Przerwany sen Kashi - Dawid Kornaga - ebook
Opis

2050, Warsaw City.

Nowy europejski porządek.

W tle kolejny kryzys na szczytach władzy Autonomii Polskiej, co nie pozostaje obojętne dla zwykłych jednostek biologicznych. Kasha i jej bojówkarze otrzymują rozkaz przeprowadzenia spektakularnej akcji terrorystycznej...

Tak zaczyna się pełna sensacji i miłości, również tej niekonwencjonalnej, kronika życia pewnej kobiety.

Od teraźniejszości po (nie)daleką przyszłość.

Kashia Berge. Z wyglądu cheerleaderka, z charakteru terrorystka. Mówią, że za pięknem kryje się dobro.

A co, jeśli również zło?

Zło czy jeszcze coś nieoczywistego, kiedy krzywdzona kobieta w końcu podnosi rękę na świat i wymierza mu sprawiedliwość.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 629

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


WydawcaJoanna Laprus-Mikulska

Redaktor prowadzącyBeata Kołodziejska

RedakcjaJoanna Wysłowska Monika Wagner

KorektaEwa Grabowska Zofia Nowak

Copyright © by Dawid Kornaga, 2018 Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., 2018

Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2018

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie Akces, Warszawa

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: [email protected], tel. 22 733 50 10 www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-8031-560-0

Skład wersji elektronicznej [email protected]

W 2050

Około czwartej nad ranem

Kashia nigdy nie miała w życiu pod górkę. Z tej prostej przyczyny, że miała nie tyle pod górkę, ile pod szczyt w rodzaju Mount Everestu, K2 czy Makalu. Żadnych ugodowych wzniesień. Żadnych urokliwych pasm.

Życie to wspinaczka, naskrobie pisarz grafoman. Bardziej ogarnięty twórca, w ramach protestu przeciw temu ultrabanalnemu wnioskowi, postawi ponurą, niedającą żadnej nadziei diagnozę: większość ludzi, czy im się to podoba, czy nie, wspina się i wspina, by na końcu spaść w otchłań. Też nic odkrywczego. Choć działa na wyobraźnię, ponieważ zakłada początek oraz koniec akcji. Zresztą człowiek to może sobie chcieć. Przeważnie jest zmuszony. Przez swoje pochodzenie, rasę, wiarę albo jej brak, ogólną sytuację polityczną. Powód zawsze się znajdzie.

Kashia, gdyby w tej chwili poproszono ją o skróconą wersję CV, napisałaby:

Wkrótce skończę trzydzieści pięć lat, żyję i dzielę łóżko z dwoma niestandardowymi od A do Z mężczyznami, nie mam dzieci, nie wiem, czy będę miała po tym, co przeszłam. Poza tym planuję atak terrorystyczny, jakiego ten ulatniający się po raz kolejny kraj nad Wisłą nigdy nie doświadczył ze strony swoich mieszkańców. Może i dewastuję sobie życie. Ale nie mam wyboru. Jak zwykle.

Kto Kashi nie zna, nie uwierzy w jej deklarację.

Kto Kashię pozna, będzie ostatni, by z nią polemizować. Nadal młoda, a gdyby dokładnie wniknąć w jej życiorys, wyjdzie z tego, jak w dawnych czasach przed rewolucją cyfrową, kiedy publikowano książki w papierowej formie, spore tomiszcze. Tak mniej więcej nazywano opasłe produkty złożone przeważnie z twardej okładki i cienkich kartek z włókna organicznego jak celuloza.

Kashia, tknięta nerwowymi myślami, budzi się.

I to ją, zanim jeszcze poruszy powiekami, natychmiast rozdrażnia. Nie jest z tych, co się stopniowo ożywiają, próbując na spokojnie odnaleźć się w rzeczywistości jak niewidomy, któremu uciekł pies przewodnik. Kiedy otwiera oczy, jej mózg rusza na piątym biegu.

Taka teraz jest.

Witamy z powrotem na Ziemi. Nie ma z czego się cieszyć. Nawet największe mądrale muszą przyznać, że najgorsze sny to takie, które kończą się gwałtownie, przecięte jak pępowina przez kompletnie nietrzeźwego położnika, co zdołał spełnić swój obowiązek, po czym legł na podłodze porodówki, obojętny na kwilenia niemowlęcia i pojękiwania matki. Tak się właśnie rodzimy – w teatralnym otoczeniu, aktorzy w przymusowym spektaklu życia. Chyba że udaje nam się załapać na swego rodzaju ułatwienie – cesarskie cięcie. Jak sama nazwa wskazuje, dotyczy tylko wybrańców. Inni muszą cierpieć, często długo i bez sensu.

Kashia ma swoje powody, żeby obudzić się około czwartej nad ranem, przejechać dłonią po obficie spoconym czole, po czym w naturalnym odruchu wytrzeć mokre końce palców o rudą kędzierzawą czuprynę Daniela. Albo głowę Teo.

Precyzując, męska jednostka biologiczna o imieniu Teo, pomimo swoich dwudziestu dziewięciu lat, nie ma ani jednego włoska zarówno na głowie – wszystkie wypadły zaraz po dojrzewaniu – jak i na całym ciele, ponieważ usunął je laserem. Kashia rozmaże więc Teo swój pot na czole. Niech spłynie prosto na powieki, podrażniając receptory naturalną solanką.

Daniel i Teo. Śpią, niekiedy pochrapują w najlepsze po obu stronach Kashi. Każde z nich przykryte jest osobną kołdrą, wedle ustaleń, żeby nie dochodziło do niepotrzebnych, fakultatywnych zbliżeń. Jak równo, to po równo, ustalili na samym początku, kiedy wpadli w swoje objęcia.

