pragnę dojść tam, gdzie inni nie dochodzą. Choć stać ich na to. Stać!

Obserwowałem ją.

We wszystkim, co robię, staram się wykazywać solidnością. Taki Maciuś krztusi się ze wstydu, oczami rozwiązuje sznurówki lub czyści zelówki, jeśli zapomni odrobić zadanie domowe. A ja, jak zwykle przygotowany do udzielenia lekcji, rozkładam na jego biurku kartki ze wzorami i proszę go o dokładne przeczytanie zadań. Z zimną perfekcją analizuję później jego żałosne wypociny. Warto. Nie robię tego za darmo. Maciuś poci się na swoim fotelu przed biurkiem. Wyrzuty sumienia marszczą mu czoło, że znów się nie nauczył i niewiele mnie dzieli od pacnięcia go w tę jego pustakową łepetynę.

– Byłem chory, proszę pana – usprawiedliwia się Maciuś. Miałkie dziecięce kłamstwo, z którym podyskutowałbym kablem od żelazka.

– Bolał mnie żołądek, to znaczy gdzieś tu w brzuchu...

– Twoja strata, Maciek. Jeśli nie nauczysz się chwytać możliwości, zostaniesz nieudacznikiem.

Moje hobby jest tu, na tym osiedlu, przed północą. To hobby przynosi mi spełnienie. Absolutne. Mógłbym odgrywać erudytę estetę, wzdrygać się, słysząc wybatożone przez wulgaryzmy słówka czułości, które wypowiadają pokątne kurewki. Mógłbym udawać, że dotyczy mnie znikoma część tego, czym żywi się trywialne pospólstwo z bloków. Ale nie mam zamiaru dać się pożreć szablonowi, który w swej smoczej jamie wywiesił tablice z przykazaniami, co wolno, a co nie. Określił nawet sposób podcierania się zarówno po biegunce, jak i zatwardzeniu... Tak, spełnienie, które trwa krócej niż skok narciarski, lecz jest równie intensywne, z katastroficznym potencjałem w swym zarodku. Inne możliwości: Gdybym pracował jako grabarz, miałbym dopiero spełnienie. Szczyt spełnienia. Gdybym poszedł w ślady księdza Eugeniusza, nie znalazłbym spełnienia. Raczej spełnienie niespełnienia. Płonę cały jak podpalone od środka pudełko zapałek, spełniony, niespełniony, kurwa, co za rola, jaki chuj, pachołek losu mi ją narzucił, zaciągnął na casting ludzi z wykręconą skronią, podał wypiskę kwestii do przemyślenia. Koty bawią się w berka, a ja zapieprzam w terenie po swoje szczęście. Pokiereszowane jak cielątka w rzeźni, na godzinę przed wepchnięciem flaków do maszyny porcjującej i pakującej.

Stul się, suko, bo nie dotrwam do końca i pęknę. Rozerwę się na strzępy razem z tobą.

Jestem na krawędzi, nie widać? Ładunek wybuchowy wmontowany w moje dłonie doprasza się odpalenia. Jestem jak ci nawiedzeni Palestyńczycy, którym wpojono w szkołach koranicznych, że po rozpirzeniu siebie i kilkunastu Żydów polecą czarterem linii „Allah Akbar” prosto na pośmiertny wypas w haremie sponsorowanym przez ich boskiego szejka szejków. Bo jak myślę o tych popaprańcach odwalających pięć razy dziennie swoje czołobitne modlitwy, żałuję, że nie urodziłem się wcześniej, nie zostałem krzyżowcem i nie szturmowałem Jerozolimy, kosząc pobłogasłowionym przez papieża mieczem zarośnięte głowy pustynnych pastuchów, którym roi się podbój świata. Kiedyś w końcu odzyskają swoje święte miasto, zamieniając je w ściek brudów, nędzy i typowejarabskiej chujowizny, fuszerki i niechlujstwa. Mimo to chętnie obejrzałbym jakiegoś pornola z Palestynkami, które rozkładają nogi przed młodymi Żydami. Tytuł dobitny, niosący szereg skojarzeń, adekwatny dla tamtejszych warunków: „Gorąca Arka Przymierza”. Taka produkcja unaoczniłaby bezsens tamtejszego konfliktu. Przedstawiając pełne zbliżenie dwóch narodów, sprawiłaby przy okazji wiele przyjemności postępowym widzom.

– O Allahu, jaka szkoda, że nie poczęto mnie w dorzeczu Eufratu, jebałbym dwadzieścia cztery godziny na dobę te zakapturzone krowiookie naczynia z długimi włosami ku chwale twojej, ja, piewca odwagi, przełamywania barier, negowania tchórzostwa przeciętności. A tak zostały mi ochłapy. Chrześcijańskie lalunie, które – pierdolone zwierzęco – przytakując domagają się jeszcze mocniejszych pchnięć. Zamiast hiszpańskiej muchy, po pijaku włożyłyby sobie i różaniec w cipę. Krzyż muskający punkt G. Prawdziwe zbawienie. Nie, te dziwki nie znają umiaru. Piwko. Balangi. Zbliżenia. Ślina. Wydzieliny. Modlitwy o pięciokrotne orgazmy. Szczytowanie, same ośmiotysięczniki rozkoszy. Kolczyki w pępku. W łechtaczce. W jajniku.

