Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 160 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rzęsy na opak - Dawid Kornaga

Gdzieś w Polsce. Zaniedbana, czynszowa kamienica. Małe mieszkanie. W wielodzietnej rodzinie Procyków ojciec popija, mama zajmuje się domem. Świat, poznawany przez nastoletnią i jeszcze bardzo naiwną Olę, daleki jest od ideału. Starszego brata pociągają mętne interesy, młodszy powinien iść do komunii. Ale za co ją urządzić? I wtedy ojciec słyszy w telewizji rozmowę o becikowym... Sugestywna, pełna drażliwej prawdy opowieść o rzeczywistości, w której nie ma miejsca na realizację marzeń, a miłość zabija walka o przetrwanie.

Opinie o ebooku Rzęsy na opak - Dawid Kornaga

Fragment ebooka Rzęsy na opak - Dawid Kornaga

DawidKornaga

Rzęsy na opak

Fragment

Dla Jo

Dziś znów strasznie się martwiliśmy. Wskazówki kuchennego zegara dawno minęły szóstą, a taty jak nie ma, tak nie ma. Mama siedzi przed telewizorem i nerwowo zmienia kanały. Nagle, w przerwie na reklamy, wstaje i mówi:

– Tata przyjdzie pijany.

– Znów?! – pyta Jędrek.

– A ty co, zdziwiony? – szturcha go Mateusz.

– Nie bij mnie! Nie jesteś tatą! – wrzeszczy Jędrek.

Podchodzę do mamy, której twarz szarzeje. I mama robi się jakaś taka nieprzyjemna, chłodna, po prostu solniczka.

Dotykam jej dłoni. Odpycha mnie.

– Idź się uczyć, Ola! – krzyczy. – Do nauki! Natychmiast!

– Ale ja odrobiłam lekcje – mówię spokojnie.

– Wciale nie, wciale nie! – woła Marysia.

Co za wredny bachor! Mam nadzieję, że kolejny nie będzie taki. Brzuch mamy jest już znacznie zaokrąglony. Od kalendarzowego lata dzieli nas tydzień, a po wakacjach zjawi się nowe dziecko. Gdzie wstawią wózek? Jedynie w pokoiku moim i Marysi jest jeszcze trochę miejsca. Chyba będę musiała się uczyć na parapecie.

A teraz tata przyjdzie pijany i awantura gotowa. Dobrze, że odrobiłam lekcje, choć mama nie wierzy. Zawsze odrabiam, bo nigdy nic nie wiadomo. Tata czasem potrafi przyłożyć bez żadnego powodu. „Tak dla porządku” – mówi. Nie rozumiem, o co mu chodzi. Codziennie przecież sprzątam mieszkanie, wycieram kurze i zmywam naczynia.

Albo przychodzą z nim tacy różni panowie i panie, wszyscy weseli jak starzy ludzie w naszej kamienicy, gdy raz w miesiącu listonosz przynosi im renty i emerytury. Przy tych gościach nie ma spokoju w domu.

Ja się tym nie przejmuję. Nie boję się żadnej klasówki, bo lekcje odrobione i jedynka mi nie grozi. A w ogóle to już mam wolne.

Mogę na przykład wyjść na dwór i się pobawić. Mogę poczytać sobie lekturę szkolną lub nadobowiązkową. Lubię czytać, a najbardziej lubię pisać. Mogę też zaszyć się gdzieś w kącie naszego miłego, choć bardzo małego mieszkania. Marysia, ten trzyletni szkrab, usiądzie mi na kolanach i będę jej opowiadała o różnych sprawach. Co kilka dni ma bzika na jakimś punkcie, dziś – na punkcie przedszkola.

Mama z powrotem ląduje na fotelu. Tata kupił go od pana Ryśka, który handluje meblami z Niemiec. Przywozi je stamtąd co miesiąc samochodem. Ma on dziwną nazwę – gazik. Jest to podobno rosyjskie lub ruskie auto. Tata mówi na nie rosyjskie, a pan Rysiek ruskie. No i kto ma rację? Ci mężczyźni potrafią się upierać przy swoim, jakby dawali za to medale. Gazik ciągnie wielką przyczepę. W niej pan Rysiek wozi towar. Ten sklep albo magazyn w Niemczech pan Rysiek nazywa milabladestelle, wujek Kazik zaś szrotowiskiem. Czy mają tam jakieś promocje, których nie ma u nas? Widocznie tak, na pewno jednak na rzeczy trochę podniszczone. Te Szwaby są kute na cztery nogi. Tak mówi wujek Kazik.