Dotychczasowy status relacji: dwieście czternaście dni razem. Od pamiętnego zjazdu Rekonkwisty w superpolii ThreeCity, po starodawnemu Trójmiasto, w coraz bardziej niepolskim języku polskim. W okręgu Gdynia. Działacze mieli wynajęte całe szóste piętro w hotelu z widokiem na szeroką piaszczystą plażę i podenerwowany późnowiosenny Bałtyk, zawłaszczający coraz więcej lądu już na stałe jak kiedyś weneckie kanały.

W dzień odczyty, prezentacje i panelowe polemiki, w nocy bardziej nieformalne konfrontacje. Namiętną spontaniczność ułatwił fakt, że odurzeni byli ośmiokrotnie wydestylowaną wódką z domieszką ultrametamfetaminy R+, więc wszelkie złożone wówczas w amoku i jękach przyrzeczenia należy traktować z uzasadnioną pobłażliwością. Kashia od czasów Zmory Rzecznej nie miała oporów z przyjmowaniem większej dawki środków stymulujących nową formę zachowania. Zazwyczaj niepowściągliwą formę zachowania.

– Yyy! – wyrywa się Danielowi; musi mieć jakiś koszmar.

Nic dziwnego przy jego burzliwym trybie życia i czterdziestce na karku. To wiek, w którym mężczyzna, niezależnie jak zbudowany i wyedukowany, przekracza skromny półmetek żywota, na szczęście lub nieszczęście przedłużanego w tej geolokalizacji zazwyczaj do dziewięćdziesiątki. Pod warunkiem jako takiej sprawności oraz środków finansowych, które zagwarantują opłaty za farmakologiczne wspomagacze oraz zwyczajną przydatność społeczną.

Nadmiar ludzi gdziekolwiek indziej sprawia, że starcy są niepożądani. W Indiach czy Chinach robi się wszystko, żeby po siedemdziesiątce można było odejść i dosłownie nie przeszkadzać nowo narodzonym. Seniorzy zajmują mieszkania, anektują outdoorową przestrzeń i zamęczają wspomnieniami. Nikt ich nie potrzebuje, przy dostępie do globalnych mediatek, gwarantujących przynajmniej obiektywne spojrzenie na to, co minęło. Tak zwane dziadki digitalowe, pomimo nabytej wiedzy, niezdarnie próbują opanować najnowsze technologie. Kiedy im się nie udaje, narzekają nie na swoją niemożność, tylko na rzekomo skomplikowane zadanie. Jedyne, co oferują w zamian, pozostaje w sferze wydatków na ich podtrzymywanie przy życiu. Ale i te nie są decydujące. Nikt, przynajmniej na razie, bo nic nie jest przesądzone, nie ośmieli się wyjść z inicjatywą pressingu społecznego, która przymuszałaby przestarzałych, zużytych obywateli do dobrowolnego odchodzenia. Wizja samego siebie w tym wieku deprymuje największych radykałów.

Wszyscy wiedzą, że to dopiero początek wielkiego problemu biologicznego nadmiaru. Kiedy pojawi się nowy Nietzsche, który wskaże drogę i usprawiedliwi radykalne kroki, tego nikt nie wie. Strach spekulować.

Wyłącznie od Daniela zależy, czy skończy między rozkoszami, czy traumami, które oferuje mu świat niczym sklep mięsny, tu dwadzieścia deka zadowolenia, tam trzydzieści pięć goryczy, żeby nie łudził się przekonaniem, że wszystko musi układać się jak komputerowo generowane melodie.

– Aaa! – wtóruje Teo, przewracając się na drugi bok.

Pościel spływa po jego ciele na podłogę. Teo leży bezwstydnie nagi i łysy jak oheblowana deska. Z drzemiącymi genitaliami na wierzchu, penis rozpłaszczony wygodnie na galaretowato miękkiej mosznie próbuje udawać niemowlątko, co głodne i zaniedbane znalazło wreszcie ulgę w pokrzepiającej drzemce.

Teo i Daniel. I ona.

Żyją wspólnie, jeśli trzeba, rozstaną się i koniec.

Kashia nie ma złudzeń. To jej czwarty polizwiązek, odkąd przyjechała do Autonomii Polskiej, oprócz dwunastu, może czternastu przelotnych monozwiązków z obydwoma płciami. Przestała liczyć. Po śmierci Julii praktycznie nie wychodziła z sypialni ledwo co poznanych partnerów i partnerek. Gdyby tę całą namiętność przerzuciła na środki odurzające lub upijające, już by nie istniała. Lepiej więc oddać się nałogowi, który cię wzmocni kosztem paru moralniaków. One nic nie znaczą w obliczu przetrwania.

Było, minęło jak zgaga po straszliwej wyżerce. Ostatnie przygody skomplikowało jedno kontrolowane poronienie zaraz po wykryciu, że zarodek skażony jest poważnymi, nieuleczalnymi farmakologicznie wadami rozwoju.

Z którą to jednostką biologiczną płci męskiej go miała? Bez znaczenia. Plemniki, jajeczka, zarodki – za dużo tego wszystkiego. Nic nie przebije w swojej grozie piwnicy morderczych bliźniaków.

Kashia mogłaby donosić ciążę, oddając później półdziecko do adopcji, nie zamierzała jednak unieszczęśliwiać kalekiego potomka koniecznością życia jako niedoskonały biologicznie byt pośród prawie dwunastu miliardów istnień ludzkich. Ziemia pęka od ich nadmiaru. „Człowiek” – to przestaje brzmieć dumnie. Złośliwcy używają synonimów typu szarańcza, mrówki czy pasikoniki.