A czy wiesz, że w poszukiwaniu stanu, w którym ostatecznie pogodzę się ze sobą, odkryłem, że lubię sikać z zamkniętymi oczami? Penis przemienia się w moczospad. Nie ma mnie przez chwilę. Znikam. I tylko sikam. Sikam. Sikam. Przyjemne jak podgryzanie moszny przez doświadczoną kurwę.

Uświadom to sobie. Pojmij, zakuty łbie z oazy rozmodlonych dzieci pustyni.

Emilia moja. Wracała przeważnie po godzinie osiemnastej z pracy. Taksówka podwoziła ją na skraj placu budowy. Stąd czekał ją kilkuminutowy spacer prowizoryczną, usypaną skąpo żwirkiem alejką do jej bloku. Kilkuminutowa samotna droga. Nigdy, przenigdy nie zdołałbym wślizgnąć się na podwórko osiedla.

Przypomina twierdzę Westerplatte.

Westerplatte padło. Temu osiedlu to nie grozi. Otoczone murem, kratami, elektrycznie otwieraną przez właściciela furtką, zaprojektowane z myślą, by chronić swoich mieszkańców. To nie wszystko. Na terenie osiedla, wtopiona sprytnie w pierwszy budynek, prawie niewidoczna dla kogoś z zewnątrz znajduje się kwatera ochrony, stróżówka z przyciemnionymi szybami jak samochód gangsterów, którym krążą po mieście, inkasując haracze. Znudzone byczki z napisem Security Team chętnie by spróbowali niekonwencjonalnego masażu na ciele niechcianego gościa. Rozciąganie, nadginanie, wykręcanie. Zejście gwarantowane po paru minutach.

– No i co, włamu się zachciało!

– Waldek, nie gadaj z nim, wal w mordę.

Być może przy większej zawziętości z mojej strony, staranniej przemyślanej logistyce przedostania się do środka, zdołałbym wyjść na swoje. Ale po co, skoro przy skromności moich potrzeb mogę osiągnąć to zupełnie innym sposobem.

Zdumiewa mnie, przyznam, konsekwencja, jaka mnie tu sprowadziła, jaka rusza moimi rękami, podkręca mi lędźwie w dobrze znajomym stylu. Jaja twardnieją. Skórka się napina. Kutas przestaje przypominać reklamowego chwieja z napisem „Specjalna oferta dla Ciebie” przed centrum handlowym.

Ta ładna suczka dostępna tym czy tamtym znikała w piątek, by wrócić późnym sobotnim popołudniem. Nie wiem, czy odwiedzała chorą ciotkę, czy też spędzała czas ze zdrowymi, młodymi ludźmi.

Fakt faktem, parę razy we wrześniu wróciła taksówką z tym samym mężczyzną. Zataczając się wesoło, roześmiani w gestach, słowach i spojrzeniach, docierali bez przeszkód pod bramy strzeżonego osiedla. Fagasiz ochrony otwierali im furtkę. A ja stałem w oddali, zaciskając zęby na niewidzialnym sucharze sprzed pięciu lat. Fagasiz ochrony w podzięce za atrakcyjny widok jak z katalogupodróży pierdolili ładną głęboko w dupę, pastwiącsię buciorami nad porzuconym amantem. W swojej wyobraźni. Prostej jakich pałki do odstraszania intruzów. Facet kleił siędłonią do jej pośladków. Ona kleiła się do niegoswoimi wydatnymi, dwudziestokilkuletnimi biodrami. Umierałem z zazdrości, lecz w ciemnościachnikt tego nie widział. Nikt mi nie współczuł. A onina scenie rozjaśnionej energooszczędnymi świetlówkami. Niebo gwiaździste nade mną śmiało się zemnie. Wytykało mnie atramentowym palcem. Paluchem. Marzyłemo drinku z przewagą alkoholu, który swoim aromatemzdusiłby nieświeżą woń osiadłą w moim gardle. Nie znoszę zionąćoddechem, który szczypie nosy moich bliźnich. Nawet tej tu. Ilegum przeżułem w oczekiwaniuna jej szanowne przybycie. Półtora opakowania.Nie mam cierpliwoścido żucia gum. Zamiast poczekać,aż drażetka rozmięknie, wbijam się w nią zębami, szatkuję, nasączamśliną, rozciągam, przeżuwam na wyścigi, sycąc się jej zapachem i smakiem,a kiedy je traci, wypluwam z niechęcią. Bylezużyć jak najszybciej. W pośpiechu też jadam. Babcia wielokrotnie mnie strofowała. I nie przestaje. Jejprawo. Kochana. W życiu nie ma co ociągać się z podjęciem zadania, masować się po brzuchu jak nażarty bananami i daktylamiMurzynek pod palmą, który planuje wypróżnienie się i powrót do nicnierobienia. Jeśli działam, działam natychmiast. Mam ochotęwyjść z domu, wychodzę. Mam ochotę na cokolwiek, spełniam ją.Przynajmniej w moim przypadku reklamy się nie mylą. „Spełniajswoje pragnienia, kiedy chcesz”. Właśnie o to chodzi. Takie proste,a tak wielu oczytanych debili wciąż nie może tego pojąć, zasłaniając się rodziną na utrzymaniu, etatem,czołobitnością, impotencją i czym tam jeszcze w korowodzie wymówek wypierdzianychprosto z odbytu tchórza. „Kiedy chcesz!”. I jestem z tego dumny. W życiu trzeba kierować się konkretną wolą, a nieswawolą. Marzyłem. I nic. Stałem samotny jak chuj na weselu. Gdziete moje pragnienia? Stałem.