Fotel, w którym siedzi mama, jest obszerny, prawda, ale poobszywany po bokach i wytarty w miejscu, gdzie człowiek kładzie ręce, żeby sobie odpoczywały podczas oglądania serialu.

Mama patrzy na zegarek, wzdycha i wypowiada bardzo brzydkie słowo. Brrr!

Gdyby moja katechetka je usłyszała, natychmiast skarciłaby mamę i kazała jej iść do spowiedzi. Ciekawe, jak by się sama zachowała, gdyby jej mąż nie przyszedł na obiad! Czy też powiedziałaby bardzo brzydkie słowo? Może by powiedziała i od razu poszła do spowiedzi? Podobno to najlepsza metoda, żeby Pan Jezus się nie obraził, a nasz Anioł Stróż nie miał przez to kłopotów w niebie. Muszę ją o to zagadnąć, bo jak sobie zadam pytanie, niecierpliwię się i chcę znać odpowiedź.

Ojej!... Przypomniałam sobie, że trzeba podlać kwiaty na parapetach. Napełniłam wodą słoik po ogórkach i zaczęłam – jak ją nazywam – drogę kwiatową od doniczki do doniczki.

Marysia uczepiła się mojej nogi. Z trudem ciągnę ją za sobą.

– Ola – marudzi – chciem do psiedśkola!

Mama zapatrzyła się na jakąś scenę w telewizorze. Z pokoju słychać krzyki chłopców. Kurczę, mogliby się trochę pouczyć! Mateusz jest starym bykiem, psuje Jędrka, ucząc go gry w karty. Udaje, że nic się przedwczoraj nie stało. A pewnie sika w majtki ze strachu! Wrócił przed chwilą ze spotkania z Jarkiem i chwali się, że zacznie pisać teksty do piosenek hip-hopowych, które później nagrają.

– W psiedśkolu jeśt fajnie i ziabawki siom – nasz szkrab nie daje mi spokoju.

Odstawiam słoik. Kucam i patrzę na siostrzyczkę.

– Bestyjka z ciebie.

Czasem wygląda strasznie, strasznie słodko. Ma taki malutki nosek i wielkie oczy. Jak mamie i mnie rosną jej żółte włosy. Tyle że nasze są proste, a Marysi zakręcają się na końcach. Kiedy wychodzę z nią na podwórze, wszystkie staruszki podchodzą do nas i głaszczą małą po głowie. Może to od tego głaskania robią się jej te świderki? Ile można bezkarnie gmerać we włosach?

Marysia lubi pieszczoty babć i słodycze od nich. Pani Cieślikowa wyjęła niedawno z torebki soczek bananowo-marchwiowy. Dziecko się ucieszyło. Ja byłam jednak przeciw, bo kiedyś też coś wypiła i dostała biegunki. Okazało się, że soczek był przeterminowany. Pani Dobrowolska, która kupiła go dla Marysi, nie sprawdziła daty. Sprzedawcy wciskają starym ludziom przeterminowane rzeczy. Wiedzą, że taka babunia w bereciku i szarym płaszczu nie doczyta cyferek lub w ogóle tym się nie interesuje.

Marysia patrzyła łakomie na soczek bananowo-marchwiowy. Co miałam robić? W końcu pani Cieślikowa jest tutejsza, więc powiedziałam: „Proszę, bierz Marysiu, dziękujemy pani”.

Później na boku uważnie przyjrzałam się etykiecie. Termin ważności do końca roku. Odetchnęłam!

Nic dziwnego, że pani Cieślikowej nikt nie ośmieli się narazić – jej syn Marian jest naszym dzielnicowym. Mieszka na innej ulicy, lecz często odwiedza matkę. Parkuje przed bramą starą skodę i z siatką zakupów wchodzi na podwórze. Mąż pani Cieślikowej powiesił się dwa lata temu. Moja mama, głęboko rozżalona, mówiła: „Taki człowiek. Taki człowiek... Jak to możliwe?”.

Pani Cieślikowa zachowała zdumiewający spokój. Tłumaczyła sąsiadom, że u jej męża wykryto raka, który „toczyłby go latami, a ból by się potęgował”. Pan Cieślik wybrał więc inny sposób pozbycia się choroby. Od tamtego czasu nie ma dnia, by pani Cieślikowa nie szła na mszę.