Ziemi, jak przewidziano kilkadziesiąt lat temu, ubywa. Ukochane przez euroazjatyckich bogaczy Malediwy prawie zniknęły. Poza tym zagrożonych jest kilkanaście tysięcy kilometrów nabrzeży. Przepowiednie odnośnie do katastrof ekologicznych z początku dwudziestego pierwszego wieku pół wieku później sprawdzają się w przyspieszonym tempie. Dla przeciwwagi – co odebrane przez ocean, to wydarte z powrotem pod postacią pierwszych waterpolii. Przodują w tym Zjednoczone Emiraty i Kalifaty Arabskie, gdzie wysokie temperatury wymuszają radykalną eksplorację podziemia. Dzięki zaawansowanym badaniom tektonicznym można przewidzieć zabudowę na kilkadziesiąt lat do przodu. Japonia i Zjednoczony Półwysep Koreański pierwsze chciały zejść pod wodę, niestety, tamtejsza płyta nie gwarantuje stabilności. Postawiły na budowę polii satelitarnych. Na północy Australii i części Papui-Nowej Gwinei testuje się prototypy olbrzymich promów kosmicznych, które za kilkanaście lat uniosą awangardę kosmoosadników. Najtęższe umysły pracują nad technologią scalenia promów w konglomeraty, które będą krążyły wokół planety po orbicie kołowej, zużywając jak najmniejszą ilość paliwa jądrowego.

Kashia nie planowała unieszczęśliwiania siebie w ramach poświęcania się dla innych. Swoje przeszła. Zawsze jacyś inni, którzy wyciągają łapę, by ofiarować im swoją energię i zaangażowanie, zawsze jacyś inni, którzy żerują na nas z uporem głodnego cielaka. Batem ich, pomyślała.

Na co dzień ma tyle napięć, że nawet zwielokrotniona miłość nie wynagrodzi jej bieżących trosk. Kashię interesuje wyłącznie zdrowy płód. Powtarza prawie każdego dnia:

– Świat znów się wykoślawił. Pomimo likwidacji wielu przestarzałych ustaleń, idei oraz prawideł regres wraca tylnymi wejściami. Musimy go przystopować. W przeciwnym razie wszystko się rozwali. Każdy zacznie udawać, że to nie jego wina.

Wie, że przemawia nie swoimi słowami. To znaczy podziela je, lecz kto inny je wygenerował. Ona zakodowała, zapisała i podaje dalej. Nigdy nie była mocna w filozofii czy retoryce. Może jej edukacja potoczyłaby się inaczej, w kierunku samodoskonalenia intelektualnego.

Jednak po Masakrze Młodzieży nie mogła udawać zwyczajnej uczennicy czy studentki. Musiała się kształcić dalej za własne środki.

– Wiem, że nie uda mi się usystematyzować mojej wiedzy. Nie odkryję niczego. Nie mam złudzeń. Za to jestem przekonana o jednym absolutnie.

Najważniejsze jest ciało. Nośnik wszystkiego. Nie każdy podzieli to przekonanie, opowiadając się za duszą. Tak zwaną duszą. Niech mu będzie. Warto, żeby w takim razie nie zapominał, gdzie ona mieszka. Co wynajmuje. Reszta jest walką o zachowanie siebie jako takiego. Czy oni z Rekonkwisty, właśnie oni mają jakąś inną opcję, żeby nie zadawać się w gronie własnym, skoro inne grona są zupełnie im obce i wrogie? Na dodatek kilka godzin temu wiele się zmieniło. Zupełnie nie po ich myśli.

– Eeeh! – roztkliwia się nad sobą Kashia.

Im starsza, tym większa pokusa, by tak dla zabawy zamieniać się nawet dla siebie samej w małą dziewczynkę dysponującą wiedzą starej wyjadaczki. Jak taka zasadnicza Mia. Czy nieco bardziej uczuciowa Doro. Z jednej strony słodycz, jędrność i niewinność, z drugiej absolutny brak złudzeń.

Łóżko, które sprawili sobie dwa miesiące temu, zamawiając je w globalnym netowym katalogu maxholdingu IKEAmazon, ma dwieście centymetrów szerokości na dwieście centymetrów długości. Idealne dla zaawansowanych związków w wersji pro, a nie lite, czyli klasycznych, którym do szczęścia intymnego zupełnie wystarczy sto sześćdziesiąt na dwieście, a nawet, jeśli mogą poszczycić się długoletnim stażem, sto czterdzieści na dwieście. Daleka bliskość. Im dłużej ze sobą jesteście, tym bardziej oddalacie się od siebie jak zaprogramowane antymagnesy.

Kashia przyzwyczaja się do ciemności. Piersi jej falują z coraz większą dynamiką. Jakby zamierzały odbić się od podstawy, rozciągnąć i pacnąć w podbrzusze.

Kashia daremnie próbuje przystopować nerwowy oddech. Zaraz się nim udławi, jak tak dalej pójdzie.

– Chcę spać.

Nic z tego.

Z sekundy na sekundę czuje się coraz bardziej rozbudzona, spocona i jakaś taka nieswoja. Próbuje ogłupić się niedorzecznymi logicznie myślami. Esy-floresy, szlaczki, nadąsacze, umizgi, stokrotki, durnotki. Byle uciec od siebie. Udać, że ona to nie ona.

Najczęściej wyobraża sobie, że jest muchą. Dawno prawdziwej nie widziała poza parunastoma egzemplarzami, które nie dawały jej spać kilka miesięcy temu na bojowym, tajnym obozie Rekonkwisty w wielkiej posiadłości niedaleko Lwowa. Mucha ma ikrę, trzeba jej to przyznać. Lata jak popadnie, siada, gdzie chce, wiecznie głodna, niespełniona w swoim muszym żywocie. Mężczyźni pewnie widzą się w roli szerszeni lub chociaż trzmieli. Kashi zupełnie wystarczy musza postać, taka również potrafi wzbudzić respekt, słynna tse-tse, co żadnych odchodów się nie boi, skrzywdzić umie i dopiec jak mało który owad.

Bzyczenie wywołuje u Kashi naturalny gniew.

Kashia spogląda przed siebie tak wnikliwie, że niepotrzebny jej noktowizor, aby przebić się przez mrok. Kiedyś w piwnicy, gdzie walczyła o życie, nauczyła się przenikać ciemność, zmusić oczy do kociej uważności. Gdyby na suficie wylądowała najmniejsza z możliwych, no właśnie, muszek, Kashia widziałaby dokładnie nie tylko jej kształt, z łatwością policzyłaby odnóża i włoski na odwłoku.