Jak nie wiem co. Jak najgorsze co. Licząc na więcej, zawsze dostaję w końcu mniej. Mniej niż mniej. Jednak...

Twierdzę: Nie dają, bierz bez pytania. Wypną się dupami, nie odwracaj się z płaczem. Kop na oślep. Niech boli. Jeśli myślisz inaczej, wkrótce przekonasz się, kto tu ma rację. Kop. Niech boli. Kop.

To i kopię.

Coś widocznie nie ułożyło się między nimi. Znów piątek. Dwudziesta trzecia czterdzieści osiem. Taksówka zatrzymuje się na moment, ona wysiada. Zimno. Stoję w czarnym polarze już od dwóch godzin, licząc świecące okna w apartamentowcu. Wciąż od nowa, bo na wysokości trzeciego piętra coś przeskakuje i choć wiem, że wcale tak się nie dzieje, wydaje mi się, że się pomyliłem, i zaczynam od początku, by znów się pomylić. Celowo. Ciemno jak w brzuchu.

Panna wychodzi z taksówki. Jest sama. Wreszcie. Trzyma reklamówkę. Przez reklamówkę przebija butelka wina. Łasi się do niej obietnicą, że tej nocy nie spędzi samotnie. Owszem. Myśli, że się opije i zacznie dogadzać sobie wyjętym z szafy wibratorem. W cipę i w dupę, na przemian. I przypomni sobie swoich kochanków.

Przełączy na najmocniejsze wibracje. Żołądek stanie jej dęba. Jelito wypręży się jak głaskany Kot Pierwszy. Językiem wyliże róg poduszki. Wgryzie się w niego w końcowej fazie. Dosięgnie ją szczytowanie za wszystkie czasy. Owszem, za chwilę. Moje serce przyspiesza. Niby podobnie, a zawsze inaczej. Ludzie różnie cierpią – zupełnie jak u dentysty. Z tym wyjątkiem, że ja nie zwykłem podawać znieczulenia. Panna jak panna, całkiem, całkiem. Ładna, choć nie piękna. Ładna, czyli nie piękna. Bardziej zrobiona przez kosmetyki niż naturalną urodę, spuściznę po swoich rodzicach. Ufarbowana na blond przebija się przez szarugę nocy. Klasyczny model modnej cizi. Trwały szal perfum wokół szyi. Paznokcie, które zastąpiłyby brony. Biurowa garsonka. Zapewne jakaś młoda pani menedżer, opiekująca się znaną marką w korporacji detergentowej. Wątpliwe bowiem, by jakaś sekretareczka odważyła się na kupno mieszkania na osiedlu Paradise. Sekretareczki i podrzędne pracownice zwykły wynajmować trzydziestometrowe klity wzdłuż linii metra, by wstawać jak najpóźniej i przybywać do pracy jak najwcześniej, by wychodzić jak najpóźniej...

Panna wyzwolona jak nowa republika w środkowej Afryce. Pełna niezależności, świadomość swoich potrzeb kształtowana przez regularne lektury babskich pism, jak rządzić mężczyznami i swoim organem płciowym. Nie do końca, zaraz jej to udowodnię. Postaram się chociaż, ja, marzyciel pod gwieździstym niebem nade mną. Jesiennej nocy, gdy wszystkie motyle trafił już szlag.

Idzie wolno, coś świergocze pod nosem. Refren piosenki? Zasłyszane powiedzonko? Zaraz dostąpi schodów, otworzy drzwi, powita ją woń mieszkania. Demakijaż. Depilacja. Demasturbacja. Tu jest całkiem bezpiecznie. Cisza pustkowia. Gdzieś w oddali, po prawej stronie od drogi asfaltowej brodaty mężczyzna wyprowadził psa za potrzebą. Sielanka. Tu jest naprawdę bezpiecznie. Do czasu. Widzę ten druk: „Piekło na osiedlu Paradise”. Jaki skurwiel znów wpieprzył jabłko na cudze nieszczęście? Porzucony ogryzek rozdeptał na miazgę. Gdyby nie rozmyślała o sprzeczce z tym swoim lowelasem, dawno by mnie zauważyła. Jakoś tak się rozmarzyłem przez to liczenie, nie wiedząc, po co tu przyszedłem, w jakim celu, do kogo właściwie? Po kogo konkretnie?