Chciałabym, żeby mój starszy brat Mateusz został policjantem. Już on by się rozprawił z tymi wszystkimi chłopakami od numerów, jak ich nazywamy. Ale... Ale on przecież także robi numery... Jak przedwczoraj... Dobrze, że o tym jego wyczynie mama nie powiedziała tacie. Chybaby go zabił. Tata to uczciwy człowiek. Ma tylko „niepotrzebną smykałkę do alkoholu”, jak mówi o nim wujek Kazik. Sam zresztą nie jest lepszy.

– Nie jeśtem beśtyjka, jeśtem Malisia! – woła moja siostrzyczka. – Ja chciem do psiedśkola!

Tłumaczę jej:

– Tam chodzą dzieci, których rodzice są zajęci.

– A cio to ziajęci?

– Chodzą do pracy.

– Tata teś chodzi!

Mała skacze koło mnie i daje mi prztyczka w nos.

Oddaję. Nie prztyczka, tylko klapsa.

– Au! – Krzywi się. Zaraz się rozpłacze. I mama mnie zleje. Na szczęście przysnęła w fotelu.

– Posłuchaj, Marysiu. Coś ci powiem – próbuję uspokoić wrednego bachora.

– Chciem do psiedśkola! Bo bede płakać!

A to szantażystka! Taka mała, a jaka bystra.

– Posłuchaj, Marysiu – powtarzam – do przedszkola chodzą dzieci, których obydwoje rodzice wychodzą na cały dzień. A nasza mama siedzi w domu. Gotuje obiady, ogląda telewizję i zajmuje się tobą.

– Ja chciem takie ziabawki, jakie mają w psiedśkolu!

– A skąd wiesz?

– Basia mówiła. Ona chodzi.

– Rodzice Basi pracują. Dlatego dają ją do przedszkola.

Marysia zaczyna tupać nogami. Mama chrapie.

– To ja chciem, zieby nasi teś placowali.

– Mama nie może.

– To powiedz jej, zieby placowała!

Czuję, że tracę cierpliwość. Podejdę ją z innej strony.

– Basia cię okłamuje, że mają fajne zabawki. Powiedziała ci, że tam jest jedna lalka i muszą się nią dzielić?

– Śtlaśne!

– Każdego dnia rano jedna dziewczynka dostaje lalkę i może się nią bawić do obiadu. Później musi oddać innej. Po co ci takie miejsce, w którym nie miałabyś swojej lalki?

– Weźme ź domu!

A to kombinatorka! W jej wieku nie byłam taka cwana.

– Oj, odebraliby ci przy wejściu. Do przedszkola nie wolno nosić swoich zabawek. Dlatego w domu jest lepiej.

– Naplawde?

– Tak, Marysiu, naprawdę. Teraz pozwól mi podlać kwiaty. Mama zupełnie o nich nie pamięta.

Zwłaszcza kiedy – jak dzisiaj – jest na sto procent pewna, że tata wróci do domu pijany. Po procesji Bożego Ciała był na wódce z wujkiem Kazikiem, a potem mu się urwał. Wujek wrócił do swego domu, ojciec do nas nie.

A wszystko zaczęło się od komunii Jędrka.

1

Jędrek miał w tym roku przystąpić do pierwszej komunii. To jednak nie było takie proste, jak mogłoby się wydawać.

Doskonale pamiętam rozmowę mamy i taty, choć zdarzyło się to kilka miesięcy temu. Daleko jeszcze było do komunii, lecz nasza katechetka rozdała dzieciom karteczki, które miały wręczyć rodzicom.

Mama przeczytała karteczkę i zbladła.

– Boże, ile to będzie kosztowało! Za czasów Oli było taniej! Ależ się ten Sopel ceni!

Od tamtej pory ciągle mówiła o jakichś dodatkowych kosztach dla księdza Sopla i o garniturku dla Jędrka. Na ciuchach nie można podobno kupić, trzeba zamówić u krawca.

Tata powiedział:

– Co się będziemy pierniczyć! Obowiązku nie ma!

Mama wałkowała na stolnicy ciasto na pierogi. Odłożyła wałek, wytarła dłonie w fartuch i podeszła do taty, który siedział w tym naszym fotelu od pana Ryśka.

– Jak ci nie wstyd?! Czy wiesz, co ludzie powiedzą, jak nasz syn nie pójdzie do pierwszej komunii?!