Na marginesie: w głównych superpoliach od co najmniej dekady nie odnotowano obecności żadnych szkodliwych insektów – oprócz szkodników społecznych rodzaju ludzkiego.

W ponadsześciomilionowym Warsaw City, stolicy Autonomii Polskiej w obszarze Federacji Europejskiej, przeludnionym przez migrację ludności z opustoszałych terenów prowincjonalnych na wschodzie, na które z kolei suną uchodźcy ze Wschodniej i z Zachodniej byłej Ukrainy, rozpraszacze chemiczne stworzyły tak skuteczną barierę, że jedynie selektywnie dobrane gatunki ptaków, uchodzące za administracyjnie uznaną ozdobę, mogą cieszyć się reglamentowaną przestrzenią. Inne stworzenia, oprócz zarejestrowanych mieszkańców, którzy posiadają DIOP – dowód identyfikacji obywatelskiej i politycznej – oraz aktualizowany co trzysta dziewięćdziesiąt dziewięć dni certyfikat podatkowy, automatycznie wyrzucane są poza jej obręb. Wiąże się to z wieloma obostrzeniami, łącznie z pozbawieniem dostępu do zintegrowanego systemu opieki zdrowotnej i ubezpieczeniowej. W tej kwestii zgadzają się ze sobą wszystkie fronty i korpoalianse wchodzące dotąd w skład Parlamentu Autonomii Polskiej.

– Spać! – Kashia prawie że krzyczy. Spokojna na razie o swój pobyt w Warsaw City.

Rekonkwista załatwiła jej polityczny certyfikat umożliwiający oddawanie ważnego głosu w eurowyborach oraz wyborach lokalnych i sublokalnych w obrębie danego segmentu terytorialnego. Normalną drogą administracyjną otrzymałaby go dopiero za trzy lata. Za długo jak na wyznaczone zadania.

O tak niezbędny DIOP Kashia nie musi się martwić w przeciwieństwie do wielu innych, którzy przybywają tu bez nadziei na rejestrację, a tym samym zaświadczenie, że są, że żyją. Tacy po śmierci, jeśli nie uda im się zaistnieć w Bazie Jednostek Biologicznych, zostają skremowani i rozlokowani na Cmentarzu Niezidentyfikowanych Prochów Ludzkich we wschodnio-południowej części superpolii.

Kashia po matce pochodzenia polskiego obywatelstwo Autonomii Polskiej otrzymała niemalże z automatu. Jej drugie, przynależne do Wszechgermanii, pozostaje nadal ważne, choć niezaktualizowane odnośnie do najnowszych danych o stanie zdrowia psychicznego, majątku i zapatrywań politycznych w kontekście zachodzących przemian na obszarze Federacji.

Kashia ma to gdzieś. Po tym, co wydarzyło się ponad jedenaście, może dwanaście lat temu na obiedzie u braci niedoszłego ojca jej dziecka, wszystko uległo przewartościowaniu. Przeżyta przeszłość za jednym zamachem, dosłownie za jednym zamachem, stała się jeszcze bardziej przeszła.

Daniel chrząknął. Teo zakasłał. Ale śnią. Tsiii, szaaa, jeszcze ich obudzi. Niech odpoczywają. Kilka godzin temu była bardzo, ale to bardzo wymagająca. Daniel i Teo wpierw kochali się z nią na zmianę, potem, wkręceni w sytuację, brali ją jednocześnie, tak jak chciała. A ona domagała się więcej, nauczona erotycznej zachłanności Doro. I więcej. To powtórka. To dalej. Do zatracenia. Nie mieli szans nawet w teamie.

Kashia jest nie do zdarcia. Doświadczała wielokrotnie tego, co wbrew jej i co zgodne z nią, w ramach przekonania się o ostatecznych skłonnościach. Bez takich konfrontacji człowiek jest jak chorągiewka, lecz z tych, co jak wiatr zawieje, to nawet się nie obrócą zgodnie z jego kierunkiem, zastygłe na zardzewiałym drążku jak naderwane stawy staruszka.

Kashia jest nie do zdarcia dosłownie i w przenośni.

Za dwa miesiące, w połowie grudnia, skończy trzydzieści pięć lat. Wygląda młodziej o co najmniej pół dekady i nie jest to zasługa dotowanych przez Ministerstwo Zdrowia i Zasobów Ludzkich kuracji hormonalnych, które interniści zalecają taśmowo wszystkim wartościowym jednostkom biologicznym po przekroczeniu dwudziestego piątego roku życia.

Swego czasu Kashia postanowiła, że jeśli przeżyje kolejne dwa lata, sięgnie po regenerujące chemikalia, definitywnie pozbawiona złudzeń, że z wiekiem kobieta jest szlachetnie dojrzalsza. Ponieważ bardziej upodabnia się do skisłego wina. Z kożuchem zawistnej pleśni, dodaje, mając kogoś na myśli.

O wybornie wytrawnym to sobie może pomarzyć między jednym ciastkiem a drugim, pożeranym na ból przekwitania.

Kashia w ogóle nie ma wielu złudzeń.

Nadmiar przeszłych wydarzeń wygasił w niej jakiekolwiek wahania, że kiedyś nastanie lepszy świat, w którym lepsza lepszość zagości na stałe i wszyscy będą błogosławieni przez sam fakt swojego bycia. Takie bajki to tylko w niebie. Kashia, pomimo wielu zastrzeżeń co do głównych celów Rekonkwisty, dawno odkryła, że jak nie będzie emanować aurą zdecydowania i ostrych sądów, wtopi się automatycznie w globalny trend odrzuconych, którzy żyją, karnie wykonując powierzone im zadania, następnie umierają, aby ich obowiązki przejęli równie pokorni, co wycofani potomkowie.

A Daniel i Teo dali radę, po czym padli na poduszki rozstrzelani przez wyczerpanie.

– Mięczaki! – podsumowała to z rzadkim u niej śmiechem, związując ponownie w wielki, spasiony kok swojej metrowej długości blond włosy.

Mia byłaby z niej dumna.

Tymczasem minione doznania nie pozostawiły przestrzeni obojętną. Na suficie utworzył się kożuch z wydychanego dwutlenku węgla. Szyby w oknach gdzieniegdzie popękały od donośnych okrzyków rozkoszy. Zadyszek tchawicy. Materac odetchnął po przeciągającej się w nieskończoność inscenizacji miłości w naturalistycznej wersji. Prześcieradło zwilgotniało w paru miejscach, które momentalnie zesztywniały, jakby je ktoś nakrochmalił.

– Chcę spać!

Nic z tego, Kashiu. Mężczyźni. Twoi obecni, chwilowi mężczyźni. Którzy to już z kolei, przestałaś liczyć.

Na prawo Daniel. Na lewo Teo.

Różnią się charakterologicznie jak owi nowotestamentowi złoczyńcy oskrzydlający ukrzyżowanego Jezusa Chrystusa. Jeden dobry, drugi zły. Jeden pełen pokory, drugi bełkoczący komiksowe, jakże cyniczne „he, he, he!”. Niedowiarek, abnegat i szyderca, który nawet w obliczu śmierci wykazuje się hardością i złośliwością. Nie trzeba być mistrzem łamigłówek, żeby się domyślić dwuznacznego happy endu, zgodnie z prawidłem dobrze napisanej, umoralniającej bajki. Ten pierwszy dostał obietnicę od Ukrzyżowanego, że za swoją pokorną postawę, a właściwie zawiśnięcie, rychło po skonaniu dołączy do Niego i nastanie dlań raj, hulaj dusza po bezkresach nieśmiertelności. Ten drugi musiał przełknąć twardy opłatek pogróżki, skoro taki z niego belzebub u kresu żywota, cyniczny, bezkompromisowy Judejczyk, gorszy od Filistyna, to czeka go niechybnie ostra czapa. Dwa tysiące lat później niektórzy potraktowali tę münchhausenowską wizję dosłownie, choćby niejaki Mel Gibson w filmie Pasja z dwa tysiące czwartego, w którym zły, węglopióry ptak, wrona czy kruk, jeden Jahwe wie, dokładnie w osiemdziesiątej minucie i czwartej sekundzie ląduje znienacka na szczycie krzyża i na potwierdzenie słów przyszłego Mesjasza, zaczyna wbijać długi dziób w perfidne oczy niedowiarka, szast, prast i złoczyńca kona, nie dość że oszalały z bólu, to niewidomy. Po co mu zresztą oczy w zaświatach?

Po co Kashi Daniel i Teo?

Kashia nie znosi filmów czy ebookstories, zwanych kiedyś książkami, w których pokazywany lub opisywany jest przebieg snu. Jakby reżyser czy pisarz, zamiast ująć odbiorców fabułą albo indywidualną wizją, poszedł na skróty i zaraz na dzień dobry dla wywołania szokującego efektu trywialnie w spodnie sobie popuścił. Taki Hitchcock dla ubogich.

Kashia wie, że nie uśnie ponownie.

Mężczyźni mogą ją kusić beztrosko rozłożonymi ciałami. Pośladki i kończyny w pełni odprężone, ona zaś spięta, przełyka ślinę, dotyka skroni, chyba gorączkuje, nie, to nie zapalenie.

To wkurw, który ją nie tylko obudził, ale jeszcze podwójnie pokręcił.

Tak, od teraz będzie wulgarna, jeśli trzeba. Słowa to kule. Usta to pistolety. Mózg to fabryka broni.

Każdego rodzaju.

Raj niewoli i piekło wolności

Kashia ma co najmniej dwa powody, żeby nie spać.

Pierwszy: wynik wyborów.

O godzinie dwudziestej pierwszej wszystkie serwisy informacyjne Autonomii Polskiej podały oficjalne dane:

39,5% – Blok Odbudowy Dawnej Polskości. Hasłowe podsumowanie programu: koniec ultraeuroliberalnych rządów obecnej większości, powrót ideologiczny do budowy wspólnoty narodowej, jaką ponad trzydzieści lat temu reprezentowała zdelegalizowana przez władze Federacji Europejskiej partia o poglądach narodowo-socjalistycznych, walka o utrzymanie języka polskiego jako oficjalnego w systemie edukacji oraz obiegu państwowych dokumentów.

26,9% – Stowarzyszenie Orientalno-Europejskie Oddanie i Wiara. Integracja katolicyzmu z postislamem, zagospodarowanie potrzeb ideologicznych setek tysięcy chrześcijan, którzy przeszli na łagodniejszy, przystosowany do warunków krajowych islam, wdrożenie zmodernizowanej wersji tej religii z założenia nie na czasie, co udało się na przykład w Autonomii Iberyjskiej.

15,7% – inni, czyli rządząca dotąd Eurolewica Słowiańska, która doszła do władzy w drugiej połowie lat trzydziestych i dotąd sprawowała władzę, do tego fronty opozycyjne, jak Frakcja Wolności, akcentujące problem dominacji innych, ekspansywnych rozrodczo ras oraz ich religijno-kulturowych uprzedzeń, Ugrupowanie Kosmos 4ALL – ekologiczny ruch optujący za eksploracją i zasiedleniem Księżyca oraz Marsa, będący częścią międzynarodówki Space dążącej do zwiększenia nakładów na akcję budowy superpolii na Księżycu i eksploatacji tamtejszych surowców w celu oszczędzenia kurczącej się w wyniku efektu cieplarnianego Ziemi.

Demokrację od autorytaryzmu dzieli ścianka, przez którą słychać wszystkie kłótnie, ale też namiętną miłość.

Kashia, Daniel i Teo zaniemówili. Ciężko oddychali. Pod oczami pojawiły im się ze zmęczenia podkowy. Tak momentalnie. Siedzieli na obitej czerwonym skajem sofie, siedzieli wręcz zahipnotyzowani, żywiąc się ze zdenerwowania skórkami paznokci zamiast nachosami.

Na tele®visierze 3maxD, na całej długości i szerokości pojawiły się rozpromienione twarze liderów zwycięskich aliansów społecznych. Nie partii. Partie w klasycznym rozumieniu dawno przestały istnieć, utożsamiane z sekciarstwem, korupcją, podatnością na wpływy apodyktycznych przywódców. Zaczęły być rugowane i zastępowane właśnie przez konfederacje społeczne lub korporacyjne o zupełnie innej strukturze, która, można to teraz stwierdzić, wcale nie była inną strukturą niż partyjna, tylko taką udawała, akcentując w statusie programowym brak głównodowodzących. Pozbyto się zużytej przez dwudziesty wiek nazwy, a definicja tyranii przystroiła się dla niepoznaki w nowe piórka aktualnie nośnych wyrażeń.

Triumfatorzy dziękowali wyborcom za głosy, obiecując radykalnie lepszą przyszłość, z zastrzeżeniem, że podobnie jak to się stało minionej wiosny w Autonomii Skandynawskiej, przeprowadzą reformy zgodnie z założeniami swoich programów politycznych.

Historia nie stoi w miejscu, niemals Stillstand, immer vorwärts, bez przerw, zawsze do przodu, jak pisał w dziennikach nazistowski propagandzista Goebbels w listopadzie tysiąc dziewięćset trzydziestego trzeciego. Do dziś nieprześcigniony wzór dla młodszych braci robiących w religii, polityce i reklamie.

Zmiany są konieczne, zapowiadali partyjniacy. Jeśli ich propozycje uzdrowienia sytuacji Autonomii Polskiej komuś się nie podobają, mógł głosować przeciw. Skoro jego faworyt przegrał, przykro im, taka jest… demokracja. Oni są, powtarzali zgodnie mimo teologicznych różnic między Panem Bogiem a Allahem, wyrazicielami aktualnych potrzeb społecznych.

Oni: Konstantyn Kowalczyk – przywódca Bloku Odbudowy Dawnej Polskości oraz Abdullah Nowak-Öcalan – emir Stowarzyszenia Orientalno-Europejskiego Oddanie i Wiara.

Prawda to nie coś, co wygrywa samo przez się, trzeba o nią zabiegać, promować ją, musi konkurować z innymi prawdami. Tutaj mamy do czynienia z bezprecedensowym dojściem do władzy przez zantagonizowane religijnie, lecz sprzymierzone etycznie ugrupowania. Co z tego wyjdzie, tego bogowie czczeni przez zwolenników obu aliansów nie przewidzą, dopowiadali cierpko komentatorzy, uploadując swoje opinie na wszystkich dostępnych platformach medialnych.

Optymiści doszukiwali się w zwycięstwie dwóch głównych ugrupowań nowej odsłony roli Autonomii Polskiej w obszarze Federacji Europejskiej, której obecnie grozi realna secesja ze strony Autonomii Skandynawskiej.

Opinia publiczna nie ma złudzeń, demokracja musi się bronić niedemokratycznymi metodami.

Autonomia Skandynawska, raj niewoli i piekło wolności. Od około dwudziestu lat polityczną większość stanowią tu organizacje popierane i zasilane przez prawnuków emigrantów, którzy w zmasowanej liczbie przybyli na Północ w latach dwa tysiące piętnaście – dwa tysiące dwadzieścia. Samych Skandynawów, których rodzice byli rodzonymi Islandczykami, Duńczykami, Norwegami, Szwedami i Finami, ostało się mniej więcej dwadzieścia pięć milionów, pozostałe trzydzieści milionów wykazuje afrykańskie oraz bliskowschodnie pochodzenie. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, takie są nieuniknione prawidła demografii, kiedy jedni się rozmnażają, a drudzy niekoniecznie, gdyby nie fakt, że czwarte pokolenie dawnych przybyszów od dłuższego czasu zamierzało jawnie znieść ustrój demokratyczny, ukrócić prawa kobiet i wprowadzić legalny apartheid dla potomków wikingów.

Najbardziej zszokowało to Szwedów i Norwegów. Ci ostatni, w ferworze irracjonalnego, ksenofobicznego buntu zaczęli stawiać nielegalnie pomniki psychopatycznemu zbrodniarzowi z przeszłości, Andersowi Breivikowi. Po jego śmierci skremowane szczątki zostały rozsypane przy jednym z tysiąca utajnionych fiordów, żeby uniknąć pielgrzymek rechtsekstremistów. Breivik w dwa tysiące jedenastym zaatakował siedzibę premiera, zabijając osiem osób, następnie popłynął na wyspę Utøya, gdzie zastrzelił sześćdziesięciu dziewięciu uczestników młodzieżówki norweskiej Partii Pracy.

Sytuacja radykalizowała się z miesiąca na miesiąc, uczeni w piśmie przecierali oczy, widząc słupki poparcia dla wdrażania tak zwanych antynordyckich praw wykluczających dawną supremację szeroko pojętej kultury północnej. Doszło do tego, że ekstremistyczne ruchy panorientalne chciały zakazać retropopmuzyki nawet w wykonaniu takich artystów jak ABBA, słynnej grupy z końca dwudziestego wieku, czy hardrockowego zespołu Europe. Utożsamiano je, łącznie z twórcami popularnego na tej szerokości geograficznej blackmetalu, z hedonistycznym, ultraliberalnym trendem rozmontowywania instytucji rodziny, wiary i państwowości jako takiej.

– Że niby przeprowadzą reformy zgodnie z założeniami swoich programów politycznych? Fanatycy spod znaku krzyża i półksiężyca!

Teo nie wytrzymał i jak ostatni szumowina rzucił butelką piwa w ścianę. Normalnie to Kashia pokazałby mu drzwi, a na do widzenia potraktowała z buta. Nie tym razem.

Milczeli. Ciężko im się zrobiło. Powietrze zgęstniało, jakby ktoś chciał zrobić z niego naleśniki z dodatkiem roztopionej miedzi. Zastygli w niedowierzaniu, że to, co od dawna obwieszczano, właśnie dzieje się na ich oczach.

Że to dopiero początek końca.

Frakcja Wolności, front ideologiczny, którego jednostkę bojową stanowi nielegalna z założenia Rekonkwista, nie dostała się do parlamentu. Zabrakło jednej piątej procenta. Koszmarna matematyka, tnąca z konsekwencją gilotyny. Resztę foteli obsadziły planktonowe stronnictwa, idealne do wchłonięcia przez rządzących, aby ustanowić absolutną większość przez co najmniej kilka kadencji. Czyli że raz zdobytej władzy tak szybko nie oddamy. Albo wcale.

Frakcja Wolności, jeszcze dekadę temu najważniejsza siła polityczna, zawsze udzielała się ofiarnie w obradach, wpływając mniej lub bardziej na ważkie uchwały.

Zmieniły się trendy, zmienił się elektorat. Co na obrzeżach, przesunęło się do centrum, co w centrum, wyparte zostało na obrzeża. Nawet nie tyle wyparte, ile bezceremonialnie wykopane.

– Wydaje mi się, że gdyby nie Rekonkwista, nasza Frakcja… przekroczyłaby próg wyborczy.

– I ty to mówisz?! – Teo skarcił starszego kolegę, kochanka swojej dziewczyny.

– Ja to mówię! – odpowiedział ostro Daniel, patrząc wyzywająco w oczy kochanka swojej dziewczyny. – Mielibyśmy przynajmniej siedmiu przedstawicieli.

– Ty, ty, który mnie zwerbowałeś?! – Teo postukał zgiętym palcem wskazującym w swoją klatę.

– Młody, proszę, nie pouczaj mnie. Sam widzisz, że nie ułatwiamy sobie zadania. Kto miał na nas głosować? Większość, sam wiesz, idzie w mainstream. Udaje nie wiadomo jak zgodnych i poczciwych.

– Proszę!

– To mi wytłumacz, droga wolna. – Daniel westchnął wyniośle.

Teo nie odpowiedział. Podrapał się po głowie i sięgnął po drugą butelkę. Daniel podał mu otwieracz. Milczeli, pociągając nosami, co miało jasno wykazać, że na razie nie mają nic do powiedzenia.

Od kilkunastu lat, w miarę pogłębiającego się kryzysu demograficznego – niepohamowanej rozrodczości, pomimo apeli i akcji ONZ, żeby ją ograniczać wszelkimi środkami, w przeciwnym razie planecie grozi biologiczna zagłada, a kiełkujące dopiero minikolonie na Księżycu nie rozwiążą problemu, co jest solą w oku Space, jak Ziemia długa i szeroka – jednostki biologiczne o zróżnicowanym miksie kolorystycznym wypierały te jednokolorowe. Tak działo się nie tylko na obszarze Federacji Europejskiej, również w jej rozlicznych satelitach politycznych i koloniach gospodarczych. Procesowi temu towarzyszył paradoksalnie renesans ruchów neorasistowskich: białych, czarnych, żółtych. Państwa narodowe etapowo traciły na znaczeniu. Ich rolę zaczęły przejmować konglomeraty ras wraz ze swoim kulturowym, religijnym i szeroko pojętym mentalnym zapleczem.

Przestało być istotne, jakiej narodowości jesteś, ale jakiej rasy. Czy miksu rasowego i co w związku z tym. Wpierw nieśmiało, później traktowano to jako normę.

Normę kwalifikacyjną.

Jakby spełniły się utopie nazistów. Ale to wszystko przebiegało nieco inaczej od utartych skojarzeń. Mało kto opowiadał się za segregacją rasową, jeśli już, kończył w zakładzie dla obłąkanych. Różnorodność była faktem i nikt rozsądny nie zamierzał jej cofać. Ludzkość przez ostatnie pięćdziesiąt lat wreszcie wymieszała się, jak nigdy dotąd. Staromodni rasiści mogli się powiesić; nikt nie traktował ich poważnie. A jednak nadal kolor oraz jego pochodne miały nie tyle znaczenie, ile określały status geopolityczny jednostki biologicznej. Niekiedy bardziej niż kiedyś. Może dlatego, że uogólniając, zarówno czarni, żółci, jak i biali wcale nie chcieli się w sobie rozpłynąć. Im większa mieszanka, tym więcej osób marzących o stworzeniu swojej małej rasowej autonomii. Proces ten był przejściowy, lecz wówczas wydawał się szczególnie ważny. Niektórym reakcjonistom wręcz się roiło, że mogą nacisnąć „cofnij” i znaleźć się w starych dobrych czasach, kiedy białe było białe, czarne czarne, żółte żółte, a inne po prostu inne, czyli z reguły gorsze, niższe i szpetne.

Niezależnie od radykalnych trendów czy mentalnych innowacji wstrząsająca dla współczesnych stała się wzmożona ekspansja Zjednoczonych Emiratów i Kalifatów Arabskich, które obecnie rozciągają się od Oceanu Atlantyckiego, tam, gdzie kiedyś było Maroko, po Kaukaz i granice Hindustanu.