Od dawna już nie mam kogo odwiedzać. Paweł, mój przyjaciel z liceum, z którym poznawałem smak piwa i marihuany, rozmył się definitywnie gdzieś na południu kraju. Podpadł komuś i pochowali go żywcem? Paweł miał talent do kłopotów. Utopiłby się pewnie w kałuży, gdyby upadł do niej po pijaku. Jego młodsza siostra Renata zakochała się w jakimś żałosnym ćpunie, który naciągał ją na szybkie stosunki i drobne sumy. Aż pewnego dnia odbiło smarkaczom i poharatali się po żyłach. Narkoman, wychudzony chłopaczyna, łysy jak po chemioterapii, wyzionął swojego nędznego ducha po kilku minutach. Renata wystraszyła się przykurczonych zwłok, próbowała dzwonić na pogotowie, telefon wyślizgiwał się jej z zakrwawionej dłoni. Spróbowała zatamować krew ścierką do wycierania naczyń. Zawiązała supeł i zemdlała. Paweł wrócił do domu po lekcjach. Ja z nim. Mieliśmy obalić jakieś czeskie piwo i odrobić matematykę. To znaczy, zadanie zrobię ja, Paweł będzie puszczał muzykę. Na drugi dzień Paweł nie przyszedł do szkoły, a ja dostałem lufę za brak zadania. Byłem jak szewc, który chodzi bez butów, jak kurwa, która zapomniała przed wyjściem do pracy zaopatrzyć się w tuzin gum. Nauczycielka matematyki nie chciała kupić historii o wypadku, dopóki nie powiedział jej o tym dyrektor szkoły. Paweł wyjechał po maturze za granicę. Później wrócił.

Coraz rzadsze telefony. Coraz słabsze przywiązanie. A później wyłącznie znajomi, którzy zaczynali rozmowę od „Co słychać?”. Odpowiadałem: „Chrapanie Babci”. Kałuża krwi z ciała Renaty zakryła cały dywan, utworzył się gęsty strumyk, który w grobowej ciszy dopłynął do progu, a wraz z nim odpłynęło tak młodziutkie życie, kurwa jego mać pierdolona, Boże mój, Boże. Jeśli Paweł miał rozmyślać tylko o tym, może dobrze, że się więcej do mnie nie odezwał. Taka wyrobiona w aparycji suka, którą za chwilę wypieprzę i zrobię z nią, co mi się podoba, na pewno nie narzeka na brak znajomych. Całe miasto chciałoby znać atrakcyjną dupę.

Tkwiłem tak ukryty niezdarnie za szopą, w której za dnia robotnicy jedli obiad i spędzali fajrant. Często za często. Ukryty i bez sił. Zrezygnowany, że ona znów dziś zniknie w miejskich klubach i nie da mi szansy. Wróci z tym swoim kochankiem przyklejonym do jej krągłości i da mu zapomnienie w sobie do kresu nocy. Ale ludzie też mają coś z much. Prędzej czypóźniej wlatują sami, nieproszeni, w sieć.

Nadstawiają się jak dziwki w Lasku Bulońskim. A przecież powiedziałem sobie: „Jeśli dzisiaj sytuacja się powtórzy, zrezygnuję”. Nie definitywnie. Nie jestem z tych, którzy po powiedzeniu „nie” postępują według „nie”. Trzeba być przygotowanym. Potknięcia zdarzają się każdemu. Nie ma człowieka, który by się nie skaleczył. To coś znaczy. Życie nie rozpieszcza. Gdyby Babcia wierzyła każdemu lekarzowi, pochowałbym ją pewnie dekadę temu. Nie wierzy. Ale łatwo nie jest.

Może pewnego dnia natknę się na wypizdrzoną pannę z osiedla Paradise w przymierzalni, w centrum handlowym i udając przed sprzedawczyniami jej chłopaka, z pierwszą lepszą kiecką wejdę za kotarę i dobiorę się do jej szyi ze wszystkich sił, szepcząc jej do ucha, jak to kiedyś strasznie zmarzłem przez te trzy tygodnie obserwacji, przyczajony jak zawodowy szpieg, samotny, w czarnym polarze i startych dżinsach. Ona tymczasem zabawiała się w imię swojej lubieżności, a ja nabawiłem się strasznego kataru, przez który starła mi się skóra pod nosem, wyglądałem nie jak dojrzały trzydziestolatek, a jak zasmarkany trzynastolatek zawstydzony swoją pierwszą nocną zmazą. Przychodzi taki dzień, w którym każdy z nas wyrównuje rachunki. Przeważnie wygórowane jak w restauracji pięciogwiazdkowego hotelu.

Wychodzę powoli. Pragnę, by zauważyła mnie jak najszybciej. Zawahała się, przystanęła. Mówię przed siebie:

– Max, gdzie jesteś? Max, wredna bestio, chodź tu do mnie.

Ona rozgląda się złapana na tę wiarygodną bajdę, szuka tego mojego nieistniejącego psa.

– Przepraszam panią, czy tam przy drodze nie widziała pani takiego włochatego jamnika? – Podnoszę głowę, by dostrzegła moje oczy. – Odkąd się tu sprowadziliśmy, biedak nie może przyzwyczaić się do nowego miejsca.

Ona mimowolnie zatrzymuje się zaskoczona moim pytaniem.

– Kiedy tylko wychodzę z nim na spacer, coś mu odbija, gdy spuszczam go ze smyczy i nawet gdybym obiecał mu dziesięć kilo szynki, nie usłucha mnie, wredny.

– Och. Też miałam kiedyś psa. Darcy się nazywał. Śliczny, biały jak śnieg – powiedziała. –Niestety, potrącił go samochód. I to gdzie, nie uwierzy pan. Na parkingu, na moim starym osiedlu. Moja matka osiwiała w ciągu tygodnia. Jacyś smarkacze dorwali się do ojcowskiego samochodu, wykręcali nim na wszystkie strony i najechali na mojego pieska. Taki piękny wilczur.

– Pani tu mieszka?

– Tak. A pan od kiedy?

– Od... Od dwóch tygodni.

– W której klatce? Może jesteśmy sąsiadami.

– Też mi tak się wydaje. Chyba już panią widziałem.

– Czyli?...

– Powiem pani szczerze, wstyd mi przyznać... Kiedy wchodzę na nasz dziedziniec, kieruję się w lewą... czy w prawą stronę... To bez znaczenia. Wszystko takie do siebie podobne. Człowiek przyzwyczaja się stopniowo. Max, gdzie jesteś? – Gwiżdżę i przekręcam się dokoła w poszukiwaniu mojego niesfornego psa. Byle nie drążyć tematu orientacji w terenie.

– Dziwne. Ja od razu zapamiętałam. Jedenastka. Drugie piętro.

– A klatka?

– C.

– Oj, matołek ze mnie. Przez Maxa jestem strasznie rozkojarzony... Zresztą już późno. Jasne, że C. Dokładnie tak. Dotąd wchodziłem mechanicznie, teraz będę się starał zapamiętać... Boję się, że zagryzły go szczury.

– Boże, tylko nie to.

– Tak czasem jest – mówię poważnie. – Choć w przeciwieństwie do ratlerka jamnik jest bardziej wytrwały. Proszę mi wierzyć, na placach budowy grasują całe stada szczurów. Wyczuwają nowe siedlisko i błyskawicznie się przenoszą. Ukrywają się pod fundamentami... Panna słucha mnie nie tyle z zainteresowaniem, co z sympatią. Nie przeszkadza jej historyjka o podstępnych szczurach, ohydnych gryzoniach żerujących na czym się da. Fajną musi być prywatnie, fajną laską. Może tak miłą jak Dorota. Choć wątpię. Miłe Doroty zdarzają się raz na dziesięć tysięcy kobiet. Większość z nich to stęchłe pizdy, z którymi nie mam zamiaru się zadawać z przeróżnych powodów. Jedno wejście, koniec, kropka, następna proszę. Tak trzeba. Nawet najbardziej urodziwe samiczki są jak najsmaczniejsze owoce.

Z czasem gniją. A ta wysuwa swój pyszczek prawie że zalotnie, co widzę przecież wyraźnie mimo ciemności.

Widocznie się jej podobam. Świetnie. Będzie ją mniej bolało. Bo... załóżmy inny scenariusz. Inny, zgrabny scenariusz: Przyznaję się, że wcale nie mam psa. Że po prostu wyszedłem na dwór, bo czuję się samotnie w moim nowym, pustym mieszkaniu. A musiałem się wyprowadzić, wyrzuciła mnie była narzeczona. Śpię na materacu, na podłodze bez parkietu.

I ona zaprasza mnie na herbatę, bo czuje dokładnie to samo co ja. Też się pokłóciła z tym swoim. Też doskwiera jej naturalna w takim wypadku samotność. Samotność nie z wyboru, tego nie zniesie żaden kandydat na świętego. Nieswojo tak pomiędzy czterema pustymi ścianami. Na swoim, ale cóż to za swoje, skoro nie wspólne. Pocałunek wieńczy nasze sentymentalne wyznania. Ona zadurza się we mnie. Pragnie jednak sprawić dobre wrażenie, w końcu to może być poważny związek. Najwyższa pora. Mieszkanie kupione. Macica zdecydowana założyć rodzinę. Czeka na swojego penisa. Drugi pocałunek, trzeci. Na dziś wystarczy. Wracaj kochanie do siebie. Jutro się spotkamy. Ona zamierza stopniować, odgrywać cnotkę, porządnisię, związek szyty konwenansem, żebym nie pomyślał sobie, broń Boże, że kupczyła sobą gratis, byle nie lądować samotnie w łóżku. Teraz, kiedy poznała poważnego faceta, trochę przecierpi, lecz co tam, opłaci się. A ja... Ja nie chcę potem. Chcę teraz. Zaraz. Już. Życie jest za krótkie, by trzeć dupą o taboret. Żadnego czekania. Żadnego jutro. Żadnych dzieci. Żadnego wspólnego mieszkania. Żadnych śniadań. Żadnych pierdolonych rozważań „Iść do teściów na obiad, czy nie iść?”. Żadnych takich tam. Teraz i zaraz. I nie pocałunek. Coś bardziej konkretnego. Skrojonego na moją miarę. Nie będzie innego scenariusza, poprawek, wyważonych redakcji. Napisałem wcześniej swoją rolę i ani mi się śni odstąpić od dokładnego, wymarzonego scenopisu. Może scenę napisał ktoś jeszcze. To bez znaczenia.

Natchnienie przywołało epizod warty każdej ceny.

– Na którym piętrze pan mieszka?

– Na piątym – mówię, próbująć odgadnąć, jaki rozmiar ma jej biust. Rzeczywiście, imponujący. Czwórka. A jeszcze lepiej, jeśli piątka. Jeśli piątka, złapię dziś parę gwiazd za ich podbrzusza. Jeśli piątka, zatańczę z Kotem Drugim krakowiaka.

– Piątym?

– A co? – wracam z wizji miętoszonych piersi, tych jej cyceczek dorodnych, cyc w rzeczy samej, krowich, przepysznych, wracam do kobiety, której ciało jest mi nadal niedostępne. Piszą o tym: „prymitywny hedonizm”. Gdyby choć zakosztowali co nieco. Zdanie łatwo zmienić jak kierunkowskaz przed zmianą pasa ruchu. Kiedyś nienawidziłem smaku fig. I pewnego dnia, kiedy jeszcze pracowałem w firmie, jakaś biurewka z okazji swoich urodzin częstowała ludzi furą tropikalnych łakoci. Co ma przyjść, przyjdzie. Nieuchronność. Trzeba być cymbałem, by trzymać się wciąż tego samego rogu stołu. Opuszczam świat, który wciąga mnie intensywnością wyobrażeń w każdej wolnej chwili. Prawdziwy narkotyk znajduje się w przysadce czy w innym miejscu pod czaszką, gdzie podobno na świętym stolcu wielkiej niewiadomej przysiaduje dusza. Nie ma prawa, które by go zdelegalizowało.

Chyba że wynajdą jakiś środek kasujący wyobraźnię.

Wychudzony ćpun dostał za swoje, dobrze mu tak. Szkoda, że pociągnął za sobą siostrę Pawła, mała miała takie wspaniałe poczucie humoru. Lubiła mnie. Amfetamina, heroina, kofeina są dla cieniasów, którzy dają zarabiać obwieszonym łańcuchami i sygnetami bossom, którzy sponsorują tym wszystkim mafijnym kurewkom godziny w solariach i fitness klubach. Wydymać taką przyciśniętą do ściany, spuścić się jej prosto do żołądka, by poznała prawdziwy zasięg bólu i upokorzenia. Szmaty jedne pierdolone. Tej tu z osiedla Paradise pewnego dnia może oświadczyć się jakiś wąsaty grubas ze stajnią terenówek jako ostatecznym argumentem, że jego miłość jest szczera. Wystarczy, że panna straci pracę, a nie będzie chciała zapierdalać na poczcie czy nadwerężać cipy i sumienia w agenturze, dosiadana przez szmaciarzy z ulicy. Tak, to pewne. Szkoda mi jej. Życie jest takie okrutne, epicentrum bitwy na każdym roku, w każdej rozmowie, w każdym przedsięwzięciu. Biznesmeni ukrywają pod garniturami neandertalskie owłosienie. Ich królewny golą swoje wzgórki Wenery, byle poczuć się bliżej i bliżej ideału z okładki ekskluzywnego magazynu. Codziennie widzę te pizdeczki księżniczki, jak chodzą bez celu z torbami nowych ciuchów po centrum miasta, meldując się przez komórki swoim kochającym bandytom. A ci wytrwale zarabiają na ich utrzymanie pistoletem, kastetem i bejsbolem. Wyperfumowani najemnicy z agencji reklamowych i studiów nagraniowych, w poszukiwaniu pomysłów na nowe reklamy, robią zrzutkę na ich wypasione samochody, wille z basenami, yorki w kokardkach, pokątne pełnopiersiaste dziwki i zagraniczne podróże w szemranych interesach, słowem, utrzymują bandyterkę na etacie swoich słabości. W zamian dostają kość z mięsem. Z przewagą chrząstki. Miejskie pizdunie i chłopcy z dobrych i złych domów wywieszają jęzory za rzekomym speedem, energią, mocą. Gówno, nie działanie. Ochłap działki miesza i przemija. Mój narkotyk promieniuje bez ustanku. Wiecznie płodne poletko. Nie grozi mi bieganie na bosaka po korytarzu na oddziale odwyku. Niespożyta wytrwałość, którą posiadłem dzięki uśmiechowi losu.

– Przecież mamy cztery piętra – zauważa bystra, inteligentna, być może nawet oczytana panna z osiedla Paradise.

– No tak. Dopiero się wprowadziłem... Tyle zamieszania, ciężarówki z meblami, monterzy kablówki, internetu...

– Oj, coś pan naprawdę rozkojarzony – śmieje się i próbuje zagwizdać. Nie udaje się jej, zawstydzona krzyczy: – Max, Max, piesku, choć tu, przez ciebie twój pan świata nie widzi.

Tak, jestem rozkojarzony. Przez ciebie, suko.

– Dajmy mu spokój – mówię. – Jego wybór. Niech zjedzą go szczury. Jamniki są uparte jak opozycyjni posłowie przy głosowaniu nad rządowym budżetem.

– Okrutny z pana żartowniś – mówi panna. Nawet zanurzona w cieniu nie traci nic ze swej atrakcyjności. Za co muszę tak cierpieć? Dlaczego mam przeżywać takie katusze? Jakie bluźnierstwo rzuciłem na niebiosa w poprzednim wcieleniu, że zdecydowały się ukarać mnie przy kolejnej szansie, dając jeszcze więcej możliwości. Jeszcze więcej bolesnych możliwości.

Bo czuję, że mogę, jeśli mi się zechce, rozpierdolić cudze życie jak kucharz tasakiem dorodnego arbuza. To jest prostsze niż się wydaje. Życie jest bowiem samo w sobie dorodne. Nawet nędzarze, ostatnie łazęgi zakwitały za młodu. Co dopiero takie apetyczne samice, które od początku narażone są na gang bangi dokonywane oczami przechodzących mężczyzn. A pewnego dnia cień zasłoni mi słońce, skurczę się do wielkości porzuconego ogryzka, przypadkowy cwaniak rozdepcze mnie w biegu, jakby od niechcenia, tak zwyczajnie. Staruszkom jest ciężko w życiu, kiedy stawy strzykają przy każdym kroku. Nic dziwnego, że starają się umrzeć jak najszybciej. Byle łazęga może wyrwać dziadkowi portfel i sztuczną szczękę. Byle ochlapus zakosi babci receptę z lekami na serce i książeczkę do nabożeństwa.

– Okrutny pewnie tak, lecz nie żartowniś – mówię w pełni zakochany w jej ciele ukrytym za tym przeklętym ubraniem, które pragnę rozedrzeć, zabrudzić, wymiętosić. Uwertura błogości.

Dorota, moja ruda Dorota, piłuje dzisiaj swój doktorat, pichci traktat o fonetyce, traktat, który już na drugiej stronie przymusza czytelnika do ziewania. Szczękę można sobie naderwać na piętnastej. Na kolejnych nuży, łzawi jak gaz, obniża ciśnienie i każe opaść powiekom. W aptece zamiast ziółek nasennych powinni zapisywać prace doktorantów. Dorotę poznałem niedawno. W fast foodzie. Straciła kontrolę nad tacą. Wyznała, że przypomniała się jej wtedy reklama telewizyjna fast foodu i próbowała przywołać jakieś szczegóły specjalnej oferty na ten miesiąc. Cola i frytki spadły na podłogę. Frytki zanurkowały w kałuży coli. Cola zaczęła pożerać frytki. Nikt nie wstał znad stołu, nikt nie rozstał się z nadgryzionym hamburgerem. Oprócz mnie. Gdyby była brzydulą, musiałaby liczyć tylko na siebie. Jak chroma szympansica.

Gdzie spojrzysz, dżungla. Wydaje ci się, że nie, że jeśli nawet, to zoo. Niech będzie zoo. Ale ktoś pootwierał klatki i drapieżniki wydostały się na wolność, na żer. Dorota zrobiła się czerwona po uszy. Na pierwszy rzut oka oceniłem, że pasuje do mojej miary. Co prawda naturalnie rude włosy wydały mi się zbyt kontrowersyjne. Rudzi nie mają zdrowej skóry. Coś jest z nią nie tak. Skąd te piegi, przebarwienia? Podejrzane mutacje genetyczne, przestawienia w strukturze DNA? Z drugiej strony nigdy jeszcze nie pieprzyłem kobiety o włosach w kolorze ugotowanego raka. Może okażą się pociągające? Mimo to wyróżniały ją niekoniecznie na korzyść. Piersi za to otrzymała od natury przepyszne. Dyniowy tandem. Pompony do zabawy dla męskich rąk. Tu mutacja okazała się wyjątkowo korzystna. Ciekawiło mnie, czy też upstrzone są piegami. Cyple piegów rozsiane w pobliżu sutków. I tylko jedno: wślizgnąć się między jej cyce, ściskając nacierającego kutasa i zrosić je nasieniem. I tysiąc innych zachęcających, egoistycznych myśli. No bo co? Ja, biedna sierota, którą na szczęście ominęło molestowanie seksualne w domu dziecka, jako że go po prostu uniknąłem dzięki kochającej Babci, mogę pomolestować sobie kogo innego. I nic w zamian, żadne tam piękne za nadobne. Prywatna inicjatywa, przesyt przyjemności i tak dalej. Po prostu kaprys. Księżniczka Kunegunda, której przestała wystarczać masturbacja szyjką opróżnionej butelki wina. Dorota, ruda, nie ruda, cipę ma pewnie normalną, a więc przyda się, jak to kobieta. Pomogłem jej zbierać frytki. Niepotrzebnie. Przesiąknięte colą nadawały się do wyrzucenia do kosza lub dobroczynnego karmienia ptaków, a na pewno nie żebrzących cyganiątek, które za taką jałmużnę gotowe odgryźć palce. Dwa miesiące wcześniej rozstała się podobno z długoletnim narzeczonym, który po skończeniu studiów wymarzył sobie zagraniczny staż. I karierę w jakimś koncernie, od razu z arcygrubej rury, bo w jego głównej siedzibie w Londynie. Taka skocznia mamucia dla rekinów zamiast lokalnej dla płotek biznesu. Wyjazd na rok. Znając życie, z roku zrobią się dwa. Z dwóch lat – nieskończoność. A Dorota wolała zostać. Wykładać na uniwersytecie. Pisać eseje do niszowych periodyków. Parać się dziennikarką na szczeblu gminnym, w przyszłości startować do prasy krajowej. Szczebel po szczeblu do nieba pozornego szczęścia. Taka skromna pizdunia, w sam raz na grzeczną, ułożoną żonę, która nie wzdrygnie się na widok utytłanych w rzadkim, piaskowym kale pośladków niemowlęcia. Miła, ruda panna, która nawet jeśli się znudzi na pierwszy rzut oka, to na drugi, trzeci i dziesiąty zaintryguje piegami, które można liczyć w nieskończoność i nigdy nie doliczyć się choćby setki. W sumie czemu nie? Kilka sztosów na miesiąc i pełnia zadowolenia. Takie przynajmniej jak kochają, to kochają. Lecz przeważnie są nudne. Nudne na różne sposoby: „Co mam dziś założyć, kochanie?”, „O, jak mnie boli brzuszek”, „Głowa mnie boli”; banalne spostrzeżenia na temat zła na świecie, okrzyki przerażenia podczas wstrząsających reportaży telewizyjnych o samobójcach z Al Kaidy, wzruszenie wywołane noworocznym przemówieniem kolejnego premiera. A ja w takiej chwili sięgam po pilota i zmieniam kanał na bardziej rozrywkowy. Jak teraz. Zamiast wczuć się w moje potrzeby, ta ruda, kochająca mnie – ale jak bardzo? – kobieta spogląda na czubek swego nosa, w ciepłym kącie rodzicielskiego domku. Żeby choć doceniła moje starania, że chcę, potrafię, mogę. W miarę moich możliwości. W końcu kim jestem? Nikim.

Choć to podobno już coś – odnaleźć swoje miejsce w szeregu. Że chcę, potrafię, mogę.

Ale nie. Od czasu do czasu spotykamy się na parę godzin, zaspokajamy się profesjonalnie jak jakieś zwierzaki, nie ludzie. I to gdzie, w domu mojej Babci. W moim pokoju. Babcia ogląda sitcom czy telenowelę, jeden syf, trudno zidentyfikować, co akurat puszczają. Ciągle coś leci. Biegunka telenowel. Śmierdzi banałem. A to najgorszy po zapachu tchórza smród. Babcia nic z tego nie rozumie, a jeśli rozumie, to tak jedną trzecią, nie więcej. Jest przygłucha, i w ogóle już nie tego w stu procentach, ogląda, gapi się, choć nie widzi, a my nacieramy na siebie wielokrotnie. Później Dorota wraca do siebie, bo Babcia uważa, że dopóki się nie ożenię, to dziewczynie nie przystoi zostawać u mnie na noc.

Dziewczynie? Stara dupa. Dziewczyny chodzą do liceum. I mają ciasne dziurki. Studia i w ogóle życie rozpycha cipy, ile wlezie i kiedy tylko może. Niech jej będzie. Babcia jak babcia, poglądy z epoki kamienia łupanego i zardzewiałego naparstka. Ale Babcia, kochana Babcia, jedynie ona potrafi ugotować taką kartoflankę, dzięki której mój żołądek po prostu szaleje z radości. I milion trzysta tysięcy osiemset dwadzieścia innych spraw.

Dawid Kornaga (ur. 1975 r.) – absolwent dziennikarstwa, kreatywny z powołania. Autor powieści: Poszukiwacze opowieści (2003), Gangrena (2005), nominowana do Paszportów POLITYKI, Rzęsy na opak (2007), Znieczulenie miejscowe (2008), Single+ (2010) i Cięcia (2011), a także opowiadań w m.in. antologii Pikanterie, Gorączka, Opowiadania kryminalne i Piątek, 2:45. Stypendysta międzynarodowego programu literackiego Dagny oraz Goethe Institut.

Pisze również felietony do

magazynu lifestylowy\ego „Hiro” (http://issuu.com/hiro_free)

i pisma kulturalnego „Kwartalnik” (http://pismo.kwartalnik.eu/)