Tata się zaśmiał, lecz po chwili spochmurniał i bez słowa sięgnął po pilota. Nacisnął przycisk i włączył program, w którym rozmawiali jacyś panowie w garniturach. Na pewno byli mądrzy, bo kamera długo pokazywała ich twarze, gdy kolejno się wypowiadali.

Pani dziennikarka – o takich samych włosach jak moje, mamy i Marysi – zapytała pana z sumiastymi wąsami:

– Czy becikowe jest właściwym rozwiązaniem dla rodzin, które nie mają bieżących środków na utrzymanie dzieci?

Pan z sumiastymi wąsami pokiwał głową. Uśmiechnął się przymilnie do pani dziennikarki i odpowiedział:

– Oczywiście, że jest dobrym rozwiązaniem. Taka suma piechotą nie chodzi. Proszę sobie wyobrazić rodzinę bez wsparcia ze strony państwa. Jej los na pewno byłby gorszy, gdyby nie dostała becikowego. Troską naszej partii jest pomoc potrzebującym.

Mama i tata słuchali tej rozmowy, a ja się zdziwiłam, że interesuje ich coś takiego. Zazwyczaj oglądają filmy i wiadomości, a kiedy jacyś panowie i panie dyskutują o podobno ważnych sprawach, tata pokrzykuje: „Lepiej by skoki lub mecz pokazali, do cholery! Po co mam słuchać tych darmozjadów!”.

A teraz spojrzeli na siebie jakoś tak czule, że mało co nie prychnęłam ze zdziwienia. Ale wtedy mogliby się kapnąć, że ich podsłuchuję, zamiast odrabiać lekcje. Siedziałam więc cichutko przy stolnicy i pisałam wypracowanie na temat lektury, którą kazano nam przeczytać.

– Może to jest sposób na pieniądze – oświadczył tato. – Dla nas byłoby ze dwa tysiące.

– Ale jak się nie uda?

– Co się ma nie udać? No wiesz! Mateusz, Jędrek, Ola, Marysia – wyliczał nas tata. – Co ma się nie udać? Jak mówię, że się uda, to się uda, Kryśka.

– I kolejny żołądek do napełnienia – mama pokręciła głową. – Jak ja to zniosę, niemłoda jestem. A ty robisz się ochotny po kieliszku!

Tata objął mamę w talii.

– Kryśka, no co ty. Wyglądasz całkiem, całkiem. Najwyżej, jak się opóźni, pożyczymy pieniądze, a później oddamy z tego funduszu.

– Ale becikowe jest dla małego dziecka.

– Coś się wymyśli. Masz rację, komunia musi być, bo wstydu byśmy się najedli.

A później kazali mi iść z Marysią do naszego pokoju i nie wychodzić przez pół godziny. Mateusz był poza domem, Jędrek poszedł do sąsiada bawić się żołnierzykami.

– Dlaczego nie mogę wychodzić?

– Bo musimy z mamą obgadać parę ważnych spraw. Nie dyskutuj – tata powiedział ostrym tonem i już miałam się rozpłakać, lecz bałam się, że może się zdenerwować, więc się powstrzymałam.

Marysia usnęła po pięciu minutach na moim łóżku, kiedy czytałam jej bajkę o żółwiu i zającu. Zwierzaki ciągle organizowały wyścigi i na końcu żółw niespodziewanie wygrał dzięki jakiejś chytrej sztuczce!

Podeszłam na palcach do drzwi, przyłożyłam ucho do dziurki od klucza i nasłuchiwałam, o jakich to ważnych sprawach gadają mama i tata. Ale nic nie słyszałam. Przytuliłam ucho mocniej do dziurki.

Nic a nic! Tylko jakieś głośne oddechy...

Te ich rozmowy nie rozmowy powtarzały się przez cały tydzień.

– No więc okłamali mnie bezczelnie! – zwierzyłam się w końcu mojej koleżance Marioli z klasy.

Z Mariolą siedzę w jednej ławce. Ma takie malutkie usta wielkości pięciu złotych i za to wielkie oczy – prawie jak plasterki kiełbasy krakowskiej. Włosy kręcą się jej jak Murzynowi, to nawet słodkie. W przeciwieństwie do moich, które są proste, jakby je kto wyprasował. Choć czasem się spieramy, lubię Mariolę. Jej mama pracuje na poczcie i zdarza się, że w magazynie zostają paczki, po które nie zgłaszają się adresaci. Wtedy pracownicy mogą podzielić się ich zawartością – twierdzi Mariola.