Z dnia na dzień mnóstwo organizacji na obszarze Federacji Europejskiej, sympatyzujących z Emiratami i Kalifatami, otrzymało od nich astronomiczne wsparcie finansowe, a największe Autonomia Skandynawska. Nikt nie ukrywał celu takiego działania: zdominowanie rządu oraz naczelnych instytucji Autonomii poprzez wprowadzenie podległych ideologicznie przedstawicieli. Oznaczało to wypowiedzenie wojny. Drugiej wojny europejsko-arabskiej. Tym razem jeszcze większej potędze, bo Zjednoczonym Emiratom i Kalifatom Arabskim. Po niespełna dwóch dekadach względnego pokoju.

Pierwsza wojna, datowana przez współczesnych historyków mniej więcej od dwa tysiące trzynastego, wraz z powstaniem Państwa Islamskiego na terenie Iraku i Syrii, a potem jego upadkiem oraz przeniesieniem konfliktu w inne rejony globu, trwała z krótkimi przerwami ponad piętnaście lat. Także na terenie wtedy jeszcze Unii Europejskiej. Charakteryzowała się bestialskimi atakami terrorystycznymi na tkankę miejską. Wpierw zaatakowano Paryż, potem Brukselę, następnie celem stał się Berlin, Kopenhaga i Sztokholm. Kolejne lata i kolejne znaczące miasta łącznie ze, zdawałoby się, nic nieznaczącymi Atenami. Obecność milionów uchodźców ze Wschodu i z Południa komplikowała pracę służb wywiadowczych; nie wiadomo było, kogo tak naprawdę inwigilować. Skończył się czas zakamuflowanych terrorystów, obecnie terrorystą mógł być każdy, łącznie z niepozornym stróżem w przedszkolu publicznym na przedmieściach Stuttgartu. Do tego dołączyli zradykalizowani populiści, którzy swój tępy rasizm ukrywali pod maską troski o bezpieczeństwo kontynentu.

Wojna niczym strefa Schengen zniosła granice. Zamieszkała w pobliżu. Zakamuflowała się w dzielnicach mniejszości etnicznych. Wślizgnęła się w encykliki kolejnego papieża. Podróżowała liniami metra od Oslo do Neapolu, od Lizbony po Warszawę. Wygasała i znów się rozpalała, pochłaniając kolejne pokolenia zindoktrynowanych bojowników. Zjednoczone Emiraty i Kalifaty Arabskie miały jeden cel: stworzenie nowego globalnego organizmu w imię jedności oraz ekonomicznej ekspansji. Bez względu na konflikt z równym sobie kolosem, choć podobno na glinianych nogach – Federacją Europejską.

Teo w końcu się odezwał:

– Ja ci dziś nic nie wytłumaczę. Nie gniewaj się, chyba opadłem z sił. – Wskazał na zaktualizowane paski wyniku wyborów.

Sprawa była oczywista. Popierane przez Emiraty i Kalifaty Stowarzyszenie Orientalno-Europejskie Oddanie i Wiara osiągnęło historyczny wynik. Na dodatek Blok Odbudowy Dawnej Polskości, kiedyś im nieprzychylny, teraz poczuł ducha czasu, tak zwaną konieczność dziejową, by zjednoczyć się w imię władzy i posad z dotychczasowymi przeciwnikami.

Czy rzeczywiście przeciwnikami. Niekiedy nawet hazardziści tworzą spółki pomimo odmiennych interesów i potrafią czerpać z tego sojuszu niezły zysk.

Mężczyźni zasępili się, wpatrzeni przed siebie, ich oczy zanurzone w czarnej przyszłości.

Kashia wstała. Przeszła do części kuchennej salonu, otworzyła coolera, wyjęła wspomnianą wódkę, wyszperała dodatki na popicie, parę snacków, parę niewidzialnych całusów dla swoich mężczyzn.

Wynik wyborów był rozkazem. Jednoznacznym i nie do odwołania.

Potem jakoś usnęli.

Ona zaś wstała. Sto siedemdziesiąt siedem centymetrów nagości. Modelka, która nie pracuje w swoim zawodzie. Szczebioty i buźki pozostawia innym, niech się cieszą z powodzenia. Nic nie rozumieją, to im łatwiej; są z tych, które opanowują urządzenie, nie zaznajamiając się z instrukcją obsługi, takie cwaniary. Czasem utnie im paluszki, cóż.

Kashia nie zamierza się roztkliwiać ani nad nimi, ani nad sobą. Włosy niczym firanki zasłaniają połowę jej pośladków. Podchodzi do okna. Warsaw City mruga do niej tysiącami światełek. Miasto, które jak jemu podobne cierpi na nieuleczalną nawet przez kryzys bezsenność.

Kashia odwraca się w kierunku Daniela i Teo. Gdyby się obudzili, mieliby niezłego stracha. Oto postawna kobieta z podniesionymi demonicznie rękami. Powiedziałaby im na dzień dobry: Za często karmiłam się miłością. Teraz żrę jej mięsną odmianę. Jeśli umierać, to wspólnie. Co wy na to?

Czas obudzić chłopaków. Ktoś musi zrobić jej śniadanie.

To nic, że tak ekstremalnie wcześnie. Szkoda dnia, skoro może zakończyć się raz na zawsze.

Kashia się mobilizuje. To jej czas. Jeśli ostatni, to tym bardziej. Gdyby świat był urządzony w plusowo-minusowy sposób, rządziliby nim od początku do końca wróże, mesjasze, prorocy i kapłani. A może tak jest? A może cała ta hałastra, zaprzeczenie darwinowskiego łańcucha eliminacji pasożytów, jakoś dycha na marginesie egzystencji, pożywiając się wiarą naiwniaków? I nie przepadną, płodząc sobie podobnych?

Kashia posyła całusa Warsaw City, nie jej miastu, do którego musiała przyjechać, żeby przetrwać.

Bo tak musiało być, Ulu!

Bo tak zalecał Uwe. I tak zadecydowała Mia.

Bo gdyby nie tak, to kto wie, jej poszatkowane zwłoki spoczywałyby w otulinie lasu Grunewald. A morderczy bliźniacy przybijaliby piątki, szóstki i dziesiątki.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.