Nie wiem, czy to legalne. Nie myślę o tym, gdy Mariola przynosi do szkoły kosmetyki i kolorowe pisma. Ma ich już tyle, że dzieli się ze mną. Taka koleżanka to prawdziwy skarb, prawda?

– Wcale cię nie okłamali – odpowiedziała Mariola.

– Co ty powiesz? Byłaś tam, słyszałaś ich?

– Łatwo się domyślić, że poruszali ważne sprawy. Ale nie rozmawiali o nich – uśmiechnęła się i puściła do mnie oko. – Wiesz, co mam na myśli?

– Może mama źle się poczuła? Czasami w nocy, rzadko, bo rzadko, ale jednak słyszę, jak głośno oddycha.

– Ma powody.

– Jakie powody? Nie bądź taka przemądrzała!

– Oj, jaki dzieciak z ciebie!

– Mariola, nie pozwalaj sobie!

– Cicho, dziewczynki! – upomniała nas pani od polskiego. Odwróciła się do tablicy i dokończyła pisanie tematu lekcji.

– Twoi rodzice zrobili dzidziusia – wyszeptała Mariola.

– Chyba cię pokręciło! – nie wytrzymałam. – Jest nas czwórka, zdecydowanie wystarczająco na dwupokojowe mieszkanie. Rodzice nie mogli nam tego zrobić!

– Procyk, do kąta!

To było do mnie. Wstałam i spaliłam się ze wstydu. Chłopcy siedzący za nami śmiali się, bo to oni zawsze idą do kąta, a nie dziewczyny.

Poszłam i stanęłam tyłem do klasy. Miałam łzy w oczach. Nie, nie z powodu kary. Martwiło mnie, jak my się teraz pomieścimy, gdy jeszcze jedna siostrzyczka lub braciszek pojawi się w mieszkaniu. Co to będzie? Kurczę, ciężka przeprawa, jak powiedziałby wujek Kazik.

Po lekcjach biegłam do domu tak szybko, jak chyba nigdy dotąd. W drzwiach wydyszałam do mamy:

– Wystarczy dzieci w tym domu!

Wtedy mama bez słowa ostrzeżenia uderzyła mnie w policzek.

Wpadłam z płaczem do pokoju i zwinęłam się w kłębek na łóżku. Po chwili przyszła mama.

– Przepraszam, Oluś. Poniosło mnie.

Dalej szlochałam.

– Zresztą, co ja ci się będę usprawiedliwiała!

Mariola miała rację. Jakoś po miesiącu mama poczuła się źle, biegała ciągle do łazienki i wymiotowała. I jak na złość, wtedy tata znów zaczął wracać z pracy pijany.

Mama krzyczała:

– Wrobiłeś mnie, stary ośle! Co mi odbiło! Zupełnie zwariowałam!

Tata wzruszał ramionami, siadał w fotelu kupionym od pana Ryśka i zaczynał oglądać film o przygodach komandosów. Po chwili już chrapał i w domu robiło się spokojnie. Nie zawsze tak jest. Przeważnie tata przeprowadza różne akcje jak ci komandosi. Usiedzieć nie może, snuje jakieś plany, śpiewa i w ogóle.

Mama pożyczyła pieniądze od swojej siostry Anki, która jest żoną wujka Kazika.

Wujek Kazik wpierw udawał, że nie ma środków na „sponsoring tego ochleja”, jak powiedział brzydko o tacie.

Mama sprostowała:

– Kaziu, to na garniturek dla Jędrka. Do komunii chłopak idzie. Przypomnij sobie, kto jest jego chrzestnym.

Wujek zmienił nieco ton. Zapalił papierosa bez filtra.

– Dobrze, daj jej, Anka, parę złotych. Pamiętaj – pokiwał palcem do mojej mamy jak matematyczka do Franka, największego rozrabiaki w szkole – że upomnę się o swoje. A prezent kupię swoją drogą, jak porządny chrzestny.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Redaktor prowadzący

Katarzyna Krawczyk

Redakcja

Krystyna Goldbergowa

Redakcja techniczna

Małgorzata Juźwik

Korekta

Elżbieta Lorenc

Alicja Chylińska

Copyright © by Dawid Kornaga 2007

© for the e-book edition by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2012

Świat Książki

Warszawa 2012

Weltbild Polska sp. z o.o.

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa Weltbild.pl

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych - jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

ISBN 978-83-273-0150-5

Nr 90453002

Plik ePub opracowany przez firmę eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl